Esej o typografii - Eric Gill

W ramach wyczytywania zapasów sięgnęłam po niepozorną książeczkę, która przywiozłam z zeszłorocznych krakowskich targów książki. Do tej pory nie spotkałam się z wydawnictwem d2d.pl, ale oferta, na która składają się eseje o designie i liternictwie bardzo mnie przekonuje. I jak na pracownię ukierunkowaną na design książka jest wydana wyśmienicie. 


Esej o typografii Erica Gilla to pierwsze polskie wydanie manifestu brytyjskiego artysty czasów międzywojennych. Gill żył w latach 1882-1940. Był nie tylko teoretykiem, ale przede wszystkim rzeźbiarzem, grafikiem i projektantem krojów Perpetua, Gill Sans i Joanna, powstałych w latach 20 i 30 ubiegłego wieku. 

Esej o typografii został napisany pierwotnie w 1930 roku, do rąk polskich czytelników trafiło wydanie poprawione i uzupełnione z 1936 roku. 

Gill krytykuje nadmierne dążenie do ozdobników. Pisze o swoistej dychotomii świata wytwarzanych dóbr - bezmyślne maszyny i ludzkie-trybiki pochłaniani na czas pracy przez fabryki, oraz tęsknota za odchodzącym światem drobnych rzemieślników, gdzie “pojęcie wolnego czasu właściwie nie istnieje”. Wolny czas robotników jest bowiem nastawiony na konsumowanie tych samych dóbr, które w czasie godzin pracy wytworzyli. I właśnie w takiej postawie odnajduje Gill dążenie do nadmiernej ornamentyki, które jest "godne pożałowania, a świat, który ponad wszystko inne pragnie przyjemności, otacza się rzeczami mogącymi zadowolić jedynie głupców.” A dalej czytamy: “szlachetna architektura nigdy nie potrzebowała ornamentu; proste litery, odpowiednio dobrane i racjonalnie wymierzone, maja w sobie całą szlachetność prostych słów.” 

Na liternictwo oczywiście ogromny wpływ miały narzędzi używane przez piszących. Rylce, patyczki, pióra, wreszcie odlewane czcionki - “pierwsze drukowane książki były po prostu typograficznymi imitacjami pisma ręcznego, tak samo jak piętnastowieczne inskrypcje w kamieniu.” “Drukowana litera – pisze o historii typografii - była (…) zabarwionym kształtem na dnie wgłębienia (…) dzieje drukarstwa to historia znikania tych wgłębień.” Prócz tego, co ładne i szlachetne, otacza nas niestety wszechobecna tandeta. 

Do niewybaczalnych błędów typografii Gill zalicza m.in. mieszanie różnych krojów pisma na jednej stronie bądź książce, za długi wiersz, dłuższy niż 10-12 słów, oraz nieodpowiednie światło w literach, a także nieodpowiedni margines! Ryciny unaoczniają czytelnikom rażące przykłady typograficznych niedociągnięć oraz podają dowody, że istnieje dobra droga, która powinno iść liternictwo. 

O tym, jak ważne jest, by książka dobrze się czytała, wiemy chyba bardzo dobrze. A rady i sugestie Erica Gilla zdają się być aktualne po niemalże stuleciu od wydania eseju. Kroje zbliżone do antycznych wzorców są uważane za najbardziej eleganckie, a przesadnie zdobione pismo może być źródłem nieporozumień. 


Jest jeszcze coś w eseju Gilla bliskiego pociesznemu humorowi starego Przekroju, czy może zachowując właściwą czasoprzestrzeń - bliskiemu Puncha. Czytelnik łapie kilkukrotnie autora na piszczeniu oka, szczególnie w opisach rycin, które zostały załączone. 

Warto na zakończenie wspomnieć nazwisko redaktora prowadzącego, który książkę zaprojektował i złożył w tak miły dla oka i poprawny wedle zaleceń Gilla sposób, a jest nim Robert Oleś.

Tytuł: Esej o typografii 
Autor: Eric Gill 
Przekład: Magdalena Komorowska 
Wydawnictwo: d2d.pl 
Rok wydania: 2016 
Opis fizyczny: 144 stron, okładka twarda 
Gatunek: esej 
ISBN: 978-83-940306-4-3

Recenzje, których nie napisałam.

Komentarz pod marcowym podsumowaniem unaocznił mi pewną myśl, a mianowicie - niektórych wspaniałych książek nie potrafię recenzencko ugryźć. Właściwie powinnam zamiast tego machać Wam nimi przed nosem wołając: to koniecznie trzeba przeczytać, musicie po to sięgnąć!

Cichy Don przeczytałam kilka ładnych lat temu, podobnie zresztą jak Lot nad kukułczym gniazdem. Obiecywałam i sobie, i Wam, że będą posty o tych książkach. I nie ma. Dlaczego?

