Header Image
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny - Max Blecher

Max Blecher to rumuński prozaik pochodzenia żydowskiego żyjący w latach 1909-1938. Mając 19 lat wyjechał z rodzinnych stron do Paryża, by studiować medycynę. Jednakże wkrótce po wyjeździe zdiagnozowano u niego wówczas nieuleczalną gruźlicę kręgosłupa. Kolejną dekadę spędził w sanatoriach, pionizowany specjalnymi aparatami i utrzymywany nieruchomo gipsem.


Pisze się, że gdyby nie choroba, która zmieniła jego priorytety, nie zostałby pisarzem. To właśnie pod wpływem przeżyć z okresu choroby powstają jego powieści “Zabliźnione serca”, czy “Zdarzenia w bliskiej nierzeczywistości”. Prowadzi również ożywioną korespondencję z najwybitniejszymi awangardowymi umysłami epoki, Martinem Heideggerem (w 1927 ukazuje się jego “Bycie i czas”), André Bretonem (po pierwszej wojnie światowej powstaje surrealizm), André Gide’m (Gide ma już ugruntowaną pozycję, jego “Lochy Watykanu” ukazały się w roku wybuchu wojny). 

Max Blecher w “Rozświetlonej jamie” przenosi nas do przedwojennych sanatoriów, gdzie egzystują pacjenci terminalni i ci, dla których nie ma miejsca w “zdrowym” społeczeństwie. Dziennik o dusznym klimacie, odrealnionym, jakby świat poza sanatoriami nie istniał. Ówczesne sanatoria, jak można wnioskować z choćby Prousta czy Manna są połączeniem szpitali, hospicjów oraz ekskluzywnych hoteli. Terapie eksperymentalne są niekiedy jedynym sposobem na złagodzenie męczących objawów czy wręcz przedłużenie życia kuracjusza.

Blecher jest w dzienniku niezwykle szczery, nie ma nic do stracenia, więc opisuje świat, w którym żyje oraz swój wewnętrzny świat na równym statusie ontologicznym: sny i jawa przeplatają się spajając w jedno. Ból, śmierć oraz jątrzące się rany nie są tu tematem tabu, bo są zbyt zwyczajne.

Po youtube’owej recenzji Madri nie mogłam nie kupić tej książki. Choć jest niewielka objętościowo, przez swoją prostotę i szczerość wali prosto między oczy. Kilka dni nie mogłam zacząć czytać nic innego.

Tytuł: Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny
Autor: Max Blecher
Tytuł oryginalny: Vizuina luminată: Jurnal de sanatoriu
Tłumaczenie: Joanna Kornaś-Warwas
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Rok wydania: 2018
Opis fizyczny: 200 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: wspomnienia/dzienniki
ISBN: 978-83-65595-77-5

Bermondsey Boy: Memories of a Forgotten World - Tommy Steele

Dzisiaj przypadają urodziny kogoś dla mnie bardzo ważnego. Jest to człowiek kultury, o którym słyszał każdy Brytyjczyk, a którego kojarzą jedynie starsi Polacy (jest równolatkiem mojego taty, który kojarzył nazwisko tego artysty). O niektórych ludziach mówi się, że noszą w sobie słońce. I choć dziś, pewnie w gronie najbliższej rodziny będzie obchodził swoje 82 urodziny, to ja tutaj, z tego miejsca przesyłam swoje najserdeczniejsze życzenia. 

Kiedy widziałam go po raz pierwszy w bajkowym musicalu miałam niespełna dziesięć lat. Dziś jestem po trzydziestce, a moja platoniczna miłość do niego się utrzymuje, a podziw przez te ponad dwadzieścia lat jeszcze wzrósł.

Bermondsey Boy: Memories of a Forgotten World - Tommy Steele

Tommy Steele (właściwie Thomas Hicks) przyszedł na świat w podlondyńskim Bermondsey 17 grudnia 1936 roku w niezamożnej rodzinie żyjącej w szeregowych domkach z wychodkiem na miniaturowym podwórku. Dzieciństwo przypadające na lata wojny Tommy'ego naznaczone było przykrymi wydarzeniami - zmarła większość jego rodzeństwa, a on sam przez długie miesiące pozostawał w szpitalu. Po wkroczeniu w dorosłość zaczął pracę jako majtek na statku rejsowym z Wielkiej Brytanii do Stanów Zjednoczonych. 

W Stanach usłyszał rock'n'rolla i... od tamtego momentu zmieniło się jego życie. Obdarzony talentem do gry na gitarze, a także miłym głosem i scenicznym "tym czymś", szybko stał się gwiazdą! Praktycznie z dnia na dzień nikomu nieznany chłopak stał się brytyjskim królem rockandrolla, angielską odpowiedzią na Elvisa Presleya. Zdobył rzesze fanek, koncertował na całym świecie (nawet w Związku Radzieckim). Wystąpił nawet w filmie opartym na jego życiu - komedia muzyczna z wieloma zabawnymi akcentami.

