Jak pokochać centra handlowe - Natalia Fiedorczuk

"Jak pokochać centra handlowe" to książka odkłamująca i odczarowująca współczesne macierzyństwo. Ważny głos we współczesnym świecie, w którym każdy chce żyć idealnie, jak z obrazka. Być może, gdyby poskrobać złotko na insta-obrazku fit matek również zobaczyło by się znój i nieprzespane noce? 


Natalia Fiedorczuk ma odwagę pisać o wielkim zmęczeniu, zniechęceniu i poczuciu zatracenia siebie w natłoku rodzicielskich obowiązków. Pisze o bólu, o depresji, nie flirtuje z czytelnikiem, a wali prosto z mostu: takie jest macierzyństwo wielu kobiet. 

Niedawno media obiegła informacja, że matka wyrzuciła dziecko oknem. Z pierwszego piętra. Wielotygodniowy lockdown, wykluczenie, dwoje małych dzieci, które wymagają 100 % twojego zaangażowania 24/7, zapracowany czy nieobecny mąż. Presja, by być dla dzieci, by być najlepszą matką pod słońcem, bo inne takie są. Nie będę pisała o moich doświadczeniach. Czytając często otwierałam szerzej oczy i w duchu przyznawałam, że to o mnie. 

Myślę, że jesteśmy pierwszym pokoleniem, które nie wstydzi się emocji, przyznawania do błędów i porażek. Chociaż media kreują model skandynawskiego parentingu, wypasionych pokojów dziecięcych, zadowolonych matek, właścicielek firm, którymi dowodzą zza domowego biurka, coraz częściej przebąkuje się o niepewności, wyobcowaniu, bólu - tym fizycznym, od blizn, nacięć, karmienia, etc. Kobiety nie wstydzą się poruszać tabu depresji poporodowej, traumatycznego porodu, czy niedosypiania tak uporczywego, że dosłownie lawiruje się między snem a jawą. 

"Jak pokochać centra handlowe" nie są zapiskami jednego życia, na ten niedługi zbiór przemyśleń składa się szereg rozmów, które przeprowadziła autorka. Niemniej trudno wyabstrahować osobiste doświadczenia autorki od części zapożyczonej w czasie rozmów z innymi kobietami. Z książki emanuje jedno wielkie zmęczenie i zniechęcenie. Przez to jest tak prawdziwa. Jak worki pod oczami albo rozstępy na jędrnych niegdyś brzuchach. I jest w tym wszystkim ziarnko nadziei - nie jesteśmy w tym same, to nie jest niewłaściwe czuć zmęczenie, czy chcieć być na chwilę odciążoną obowiązkami.

Tytuł: Jak pokochać centra handlowe
Autor: Natalia Fiedorczuk
Wydawnictwo: Wielka Litera
Rok wydania: 2016
Opis fizyczny: 285, [1] s.; 21 cm; okładka twarda
Gatunek: powieść polska
UKD: 821.162.1-3

Brak tchu - George Orwell

Podczas wymiany sygnatur w bibliotece natknęłam się na mało znaną w naszym kraju powieść autora Roku 1984 i Folwarku zwierzęcego, George’a Orwella, Brak tchu. W przeciwieństwie do dwu wymienionych nie jest to powieść polityczna, dystopia, czy alegoria, a “Powieść o facecie, który zażywa krótkiego wypoczynku i próbuje uciec na jakiś czas od odpowiedzialności zarówno w sferze ogólnoludzkiej, jak i prywatnej.”*


Powieść napisana w przededniu II wojny światowej jest nią nacechowana. Powstała w Maroku, dokąd Orwell udał się w celu podreperowania zdrowia, a wydana została wiosną 1939 roku. Pierwotnie rozeszła się w minimalnym nakładzie; na rynku antykwarycznym znalezienie pierwszego wydania graniczy z cudem, ponieważ większość została zniszczona w czasie bombardowania jeszcze w magazynie drukarni. 


“Brak tchu” daje czytelnikowi smutny obraz zmieniającego się świata. Bohater, czterdziestopięcioletni George Bowling, nieco przy kości, noszący sztuczną szczękę, mieszka na przedmieściach w jednym z tysięcy szeregowców powstałych po wojnie. Zarówno w małżeństwie, jak i w życiu zawodowym osiągnął stabilność, która jednak zionie stagnacją. Bowling, wieczny malkontent, narzeka na zrzędzącą żonę i bachory-pijawki, a codzienność dobija go grożącą wojną z Hilerem. George dowodzi, że człowiek taki jak on, nigdy nie będzie zadowolony, ani wolny. 


Mając uciułane nadwyżkowe kilka funciaków nasz bohater postanawia odwiedzić rodzinną miejscowość. Pomysł ten przychodzi mu do głowy, kiedy spontanicznie nazwisko zagranicznego dygnitarza kojarzy mu się z czymś zasłyszanym w dzieciństwie. 


Przez niemal pół książki czytamy o sielskości starej Anglii; tu Orwell jest jak najbardziej sobą, nie Georgem Bowlingiem. Banda wyrostków, która największą przyjemność upatruje w łowieniu ryb, kilkupensowe słodycze, których oryginalne nazwy przytacza autor, wreszcie opis miejscowości, której pierwowzorem była rodzinne miasto Orwella, Henley-on-Thames. Bowling-Orwell przenosi nas do krainy dzieciństwa, w której panuje “wieczne lato”, sugestywnie odmalowuje sielski świat przedwojennych małych miasteczek. 


