Dreszcz - Jakub Ćwiek

Właściwie miałam dzisiaj napisać o zupełnie innej książce, ale tak po świętach nie będę Was obciążała stosami rosyjskich nieboszczyków wylewających się z książki Sołdat. W zamian lektura lekka, łatwa i przyjemna.
Od jakiegoś czasu cały Internet zachwyca się śląskimi przeróbkami tytułów filmowych. Pitło z luftem wejdzie pewnie do języka potocznego, bo jest niezwykle chwytliwe. Czemu o tym wspominam - otóż w Dreszczu Jakuba Ćwieka mamy takie śląskie wstawki, bo jednym z bohaterów jest emerytowany górnik, Alojz. Główną postacią jest stary sterany życiem i gorzałą rockman, który uległszy dziwnemu wypadkowi (- Co mi się stało? - zapytał. - Wersja długo czy krótko? - Krótka. - Pieron cie ciulnoł.) odkrywa w sobie "moce", które mają mu posłużyć niebawem w walce ze Złem. Rychu średnio nadaje się na bohatera, za to bardzo szybko dochrapuje się swojego własnego lokaja w osobie nastoletniego Brytyjczyka, który doskonale włada językiem Mickiewicza. 
Dużo tu humoru, rocka i znajomych, śląskich klimatów (chociaż rzecz w większości dzieje się w Katowicach mamy porządny krakowski wątek), Dreszcz jest książką totalnie postmodernistyczną, czerpiącą garściami z kultury masowej, zwłaszcza z komiksów i filmów o superbohaterach Marvella.
Pewnie dziwi Was to, że wybrałam taką "nietypową" dla mnie lekturę; ostatnie naście dni borykamy się z choróbskami, ciężko mi było skupić się na świętowaniu Bożego Narodzenia, a co dopiero na jakiejś bardziej wymagającej lekturze. Ale nie był to zły wybór, pośmiałam się szczerze przy Ćwieku, moje serce zdobył Alojz, oraz niejaki Zawisza Czarny:)
Tylko deczko się rozczarowałam, że się wszystko nie wyjaśniło, bo szykuje się drugi tom. Niedługo zabieram się za Ćwiekowskiego Kłamcę, ale póki starczy czasu przed Nowym Rokiem zaczytuję się w Reginaldzie Hillu.

Lalki w ogniu. Opowieści z Indii - Paulina Wilk

Zapewne nigdy nie pojadę do Indii, podobnie jak w inne odległe, egzotyczne zakątki świata. Ale lubię o nich czytać. Ktoś pojechał tam w moim imieniu, przetrawił "widoki" i opisał to w książce. I muszę - przynajmniej częściowo wierzyć w to, co autor przedstawia.
Mam jeszcze w głowie obraz Indii rodem z przygodówek i romansów: W 80 dni dookoła świata, Dalekie pawilony, etc. Kolorowe sari, pochłaniające czas i bogactwo rytuały, bogowie na każdym kroku. Schyłek XX-go i początek XXI-go wieku przyniósł zmianę stereotypu - Indie są nadal krajem biednym, ale rozwijającym się, miliony ludzi się kształci, a Bollywood jest większą fabryką snów, niż jej amerykański pierwowzór. Niestety, jak pisze Paulina Wilk, autorka Lalek w ogniu, Indie nadal są krajem bardzo konserwatywnym, przesycone są wszechobecną na każdym kroku biedą, Hindusi - pisze Wilk - grzęzną w hipokryzji; w kraju, w którym powstała Kamasutra, młodzi ludzie nadal zawierają aranżowane śluby, a normy społeczne są tak surowe, że zwykłe spotkanie towarzyskie jest bacznie obserwowane przez postronnych, o rodzinie nie wspominając. Kobiety często narażone są na utratę zdrowia lub życia: "Na wsiach do zabójstw (dziewczynek) doprowadza makabryczna plątanina tradycji, bezradności, ubóstwa i braku edukacji.", morderstwa posagowe (dowry deads) są na porządku dziennym, morderstwa honorowe nie dziwią już chyba nikogo. Życie nastawione jest na upublicznianie czynności, które w zachodniej świadomości są intymne, jak mycie się, defekacja. (Chociaż na katowickim dworcu niejedno można zobaczyć...).
Kraj kontrastów, odwiedzany przez miliony turystów wywołuje sprzeczne emocje - z jednej strony kolorowy korowód bóstw, przyozdobiony aksamitkami, pojony mlekiem, nacierany wonnymi olejami, wspaniałe jedzenie (jedną z moich ulubionych książek kucharskich jest Kuchnia Kryszny), niemal celebrowane przez całe rodziny, z drugiej strony bieda na ulicach, slumsy, zarobki ledwie starczające na zapewnienie sobie i rodzinie przetrwania, nie mówiąc o godnym życiu.
Jasne, że tak różnorodnego kraju szczycącego się taką historią i wspaniałą kulturą nie można "ogarnąć" w jednej książce, ale Paulina Wilk daje nam Indie w pigułce, dzieli się z czytelnikiem swoimi obserwacjami i myślę, że jest z nami szczera. Książka ponadto okraszona jest kolorowymi zdjęciami wykonanymi przez samą autorkę.

