Esej o typografii - Eric Gill

W ramach wyczytywania zapasów sięgnęłam po niepozorną książeczkę, która przywiozłam z zeszłorocznych krakowskich targów książki. Do tej pory nie spotkałam się z wydawnictwem d2d.pl, ale oferta, na która składają się eseje o designie i liternictwie bardzo mnie przekonuje. I jak na pracownię ukierunkowaną na design książka jest wydana wyśmienicie. 


Esej o typografii Erica Gilla to pierwsze polskie wydanie manifestu brytyjskiego artysty czasów międzywojennych. Gill żył w latach 1882-1940. Był nie tylko teoretykiem, ale przede wszystkim rzeźbiarzem, grafikiem i projektantem krojów Perpetua, Gill Sans i Joanna, powstałych w latach 20 i 30 ubiegłego wieku. 

Esej o typografii został napisany pierwotnie w 1930 roku, do rąk polskich czytelników trafiło wydanie poprawione i uzupełnione z 1936 roku. 

Gill krytykuje nadmierne dążenie do ozdobników. Pisze o swoistej dychotomii świata wytwarzanych dóbr - bezmyślne maszyny i ludzkie-trybiki pochłaniani na czas pracy przez fabryki, oraz tęsknota za odchodzącym światem drobnych rzemieślników, gdzie “pojęcie wolnego czasu właściwie nie istnieje”. Wolny czas robotników jest bowiem nastawiony na konsumowanie tych samych dóbr, które w czasie godzin pracy wytworzyli. I właśnie w takiej postawie odnajduje Gill dążenie do nadmiernej ornamentyki, które jest "godne pożałowania, a świat, który ponad wszystko inne pragnie przyjemności, otacza się rzeczami mogącymi zadowolić jedynie głupców.” A dalej czytamy: “szlachetna architektura nigdy nie potrzebowała ornamentu; proste litery, odpowiednio dobrane i racjonalnie wymierzone, maja w sobie całą szlachetność prostych słów.” 

Na liternictwo oczywiście ogromny wpływ miały narzędzi używane przez piszących. Rylce, patyczki, pióra, wreszcie odlewane czcionki - “pierwsze drukowane książki były po prostu typograficznymi imitacjami pisma ręcznego, tak samo jak piętnastowieczne inskrypcje w kamieniu.” “Drukowana litera – pisze o historii typografii - była (…) zabarwionym kształtem na dnie wgłębienia (…) dzieje drukarstwa to historia znikania tych wgłębień.” Prócz tego, co ładne i szlachetne, otacza nas niestety wszechobecna tandeta. 

Do niewybaczalnych błędów typografii Gill zalicza m.in. mieszanie różnych krojów pisma na jednej stronie bądź książce, za długi wiersz, dłuższy niż 10-12 słów, oraz nieodpowiednie światło w literach, a także nieodpowiedni margines! Ryciny unaoczniają czytelnikom rażące przykłady typograficznych niedociągnięć oraz podają dowody, że istnieje dobra droga, która powinno iść liternictwo. 

O tym, jak ważne jest, by książka dobrze się czytała, wiemy chyba bardzo dobrze. A rady i sugestie Erica Gilla zdają się być aktualne po niemalże stuleciu od wydania eseju. Kroje zbliżone do antycznych wzorców są uważane za najbardziej eleganckie, a przesadnie zdobione pismo może być źródłem nieporozumień. 


Jest jeszcze coś w eseju Gilla bliskiego pociesznemu humorowi starego Przekroju, czy może zachowując właściwą czasoprzestrzeń - bliskiemu Puncha. Czytelnik łapie kilkukrotnie autora na piszczeniu oka, szczególnie w opisach rycin, które zostały załączone. 

Warto na zakończenie wspomnieć nazwisko redaktora prowadzącego, który książkę zaprojektował i złożył w tak miły dla oka i poprawny wedle zaleceń Gilla sposób, a jest nim Robert Oleś.

Tytuł: Esej o typografii 
Autor: Eric Gill 
Przekład: Magdalena Komorowska 
Wydawnictwo: d2d.pl 
Rok wydania: 2016 
Opis fizyczny: 144 stron, okładka twarda 
Gatunek: esej 
ISBN: 978-83-940306-4-3

Recenzje, których nie napisałam.