O ile część wspomnieniowa robi przyjemne wrażenie swą szczerością i sentymentalizmem (fragmenty odnoszące się do łowienia ryb nasuwają nieodparcie skojarzenie ze “Śmiercią pięknych saren”), o tyle narzekanie dorosłego George’a wyprowadzają na dłuższą metę z równowagi. Poglądy bohatera to bowiem trącące myszką małomiasteczkowe rozważania i małostkowe uwagi o “kobietach, które zeszły na psy”, ponieważ nie wyglądają jak dwadzieścia lat temu; sam bohater kilkukrotnie sam podkreśla, że zmienił się nie do poznania, nabrał wagi i stracił zęby (czyżby zamierzona hipokryzja?)

Całość właściwie nasuwa tę samą konkluzję, co film Woody’ego Allena “O północy w Paryżu” - poprzednie epoki mają więcej pozytywów, niż czasy, w którym przyszło nam żyć. Jeśli czytaliście "Brak tchu" i przypadła Wam do gustu ironia Orwella, polecam również książkę "Vivat Aspidistra", która jest utrzymana w podobnym, lekkim klimacie. 

* cytat pochodzi z posłowia.

Tytuł: Brak tchu
Autor: George Orwell
Tytuł oryginalny:Coming up for air [1939]
Tłumaczenie: Bartłomiej Zborski
Wydawnictwo: Bellona
Rok wydania: 2017
Opis fizyczny: 296[8] stron
Gatunek: powieść
UKD: 821.111-3

Gdyby ulica Beale umiała mówić - James Baldwin

Ostatnie tragiczne wydarzenia ze Stanów Zjednoczonych dowodzą, że niesnaski na tle rasowym nadal silnie polaryzują społeczeństwo. Nie bez przyczyny sięgnęłam więc po jedną z najważniejszych współczesnych powieści wpisujących się w ruch #blacklivesmatter. 


“Gdyby ulica Beale umiała mówić” Jamesa Baldwina została napisana w 1974 roku. Baldwin urodził się w Harlemie jako dziewiąte dziecko nigeryjskiego pastora w 1924 roku. Baldwin przez całe życie (zmarł w 1987 roku) angażował się w ruch praw obywatelskich oraz działał na rzecz równości rasowej. Do jego najważniejszych powieści należą m.in. debiut "Głoś to na górze" (Go Tell It on the Mountain), "Mój Giovanni" (Giovanni's Room), welokrotnie wznawiany "Inny kraj" (Another Country), oraz "Gdyby ulica Beale umiała mówić" (If Beale Street Could Talk). 

Ta ostatnia opowiada o miłości dwojga młodych ludzi, na których drodze stają uprzedzenia, brutalna machina policyjna oraz silna nienawiść rasowa. Młodziutka Tish właśnie oświadczyła swojemu narzeczonemu, Fonny’emu, że spodziewa się jego dziecka. Chłopak, jak i rodzina Tish są wniebowzięci nowiną, ale myliłby się ten, kto spodziewałby się sielanki – Fonny został oskarżony o gwałt na młodej Portorykance i osadzony w areszcie. 

Dla mnie, “Ulica Beale” to współczesny mit o Orfeuszu i Eurydyce. Tish niczym Orfeusz schodzi do piekieł (w powieści więzienie wielokrotnie zostaje nazwane wprost piekłem), by uwolnić ukochanego. To także, a może przede wszystkim, opowieść o więziach rodzinnych. Chociaż Fonny nie jest jeszcze formalnie mężem Tish, rodzina Riversów broni chłopaka przed oskarżeniami, nie wykazując cienia niepewności. 

Kolejnym elementem powieści jest, moim zdaniem, zakamuflowany watek przemocy wobec kobiet. Baldwin nie pochyla się nad nim, nie eksponuje go, ale ta przemoc jest stale obecna, jak gdyby autor stwierdzał, że “tak to już jest i nic się nie poradzi”. 

Aktualność napisanej ponad czterdzieści lat temu powieści przeraża. Nie znam realiów współczesnych Stanów, ale na każdym kroku jesteśmy bombardowani doniesieniami o niesprawiedliwości i braku poszanowania podstawowych praw ze względu na przynależność rasową. 

Ale powieść można również odczytywać wprost jako skomplikowaną opowieść o wielkim uczuciu; na kartach książki wielokrotnie pojawia się odniesienie do szekspirowskich młodych kochanków. Czy tym razem miłość zwycięży opresje? 



...tak, wracam.
Stęskniłam się za Wami i brakowało mi pisania. Ostatni post nosi datę 17 czerwca zeszłego roku, więc uznajmy to za roczny urlop. Nabrałam nowych sił; przypomina mi się scena ze Wzgórza Nadziei, kiedy Ruby wkłada do ust grudkę ziemi i spluwa, mówiąc “ziemia odpoczęła, może rodzić”.

Tytuł: Gdyby ulica Beale umiała mówić
Autor: James Baldwin
Tytuł oryginalny:If Beale Street could talk [1974]
Tłumaczenie: Maria Zborowska
Wydawnictwo: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Rok wydania: 2019
Opis fizyczny: 249[2] stron
Gatunek: powieść amerykańska
UKD: 821.111(73)-3

Obsługiwałem angielskiego króla - Bohumil Hrabal

“Posłuchajcie, co wam teraz powiem...”

Wydana w 1971 roku powieść Obsługiwałem angielskiego króla to symfonia na cześć miłości cielesnej i celebracja kobiecego ciała. Łona przystrojone jak pogańskie ołtarze.



 

Przedwojenny czeski kelner jest świadkiem zmieniającego się świata, czego zdaje się nie zauważać. Jan Dziecię (lub Detsche) to konformista, koniunkturalista oraz oportunista, który jednak swoją filozofią życiową przypomina – przywołanego również przez Andrzeja Kaczorowskiego w biografii Hrabala, bohatera polskiej kinematografii, Jana Piszczyka, który stara się dopasować do zmieniającej się jak w kalejdoskopie sytuacji politycznej, a także osiągnąć szczęście osobiste, choć wszystkie próby pojedynków z losem palą na panewce. Porównałabym również Dziecię do innego bohatera, znanego z literatury, a mianowicie do Colasa Breugnona, który mimo przeciwności losu zachowuje nieproporcjonalną wręcz pogodę ducha. Choć Francuz jest świadomy sytuacji geopolitycznej, ufa, że zmieni się ona tak, by znów żyło się znośnie.

