Header Image
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

Jak pokochać centra handlowe - Natalia Fiedorczuk

"Jak pokochać centra handlowe" to książka odkłamująca i odczarowująca współczesne macierzyństwo. Ważny głos we współczesnym świecie, w którym każdy chce żyć idealnie, jak z obrazka. Być może, gdyby poskrobać złotko na insta-obrazku fit matek również zobaczyło by się znój i nieprzespane noce? 


Natalia Fiedorczuk ma odwagę pisać o wielkim zmęczeniu, zniechęceniu i poczuciu zatracenia siebie w natłoku rodzicielskich obowiązków. Pisze o bólu, o depresji, nie flirtuje z czytelnikiem, a wali prosto z mostu: takie jest macierzyństwo wielu kobiet. 

Niedawno media obiegła informacja, że matka wyrzuciła dziecko oknem. Z pierwszego piętra. Wielotygodniowy lockdown, wykluczenie, dwoje małych dzieci, które wymagają 100 % twojego zaangażowania 24/7, zapracowany czy nieobecny mąż. Presja, by być dla dzieci, by być najlepszą matką pod słońcem, bo inne takie są. Nie będę pisała o moich doświadczeniach. Czytając często otwierałam szerzej oczy i w duchu przyznawałam, że to o mnie. 

Myślę, że jesteśmy pierwszym pokoleniem, które nie wstydzi się emocji, przyznawania do błędów i porażek. Chociaż media kreują model skandynawskiego parentingu, wypasionych pokojów dziecięcych, zadowolonych matek, właścicielek firm, którymi dowodzą zza domowego biurka, coraz częściej przebąkuje się o niepewności, wyobcowaniu, bólu - tym fizycznym, od blizn, nacięć, karmienia, etc. Kobiety nie wstydzą się poruszać tabu depresji poporodowej, traumatycznego porodu, czy niedosypiania tak uporczywego, że dosłownie lawiruje się między snem a jawą. 

"Jak pokochać centra handlowe" nie są zapiskami jednego życia, na ten niedługi zbiór przemyśleń składa się szereg rozmów, które przeprowadziła autorka. Niemniej trudno wyabstrahować osobiste doświadczenia autorki od części zapożyczonej w czasie rozmów z innymi kobietami. Z książki emanuje jedno wielkie zmęczenie i zniechęcenie. Przez to jest tak prawdziwa. Jak worki pod oczami albo rozstępy na jędrnych niegdyś brzuchach. I jest w tym wszystkim ziarnko nadziei - nie jesteśmy w tym same, to nie jest niewłaściwe czuć zmęczenie, czy chcieć być na chwilę odciążoną obowiązkami.

Tytuł: Jak pokochać centra handlowe
Autor: Natalia Fiedorczuk
Wydawnictwo: Wielka Litera
Rok wydania: 2016
Opis fizyczny: 285, [1] s.; 21 cm; okładka twarda
Gatunek: powieść polska
UKD: 821.162.1-3

Kair. Historia pewnej kamienicy - Alaa Al Aswany

"Żądze, bieda, zimna kalkulacja i fanatyzm religijny" - taki podtytuł mogłaby mieć książka egipskiego pisarza Alaa Al Aswany. Wydana w 2002 roku Kair, historia pewnej kamienicy [Yacoubian Building] jest drugą powieścią w dorobku tego autora. Urodzony w 1957 roku Aswany jest synem arystokratki i prawnika. Dzieciństwo spędził w rodzinnym Kairze, gdzie skończył uniwersytet w 1980. Następnie na Uniwersytecie Illinois studiował... stomatologię. Studiował także literaturę iberyjską w Madrycie. Włada biegle kilkoma językami. Brał czynny udział w arabskiej wiośnie.

Pierwsza powieść Aswany'ego, "The Papers of Essam Abdel Aaty" przeszła niemal bez echa, lecz druga rozsławiła autora na cały świat; książkę przetłumaczona na języki obce rozeszła się niemal natychmiast, a cztery lata po premierze została zekranizowana. Za "Kair..." dostał także wiele międzynarodowych nagród.
Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że to prosta, obyczajowa historia: kairska kamienica, która lata świetności ma dawno za sobą zaludniona jest przez mieszkańców skrywających swoje tajemnice w czterech ścianach; Zaki ad Dassuki, chociaż skończył sześćdziesiątkę wciąż szuka kobiecego ponętnego ciała, Taha, syn "gospodarza domu" pragnie z całych sił dostać się do szkoły policyjnej i ożenić się z piękną narzeczoną, a elegancki redaktor poczytnej gazety Hatim Raszid wplątuje się w kolejny burzliwy homoseksualny romans. Postaci przewijających się na kartach powieści jest oczywiście więcej, każda obdarzona życiem przez wspaniałe nakreślenie charakteru.

Poza solidną porcją obyczajowości współczesnego Egiptu dostajemy również mały bonus - konfrontację z naszymi oczekiwaniami i stereotypami; Egipt to nie tylko luksusowe hotele, wspaniałe bazarki dla turystów i piramidy, o czym niby wiemy, ale dopiero dobra książka potrafi nam to zobrazować.

Tytuł: Kair. Historia pewnej kamienicy
Autor: Ala al-Aswani
Tytuł oryginalny: ʿImārat Yaʾqūbiyān (Arabski: عمارة يعقوبيان‎, The Yacoubian Building)
Tłumaczenie: Agnieszka Piotrowska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Media Lazar
Rok wydania: 2008
Opis fizyczny: 320 strony, okładka miękka
Gatunek: powieść
ISBN: 978-83-922452-7-8

The Harrogate Secret - Catherine Cookson

Catherine Cookson w Polsce prawie nieznana, na Wyspach Brytyjskich lokuje się wysoko na szczytach list bestsellerów. Autorka celowała (zmarła w 1998 roku w wieku ponad 90 lat) w romansach historyczno-przygodowych. Jej trylogia o Tilly Trotter rozeszła się w nakładzie setek tysięcy egzemplarzy. U nas można było jedynie obejrzeć miniserial o przygodach tej rezolutnej dziewczyny. W Polsce można przeczytać zaledwie kilka z... blisko setki jej powieści. I, niestety, muszę to powiedzieć, tłumaczone są źle i po łebkach. Miałam okazję czytać w języku polskim jej Córkę Pastora i głęboko mnie rozczarowała, co było, myślę, spowodowane tłumaczeniem. Choć być może akurat trafiłam na jedną ze słabszych powieści autorki.



Moje pierwsze spotkanie z The Harrogate Secret odbyło się za pośrednictwem TVP2; lubię filmy kostiumowe, więc ten - pełen intryg i z pełnokrwistymi bohaterami - stał się jednym z moich ulubionych. Oczywiście kupiłam go na dvd (wydanie dodawane do Daily Mail).