Wydaje mi się, że moje zachwyty będą albo powielaniem już setki razy utartych schematów, cudzych zachwytów przejętych podświadomie, lub w najgorszym wypadku stekiem frazesów, jak choćby “wiekopomne dzieło”, “epicka opowieść”, “nie mogłam się oderwać od czytania”.

W takim razie wychodzi na to, że recenzja negatywna “pisze się sama”. I chyba coś w tym jest: wielu blogerów/recenzentów wspominało o tym, że paradoksalnie łatwiej jest napisać o książce, która nie przypadła do gusty czytającemu, niż o powieści, która wywarła na odbiorcy ogromne wrażenie.

Niestety, nie jestem psychologiem i nie przytoczę żadnego cytatu, czy badań na poparcie mojej tezy. Być może działa tutaj element obiektywności: możemy prędzej opisać obcego człowieka, jego cechy zewnętrzne i zauważone przez nas wewnętrzne, niż ukochana osobę, np. nasze dziecko, które jest przecież (każda matka to wie) najpiękniejsze i najgrzeczniejsze.

Z drugiej strony blogerzy/recenzenci często wybieramy książki nowe lub mniej znane, ponieważ możemy dodać coś nowego. Ciężko chwycić klasykę i wykrzesać nowe porównania, nowe zachwyty na czymś, co zna niemal każdy, lub jest czymś niemal kultowym. Z tego względu niemal brak recenzji np. Pana Tadeusza, czy Nad Niemnem na blogach. No i cóż można dodać, np. do Harry’ego Pottera, który był przemielony na milion sposobów?

Kiedyś Tomek z bloga "Instrumenty samotności" napisał tekst "Co zrobiły ci książki" o tendencjach w naszej blogosferze – silimy się na obiektywizm, nie piszemy o tym, w jakich okolicznościach po lekturę sięgnęliśmy, w jakim nastroju ją skończyliśmy, co po sobie zostawiła. Czyżbyśmy tak bardzo czytali po łebkach, że w nieustannej karuzeli zmieniających się nowości nie przytrafił nam się żaden samorodek?

No i... czas. Nie wiem, jak Wy, ale nieustannie wybieram: albo piszę, albo czytam, albo pracuję z dzieckiem, albo oglądam film, albo serial - albo książka, albo porządek w domu - albo kopanie w ogródku... Tych kilku popołudniowych godzin nie da się rozciągnąć, a nasze codzienne pozorne wybory i tak sprowadzają się do jednego: nie starcza nam czasu na wszystko, co sobie planujemy. Pisuję przeważnie wieczorami, by rano ukazał się na blogu post. Niekiedy (ok, przeważnie) czas, w którym mogłabym się skupić na pisaniu wyczerpującej recenzji przeznaczam na wymienione powyżej. I z powiedzmy dziesięciu zaplanowanych recenzji, wyrabiam się z góra dwiema. To samo w weekend: za każdym razem obiecuje sobie przysiąść, porobić zdjęcia, poświęcić czas na hobby, ale kiedy już mam czas, to okazuje się, że jest niedzielny wieczór!

Odnalazłam się w formule podsumowań miesięcznych. Mogę skrobnąć kilka słów o książce, wyłożyć najważniejsze - czy uznałam ją za wartą zachodu, czy nie trafiła w mój gust.

Może kiedyś będę pisała regularnie, tak ze dwa posty tygodniowo, ale na razie wybaczcie mi tę nieregularność i niedotrzymane obietnice.

Podsumowanie marca [3/2019]

Nie mogę uwierzyć, że marzec ma 31 pełnowymiarowych dni. Że nikt nie ukradł mi dni, że nie gubię godzin... Marzec pędzi jak szalona karuzela i ani myśli się zatrzymać!

Dzięki bu-jo ogarniam, ile się da. Żyję z notesem w ręce. Czytam, kiedy tylko mam okazję. Ogarnęłam niewiarygodną (jak dla mnie) liczbę książek, bo aż 12.

Guguły Wioletty Grzegorzewskiej to nostalgiczna podróż do czasów dorastania bohaterki i narratorki. Niedawno czytałam Po trochu, które jest siostrzaną książką Guguł. Polecam, bo ładnie napisane, ciekawie rozłożone na czynniki pierwsze życie dziecka na prowincji lat 80-tych.

Typografia Eric Gill. Zapraszam na recenzję, która ukaże się we środę. W piątek zapraszam do przeczytania moich spostrzeżeń ta temat esejów Mężczyźni objaśniają mi świat Rebeki Solnit.

O książce Kronika pewnego miasta pisałam w zeszłym tygodniu, porównując tytuł z Bębnami Nocy. TU.

Błękit Maji Lunde, to podobnie jak Historia pszczół polifoniczna kronika upadku ludzkości: Lunde opisuje konsekwencje nierespektowania przez człowieka praw natury, dalszego zaśmiecania planety oraz eksploatację jej dóbr.

Nie ma Mariusza Szczygła to zbiór reportaży, swoisty mustread końcówki ubiegłego roku. Wysoki poziom prozy Szczygła oraz intrygujące historie sprawiają, że Nie ma to kunsztowne literackie cacuszko non-fiction.