W pewnym momencie, koło roku 1960-go, kiedy ożenił się z Ann Donoghue (małżeństwo trwa do dziś!) doszedł do wniosku, że rola idola nastolatek mu nie odpowiada i związał się z teatrem. Od tamtej pory grał w musicalach, sam je również reżyserował, jak choćby sceniczną wersję "Deszczowej piosenki". Jako aktor jest aktywny po dziś dzień, bowiem rok rocznie gra rolę Scrooge'a w "Opowieści wigilijnej"! Steele jest także utalentowanym rzeźbiarzem - jego pomnik Eleanor Rigby jako hołd złożony Beatlesom stoi w Liverpoolu, a przed stadionem Twickenham można obejrzeć inny pomnik jego autorstwa, przedstawiający graczy rugby. Do jego talentów można dopisać talent literacki: jest autorem powieści o Dunkierce ("The Final Run"), a także wspaniałych, napisanych ze swadą i humorem wspomnień "Bermondsey Boy: Memories of a Forgotten World". 


Bermondsey Boy: Memories of a Forgotten World - Tommy Steele

"Bermondsey Boy" czytałam ze trzy lata temu, może cztery. Steele czaruje w nich anegdotkami, a także w ciepły sposób pisze o swojej rodzinie, z która był bardzo zżyty. Do dziś ciarki mnie przechodzą, kiedy sobie przypomnę fragment o tym, jak Tommy stracił braciszka, z którym zwykł bawić się piłeczką, a kiedy sam miał bardzo wysoką gorączkę... kontynuował zabawę, bynajmniej nie sam...

>Francisa Forda Coppolę zna każdy kinoman. Reżyser kojarzy się z filami takimi jak "Czas apokalipsy", "Ojciec Chrzestny", czy "Cotton Club". Jednak Coppola ma na swoim koncie również musical i to z takimi gwiazdami jak Fred Astaire, Petula Clark (znana z evergreenu "Downtown", niedawno wydała kolejną płytę!), oraz Tommy Steele właśnie. "Tęcza Finiana" jest starym broadwayowskim przebojem duetu Burton Lane - E. Y. Harburg. Pełna humoru i wspaniałych piosenek urocza opowieść o podstarzałym emigrancie, marzycielu i leniu, Finianie McLonerganie, jego córce Sharon, skrzacie (który za sprawą wykradzionego kociołka ze złotem stał się "pełnowymiarowym" człowiekiem) imieniem Og (Steele właśnie), oraz całej wiosce Rainbow Walley, pełnej marzycieli i indywidualistów. Ok. Przyznam się, że znam ten film na pamięć, nadal śmieję się z żartów, podśpiewuję piosenki i robię "magiczne sztuczki". To film totalnie rozpraszający ciemne chmury. Po prostu: mój ukochany film. Tommy Steele nauczył mnie, że można mieć trzydziestkę na karku i nadal się wydurniać, a jego uśmiech - miły, szczery, uśmiech dobrego człowieka starcza za sto słonecznych dni. Pokazał mi także, że można robić swoje i nie patrzyć na koniunkturę (wycofał się z muzyki pop kiedy był na szczycie), a także, że będąc gwiazdą można pozostać przyzwoitym człowiekiem, który najwyżej ceni rodzinę. Jego filmowe występy były niezwykle żywiołowe i zabawne, jak fragment ze wspomnianego przeze mnie filmu, kiedy "tańczył Susan pytanie, a ona miała mu odtańczyć odpowiedź" - tak się wczuł w "pytanie", że przypadkiem rozdarł spodnie (widać to na filmie).

Bermondsey Boy: Memories of a Forgotten World - Tommy Steele

Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez. Powieść mińska - Uładzimir Niaklajeu

Wpisując w wyszukiwarkę nazwisko autora, Uładzimira Niaklajeu znajdziemy się w centrum wydarzeń na Białorusi. Niaklaleu jest bowiem nie tylko poetą i prozaikiem, ale i opozycjonistą i byłym kandydatem na prezydenta kraju w 2010 roku. Wielokrotnie aresztowany za działalność opozycyjną.

Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez. Powieść mińska - Uładzimir Niaklajeu


Urodzony w 1946 roku Niaklajeu w powieści "Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez" wraca do burzliwej młodości, kiedy jako uczeń szkoły technicznej był równocześnie "stiljagą", czyli białoruskim bikiniarzem. Stiljadzy na ojca duchowego obrali Eddiego Rosnera, złamanego przez Kołymę jazzmana, którego talent porównywano z Louisem Armstrongiem.


"Chciałem tańczyć, rock'n'rolla, słuchać Duke'a Ellingtona, Deana Reeda i Elvisa Presleya, czytać Agathę Christie, którą przetłumaczyli z angielskiego Big i Wił [przyjaciele autora], no i kochać Asię." Asia jest piękną córką Sałamona Majsiejewicza, pracującego przy obsłudze tytułowego mechanizmu. "Gdy po raz pierwszy założyłem rurki, a do tego koszulę, na której rosły bananowce obwieszone małpami i papugami, poczułem, że życie to święto". 


