Header Image

Rozarium - Agata Kołodziejczyk (wyd. Grupa Axis Mundi, 2026)

Nie przychodzę do Was z recenzją, ale z autopromocją.


Rozarium pisałam dwa i pół roku. Sporo czasu, ale było warto. Ubrałam w słowa wszystko, co grało mi wówczas w duszy. Uwielbiam okres schyłku czasów wiktoriańskich i oprócz czytania powieści osadzonych w tych realiach, sporo czytam (i oglądam) o wiktorianach i ich mentalności.



Pomysł na pisanie nie wziął się znikąd. Oczywiście najprościej byłoby stwierdzić, że zasugerowałam się chociażby Thomasem Hardym, którego pisarstwo jest dla mnie kompasem na oceanie literatury. Ale Rozarium powstało z marzeń, takich przedsennych, które miały mnie wprawić w miły nastrój. Historia Rose znacznie wyewoluowała, postaci poboczne, mam nadzieję, żyją własnym życiem, a sytuacje wykreowane są tak, jakby mogły ułożyć się w prawdziwym życiu. Ironia losu, tragedia dobrych intencji, przewrotność i fatum. Całość zamknięta w klamrę, która pokazuje, jak drwi z nas los. Choćby rozdział o psie; Gertie nie jest złą osobą, jest matką, która odebrała zachowanie psa tak, a nie inaczej. Zwierzę stało się ofiarą nieporozumienia. Jest taki fragment w Z dala od zgiełku, gdzie pies pomaga ciężarnej Fanny dojść do przytułku, za co spotyka go „ludzka niewdzięczność”. Thomas Hardy już wówczas w latach 70. XIX wieku zauważył brak empatii względem zwierząt, które w tamtych czasach były traktowane utylitarnie. Również w stosunkowo nowej książce, Szkarłatny płatek i biały (2002 rok wydania), Michel Faber daje nam wgląd w mentalność epoki i empatię wobec zwierząt (wspaniały fragment z koniem).


Wracając do meritum; chciałam przenieść czytelnika do prawdziwego świata, z jego zapachami, dźwiękami, fakturami, specyficznymi potrawami i życiem – nie romantyzowanym, a zwyczajnym. Miłość, uczucia i relacje są nam potrzebne i nimi także obdarzyłam moich bohaterów. Tom musi wybrać między obowiązkiem a prawdziwą miłością, a Rose może to zaakceptować i żyć z podniesionym czołem lub może poddać się i tonąć w nieszczęściu. Jako pani własnego losu wybrała życie.

I jest jeszcze Peter Harris. Postać tragiczna, która jest dla mnie symbolem człowieka zawieszonego między epokami.

Na podróż w czasie zaproszę Was nie raz. Rozarium polecam z całego pisarskiego serca.

Chrobry - Grzegorz Gajek

O pierwszym polskim królu napisano niejedną książkę. Warto wspomnieć choćby monumentalny sześciotomowy cykl Antoniego Gołubiewa, a także wznowioną w tym roku Grę w Kości Elżbiety Cherezińskiej. 


 

Nie czytałam wyżej wymienionych, ale to kwestia czasu (chociaż Gołubiewa się obawiam, bo nie lubię koturnowego stylu). Z chęcią jednak sięgnęłam po najnowsze dzieło Grzegorza Gajka, znanego z dylogii Tofa/Tove, Piasta czy Bolka. 

Chrobry jest napisany w charakterze wspomnień Mieszka Lamberta i Regelindy, czyli jego dzieci. Wspomnienia meandrują, wspominający oddają się niekiedy dygresjom, są nacechowane emocjami. Lubię takie, odarte z patosu pisanie, gdzie bohaterowie, nawet ci stawiani na piedestale są ukazani jako zwyczajni ludzie, z ich bolączkami, słabościami. 

Przyszły król Sklawinii, Polski, jest w oczach swych potomków człowiekiem zmęczonym, schorowanym. Nie zawsze lubiany, nie do końca postępujący słusznie nie jest tylko historycznym duchem bez ciała, datą w historii, a człowiekiem, cholernie ambitnym, zacietrzewionym i chutnym. Oprócz Bolesława poznajemy także jego rodzinę oraz świtę. Realizm powieści zasadza się na swoistym nihil novi sub sole; młodzi szukają akceptacji w oczach starych, kobiety szukają swego miejsca, cykl życia jest niezmienny, choć nieubłagany, a wszelka strata czy cud życia są tak samo istotne, jak dziś. 