Kiedy już czujemy do kelnera sympatię, ba! niemal zakochaliśmy się w nim, o wielka naiwności! Nasz ulubieniec zostaje kolaborantem! Naturalnie, myślimy, nasz kelner jest bardzo niemądry, naiwny wręcz, być może na manowce sprowadziły go kobiety i te ich ukwiecone brzuszki... Bohater żeni się z germańską nauczycielką gimnastyki i daje się wysługiwać Niemcom, co wcale mu nie przeszkadza, a nawet, można powiedzieć, czerpie z tego satysfakcje.

Kluczem do odczytania postaci jest zdanie Hrabala - “Opowiadam o tym, co przydarza się zwykłym ludziom, nie oglądając się na humanizm, na jakąś wielką ideę, na bohatera, który by działał w imię jakiejś wyższej racji i wiedział wszystko z góry” - cytowane przez Andrzeja Kaczorowskiego w biografii pisarza Słodka apokalipsa. Kaczorowski pisze: “Ciepły, wyrozumiały stosunek do bliźnich charakteryzuje niemal całą twórczość Hrabala. Czytając jego książki, od pierwszych stron wiemy, że autor lubi swoich bohaterów. Teraz jednak w jego prozie pojawił się nowy ton: chęć rozgrzeszenia ich nawet z takich postępków, za które spotyka ich potępienie ze strony otoczenia.”

Dziecię odnajduje się również w czasach komunistycznych. O wszystkim, czy dobre, czy złe, opowiada z równą emfazą.

Książkę dawkowałam sobie po rozdziale przed snem. Kiedy Hrabal kończył każdy rozdział dość kategorycznie i ja rozstawałam się z książką. Język Bohumila Hrabala jest przesycony sympatią dla bohaterów, swoistą nostalgią, ale nie melancholią, jest pochwałą życia. Choć - pozwolę sobie jeszcze raz zacytować autora Słodkiej apokalipsy - “Schopenhauer i Klima w ogromnym stopniu wpłyn[ęli] na jego rozwój, [są] akuszerami jego filozofii i strategii życiowej”, to dostrzegam kapeczkę bergsonowskiej élan vital.



Ścieżki Północy - Richard Flanagan

Ścieżki Północy to znakomita powieść Richarda Flanagana dotycząca jednej z zapomnianych kart historii II wojny światowej. Tasmański pisarz porusza bowiem temat japońskich obozów pracy, a ściślej rzecz ujmując powstanie słynnej Kolei Śmierci. 


Kolej Birmańska, czyli linia kolejowa o długości ponad 400 kilometrów została wybudowana niewolniczą pracą jeńców (16 tyś. to alianci) oraz niewolników cywilnych (100 tyś., głównie Azjaci) pod koniec wojny. Jednym z jeńców był wówczas ojciec Flanagana, będący pierwowzorem powieściowego Dorrigo Evansa, australijskiego lekarza nawiedzonego bolesnymi wspomnieniami jeńca wojennego. Dorrigo po wojnie uważany jest za bohatera wojennego; w swojej opinii nie zasługuje na to miano i jako jeden z ocalałych ma poczucie winy. W jednym z wywiadów Flanagan przyznał, że napisał kilka wersji powieści, ale dopiero tym, co spoiło ją w koherentną całość był wątek miłosny, który został pięknie poprowadzony i podobnie jak doświadczenia wojenne ojca Flanagana ma swój pierwowzór. 

Wspomnienia Dorrigo z obozu są wstrząsające. Japończycy systematycznie męczyli fizycznie i psychicznie skazanych na nieludzkie warunki więźniów. Okrucieństwo, z którym działali nie miało precedensu. Wszystko w imię cesarza, który dla Japończyka jest świętością. Zaskakujące jest to, że wielu zbrodniarzy nie zdaje sobie sprawy ze zła, które wyrządzili. 

O japońskich obozach czytałam do tej pory w “Niezłomnym”, czyli biografii Luisa Zamperiniego, a także w “Drodze do zapomnienia” Erica Lomaxa. Pierwszym, który poruszył ten temat był Pierre Boulle w pamiętnej książce “Most na rzece Kwai”, wydanej już w 1952 roku.

Polecam tę powieść traktującą o okrucieństwie wojny, sumieniu i miłości. 

Kroniki portowe - Annie Proulx

Kroniki portowe ujęły mnie swoim klimatem i fabułą płynącą niespiesznie niczym morska woda. Obfitująca w miejscowy koloryt i anegdoty opowieść o nieładnym zahukanym ojcu dwóch małych córeczek nie jest bynajmniej konwencjonalną powieścią obyczajową. To napisana barwnym językiem historia zwyczajnego życia mieszkańców Nowej Fundlandii.


Może to niedorzecznie zabrzmi, ale ta powieść jest jak plaster z opatrunkiem - podskórnie spodziewałam się jakiegoś kataklizmu, ostatecznego nieszczęścia, ale dostałam powieść o miłości, przyjaźni i codzienności i nade wszystko o odnajdywaniu siebie, choć postawiło się na sobie już krzyżyk... Kolejny element, który mnie ujął to brak oceny bohaterów, autorka nie punktuje słabości swoich postaci, jedynie je nimi obdarza. 

Warto dodać, że to kolejne wydanie tej powieści na polskim rynku, co ciekawe w nowym tłumaczeniu Jędrzeja Polaka. Niestety, nie miałam okazji porównać obu wydań. Okładka już jest jedną z moich ulubionych. 