Sięgnęłam w końcu po jedną z najważniejszych książek ubiegłego roku (obok Nie ma) czyli reportaż Małgorzaty Rejmer Błoto słodsze niż miód. Wstrząsające przeżycia pokoleń Albańczyków zastraszanych przez system totalitarny. Rzecz trudna do opowiedzenia. Rejmer podobnie jak Aleksijewicz oddaje sto procent głosu swoim bohaterom, sama usuwając się w cień. 

Papusza Andżeliki Kuźniak to biografia poetki cygańskiego pochodzenia, Bronisławy Weiss. W styczniu oglądałam bardzo dobry film o jej życiu i postanowiłam sięgnąć po książkę. Niestety, choć życie z taborem jak i cala biografia opisane zostały bardzo ciekawie, to wplecenie oryginalnej upstrzonej błędną ortografią zapisków samej Papuszy piekielnie mnie zmęczyło. Rozumiem, że wydawca nie chciał ingerować w tekst, ale gramatycznie zmasakrowane oryginały byłyby ciekawe dla badaczy, dla czytelników nie bardzo. Czytało się mega ciężko i niekiedy nie potrafiłam na pierwszy rzut oka rozpoznać, co to za słowo (np. “asz” zamiast “aż”, itd.)

The buried giant Kazuo Ishiguro. Książka, po którą sięgnęłam zmobilizowana wspólnym czytaniem pod hasłem #czytajmyrazem2019. Na blogach Jeden Akapit i Poczytalny już ukazały się recenzje, a ja jak zwykle szlifuję tyły. Ale wyrobiłam się w wyznaczonym czasie, a recenzja “się pisze”.

Arostokratka i fala przestępstw na zamku Kostka Evžen Bočka to lektura, na która długo czekałam. I warto było. Jak przy poprzednich częściach i tym razem trudno mi było zachować spokój: zaszyłam się w pokoju i czytałam, a mąż z drugiego pytania co chwila zadawał to samo pytanie “z czego się tak śmiejesz?”.

O książce Mniej. Zakupowy portret Polaków Marty Sapały pisałam TU.

W kwietniu planuje nadal sięgać do swoich zasobów. Może wreszcie sięgnę po Jezioro, Niewidzialnych i inne z listy. Wypożyczyłam także Lincolna z Bardo, ale chyba oddam, bo nie jestem stu procentowo przekonana. 

W marcu wybraliśmy się do Palmairni miejskiej w Gliwicach. Po szaroburych miesiącach jestem dosłownie złakniona zielonego (owszem, mam w domu dużo roślin, ale chcę DUŻO zielonego). Ceny nie są wygórowane, więc można się wybrać na małą rodzinną wycieczkę. Palmiarnia obfituje w różnego rodzaju ciekawostki przyrodnicze, a mikroklimat jest zdrowy i oczyszczający po nawdychaniu się smogu na zewnątrz. 

9 marca z okazji dnia kobiet zapisałam się na seminarium Bądź Bezpieczna z Krav Maga Sagot. Poćwiczyłam, poruszałam się, a jednocześnie poznałam kilka chwytów, które mają pomóc w sytuacji zagrożenia. 

Wydarzenia biblioteczne: 

14 marca odbyło się spotkanie autorskie z Justyna Kopińską, autorką reportaży „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie”, „Polska odwraca oczy”, „Z nienawiści do kobiet“.

19 marca PiMBP w Rybniku była gospodarzem V Rybnickiego Forum Kultury. 

🎬🎬🎬

Filmowo było średnio. Zaczęłam bardzo niedobrym filmem Zwyczajna przysługa. Przed trzecia odsłoną przypomnieliśmy sobie filmy John Wick oraz John Wick Chapter 2. W tv obejrzałam (nie do końca, bo mnie zmogło) Jack Reacher: Nigdy tu nie wracaj. Z powtórek zaliczyliśmy jeszcze mocno średni Avengers Infinity War (wiadomo, idzie kolejna część, więc trzeba odświeżyć). Totalnie za to rozczarował mnie film Wielkie oczy - bez klimatu, zrobiony po łebkach, aż dziw bierze, że nakręcił go Tim Burton.

Za to strasznie mi się spodobał dość stary film Siedem dusz z Willem Smithem. Pewnie większość z Was już oglądała ten film, mnie jakoś uciekał do tej pory. Bardzo zgrabny obyczaj z przesłaniem. No i nie można się nie popłakać na końcu!

Kolejnym bardzo dobrym filmem, który obejrzałam w marcu był czeski film Kola z 1996 roku. Śliczny film. Czechy czasu przemiany. Podstarzały wiolonczelista bierze fikcyjny ślub z piękną Rosjanką. Kobieta ucieka za granicę zostawiając kilkuletniego synka pod opieką “męża”. 

