Obsługiwałem angielskiego króla - Bohumil Hrabal

“Posłuchajcie, co wam teraz powiem...”

Wydana w 1971 roku powieść Obsługiwałem angielskiego króla to symfonia na cześć miłości cielesnej i celebracja kobiecego ciała. Łona przystrojone jak pogańskie ołtarze.



 

Przedwojenny czeski kelner jest świadkiem zmieniającego się świata, czego zdaje się nie zauważać. Jan Dziecię (lub Detsche) to konformista, koniunkturalista oraz oportunista, który jednak swoją filozofią życiową przypomina – przywołanego również przez Andrzeja Kaczorowskiego w biografii Hrabala, bohatera polskiej kinematografii, Jana Piszczyka, który stara się dopasować do zmieniającej się jak w kalejdoskopie sytuacji politycznej, a także osiągnąć szczęście osobiste, choć wszystkie próby pojedynków z losem palą na panewce. Porównałabym również Dziecię do innego bohatera, znanego z literatury, a mianowicie do Colasa Breugnona, który mimo przeciwności losu zachowuje nieproporcjonalną wręcz pogodę ducha. Choć Francuz jest świadomy sytuacji geopolitycznej, ufa, że zmieni się ona tak, by znów żyło się znośnie.

Kiedy już czujemy do kelnera sympatię, ba! niemal zakochaliśmy się w nim, o wielka naiwności! Nasz ulubieniec zostaje kolaborantem! Naturalnie, myślimy, nasz kelner jest bardzo niemądry, naiwny wręcz, być może na manowce sprowadziły go kobiety i te ich ukwiecone brzuszki... Bohater żeni się z germańską nauczycielką gimnastyki i daje się wysługiwać Niemcom, co wcale mu nie przeszkadza, a nawet, można powiedzieć, czerpie z tego satysfakcje.

Kluczem do odczytania postaci jest zdanie Hrabala - “Opowiadam o tym, co przydarza się zwykłym ludziom, nie oglądając się na humanizm, na jakąś wielką ideę, na bohatera, który by działał w imię jakiejś wyższej racji i wiedział wszystko z góry” - cytowane przez Andrzeja Kaczorowskiego w biografii pisarza Słodka apokalipsa. Kaczorowski pisze: “Ciepły, wyrozumiały stosunek do bliźnich charakteryzuje niemal całą twórczość Hrabala. Czytając jego książki, od pierwszych stron wiemy, że autor lubi swoich bohaterów. Teraz jednak w jego prozie pojawił się nowy ton: chęć rozgrzeszenia ich nawet z takich postępków, za które spotyka ich potępienie ze strony otoczenia.”

Dziecię odnajduje się również w czasach komunistycznych. O wszystkim, czy dobre, czy złe, opowiada z równą emfazą.

Książkę dawkowałam sobie po rozdziale przed snem. Kiedy Hrabal kończył każdy rozdział dość kategorycznie i ja rozstawałam się z książką. Język Bohumila Hrabala jest przesycony sympatią dla bohaterów, swoistą nostalgią, ale nie melancholią, jest pochwałą życia. Choć - pozwolę sobie jeszcze raz zacytować autora Słodkiej apokalipsy - “Schopenhauer i Klima w ogromnym stopniu wpłyn[ęli] na jego rozwój, [są] akuszerami jego filozofii i strategii życiowej”, to dostrzegam kapeczkę bergsonowskiej élan vital.



Ścieżki Północy - Richard Flanagan

Ścieżki Północy to znakomita powieść Richarda Flanagana dotycząca jednej z zapomnianych kart historii II wojny światowej. Tasmański pisarz porusza bowiem temat japońskich obozów pracy, a ściślej rzecz ujmując powstanie słynnej Kolei Śmierci. 


Kolej Birmańska, czyli linia kolejowa o długości ponad 400 kilometrów została wybudowana niewolniczą pracą jeńców (16 tyś. to alianci) oraz niewolników cywilnych (100 tyś., głównie Azjaci) pod koniec wojny. Jednym z jeńców był wówczas ojciec Flanagana, będący pierwowzorem powieściowego Dorrigo Evansa, australijskiego lekarza nawiedzonego bolesnymi wspomnieniami jeńca wojennego. Dorrigo po wojnie uważany jest za bohatera wojennego; w swojej opinii nie zasługuje na to miano i jako jeden z ocalałych ma poczucie winy. W jednym z wywiadów Flanagan przyznał, że napisał kilka wersji powieści, ale dopiero tym, co spoiło ją w koherentną całość był wątek miłosny, który został pięknie poprowadzony i podobnie jak doświadczenia wojenne ojca Flanagana ma swój pierwowzór. 

Wspomnienia Dorrigo z obozu są wstrząsające. Japończycy systematycznie męczyli fizycznie i psychicznie skazanych na nieludzkie warunki więźniów. Okrucieństwo, z którym działali nie miało precedensu. Wszystko w imię cesarza, który dla Japończyka jest świętością. Zaskakujące jest to, że wielu zbrodniarzy nie zdaje sobie sprawy ze zła, które wyrządzili. 