Stambuł

Jedno z najliczniejszych i najpiękniejszych miast Europy nie raz zostało uwiecznione na kartach powieści; od opracowań historycznych, po Morderstwo w Orient Expresie Agathy Christie. Z ciekawostek: nie wiem czy wiecie, ale w Stambule zmarł Adam Mickiewicz. 
W mieście znajduje się 2691 czynnych meczetów, oraz 123 czynnych kościołów chrześcijańskich oraz 26 czynnych synagog. Miasto liczące 13 854 740 mieszkańców mogłoby być z powodzeniem swoistym polis (jak niegdyś, kiedy nosiło nazwę Bizancjum), państwem-miastem, w którym przegląda się cała Turcja, jak w zwierciadle. Geert Mak, holenderski pisarz i dziennikarz, wyciął z tego jeszcze mniejszą płachetkę - Most Galata. Na moście spotykają się najbiedniejsi z biednych, którzy na straganach handlują okularami przeciwsłonecznymi, herbatą, książkami, etc. Ale Most to nie tylko obraz współczesnego, znanego z wycieczek Stambułu, to także przyczynek do nakreślenia historii tego pięknego miasta. Ta niewielka objętościowo książka, licząca zaledwie 144 strony zawiera kompendium wiedzy na temat życia i struktury dawnego Konstantynopola; lata świetności, zapaść, odbudowa - jak Most Galata, na którym codziennie można spotkać te same twarze - wielokrotnie odbudowywany służy nie tylko przeprawie na drugi brzeg, ale jest spoiwem, symbolem i ważną arterią miasta. Mak pisze o specyfice tureckiego myślenia, o przetrwaniu, tradycji i honorze. I jak na zawołanie akurat po Moście miałam okazję przeczytać Honor Elif Şafak. 
W swojej najnowszej książce Şafak opowiada historię honorowego morderstwa. Rok rocznie na całym świecie odnotowuje się liczne przypadki tego typu morderstw; w oczach rodziny, czy nawet całej społeczności kobieta, decydująca się na życie z mężczyzną innym, niż nakazuje jej rodzina, zostaje "ukarana". I taki właśnie los spotyka jedną z bliźniaczek z niewielkiej tureckiej wioski; mąż Pembe Toprak odszedł do innej, a ona sama została z trojgiem dzieci i długami męża. Zbieg okoliczności postawił na jej drodze mężczyznę, któremu oddała serce, ale z obawy przed rodziną spotykają się po kryjomu. Jak w Annie Kareninie Şafak piętnuje nierówność płci wobec tradycji; Adem, niewierny mąż nie ponosi konsekwencji zdrady, a Pembe płaci śmiercią za odrobinę szczęścia - zupełnie jak Anna.
Na tej ziemi, gdzie urodziły się Różowe Przeznaczenie i Dość Urody, honor był czymś więcej nie jedynie słowem. Był również imieniem. Dziecku można było dać na imię Honor, jeśli był to chłopiec. Bo honor mieli mężczyźni. Starcy, mężczyźni w średnim wieku, a nawet chłopcy tak młodzi, że ciągle pachnęli jeszcze mlekiem matki. Kobiety honoru nie miały. Miały za to wstyd - ale jak wszyscy wiedzieli, nie byłoby zbyt przyjemnie nosić takie imię.
Jednym z głównych bohaterów jest İskender, pierworodny Adema i Pembe. Już od pierwszego rozdziału wiemy, że to on jest odpowiedzialny za zabójstwo własnej matki. Jednakże nic nie jest takie, jakim się wydaje, przedziwne zbiegi okoliczności działają jakby w imieniu losu (tureckie kismet), wbrew któremu działali bohaterowie. 
Honor wciąga. Czyta się go jednym tchem. Şafak, jak Agatha Christie daje nam wskazówki już od pierwszych chwil, a koniec i tak zaskakuje dając jednocześnie nadzieję. Może jestem bardzo nieobiektywna, bo uważam Elif Şafak za jedną z najlepszych pisarek, jakich prozę miałam okazję czytać, ale w jej pisarstwie jest coś, co przykuwa na długie godziny do fotela i sprawia, że człowiek zapomina o bożym świecie. Część, która rozgrywała się w Londynie przypominała mi Białe zęby Zaidie Smith (chyba byłam zbyt ostra dla tej książki, która w gruncie rzeczy była całkiem niezła).
Jeśli mielibyście możliwość, czytajcie właśnie w tej kolejności: Most, potem Honor. Obie polecam bardzo gorąco.
A jeśli chodzi o Stambuł, to bardzo chętnie bym się wybrała, ale tak fizycznie, nie tylko "duchem", jak do tej pory.

Gdzie oni są? Gdzie wszyscy moi przyjaciele?

Bezbarwnego Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymki przeczytałam z dwu powodów: po pierwsze, jest w prozie Haruki Murakamiego coś, co mnie nieodparcie przyciąga, po drugie, 28 listopada odbyła się ogólnopolska dyskusja poświęcona właśnie tej książce (w zeszłym roku omawialiśmy Trafny wybór JK Rowling). 
Murakami mnie nie zawiódł. O ile nie lubię jego opowiadań (jak wspomnę człowieka-żabę, to mi kartofle z piwnicy czwórkami wychodzą), to powieści uwielbiam. Oczywiście największe wrażenie zrobiła na mnie Kronika ptaka nakręcacza, Kafka nad morzem, Sputnik Sweetheart i trylogia 1Q84, na której ostatni tom czekałam z wypiekami na twarzy. Bezbarwnemu Tsukuru Tazakiemu (dopisek o latach pielgrzymstwa chętnie bym usunęła) bliżej jest do Norwegian Wood - przed nastu laty była sobie paczka przyjaciół, porównująca się do pięciu palców jednej ręki. Kiedy Tsukuru jako jedyny z piątki decyduje się na opuszczenie rodzinnego Nagoi, pozostali ni z tego ni z owego bezpardonowo kończą z nim znajomość. Na Tsukuru wywiera to niebagatelny wpływ: młody człowiek popada w depresję - Murakami w tym miejscu prześciga sam siebie i funduje czytelnikowi najlepszy opis depresji, który został zapisany ludzką ręką.
Jak w innych powieściach sen miesza się z jawą, nie ma prostych wyjaśnień, zostaje tylko oniryczny klimat. Choć nie tak "zakręcony", jak we wspomnianych wyżej powieściach. Oczywiście Murakami nie byłby sobą, gdyby nie "wrzucił" również muzycznego tematu przewodniego - mieliśmy jazz, Janacka, Beatlesów, teraz pora na Ferenca Lista i jego Lata pielgrzymstwa (stąd podtytuł). Właśnie - co do bezbarwności Tsukuru, jest to odniesienie do nazwiska, które na tle czwórki pozostałych przyjaciół, noszących od-kolorowe nazwiska, wydaje się pozbawione koloru. Bynajmniej Tsukuru nie jest bezbarwny z charakteru, o czym, mam nadzieję, przekonacie się czytając najnowszą książkę Murakamiego.
Wspomniałam o II-giej ogólnopolskiej dyskusji - DKK, do którego należę zorganizowało spotkanie w herbaciarni White Monkey. Klimatyczny półmrok, pyszna herbata, wspaniała dyskusja - co tu dużo mówić, było świetnie!