Tradycyjnie plany: przede wszystkim ogródek. Mam jeszcze nie skończona robótkę, ale ją porzuciłam na rzecz dłubania w ziemi. Rozsady warzyw kiełkują i czekają na swoje miejsce na grządkach. Rabatka czeka na przekopanie i obsianie (jestem na etapie wypleniania bluszczu i podagrycznika).
Książkowo: mam jeszcze kilka wypożyczonych książek, które mają priorytet. A potem, lecę z listy... 

Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków Marta Sapała

Mniej. Intymny zakupowy portret Polaków Marty Sapały to zapis eksperymentu socjologicznego, który miał miejsce zaledwie kilka lat temu. Autorka zmęczona konsumpcjonizmem postanowiła zrezygnować z zakupowego szaleństwa na rok. Do eksperymentu zaprosiła kilkanaścioro ochotników, którzy z lepszym czy gorszym skutkiem zaprzestali zakupów.


źródło zdjęcia: LubimyCzytac.pl


Mam co do tej książki mieszane uczucia. Właściwie nie do samej książki, bo napisana jest potoczystym językiem, a autorka posiłkuje się danymi statystycznymi na poparcie swoich tez, ale o ile ograniczenie konsumpcji jest godne naśladowanie, o tyle np. zjawienie się na urodzinach dziecka kuzynki czy koleżanki z pustymi rękami, albo obdarowywanie jubilata ręcznie zrobionym kolażem z gazet jest prostackie i chamskie. I ciekawa jestem, jak taki reżim będą wspominały dzieci, jak choćby synek jednej z uczestniczek, który miał do przedszkola przynieść misia (potrzebnego do nauki angielskiego), a mama nie chciała mu kupić, bo przecież zobowiązała się nie kupować.

Jednocześnie autorka przytacza, ile wydaje się na żywienie w rodzinie 2, 2+1, 2+2, itd., a zaraz potem zastrzega, że na jedzenie wydała 1600 złotych z hakiem (na dwie osoby dorosłe i kilkulatka), bo lubi produkty dobrej jakości. Wydało mi się to takie nieautentyczne z jednej strony, bo w eksperymencie oszczędzano na produktach chemicznych, kosmetycznych, etc.

Od chwili wydania książki wiele się zmieniło w budżecie statystycznego Polaka: rodziny wielodzietne dostają dofinansowanie od państwa. Widać to w sklepach, w biurach podróży.

Zastanawiam się jeszcze nad pewną kwestia, na ile niekupowanie = oszczędzanie? Można sobie odmówić wielu fanaberii, ale nie skazujmy się na dobrowolne dziadowanie.

Jednakże “Mniej” może inspirować. Działa orzeźwiająco na perspektywę. Chociaż wydaje mi się, że wyrośliśmy już z euforii zakupowej, która ogarnęła nas po transformacji ustrojowej. Zużywamy mniej jednorazówek nie dlatego, że są płatne, ale ze względu na ekologię. Kupujemy również mniej sprzętów - być może nasyciliśmy już głód konsumpcji. Nadal lubimy promocje, ale promowany towar potrafimy porównać cenowo z tym samym w innym sklepie. Potrafimy zadać sobie pytanie “czy potrzeba mi kolejnego... (tu staw cokolwiek)?”

Jesteśmy przed świętami Wielkiejnocy. Czy znów Polacy rzucą się do sklepowych półek, by kilka dni później wyrzucić masę jedzenia, którego nie są w stanie przejeść? Czy jak co roku tony zabawek będą niemal nowe wyrzucane do kontenera? A może zamiast kolejnego zestawu popularnych klocków sprawić dziecku karnet do kina?

Książkę wypatrzyłam na blogu Mniej niż 100 słów i od razu wypożyczyłam z biblioteki.

Tytuł: Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków
Autor: Marta Sapała
Wydawnictwo: Mamania
Rok wydania: 2018 (wyd. 2)
Opis fizyczny: 416 stron, okładka miękka
Gatunek: reportaż społeczny
ISBN: 978-83-66117-23-5

Kronika pewnego miasta - Pandelis Prévélakis / Bębny nocy. Studium - Miljenko Jergović

Zdarzyło mi się w jednym miesięcy przeczytać dwie książki o bardzo podobnym wydźwięku: ocalić od zapomnienia miasto i jego mieszkańców. Ponoć każdy nosi w sobie jedną książkę. Jesteśmy nośnikiem historii swoich własnych oraz zbiorowych – anegdot, dykteryjek, itp. Na takie spisane relacje zaludnione przez wspomnienia osób żyjących (lub fikcyjnych) dawno temu natrafiłam w książkach “Kronika pewnego miasta” oraz “Bębny nocy”.

W obu książkach świat jest rzeczywisty, a całość przypomina nieco filmy live-action. Na tle prawdziwych wydarzeń możemy spotkać postacie fikcyjne bądź rzeczywiste – na dobrą sprawę to nie ma znaczenia, ponieważ autorzy roztaczają przed nami pewną kreację świata zapomnianego, nieistniejącego już, odrobinę nostalgicznego, ale niezmiernie kolorowego i wartego uwiecznienia.