Powieść od pierwszych stron bardzo mi przypadła do gustu. Choć ilość archaizmów i skrótów deczko mnie przeraziły (Ta', missis. Me ma'll say ta an' all.), zaczęłam robić notatki i od razu było mi łatwiej;)

Historia jest naprawdę niesamowita; zaczyna się w 1843 roku, kiedy dziesięcioletni Freddie, pochodzący z wielodzietnej ubogiej, ale kochającej się rodziny, jest świadkiem narodzin Belle. Freddie jest gońcem, który akurat tej feralnej nocy udał się do The Towers do niejakiego Gallaghera, szaleńca i narkomana... Następnie akcja przenosi się dwa lata później, kiedy Freddie ratuje maleńką Belle z rąk owego szaleńca. Od tej pory Freddie jest opiekunem Belle, która wyrasta na piękną pannę.


Oczywiście nic nie jest takie proste, na jakie wygląda: jest jeszcze przedsiębiorcza i niezalezna Maggie, która bierze chłopaka pod swoje skrzydła, jest przystojny panicz Marcel, skrywający swój wielki sekret, oraz skradzione diamenty! Mamy prawego młodziana, pannę w opałach, sprzymierzeńców, którzy gotowi są w każdej chwili pomóc Freddiemu, oraz zło, które czai się w The Towers, a które - jak można się domyślać - zostanie zwyciężone!

Powieść ma około 400 stron (zależy od wydania, moje ma 384 strony). Czyta się ją szybko. Postacie są pełnowymiarowe, dialogi zabawne i bardzo prawdziwe. Tylko koniec mnie trochę znużył, bo tak się sprawy napiętrzyły, że filmowy koniec wydaje mi się troszkę właściwszy. Za jakiś czas znów wrócę do tej historii - może w książce, może na dvd, ale wrócę na pewno.

Opowiadacze

Po lekturze opowiadań Etgara Kereta złapałam się na stwierdzeniu, że nie lubię opowiadań. Nie dokończyłam jeszcze myśli i już miałam poważne wątpliwości, co do prawdziwości stwierdzenia. Ależ ja bardzo lubię opowiadania!


Opowiadanie ma być długie – taki stawiam warunek. Ma być „o czymś”, oraz cechować się spójnością logiczną i językową. Niestety, coraz częściej trafiam na jakieś szkice, wygłupy, słowna papkę na dwie strony. Nie tędy droga. Może jestem poważnie skażona klasyką, ale waśnie takie opowiadania lubię czytać.

Dość przekornie, bo od ekranizacji zaczęła się moja przygoda z Rudyardem Kiplingiem. Mając kilka lat zakochałam się w bohaterskim ichneumonie Rikki Tikki Tavim. Naturalnie po filmie (nie była to kreskówka, a film z prawdziwymi zwierzętami!) sięgnęłam po całą Księgę dżungli, którą po prostu pokochałam.

Kiedy miałam naście lat do moich ulubionych pisarzy należał również Edgar Allan Poe, którego twórczość również poznałam dzięki telewizji. Dawno temu tv puszczała Hammerfilmy z niezapomnianym Vincentem Price’em. Do dzisiaj ciarki mnie przechodzą, kiedy pomyślę o Dziwnym przypadku Pana Waldemara. Ma się rozumieć kiedy tylko zdobyłam egzemplarz Opowieści Nadzwyczajnych, pożarłam je na miejscu (nocą!). Opowiadania mam w tłumaczeniu Leśmiana, co jeszcze potęguje ich niesamowitość.

Zaczytywałam się w powieściach i opowiadaniach Henry’ego Jamesa. Dla mnie jest niekwestionowanym królem opowiadań. Owszem, można mu zarzucić monotematyczność: wszystkie jego opowiadania rozgrywają się wśród bogatych Amerykanów zwiedzających Kontynent, ale sam język oraz tematy poruszane w opowiadaniach są godne polecenia.

W tym samym czasie czytałam opowiadania Williama Somerseta Maughama. Maugham podróżował po Dalekim Wschodzie, którym był urzeczony – jego psychologiczne opowiadania rozgrywają się właśnie w większości w malowniczych zakątkach Chin, czy innych równie egzotycznych zakątkach.

24 godziny z życia kobiety Stefana Zweiga stawiam bardzo wysoko w rankingu najlepszych zbiorów opowiadań. Zafascynowany Freudem tworzył bogate duchowo opowieści o skomplikowanych ludzkich losach. Prócz tytułowego opowiadania, polecam Nowelę szachową. Sięgnijcie, proszę, po PIWowski tomik, w którym jest aż dziewięć opowiadań – niektóre wydania zawierają zaledwie trzy.

Popełniłabym ogromny błąd, jeślibym nie wspomniała o Antonie Czechowie. Jest w jego opowiadaniach jakaś mądrość, sentymentalizm, prostota. Równocześnie są wysublimowane, i mimo pogody - smutne. Dama z pieskiem, czy tomik siedmiu opowiadań Baby (Seria z Kolibrem) nie zostawiają czytelnika obojętnym.

O mały włos zapomniałabym również o Erneście Hemingwayu. Samotność myśliwego opisuje z taką precyzją, że choć pisane prostym językiem, czytelnik niemal ma wrażenie, że towarzyszy w wędrówkach bohaterowi. Kawa gotowana na ognisku pachnie, woda ze strumienia jest przyjemnie zimna, a gałęzie delikatnie smagają nasze ciała, kiedy razem z myśliwym przemierzamy las. Jestem przeciwna polowaniom, ale Hemingway po prostu urzeka.

Wielu jest genialnych „opowiadaczy”, choćby wspomnieć Jamesa Joyce’a, Kurta Vonneguta jr, czy Stephena Kinga (chociaż nie należę do miłośników mistrza horroru, uwielbiam jego Balladę o celnym strzale), lub choćby Jeffrey Archer, którego opowiadanka kryminalne tak miło mi się słuchało na audiobookach w czasie anginy.

Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta - Anna Arno

W szkole podstawowej uczyłam się wiersza „Pieśń o żołnierzach z Westerplatte”. Prócz „Alarmu dla miasta Warszawy” (Słonimski) i „Minucie ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej” (Szymborska) zapadł mi w pamięć wiersz o zupełnie innej, nie związanej z patriotyzmem tematyce. Jak w piosence powtarzał się refren o zaczarowanej dorożce, zaczarowanym dorożkarzu i zaczarowanym koniu. Nagle odkryłam inny, liryczny świat, w którym rymy nie musiały sławić wydarzenia z historii Polski, a przenosiły czytelnika w świat fantazji. Coś takiego przeżyłam jeszcze przy okazji „Ballad i Romansów” oraz onirycznych wierszy Leśmiana. Później, kiedy odkryłam dla siebie Przekrój (mówię o świadomym czytaniu prasy) stwierdziłam, że to ta sama duchowa kraina Konstantego Ildefonsa, która odkryłam przy okazji Zaczarowanej dorożki (tu biję się w pierś, bo przez lata przechowywałam skrót wiersza, który wyrwałam z podręcznika do polskiego!). Potem naturalnie były i „Listy z fiołkiem” i „Serwus, Madonna”, które rozpadają się z zaczytania, oraz wycinane przeze mnie „Teatrzyki Zielona Gęś”. Mimo iż przygoda Gałczyńskiego z Przekrojem była stosunkowo niedługa, bo zaledwie parę lat, to humor poety ze stylem krakowskiego pisma jest nierozerwalny.