Komentarz pod marcowym podsumowaniem unaocznił mi pewną myśl, a mianowicie - niektórych wspaniałych książek nie potrafię recenzencko ugryźć. Właściwie powinnam zamiast tego machać Wam nimi przed nosem wołając: to koniecznie trzeba przeczytać, musicie po to sięgnąć!

Cichy Don przeczytałam kilka ładnych lat temu, podobnie zresztą jak Lot nad kukułczym gniazdem. Obiecywałam i sobie, i Wam, że będą posty o tych książkach. I nie ma. Dlaczego?

Wydaje mi się, że moje zachwyty będą albo powielaniem już setki razy utartych schematów, cudzych zachwytów przejętych podświadomie, lub w najgorszym wypadku stekiem frazesów, jak choćby “wiekopomne dzieło”, “epicka opowieść”, “nie mogłam się oderwać od czytania”.

W takim razie wychodzi na to, że recenzja negatywna “pisze się sama”. I chyba coś w tym jest: wielu blogerów/recenzentów wspominało o tym, że paradoksalnie łatwiej jest napisać o książce, która nie przypadła do gusty czytającemu, niż o powieści, która wywarła na odbiorcy ogromne wrażenie.

Niestety, nie jestem psychologiem i nie przytoczę żadnego cytatu, czy badań na poparcie mojej tezy. Być może działa tutaj element obiektywności: możemy prędzej opisać obcego człowieka, jego cechy zewnętrzne i zauważone przez nas wewnętrzne, niż ukochana osobę, np. nasze dziecko, które jest przecież (każda matka to wie) najpiękniejsze i najgrzeczniejsze.

Z drugiej strony blogerzy/recenzenci często wybieramy książki nowe lub mniej znane, ponieważ możemy dodać coś nowego. Ciężko chwycić klasykę i wykrzesać nowe porównania, nowe zachwyty na czymś, co zna niemal każdy, lub jest czymś niemal kultowym. Z tego względu niemal brak recenzji np. Pana Tadeusza, czy Nad Niemnem na blogach. No i cóż można dodać, np. do Harry’ego Pottera, który był przemielony na milion sposobów?

Kiedyś Tomek z bloga "Instrumenty samotności" napisał tekst "Co zrobiły ci książki" o tendencjach w naszej blogosferze – silimy się na obiektywizm, nie piszemy o tym, w jakich okolicznościach po lekturę sięgnęliśmy, w jakim nastroju ją skończyliśmy, co po sobie zostawiła. Czyżbyśmy tak bardzo czytali po łebkach, że w nieustannej karuzeli zmieniających się nowości nie przytrafił nam się żaden samorodek?

No i... czas. Nie wiem, jak Wy, ale nieustannie wybieram: albo piszę, albo czytam, albo pracuję z dzieckiem, albo oglądam film, albo serial - albo książka, albo porządek w domu - albo kopanie w ogródku... Tych kilku popołudniowych godzin nie da się rozciągnąć, a nasze codzienne pozorne wybory i tak sprowadzają się do jednego: nie starcza nam czasu na wszystko, co sobie planujemy. Pisuję przeważnie wieczorami, by rano ukazał się na blogu post. Niekiedy (ok, przeważnie) czas, w którym mogłabym się skupić na pisaniu wyczerpującej recenzji przeznaczam na wymienione powyżej. I z powiedzmy dziesięciu zaplanowanych recenzji, wyrabiam się z góra dwiema. To samo w weekend: za każdym razem obiecuje sobie przysiąść, porobić zdjęcia, poświęcić czas na hobby, ale kiedy już mam czas, to okazuje się, że jest niedzielny wieczór!

Odnalazłam się w formule podsumowań miesięcznych. Mogę skrobnąć kilka słów o książce, wyłożyć najważniejsze - czy uznałam ją za wartą zachodu, czy nie trafiła w mój gust.

Może kiedyś będę pisała regularnie, tak ze dwa posty tygodniowo, ale na razie wybaczcie mi tę nieregularność i niedotrzymane obietnice.