źródło okładki: LubimyCzytac.pl


“Kronika pewnego miasta”* Pandelisa Prévélakisa jest próba uchwycenia Rethimno takim, jakie ono było we wspomnieniach autora. Choć Prévélakis wydał Kronikę mając zaledwie 29 lat, narrator wydaje się być u progu starości i z emfazą wspomina swoją młodość w nadmorskiej miejscowości. Lokalny koloryt wyrosły na żyznej glebie zawirowań historii jest pretekstem do ukazania multikulturowości wyspy. Na kartach książki uwiecznione zostały barwne postaci zaludniające miasteczko wówczas, a których, jak się możemy domyślać, trudno szukać dziś.

źródło okładki: LubimyCzytac.pl


W podobny sposób zostali nam zaserwowani bohaterowie “Bębnów nocy” bośniackiego pisarza, Miljenko Jergović. Autor zastosował tu ten sam wybieg, co A.S. Byatt w “Opętaniu” - W pierwszej warstwie znajdujemy biografię Josipa Gubernika, austriackiego dendrologa badającego w Sarajewie specyficzną odmianę klonu jaworu. Do miasta przybywa, co znamienne, na dwa tygodnie przed zamachem na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Wpleciony w wir historii prowadzi dziennik, w którym przywraca pamięci zbiorowej postaci golibrody-gaduły, czy sympatycznego sklepikarza, który traci podczas epidemii hiszpanki trzech synów.

Właściwie obie powieści przypominają mi trzecią, “Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez” Uładzimira Niaklajeu. Toż to istne tłumy postaci, spacerujące czytelnikom przed oczami. I ja się cieszę z takich małych spotkań. Każdy z opisywanych w trakcje czytania staje się z automatu moim znajomym, a każda z odwiedzanych ulic, każdy sklepik czy kawiarnia zostają żywo w mojej pamięci. Być może właśnie to jest przesłaniem tych powieści - pamiętać!

Tytuł: Bębny nocy. Studium
Autor: Miljenko Jergović
Tytuł oryginalny: Doboši noći
Tłumaczenie: Magdalena Petryńska
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Rok wydania: 2019
Opis fizyczny: 150 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: powieść
ISBN: 9788364887413
Tytuł: Kronika pewnego miasta
Autor: Pandelis Prevelakis
Tytuł oryginalny: The Tale of a Town or The Chronicle of a Town (Το χρονικό μιας Πολιτείας, 1937)
Tłumaczenie: Janusz Strasburger
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Rok wydania: 2013
Opis fizyczny: 160 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: powieść
ISBN: 9788364169021
* Książką "Kronika pewnego miasta" biorę udział w wyzwaniu Trójka e-pik (edycja marzec'19)

Zielone sari - Ananda Devi (refleksje na dzień kobiet)

“Zielone sari” jest książką ponadczasową i uniwersalną, ponieważ niestety wciąż aktualny jest również temat przemocy wobec kobiet. To książka miażdżąca, ale nie pozostawiająca czytelnika w bezsilnym oszołomieniu.

Ananda Devi to pisarka maurytyjska, kojarzona z nurtem feministycznym. Na swoim koncie ma kilkanaście powieści. “Zielone sari” jest jej pierwszą przetłumaczoną na nasz język powieścią.

Stary doktor umiera. Na łożu śmierci prowadzi monolog wewnętrzny pełen nienawiści do bliskich: nieżyjącej żony, córki oraz wnuczki. Mimo iż starzec jest niemal bezsilny fizycznie, wykorzystuje swoją ustaloną pozycję domowego tyrana do dalszego gnębienia psychicznego kobiet. W swych rojeniach szczyci się pozycją społeczną doktora-boga, niezastąpionego w społeczności, w której żyje.

Jednakże w marę zagłębiania się w historię, czytelnik odkrywa, że pozłota doktora-boga coraz bardziej się łuszczy, a kobiety łącząc siłę przechylają szalę zwycięstwa ku swojej stronie.

Ta książka to manifest. Traktuje o godności kobiet niezależnie od szerokości geograficznej i odchodzeniu do lamusa (miejmy nadzieję) szowinistycznej postawy “pana i władcy”. W skądinąd bardzo dobrej recenzji “Zielonego sari” “Kto zostanie ofiarą” zamieszczonego w najnowszym numerze Nowych Książek Paulina Małochleb pisze: “Ryż (...) surowy lub rozgotowany, nieporządek w domu, pajęczyny na suficie stają się przyczyną bicia.” Pozwolę sobie się nie zgodzić, ponieważ wyżej wymienione wyglądają raczej na PRETEKST przemocy, a nie jej przyczynę, które upatrywałabym w mizoginii i agresji głównego bohatera.To nie ofiara przemocy jest winna, a sprawca.