Galerię postaci skupionych wokół dysydenta Pułkownika, otwierają Kniaź, czyli sam Niaklajeu, kagebista Guryk, rzeźbiarz Woran, As, Big, Wił i Amerykanin, którego świat niedługo po opuszczeniu ZSRR poznał jako Lee Harveya Oswalda. Dziwnie toczą się ich losy w postalinowskiej Białorusi. Kto by pomyślał, że wśród przyjaciół ktoś zostanie mordercą, inny kandydatem na prezydenta, jeszcze inny generałem w Moskwie, a inny zaś, oligarchą. 


Wspomnienia Niaklajeu są słodko gorzkie, nostalgia przeplata się z humorem (nareszcie- z przymrużeniem oka - można się dowiedzieć, dlaczego JFK został zabity i dlaczego o mały włos jego losu nie podzieliłby Chruszczow!). Autor oprowadza nas również po Mińsku; nazwy ulic nakładają się na siebie - te z poprzedniego systemu, te dzisiejsze, miejsca interferują, zlepiając się ze sobą z różnych czasów, podobnie jak ludzie, niby ci sami, ale nie ci sami, zmieleni w maszynce do mięsa KGB, naznaczeni latami wyborów "mniejszego zła". 


"Automat" zostanie we mnie na długo. Wcześniej nie czytałam ani jednej powieści białoruskiego autora, ale jeśli KEW zdecyduje się wydać pozostałe dzieła Niaklajeu, znajdzie we mnie czytelnika.

Tytuł: Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez. Powieść mińska
Autor: Uładzimir Niaklajeu
Tytuł oryginalny: Аўтамат з газіроўкай з сіропам і без
Tłumaczenie: Jakub Biernat
Wydawnictwo: Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego
Rok wydania: 2015
Opis fizyczny: 244 strony, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: wspomnienia/powieść
ISBN: 9788378931131

Bolesne wspomnienia, czyli "Podróż w krainę dzieciństwa" - Horst Bienek

W zeszłym tygodniu wybraliśmy się na mały, literacki spacer po Gliwicach. To tu, 7 maja 1930 roku na świat przyszedł niemiecki pisarz, Horst Bienek. Zmarł 7 grudnia 1990 roku na AIDS.
Na ślicznie odnowionym familoku przy ulicy noszącej dziś imię pisarza wmurowana została niedawno tablica pamiątkowa poświęcona autorowi "Pierwszej Polki".
Tablica pamiątkowa Horst Bienek
Tablica głosi: Horst Bienek 1930-1990 Pisarz niemiecki Mieszkał w tym domu od 1930-1945 Swoje miasto rodzinne Gliwice Utrwalił w czterotomowym cyklu powieściowym "Pierwsza Polka" "Światło wrześniowe", "Czas bez dzwonów", "Ziemia i ogień". Zmarł w 1990 r. w Monachium.

Autor krótko po "wyzwoleniu" miasta wraz z innymi uciekinierami znalazł miejsce w Niemczech, gdzie jego błyskotliwą karierę poety przerwało polityczne aresztowanie. Bienek po bodajże sześciu latach został zwolniony, ale czasu się nie cofnie... 


Czterdzieści lat po opuszczeniu rodzinnego miasta Bienek wraca, jak to się mówi "na stare śmieci"; po trosze przymuszony przez ekipę filmową, kręcącą film o podróży pisarza do kraju dziecięctwa, po trosze ze zwykłej ciekawości. W domu, w którym się wychował mieszkają obcy ludzie, ale w starszym mężczyźnie "widzi" despotycznego ojca. Dom przedpogrzebowy, projektu Maxa Fleischera nadal nie został odbudowany, gliwiccy Żydzi nic nie wiedzą o swoich poprzednikach (Gliwiccy Żydzi cieszyli się swobodą do 1938 roku, jako mniejszość narodową nie obowiązywały ich ustawy norymberskie), ulica Zwycięstwa, była Wilhelmstrasse nie jest już tak wystawna jak niegdyś. Bienek opowiada nam o Gleiwitz konfrontując miasto z tym obecnym, schyłku epoki PRLu, narzeka na zanieczyszczenie, brud. 
Dom Horsta Bienka w Gliwicach

Dom, w którym w latach 1930-1945 mieszkał  Horst Bienek w Gliwicach.


"A tutaj w pobliżu mostu na Kłodnicy znajdował się sklep delikatesowy Kodrona, gdzie można było kupić dziczyznę, drób i ryby, angielskie konfitury, francuskie pasztety i polskie gęsi. My, dzieci, przyklejaliśmy nosy do szyb wystawowych. Przede wszystkim dlatego, że w basenie można było zobaczyć prawdziwe raki i węgorze, i karpie. Raz w roku na Boże Narodzenie kupowała tu moja mama karpie i rodzynki, i pierniki, i różnorodne przyprawy. Zawsze byłem przy tym obecny, gdyż pachniało tam fantastycznie i zawsze można było skosztować czegoś egzotycznego: kawałka imbiru albo plasterka kandyzowanej pomarańczy, albo suszonego goździka czy nawet kawałka błyszczącego, brunatnego świętojańskiego chleba, którego smak przypominał dalekie kraje. 


Teraz znajduje się tutaj partyjna księgarnia, a okno wystawowe jest tak brudne, że prawie nie widać za nim książek. Są to klasycy, tacy jak Marks i Engels, pisma Lenina i Bieruta. Prawdopodobnie wystawę udekorowano po raz ostatni w czasach Gomułki. 