Listy wybrane Jane Austen

Hmmm... No i mam problem. Nie, że mi się nie podobało, ale czego się można spodziewać po prywatnej korespondencji sprzed dwustu lat? Korespondencja pochodzi z lat 1796-1817. Austen pisała do siostry, przyjaciół, dalszych krewnych. Oczywiście nie zaprzeczam, że historyk bądź miłośnik epoki miałby, że tak powiem niezłe buszowanie, bo Austen dość obficie pisze o zwyczajnych sprawach, których trudno szukać na kartach powieści. Ale przyznam, że ciężko mi się czytało jej listy, bo strasznie przypomina mi to taką zwyczajną rodzinna korespondencję. Nie jestem tylko pewna, czy jeszcze pisze się "papierowe" listy, czy już wszyscy przeszli na maile? W każdym razie jeszcze kilka lat temu z będąc na wakacjach pisywałam listy dość chętnie i sama otrzymywałam listy od rodziny. No, ale przecież miałam pisać o Jane Austen, nie o sobie.
 Z pewnością nie były to listy pisane z myślą o potomnych, o wydawcy i szerokim czytelniku. To dzisiejszy świat zaszczepił w pisarzach chęć tworzenia intymnych dzienników na pokaz.
Jaka Jane jawi się w korespondencji? Rzeczowa, inteligentna (bez wątpienia), rozważna, a jej sposób pisania żywy i barwny. Myślę, że z czystej ciekawości każdy miłośnik jej twórczości powinien przeczytać choć kilka, tak na wyrywki, jeśli nie całość.
Tak swoja drogą - brakowało mi korespondencji zwrotnej, i szczerze powiedziawszy, nie rozumiem idei "wybierania" listów, wierszy bądź wpisów do dziennika. Na jakiej podstawie ktoś wie lepiej, co mnie (czytelnika) będzie interesowało?  


Recenzja z dygresją, czyli o pozorach, które mylą

Mam taka prywatną listę pisarzy do zapoznania. Na tej liście od czasu spotkania autorskiego (półtora roku temu) "wisi" Eric-Emmanuel Schmitt. Julia Orzech zachęciła mnie do Intrygantek, które znalazłam raz-dwa i po powrocie do domu zaczęłam czytać.
I tutaj muszę zrobić dygresję: otóż abstrahując od spotkania, (które było niezwykle udane, autor dosłownie rozkochał w sobie publiczność, tłumacz niemal czytał w myślach Schmitta, a Bugalski pełnił funkcję wisienki na torcie) spodziewałam się czegoś nieznośnie babskiego w duchu jak nie Coelho, to przynajmniej Wiśniewskiego. Okładka z półnagą kobietą, tytuł oraz tekst z tyłu okładki miały mnie utwierdzić w tym przekonaniu. I dlatego przez te półtora roku nie sięgnęłam po prozę Schmitta. No więc jakież było moje zdziwienie, kiedy Intrygantki okazały się zbiorem świetnych dramatów scenicznych, dotyczących nie tylko miłości, ale i winy, tożsamości, przemiany, woli, Boga i przyczynie zła na świecie. 
Na okładce jak byk stoi: 
Pięć kobiet pałających żądzą zemsty zastawia pułapkę na mężczyznę, który dawno temu złamał każdej z nich serce. Jednak kiedy zwabiony podstępem Don Juan wpada w ich sidła, cały misterny plan wali się w gruzy. Okazuje się, że mimo upływu lat uwodzicielskie słowa Don Juana nie straciły nic ze swojej zniewalającej mocy.
Kobiety szybko odkrywają, że tajemniczy łajdak, którego tak przez lata nienawidziły, wciąż ma nad nimi władzę.
Dawne namiętności odżywają – i okazują się o wiele silniejsze niż pielęgnowany latami gniew z powodu zdrady.
Proszę państwa, pozory mylą - wydawca zapewne chciał skierować książkę do masowego odbiorcy, któremu wmówił, że to literatura w spódnicy. A ja oczyma wyobraźni widziałam znakomite przedstawienia teatralne, w które wcieliłam najznakomitszych polskich aktorów. Ani słowa o pozostałych trzech dramatach!
Co więcej, ze zdumieniem przeczytałam, że autor skończył filozofię; kiedy nieznajomy mężczyzna z dramatu "Gość" mówi o niewinie Boga i wolnej woli człowieka, od razu poczułam się, jakby Schmitt uczęszczał na te same wykłady u prof Dembińskiego, co ja. Do tego ostatni, króciuteńki dramacik jest bardzo przewrotną kpina z wielkich filozofów.
Tytuł oryginału brzmi: Théâtre. La Nuit de Valognes, Le Visiteur, Le Bâillon, L'École du diable, co można było przetłumaczyć: Dramaty: Noc w Valognes, Gość, Knebel, Szatańska filozofia (polskie tytuły poszczególnych dramatów). Czemu więc Intrygantki? 
Oczywiście nie jest to moje ostatnie spotkanie ze Schmittem. Ale nie mogę się zdecydować po co sięgnąć teraz, żeby nie stracić tego, co odkryłam?

P.S. dla porównania pokazuję zagraniczną okładkę. Można bez kobiety? Można.


Láska nebeská - Mariusz Szczygieł

W maju miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu autorskim z Mariuszem Szczygłem. Bardzo to było udane spotkanie, które nie tylko przybliżyło czytelnikom pisarstwo Szczygła, ale i zbliżyło dwa narody, bo gościło u nas wielu Czechów. Również w tym roku przeczytałam doskonałe reportaże zawarte w tomie Gottland, które bardzo pozytywnie wspominam (recenzja tu). Kiedy tylko miałam możliwość sięgnięcia "po więcej Szczygła", zrobiłam to bez wahania. Láska nebeská jest zbiorem felietonów, znacznie lżejszych niż wspomniany Gottland. O ile w tym ostatnim mieliśmy masę historii dość ciężkich gatunkowo, to Láska nebeská (po polsku można to przetłumaczyć jako "niebiańska miłość", "miłość nie z tej ziemi") opowiada o radości życia, z ciepłym humorem ukazując literaturę, film i sztukę Czechów (oraz Czechosłowaków). Króciuteńkie felietoniki okraszone są czarno-białymi zdjęciami z pogranicza reportażu i fotografii streetartowej. Próbując uchwycić czeską mentalność, Szczygieł,  szuka różnic i podobieństw między naszymi narodami, ale odniosłam wrażenie, że Czesi to bardziej stan umysłu niż naród - i właśnie o tym jest ta książka. O największych czeskim filozofie - Szwejku; o nieistniejącym geniuszu, który z miażdżącą przewagą głosów zwyciężył w plebiscycie na Największego Czecha, o abstrakcyjno-kafkowskim pogrzebie Havla. Część felietonów ukazała się jako przedmowa do książkowej serii "Literatura czeska", wśród których znalazły się między innymi  "Przygody dobrego wojaka Szwejka" Jaroslava Haška, "Święto przebiśniegu" Bohumila Hrabala, "Czarny Piotruś" Jaroslava Papouška, "Krakatit" Karela Eapka, "Opera żebracza" Václava Havla, czy polecana wszystkim przez Szczygła "Śmierć pięknych saren" Oty Pavela.