Jeśli jesteś ofiarą przemocy domowej, albo wiesz, że komuś dzieje się krzywda, zadzwoń pod nr
800-120-002
Jest to telefon Niebieskiej Linii, pod którym "uzyskasz wsparcie, pomoc psychologiczną, informacje o możliwościach uzyskania pomocy najbliżej miejsca zamieszkania." 

Tytuł: Zielone sari
Autor: Ananda Devi
Tytuł oryginalny: Le Sari vert
Tłumaczenie oraz posłowie: Krzysztof Jarosz
Wydawnictwo: Wydawnictwo W Podwórku
Rok wydania: 2018
Opis fizyczny: 240 strony, okładka miękka z obwolutą
Gatunek: powieść
ISBN: 978836413425-8

Pierwsza osoba - Richard Flanagan

Na dniach ukazała się najnowsza powieść autora „Ścieżek Północy”, Richarda Flanagana. Jest on obecnie najbardziej rozpoznawalnym autorem pochodzącym z dalekiej Tasmanii. 


„Pierwsza osoba” jest zapisem wspomnień snutych przez początkującego pisarza, Kifa Kehlmanna, który w finansowym dołku postanawia podjąć się zlecenia graniczącego z mission imposible - w zaledwie sześć tygodni napisać jako ghost writer autobiografię znanego bankstera, Siegfrida Heidla.

Tok pisania jest niezwykle frustrujący, ponieważ obiekt nie bardzo współpracuje – zwodzi i lekceważy pisarza, w rezultacie nie zdradzając szczegółów swojego życia. „Równie dobrze mógłbym starać się podnieść nożyczkami rtęć z podłogi”, żali się Kif. Kiedy jednak z Siegfrida uda się wydobyć choć kusztyczek osobistych wywodów, te okazywały się zmyślone. „Zaprzeczał swoim kłamstwom nowymi kłamstwami, a potem zaprzeczał własnym zaprzeczeniom. Jak gdyby nie potrafił żyć inaczej niż w chaosie samozaprzeczenia”. 

Czytelnik również nie wiele się dowie o konfabulancie. Bo tak naprawdę kto manipuluje kim – czy Siegfrid Kifem, czy może Kif czytelnikiem? 

Sama akcja powieści dawkowana jest homeopatycznie i na dobrą sprawę przypomina ścieranie kamienia na tarce do sera. Choć język jest potoczysty, autor ustami Kifa ulega pokusie licznych powtórzeń. Niemniej jednak książka Flanagana zbiera w większości pozytywne recenzje. Ciekawa jestem również Waszych opinii. 

Za możliwość zmierzenia się z tym, co autor chciał powiedzieć, dziękuję Wydawnictwu Literackiemu

Tytuł: Pierwsza osoba
Autor: Richard Flanagan
Tytuł oryginalny: First Person
Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 2019
Opis fizyczny: 452 stron, okładka twarda
Gatunek: powieść
ISBN: 978-83-08-06826-7

Podsumowanie lutego [2/2019]

Luty przeleciał jak strzała. Ledwo się zaczął, a już się skończył.

Ten miesiąc był dość mizerny pod względem przeczytanych tytułów. Jedynie 6 z czego jeden czytamy nadal.

"Białowieżę szeptem" i "Simonę" przeczytałam z wielką chęcią w czasie przygotowań do spotkania z autorką, Anną Kamińską. Relację możecie przeczytać TU.

Do poduszki czytamy "Świat Zofii". Dawkujemy sobie i rozmawiamy na temat każdego zagadnienia.

O "Nostalgii" Mircea Cărtărescu napiszę w kolejnym tygodniu; już teraz zapraszam na przyszły tydzień, ponieważ na blogu pojawi się recenzja najnowszej książki Richarda Flanagana “Pierwsza osoba”.

Niestety zaliczytam również wpadkę - siegnęłam po komiks Wiedźmin (Sapkowski, Polch, Parowski). Oj, lichutkie... Anachrnonizmy doprowadzaly mnie do nerwicy, nie było Ciri, wszechobecne szczucie cycem, etc.

Plany marcowe nie ulegają zmianie: nadal staram się lecieć z listą do przeczytania ;)

🎵🎵🎵

Muzycznie wróciłam do czasów liceum: Nirvana Unplugged, Alice in Chains, The Cure “Disintegration”, a także fenomenalny album Patti Smith “Horses”.

🎬📀

Za to nadrobiłam oscarowe zaległości. Właściwie niemal nie wychodziłam z kina.

"Bohemian Rhapsody" to film średni, momentami naiwny, bez pazura, ale za to z muzyka przez ogromne “M”. Queen to moja pierwsza muzyczna miłość, znam chyba każdy możliwy kawałek i zawsze śpiewam razem a Freddiem. O ile Rami Malek dwoił się i troił, by wejść w buty Freddiego, o tyle filmowy Brian May to po prostu żywy klon prawdziwego.