Pewnie część z Was obejrzała film z Julianne Moore i Kevinem Spaceyem, ja nie miałam jak dotąd okazji, ale jestem ciekawa ekranizacji. 

Jest właściwie jeszcze jeden powód, dla którego ta książka tak bardzo mi się spodobała. Choć mieszkam setki kilometrów od najbliższego morza, to właśnie woda jest moim żywiołem. Uwielbiam ten specyficzny zapach wodorostów, słonej wody, wiatru, skrzeczenie mew, szum fal rozbijających się o plażę czy burtę - ten specyficzny plusk, zimny piasek pod stopami, a nawet to, co nadbrzeżny wiatr wyczynia z fryzurą. Nie przepadam za upałem nad morzem i opalaniem, raczej jestem jedną z tych spacerujących postaci, którymi miota wiatr, w wiatrówce zapiętej po brodę i z sandałami dyndającymi w ręce...

Esej o typografii - Eric Gill

W ramach wyczytywania zapasów sięgnęłam po niepozorną książeczkę, która przywiozłam z zeszłorocznych krakowskich targów książki. Do tej pory nie spotkałam się z wydawnictwem d2d.pl, ale oferta, na która składają się eseje o designie i liternictwie bardzo mnie przekonuje. I jak na pracownię ukierunkowaną na design książka jest wydana wyśmienicie. 


Esej o typografii Erica Gilla to pierwsze polskie wydanie manifestu brytyjskiego artysty czasów międzywojennych. Gill żył w latach 1882-1940. Był nie tylko teoretykiem, ale przede wszystkim rzeźbiarzem, grafikiem i projektantem krojów Perpetua, Gill Sans i Joanna, powstałych w latach 20 i 30 ubiegłego wieku. 

Esej o typografii został napisany pierwotnie w 1930 roku, do rąk polskich czytelników trafiło wydanie poprawione i uzupełnione z 1936 roku. 

Gill krytykuje nadmierne dążenie do ozdobników. Pisze o swoistej dychotomii świata wytwarzanych dóbr - bezmyślne maszyny i ludzkie-trybiki pochłaniani na czas pracy przez fabryki, oraz tęsknota za odchodzącym światem drobnych rzemieślników, gdzie “pojęcie wolnego czasu właściwie nie istnieje”. Wolny czas robotników jest bowiem nastawiony na konsumowanie tych samych dóbr, które w czasie godzin pracy wytworzyli. I właśnie w takiej postawie odnajduje Gill dążenie do nadmiernej ornamentyki, które jest "godne pożałowania, a świat, który ponad wszystko inne pragnie przyjemności, otacza się rzeczami mogącymi zadowolić jedynie głupców.” A dalej czytamy: “szlachetna architektura nigdy nie potrzebowała ornamentu; proste litery, odpowiednio dobrane i racjonalnie wymierzone, maja w sobie całą szlachetność prostych słów.” 

Na liternictwo oczywiście ogromny wpływ miały narzędzi używane przez piszących. Rylce, patyczki, pióra, wreszcie odlewane czcionki - “pierwsze drukowane książki były po prostu typograficznymi imitacjami pisma ręcznego, tak samo jak piętnastowieczne inskrypcje w kamieniu.” “Drukowana litera – pisze o historii typografii - była (…) zabarwionym kształtem na dnie wgłębienia (…) dzieje drukarstwa to historia znikania tych wgłębień.” Prócz tego, co ładne i szlachetne, otacza nas niestety wszechobecna tandeta. 

Do niewybaczalnych błędów typografii Gill zalicza m.in. mieszanie różnych krojów pisma na jednej stronie bądź książce, za długi wiersz, dłuższy niż 10-12 słów, oraz nieodpowiednie światło w literach, a także nieodpowiedni margines! Ryciny unaoczniają czytelnikom rażące przykłady typograficznych niedociągnięć oraz podają dowody, że istnieje dobra droga, która powinno iść liternictwo. 

O tym, jak ważne jest, by książka dobrze się czytała, wiemy chyba bardzo dobrze. A rady i sugestie Erica Gilla zdają się być aktualne po niemalże stuleciu od wydania eseju. Kroje zbliżone do antycznych wzorców są uważane za najbardziej eleganckie, a przesadnie zdobione pismo może być źródłem nieporozumień. 


Jest jeszcze coś w eseju Gilla bliskiego pociesznemu humorowi starego Przekroju, czy może zachowując właściwą czasoprzestrzeń - bliskiemu Puncha. Czytelnik łapie kilkukrotnie autora na piszczeniu oka, szczególnie w opisach rycin, które zostały załączone. 

Warto na zakończenie wspomnieć nazwisko redaktora prowadzącego, który książkę zaprojektował i złożył w tak miły dla oka i poprawny wedle zaleceń Gilla sposób, a jest nim Robert Oleś.

Tytuł: Esej o typografii 
Autor: Eric Gill 
Przekład: Magdalena Komorowska 
Wydawnictwo: d2d.pl 
Rok wydania: 2016 
Opis fizyczny: 144 stron, okładka twarda 
Gatunek: esej 
ISBN: 978-83-940306-4-3

Recenzje, których nie napisałam.

Komentarz pod marcowym podsumowaniem unaocznił mi pewną myśl, a mianowicie - niektórych wspaniałych książek nie potrafię recenzencko ugryźć. Właściwie powinnam zamiast tego machać Wam nimi przed nosem wołając: to koniecznie trzeba przeczytać, musicie po to sięgnąć!

Cichy Don przeczytałam kilka ładnych lat temu, podobnie zresztą jak Lot nad kukułczym gniazdem. Obiecywałam i sobie, i Wam, że będą posty o tych książkach. I nie ma. Dlaczego?