O japońskich obozach czytałam do tej pory w “Niezłomnym”, czyli biografii Luisa Zamperiniego, a także w “Drodze do zapomnienia” Erica Lomaxa. Pierwszym, który poruszył ten temat był Pierre Boulle w pamiętnej książce “Most na rzece Kwai”, wydanej już w 1952 roku.

Polecam tę powieść traktującą o okrucieństwie wojny, sumieniu i miłości. 

Kroniki portowe - Annie Proulx

Kroniki portowe ujęły mnie swoim klimatem i fabułą płynącą niespiesznie niczym morska woda. Obfitująca w miejscowy koloryt i anegdoty opowieść o nieładnym zahukanym ojcu dwóch małych córeczek nie jest bynajmniej konwencjonalną powieścią obyczajową. To napisana barwnym językiem historia zwyczajnego życia mieszkańców Nowej Fundlandii.


Może to niedorzecznie zabrzmi, ale ta powieść jest jak plaster z opatrunkiem - podskórnie spodziewałam się jakiegoś kataklizmu, ostatecznego nieszczęścia, ale dostałam powieść o miłości, przyjaźni i codzienności i nade wszystko o odnajdywaniu siebie, choć postawiło się na sobie już krzyżyk... Kolejny element, który mnie ujął to brak oceny bohaterów, autorka nie punktuje słabości swoich postaci, jedynie je nimi obdarza. 

Warto dodać, że to kolejne wydanie tej powieści na polskim rynku, co ciekawe w nowym tłumaczeniu Jędrzeja Polaka. Niestety, nie miałam okazji porównać obu wydań. Okładka już jest jedną z moich ulubionych. 

Pewnie część z Was obejrzała film z Julianne Moore i Kevinem Spaceyem, ja nie miałam jak dotąd okazji, ale jestem ciekawa ekranizacji. 

Jest właściwie jeszcze jeden powód, dla którego ta książka tak bardzo mi się spodobała. Choć mieszkam setki kilometrów od najbliższego morza, to właśnie woda jest moim żywiołem. Uwielbiam ten specyficzny zapach wodorostów, słonej wody, wiatru, skrzeczenie mew, szum fal rozbijających się o plażę czy burtę - ten specyficzny plusk, zimny piasek pod stopami, a nawet to, co nadbrzeżny wiatr wyczynia z fryzurą. Nie przepadam za upałem nad morzem i opalaniem, raczej jestem jedną z tych spacerujących postaci, którymi miota wiatr, w wiatrówce zapiętej po brodę i z sandałami dyndającymi w ręce...

Podsumowanie... kwietnia [4/2019]

Wiem, wiem - już połowa maja, a u mnie nie dość, że cisza, to dopiero teraz podsumowanie kwietnia. Co ja jestem, Internet Explorer, czy coś? 

Czasami czuję się, jak postać z kreskówki, która się wywróciła na nartach i w śnieżnej kuli pędzi na złamanie karku. Chociaż bliżej mi do białego królika z Alicji... 

📚📚📚 Książkowo było fatalnie, bo tylko 5 książek. 📚📚📚

Nie hańbi Olgi Gitkiewicz. Mam mieszane uczucia, bo z jednej strony świetnie opisany wątek rodzinny, a z drugiej... czegoś wyraźnie zabrakło, coś się przy końcu zaczęło rozchodzić, że tak powiem, w szwach. 

Świetne były Boginie z Żitkowej. Chciałam się pokusić o dłuższą notkę, ale z braku czasu chyba odpuszczę. Niemniej jednak - książkę bardzo mocno polecam. 

Morze – Johna Banville’a. Ładny język i ładna książka, ale obawiam się, że za pół roku zapomnę, że czytałam. 

Magia sprzątania Marie Kondo. Bardzo inspirujący poradnik dla osób, które albo lubią, albo muszą się ogarnąć. Już po pierwszym czytaniu wiedziałam, że kupię własny egzemplarz. Rereading planuję na przyszły miesiąc. Wtedy również pokuszę się o notkę. 

Pogrzebany Jussi Adler Olsena to kolejna część serii o Departamencie Q. Obiecuję notkę przy okazji kolejnego tomu, bo wychodzi praktycznie na dniach (pojutrze?). 

🎬🎬🎬 Filmowo: 🎬🎬🎬

Tully. Słodko gorzka opowieść o zwyczajnej kobiecie. Film ładny, zupełnie niezwykły w swojej banalności i niebanalny w prostocie. 

7 uczuć. Bardzo dobre polskie kino. Emocjonalne. 