Po drugiej stronie ulicy mieścił się sklep tytoniowy Gzurmynsky'ego, który odwiedzali najczęściej eleganccy panowie w kapeluszach (robotnicy nosili czapki!). Wychodzili oni po chwili osnuci ciemnoniebieskim obłokiem dymu. Papierosy można było kupić w każdym kiosku, nie były one niczym nadzwyczajnym. U Gzurmynskiego czuło się podmuch świata! Teraz znajduje się tu sklep z lampami, jeżeli sądzić po dekoracjach. Na drzwiach wisi duża tablica: ZAMKNIĘTE. 


Gdzieś w pobliżu był sklep sportowy Lachmanna. Jego właściciel był kiedyś bramkarzem w reprezentacji narodowej. Połowa niemieckiej reprezentacji narodowej pochodziła z Górnego Śląska, a zdjęcia wszystkich piłkarzy widniały na opakowaniach papierosów marki R6. Wówczas udało mi się przekonać szwagra Alfonsa, żeby zamiast papierosów Juno palił jedynie (trochę droższe) R6, żebym mógł zdobyć zdjęcia. 


Dom towarowy Defaka'ego jest znowu (albo nadal) domem towarowym, tak samo jak dom towarowy Barrascha, w sklepie obuwniczym Tacke'go są buty, w sklepie sportowym Lachmanna konfekcja sportowa." 


Równocześnie snuje wspomnienia bardzo intymne, wręcz mamy wrażenie, że wyjawia nam swoje najskrytsze tajemnice, chłopięce fascynacje, lęki, wypadek, któremu uległ jeszcze w czasie względnego pokoju. Bez ogródek opisuje "wyzwalanie", oraz samotną ucieczkę. 


"Ewakuowano obóz koncentracyjny w Oświęcimiu i pierwszym pochodem więźniowie ciągnęli także przez Gliwice, tysiące, może dziesiątki tysięcy więźniów maszerowało ulicą Kronprinzenstrasse, siedziałem w tramwaju i widziałem, jak pod razami pałek zganiano więźniów na jedną stronę ulicy, aby nam zrobić miejsce. Wszyscy widzieli ten pochód, ludzie stali przy drodze i czynili znak krzyża, wiedzieli, że to nie wróży dobrego końca, dla nas, dla miasta, dla Rzeszy.(...) 


Zabarykadowaliśmy drzwi na nowo i w dalszym ciągu pozostawaliśmy w piwnicy. Następnego dnia walki w zachodniej części miasta trwały nadal, przybył inny oddział i wysadził drzwi granatem ręcznym, pytali o gospodina Gnotta, to był blokowy w naszym domu, i zabrali go ze sobą. Podobno został później rozstrzelany. Ktoś musiał im zdradzić, że pan Gnott był członkiem partii. Podczas pierwszego gwałtu panna Alma krzyczała tak głośno, że nikt nie odważył się wejść do jej mieszkania, a po trzecim znaleziono ją bez życia, zbrukana krwią na klatce schodowej. Przywiązaliśmy ją mocno do sanek i popędziliśmy do miejskiego szpitala. Sanki wraz z panną Almą zostawiliśmy po prostu na korytarzu, gdy usłyszeliśmy, że wszystkie miejsca są już zajęte. 


Zabarykadowaliśmy się w piwnicy niczym w jakiejś twierdzy. nad nami, w mieszkaniach, plądrowano prawie każdej nocy. Gdy było cicho, szliśmy na górę i oglądaliśmy spustoszenie. Kobiety płakały. To byli przymusowi robotnicy ze wschodu, którzy pracowali w fabrykach zbrojeniowych w mieście i już od dłuższego czasu byli niedożywieni, szukali przede wszystkim czegoś do jedzenia i gdy niczego nie znaleźli, z wściekłości rozbijali naczynia i meble. Nie było już niemieckiej władzy zwierzchniej, a Rosjanie pociągnęli dalej, walczyli właśnie nad odrą. nie było bogatych i biednych, nie było góry i dołu, nie było wczoraj ani jutra. Było tylko życie albo śmierć." 


Wspomnienia są gorzkie jak łzy, szczere. Bienek wydaje się być rozczarowany. Nie miastem, ale czasami, które mu przypomina. Kraina dziecięcej ułudy, przerywanej gwałtownymi wybuchami sfrustrowanego ojca, relacje z ukochaną matką, która wcześnie go obumarła mieszają się ze wspomnieniami spacerów po parku miejskim. 


Czuję z Bienkiem duchowy kontakt. Często chodziliśmy na spacery w "jego tereny", przechodziłam wielokrotnie obok szkoły podstawowej, do której uczęszczał. Moje Gliwice sprzed lat nastu to te Gliwice, do których Bienek wrócił po latach, ale zupełnie inne niż te, które odwiedzam dzisiaj. Sama ulica Zwycięstwa znacznie się zmieniła - nie jest już ulicą reprezentacyjną, pełną sklepów, kawiarni i delikatesów; dziś to ulica przelotowa, pełna banków i fastfoodów; nie ma sklepów - są sieciówki. 