Szczególnie wspomnienia Regelindy mnie ujęły; Grzegorz Gajek wiernie oddaje paletę emocji kobiecej duszy. Zdaje się, że autor puścił do czytelnika oczko, wspominając o czymś, co dziś prześmiewczo nazywamy pieluszkowym zapaleniem mózgu. Powieść napisana jest ładnym językiem, gdzie opisy przeplatają się z wartkimi dialogami. Stylizacja języka jest nienachalna i archaizmy czyta się jak mowę dzisiejszą. Z wielką chęcią sięgnę po inne książki autora, zwłaszcza że dylogię mam na półce od zeszłego roku. 

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu SQN  

Współpraca barterowa 

Restart kanału na YT

Bardzo serdecznie zapraszam na mój kanał na You Tube. 

Na kanale możecie się spodziewać starych i nowych książek, literatury pięknej polskiej i zagranicznej,  tematów okołoksiążkowych oraz dużej dawki Thomasa Hardy'ego i jego pięknych powieści. 

 

Nocny Kowboj - James Leo Herlihy

Joe Buck jest młodzieńcem o minimalnym intelekcie, ale przyjemnej dla oka prezencji, z czym wiąże swoje plany zawodowe. Joe inwestuje w kowbojskie ubranie i tak wysztafirowany jedzie na podbój kobiecych portmonetek w Nowym Jorku. 

 

Niestety, małomiasteczkowy amant boleśnie zderza się z rzeczywistością; bez kontaktów, samotny, nieasertywny, szybko dowiaduje się, że Wielkie Jabłko nie potrzebuje kolejnego naiwnego. W dość niefortunnych okolicznościach poznaje Ricco "Gnidę" Rizzo, drobnego oszusta, chudego jak szczypior podrostka, który robi co może, by przeżyć. Mężczyźni zaprzyjaźniają się, wręcz Joe stawia sobie za punkt honoru opiekę nad powłóczącym chromą nogą Ricco. Razem snują wizję beztroskiego życia na Florydzie, a Joe, robi co może, by zapewnić im pieniądze na bilety. Chociaż fabuła wydaje się dość prosta, ot, młody ambitny chłopak z prowincji pragnie podbić wielki świat, to wydźwięk powieści jest przygnębiający. Bohaterowie to ludzie samotni, pozbawieni wsparcia ze strony najbliższych, osieroceni i osieracani. Szorstki świat marginesu społecznego piętnuje osoby inne, a niegrzeszący rozumem prowincjusz i niedoszły żigolak oraz kaleki Włoch nie pasują do obrazka. 

Chociaż powieść liczy sobie 60 lat (James Leo Herlihy wydał ją w 1965 roku), motyw samotności nadal jest aktualny. Odnoszę wrażenie, że motyw peregrynacji i spotykanie na swojej drodze wykolejeńców, szaleńców, osób nietypowych, o okaleczonej psychice jest dla prozy amerykańskiej lat 60. dość znamienny. Niejednokrotnie spotykałam się z bohaterami, którzy boleśnie doświadczyli na swojej skórze, że amerykański sen, to jest nie dla nich dostępny, że to mara, a rzeczywistość jest pełna bólu i rozczarowania. Polecam książkę oraz doskonały film Johna Schlesingera z Johnem Voightem i Dustinem Hoffmanem.

 

Jak pięknie się dograło, film można było niedawno obejrzeć na TVP Kultura. Nie ma przypadków. 

 

Za możliwość zapoznania się z prozą Herlihy'ego dziękuję Wydawnictwu Replika 

Współpraca barterowa.

Odbicie przeszłości - Maria Weronika Józefacka

 

Dzisiaj przedstawiam niezwykle emocjonujący debiut Marii Weroniki Józefackiej "Odbicie przeszłości" rozpoczynający serię "Cienie prawdy", który mam zaszczyt patronować.

🔹Uwaga! Dziś premiera!🔹

"Odbicie przeszłości" to wzruszająca i skłaniająca do refleksji opowieść, w której autorka nie boi się trudnych tematów. Język powieści jest nasycony autentyzmem, zarazem zachwyca czytelnika głębią spostrzeżeń o ludzkiej kondycji.