Swoją drogą zabawnie się to wszystko układa: niedawno przeczytałam Kunderę, zaraz potem jak na zawołanie dostałam film, a teraz "czeski" Szczygieł. 


Kolor purpury - Alice Walker

- Jesteś czarna, biedna i brzydka, a w dodatku kobita.  - Jestem biedna, czarna a może i brzydka i nie umiem gotować. Ale jestem. 

 Kolor purpury jest wzruszającą opowieścią o sile ludzkiego ducha na przekór przeciwnościom losu. Historia Celii toczy się pomiędzy dwiema wojnami światowymi na amerykańskim Południu. Świat, w którym przyszło żyć bohaterom podzielony jest na biały i czarny. Brutalizm dnia codziennego przejawia się w przemocy wobec kobiet, w kazirodztwie, nieposzanowaniu życia najmłodszych. 

Celia zostaje niemal przehandlowana wdowcowi, który potrzebuje kogoś do opieki nad dziećmi. Tym samym Celia, potulna, nieładna i bez prawa głosu zostaje rozdzielona z siostrą Nettie, która ucieka z domu, by stać się misjonarka w Afryce. W Afryce niekodyfikowane prawo tubylczego plemienia Olinków okazuje się być w swoim zachowaniu niezwykle podobne, do tego od czego uciekała Nettie. 

Celia, która ze strachem podporządkowała się swojemu mężowi, pod wpływem jego kochanki, piosenkarki Cuksy Avery uczy się miłości i nabiera przekonania o własnej wartości. 

Piękna książka pisana w formie listów: do Boga, do Nettie i do Celii, porywa swoją bezpośredniością. W kręgu biednego murzyńskiego Południa nikt wówczas nie słyszał o supremacji ciemnoskórych Amerykanów, a cóż dopiero mówić o emancypacji czarnych kobiet. Alice Walker rysuje portrety silnych kobiet – Cuksy, która płaci wysoką cenę za swoją niezależność, Nettie, która postawiła na wykształcenie odrzucając zamążpójście, Sofii, która nie ugina karku przed przemocą, oraz Celii, która uczy się żyć bez strachu i stawiać na swoim. Kolor purpury to także obraz mężczyzn, którzy pod powłoką wpojonej im przez pokolenia brutalności nie są tacy straszni. 

Czytając cały czas ściskałam kciuki za biedną Celię, a ostatnie listy bardzo mnie rozczuliły. Polecam zarówno książkę jak i jej młodszą siostrę – film Stevena Spielberga z Woopie Goldberg w roli Celii.

Nieznośna lekkość bytu - Milan Kundera

Sześć zbiegów okoliczności na zawsze połączyło losy Tomasza i Teresy. Tomasz, lekarz, jeden z najlepszych w kraju chirurgów, wiedzie życie pełne przygód seksualnych. Do swojej natury kobieciarza potrafi dorobić całkiem zgrabną filozofię, dzięki czemu nie angażuje się w żaden związek. Do czasu aż w jego życie wkroczy kelnerka, Teresa oraz suka imieniem Karenin.
Powieść Kundery jest bardzo niesztampowym spojrzeniem na związek dwojga ludzi (nie licząc psa). Dla głównego bohatera seks i oddzielona od niego miłość biegną równoległym torem, nie stykając się na moment, ale mam wrażenie, że Teresa - choć uczuciowa z natury i skrzywdzona przez matkę, a więc i szukająca pewnego ciepła i stabilności, przejmuje coś ze sposobu patrzenia na świat Tomasza; choć cierpi w skrytości ducha, że musi dzielić ciało ukochanego mężczyzny z innymi kobietami, nie stara się wpływać na Tomasza. Jedną z większych ról w życiu pary odgrywa przyjaciółka i była partnerka Tomasza, Sabina, malarka kontestująca rzeczywistość komunistycznego ładu Czechosłowacji. 
Równolegle do relacji bohaterów poznajemy wydarzenia w 1968 roku, kiedy wojska sowieckie najechały Pragę. Wówczas polityka wkrada się w życie każdego obywatela, a opowiedzenie się po stronie wolności prowadzi za sobą daleko idące konsekwencje. Czy pozorna degradacja, wymuszona przez system przyniesie - paradoksalnie - ukojenie?
Powieść Kundery należy do najbardziej znanych przykładów literatury czeskiej. Doczekała się nawet ekranizacji z Danielem Day-Lewisem i Juliette Binoche, której jestem dość ciekawa. Kundera sięga do filozofii i metafizyki, co nadaje powieści wzniosłości; czasami brzmi to jednak zbyt metafizycznie i całość nabiera powietrza, jak balonik, by w następnej scenie opaść nie straciwszy nic ze swej ostrości. Momentami skandalizująca powieść obyczajowa zmienia się w traktat ontologiczny, dzięki czemu Nieznośna lekkość bytu jest powieścią naprawdę znakomitą.