📺📺📺 Internetowo: 📺📺📺

Stara miłość nie rdzewieje – w kwietniu przeczytałam i obejrzałam bardzo mało. Powodem tego był powrót do Time Team, czyli Wypraw w czasie. Time team to brytyjska seria filmów dokumentalnych o wykopaliskach, gdzie archeolodzy i historycy w czasie trzech dni penetrują pewien obszar w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie dotyczące przeszłości. Na YT są niema wszystkie spośród 284 odcinków. Jak dobrze było przypomnieć sobie wszystkie twarze, a wiele odcinków pamiętałam do dziś. Serię zaczęto kręcić w 1994 roku, choć zaginiony pilot pochodził z 1992 roku. Seria utrzymywała się do roku 2013, a przez lata nakręcono również niemal 60 odcinków specjalnych. 

🖋️🖋️🖋️ Wydarzenia: ✒️✒️✒️

W kwietniu po raz kolejny odbywały się w Katowicach Targi Pióra. Pierwszy raz w nowej lokalizacji – na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego. Jak co roku wybraliśmy się całą rodziną. 

Co przywiozłam? Przede wszystkim pojechałam po atramenty. Bez szaleństw w tym roku, bo mam już sprawdzone kolory - duża buteleczka Caramel Brown od Kaweco, oraz dwie małe Lierre Sauvage i Vert Olive firmy Herbin. Przy okazji sprezentowałam sobie komplet brush penów. Kupiłam również obsadkę z wymiennymi stalówkami do Copperplate. Ale najbardziej cieszę się z nowego pióra. Wybór piór był ogromny! Piękne kolekcjonerskie egzemplarze, ręcznie wykonane przez najwybitniejszych specjalistów, modele vintage odratowane przez pendoctorów, oraz pióra tańsze, do “zwykłego” pisania. Każdy mógł sobie coś wybrać. Oczywiście zachwycaliśmy się tymi pięknościami za niejedną naszą wypłatę - może kiedyś, ech... Właściwie szukałam czegoś z fleksem, albo ewentualnie ze stalówką f, ale moją uwagę przykuł model Queensway z lat 60/70 z grubą ściętą stalówką. Wykonane z plastiku jest lekkie i dobrze leży w dłoni. Dla mnie to jedno z kryteriów - owszem, podobają mi się piękne “grubaski”, ale dla mojej szczupłej dłoni są nieporęczne. Spotkałam się z opinią, że to jedno z najbrzydszych piór - ale jak ślicznie pisze! 

Moje dziecko kupiło kolejny notesik (Rhodia), do tego dwa flamastry piszące po każdej powierzchni, jeden brushpen, a za pokolorowanie okazjonalnej kolorowanki dostał komplecik: zeszyt, pióro kulkowe, ołówek, gumkę i zmazywacz. Wrócił do domu dumny i zadowolony, i wszystkich obdzwonił chwaląc się jakie dobre zakupy zrobił. Dodatkowo ma postanowienie na przyszły rok: uzbiera więcej pieniędzy i kupi ładne pióro. 

Miło było również spotkać się ponownie z Agnes – występowała w roli gospodarza imprezy. Podpatrzyłam u Niej zeszyt do recenzji – nie tylko pisze w nim o książkach, ale również trenuje kaligrafię! Ja stety-niestety pisze od razu na komputerze, tylko notuję sobie czasem coś z książki, ale warto pomyśleć o takim zeszycie ze względów praktycznych. 

Właściwie już czekam na kolejny Pen Show, podobnie jak na Targi Książki (jeżdżę na Krakowskie i Katowickie). Może ustrzelę jakieś ładne pióro z fleksem? 
Maj? Więcej oglądam i więcej czytam. “Zaliczyłam” już trylogię Igrzyska Śmierci, właśnie finiszuję z Kronikami Portowymi, a zaraz zabieram się za Ścieżki Północy. Nadrabiam przeoczone MCU (dacie wiarę, że miałam tyły z Iron Manem?). Jestem na bieżąco z GOT, a “już za chwileczkę, już za momencik” zaczyna się kolejny sezon The Expanse!

Esej o typografii - Eric Gill

W ramach wyczytywania zapasów sięgnęłam po niepozorną książeczkę, która przywiozłam z zeszłorocznych krakowskich targów książki. Do tej pory nie spotkałam się z wydawnictwem d2d.pl, ale oferta, na która składają się eseje o designie i liternictwie bardzo mnie przekonuje. I jak na pracownię ukierunkowaną na design książka jest wydana wyśmienicie. 


Esej o typografii Erica Gilla to pierwsze polskie wydanie manifestu brytyjskiego artysty czasów międzywojennych. Gill żył w latach 1882-1940. Był nie tylko teoretykiem, ale przede wszystkim rzeźbiarzem, grafikiem i projektantem krojów Perpetua, Gill Sans i Joanna, powstałych w latach 20 i 30 ubiegłego wieku. 

Esej o typografii został napisany pierwotnie w 1930 roku, do rąk polskich czytelników trafiło wydanie poprawione i uzupełnione z 1936 roku. 