Po biografię Zielonego Konstantego sięgnęłam z prostej przyczyny – w lutym na spotkaniu DKK będziemy tę książkę omawiać. Nie miałam jej w planach, ale i nie wzbraniałam się przed nią. Nie sposób przecież nie znać życiorysu ulubionego poety, a uzupełnienie obrazu zawsze mile widziane! Nie zawiodłam się, jak to było w przypadku biografii Grzebałkowskiej o księdzu Twardowskim. Tym razem odczuwałam prawdziwą przyjemność podczas lektury.

Niebezpieczny poeta jest obszernym i wyczerpującym curriculum vitae jednego z najważniejszych poetów ubiegłego wieku. Autorka biografii, historyk sztuki Anna Arno, absolwentka Institute of Fine Arts (New York University), analizuje życie poety poprzez obszerne fragmenty jego wierszy, oraz wypowiedzi zarówno samego Gałczyńskiego, jak i jego rodziny i znajomych, wśród których znaleźli się najważniejsi literaci minionej epoki, tacy jak Putrament, Waldorff, czy niedawno zmarły Jerzy Andrzejewski.

Antysemita, alkoholik, oportunista sławiący stalinizm, czy ofiara systemu (jego poezję potępiono jako zbyt burżuazyjna jak na czasy kultury szytej „pod” prostego robotnika), niesamowicie utalentowany i płodny liryk? Fakt, że Gałczyński nie wypierał się, że pisze dla pieniędzy, ale mam wrażenie, że jest jednym z niewielu przykładów talentu totalnego, dla którego apanaże są jedynie pretekstem do nałogowego  przelewania myśli na papier. Ja w tej biografii nie widzę biografki; niestety, dziś jest to nagminne, dlatego miałam nieodparte wrażenie, że czytam książkę napisaną przez kogoś o wiele starszego, ze starej dobrej szkoły pisania biografii, a nie książek typu jak-JA-to-widzę. Arno nie zajmuje żadnego stanowiska w „krytycznych” momentach; oddaje głos innym, i tak po opublikowaniu „Poematu dla zdrajcy” o ucieczce Miłosza z kraju, czytamy wypowiedź  Jana Lechonia o „zbydlęceniu się” Gałczyńskiego. Resentymenty w literackim światku nieraz dochodzą do głosu i zdziwiłby się ten, kto spodziewa się układnych, uduchowionych wieszczy.

Autorka odnosi twórczość do życia prywatnego Gałczyńskiego, do jego przeżyć, obsesji, marzeń. Każdy wers ma swoje realne uzasadnienie, nic nie jest wyrwane z próżni. Przedwojenne liryki kontrastują z powojennymi panegirykami ku czci robotnic, wojna usypia talent Konstantego (przez sześć lat powstało zaledwie siedem wierszy!), a po epizodach z kochankami poeta wraca do swojej Srebrnej Natalii i tworzy jeden z najpiękniejszych wierszy miłośnych jakie powstały (Rozmowa liryczna).

Mam wrażenie, że mimo epizodu z faszystowskim pismem prosto z mostu, mimo hymnów ku czci nowego systemu, Gałczyńskiego nie sposób „znielubić”. To jeden z poetów wnoszących jakiś wyjęty z ram czasu urok, a humor Teatrzyku nie traci na wartości mimo tego, że autor pisał go w zupełnie innych realiach.

Znaczki z pisarzami

Wczoraj pochwaliłam się, że mam spory zbiór znaczków, a wśród nich są i znaczki z literatami. Proszę bardzo, oto i one:
Michaił Sałtykow-Szczedrin, Michaił Priszwin, Fiodor Dostojewski
Rahel Varnhagen von Ense, Annette von Droste-Hülshoff, oraz znaczek z okazji Międzynarodowego Roku Książki 1972

Władysław Reymont, Henryk Sienkiewicz, Czesław Miłosz

Filozofowie: Tadeusz Kotarbiński, Hannah Arendt, Immanuel Kant

Béla Balázs, György Lukács (filozof), Bertold Brecht, Ion Luca Caragiale

Wincenty Rzymowski, Jarosław Iwaszkiewicz, Pablo Neruda

Aleksiej Nikołajewicz Tołstoj, Fiodor Dostojewski 

Historia fotografii - pod redakcją Juliet Hacking

To już kolejny album z historią fotografii, który sprawiliśmy sobie pod choinkę. Cena jest dość znaczna i właściwie tylko w ramach prezentu można sobie pozwolić na podobne wydawnictwo. Niemniej, książka jest dobrze opracowana, rzeczowa i objętościowo duża. Interesują mnie przede wszystkim techniki oraz style fotografii XIX-wiecznej. Z ubiegłego wieku za najbardziej interesującą uważam fotografię reporterską. 
W Historii fotografii (Photography. A Whole Story) pod redakcją naukową Juliet Hacking mamy przekrój przez blisko dwa wieki fotografii - od prób najwcześniejszych, przez fotografię użytkową do nowoczesności z postmodernizmem na czele. Zarówno Hacking, jak i David Capmany, który jest autorem przedmowy, znani są w brytyjskim środowisku związanym z fotografią, i tak - Heacking jest wieloletnim współpracownikiem Sotherby's, a Campany zarówno pisze o fotografii, jak i sam jest uznanym fotografem, oraz wykładowcą. Każda ważniejsza fotografia umieszczona w publikacji jest pieczołowicie opisana, a czytelnik dostaje zarys techniki jej wykonania oraz sylwetkę artysty. Na stronie oprócz dużego zdjęcia przygotowano specjalnie małe fragmenty, na które oglądający powinien zwrócić uwagę. Co ciekawe, nie są to suche opisy, a niekiedy pełne życia mini-eseje na dany temat. 


Będę wracała do tego albumu i to mam nadzieję często. Wiecie, jak zakochana jestem w fotografii XIX-wiecznej, jej prekursorach i ich pracach. Mogę nad dagerotypami, talbotypiami, fotografiami wykonywanymi metodą mokrej płyty kolodionowej siedzieć godzinami - tak mnie to pasjonuje. Jakiś czas temu pisałam o Rogerze Fentonie, o historii fotografii pisałam z okazji 244 rocznicy urodzin Louisa Daguerre'a, polecam również swój artykuł o fotografii streoskopowej
Album zawiera najważniejsze - również te kontrowersyjne - zdjęcia, które do tej pory zrobiono. Brakuje mi części znaczących zdjęć, które można znaleźć TU, a także - naszych rodzimych fotografów, wśród których za najważniejszych uważam Tomasza Gudzowatego, oraz Krzysztofa Millera i Marcina Sudera. 
W albumie znalazłam kilka fotografii naprawdę unikalnych, których bezskutecznie szukałam, a także szereg  ciekawostek, których do tej pory nie byłam świadoma. 
W serii ukazały się Historia architektury, Historia mody oraz Historia kina. Dwie pierwsze chętnie bym nabyła, co do kina, to mam kilka takich przekrojowych opracowań. Jednak najbardziej marzy mi się album z samymi fotografiami z początku istnienia tego medium, tak powiedzmy, aż do boomu fotograficznego, kiedy to tanie kartoniki i niewielkie koszty produkcji wyparły prawdziwych artystów fotografii. 
Mam zamiar napisać jeszcze o kilkorgu ważnych postaciach związanych z fotografią, wśród których znajdzie się czwórka moich ulubionych artystów. Mam nadzieję, że chętnie przeczytacie o sylwetkach Julii Margaret Cameron, Henrym Peach Robinsonie, czy dość kontrowersyjnych fotografiach Charlesa Lutwidge'a Dodgsona, czyli Lewisa Carrolla, a na widok barwnych fotografii Prokudina-Gorskiego wpadniecie w zachwyt.  