Opisywane sklepy znam ze starych zdjęć - delikatesy Kodrona rzeczywiście wyglądają imponująco nawet dziś; ja zapamiętałam księgarnię jako językową, no, ale wiadomo, zmienił się ustrój. Dziś tam jest bodajże bank. Defaka to dla mnie IKAR, dom towarowy przy Kłodnicy, dziś na dole jest drogeria, na górze chyba siłownia.

Tytuł: Podróż w krainę dzieciństwa
Autor: Horst Bienek
Tytuł oryginalny: Reise in die Kindheit
Tłumaczenie: Maria Podlasek-Ziegler
Wydawnictwo: Wokół Nas [Gliwice]
Rok wydania: 1993
Opis fizyczny: 343 strony, okładka twarda z obwolutą
Gatunek: wspomnienia/pamiętniki
ISBN: 9788385338185

Moje wspomnienia o życiu towarzyskiem w Warszawie - Paulina Wilkońska

Trzytomowe wydanie Moich wspomnień o życiu towarzystkiem w Warszawie Pauliny Wilkońskiej wchodzi w skład Biblioteki Dzieł Wyborowych, o której pisałam przy okazji Listów do przyszłej narzeczonej. Pierwotnie memuary były wydane w 1871 roku w Poznaniu. Paulina Wilkońska, literatka, związana luźno z kołem Entuzjastek (pierwsza polska grupa działająca na rzecz zwiększenia głosu kobiet w życiu społecznym i kulturalnym) skupionej wokół Narcyzy Żmichowskiej. Wilkońska jest autorką blisko czterdziestu powieści dydaktycznych, już dziś jak większość dziewiętnastowiecznej prozy zapomnianych. Co ciekawe, w przedmowie do Wspomnień z 1907 roku Zdzisław Dębicki znęca się nad autorką dowodząc, iż powieści jej były „pisane pospiesznie, bez śladów jakiejkolwiek myśli artystycznej w założeniu i wykonaniu”, a dalej cytuje prof. hr. Tarnowskiego, który uważa je za „śmiertelnie nudne i oklepane”. Jakie by jednak nie były, został nam wspaniały tom, w którym zawarte są szczegóły życia w latach 50-tych dziewiętnastego stulecia. 

Biblioteka Dzieł Wyborowych wraz z cennikiem

Książka jest podzielona na rozdziały według domów otwartych, które chętnie i często przyjmowały gości. Bawiono się w licznym gronie (niektóre cotygodniowe spotkania były okazją do zgromadzenia blisko stu osób!), grano w gierylasa, preferansa, wista; urządzano teatr amatorski, bawiono się w wirujące stoliki, wirujące ekierki (sic!); jedzono ciasta, „bułeczki obłożone szynką lub pieczenią, pączki, sucharki”, a pito herbatę i wino; cygara palono punktualnie o 12-stej, a nad ranem podawano kawę. ”Schodzono się zwykle dopiero około godziny dziesiątej, – pisze Wilkońska – a wielu przybywało i później.” Spotkanie kończyło się kiedy szarzał świt.

Wspomnienia są także zapisem lat terroru; po 1848 roku nasiliły się represje, ludzie z błahych przyczyn byli brani do cytadeli, wywożeni na Sybir. Mąż Pauliny Wilkońskiej, August, także literat, również nie uniknął więzienia. Ciekawostkę może stanowić fakt, iż po śmierci cara Mikołaja I Romanowa szlachta polska miała obowiązek nosić żałobę!

Dowiedziałam się również, że wówczas język francuski był niemodny „nie to, co przed pół wiekiem” – a do dobrego tonu należało pisanie po polsku: wiadomo, każdy z utęsknieniem upatrywał końca niewoli i nadziei na odzyskanie niepodległości. Co ciekawe, wcale ta niechęć do francuszczyzny nie koliduje z licznymi dialogami wypowiadanymi właśnie w tym języku.


Równie imponujący jest spis literatów, z którymi w salonikach Warszawy zetknęła się autorka, a gros których stanowiły kobiety, takie jak Anna Nakwaska, czy Deotyma. Ta ostatnia była córką Niny Łuszczewskiej, która prowadziła jeden z saloników literackich, a który jak pisze Wilkońska stanowił „prawdziwą chlubę Warszawy”. Deotyma, pamiętna autorka Panienki z okienka była szczególnie dobra w tzw. improwizacjach, które polegały na układaniu ad hoc wiersza do zadanego tematu.


Jak już napisałam we wstępie, jest to wydanie trzytomowe. Do dnia dzisiejszego ukazały się tylko trzy wydania, w tym jedno w PIW w 1959 roku, opracowane przez Zofię Lewinównę, pod redakcją Juliusza W. Gomulickiego. Szczerze polecam Wspomnienia jako zapis życia, o którym czyta się jedynie w podręcznikach, czy w Mickiewiczowskich Dziadach. 