Gill krytykuje nadmierne dążenie do ozdobników. Pisze o swoistej dychotomii świata wytwarzanych dóbr - bezmyślne maszyny i ludzkie-trybiki pochłaniani na czas pracy przez fabryki, oraz tęsknota za odchodzącym światem drobnych rzemieślników, gdzie “pojęcie wolnego czasu właściwie nie istnieje”. Wolny czas robotników jest bowiem nastawiony na konsumowanie tych samych dóbr, które w czasie godzin pracy wytworzyli. I właśnie w takiej postawie odnajduje Gill dążenie do nadmiernej ornamentyki, które jest "godne pożałowania, a świat, który ponad wszystko inne pragnie przyjemności, otacza się rzeczami mogącymi zadowolić jedynie głupców.” A dalej czytamy: “szlachetna architektura nigdy nie potrzebowała ornamentu; proste litery, odpowiednio dobrane i racjonalnie wymierzone, maja w sobie całą szlachetność prostych słów.” 

Na liternictwo oczywiście ogromny wpływ miały narzędzi używane przez piszących. Rylce, patyczki, pióra, wreszcie odlewane czcionki - “pierwsze drukowane książki były po prostu typograficznymi imitacjami pisma ręcznego, tak samo jak piętnastowieczne inskrypcje w kamieniu.” “Drukowana litera – pisze o historii typografii - była (…) zabarwionym kształtem na dnie wgłębienia (…) dzieje drukarstwa to historia znikania tych wgłębień.” Prócz tego, co ładne i szlachetne, otacza nas niestety wszechobecna tandeta. 

Do niewybaczalnych błędów typografii Gill zalicza m.in. mieszanie różnych krojów pisma na jednej stronie bądź książce, za długi wiersz, dłuższy niż 10-12 słów, oraz nieodpowiednie światło w literach, a także nieodpowiedni margines! Ryciny unaoczniają czytelnikom rażące przykłady typograficznych niedociągnięć oraz podają dowody, że istnieje dobra droga, która powinno iść liternictwo. 

O tym, jak ważne jest, by książka dobrze się czytała, wiemy chyba bardzo dobrze. A rady i sugestie Erica Gilla zdają się być aktualne po niemalże stuleciu od wydania eseju. Kroje zbliżone do antycznych wzorców są uważane za najbardziej eleganckie, a przesadnie zdobione pismo może być źródłem nieporozumień. 


Jest jeszcze coś w eseju Gilla bliskiego pociesznemu humorowi starego Przekroju, czy może zachowując właściwą czasoprzestrzeń - bliskiemu Puncha. Czytelnik łapie kilkukrotnie autora na piszczeniu oka, szczególnie w opisach rycin, które zostały załączone. 

Warto na zakończenie wspomnieć nazwisko redaktora prowadzącego, który książkę zaprojektował i złożył w tak miły dla oka i poprawny wedle zaleceń Gilla sposób, a jest nim Robert Oleś.

Tytuł: Esej o typografii 
Autor: Eric Gill 
Przekład: Magdalena Komorowska 
Wydawnictwo: d2d.pl 
Rok wydania: 2016 
Opis fizyczny: 144 stron, okładka twarda 
Gatunek: esej 
ISBN: 978-83-940306-4-3

Recenzje, których nie napisałam.

Komentarz pod marcowym podsumowaniem unaocznił mi pewną myśl, a mianowicie - niektórych wspaniałych książek nie potrafię recenzencko ugryźć. Właściwie powinnam zamiast tego machać Wam nimi przed nosem wołając: to koniecznie trzeba przeczytać, musicie po to sięgnąć!

Cichy Don przeczytałam kilka ładnych lat temu, podobnie zresztą jak Lot nad kukułczym gniazdem. Obiecywałam i sobie, i Wam, że będą posty o tych książkach. I nie ma. Dlaczego?

Wydaje mi się, że moje zachwyty będą albo powielaniem już setki razy utartych schematów, cudzych zachwytów przejętych podświadomie, lub w najgorszym wypadku stekiem frazesów, jak choćby “wiekopomne dzieło”, “epicka opowieść”, “nie mogłam się oderwać od czytania”.

W takim razie wychodzi na to, że recenzja negatywna “pisze się sama”. I chyba coś w tym jest: wielu blogerów/recenzentów wspominało o tym, że paradoksalnie łatwiej jest napisać o książce, która nie przypadła do gusty czytającemu, niż o powieści, która wywarła na odbiorcy ogromne wrażenie.

Niestety, nie jestem psychologiem i nie przytoczę żadnego cytatu, czy badań na poparcie mojej tezy. Być może działa tutaj element obiektywności: możemy prędzej opisać obcego człowieka, jego cechy zewnętrzne i zauważone przez nas wewnętrzne, niż ukochana osobę, np. nasze dziecko, które jest przecież (każda matka to wie) najpiękniejsze i najgrzeczniejsze.