Herbatyzm; Księga herbaty - Okakura Kazuo.

(Czarka imitująca chińską czarkę z dynastii Sung)
Herbata nie ma arogancji wina, zadufania kawy, czy afektowanej niewinności kakao.
Herbatyzm jest kultem piękna, które daje się odnaleźć w codziennej, szarej egzystencji. Wdraża nam poczucie czystości i harmonii, tajemnicę wzajemnej życzliwości i romantyzmu ładu społecznego. W istocie swej jest uwielbieniem Niedoskonałości, nieśmiałą próbą osiągnięcia czegoś znośnego w naszym nieznośnym życiu.(...)

Herbatyzm jest sztuką zatajania piękna, które należy znajdować samemu; jest sztuką sugerowania tego, czego nie ośmielamy się obnażyć. Jest szlachetną umiejętnością kpienia z samego siebie, spokojnie, lecz przenikliwie, a zatem samą kwintesencją humoru - uśmiechem filozofii.* 

* Post jest cytatem z Księgi herbaty - Okakura Kazuo.

Miłość i wygnanie - Isaac Bashevis Singer

Miłość i wygnanie jest niezwykle szczerą autobiografią Isaaca Bashevisa Singera, noblisty piszącego w języku jidysz, a w późniejszych latach po angielsku. Singer urodził się Leoncinie, wsi położonej niedaleko Warszawy. Jego ojciec był rabinem, co miało niebagatelny wpływ na umysł syna. Przesiąknięty duchem chasydyzmu, ale otwarty na świat nowoczesny Singer jako młody człowiek związał się z żydowskimi gazetami. [Chociaż urodził się de facto na ziemiach polskich (zabór rosyjski) nie potrafił się nim posługiwać; jego rodzina była niezasymilowana. Również język rosyjski był mu obcy.]
Zwierzenia Singera dotyczą jego młodości, biedy lat przedwojennych, goryczy czasów pierwszej wojny światowej oraz pierwszych lat emigracji w Ameryce. Nasycone są poszukiwaniem duchowości, metafizyką oraz erotyzmem. Poznawszy uroki miłości Singer pisze „Miłość i seks są funkcjami duszy (…) popęd seksualny jest ściśle związany z energią duchową, nie fizyczną. (…) Materia jest maską na twarzy ducha.”
Z Miłości i wygnania można się bardzo dużo dowiedzieć o przedwojennym świecie sztetl, a także o emigracji żydowskiej w Stanach. Emigracyjne losy i obserwacje, które poczynił zawarł we wspaniałej powieści Cienie nad rzeką Hudson.
Na marginesie dodam, że niedawno wyczytałam, że Singer był wegetarianinem, ze względów etycznych. W liście do przyjaciela napisał: Dla zwierząt wszyscy ludzie to naziści, a ich życie to wieczna Treblinka.

Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafón

Niesamowita, wciągająca intryga, która może się śnić po nocach. Napisana plastycznym, czasem może nazbyt poetyckim językiem, wzbogaconym o wyrazy, które pozornie wyszły już z użytku. Cień wiatru jest książką o książce, o poszukiwaniach i dojrzewaniu. Cień wiatru to książka, która nie nudzi ani przez moment. 
Rzecz zaczyna się powojennej Barcelonie; pewien księgarz prowadzi swojego niespełna dziesięcioletniego syna do tak zwanego Cmentarza Zapomnianych Książek. Jest to wielki labirynt z poutykanymi wszędzie książkami wycofanymi, wyrzuconymi, zapomnianymi. Mały Daniel Sempere wybiera jedną, która odtąd determinuje całe jego życie. Książka napisana została przez niejakiego Juliana Caraxa, a nosi tytuł Cień wiatru. Pod wpływem lektury Daniel zaczyna poszukiwać jakichkolwiek informacji na temat tajemniczego autora, ale natrafia na mur milczenia. Przy okazji okazuje się, że być może w rękach dziecka znajduje się jedyny egzemplarz powieści, ponieważ jakiś szaleniec wynajduje wszystkie egzemplarze, by je unicestwić.
To oczywiście zaledwie początek książki, bo nie mam zamiaru odbierać Wam przyjemności rozwiązywania tej zagmatwanej fabuły. Powiem tylko, że jest to bardzo, ale to bardzo dobra powieść, napisana zgodnie ze starym wzorcem powieści awanturniczej; widać wpływy angielskie, francuskie i to te najznamienitsze. 
Postacie są wprost do pokochania, lub do znienawidzenia - zależy, czy Zafón konstruuje szwarccharakter, czy bohatera pozytywnego. Jest tu i wilka miłość i nienawiść i mnóstwo wspomnień, opowieści i tajemnic, z których spowiadają się drugoplanowe postaci.
Powieść sama prosi się o sfilmowanie, ciekawa jestem tylko, czy uda się uchwycić ten specyficzny język i styl, którym operuje Zafón?

W ogrodzie pamięci - Joanna Olczak-Ronikier

W ogrodzie pamięci to książka o niezwykłej rodzinie, pełnej ludzi z pasją, świetnie wykształconych, niesamowicie inteligentnych. Joanna Olczak-Ronikier, pisarka, współzałożycielka kultowej Piwnicy pod Baranami z ciepłem opisuje losy swojej niezwykłej rodziny. Jest bowiem wnuczką Jakuba Mortkowicza (przedwojennego drukarza i księgarza)  i Janiny Mortkowiczowej (pisarki i tłumaczki), córka Hanny Mortkowicz-Olczakowej (poetki i pisarki). Jak widać postacie same się prosiły o spisanie wspomnień.
We wspomnieniach przewijają się także kuzyni, kuzynki, ciotki, takie jak Karolina, Stefania czy Flora Beylin, oraz Stanisław Horwitz, a także inni członkowie rodziny aż po dzień dzisiejszy.
O Jakubie Mortkowiczu pisze "gdzie dziś można spotkać taki ideał? (...) Gdzie szukać dwudziestoparolatka, który skończył studia za granicą, zna płynnie cztery języki, ma dobry zawód, intelektualne i artystyczne zainteresowania, potrzebę społecznego zaangażowania, jest uczciwy i bezinteresowny, a do tego jeszcze przystojny?" Nazwisko Mortkowicza z pewnością znajome wydaje się zbieraczom starych woluminów, wydawca stawiał sobie za cel produkcję książek wartościowych i do tego pięknie wydanych. Wysokie koszta produkcji przerosły Mortkowicza, i jego wrodzona "skłonność do neurastenii i zmienność nastrojów od euforii do depresji" zaowocowała samobójstwem w 1931 roku.
Na kartach wspomnień jest również wiele anegdot rodzinnych, a całość okraszona jest wspaniałymi zdjęciami z domowego archiwum.
Można się również dopatrzeć swoistego credo, którym kierowali się członkowie rodziny: 
"Iść na przód, nie rozpychając się łokciami, nie tratując nikogo po drodze. Być dumnym ze swoich osiągnięć, nie myląc dumy z pychą. Walczyć z poczuciem niższości nie wpadając w arogancję. Nie pozwalać, by gorycz zmieniła się w rozgoryczenie. Dbać o ludzką sympatię bez służalczości i obłudy. Najogólniej rzecz biorąc, budować wewnętrzną zgodę na swój los, nie opuszczając rak i zachowując godność (...) Życie w pełni udane musi być życiem twórczym. Zawiera się w tym postulacie obowiązek aktywności, wrażliwość na potrzeby innych, dyscypliny i wewnętrznych rygorów. A przede wszystkim nieustannego rozwoju intelektualnego i duchowego".