Pamiętniki - Zofia Tołstoj

Mówi się, że mężczyzna jest głową rodziny, ale to kobieta jest szyją, która tą głową kręci. Lew Tołstoj był niewątpliwie geniuszem, ale to Zofia, jego żona była odpowiedzialna za całe zaplecze, łącznie z gospodarstwem, przepisywaniem powieści, artykułów pamiętników męża. Całe życie prowadziła zapiski,  których wybór możemy czytać.

Tom zaczyna się wspomnieniem krótkiego narzeczeństwa osiemnastoletniej Zofii Bers i trzydziestoczteroletniego, uznanego już wówczas pisarza. "Lew Nikołajewicz - pisze Zofia - przedstawił świetnie ceremonię naszego ślubu w powieści Anna Karenina, opisując ślub Lewina i Kitty. Odtworzył również plastycznie zewnętrzną stronę ceremonii i cały proces psychologiczny, odbywający się w duszy Lewina."


Zapiski pochodzą z lat 1862-1910. Męża nazywa w nich zdrobniale Lewoczka; z początku narzekała na brak miłości z jego strony, pod koniec większość wpisów dotyczy jego stanu zdrowia, a także zatargu Zofii z Czertkowem. Bardzo dużo miejsca w zapiskach poświęca dzieciom, których urodziła Lowoczce trzynaścioro. Po śmierci ukochanego synka, Waniczki (to drugi synek Zofii, który zmarł w dziecięctwie - pierwszy to Andriusza) nie pisała dziennika przez ponad dwa lata! Przejmujące są te fragmenty, kiedy czytamy jak Zofia opiekowała się chorującymi, gorączkującymi dziećmi, a strach o ukochanych jest niemal namacalny. Co równie smutne, jej córki, Tania i Masza, rodziły martwe dzieci. Być może dlatego, że była panią na włościach, w której chłopi pokładali nadzieję, stała się kimś w rodzaju lekarki: "Przychodzi do mnie mnóstwo chorych. Przy pomocy Fłorińskiego leczę wszystkich, ale co za męka duchowa  - czasem ta niemozność zrozumienia, na czym polega choroba i w jaki sposób pomóc!"
To Zofia decydowała o majątku, trzymała domową "kiesę", Lewoczka wysłał ją do rozsądzenia sporu z chłopami, którzy nielegalnie wycięli brzozy. Przez te wszystkie lata małżeństwa ta mądra, silna kobieta trzymała w ryzach gospodarstwo, była elementem spajającym rodzinę, nawet kiedy wszystkie dzieci pozakładały rodziny. Chociaż z jej zapisków wynika, że poświęcała się dzieciom bez reszty - to ona była ich pierwszą nauczycielką, doglądała ich w zdrowiu i w chorobie, szyła ubranka i bieliznę, zawsze czuła się lekceważona, szczególnie kiedy dzieci zaczęły dorastać i wykazywać wyjątkowo utracjuszowskie skłonności. Pisze: "Często się zastanawiam, czemu nie jestem kochana, skoro ja ich wszystkich tak bardzo kocham."
Zofia całe życie szukała bezwarunkowej akceptacji ze strony męża. Z jednej strony narzekała na swój los: "Ale nam, żonom, potrzebna jest nie s ł a w a  mężów, lecz ich czułość.", z drugiej strony akceptowała swoje położenie, a małżeństwo z wielkim człowiekiem napawało ją dumą. "Rocznica ślubu, od 36 lat jestem żoną lwa Nikołajewicza - i nie jesteśmy dziś razem. Smutne, że w ogóle między nami nie ma takiej wspólnoty, jakiej bym chciała. Ileż było z mojej strony prób nawiązania łączności duchowej! Nasz związek jest trwały, ale nie na tym na czym bym chciała. Nie narzekam, dobre i to, że tak się o mnie troszczy, tak zazdrośnie mnie strzeże, tak się boi mnie utracić. Zresztą niepotrzebnie - kogokolwiek bym pokochała, nikogo na świecie nie mogłabym nawet p o r ó w n y w a ć  z moim mężem. Zbyt wiele miejsca zajmował przez całe życie w mym sercu."
Lew Tołstoj zmarł na stacji Astapowo otoczony kultem swych wyznawców. Zofia, skłócona z nim, ale zawsze oddana przeżyła go o dziewięć lat. Nie podejmuję się oceniania ich burzliwego małżeństwa, ale Pamiętniki ukazały mi kulisy życia domowego jednego z najwybitniejszych pisarzy.
Jako dopełnienie życiorysu pary proponuję film Ostatnia stacja z 2009 roku z Christopherem Plummerem w roli  Tołstoja i charyzmatyczną Helen Mirren w roli Zofii. Film opowiada o ostatnim roku z życia pisarza, a także obrazuje zwady małżeństwa, które nie może bez siebie żyć.