Jednym z lepszych filmow lutego były "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri". Utrzymana w konwencji czarnego humoru zjadliwa satyra na małomiasteczkowość, polączona z dramatem obyczajowym w dodatku z obsadą-marzeniem (Frances McDormand,Woody Harrelson)

Równie pozytywnie odebrałam film "Narodziny gwiazdy". Wiem, że temat ograny, bo ileż można, ale cala historia, piosenki i gra aktorska były przekonywające. Piosenka "Shallow" oczywiście chodziła mi pod głowie do... teraz?

"Faworyta". Świetne, feministyczne, niezałgane kino z rewelacyjnymi aktorkami (nagrodzona Oscarem Olivia Colman, Emma Stone, Rachel Weisz). Musicie to obejrzeć!

"Green Book". Jeśli chcecie pójść do kina ze swoim powiedzmy dziesięcioletnim dzieckiem - śmiało, ten film jest interesujący, mądry, zabawny. Jest powiedziałabym - zupełnie inny. Być może to zaważyło na przyznaniu mu statuetki?

Obejrzałam w lutym również:
Aquaman ⭐⭐
Jak wytresować smoka 3 ⭐⭐⭐⭐
Lego Przygoda 2 ⭐⭐⭐
Wszystkie pieniądze świata ⭐⭐⭐
Polar ⭐
Oraz po raz kolejny:
Indiana Jones (trylogia) 💗
Tron: dziedzictwo 💗
Pokoj z widokiem 💗
Serialowo:
Przyjaciele, 
Grand Tour. 

Pozostale wieści - jestem w połowie swetra na drutach. O postępach możecie dowiedzieć się TU.

Spotkanie autorskie z Anną Kamińską

6 lutego gościem rybnickiej Biblioteki była Anna Kamińska, dziennikarka, scenarzystka, felietonistka i pisarka, kojarzona przede wszystkim z dwiema biografiami niezwykłych kobiet. Miałam ogromną przyjemność moderować spotkanie z autorką biografii "Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak", "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz", oraz reportażu "Białowieża szeptem. Historie z Puszczy Białowieskiej".



Spotkanie autorskie z Anną Kamińską w PiMBP w Rybniku

Autorka opowiadała przede wszystkim o pracy nad biografiami Wandy Rutkiewicz i Simony Kossak. Obie te wspaniałe postacie pochodziły z jednego pokolenia (urodzone w 1943 r.). Do cech wspólnych obu pań należała bezkompromisowość, opisywany przez znajomych dystans emocjonalny, oraz stuprocentowe oddanie powołaniu.

Do dziś Wanda Rutkiewicz jest uważana za wzór odwagi i determinacji. Od dziecka predestynowana do sukcesów w sporcie, robiła wszystko, by dotrzeć do upragnionego celu. W 1992 nie wróciła z Kanczendzongi.

Simona długo nie umiała znaleźć sobie miejsca – "To miał być czwarty Kossak", jednakże nie wykazywała talentów malarskich, ani literackich, jak jej sławne ciotki. Za to od najmłodszych lat otaczała się zwierzętami; po studiach osiadła w Białowieży, która była jej domem do samej śmierci w 2007 roku. W leśniczówce Dziedzinka, w której mieszkała Simona była istna menażeria - zwierzęta chodziły wolno, nierzadko strasząc gości.

"Białowieża szeptem", wspaniały reportaż o polskim "Miasteczku Twin Peaks", był efektem ubocznym pracy nad Simoną. Książka jest zapisem wielu rozmów z mieszkańcami białowieskich wsi. Już samo zdjęcie wybrane na okładkę jest zapowiedzią czegoś niezwykłego, niepokojącego - dopiero czytając można się dowiedzieć, że przedstawia Filimona Waszkiewicza, ostatniego bartnika z jego narzędziem pracy, specjalnymi linami służącymi do wspinania się na drzewa.

Anna Kamińska opowiadała o pracy nad książkami, o rozmowach z rodziną i znajomymi bohaterek, a także o wynajdywaniu informacji w archiwach, by najrzetelniej przedstawić fakty.

Na koniec autorka przygotowała dla czytelników w ramach małego prezentu jedną z gawęd radiowych Simony Kossak.

Pisarka dała się poznać jako niesamowicie sympatyczna osoba, która zaraża swoim entuzjazmem i pogodą ducha. Podczas podpisywania książek po oficjalnej części spotkania chętnie odpowiadała na pytania czytelników, oraz pozowała z czytelnikami do zdjęć.

Podsumowanie stycznia [1/2019]

W przerwie świątecznej starałam się nadrabiać zaległości. Czas urlopu ustawiłam tak, że do pracy wróciłam dopiero 7-go stycznia. Miałam więc dużo czasu dla rodziny oraz na hobby: czytanie, słuchanie płyt, oglądanie zaległych seriali i filmów.