Kultura kłamstwa (eseje antypolityczne) - Dubravka Ugrešić

Zbiór esejów Dubravki Ugrešić Kultura kłamstwa zawiera szczere, czasami zaskakujące wyznania, wspomnienia i przemyślenia. Dotyczą nie tylko szeroko pojętej „bałkańskości”, ale są uniwersalne – w czasach po II-wojnie światowej miliony Europejczyków musiało opowiadać się po stronie konkretnej etnicznej tożsamości, i na każdej szerokości geograficznej, niestety, ludzkość jak żyje będzie powielać ten schemat.
źródło: lubimyczytac.pl

W Jugosławii Tito żyło się dobrze. No, w każdym razie – jak stwierdza Ugrešić, lepiej niż na przykład u nas, w Polsce – kiedy myśmy mieli galopujący stalinizm, w Jugosławii puszczali westerny, a dzieciaki piły coca colę przez słomkę. Jednak myliłby się ten, kto wyciąga wniosek, że autorka chwali byłego dyktatora; z esejów sączy się gorycz, że żaden polityk nie pragnie dobra ludzi, a sławy, władzy, zwłaszcza tej nieograniczonej. Mimo dobrobytu nie obyło się bez zgrzytów, podziałów i pęknięć. Patriarchalne społeczeństwo widziało kobietę zmarginalizowaną, jako dodatek do mężczyzny, co wspaniale pokazuje elementarz, o którym pisze Ugrešić.
Lata 80-te tuż po śmierci dyktatora doprowadziły do wzrostu nacjonalizmu, a jakie były skutki, wszyscy dobrze pamiętamy. Każdy, dosłownie każdy musiał opowiedzieć się „po czyjej jest stronie”, choćby nie miał najmniejszej ochoty. Czyżby róża miała inaczej pachnieć, gdyby miała inną nazwę? Dla polityków niestety tak. Wojna wkroczyła w zwyczajne życie, za oknem działy się sceny, jak z filmów o II wojnie światowej. A co ze zwykłymi ludźmi?! Jak nie tylko żyć i zachować człowieczeństwo, ale jak uprawiać literaturę w czasie bratobójczych walk?
Ale Kultura kłamstwa to nie tylko polityka; ciekawy jest rozdział o palindromach, o powieści napisanej palindromem. Autorka z wielką erudycją pokazuje nam kulturalny świat Bałkanów, świat przed, po i w trakcie konfliktu. Nie możemy przecież zapominać, że Europa to nie tylko Francja, Niemcy, Anglia i my, ale i Bałkany właśnie, ze swoją wielowiekową historią, niejednorodnością i kulturą. Czytając Kulturę kłamstwa miałam wrażenie, że Ugrešić ma jakąś zadrę, niewyrównane rachunki z własną tożsamością, jakby nie do końca wiedziała, kim jest, kim ma być - Europejką, Jugosłowianką, post-Jugosłowianką, Chorwatką? Czy napis w paszporcie zmieni coś w tym, jak sami o sobie myślimy?
Przyznam, że eseje czytało mi się wspaniale, ale po doczytaniu ostatniego zdania miałam przesyt i mętlik – Ugrešić w Kulturze kłamstwa zawarła chyba wszystkie możliwe tematy związane z Bałkanami i na razie nie sięgnę po nic w tym stylu i z tego regionu. Ale – polecam, polecam bardzo serdecznie: przecież o to chodzi, żeby przyswajać sobie inne światy, prawda?

3 w 1, czyli trzy łyki polskiej literatury

Październik upłynął mi pod znakiem doskonałej polskiej literatury za sprawą spotkań, w których miałam przyjemność uczestniczyć. Sięgnięcie po rodzimą literaturę było więc naturalną konsekwencją.

W tym miesiącu na DKK omawialiśmy Wojciecha Jagielskiego Wypalanie traw. Doskonały beletryzowany reportaż o RPA, polityce Apartheidu, przemianach społeczno-politycznych, pretekstem do ukazania których było morderstwo dokonane na białym farmerze. Okazuje się, że ów farmer nie był przypadkową ofiarą, lecz znanym w okolicy przywódcą bractwa porównywanego z Ku Klux Klanem. Obraz murzyńskich gett, które przedstawia nam Jagielski przywodzą na myśl getta żydowskie z czasów II wojny światowej; podział rasowy naznaczony tak silnie, że jakiekolwiek mieszanie się, bratanie czy współdziałanie nie było możliwe. Niestety, po upadku Apartheidu, kiedy Nelson Mandela został prezydentem w kraju nie żyło się lepiej, wręcz przeciwnie, stanowiska obsadzanie według klucza, którym był kolor skóry odwróciło się o 180 stopni, i zamiast współdziałać, społeczeństwo zostało podzielone, jak dotychczas. Wypalanie traw ma gorzki wydźwięk: nawet bezkrwawa rewolucja nie przywróci ładu, dopóki oparta jest na zemście. 
*
Szczepan Twardoch to jedno z najgorętszych w tym sezonie nazwisk. Tegoroczny Laureat Paszportu Polityki, z wykształcenia filozof, socjolog, mieszkaniec Pilchowic (które są ode mnie o rzut beretem). Kiedy zobaczyłam Morfinę na półce z nowościami, to ją zgarnęłam tak szybko, że powietrze zawirowało. Zrobiłam sobie herbatkę, usiadłam, czytam. I w miarę jak poznaję specyficzny twardochowski język, to mnie jakieś mdłości biorą, jak przy czytaniu lektury szkolnej, powiedzmy takiego Przedwiośnia; jakby mi ktoś kazał to czytać, bo przyjemności tu nie miałam żadnej. Zapoznałam się z entuzjastycznymi recenzjami i co mnie najbardziej zdziwiło, to te bezkrytyczne peany pod adresem powieści. Na drugiej szalce wagi stały nieśmiałe "nie dałem rady", "bełkot". Co podobało mi się w powieści to przedstawienie głównego bohatera, po trosze tchórza, ale język na tyle kostropaty, że po stu stronach miałam dość. Całość bardzo przypomina (klimatem) pisarstwo Krajewskiego: dziwki, morfina, brud, dewiacje seksualne. Dostałam bonusik w postaci przedwojennego Gleiwitz (które autor przecież dobrze zna), oraz wzmiankę o szpitalu w Rybniku (u Krajewskiego również ów szpital "wystąpił"). Czy polecam? Jezu, no szczerze, nie wiem. Dziwne to było i raczej nie moja bajka. Co więcej, kiedy skończyłam, zostało mi do rozdysponowania jeszcze kilka kwadransów. Spożytkowałam je na początek Jadąc do Babagad i od razu mój mózg odpoczął. 
*
No i to jest ta trzecia pozycja z 3 w 1 - o spotkaniu autorskim ze Stasiukiem pisałam kilka postów temu. Nie mogłam się doczekać sięgnięcia po lekturę Jadąc do Babadag. Sięgnęłam i od razu mnie wciągnęło. Piękny język, piękny styl, bardzo sensualna pisanina, którą można poczuć, powąchać, dotknąć. Jeszcze jestem w trakcie, jeszcze nie skończyłam, ale wiem już, że to będzie jedna z lepszych książek, które czytałam. 
I w ten sposób doszłam do jednoznacznego wniosku - wolę literaturę faktu. Nie dla mnie beletrystyka, wolę reportaż, esej, biografię. Być może jakoś podświadomie wychodzę z założenia, że świat jest tak niehomogeniczny, że nawet fikcja wypada w porównaniu z nim blado?