Wydaje mi się, że moje zachwyty będą albo powielaniem już setki razy utartych schematów, cudzych zachwytów przejętych podświadomie, lub w najgorszym wypadku stekiem frazesów, jak choćby “wiekopomne dzieło”, “epicka opowieść”, “nie mogłam się oderwać od czytania”.

W takim razie wychodzi na to, że recenzja negatywna “pisze się sama”. I chyba coś w tym jest: wielu blogerów/recenzentów wspominało o tym, że paradoksalnie łatwiej jest napisać o książce, która nie przypadła do gusty czytającemu, niż o powieści, która wywarła na odbiorcy ogromne wrażenie.

Niestety, nie jestem psychologiem i nie przytoczę żadnego cytatu, czy badań na poparcie mojej tezy. Być może działa tutaj element obiektywności: możemy prędzej opisać obcego człowieka, jego cechy zewnętrzne i zauważone przez nas wewnętrzne, niż ukochana osobę, np. nasze dziecko, które jest przecież (każda matka to wie) najpiękniejsze i najgrzeczniejsze.

Z drugiej strony blogerzy/recenzenci często wybieramy książki nowe lub mniej znane, ponieważ możemy dodać coś nowego. Ciężko chwycić klasykę i wykrzesać nowe porównania, nowe zachwyty na czymś, co zna niemal każdy, lub jest czymś niemal kultowym. Z tego względu niemal brak recenzji np. Pana Tadeusza, czy Nad Niemnem na blogach. No i cóż można dodać, np. do Harry’ego Pottera, który był przemielony na milion sposobów?

Kiedyś Tomek z bloga "Instrumenty samotności" napisał tekst "Co zrobiły ci książki" o tendencjach w naszej blogosferze – silimy się na obiektywizm, nie piszemy o tym, w jakich okolicznościach po lekturę sięgnęliśmy, w jakim nastroju ją skończyliśmy, co po sobie zostawiła. Czyżbyśmy tak bardzo czytali po łebkach, że w nieustannej karuzeli zmieniających się nowości nie przytrafił nam się żaden samorodek?

No i... czas. Nie wiem, jak Wy, ale nieustannie wybieram: albo piszę, albo czytam, albo pracuję z dzieckiem, albo oglądam film, albo serial - albo książka, albo porządek w domu - albo kopanie w ogródku... Tych kilku popołudniowych godzin nie da się rozciągnąć, a nasze codzienne pozorne wybory i tak sprowadzają się do jednego: nie starcza nam czasu na wszystko, co sobie planujemy. Pisuję przeważnie wieczorami, by rano ukazał się na blogu post. Niekiedy (ok, przeważnie) czas, w którym mogłabym się skupić na pisaniu wyczerpującej recenzji przeznaczam na wymienione powyżej. I z powiedzmy dziesięciu zaplanowanych recenzji, wyrabiam się z góra dwiema. To samo w weekend: za każdym razem obiecuje sobie przysiąść, porobić zdjęcia, poświęcić czas na hobby, ale kiedy już mam czas, to okazuje się, że jest niedzielny wieczór!

Odnalazłam się w formule podsumowań miesięcznych. Mogę skrobnąć kilka słów o książce, wyłożyć najważniejsze - czy uznałam ją za wartą zachodu, czy nie trafiła w mój gust.

Może kiedyś będę pisała regularnie, tak ze dwa posty tygodniowo, ale na razie wybaczcie mi tę nieregularność i niedotrzymane obietnice.

Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków Marta Sapała

Mniej. Intymny zakupowy portret Polaków Marty Sapały to zapis eksperymentu socjologicznego, który miał miejsce zaledwie kilka lat temu. Autorka zmęczona konsumpcjonizmem postanowiła zrezygnować z zakupowego szaleństwa na rok. Do eksperymentu zaprosiła kilkanaścioro ochotników, którzy z lepszym czy gorszym skutkiem zaprzestali zakupów.


źródło zdjęcia: LubimyCzytac.pl


Mam co do tej książki mieszane uczucia. Właściwie nie do samej książki, bo napisana jest potoczystym językiem, a autorka posiłkuje się danymi statystycznymi na poparcie swoich tez, ale o ile ograniczenie konsumpcji jest godne naśladowanie, o tyle np. zjawienie się na urodzinach dziecka kuzynki czy koleżanki z pustymi rękami, albo obdarowywanie jubilata ręcznie zrobionym kolażem z gazet jest prostackie i chamskie. I ciekawa jestem, jak taki reżim będą wspominały dzieci, jak choćby synek jednej z uczestniczek, który miał do przedszkola przynieść misia (potrzebnego do nauki angielskiego), a mama nie chciała mu kupić, bo przecież zobowiązała się nie kupować.

Jednocześnie autorka przytacza, ile wydaje się na żywienie w rodzinie 2, 2+1, 2+2, itd., a zaraz potem zastrzega, że na jedzenie wydała 1600 złotych z hakiem (na dwie osoby dorosłe i kilkulatka), bo lubi produkty dobrej jakości. Wydało mi się to takie nieautentyczne z jednej strony, bo w eksperymencie oszczędzano na produktach chemicznych, kosmetycznych, etc.

Od chwili wydania książki wiele się zmieniło w budżecie statystycznego Polaka: rodziny wielodzietne dostają dofinansowanie od państwa. Widać to w sklepach, w biurach podróży.

Zastanawiam się jeszcze nad pewną kwestia, na ile niekupowanie = oszczędzanie? Można sobie odmówić wielu fanaberii, ale nie skazujmy się na dobrowolne dziadowanie.

