Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny - Max Blecher

Max Blecher to rumuński prozaik pochodzenia żydowskiego żyjący w latach 1909-1938. Mając 19 lat wyjechał z rodzinnych stron do Paryża, by studiować medycynę. Jednakże wkrótce po wyjeździe zdiagnozowano u niego wówczas nieuleczalną gruźlicę kręgosłupa. Kolejną dekadę spędził w sanatoriach, pionizowany specjalnymi aparatami i utrzymywany nieruchomo gipsem.


Pisze się, że gdyby nie choroba, która zmieniła jego priorytety, nie zostałby pisarzem. To właśnie pod wpływem przeżyć z okresu choroby powstają jego powieści “Zabliźnione serca”, czy “Zdarzenia w bliskiej nierzeczywistości”. Prowadzi również ożywioną korespondencję z najwybitniejszymi awangardowymi umysłami epoki, Martinem Heideggerem (w 1927 ukazuje się jego “Bycie i czas”), André Bretonem (po pierwszej wojnie światowej powstaje surrealizm), André Gide’m (Gide ma już ugruntowaną pozycję, jego “Lochy Watykanu” ukazały się w roku wybuchu wojny). 

Max Blecher w “Rozświetlonej jamie” przenosi nas do przedwojennych sanatoriów, gdzie egzystują pacjenci terminalni i ci, dla których nie ma miejsca w “zdrowym” społeczeństwie. Dziennik o dusznym klimacie, odrealnionym, jakby świat poza sanatoriami nie istniał. Ówczesne sanatoria, jak można wnioskować z choćby Prousta czy Manna są połączeniem szpitali, hospicjów oraz ekskluzywnych hoteli. Terapie eksperymentalne są niekiedy jedynym sposobem na złagodzenie męczących objawów czy wręcz przedłużenie życia kuracjusza.

Blecher jest w dzienniku niezwykle szczery, nie ma nic do stracenia, więc opisuje świat, w którym żyje oraz swój wewnętrzny świat na równym statusie ontologicznym: sny i jawa przeplatają się spajając w jedno. Ból, śmierć oraz jątrzące się rany nie są tu tematem tabu, bo są zbyt zwyczajne.

Po youtube’owej recenzji Madri nie mogłam nie kupić tej książki. Choć jest niewielka objętościowo, przez swoją prostotę i szczerość wali prosto między oczy. Kilka dni nie mogłam zacząć czytać nic innego.

Tytuł: Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny
Autor: Max Blecher
Tytuł oryginalny: Vizuina luminată: Jurnal de sanatoriu
Tłumaczenie: Joanna Kornaś-Warwas
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Rok wydania: 2018
Opis fizyczny: 200 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: wspomnienia/dzienniki
ISBN: 978-83-65595-77-5

Po trochu - Weronika Gogola

Weronika Gogola w opowieści “Po trochu” snuje wspomnienia z okresu dzieciństwa i dorastania. W bezpretensjonalny sposób ukazuje świat wsi lat 90-tych. Wszystko powleczone werniksem nostalgii i mam wrażenie, głębokiej miłości do rodziny. Autorka jest przy tym do bólu szczera przeprowadzając przy tym wiwisekcję dorastania.


“Po trochu” to również pieśń o odchodzeniu, umieraniu, które wpisane jest w nasze życie niczym rewers monety. Odchodzą zwłaszcza mężczyźni, Gogole nie dożywają pięćdziesiątki, a znajomi i koledzy umierają w wypadkach jeżdżąc po pijanemu. Kobiety z podniesionym czołem znoszą swój los. Ta miniaturowa saga rodzinna pełna jest bowiem duchów snujących się na kartach książki.

Momentami miałam wrażenie swoistego anachronizmu – czy autorka rzeczywiście jest młodsza ode mnie i opisuje życie na przełomie wieków, czy jednak snuje gawędy o życiu, które odeszło już dawno temu? Gdyby nie wstawki o bojówkach czy walkmanach dałabym sobie rękę uciąć, że Gogola opisuje lata 60-te! I w pewnym momencie uderzył mnie pewien fakt - i Weronika Gogola i Jakub Małecki tak cudownie piszą o polskiej prowincji, z taką dozą nostalgii, a przy tym tak szczerze i ponadczasowo, chociaż nie są to laurki, a raczej obrazy malowane słowem. 