Z drugiej strony blogerzy/recenzenci często wybieramy książki nowe lub mniej znane, ponieważ możemy dodać coś nowego. Ciężko chwycić klasykę i wykrzesać nowe porównania, nowe zachwyty na czymś, co zna niemal każdy, lub jest czymś niemal kultowym. Z tego względu niemal brak recenzji np. Pana Tadeusza, czy Nad Niemnem na blogach. No i cóż można dodać, np. do Harry’ego Pottera, który był przemielony na milion sposobów?

Kiedyś Tomek z bloga "Instrumenty samotności" napisał tekst "Co zrobiły ci książki" o tendencjach w naszej blogosferze – silimy się na obiektywizm, nie piszemy o tym, w jakich okolicznościach po lekturę sięgnęliśmy, w jakim nastroju ją skończyliśmy, co po sobie zostawiła. Czyżbyśmy tak bardzo czytali po łebkach, że w nieustannej karuzeli zmieniających się nowości nie przytrafił nam się żaden samorodek?

No i... czas. Nie wiem, jak Wy, ale nieustannie wybieram: albo piszę, albo czytam, albo pracuję z dzieckiem, albo oglądam film, albo serial - albo książka, albo porządek w domu - albo kopanie w ogródku... Tych kilku popołudniowych godzin nie da się rozciągnąć, a nasze codzienne pozorne wybory i tak sprowadzają się do jednego: nie starcza nam czasu na wszystko, co sobie planujemy. Pisuję przeważnie wieczorami, by rano ukazał się na blogu post. Niekiedy (ok, przeważnie) czas, w którym mogłabym się skupić na pisaniu wyczerpującej recenzji przeznaczam na wymienione powyżej. I z powiedzmy dziesięciu zaplanowanych recenzji, wyrabiam się z góra dwiema. To samo w weekend: za każdym razem obiecuje sobie przysiąść, porobić zdjęcia, poświęcić czas na hobby, ale kiedy już mam czas, to okazuje się, że jest niedzielny wieczór!

Odnalazłam się w formule podsumowań miesięcznych. Mogę skrobnąć kilka słów o książce, wyłożyć najważniejsze - czy uznałam ją za wartą zachodu, czy nie trafiła w mój gust.

Może kiedyś będę pisała regularnie, tak ze dwa posty tygodniowo, ale na razie wybaczcie mi tę nieregularność i niedotrzymane obietnice.

Podsumowanie marca [3/2019]

Nie mogę uwierzyć, że marzec ma 31 pełnowymiarowych dni. Że nikt nie ukradł mi dni, że nie gubię godzin... Marzec pędzi jak szalona karuzela i ani myśli się zatrzymać!

Dzięki bu-jo ogarniam, ile się da. Żyję z notesem w ręce. Czytam, kiedy tylko mam okazję. Ogarnęłam niewiarygodną (jak dla mnie) liczbę książek, bo aż 12.

Guguły Wioletty Grzegorzewskiej to nostalgiczna podróż do czasów dorastania bohaterki i narratorki. Niedawno czytałam Po trochu, które jest siostrzaną książką Guguł. Polecam, bo ładnie napisane, ciekawie rozłożone na czynniki pierwsze życie dziecka na prowincji lat 80-tych.

Typografia Eric Gill. Zapraszam na recenzję, która ukaże się we środę. W piątek zapraszam do przeczytania moich spostrzeżeń ta temat esejów Mężczyźni objaśniają mi świat Rebeki Solnit.

O książce Kronika pewnego miasta pisałam w zeszłym tygodniu, porównując tytuł z Bębnami Nocy. TU.

Błękit Maji Lunde, to podobnie jak Historia pszczół polifoniczna kronika upadku ludzkości: Lunde opisuje konsekwencje nierespektowania przez człowieka praw natury, dalszego zaśmiecania planety oraz eksploatację jej dóbr.

Nie ma Mariusza Szczygła to zbiór reportaży, swoisty mustread końcówki ubiegłego roku. Wysoki poziom prozy Szczygła oraz intrygujące historie sprawiają, że Nie ma to kunsztowne literackie cacuszko non-fiction.

Sięgnęłam w końcu po jedną z najważniejszych książek ubiegłego roku (obok Nie ma) czyli reportaż Małgorzaty Rejmer Błoto słodsze niż miód. Wstrząsające przeżycia pokoleń Albańczyków zastraszanych przez system totalitarny. Rzecz trudna do opowiedzenia. Rejmer podobnie jak Aleksijewicz oddaje sto procent głosu swoim bohaterom, sama usuwając się w cień. 