Jednakże “Mniej” może inspirować. Działa orzeźwiająco na perspektywę. Chociaż wydaje mi się, że wyrośliśmy już z euforii zakupowej, która ogarnęła nas po transformacji ustrojowej. Zużywamy mniej jednorazówek nie dlatego, że są płatne, ale ze względu na ekologię. Kupujemy również mniej sprzętów - być może nasyciliśmy już głód konsumpcji. Nadal lubimy promocje, ale promowany towar potrafimy porównać cenowo z tym samym w innym sklepie. Potrafimy zadać sobie pytanie “czy potrzeba mi kolejnego... (tu staw cokolwiek)?”

Jesteśmy przed świętami Wielkiejnocy. Czy znów Polacy rzucą się do sklepowych półek, by kilka dni później wyrzucić masę jedzenia, którego nie są w stanie przejeść? Czy jak co roku tony zabawek będą niemal nowe wyrzucane do kontenera? A może zamiast kolejnego zestawu popularnych klocków sprawić dziecku karnet do kina?

Książkę wypatrzyłam na blogu Mniej niż 100 słów i od razu wypożyczyłam z biblioteki.

Tytuł: Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków
Autor: Marta Sapała
Wydawnictwo: Mamania
Rok wydania: 2018 (wyd. 2)
Opis fizyczny: 416 stron, okładka miękka
Gatunek: reportaż społeczny
ISBN: 978-83-66117-23-5

Kronika pewnego miasta - Pandelis Prévélakis / Bębny nocy. Studium - Miljenko Jergović

Zdarzyło mi się w jednym miesięcy przeczytać dwie książki o bardzo podobnym wydźwięku: ocalić od zapomnienia miasto i jego mieszkańców. Ponoć każdy nosi w sobie jedną książkę. Jesteśmy nośnikiem historii swoich własnych oraz zbiorowych – anegdot, dykteryjek, itp. Na takie spisane relacje zaludnione przez wspomnienia osób żyjących (lub fikcyjnych) dawno temu natrafiłam w książkach “Kronika pewnego miasta” oraz “Bębny nocy”.

W obu książkach świat jest rzeczywisty, a całość przypomina nieco filmy live-action. Na tle prawdziwych wydarzeń możemy spotkać postacie fikcyjne bądź rzeczywiste – na dobrą sprawę to nie ma znaczenia, ponieważ autorzy roztaczają przed nami pewną kreację świata zapomnianego, nieistniejącego już, odrobinę nostalgicznego, ale niezmiernie kolorowego i wartego uwiecznienia.

źródło okładki: LubimyCzytac.pl


“Kronika pewnego miasta”* Pandelisa Prévélakisa jest próba uchwycenia Rethimno takim, jakie ono było we wspomnieniach autora. Choć Prévélakis wydał Kronikę mając zaledwie 29 lat, narrator wydaje się być u progu starości i z emfazą wspomina swoją młodość w nadmorskiej miejscowości. Lokalny koloryt wyrosły na żyznej glebie zawirowań historii jest pretekstem do ukazania multikulturowości wyspy. Na kartach książki uwiecznione zostały barwne postaci zaludniające miasteczko wówczas, a których, jak się możemy domyślać, trudno szukać dziś.

źródło okładki: LubimyCzytac.pl


W podobny sposób zostali nam zaserwowani bohaterowie “Bębnów nocy” bośniackiego pisarza, Miljenko Jergović. Autor zastosował tu ten sam wybieg, co A.S. Byatt w “Opętaniu” - W pierwszej warstwie znajdujemy biografię Josipa Gubernika, austriackiego dendrologa badającego w Sarajewie specyficzną odmianę klonu jaworu. Do miasta przybywa, co znamienne, na dwa tygodnie przed zamachem na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Wpleciony w wir historii prowadzi dziennik, w którym przywraca pamięci zbiorowej postaci golibrody-gaduły, czy sympatycznego sklepikarza, który traci podczas epidemii hiszpanki trzech synów.

Właściwie obie powieści przypominają mi trzecią, “Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez” Uładzimira Niaklajeu. Toż to istne tłumy postaci, spacerujące czytelnikom przed oczami. I ja się cieszę z takich małych spotkań. Każdy z opisywanych w trakcje czytania staje się z automatu moim znajomym, a każda z odwiedzanych ulic, każdy sklepik czy kawiarnia zostają żywo w mojej pamięci. Być może właśnie to jest przesłaniem tych powieści - pamiętać!

Tytuł: Bębny nocy. Studium
Autor: Miljenko Jergović
Tytuł oryginalny: Doboši noći
Tłumaczenie: Magdalena Petryńska
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Rok wydania: 2019
Opis fizyczny: 150 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: powieść
ISBN: 9788364887413
Tytuł: Kronika pewnego miasta
Autor: Pandelis Prevelakis
Tytuł oryginalny: The Tale of a Town or The Chronicle of a Town (Το χρονικό μιας Πολιτείας, 1937)
Tłumaczenie: Janusz Strasburger
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Rok wydania: 2013
Opis fizyczny: 160 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: powieść
ISBN: 9788364169021
* Książką "Kronika pewnego miasta" biorę udział w wyzwaniu Trójka e-pik (edycja marzec'19)

Zielone sari - Ananda Devi (refleksje na dzień kobiet)

“Zielone sari” jest książką ponadczasową i uniwersalną, ponieważ niestety wciąż aktualny jest również temat przemocy wobec kobiet. To książka miażdżąca, ale nie pozostawiająca czytelnika w bezsilnym oszołomieniu.

Ananda Devi to pisarka maurytyjska, kojarzona z nurtem feministycznym. Na swoim koncie ma kilkanaście powieści. “Zielone sari” jest jej pierwszą przetłumaczoną na nasz język powieścią.

Stary doktor umiera. Na łożu śmierci prowadzi monolog wewnętrzny pełen nienawiści do bliskich: nieżyjącej żony, córki oraz wnuczki. Mimo iż starzec jest niemal bezsilny fizycznie, wykorzystuje swoją ustaloną pozycję domowego tyrana do dalszego gnębienia psychicznego kobiet. W swych rojeniach szczyci się pozycją społeczną doktora-boga, niezastąpionego w społeczności, w której żyje.