Głównym bohaterem jest świetnie prosperujący architekt, Daniel, który świętuje sukces w agencji towarzyskiej. Dlaczego akurat tutaj, skoro ma piękną żonę i córkę? Podpatrujemy życie zwyczajnych ludzi z ich nie zawsze słusznymi wyborami, zaszłościami i wadami. Autorka roztacza przed czytelnikiem całą gamę emocji i uczuć, które chociaż trudne, wydają się konsekwentnie prowadzone.

Proza obyczajowa Marii Weroniki Józefackiej stopniowo buduje napięcie, aż do niespodziewanego końca. Realistyczna narracja, pozbawiona patosu, skupia się na detalach, które dodają powieści obiektywizmu. Perypetie Daniela, Agaty oraz Marty skłaniają do głębokiej refleksji i nadają fatalistycznego tonu obrazowi malowanemu przez autorkę. Wewnętrzny rytm powieści, czyli tempo zdarzeń, jest spokojne i nie zalewa czytelnika lawiną, raczej rozwija się jak kwitnąca piwonia. Rytm zewnętrzny, czyli szkielet, po którym pnie się powieść, jest płynnie skonstruowany, a akcenty rozmieszczone we właściwych miejscach.

Bardzo serdecznie dziękuję za zaufanie autorce Marii Weronice Józefackiej oraz Wydawnictwu Replika

Współpraca barterowa z wydawnictwem Replika. 

Upierz - Paulina Pudło

 

Kocham gotyckie opowieści o upiorach i wampirach, więc koniecznie musiałam sięgnąć po 𝔘𝔭𝔦𝔢𝔯𝔷𝔞 Pauliny Pudło. Przede wszystkim urzekła mnie okładka, która obiecywała, że po plecach przebiegnie mi niejeden raz dreszczyk.  


Przede wszystkim podoba mi się stylizacja powieści na pamiętnik młodego proboszcza, Ericha von Reussa z roku 1887, opisujący niepokojące zdarzenia w małej wsi Kay, niedaleko Züllichau. Od razu napotykamy na tajemniczy zgon oraz piękną, nieszczęśliwą i zmarłą Heloizę.
Umiejętnie stopniowane napięcie, bogate słownictwo, dostosowane do epoki, zwroty akcji i dobrze zarysowane charaktery, to niewątpliwie atuty powieści. Klimat plasuje się gdzieś pomiędzy Drakulą i Nosferatu, a z tyłu głowy mam polski film "Lokis. Rękopis profesora Wittembacha". Słowem — powieść dla miłośników gotyckich horrorów, wampirów i dusznego klimatu osady odciętej od świata (niemal).

I tu mogłabym skończyć, ale na tak dopracowaną powieść, nie mogłam znieść nagminnego "fleczer" zamiast "felczer", chociaż w przypisie na stronie 233 widniała etymologia słowa, czyli Feldscher (niem. chirurg polowy). Tu jakiś przecinek, tu literówka, nieco wybijało mnie to z rytmu, no, ale kto nie popełnia błędów Mam również nadzieję, że w kolejnym wydaniu Heloiza przerzuci się na fortepian, klawesyn lub wirginał, zamiast grać na niewynalezionym jeszcze pianinie (część dotyczy 1759 roku; strona 132).

Z jednej strony, naprawdę polecam tę powieść, bo jest świetna i dawno nie trafiłam na tak błyskotliwy debiut, z drugiej strony, jako osoba pisząca, bardzo bym chciała trafić na opiekuna w wydawnictwie, który wyłapie, dopieści i wycyzeluje — nie wiem, co zawiodło, ale ucierpiał wspaniały materiał literacki.

Włóczędzy Dharmy - Jack Kerouac

„Śniło mi się, że z ogromnego bochenka życia pozostały mi trzy ostatnie kromeczki oddechu…”
 

Zapatrzeni w poezję Pounda poszukiwacze sensu życia w osobach Jacka Kerouaca (w powieści Włóczędzy Dharmy występuje alter ego autora pod imieniem Ray), Gary’ego Snydera (Japhy Ryder) i kilkorgu innych Beatników, znanych z W drodze powraca, by dać nam wykładnię jak żyć według nauk Buddy. Powieść Kerouaca przypomina nieco poprzednią pod względem stylu, lecz – o ile W drodze było skupione na krytyce konsumpcjonizmu, a okraszone seksem i benzedryną, o tyle przynajmniej część Włóczęgów przypomina Trzech panów Jarome’a (wspinaczka na Matterhorn miejscami bawi do łez). 
 