Filmowo... tym razem po polsku

Celebrując polski październik nastawiłam się również na polskie kino, które - ku mojemu zdziwieniu, ma się dobrze! Lubię rodzimą kinematografię; kultową Seksmisję, z której dialogi znam na pamięć, świetne filmy Marczewskiego, Zanussiego, Kieślowskiego. Ale od pewnego czasu to, co robili nasi filmowcy to nawet nie strzał w stopę, to strzał w mózg kinomana!
*
Rok 2004 przyniósł jednak iskierkę nadziei w postaci Wesela Wojciecha Smarzowskiego. Ten sam reżyser w 2009 zasłynął bezpretensjonalnym, niezwykle ostrym Domem złym, a w 2011 ujął widownię Różą.
Najnowszy film Smarzowskiego, Drogówka, jest filmem sensacyjnym ujętym z charakterystycznym dla reżysera brutalizmem i ironią ocierającą się wręcz o czarny humor. Po zapowiedziach, które krążyły po sieci spodziewałam się komedii, a dostałam pełen napięcia mroczny kryminał, powielający najlepsze wzorce zagraniczne: wyobcowany bohater, który stracił wszystko, musi udowodnić swoją niewinność. Drogówka to bardzo dobry film, który polecam widzom o mocnych nerwach i żołądkach.
*
Kolejnym doskonałym moim zdaniem filmem jest Układ zamknięty. Historia jakby gdzieś już zasłyszana: prosperująca firma komputerowa za sprawą zawiści dwóch "układowców" zostaje zrównana walcem, a jej prezesi wtrąceni do więzienia. Niech nikt nie mówi, że to nie przypomina naszego Optimusa. Plus dawno nie widziani Janusz Gajos i Kazimierz Kaczor. Polskie piekiełko w najlepszym wydaniu.
*
Dzień kobiet chciałam obejrzeć już od dawna; Sadowska przedstawia w filmie historię świeżo mianowanej kierowniczki dyskontu Motylek, która po zwolnieniu upomina się o swoje nadgodziny. Mamy tu wszystkie biedronkowskie historie - poronienie na "szychcie", nie wypłacanie nadgodzin, itp., ale najbardziej interesujące jet to, jak zmienia się główna bohaterka - z miłej, lubianej pracownicy przeistacza się w trybik maszyny, nieczuły i gotów za posadę na wszelkie chwyty. Moim zdaniem reklamowanie filmu jako historii o polskiej Erin Brockovich, jest nadużyciem, bo Halina Radwan walczy tylko o swoje nadgodziny i dopiero post factum zauważa niesprawiedliwości (których nawiasem mówiąc sama się dopuszczała). Niemniej jednak, jak film będzie w telewizji, to sobie obejrzyjcie.
*
Jednym z najładniejszych filmów, które ostatnio widziałam jest Miłość Fabickiego. Ostatnio, ze szkodą dla tego filmu, zaroiło się od filmów o tym tytule (dokument o Tymańskim, film M. Haneke). Dramat małżeństwa, które musi sobie poradzić z traumatycznym wydarzeniem. Depresja poporodowa, poczucie winy, brak zaufania, czy prawdziwa miłość jest w stanie to przetrwać? Bardzo gorzki, świetnie zagrany (z wyjątkiem bełkoczącej pod nosem Julii Kijowskiej), prawdziwy. Bardzo przekonujący w roli Tomka Marcin Dorociński, którego uważam za jednego z najlepszych polskich aktorów młodszego pokolenia.
*
Dorocińskie gra również jedną z dwu głównych ról w znakomitym dramacie Lęk wysokości. Jest to historia robiącego karierę w telewizji syna i ojca, który zdradza objawy choroby psychicznej. W roli ojca - Krzysztof Stroiński (który dla mnie chyba na zawsze pozostanie Leszkiem z Daleko od szosy). Plus Śląsk, który jakoś instynktownie poznałam po jednym rzucie oka.
*
Ogród Luizy. Film może trochę naiwny, prosty, ale ładny i jest w nim coś baśniowego.
*
Również w Obławie Dorociński gra również główną rolę. Partyzanci obdarci z bohaterstwa, etosu i humanizmu. Tu wojna jest brzydka, śmierdząca i umiera się naprawdę. Zdrada jest powszechna i próżno szukać tu człowieczeństwa. Maciej Stuhr w bardzo niejednoznacznej roli dowodzi, że jest aktorem pierwszego sortu.
*
Młodego Stuhra również można zobaczyć w kontrowersyjnym Pokłosiu. Bożyczku, jak ja czekałam na ten film! Temat jest trudny, niezabliźniony, jednocześnie myślę, że ten film musiał powstać. Nie uważam go za antypolski, a raczej manifest przeciw nienawiści i pazerności. Wszyscy wiemy, że istniały takie rodziny jak Kowalskich, czy Ulmów, ale istniały również takie wioski, jak Jedwabne... Jest tam pewna scena, kiedy Franciszek Kalina, brat Józefa, zakrada się do opuszczonych bunkrów i czyta napis na ścianie: modlitwę do Matki Boskiej. Skojarzyło mi się to z jedną z części III Symfonii Pieśni Żałosnych Góreckiego, gdzie tekst został zaczerpnięty z napisu wyrytego w podobnym miejscu. 
Co do macew, które służyły za płyty chodnikowe, to z różnych źródeł wiem, że, niestety, tak właśnie było. Nawet w mieście,  w którym obecnie mieszkam jakiś czas temu wmurowano tablicę na parkingu, na którym przed wojną był kirkut.
*
Na koniec taki dziwny film, którego nie umiem zaklasyfikować. Młyn i krzyż jest międzynarodową produkcją nastawioną na efekty specjalne. Wysmakowany, piękny, ale... pusty. Dla licealistów na zajęcia ze sztuki w sam raz. O ile istnieje możliwość przewijania;) 
Z nieco starszych filmów - żeby nie było, że zapomniałam polecam Salę samobójców. Mocny. Zresztą, pisałam już kiedyś na jego temat.
*
Przede mną: Rysa, Kret (ale nie wiem, czy warto), Plac Zbawiciela, Tulipany i wyczekiwany przeze mnie Inny Świat o Danucie Szaflarkiej. Czekam również na Idę. We czwartek bodajże leci Daas. Widział ktoś z Was?