Jednakże w marę zagłębiania się w historię, czytelnik odkrywa, że pozłota doktora-boga coraz bardziej się łuszczy, a kobiety łącząc siłę przechylają szalę zwycięstwa ku swojej stronie.

Ta książka to manifest. Traktuje o godności kobiet niezależnie od szerokości geograficznej i odchodzeniu do lamusa (miejmy nadzieję) szowinistycznej postawy “pana i władcy”. W skądinąd bardzo dobrej recenzji “Zielonego sari” “Kto zostanie ofiarą” zamieszczonego w najnowszym numerze Nowych Książek Paulina Małochleb pisze: “Ryż (...) surowy lub rozgotowany, nieporządek w domu, pajęczyny na suficie stają się przyczyną bicia.” Pozwolę sobie się nie zgodzić, ponieważ wyżej wymienione wyglądają raczej na PRETEKST przemocy, a nie jej przyczynę, które upatrywałabym w mizoginii i agresji głównego bohatera.To nie ofiara przemocy jest winna, a sprawca.


Jeśli jesteś ofiarą przemocy domowej, albo wiesz, że komuś dzieje się krzywda, zadzwoń pod nr
800-120-002
Jest to telefon Niebieskiej Linii, pod którym "uzyskasz wsparcie, pomoc psychologiczną, informacje o możliwościach uzyskania pomocy najbliżej miejsca zamieszkania." 

Tytuł: Zielone sari
Autor: Ananda Devi
Tytuł oryginalny: Le Sari vert
Tłumaczenie oraz posłowie: Krzysztof Jarosz
Wydawnictwo: Wydawnictwo W Podwórku
Rok wydania: 2018
Opis fizyczny: 240 strony, okładka miękka z obwolutą
Gatunek: powieść
ISBN: 978836413425-8

Pierwsza osoba - Richard Flanagan

Na dniach ukazała się najnowsza powieść autora „Ścieżek Północy”, Richarda Flanagana. Jest on obecnie najbardziej rozpoznawalnym autorem pochodzącym z dalekiej Tasmanii. 


„Pierwsza osoba” jest zapisem wspomnień snutych przez początkującego pisarza, Kifa Kehlmanna, który w finansowym dołku postanawia podjąć się zlecenia graniczącego z mission imposible - w zaledwie sześć tygodni napisać jako ghost writer autobiografię znanego bankstera, Siegfrida Heidla.

Tok pisania jest niezwykle frustrujący, ponieważ obiekt nie bardzo współpracuje – zwodzi i lekceważy pisarza, w rezultacie nie zdradzając szczegółów swojego życia. „Równie dobrze mógłbym starać się podnieść nożyczkami rtęć z podłogi”, żali się Kif. Kiedy jednak z Siegfrida uda się wydobyć choć kusztyczek osobistych wywodów, te okazywały się zmyślone. „Zaprzeczał swoim kłamstwom nowymi kłamstwami, a potem zaprzeczał własnym zaprzeczeniom. Jak gdyby nie potrafił żyć inaczej niż w chaosie samozaprzeczenia”. 

Czytelnik również nie wiele się dowie o konfabulancie. Bo tak naprawdę kto manipuluje kim – czy Siegfrid Kifem, czy może Kif czytelnikiem? 

Sama akcja powieści dawkowana jest homeopatycznie i na dobrą sprawę przypomina ścieranie kamienia na tarce do sera. Choć język jest potoczysty, autor ustami Kifa ulega pokusie licznych powtórzeń. Niemniej jednak książka Flanagana zbiera w większości pozytywne recenzje. Ciekawa jestem również Waszych opinii. 

Za możliwość zmierzenia się z tym, co autor chciał powiedzieć, dziękuję Wydawnictwu Literackiemu

Tytuł: Pierwsza osoba
Autor: Richard Flanagan
Tytuł oryginalny: First Person
Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 2019
Opis fizyczny: 452 stron, okładka twarda
Gatunek: powieść
ISBN: 978-83-08-06826-7

Spotkanie autorskie z Anną Kamińską

6 lutego gościem rybnickiej Biblioteki była Anna Kamińska, dziennikarka, scenarzystka, felietonistka i pisarka, kojarzona przede wszystkim z dwiema biografiami niezwykłych kobiet. Miałam ogromną przyjemność moderować spotkanie z autorką biografii "Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak", "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz", oraz reportażu "Białowieża szeptem. Historie z Puszczy Białowieskiej".



Spotkanie autorskie z Anną Kamińską w PiMBP w Rybniku

Autorka opowiadała przede wszystkim o pracy nad biografiami Wandy Rutkiewicz i Simony Kossak. Obie te wspaniałe postacie pochodziły z jednego pokolenia (urodzone w 1943 r.). Do cech wspólnych obu pań należała bezkompromisowość, opisywany przez znajomych dystans emocjonalny, oraz stuprocentowe oddanie powołaniu.

Do dziś Wanda Rutkiewicz jest uważana za wzór odwagi i determinacji. Od dziecka predestynowana do sukcesów w sporcie, robiła wszystko, by dotrzeć do upragnionego celu. W 1992 nie wróciła z Kanczendzongi.

Simona długo nie umiała znaleźć sobie miejsca – "To miał być czwarty Kossak", jednakże nie wykazywała talentów malarskich, ani literackich, jak jej sławne ciotki. Za to od najmłodszych lat otaczała się zwierzętami; po studiach osiadła w Białowieży, która była jej domem do samej śmierci w 2007 roku. W leśniczówce Dziedzinka, w której mieszkała Simona była istna menażeria - zwierzęta chodziły wolno, nierzadko strasząc gości.