Droga do zapomnienia - Eric Lomax

"Celem Japończyków było zamknięcie nas w dolnych kręgach piekła". Te mocne słowa wyszły spod pióra Erica Lomaxa, oficera łączności wziętego do japońskiej niewoli w czasie drugiej wojny światowej. Historia Lomaxa stała się sławna w 2012 roku, kiedy do kin weszła uładzona adaptacja jego wspomnień. Jednak - choć film był przejmujący i dobrze zagrany, nie oddaje całego okrucieństwa, z którym zetknął się Anglik.
Eric Lomax od dzieciństwa rozmiłowany był w pociągach i już jako nastolatek znał nazwy i modele wszystkich lokomotyw, rozstaw torów, ciekawostki dotyczące kolei, a swój wolny czas spędzał na licznych wycieczkach w celu odkrywania starych, opuszczonych torów, czy przyjrzenia się z bliska jakiemuś ciekawemu "okazowi". Prócz tego - jak całe przedwojenne pokolenie, zbierał znaczki, etykiety zapałczane, piwne, oraz karty z papierosowych paczek (przed wojną w Polsce również można było takie dostać). Bardzo szybko znalazł pracę na poczcie, gdzie zarabiał na utrzymanie jego ojciec. Jednak karierę w urzędzie przerwała druga wojna światowa. W niedługim czasie Lomax został wysłany na wschód. Złe decyzje wojskowych zaowocowały klęska na froncie wschodnim i długoletnią, okupioną cierpieniem tysięcy żołnierzy niewolą. Japończycy nie respektowali konwencji genewskiej traktując jeńców jak darmową siłę roboczą, a ich warunki życia były porównywalne z tymi, panującymi w obozach koncentracyjnych. Okrucieństwem porównywalnym z Gestapo zwłaszcza cechowała się Kempeitai (japońska żandarmeria wojskowa). Lomax jako podejrzany o spisek był wielokrotnie torturowany, a następnie zesłany do więzienia wojskowego - tu przeżywał dalszy ciąg mąk piekielnych. 
Po wyzwoleniu wrócił do Wielkiej Brytanii. Właściwie można powiedzieć, że wróciło jego ciało, ponieważ umysł nadal borykał się z traumą. Jak funkcjonować w społeczeństwie mając złamaną psychikę? Czytając Railway man, bo taki angielski tytuł noszą te wspomnienia, można odnieść wrażenie, że nie może być aż tak źle, skoro w niektórych momentach autor pozwala sobie na humor, a tortury opisywane są jakby z pozycji suchego obserwatora - nic bardziej mylnego; Lomax, kiedy już się przełamał i zaczął mówić o swojej traumie, trafił na kochającą kobietę, która starała się go rozumieć, a także zachęciła do spotkania ze specjalistami badającymi traumę ludzi, którzy bili torturowani. Przez szereg lat uczył się "oswajać" wspomnienia.
Droga do zapomnienia stawia również ważkie pytania - czy tak skrzywdzony człowiek jest w stanie wybaczyć swoim oprawcom? Jakie jest pojmowanie winy wśród samych Japończyków? Wiele powiedziano o frontach europejskich za czasów drugiej wojny światowej, niewiele jest jednak świadectw krwawych wydarzeń na terenach Dalekiego Wschodu. Pół wieku temu na ekrany kin wszedł dramat wojenny Most na rzece Kwai - jak zauważył sam Lomax, film nie oddaje nawet części prawdy, bo nie było tam tak dobrze odżywionych więźniów...