Spotkanie autorskie z Wojciechem Tochmanem

W zeszły piątek w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki odbyło się spotkanie z autorem reportaży, Wojciechem Tochmanem. Znany z takich książek jak Jakbyś kamień jadła (podróż do powojennej Bośni), Bóg zapłać, Dzisiaj narysujemy śmierć (problem ludobójstwa w Rwandzie), lub wydanego zaledwie kilka dni temu zbioru reportaży z Filipin Eli, Eli. Ta ostatnia dotyczy kontrastu jaki istnieje między bogatym światem, a slumsami. Impulsem do powstania książki było zdjęcie kobiety w morzu. Tochman odnalazł Josephine - kobietę ze zdjęcia - i ta właśnie historia otwiera Eli, Eli. Można więc powiedzieć, że - po filozoficznemu, książka zaczęła się od zdziwienia, zdziwienia nad losem kobiety. Autor przyznał, że podobnie było w przypadku reportaży z Rwandy, czy Bośni: Jak można żyć z takim cierpieniem, jak można żyć w tak małym kraju wraz z niedawnymi oprawcami? W miarę dojrzewania autora, zmienia się również i wydźwięk książek - Tochman przyznał, że kiedy wydawał swoje pierwsze reportaże (był wówczas zaledwie dwudziestoparolatkiem) kładł nacisk na cyzelowanie zdań, zajmowała go bardziej strona techniczna reportażu. Dziś jego prace są bardziej humanistyczne. Lubię mieć pewność, że mój tekst nie zaszkodzi bohaterom, dodaje Tochman. 

Spotkanie moderowała Anna Piontek

Zapytany o obiektywizm w reportażu Tochman odpowiedział, że przedstawia w nim swoją prawdę, nikt nigdy nie jest obiektywny, a jedna historia może być opowiedziana z rożnych perspektyw, tak jak Filipiny, to nie tylko slumsy, ale i społeczność bogaczy, klasa średnia; Eli, Eli jednak skupia się przede wszystkim na najuboższych mieszkańcach tego egzotycznego dla nas kraju. Jednakże, dodaje autor, reporter nie powinien stawiać tezy a priori. Literatura non-fiction rządzi się własnymi prawami; jest czymś pomiędzy dziennikarstwem, a literaturą piękną. Według Tochmana fakty są święte, ale nacechowane wrażeniami, które z założenia są czysto subiektywne.
Oczywiście nie zabrakło pytań od licznie zgromadzonej publiczności; pytania dotyczyły nie tylko ostatniej książki, ale również adopcji na odległość (Tochman przyznał: To działa, podając przykład zakonników, którzy zajmują się stypendiami dla młodzieży w Rwandzie), o swoisty wojeryzm, którym nacechowane są reportaże z "trudnych" rejonów świata, a także o Szkołę Reportażu, którą współtworzy wraz z Mariuszem Szczygłem. Padło również pytanie o ONZ; Tochman przyznał, że ONZ jest formacją skompromitowaną (żołnierze kontyngentów pokojowych z uwagi na rezolucję ani w Rwandzie, ani w Srebrenicy nie udaremnili masowego ludobójstwa) i powinna zostać rozwiązana.
Polska szkoła reportażu ma się więc całkiem dobrze. Takie nazwiska, jak - cokolwiek by nie mówić - kultowy Kapuściński, Hanna Krall, Mariusz Szczygieł, Wojciech Jagielski, czy niedawny gość DKK, Wojciech Tochman świadczą o tym najlepiej.

Relacja ze spotkań autorskich w ramach 44 Rybnickich Dni Literatury

44 Rybnickie Dni Literatury dobiegły końca, pozostawiając po sobie miłe wspomnienia. W tym roku gościliśmy znanych pisarzy, zarówno poetów jak i prozaików, a każdy, nawet najbardziej wymagający czytelnik znalazł coś dla siebie.