Papusza Andżeliki Kuźniak to biografia poetki cygańskiego pochodzenia, Bronisławy Weiss. W styczniu oglądałam bardzo dobry film o jej życiu i postanowiłam sięgnąć po książkę. Niestety, choć życie z taborem jak i cala biografia opisane zostały bardzo ciekawie, to wplecenie oryginalnej upstrzonej błędną ortografią zapisków samej Papuszy piekielnie mnie zmęczyło. Rozumiem, że wydawca nie chciał ingerować w tekst, ale gramatycznie zmasakrowane oryginały byłyby ciekawe dla badaczy, dla czytelników nie bardzo. Czytało się mega ciężko i niekiedy nie potrafiłam na pierwszy rzut oka rozpoznać, co to za słowo (np. “asz” zamiast “aż”, itd.)

The buried giant Kazuo Ishiguro. Książka, po którą sięgnęłam zmobilizowana wspólnym czytaniem pod hasłem #czytajmyrazem2019. Na blogach Jeden Akapit i Poczytalny już ukazały się recenzje, a ja jak zwykle szlifuję tyły. Ale wyrobiłam się w wyznaczonym czasie, a recenzja “się pisze”.

Arostokratka i fala przestępstw na zamku Kostka Evžen Bočka to lektura, na która długo czekałam. I warto było. Jak przy poprzednich częściach i tym razem trudno mi było zachować spokój: zaszyłam się w pokoju i czytałam, a mąż z drugiego pytania co chwila zadawał to samo pytanie “z czego się tak śmiejesz?”.

O książce Mniej. Zakupowy portret Polaków Marty Sapały pisałam TU.

W kwietniu planuje nadal sięgać do swoich zasobów. Może wreszcie sięgnę po Jezioro, Niewidzialnych i inne z listy. Wypożyczyłam także Lincolna z Bardo, ale chyba oddam, bo nie jestem stu procentowo przekonana. 

W marcu wybraliśmy się do Palmairni miejskiej w Gliwicach. Po szaroburych miesiącach jestem dosłownie złakniona zielonego (owszem, mam w domu dużo roślin, ale chcę DUŻO zielonego). Ceny nie są wygórowane, więc można się wybrać na małą rodzinną wycieczkę. Palmiarnia obfituje w różnego rodzaju ciekawostki przyrodnicze, a mikroklimat jest zdrowy i oczyszczający po nawdychaniu się smogu na zewnątrz. 

9 marca z okazji dnia kobiet zapisałam się na seminarium Bądź Bezpieczna z Krav Maga Sagot. Poćwiczyłam, poruszałam się, a jednocześnie poznałam kilka chwytów, które mają pomóc w sytuacji zagrożenia. 

Wydarzenia biblioteczne: 

14 marca odbyło się spotkanie autorskie z Justyna Kopińską, autorką reportaży „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie”, „Polska odwraca oczy”, „Z nienawiści do kobiet“.

19 marca PiMBP w Rybniku była gospodarzem V Rybnickiego Forum Kultury. 

🎬🎬🎬

Filmowo było średnio. Zaczęłam bardzo niedobrym filmem Zwyczajna przysługa. Przed trzecia odsłoną przypomnieliśmy sobie filmy John Wick oraz John Wick Chapter 2. W tv obejrzałam (nie do końca, bo mnie zmogło) Jack Reacher: Nigdy tu nie wracaj. Z powtórek zaliczyliśmy jeszcze mocno średni Avengers Infinity War (wiadomo, idzie kolejna część, więc trzeba odświeżyć). Totalnie za to rozczarował mnie film Wielkie oczy - bez klimatu, zrobiony po łebkach, aż dziw bierze, że nakręcił go Tim Burton.

Za to strasznie mi się spodobał dość stary film Siedem dusz z Willem Smithem. Pewnie większość z Was już oglądała ten film, mnie jakoś uciekał do tej pory. Bardzo zgrabny obyczaj z przesłaniem. No i nie można się nie popłakać na końcu!

Kolejnym bardzo dobrym filmem, który obejrzałam w marcu był czeski film Kola z 1996 roku. Śliczny film. Czechy czasu przemiany. Podstarzały wiolonczelista bierze fikcyjny ślub z piękną Rosjanką. Kobieta ucieka za granicę zostawiając kilkuletniego synka pod opieką “męża”. 

Tradycyjnie plany: przede wszystkim ogródek. Mam jeszcze nie skończona robótkę, ale ją porzuciłam na rzecz dłubania w ziemi. Rozsady warzyw kiełkują i czekają na swoje miejsce na grządkach. Rabatka czeka na przekopanie i obsianie (jestem na etapie wypleniania bluszczu i podagrycznika).
Książkowo: mam jeszcze kilka wypożyczonych książek, które mają priorytet. A potem, lecę z listy... 

Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków Marta Sapała

Mniej. Intymny zakupowy portret Polaków Marty Sapały to zapis eksperymentu socjologicznego, który miał miejsce zaledwie kilka lat temu. Autorka zmęczona konsumpcjonizmem postanowiła zrezygnować z zakupowego szaleństwa na rok. Do eksperymentu zaprosiła kilkanaścioro ochotników, którzy z lepszym czy gorszym skutkiem zaprzestali zakupów.