Piąte dziecko - Doris Lessing

W Piątym dziecko Lessing opowiada, jak życie codzienne może stać się koszmarem. To bardzo mocna książka, oscylująca wokół życia rodzinnego, wychowania dziecka innego niż wszystkie oraz odpowiedzialności rodzica za wychowanie. Książka może drażnić, nawet myślę, że ma drażnić; po przeczytaniu połowy chciałam - jak w Pamiętniku pozytywnego myślenia - wyrzucić książkę za okno, ale czytałam ją dalej niemal z wypiekami na twarzy.
Dwoje introwertyków, Dawid i Harriet, poznaje się na firmowym przyjęciu. Od pierwszej chwili wiedzą, że są dla siebie przeznaczeni. Dalej obserwujemy rodzinną sielankę - para tuż po ślubie kupuje olbrzymi wiktoriański dom, który może pomieścić ich wszystkie przyszłe dzieci, a zdecydowali się (wbrew radom pozostałych członków rodziny) na sześcioro lub nawet ośmioro pociech. Obserwujemy, jak dom stopniowo wypełnia tupot małych stópek, a rodzina żyje jak w niebie. Do czasu, kiedy Harriet zachodzi w piątą ciążę... Kobieta od początku przeczuwa, że z płodem jest coś nie tak. Z płodem, bo nie potrafi zaakceptować tego intruza i nazywać dzieckiem, jak pozostałe. Ciąża wykańcza Harriet, a kiedy mały Ben przychodzi na świat od razu wiadomo, że będą z nim problemy. Jest - co tu dużo mówić - dziwny. Nie wykazuje emocji, ani uczuć, patrzy zimnym wzrokiem na rodziców i rodzeństwo, wszyscy go unikają. Nie jest dzieckiem autystycznym; w powieści występuje dziewczynka z zespołem Downa, która jako żywe, miłe dziecko zaskarbia sobie sympatię całej rodziny. Ben jest jakby żywcem przeniesiony z czasów, kiedy przodkowie homo sapiens żyli w jaskiniach i walili mamuty maczugami po kosmatych łbach.
Dziecko może się kojarzyć z Damienem z Omenu, albo Kevinem z Musimy porozmawiać o Kevinie; Lessing funduje nam świetny portret psychopaty z czasów od kołyski po wiek nastoletni. Przerażająca jest zwłaszcza scena z zakładu dla upośledzonych dzieci. Jednak autorka przeszarżowała, kiedy "kazała" udusić niemowlęciu psa i kota. 
Polecam tę książkę wszystkim, tylko nie kobietom w ciąży. Wiem, jak ciężarna potrafi się przejąć; nie piszę tego z przekąsem, bo sama przeżyłam ten stan. 
Na koniec jeszcze tylko dodam, że mam mały żal do tłumaczki - część imion zostało spolszczonych: Dorota, Janeczka, Łukasz, Paweł, a część nie, jak na przykład Harriet, którą można było nazwać choćby Honoratą, lub Jamesa - Jakubem, a na przykład waga dziecka została wyrażona w nic Polakom nie mówiącym funtach, które aż proszą się o przeliczenie na kilogramy...
Historia Bena jest kontynuowana w książce Podróż Bena

Kłamca - Jakub Ćwiek

Gdzie anioł nie może, tam Lokiego pośle. Tak mogłoby brzmieć przewodnie hasło Kłamcy Jakuba Ćwieka. Kłamca bowiem jest, że się tak wyrażę "pseudonimem artystycznym" nordyckiego boga oszustwa. Skłócony z resztą starożytnej braci (pamiętamy z mitologii, lub przynajmniej z Avengersów - o co poszło;), znalazł zajęcie u boku aniołów jako - powiedzmy sobie szczerze - wykidajło. Kłamca obfituje w migawki z kariery Lokiego, który zmieniając postaci, jak ubrania wykonuje przerozmaite zadania*. Oprócz nordyka żującego wykałaczki, mamy także rzeszę aniołów, na czele z furiatem archaniołem Michałem, który rozwala demony jak Rambo wrogów.
Książkę czyta się szybko, łatwo i przyjemnie. Nie jest to literatura najwyższych lotów, ale świetnie się sprawdza do poduszki po ciężkim dniu, bądź jako wypełniacz czasu w komunikacji miejskiej. Postacie są takie troszkę tekturowe, główny bohater wręcz razi (z tą obleśną wykałaczką, fe!), ale z opowiadania na opowiadanie coraz bardziej wciągałam się w historię. Najlepsza i chyba najlepiej opowiedziana była historia z Mikołajem-Światowidem, a i historia o egzorcyzmach jest również godna zapamiętania. Nie wiem, czy sięgnę po kolejne części (do tej pory powstało ich pięć), ale mam jeszcze Liżąc Ostrze, które jest ponoć horroro-trillerem. No, zobaczymy jak się rozwinie moja "przygoda" z Ćwiekiem;)