Imiona - Navarre Scott Momaday

Cieniutka, niepozorna książka upchana pomiędzy Molonay i Mongera na bibliotecznej półce. Czekała na mnie. I z przyjemnością wzięłam ją do ręki. 
Autor, Navarre Scott Momaday jest 7/8 krwi indiańskiej, najwięcej jego przodków pochodziło z plemion Cherokee oraz Kiowa, o których zachowała się wspaniała legenda: Indianie Kiowa przychodzili na świat jeden po drugim przez wydrążony pień. Było ich bardzo dużo, ale nie wszyscy wydostali się na zewnątrz. Jedna kobieta o ciele nabrzmiałym dzieckiem utknęła w pniu. Potem nikt już nie mógł się przez niego przedostać i dlatego Kiowa jest takim niewielkim plemieniem. Rozejrzeli się dokoła i zobaczyli świat. radzi byli, że widzą tyle rzeczy. Nazwali siebie Kwuda - to znaczy "wychodzący".
Rodzicami autora byli pisarka Natachee i malarz Alfred Momaday. Wychował się w pueblo (specyficzna indiańska wioska), gdzie jego rodzice przez dłuższy czas uczyli w szkole. 
Momaday uzyskał tytuł doktora na Uniwersytecie Stanforda. Jego debiutancka powieść Dom utkany ze świtu została nagrodzona nagrodą Pulitzera w 1969 r., i uznaje się ją za przełomową w Native American Renaissance (Odrodzenie Rdzennych Amerykanów - termin ukuty przez krytyka Kennetha Lincolna), którzy chcieli uwidocznić swoja indiańską dumę za pomocą literatury pięknej. W Imionach wspomniana zostaje także książka będąca "pierwszą jaskółką" NAR - Śmiejący się chłopak (powieść o plemieniu Nawaho) autorstwa Olivera Le Farge'a, która również została nagrodzona Pulitzerem, tyle, że w 1930 roku.
Imiona jest książką wspomnieniową, w której autor sięga do dzieciństwa, a także szeroko poza nie, do korzeni, opisując swoich indiańskich i europejskich przodków. Podzielona na kilka części przynosi nie tylko drzewo genealogiczne Momadaya, ale i quasi-poetycką wędrówkę przez dzieciństwo, dorastanie, gdzie wrażenia mieszają się ze wspomnieniami, ocierając się momentami o strumień świadomości. Wychowany na indiańskich klechdach i literaturze anglosaskiej jako pierwsze wspomnienie zachował w pamięci pewien szczególny widok: gorący deszcz chłostający ziemię, przebiegające po niebie błyskawice i przeciwburzowa piwnica, do której tyle razy schodziłem z matką, kiedy byłem bardzo mały. Dla mnie to małe pomieszczenie w ziemi jest miejscem niezapomnianym. po tych wszystkich latach, które minęły, widzę moja matkę, jak siedząc tam na niskiej wąskiej ławce czyta przy świetle lampy, co drga na jej twarzy i na glinianych ścianach.
Szczególne wrażenie robi opis festynu w Jemez, na który zjeżdżały się wozy Indian Nawaho, na którym odbywały się targ, tańce, a który był także okazją do świętowania całymi rodzinami. 
Książka jest opatrzona wieloma zdjęciami, które na nieszczęście są ziarniste i czarno-białe. Jednak co nieco widać; na fotografiach z dzieciństwa Momaday wygląda jak maleńki Azjata. Nie tylko ja odniosłam takie wrażenie, bo jak sam wspomina, wiele osób pytało go z jakiej części Azji pochodzi (na co odpowiadał "z Mongolii"). Zdjęcie wykorzystane na okładce polskiego wydania również pochodzi z albumu rodzinnego, a przedstawia rodziców Momadaya jeszcze przed ich ślubem na początku lat 30-stych ubiegłego wieku. 
Cieszę się, że wynalazłam tę książkę, bo warto było na nią trafić. Chociaż spodziewałam się czegoś bardziej egzotycznego, odkryłam, że wiele wspomnień innych artystów (i nie tylko) jest w miarę do siebie zbliżonych; bezpieczne dzieciństwo wśród wielkiej rodziny, psoty, szkoła, społeczność lokalna, wojna światowa, której tylko dalekie echa dochodziły do małego chłopca mieszkającego na peryferiach.
Polecam Imiona, chociażby z czystej ciekawości, chęci odkrywania nowych czytelniczych lądów. Kiedy będę miała okazję, sięgnę po Dom utkany ze świtu. Czytał ktoś? 

Książka wygrzebana specjalnie na wyzwanie


Follow on Bloglovin

W ogrodzie pamięci - Joanna Olczak-Ronikier

W ogrodzie pamięci to książka o niezwykłej rodzinie, pełnej ludzi z pasją, świetnie wykształconych, niesamowicie inteligentnych. Joanna Olczak-Ronikier, pisarka, współzałożycielka kultowej Piwnicy pod Baranami z ciepłem opisuje losy swojej niezwykłej rodziny. Jest bowiem wnuczką Jakuba Mortkowicza (przedwojennego drukarza i księgarza)  i Janiny Mortkowiczowej (pisarki i tłumaczki), córka Hanny Mortkowicz-Olczakowej (poetki i pisarki). Jak widać postacie same się prosiły o spisanie wspomnień.
We wspomnieniach przewijają się także kuzyni, kuzynki, ciotki, takie jak Karolina, Stefania czy Flora Beylin, oraz Stanisław Horwitz, a także inni członkowie rodziny aż po dzień dzisiejszy.
O Jakubie Mortkowiczu pisze "gdzie dziś można spotkać taki ideał? (...) Gdzie szukać dwudziestoparolatka, który skończył studia za granicą, zna płynnie cztery języki, ma dobry zawód, intelektualne i artystyczne zainteresowania, potrzebę społecznego zaangażowania, jest uczciwy i bezinteresowny, a do tego jeszcze przystojny?" Nazwisko Mortkowicza z pewnością znajome wydaje się zbieraczom starych woluminów, wydawca stawiał sobie za cel produkcję książek wartościowych i do tego pięknie wydanych. Wysokie koszta produkcji przerosły Mortkowicza, i jego wrodzona "skłonność do neurastenii i zmienność nastrojów od euforii do depresji" zaowocowała samobójstwem w 1931 roku.
Na kartach wspomnień jest również wiele anegdot rodzinnych, a całość okraszona jest wspaniałymi zdjęciami z domowego archiwum.
Można się również dopatrzeć swoistego credo, którym kierowali się członkowie rodziny: 
"Iść na przód, nie rozpychając się łokciami, nie tratując nikogo po drodze. Być dumnym ze swoich osiągnięć, nie myląc dumy z pychą. Walczyć z poczuciem niższości nie wpadając w arogancję. Nie pozwalać, by gorycz zmieniła się w rozgoryczenie. Dbać o ludzką sympatię bez służalczości i obłudy. Najogólniej rzecz biorąc, budować wewnętrzną zgodę na swój los, nie opuszczając rak i zachowując godność (...) Życie w pełni udane musi być życiem twórczym. Zawiera się w tym postulacie obowiązek aktywności, wrażliwość na potrzeby innych, dyscypliny i wewnętrznych rygorów. A przede wszystkim nieustannego rozwoju intelektualnego i duchowego".