źródło zdjęcia: LubimyCzytac.pl


Mam co do tej książki mieszane uczucia. Właściwie nie do samej książki, bo napisana jest potoczystym językiem, a autorka posiłkuje się danymi statystycznymi na poparcie swoich tez, ale o ile ograniczenie konsumpcji jest godne naśladowanie, o tyle np. zjawienie się na urodzinach dziecka kuzynki czy koleżanki z pustymi rękami, albo obdarowywanie jubilata ręcznie zrobionym kolażem z gazet jest prostackie i chamskie. I ciekawa jestem, jak taki reżim będą wspominały dzieci, jak choćby synek jednej z uczestniczek, który miał do przedszkola przynieść misia (potrzebnego do nauki angielskiego), a mama nie chciała mu kupić, bo przecież zobowiązała się nie kupować.

Jednocześnie autorka przytacza, ile wydaje się na żywienie w rodzinie 2, 2+1, 2+2, itd., a zaraz potem zastrzega, że na jedzenie wydała 1600 złotych z hakiem (na dwie osoby dorosłe i kilkulatka), bo lubi produkty dobrej jakości. Wydało mi się to takie nieautentyczne z jednej strony, bo w eksperymencie oszczędzano na produktach chemicznych, kosmetycznych, etc.

Od chwili wydania książki wiele się zmieniło w budżecie statystycznego Polaka: rodziny wielodzietne dostają dofinansowanie od państwa. Widać to w sklepach, w biurach podróży.

Zastanawiam się jeszcze nad pewną kwestia, na ile niekupowanie = oszczędzanie? Można sobie odmówić wielu fanaberii, ale nie skazujmy się na dobrowolne dziadowanie.

Jednakże “Mniej” może inspirować. Działa orzeźwiająco na perspektywę. Chociaż wydaje mi się, że wyrośliśmy już z euforii zakupowej, która ogarnęła nas po transformacji ustrojowej. Zużywamy mniej jednorazówek nie dlatego, że są płatne, ale ze względu na ekologię. Kupujemy również mniej sprzętów - być może nasyciliśmy już głód konsumpcji. Nadal lubimy promocje, ale promowany towar potrafimy porównać cenowo z tym samym w innym sklepie. Potrafimy zadać sobie pytanie “czy potrzeba mi kolejnego... (tu staw cokolwiek)?”

Jesteśmy przed świętami Wielkiejnocy. Czy znów Polacy rzucą się do sklepowych półek, by kilka dni później wyrzucić masę jedzenia, którego nie są w stanie przejeść? Czy jak co roku tony zabawek będą niemal nowe wyrzucane do kontenera? A może zamiast kolejnego zestawu popularnych klocków sprawić dziecku karnet do kina?

Książkę wypatrzyłam na blogu Mniej niż 100 słów i od razu wypożyczyłam z biblioteki.

Tytuł: Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków
Autor: Marta Sapała
Wydawnictwo: Mamania
Rok wydania: 2018 (wyd. 2)
Opis fizyczny: 416 stron, okładka miękka
Gatunek: reportaż społeczny
ISBN: 978-83-66117-23-5

Kronika pewnego miasta - Pandelis Prévélakis / Bębny nocy. Studium - Miljenko Jergović

Zdarzyło mi się w jednym miesięcy przeczytać dwie książki o bardzo podobnym wydźwięku: ocalić od zapomnienia miasto i jego mieszkańców. Ponoć każdy nosi w sobie jedną książkę. Jesteśmy nośnikiem historii swoich własnych oraz zbiorowych – anegdot, dykteryjek, itp. Na takie spisane relacje zaludnione przez wspomnienia osób żyjących (lub fikcyjnych) dawno temu natrafiłam w książkach “Kronika pewnego miasta” oraz “Bębny nocy”.

W obu książkach świat jest rzeczywisty, a całość przypomina nieco filmy live-action. Na tle prawdziwych wydarzeń możemy spotkać postacie fikcyjne bądź rzeczywiste – na dobrą sprawę to nie ma znaczenia, ponieważ autorzy roztaczają przed nami pewną kreację świata zapomnianego, nieistniejącego już, odrobinę nostalgicznego, ale niezmiernie kolorowego i wartego uwiecznienia.

źródło okładki: LubimyCzytac.pl


“Kronika pewnego miasta”* Pandelisa Prévélakisa jest próba uchwycenia Rethimno takim, jakie ono było we wspomnieniach autora. Choć Prévélakis wydał Kronikę mając zaledwie 29 lat, narrator wydaje się być u progu starości i z emfazą wspomina swoją młodość w nadmorskiej miejscowości. Lokalny koloryt wyrosły na żyznej glebie zawirowań historii jest pretekstem do ukazania multikulturowości wyspy. Na kartach książki uwiecznione zostały barwne postaci zaludniające miasteczko wówczas, a których, jak się możemy domyślać, trudno szukać dziś.