*od rana rymuję:D

Dalziel & Pascoe - Reginald Hill

Przełom roku spędziłam rozwiązując zagadki kryminalne z moją ulubioną parą detektywów. Do tej pory przeczytałam Morderstwo na uniwersytecie, a na przełomie roku Okrutną miłość, Ścięte głowy oraz Ostatnie słowa. Mam nadzieję, że polski wydawca postawi na tę serię, bo liczy sobie ona pięć razy więcej książek, niż wydano dotychczas.
Reginald Hill, pisarz, który stworzył serię o Dalzielu i Pasoe (znaną chociażby ze świetnej serii BBC, emitowanej również na kanałach polskojęzycznych) zmarł w zeszłym roku na raka mózgu. To był prawdziwy cios dla fanów tego niezwykle utalentowanego pisarza.
Urodził się, jak sam przyznał w jednym wywiadów w zwyczajnej rodzinie. Ojciec Reginalda był profesjonalnym piłkarzem, a matka zajmowała się domem. To właśnie gust czytelniczy matki Reginalda przyczynił się do jego późniejszego rozwoju kariery, bowiem w biblioteczce Hillów królowały powieści detektywistyczne, takich autorów jak Agatha Christie, Freeman Wills Crofts, R. Austin Freeman, Michael Innes, Georges Simenon, John Dickson Carr, Raymond Chandler czy Dashiell Hammett.
Po studiach na Oxfordzie, gdzie studiował w latach 50-tych, pracował jako nauczyciel, aż do roku 1980, kiedy zrezygnował z pracy, by już jako pisarz "etatowy" nadal tworzyć powieści.
Zadebiutował w 1970 roku powieścią A Clubbable Woman, która zapoczątkowała serię o Andym Dalzielu (czyt: Di-el) i Peterze Pascoe. Do 2007 roku wyszły 24 powieści o parze detektywów z Yorkshire (w tym zbiór opowiadań). Ponadto Hill w latach 90-tych powołał do życia ciemnoskórego detektywa Joego Sixsmitha, ponadto jest twórcą ponad dwudziestu innych powieści i zbiorów opowiadań. Za swoje powieści był wielokrotnie nagradzany.
Para była porównywana do Holmesa i Watsona, a także do... Laurela i Hardy'ego. Obaj panowie - gruboskórny, wręcz chamowaty podinspektor Dalziel, oraz komisarz Pascoe, który otrzymał uniwersyteckie wykształcenie, stanowią swoje zupełne przeciwieństwa, co jednak nie przeszkadza im w wypełnianiu swoich obowiązków. Książki Hilla pełne są humoru sytuacyjnego, zabawnych powiedzonek oraz dygresji społecznych (w tomie Ostatnie słowa Hill pisze o starości i o bezrobociu, które było poważnym problemem w Wielkiej Brytanii lat 80-tych).
W Okrutnej miłości (A Killing Kindness) dusiciel cytujący Shakespeare’a czatuje na młode kobiety. Podejrzenia padają na grupę Cyganów, która zjechała do miasteczka na jarmark. Historia jest niezwykle wciągająca i utrzymana w starym dobry stylu znanym choćby z powieści Christie. Małe miasteczko, każdy zna każdego. Hill podrzuca czytelnikowi maleńkie jak okruszki wskazówki, i tylko od naszej spostrzegawczości zależy, czy będziemy o krok przed detektywami, czy za nimi.
W Ściętych głowach (Deadheads) mamy podejrzanego, Patricka Aldermanna, któremu ciężko jest udowodnić jakąkolwiek winę, chociaż dziwne zbiegi okoliczności wskazują jednoznacznie, że Aldermann ma konszachty ze Śmiercią.
Ostatnie słowa to istna symultana śledztw. Starsi ludzie giną w tajemniczych okolicznościach, a Dalziel nagle zmienia się nie do poznania.
Rozdziały Ściętych głów noszą nazwy nowoczesnych odmian róż; Aldermann jest ich pasjonatem i hodowcą, a w powieści Ostatnie słowa motta poszczególnych rozdziałów zostały zaczerpnięte z przedśmiertnych słów postaci historycznych.
Oczywiście każdą część można czytać niezależnie, zwłaszcza, że pierwsza nie została jeszcze przetłumaczona.
Dalziel i Pascoe nie są jedynymi tak świetnie napisanymi postaciami serii; mamy tu także, oprócz sporadycznie pojawiających się Seymoura, czy Singha, także Wielda, określanego jako tak brzydkiego, że bardziej się nie da, niemniej inteligentnego oraz nieco tajemniczego, oraz wspaniałą charyzmatyczną postać Ellie Soper (później Ellie Pascoe), wykładowczynię socjologii w college’u, oraz lewicującą feministkę.
Przede mną jeszcze Małe sprzątanko, które, mam nadzieję, dorwę w swoje łapki wkrótce.

Dreszcz - Jakub Ćwiek

Właściwie miałam dzisiaj napisać o zupełnie innej książce, ale tak po świętach nie będę Was obciążała stosami rosyjskich nieboszczyków wylewających się z książki Sołdat. W zamian lektura lekka, łatwa i przyjemna.
Od jakiegoś czasu cały Internet zachwyca się śląskimi przeróbkami tytułów filmowych. Pitło z luftem wejdzie pewnie do języka potocznego, bo jest niezwykle chwytliwe. Czemu o tym wspominam - otóż w Dreszczu Jakuba Ćwieka mamy takie śląskie wstawki, bo jednym z bohaterów jest emerytowany górnik, Alojz. Główną postacią jest stary sterany życiem i gorzałą rockman, który uległszy dziwnemu wypadkowi (- Co mi się stało? - zapytał. - Wersja długo czy krótko? - Krótka. - Pieron cie ciulnoł.) odkrywa w sobie "moce", które mają mu posłużyć niebawem w walce ze Złem. Rychu średnio nadaje się na bohatera, za to bardzo szybko dochrapuje się swojego własnego lokaja w osobie nastoletniego Brytyjczyka, który doskonale włada językiem Mickiewicza. 
Dużo tu humoru, rocka i znajomych, śląskich klimatów (chociaż rzecz w większości dzieje się w Katowicach mamy porządny krakowski wątek), Dreszcz jest książką totalnie postmodernistyczną, czerpiącą garściami z kultury masowej, zwłaszcza z komiksów i filmów o superbohaterach Marvella.
Pewnie dziwi Was to, że wybrałam taką "nietypową" dla mnie lekturę; ostatnie naście dni borykamy się z choróbskami, ciężko mi było skupić się na świętowaniu Bożego Narodzenia, a co dopiero na jakiejś bardziej wymagającej lekturze. Ale nie był to zły wybór, pośmiałam się szczerze przy Ćwieku, moje serce zdobył Alojz, oraz niejaki Zawisza Czarny:)
Tylko deczko się rozczarowałam, że się wszystko nie wyjaśniło, bo szykuje się drugi tom. Niedługo zabieram się za Ćwiekowskiego Kłamcę, ale póki starczy czasu przed Nowym Rokiem zaczytuję się w Reginaldzie Hillu.