Szczerze polecam. Szczególnie równolatkom. Jeśli lubicie lekko nostalgiczne klimaty koniecznie sięgnijcie do Znaków szczególnych Pauliny Wilk.

Tytuł: Po trochu
Autor: Weronika Gogola
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Rok wydania: 2017
Opis fizyczny: 180 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: powieść
ISBN: 978-83-65595-51-5

Koala - Lukas Bärfuss

W serii Ossolineum "Z kraju i ze Świata" ukazało się dotychczas 5 powieści. Jedną z nich jest powieść-esej szwajcarskiego autora Lukasa Bärfussa "Koala".

Czterdziestokilkuletni, pracujący w noclegowni brat przyrodni narratora popełnia samobójstwo. Po długiej nieobecności w rodzinnym mieście bohater musi się zmierzyć z przeszłością zmarłego, i co naturalne, z jego krokiem. "Paraliżował mnie swoim czynem, przez swoje samobójstwo wdzierał się w moją codzienność tak jak nigdy nie czynił tego za życia".


Samobójstwo brata staje się przyczynkiem do głębszego zastanowienia nad zjawiskiem jako takim. Samobójstwo jako kontestacja rzeczywistości, jako wyraz buntu, pragnienie wypisania się z życia. Zjawisko powszechne, jedna z opcji. "Samobójstwo, stwierdziłem, było powszechną śmiercią, pospolitą niczym krótkowzroczność."

Jednocześnie przezwisko brata z dzieciństwa staje się pretekstem do snucia analogii między charakterem brata jako człowieka a tytułowym torbaczem. Autor snuje refleksje o narodzinach nowego świata, narodzinach pełnych bólu i śmierci. Z niemal reporterską precyzją przytacza Bärfuss historie zesłanych za drobne kradzieże pomywaczek, złodziejaszków i zabójców. Pojawienie się białego człowieka na niegościnnym ladzie, jak w Afryce Josepha Conrada, zwiastuje nie tylko zagładę gatunków, ale i unicestwienie tubylczych plemion. Autor kładzie nacisk na niemal wirusową ekspansję zachodniej cywilizacji stawiając jej jad na równi z konsumpcyjnym stylem życia.

Bierność według naszego społeczeństwa jest czymś nieakceptowalnym. O ile koali jako zwierzęciu przypięliśmy łatkę zwierzątka sympatycznego, misia-przytulanki, to bierny człowiek nie ma prawa istnieć, jest wybrykiem natury, błędem systemu.


Tytuł: Koala
Autor: Lukas Bärfuss
Tytuł oryginalny: Koala
Tłumaczenie: Arkadiusz Żychliński
Posłowie: Grzegorz Jankowicz
Wydawnictwo: Ossolineum
Rok wydania: 2017
Opis fizyczny: 180 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: powieść
ISBN: 978-83-65588-20-3

Bullet Journal [po dwóch latach]

Powiem otwarcie – gdyby nie bullet jurnal z pewnością byłoby ze mną kiepsko! Takie poukładane zapiski królują u mnie już trzeci rok i jestem więcej niż zadowolona, że odkryłam bu-jo dla siebie.

W 2018 roku zdecydowałam się prowadzić agendę w kalendarzu Midnight Steel Paperblanks o formacie midi horizontal. Niestety, nie był to najlepszy wybór, bo jak się przekonałam, potrzebuję więcej miejsca. W czasie największego natłoku, czyli w czasie roku szkolnego, a najbardziej w październiku, kiedy mamy Rybnickie Dni Literatury, strony miałam zapełnione na maksa!

W tym roku będę pisała w planerze Paperblanks modelu z serii Safavid, formatu ultra. 240 stron w kropki.

 

Po roku przerwy wracam do dużego formatu, ale nadal jestem wierna firmie P. Kiedy tylko dowiedziałam się, że będą plannery w kropki, oczywiście musiałam sobie taki kupić. Uwierzcie mi, od chwili kupna na Targach Książki w Krakowie nie mogłam się doczekać, kiedy zacznę go używać na co dzień. (Ale najpierw musiałam skończyć kalendarz.)