"Białowieża szeptem", wspaniały reportaż o polskim "Miasteczku Twin Peaks", był efektem ubocznym pracy nad Simoną. Książka jest zapisem wielu rozmów z mieszkańcami białowieskich wsi. Już samo zdjęcie wybrane na okładkę jest zapowiedzią czegoś niezwykłego, niepokojącego - dopiero czytając można się dowiedzieć, że przedstawia Filimona Waszkiewicza, ostatniego bartnika z jego narzędziem pracy, specjalnymi linami służącymi do wspinania się na drzewa.

Anna Kamińska opowiadała o pracy nad książkami, o rozmowach z rodziną i znajomymi bohaterek, a także o wynajdywaniu informacji w archiwach, by najrzetelniej przedstawić fakty.

Na koniec autorka przygotowała dla czytelników w ramach małego prezentu jedną z gawęd radiowych Simony Kossak.

Pisarka dała się poznać jako niesamowicie sympatyczna osoba, która zaraża swoim entuzjazmem i pogodą ducha. Podczas podpisywania książek po oficjalnej części spotkania chętnie odpowiadała na pytania czytelników, oraz pozowała z czytelnikami do zdjęć.

Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny - Max Blecher

Max Blecher to rumuński prozaik pochodzenia żydowskiego żyjący w latach 1909-1938. Mając 19 lat wyjechał z rodzinnych stron do Paryża, by studiować medycynę. Jednakże wkrótce po wyjeździe zdiagnozowano u niego wówczas nieuleczalną gruźlicę kręgosłupa. Kolejną dekadę spędził w sanatoriach, pionizowany specjalnymi aparatami i utrzymywany nieruchomo gipsem.


Pisze się, że gdyby nie choroba, która zmieniła jego priorytety, nie zostałby pisarzem. To właśnie pod wpływem przeżyć z okresu choroby powstają jego powieści “Zabliźnione serca”, czy “Zdarzenia w bliskiej nierzeczywistości”. Prowadzi również ożywioną korespondencję z najwybitniejszymi awangardowymi umysłami epoki, Martinem Heideggerem (w 1927 ukazuje się jego “Bycie i czas”), André Bretonem (po pierwszej wojnie światowej powstaje surrealizm), André Gide’m (Gide ma już ugruntowaną pozycję, jego “Lochy Watykanu” ukazały się w roku wybuchu wojny). 

Max Blecher w “Rozświetlonej jamie” przenosi nas do przedwojennych sanatoriów, gdzie egzystują pacjenci terminalni i ci, dla których nie ma miejsca w “zdrowym” społeczeństwie. Dziennik o dusznym klimacie, odrealnionym, jakby świat poza sanatoriami nie istniał. Ówczesne sanatoria, jak można wnioskować z choćby Prousta czy Manna są połączeniem szpitali, hospicjów oraz ekskluzywnych hoteli. Terapie eksperymentalne są niekiedy jedynym sposobem na złagodzenie męczących objawów czy wręcz przedłużenie życia kuracjusza.

Blecher jest w dzienniku niezwykle szczery, nie ma nic do stracenia, więc opisuje świat, w którym żyje oraz swój wewnętrzny świat na równym statusie ontologicznym: sny i jawa przeplatają się spajając w jedno. Ból, śmierć oraz jątrzące się rany nie są tu tematem tabu, bo są zbyt zwyczajne.

Po youtube’owej recenzji Madri nie mogłam nie kupić tej książki. Choć jest niewielka objętościowo, przez swoją prostotę i szczerość wali prosto między oczy. Kilka dni nie mogłam zacząć czytać nic innego.

Tytuł: Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny
Autor: Max Blecher
Tytuł oryginalny: Vizuina luminată: Jurnal de sanatoriu
Tłumaczenie: Joanna Kornaś-Warwas
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Rok wydania: 2018
Opis fizyczny: 200 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: wspomnienia/dzienniki
ISBN: 978-83-65595-77-5

Po trochu - Weronika Gogola

Weronika Gogola w opowieści “Po trochu” snuje wspomnienia z okresu dzieciństwa i dorastania. W bezpretensjonalny sposób ukazuje świat wsi lat 90-tych. Wszystko powleczone werniksem nostalgii i mam wrażenie, głębokiej miłości do rodziny. Autorka jest przy tym do bólu szczera przeprowadzając przy tym wiwisekcję dorastania.


“Po trochu” to również pieśń o odchodzeniu, umieraniu, które wpisane jest w nasze życie niczym rewers monety. Odchodzą zwłaszcza mężczyźni, Gogole nie dożywają pięćdziesiątki, a znajomi i koledzy umierają w wypadkach jeżdżąc po pijanemu. Kobiety z podniesionym czołem znoszą swój los. Ta miniaturowa saga rodzinna pełna jest bowiem duchów snujących się na kartach książki.

Momentami miałam wrażenie swoistego anachronizmu – czy autorka rzeczywiście jest młodsza ode mnie i opisuje życie na przełomie wieków, czy jednak snuje gawędy o życiu, które odeszło już dawno temu? Gdyby nie wstawki o bojówkach czy walkmanach dałabym sobie rękę uciąć, że Gogola opisuje lata 60-te! I w pewnym momencie uderzył mnie pewien fakt - i Weronika Gogola i Jakub Małecki tak cudownie piszą o polskiej prowincji, z taką dozą nostalgii, a przy tym tak szczerze i ponadczasowo, chociaż nie są to laurki, a raczej obrazy malowane słowem. 

Szczerze polecam. Szczególnie równolatkom. Jeśli lubicie lekko nostalgiczne klimaty koniecznie sięgnijcie do Znaków szczególnych Pauliny Wilk.

Tytuł: Po trochu
Autor: Weronika Gogola
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Rok wydania: 2017
Opis fizyczny: 180 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: powieść
ISBN: 978-83-65595-51-5