Kerouac syci powieść filozofią wschodu, szuka swojego miejsca w pięknym, czasem groźnym pejzażu w niedostępnych górskich odmętach, jednocześnie medytuje, pisze wiersze i szuka wyciszenia od zgiełku ludzkich mrowisk. Pisze: „pustka gra w kości/ na obrotowej scenie wieczności”; w powieści znajdziemy wiele tego typu à la buddyjskich przemyśleń, wierszy Kerouaca, a także Snydera, który – choć w Polsce praktycznie nie znany, w Ameryce zaliczany jest do poetów kultowych, a jego wiersze nasycone buddyzmem zen są wspaniałym nośnikiem filozofii będącej w opozycji do faszyzmu wszechobecnej konsumpcji. 
 
Jedno, co mnie zdziwiło, to to, że poszukiwania Kerouaca datować można na połowę jego lat trzydziestych, a więc już po okresie poszukiwań tożsamości i miejsca w świecie właściwym dla dwudziestoletnich studentów humanistyki; w tym wieku człowiek raczej godzi się, akceptuje, a rzadko poszukuje tak aktywnie. Być może był to po prostu znak czasów, jakaś prekognicja – książka  została wydana w 1958 roku, a dekadę później ruch hipisowski osiągnął apogeum. Kerouac z gorliwością neofity rzuca się na zen, jakby świat miał się skończyć… Być może było w tym jakieś przeczucie nieuchronności, bo pisarz zmarł przedwcześnie na marskość wątroby, do czego przyczynił się jego „używkowy” tryb życia. 
 
Za włóczęgę w towarzystwie Beatników dziękuję Wydawnictwu Replika (współpraca barterowa)

I tylko wspomnień żal - Małgorzata Garkowska

Czas powojennych zawirowań w niczym nie ustępował grozie wojennych dni. Jerzy Arynowicz, żołnierz AK po dwóch latach od podpisania kapitulacji przez Niemcy, ucieka z komunistycznego obozu. W lasach pełnych partyzantów UPA i niedobitków Armii Krajowej spotyka Werkę, która odtąd będzie towarzyszyła mężczyźnie w tułaczce. Jerzy bowiem pragnie odnaleźć swoją ukochaną żonę, Kalinę, z którą los go rozłączył w 1939 roku. 

“I tylko wspomnień żal” Małgorzaty Garkowskiej to próba uchwycenia ludzkich tragedii w niełatwych powojennych czasach. Niemoc, bezsensowna przemoc, wysiedlenia i zemsta były na porządku dziennym. Oprócz grozy wojny, przywołany zostaje także Centralny Obóz Pracy w Jaworznie, w którym zamykano podejrzanych o kolaborację z banderowcami. Kategoryzowanie ludzi na “naszych” i “innych”, ciemiężenie mniejszości etnicznych (jednym z bohaterów jest Łemko), ludzkie istnienia pochłaniane przez bezduszną maszynę powojennego reżimu. 

Książka zrobiła na mnie duże wrażenie. Dawno nie czytałam tak dobrej prozy odnoszącej się do czasów kształtowania się powojennego państwa polskiego. Powieść Garkowskiej to niełatwa lektura. Towarzyszymy straumatyzowanym bohaterom podczas najczarniejszych godzin, kiedy gaśnie nadzieja a znikąd nie widać pomocy. Czytelnik nie znajdzie jałowego happy endu, a dowód na to, że ludzkie losy plotą się w rozmaity sposób. 

Za możliwość przeczytania tej pocieniającej lektury dziękuję wydawnictwu Flow. Współpraca barterowa.