Piszę naprawdę dużo. Robię naprawdę masę notatek, a dodatkowo sporządzam codzienne listy zakupów, spraw do załatwienia oraz spraw szkolnych mojego synka (kiedy wypadają zastępstwa, co przynieść na plastykę, etc.). Do tego dochodzi notowanie prywatnych zapisków w osobnym zeszycie – tym razem wykorzystałam zakup z kwietnia, kiedy odwiedziłam Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Jestem z niego bardzo zadowolona, ma dobrej jakości kartki koloru kości słoniowej z czerwonymi liniami. Do tego ładna, twarda okładka, tasiemka-zakładka i gumka. Kiedy skończę w nim pisać zabiorę się za kolejny Gorjuss – ten dostałam od Agnes z Dowolnika. Mam jeszcze czarną Rhodię z Pen Show w 2017 roku - tam lądują moje notatki z historii. 



Przekonałam się do kropek (zarzekała się żaba błota). Coraz bardziej cieszą mnie również małe doodle. Uczę się także sporządzania notatek graficznych. Moje zeszyty (do cytatów mam osobny, do pracy również) pełne są maleńkich rysuneczków, które są dla mnie miłą odskocznią od codziennej pisaniny. 



Kupiłam sobie biały żelopis. Często rysunki i napisy wykonuję dość grubym żelopisem PaperMate. Stale korzystam z cienkopisów Stabilo. Codzienne notatki sporządzam piórem wiecznym, a w “prywatnym” zeszyciku maczanym ze ściętą stalówką (piszę swoim charakterem pisma, do kaligrafii mam oczywiście osobny zeszyt – czasami mam wrażenie, że mam więcej zeszytów niż moje dziecko!). Niestety, papier z Paperblanks nie przyjmuje moich maczanek i nawet zakreślacze nieładnie przebijają.

 

Co działa?

Listy. Robię dużo list - książek przeczytanych, do przeczytania, filmów do obejrzenia, rzeczy do kupienia do domu, projektów do wykonania.

Tygodniówki i kalendarz na bieżący miesiąc. Ponadto, kiedy wyrysowuję nowe tygodnie czy kalendarz na miesiąc, miło spędzam przy tym czas, odstresowuje mnie to.

Co się zmieniło?

Zaczynam doceniać możliwości kołonotesów: można je rozłożyć na płask i notować bez obawy, że zeszyt się nagle zamknie. Kupiłam dwa kołozeszyty: do pracy w kratkę firmy Oxford z serii Floral w zastępstwo Qubooka, który zdał egzamin śpiewająco, ale się skończył. Do domu specjalnie na cytaty i wrażenia z lektur kupiłam kołozeszyt w linie, jakiś no name, ale pisze się w nim dobrze. Z obu jestem bardzo zadowolona. I w ten sposób odczarowałam sobie kołonozeszyty. 







Więcej rysuję. Nie są to może jakieś wiekopomne szkice, ale małe doodle i graficzne notki. Strasznie spodobały mi się tygodniówki inspirowane filmami, postaciami lub książkami. Mam taki mały plan ładnie ozdabiać tygodniówki, a Pinterest oraz Instargam są niezastąpionymi źródłami inspiracji w tym temacie. Oczywiście musiałam od razu zacząć od Harry’ego Pottera. Nie brakuje również prostoty (i sukulentów).


No i sięgnęłam po kropki. Długo to trwało, ale zdecydowanie ułatwiają pisanie i rysowanie np. tabelek. Chociaż na drugim miejscu jest zeszyt gładki. Od śnieżnobiałego wolę papier w kolorze kości słoniowej.

Co średnio działa?

Trackery. Około tygodnia przestaje je uzupełniać. Ale nadal je rozpisuję.

Artjournaling. Nie działa, bo w moim maleńkim kalendarzu nie było na to miejsca. Być może teraz się to zmieni, bo nie brak mi pomysłów. Gorzej z wykonaniem 😉

Nowości?

Kolekcje seriali. Ten planner jest naprawdę obszerny i oprócz zwyczajnego kalendarza zmieszczą się w nim inne, ważne rzeczy, takie jak na przykład rozkład jazdy autobusów, a także adresy i numery telefonów, które miałam zazwyczaj w innym notesie. 

Zobacz także:  

Bullet Journal - moje początki

Bullet Journal [po roku].

Na insta będę wrzucała bieżące tygodniówki.