Lalki w ogniu. Opowieści z Indii - Paulina Wilk

Zapewne nigdy nie pojadę do Indii, podobnie jak w inne odległe, egzotyczne zakątki świata. Ale lubię o nich czytać. Ktoś pojechał tam w moim imieniu, przetrawił "widoki" i opisał to w książce. I muszę - przynajmniej częściowo wierzyć w to, co autor przedstawia.
Mam jeszcze w głowie obraz Indii rodem z przygodówek i romansów: W 80 dni dookoła świata, Dalekie pawilony, etc. Kolorowe sari, pochłaniające czas i bogactwo rytuały, bogowie na każdym kroku. Schyłek XX-go i początek XXI-go wieku przyniósł zmianę stereotypu - Indie są nadal krajem biednym, ale rozwijającym się, miliony ludzi się kształci, a Bollywood jest większą fabryką snów, niż jej amerykański pierwowzór. Niestety, jak pisze Paulina Wilk, autorka Lalek w ogniu, Indie nadal są krajem bardzo konserwatywnym, przesycone są wszechobecną na każdym kroku biedą, Hindusi - pisze Wilk - grzęzną w hipokryzji; w kraju, w którym powstała Kamasutra, młodzi ludzie nadal zawierają aranżowane śluby, a normy społeczne są tak surowe, że zwykłe spotkanie towarzyskie jest bacznie obserwowane przez postronnych, o rodzinie nie wspominając. Kobiety często narażone są na utratę zdrowia lub życia: "Na wsiach do zabójstw (dziewczynek) doprowadza makabryczna plątanina tradycji, bezradności, ubóstwa i braku edukacji.", morderstwa posagowe (dowry deads) są na porządku dziennym, morderstwa honorowe nie dziwią już chyba nikogo. Życie nastawione jest na upublicznianie czynności, które w zachodniej świadomości są intymne, jak mycie się, defekacja. (Chociaż na katowickim dworcu niejedno można zobaczyć...).
Kraj kontrastów, odwiedzany przez miliony turystów wywołuje sprzeczne emocje - z jednej strony kolorowy korowód bóstw, przyozdobiony aksamitkami, pojony mlekiem, nacierany wonnymi olejami, wspaniałe jedzenie (jedną z moich ulubionych książek kucharskich jest Kuchnia Kryszny), niemal celebrowane przez całe rodziny, z drugiej strony bieda na ulicach, slumsy, zarobki ledwie starczające na zapewnienie sobie i rodzinie przetrwania, nie mówiąc o godnym życiu.
Jasne, że tak różnorodnego kraju szczycącego się taką historią i wspaniałą kulturą nie można "ogarnąć" w jednej książce, ale Paulina Wilk daje nam Indie w pigułce, dzieli się z czytelnikiem swoimi obserwacjami i myślę, że jest z nami szczera. Książka ponadto okraszona jest kolorowymi zdjęciami wykonanymi przez samą autorkę.

Stambuł

Jedno z najliczniejszych i najpiękniejszych miast Europy nie raz zostało uwiecznione na kartach powieści; od opracowań historycznych, po Morderstwo w Orient Expresie Agathy Christie. Z ciekawostek: nie wiem czy wiecie, ale w Stambule zmarł Adam Mickiewicz. 
W mieście znajduje się 2691 czynnych meczetów, oraz 123 czynnych kościołów chrześcijańskich oraz 26 czynnych synagog. Miasto liczące 13 854 740 mieszkańców mogłoby być z powodzeniem swoistym polis (jak niegdyś, kiedy nosiło nazwę Bizancjum), państwem-miastem, w którym przegląda się cała Turcja, jak w zwierciadle. Geert Mak, holenderski pisarz i dziennikarz, wyciął z tego jeszcze mniejszą płachetkę - Most Galata. Na moście spotykają się najbiedniejsi z biednych, którzy na straganach handlują okularami przeciwsłonecznymi, herbatą, książkami, etc. Ale Most to nie tylko obraz współczesnego, znanego z wycieczek Stambułu, to także przyczynek do nakreślenia historii tego pięknego miasta. Ta niewielka objętościowo książka, licząca zaledwie 144 strony zawiera kompendium wiedzy na temat życia i struktury dawnego Konstantynopola; lata świetności, zapaść, odbudowa - jak Most Galata, na którym codziennie można spotkać te same twarze - wielokrotnie odbudowywany służy nie tylko przeprawie na drugi brzeg, ale jest spoiwem, symbolem i ważną arterią miasta. Mak pisze o specyfice tureckiego myślenia, o przetrwaniu, tradycji i honorze. I jak na zawołanie akurat po Moście miałam okazję przeczytać Honor Elif Şafak. 
W swojej najnowszej książce Şafak opowiada historię honorowego morderstwa. Rok rocznie na całym świecie odnotowuje się liczne przypadki tego typu morderstw; w oczach rodziny, czy nawet całej społeczności kobieta, decydująca się na życie z mężczyzną innym, niż nakazuje jej rodzina, zostaje "ukarana". I taki właśnie los spotyka jedną z bliźniaczek z niewielkiej tureckiej wioski; mąż Pembe Toprak odszedł do innej, a ona sama została z trojgiem dzieci i długami męża. Zbieg okoliczności postawił na jej drodze mężczyznę, któremu oddała serce, ale z obawy przed rodziną spotykają się po kryjomu. Jak w Annie Kareninie Şafak piętnuje nierówność płci wobec tradycji; Adem, niewierny mąż nie ponosi konsekwencji zdrady, a Pembe płaci śmiercią za odrobinę szczęścia - zupełnie jak Anna.
Na tej ziemi, gdzie urodziły się Różowe Przeznaczenie i Dość Urody, honor był czymś więcej nie jedynie słowem. Był również imieniem. Dziecku można było dać na imię Honor, jeśli był to chłopiec. Bo honor mieli mężczyźni. Starcy, mężczyźni w średnim wieku, a nawet chłopcy tak młodzi, że ciągle pachnęli jeszcze mlekiem matki. Kobiety honoru nie miały. Miały za to wstyd - ale jak wszyscy wiedzieli, nie byłoby zbyt przyjemnie nosić takie imię.
Jednym z głównych bohaterów jest İskender, pierworodny Adema i Pembe. Już od pierwszego rozdziału wiemy, że to on jest odpowiedzialny za zabójstwo własnej matki. Jednakże nic nie jest takie, jakim się wydaje, przedziwne zbiegi okoliczności działają jakby w imieniu losu (tureckie kismet), wbrew któremu działali bohaterowie. 
Honor wciąga. Czyta się go jednym tchem. Şafak, jak Agatha Christie daje nam wskazówki już od pierwszych chwil, a koniec i tak zaskakuje dając jednocześnie nadzieję. Może jestem bardzo nieobiektywna, bo uważam Elif Şafak za jedną z najlepszych pisarek, jakich prozę miałam okazję czytać, ale w jej pisarstwie jest coś, co przykuwa na długie godziny do fotela i sprawia, że człowiek zapomina o bożym świecie. Część, która rozgrywała się w Londynie przypominała mi Białe zęby Zaidie Smith (chyba byłam zbyt ostra dla tej książki, która w gruncie rzeczy była całkiem niezła).
Jeśli mielibyście możliwość, czytajcie właśnie w tej kolejności: Most, potem Honor. Obie polecam bardzo gorąco.
A jeśli chodzi o Stambuł, to bardzo chętnie bym się wybrała, ale tak fizycznie, nie tylko "duchem", jak do tej pory.

Gdzie oni są? Gdzie wszyscy moi przyjaciele?