Zesłana Miłość - Katarzyna Maludy

 

 
"Młoda Polka Justyna i jej brat zwany Marysiem zostają wysłani po powstaniu styczniowym w głąb Rosji. W pociągu spotykają Edmunda i Cecylię, małżeństwo z małym synkiem. Justyna mimowolnie ulega urokowi Edmunda i zaczyna zazdrościć jego żonie. Swoje uczucia próbuje przelać w powieść, kreśląc historię o Niceforze Czernichowskim — jednym z pierwszych Polaków na Syberii." Podziwiam kunszt, z jakim autorka kreuje świat zesłańców. Powieść napisana plastycznym, jędrnym językiem ukazuje realia polowy XIX wieku w sposób znakomity, pełen szczegółów i obrazowo. Jestem zwłaszcza pod wrażeniem researchu i znajomości tematu — Maludy wplata w postaci wykreowane przez siebie nazwiska znane z kart historii i robi to bezpretensjonalnie nienachalnie. Nie ma się co dziwić, autorka jest z wykształcenia polonistką oraz historyczką. Dodatkowy plus za opisy; jestem czytelnikiem, który naprawdę uwielbia tak znienawidzone (niesłusznie zresztą) opisy przyrody. Nadawały one ton powieści, tworzyły klimat i wprowadzały czytelnika w głąb świata przedstawionego. Sceptycznie zaś podeszłam do historii o Niceforze, XVIIwiecznym zesłańcu, ale te fragmenty wpasowały się w całość. Jednak nie przekonały mnie uczucia, jakimi główna bohaterka obdarzyła Edmunda, chociaż można to złożyć na karb trudów tułaczki i "trzymania się brzytwy". Gdyby Zesłana miłość była pozbawiona wątku miłosnego, powieść nie straciłaby na wartości. Za możliwość przeniesienia się w czasie i przestrzeni dziękuję Wydawnictwu Replika Współpraca barterowa.

Maratończyk - William Goldman

Jeśli lubicie niesztampowe thrillery, naładowane akcją i ze świetnie napisanymi bohaterami, to zachęcam do sięgnięcia po tę lekturę. 


 

 T.B. Levy, Babe, jak mówi na niego starszy brat, studiuje historię w Nowym Jorku. Kiedy nie przesiaduje w bibliotece – biega. Jest spolegliwy, miły, ale nieładny, chorobliwie nieśmiały i niekiedy gada, co mu ślina na język przyniesie. Totalne przeciwieństwo swojego starszego brata, Doca, który jest dla niego nie tylko autorytetem, ale i najlepszym przyjacielem. 

Jednak Doc ma sekret, który sprowadzi na niego nie lada problemy, wikłając w nie również brata. Mody historyk będzie musiał stawić czoła członkowi tajnej organizacji oraz niebezpiecznemu byłemu naziście. 

 Postać T.B. Levy’ego jest świetnie napisana. Od początku siedzimy w jego głowie. To, jaki jest, zdeterminowała rodzinna tragedia. To, jakich wyborów dokona, również jest tego pokłosiem. Widzimy go na krawędzi, jak jego zwyczajne życie wywraca się do góry nogami. 

Ręka w górę, kto oglądał ekranizację z Dustinem Hoffmanem? A teraz ręka do góry, kto zaciskał powieki podczas pamiętnej sceny na fotelu dentystycznym? No właśnie. Takie sceny, detale, które pamięta się po latach, budują markę. Doskonała jest również scena otwierająca. Książka zawiera również przedmowę autora, dzięki czemu możemy poznać odpowiedź na odwieczne pytanie: jak pan wpadł na ten pomysł?

Na koniec zdradzę Wam mały sekret. Książkę miałam w planach już od bardzo dawna, ale poprzednie wydanie miało zbyt drobny druk. Dlatego dziękuję stukrotnie Wydawnictwu Replika za nowe, piękne wydanie i możliwość zapoznania się z tą kultową pozycją. 

Współpraca barterowa z @wydawnictworeplika 

 


 

Trylogia Wszystkich Dusz (Księga Czarownic, Cień Nocy, Księga Życia, Przemiana) - Deborah Harkness

Młoda wykładowczyni Uniwersytetu w Oksfordzie, Diana Bishop skrywa tajemnicę. Choć nie używa swojej mocy, jest czarownica wywodząca się w prostej linii od Bridget Bishop, jednej z sądzonej w Salem czarownicy. Pewnego dnia w jej ręce trafia tajemnicza księga, o której od dawna wiadomo było, że zaginęła. Dla Diany to początek niesamowitej i mrożącej krew w żyłach przygody. Jej tropem podąża przystojny wampir, Matthew Clairmont, a także inni czarownicy i demony.