W styczniu królowało u mnie hasło: less waste, czyli jak najmniejsze marnowanie i wyrzucanie zasobów, którymi się dysponuje. Uważam się za osobę oszczędną. Staram się gospodarować pieniędzmi i dobrami w sposób zrównoważony i planuję (np. posiłki) naprzód. Segreguję odpady - pod zlewem mam kosz na śmieci zmieszane, papier i plastik. Oprócz tego mam worek na szkło. Planuję na wiosnę kompostownik. Uszyłam sobie woreczki zero waste, żeby nie brać woreczków foliowych.


🎵🎵🎵 

W nowym roku jeszcze przeżywam stare koncerty: Łąki Łan gościł u nas w maju, ale dawno się tak pozytywnie nie naskakałam. Do najbardziej udanych wydarzeń ubiegłorocznych, w których uczestniczyłam mogę zaliczyć rybnicki koncert Jaromira Nohavicy. Również świetnie bawiliśmy się na koncercie zespołu Chwila Nieuwagi i Kuby Blokesza “Brama Morawska”. Oczywiście Dzieciątko przyniosło nam tę niezwykłą płytę, która niemal nie wychodzi z odtwarzacza.

🎬📀📽️ 

Zdecydowanie polecam film “Ktoś we mnie” nakręcony na podstawie książki Sarah Waters. Nie jest to horror, raczej film psychologiczny i jako taki należy go oglądać. Świetnie zbudowany klimat opierał się również na sugestywnej scenografii i niezwykłych, wręcz portretowych zbliżeniach. Bardzo się cieszę, że twórcy nie poszli na łatwiznę i nie straszyli widza, ale dali mu pole do samodzielnego myślenia. Nie ma może takiej siły rażenia jak niesamowity “Mother!”, ale niewątpliwie jest wart uwagi. Do tego bardzo dobre aktorstwo -Domhnall Gleeson, Charlotte Rampling, Will Poulter, Ruth Wilson. Film ten niestety nie znalazł polskiego dystrybutora.

“Ostre przedmioty” to ośmioodcinkowy thriller powstał na podstawie bestselleru Gillian Flynn pod tym samym tytułem. W rolach głównych możemy obejrzeć Amy Adams oraz Patricię Clarkson, a także Chrisa Messinę. O serialu powiem tylko jedno: rewelacyjny! Bardzo mocny, zaskakujący, wart obejrzenia. Przed oglądaniem nie znałam nawet zarysu fabuły, staram się nie oglądać zwiastunów, nie czytam recenzji ani blurbów książek/filmów, które chce sama odkryć.

Trzeci sezon “Daredevila”. Powinnam napisać o nim chyba osobny post, którego tytuł mógłby brzmieć: nie śpię, bo oglądam Daredevila. Trzecia seria niewątpliwie nawiązuje do pierwszej. Mordobicie jest pierwsza klasa, sceny bójek są niczym krwawy taniec, nawet w warstwie obyczajowej serial nieźle sobie radzi, między innymi za sprawą siostry Maggie, a Kingpin wprowadza nowego, niebezpiecznego gracza. Po zakończeniu DD przerzuciliśmy się na "Punishera" (drugi sezon). Co prawda nie ma w nim miejsca na Liebermana (jego wątek skończył się wraz z zakończeniem pierwszej serii), ale mamy “małą ściemniarę”, która z odcinka na odcinek coraz bardziej zaskarbia nasze serca. Frank nie wychodzi z formy, a Billy jako Jigsaw nareszcie pokazuje na co go stać. Dużo dobrej jatki – dla miłośników gatunku.

Za to trzeci sezon "Człowieka z Wysokiego Zamku" rozczarowuje, bo na trzynaście odcinków mamy tylko jeden, no, góra dwa momenty z prawdziwą akcją, a reszta ciągnie się jak Moda na sukces. Na otarcie łez jak zwykle doskonały Rufus Sewell i zawiązanie nowego wątku do przepracowania w czwartym sezonie.

Pozostając w tematyce nazistowskiej - nadrobiłam doskonały “Kryptonim HHhH”, opowiadający o karierze i śmierci kata Pragi Richarda Heinricha. Na liście jeszcze mam do obejrzenia film “Anthropoid” o tej samej akcji – kiedy go obejrzę, pokuszę się o porównanie.

Obejrzałam w styczniu również:

Hidden Figures ⭐⭐⭐⭐⭐
Spotlight ⭐⭐⭐⭐
The Glass Castle ⭐⭐
Tom a la Ferme ⭐⭐
Papusza ⭐⭐⭐⭐⭐

Oraz po raz kolejny: 

Ratatuj💗 
Perswazje (1995)💗 
Mój Nikifor ⭐⭐⭐⭐⭐

📚📚📚
Właśnie skończyłam (dopiero) szóstą książkę w tym roku. Przeczytane do tej pory:
📚 Koala - Lukasa Bärfussa
📚 Rozświetlona jama - Max Blecher
📚 Poświata - Michael Chabon
📚 Zielone sari - Ananda Devi
📚 Po trochu - Weronika Gogola
📚 Wanda - Anna Kamińska

Archiwum