Bezbarwnego Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymki przeczytałam z dwu powodów: po pierwsze, jest w prozie Haruki Murakamiego coś, co mnie nieodparcie przyciąga, po drugie, 28 listopada odbyła się ogólnopolska dyskusja poświęcona właśnie tej książce (w zeszłym roku omawialiśmy Trafny wybór JK Rowling). 
Murakami mnie nie zawiódł. O ile nie lubię jego opowiadań (jak wspomnę człowieka-żabę, to mi kartofle z piwnicy czwórkami wychodzą), to powieści uwielbiam. Oczywiście największe wrażenie zrobiła na mnie Kronika ptaka nakręcacza, Kafka nad morzem, Sputnik Sweetheart i trylogia 1Q84, na której ostatni tom czekałam z wypiekami na twarzy. Bezbarwnemu Tsukuru Tazakiemu (dopisek o latach pielgrzymstwa chętnie bym usunęła) bliżej jest do Norwegian Wood - przed nastu laty była sobie paczka przyjaciół, porównująca się do pięciu palców jednej ręki. Kiedy Tsukuru jako jedyny z piątki decyduje się na opuszczenie rodzinnego Nagoi, pozostali ni z tego ni z owego bezpardonowo kończą z nim znajomość. Na Tsukuru wywiera to niebagatelny wpływ: młody człowiek popada w depresję - Murakami w tym miejscu prześciga sam siebie i funduje czytelnikowi najlepszy opis depresji, który został zapisany ludzką ręką.
Jak w innych powieściach sen miesza się z jawą, nie ma prostych wyjaśnień, zostaje tylko oniryczny klimat. Choć nie tak "zakręcony", jak we wspomnianych wyżej powieściach. Oczywiście Murakami nie byłby sobą, gdyby nie "wrzucił" również muzycznego tematu przewodniego - mieliśmy jazz, Janacka, Beatlesów, teraz pora na Ferenca Lista i jego Lata pielgrzymstwa (stąd podtytuł). Właśnie - co do bezbarwności Tsukuru, jest to odniesienie do nazwiska, które na tle czwórki pozostałych przyjaciół, noszących od-kolorowe nazwiska, wydaje się pozbawione koloru. Bynajmniej Tsukuru nie jest bezbarwny z charakteru, o czym, mam nadzieję, przekonacie się czytając najnowszą książkę Murakamiego.
Wspomniałam o II-giej ogólnopolskiej dyskusji - DKK, do którego należę zorganizowało spotkanie w herbaciarni White Monkey. Klimatyczny półmrok, pyszna herbata, wspaniała dyskusja - co tu dużo mówić, było świetnie!

Recenzja z dygresją, czyli o pozorach, które mylą

Mam taka prywatną listę pisarzy do zapoznania. Na tej liście od czasu spotkania autorskiego (półtora roku temu) "wisi" Eric-Emmanuel Schmitt. Julia Orzech zachęciła mnie do Intrygantek, które znalazłam raz-dwa i po powrocie do domu zaczęłam czytać.
I tutaj muszę zrobić dygresję: otóż abstrahując od spotkania, (które było niezwykle udane, autor dosłownie rozkochał w sobie publiczność, tłumacz niemal czytał w myślach Schmitta, a Bugalski pełnił funkcję wisienki na torcie) spodziewałam się czegoś nieznośnie babskiego w duchu jak nie Coelho, to przynajmniej Wiśniewskiego. Okładka z półnagą kobietą, tytuł oraz tekst z tyłu okładki miały mnie utwierdzić w tym przekonaniu. I dlatego przez te półtora roku nie sięgnęłam po prozę Schmitta. No więc jakież było moje zdziwienie, kiedy Intrygantki okazały się zbiorem świetnych dramatów scenicznych, dotyczących nie tylko miłości, ale i winy, tożsamości, przemiany, woli, Boga i przyczynie zła na świecie. 
Na okładce jak byk stoi: 
Pięć kobiet pałających żądzą zemsty zastawia pułapkę na mężczyznę, który dawno temu złamał każdej z nich serce. Jednak kiedy zwabiony podstępem Don Juan wpada w ich sidła, cały misterny plan wali się w gruzy. Okazuje się, że mimo upływu lat uwodzicielskie słowa Don Juana nie straciły nic ze swojej zniewalającej mocy.
Kobiety szybko odkrywają, że tajemniczy łajdak, którego tak przez lata nienawidziły, wciąż ma nad nimi władzę.
Dawne namiętności odżywają – i okazują się o wiele silniejsze niż pielęgnowany latami gniew z powodu zdrady.
Proszę państwa, pozory mylą - wydawca zapewne chciał skierować książkę do masowego odbiorcy, któremu wmówił, że to literatura w spódnicy. A ja oczyma wyobraźni widziałam znakomite przedstawienia teatralne, w które wcieliłam najznakomitszych polskich aktorów. Ani słowa o pozostałych trzech dramatach!
Co więcej, ze zdumieniem przeczytałam, że autor skończył filozofię; kiedy nieznajomy mężczyzna z dramatu "Gość" mówi o niewinie Boga i wolnej woli człowieka, od razu poczułam się, jakby Schmitt uczęszczał na te same wykłady u prof Dembińskiego, co ja. Do tego ostatni, króciuteńki dramacik jest bardzo przewrotną kpina z wielkich filozofów.
Tytuł oryginału brzmi: Théâtre. La Nuit de Valognes, Le Visiteur, Le Bâillon, L'École du diable, co można było przetłumaczyć: Dramaty: Noc w Valognes, Gość, Knebel, Szatańska filozofia (polskie tytuły poszczególnych dramatów). Czemu więc Intrygantki? 
Oczywiście nie jest to moje ostatnie spotkanie ze Schmittem. Ale nie mogę się zdecydować po co sięgnąć teraz, żeby nie stracić tego, co odkryłam?

P.S. dla porównania pokazuję zagraniczną okładkę. Można bez kobiety? Można.


Láska nebeská - Mariusz Szczygieł

W maju miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu autorskim z Mariuszem Szczygłem. Bardzo to było udane spotkanie, które nie tylko przybliżyło czytelnikom pisarstwo Szczygła, ale i zbliżyło dwa narody, bo gościło u nas wielu Czechów. Również w tym roku przeczytałam doskonałe reportaże zawarte w tomie Gottland, które bardzo pozytywnie wspominam (recenzja tu). Kiedy tylko miałam możliwość sięgnięcia "po więcej Szczygła", zrobiłam to bez wahania. Láska nebeská jest zbiorem felietonów, znacznie lżejszych niż wspomniany Gottland. O ile w tym ostatnim mieliśmy masę historii dość ciężkich gatunkowo, to Láska nebeská (po polsku można to przetłumaczyć jako "niebiańska miłość", "miłość nie z tej ziemi") opowiada o radości życia, z ciepłym humorem ukazując literaturę, film i sztukę Czechów (oraz Czechosłowaków). Króciuteńkie felietoniki okraszone są czarno-białymi zdjęciami z pogranicza reportażu i fotografii streetartowej. Próbując uchwycić czeską mentalność, Szczygieł,  szuka różnic i podobieństw między naszymi narodami, ale odniosłam wrażenie, że Czesi to bardziej stan umysłu niż naród - i właśnie o tym jest ta książka. O największych czeskim filozofie - Szwejku; o nieistniejącym geniuszu, który z miażdżącą przewagą głosów zwyciężył w plebiscycie na Największego Czecha, o abstrakcyjno-kafkowskim pogrzebie Havla. Część felietonów ukazała się jako przedmowa do książkowej serii "Literatura czeska", wśród których znalazły się między innymi  "Przygody dobrego wojaka Szwejka" Jaroslava Haška, "Święto przebiśniegu" Bohumila Hrabala, "Czarny Piotruś" Jaroslava Papouška, "Krakatit" Karela Eapka, "Opera żebracza" Václava Havla, czy polecana wszystkim przez Szczygła "Śmierć pięknych saren" Oty Pavela.

Swoją drogą zabawnie się to wszystko układa: niedawno przeczytałam Kunderę, zaraz potem jak na zawołanie dostałam film, a teraz "czeski" Szczygieł.