 

Nie chce Wam za wiele zdradzać z fabuły, ale kto czytał/oglądał, ten wie, że świat Wszystkich Dusz jest wspaniały, bogaty i niezwykle dopracowany. Mam małego bzika na punkcie tej serii i koniecznie musiałam mieć zagraniczne wydanie. Pokochałam Dianę za jej pasję do alchemii – na studiach bardzo mnie interesowała magia w życiu codziennym (zwyczaje, które wynikają wprost z zachowań magicznych, np. wiecha na dachu wykańczanego domu, itp.), a także alchemią, jako początkom nauki, która dziś znamy jako chemia. Oczywiście, Matthew zaskarbił moje uczucia jako honorowy, odpowiedzialny i nie czarujmy się, daleko bardziej pociągający wampir niż znane dotychczas. Poza tym wspaniale potrafił wpasować się w każdą epokę. Mamy wreszcie postacie drugoplanowe. Ciotki Diany (chciałabym mieć takie!), Hamish, Agatha, a także Marcus i Phoebe; jak ja ich uwielbiam!

Drugi tom, Cień Nocy, podobnie jak drugi sezon do złoto! Przenosimy się wraz z Dianą i Matthew wprost na ulice Londynu czasów Elżbietańskich. Pogoń za tajemniczą księgą trwa, a Diana doskonali swoje magiczne umiejętności.

Autorka, Deborah Harkness jest wykładowczynią historii na Uniwersytecie Południowej Karoliny. Jako historyczka potrafiła wspaniale oddać realia nie tylko Anglii czy Pragi końca XVI wieku, ale i ogarniętych gorączką wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Świetnie zbudowany świat, gdzie kreatywne demony, wampiry, czarownice i ludzie potrafią żyć w wypracowanym przed wiekami status quo.


 

W moje ręce trafiło niesamowite wydawnictwo, pełne szczegółów i faktów, a także ciekawostek z serii, czyli przewodnikiem po świecie wykreowanym przez Deborah Harkness.

Zacznę od tego, że książka jest wspaniale wydana, pełna ilustracji zarówno czarnobiałych jak i kolorowych. Co znajdziecie w przewodniku? Inspiracje, wywiady i komentarze autorki. Spis utworów muzycznych inspirowanych serią. Charakterystykę gatunków oraz postaci, w tym sylwetki postaci historycznych. Opis miejsc, w których rozgrywała się akcja. Rozdziały są także poświęcone magii, alchemii i nauce. Bardzo ciekawe są rozdziały poświęcone scenografii i kostiumom, szczególnie spojrzenie na życie w XVI wieku. To kompendium to prawdziwa gratka dla miłośników magii, czarownic, alchemii, ale i historii. Widać, jak wiele pracy włożono w serial, gdzie najdrobniejsze szczegóły mają swój historyczny pierwowzór (np. Szachy Hamisha są stylizowane na te z XII wieku, których niektóre piony można podziwiać w British Museum). Oczywiście, nie mogło zabraknąć przepisów kulinarnych oraz bardzo bogatej bibliografii.

Indyjska wiosna Uny - Rumer Godden

Margaret Rumer Godden (ur. 10 grudnia 1907, zm. 8 listopada 1998) była niezwykle płodną angielską autorką.


Napisała ponad 60 powieści, z czego dziewięć zostało zekranizowanych. Na jej twórczość miało wpływ dzieciństwo spędzone w kolonialnych Indiach, oraz nauka w prywatnej szkole w Anglii. Po I wojnie światowej prowadziła szkołę tańca w Kalkucie. W 1934 wyszła za mąż za Laurence'a Fostera, z którym miała dwie córki. Małżeństwo jednak nie było udane i dwanaście lat później Godden rozwiodła się z mężem.

Pierwszą powieść opublikowała w 1936 roku (Chinese Puzzle). W 1975 roku została wydana Indyjska wiosna Uny (The Peacock Spring), która w 1995 doczekała się telewizyjnej ekranizacji (obejrzycie na YT).

Powieść opowiada o dwóch siostrach, córkach konsula prowadzącego placówkę w Indiach. W nowym miejscu czekają na nie nowe wyzwania i przyjaźnie. Poznają także kochankę ukochanego ojca, którą — szczególnie Una — darzą resentymentem.