źródło okładki: LubimyCzytac.pl


W podobny sposób zostali nam zaserwowani bohaterowie “Bębnów nocy” bośniackiego pisarza, Miljenko Jergović. Autor zastosował tu ten sam wybieg, co A.S. Byatt w “Opętaniu” - W pierwszej warstwie znajdujemy biografię Josipa Gubernika, austriackiego dendrologa badającego w Sarajewie specyficzną odmianę klonu jaworu. Do miasta przybywa, co znamienne, na dwa tygodnie przed zamachem na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Wpleciony w wir historii prowadzi dziennik, w którym przywraca pamięci zbiorowej postaci golibrody-gaduły, czy sympatycznego sklepikarza, który traci podczas epidemii hiszpanki trzech synów.

Właściwie obie powieści przypominają mi trzecią, “Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez” Uładzimira Niaklajeu. Toż to istne tłumy postaci, spacerujące czytelnikom przed oczami. I ja się cieszę z takich małych spotkań. Każdy z opisywanych w trakcje czytania staje się z automatu moim znajomym, a każda z odwiedzanych ulic, każdy sklepik czy kawiarnia zostają żywo w mojej pamięci. Być może właśnie to jest przesłaniem tych powieści - pamiętać!

Tytuł: Bębny nocy. Studium
Autor: Miljenko Jergović
Tytuł oryginalny: Doboši noći
Tłumaczenie: Magdalena Petryńska
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Rok wydania: 2019
Opis fizyczny: 150 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: powieść
ISBN: 9788364887413
Tytuł: Kronika pewnego miasta
Autor: Pandelis Prevelakis
Tytuł oryginalny: The Tale of a Town or The Chronicle of a Town (Το χρονικό μιας Πολιτείας, 1937)
Tłumaczenie: Janusz Strasburger
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Rok wydania: 2013
Opis fizyczny: 160 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: powieść
ISBN: 9788364169021
* Książką "Kronika pewnego miasta" biorę udział w wyzwaniu Trójka e-pik (edycja marzec'19)

Zielone sari - Ananda Devi (refleksje na dzień kobiet)

“Zielone sari” jest książką ponadczasową i uniwersalną, ponieważ niestety wciąż aktualny jest również temat przemocy wobec kobiet. To książka miażdżąca, ale nie pozostawiająca czytelnika w bezsilnym oszołomieniu.

Ananda Devi to pisarka maurytyjska, kojarzona z nurtem feministycznym. Na swoim koncie ma kilkanaście powieści. “Zielone sari” jest jej pierwszą przetłumaczoną na nasz język powieścią.

Stary doktor umiera. Na łożu śmierci prowadzi monolog wewnętrzny pełen nienawiści do bliskich: nieżyjącej żony, córki oraz wnuczki. Mimo iż starzec jest niemal bezsilny fizycznie, wykorzystuje swoją ustaloną pozycję domowego tyrana do dalszego gnębienia psychicznego kobiet. W swych rojeniach szczyci się pozycją społeczną doktora-boga, niezastąpionego w społeczności, w której żyje.

Jednakże w marę zagłębiania się w historię, czytelnik odkrywa, że pozłota doktora-boga coraz bardziej się łuszczy, a kobiety łącząc siłę przechylają szalę zwycięstwa ku swojej stronie.

Ta książka to manifest. Traktuje o godności kobiet niezależnie od szerokości geograficznej i odchodzeniu do lamusa (miejmy nadzieję) szowinistycznej postawy “pana i władcy”. W skądinąd bardzo dobrej recenzji “Zielonego sari” “Kto zostanie ofiarą” zamieszczonego w najnowszym numerze Nowych Książek Paulina Małochleb pisze: “Ryż (...) surowy lub rozgotowany, nieporządek w domu, pajęczyny na suficie stają się przyczyną bicia.” Pozwolę sobie się nie zgodzić, ponieważ wyżej wymienione wyglądają raczej na PRETEKST przemocy, a nie jej przyczynę, które upatrywałabym w mizoginii i agresji głównego bohatera.To nie ofiara przemocy jest winna, a sprawca.


Jeśli jesteś ofiarą przemocy domowej, albo wiesz, że komuś dzieje się krzywda, zadzwoń pod nr
800-120-002
Jest to telefon Niebieskiej Linii, pod którym "uzyskasz wsparcie, pomoc psychologiczną, informacje o możliwościach uzyskania pomocy najbliżej miejsca zamieszkania." 

Tytuł: Zielone sari
Autor: Ananda Devi
Tytuł oryginalny: Le Sari vert
Tłumaczenie oraz posłowie: Krzysztof Jarosz
Wydawnictwo: Wydawnictwo W Podwórku
Rok wydania: 2018
Opis fizyczny: 240 strony, okładka miękka z obwolutą
Gatunek: powieść
ISBN: 978836413425-8

Archiwum