O powieści, a właściwie moim najdłuższym DNFie przypomniałam sobie przy okazji wyzwania na ig. #książkoweporyroku "Wiosnę" zaczęłam czytać, będąc niewiele starszą od bohaterki (Una ma 15 lat), ale zapomniałam jej zabrać do walizki, wyjeżdżając na wakacje... i do tej pory nie potrafiłam się za nią zabrać. Jakie mam wrażenia po lekturze? Przede wszystkim, trochę inaczej to wszystko zapamiętałam, ale to zrozumiałe po tylu latach. Właściwie będę pamiętała z książki kwiaty, mnóstwo kwiatów i ich wonie. W sumie dobrze, że sięgnęłam po tę książkę akurat wiosną, kiedy kwitną peonie, rododendrony i bzy.

Kongres futurologiczny - Stanisław Lem

Najbardziej znaną postacią wykreowaną przez Stanisława Lema jest Ijon Tichy, obecny w wielu opowiadaniach, z Dziennikiem gwiazdowym na czele. Tichy dostaje zaproszenie na Kongres Futurologiczny w odbywający się w Costaricanie, przypuszczalnie gdzieś w Ameryce Południowej, w wykwintnym, ponadstukondygnacyjnym hotelu Hilton.

Konferencja poświęcona jest przyszłości i kierunkom, w jakim ludzkość nieuchronnie zmierza – wnioski są oczywiście przykre, a konsekwencje przeludnienia fatalne. Pech chce, że na ulicach odbywają się zamieszki, a manifestantów pacyfikuje się substancjami psychemicznymi (psychochemicznymi) w wodzie wodociągowej, której nieopatrznie kilka łyków wypija Tichy, co inicjuje nieustanną jazdę bez trzymanki, abstrakcyjny rollelkoster, na którym halucynacja ręka w rękę z farmakokracją wiodą nas (i oczywiście bohatera) do niedalekiej przyszłości. 

Oczywiście, jak to u Lema mamy wysoko posunięte słowotwórstwo, a całość, mimo że do pośmiania (dlaczego ci ludzie tak dyszą?), dotyka głębszego problemu przyszłości i kondycji ludzkości, a także dążenia jednostki do prawdy (nie wiem, jak Wy, ale ja miałam skojarzenia z Matrixem). Czy polecam? Jak nie jak tak!

Marzenie panny Benson - Rachel Joyce

Czy zdecydowalibyście się rzucić wszystko, postawić na jedna kartę i podążyć za marzeniem życia? Dziesięcioletnia Margery przeżyła pamiętny dzień, który już zawsze będzie rzutował na jej życiu. To wydarzenie jest tak traumatyczne, że zmienia pojmowanie świata przez bohaterkę. Kolejne rozdziały przenoszą nas do 1950 roku, kiedy to zahukana bezdzietna nauczycielka robótek staje przed najważniejszym wyborem i sfrustrowana miałkością swojego istnienia, porywa się na coś, na co “normalnie” w życiu by się nie zdecydowała.

 

Powieść “Marzenie panny Benson” reklamowana jest jako powieść o sile kobiecej przyjaźni. To jak najbardziej trafne sformułowanie, do którego bym jeszcze dodała, jak ważne jest poszukiwanie swojego ja, wyjście ze strefy komfortu i sięgnięcie po “swoje”.

Ta piękna powieść zrobiła na mnie duże wrażenie. Cieszę się, że historia pozbawiona jest bzdurnego romansu (zawsze się waham, czy sięgnąć po literaturę o kobietach, bo jeszcze dwadzieścia lat temu każda taka powieść musiała się kończyć jak historia kopciuszka, czy innej księżniczki Disneya). To, po “Wężu z Wessex” Sarah Perry kolejna powieść o feministycznym wydźwięku, która przypadła mi ostatnio do gustu. Ponadto “Marzenie” ma w sobie pewien klimat; ze smogu powojennego Londynu Rachel Joyce przenosi czytelnika do upalnej Nowej Kaledonii.

Kiedy zaczynałam czytać, uważałam, że ów złoty chrząszcz jest tak samo mityczny, jak syrena i smok. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że natura w swym niezrównanym bogactwie i takie chrząszcze wymyśliła.