Poniedziałek zarezerwowany był dla poezji – gościem Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej był związany ze Śląskiem poeta Stanisław Krawczyk. Niestety, nie byłam obecna na spotkaniu, więc tu zatrzymam się na prezentacji autora, który karierę zaczynał na łamach Tygodnika Kulturalnego. Obecnie Krawczyk jest wiceprezesem katowickiego Oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, nadal pozostając czynnym literatem.
We wtorek odbyło się spotkanie z Michałem Rusinkiem, byłym sekretarzem Wisławy Szymborskiej, pisarzem, tłumaczem oraz felietonistą. Moderatorem spotkania był Grzegorz Walczak, który w samych superlatywach przedstawił gościa z Krakowa. Spotkanie odbyło się w sali konferencyjnej, którą niemal po brzegi wypełniła publiczność o szerokim spektrum wiekowym – od dwulatki, poprzez uczniów szkoły podstawowej i średniej, po dorosłych – Rusinek bowiem znany jest ze swoich przekładów z języka angielskiego tak klasycznych opowieści jak cykl o Misiu Paddingtonie, Piotrusiu Panu, czy przekład mini komiksów o Fistaszkach.
Na pytania od publiczności opowiadał z właściwym sobie humorem, odwołując się często do swojej mentorki. Oczywiście nie zabrakło anegdot opisujących współpracę z noblistką; Rusinek opowiadał o twórczości niepoważnej, jej odbiorze oraz o tym, skąd się wzięła pasja poetki do tego rodzaju poezji ("w tradycji anglosaskiej poeta jest rzemieślnikiem, a u nas – wieszczem w stylu Słowackiego i Norwida"). Dodał również, że poetka czerpała z Monty Pythona, cytował jej oraz swoje humoreski i limeryki (które wymieniał na przykład z Turnauem), a także uchylił kulisy słynnego „saloniku” Szymborskiej, kiedy potrafiła zamówić dla gości coś, co świeżo odkryła – pizzę na telefon.  
Dobrze się słuchało przyjemnego tembru głosu gościa, który niewątpliwie posiada dar opowiadania wspaniałych anegdot, które okrasza inteligentnym humorem.
Kolejne spotkanie autorskie Dni Literatury również odbyło się przy sali wypełnionej po brzegi. Jak poprzednio moderatorem był Grzegorz Walczak, a gościem był ceniony prozaik i eseista Andrzej Stasiuk. Luźny, spokojny i bezpośredni Stasiuk zaproponował moderatorowi formę rozmowy, w którą miała się włączać również publiczność. Padały pytania o stosunek do zwierząt, który ujawnia się z całą wyrazistością  w opowiadaniu Suka z tomiku Grochów.  Styl Stasiuka został określony jako sensualny i konkretny. Nie zabrakło pytań o „problem” bałkański – autor najbardziej znany szerokiemu odbiorcy jest z nagrodzonego reportażu Jadąc do Babadag; od czasu wydania Jadąc… zrodziła się niemal moda na kraje zapomniane. Dziś już tematyka bałkańska nie interesuje Stasiuka, jak sam przyznał: „To się wyczerpało”. Autor opowiadał o podróży do Chin, gdzie podpatrywał chiński komunizm; książka planowana na przyszły rok będzie nosiła tytuł „Wschód”. Również w przyszłym roku ukazać ma się książka na poły autobiograficzna, odnosząca się do powojennej wędrówki ludów, przesiedleniach, rodzicach autora oraz zaburzonej tożsamości kulturowej.
Gość, odpowiadając na pytanie z publiczności o stan polskiej literatury współczesnej wyraził swoje niezadowolenie: „Nie ma ciekawych polskich tekstów”. Największe brawa posypały się po odpowiedzi na pytanie o zachętę do czytania; Stasiuk z właściwą sobie  szczerością powiedział, że nie można kogoś zachęcać „Weź się zachęć”, a potem dodał, że „Czytanie jest wielką przygodą, w którą rzucasz się głową naprzód. Zachęcanie do czytania to jak wmuszanie w dziecko zupki”.
Niewątpliwie spotkanie z Andrzejem Stasiukiem będzie długo pamiętane ze względu na żywą interakcję z publicznością, oraz bezpośredniość i szczerość wypowiedzi autora.
We czwartek w sali kameralnej (była czytelnia prasy) odbyło się spotkanie z popularna autorką powieści kobiecych, Hanną Kowalewską. Znaną przede wszystkim z pięcioksiągu zawrociańskiego (jej debiut literacki Tego lata, w Zawrociu wygrał w 1998 roku konkurs organizowany przez Świat Książki oraz Zysk i S-ka, stając się bestsellerem). Moderatorką spotkania była Paulina Dróżdzel (która, jeszcze jako Paulina Krzysztoporka prowadziła spotkanie z Sylwią Chutnik).
Autorka opowiadała o swojej pracy nad pierwszą powieścią; początkowe kilkanaście stron powstało, kiedy miała około siedemnastu lat. Na pytanie o związek kobiet z naturą, odpowiedziała posiłkując się swoimi wspomnieniami z Podlasia, kiedy jako mała dziewczynka moczyła nogi w stawie, pływała w okolicznej rzece. Kowalewska przeczytała również fragment powieści, oraz kilka swoich wierszy. Zwróciła również uwagę na niesprawiedliwość w pejoratywnym wydźwięku „literatury kobiecej”, które przy „literaturze męskiej” jest neutralne.
Spotkanie odbyło się w wąskim gronie, dzięki czemu czuło się więź z pisarką, jakbyśmy my, czytelniczki (przeważały kobiety) były jej własnym kobiecym kręgiem.
Niestety, organizatorzy nie dopisali i część słuchaczy wyszła przed końcem spotkania, ponieważ w Teatrze Ziemi Rybnickiej odbywała się promocja autobiografii Lidii Grychtołówny, światowej sławy pianistki wychowanej i związanej z Rybnikiem.
Ostatnim gościem Dni Literatury był zaproszony na prośbę czytelników Andrzej Pilipiuk. Sala kameralna dosłownie pękała w szwach, wypełniona w większości młodą publicznością. Tym razem moderowała spotkanie pani wicedyrektor, Stanisława Adamek.
Pilipiuk bawił publiczność licznymi dykteryjkami, odnoszącymi się do swojej pracy pisarskiej – w połowie lat 90-tych miał zamiar wydać dwunastotomowa sagę sf; podzielił się z publicznością również swoimi planami na przyszłość. Zdradził część fabuły powstającej już książki opowiadającej o nazistowskich Szwejkach, którzy podróżują w czasie.
Niewątpliwie Pilipiuk zostanie zapamiętany jako gość RDL z największym poczuciem humoru. To jedno z takich spotkań, po których ma się od razu ochotę sięgnąć po książkę danego autora, bo czuje się do niego autentyczną sympatię. 
I tak 44 Rybnickie Dni Literatury przeszły do historii. Był to wspaniały maraton, w którym wzięłam udział. Na spotkaniu z Michałem Rusinkiem towarzyszył mi Władek (od razu poczyniliśmy plany zakupu Misia Paddingtona). Spotkanie z Andrzejem Stasiukiem było jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie od czasu, kiedy spędziłam z nim pewną niedzielę (niestety, tylko przed ekranem, kiedy był gościem TVP Kultura); za namową koleżanek kupiłam Jadąc do Babadag, które oczywiście podsunęłam autorowi do podpisu. Tak jak wcześniej wspomniałam spotkanie z Hanną Kowalewską było bardzo kameralne i intymne – brakowało wytłumionego światła i lampek dobrego wina, a poczułabym się jak w gronie zżytych przyjaciółek. Pilipiuk, oryginał i zdaje się kawał dowcipnisia wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Podobnie czułam się po spotkaniu z É.E. Schmittem, które miało miejsce półtora roku temu w Katowicach.
Ale to nie koniec spotkań z literatami tej jesieni; w przyszłym tygodniu gościem naszego Dyskusyjnego Klubu Książki będzie Wojciech Tochman, znany reportażysta opisujący problemy ludobójstwa, ubóstwa i terroryzmu. Spotkanie odbędzie się 25 października o godz. 17.00 w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Rybniku przy ul. Szafranka.

Inszallah - Oriana Fallaci

Powieść Inszallah Oriana Fallaci dedykuje czterystu żołnierzom amerykańskim i francuskim zamordowanym w masakrze w Bejrucie przez sektę Dzieci Boga. Dedykuje ją mężczyznom, kobietom, starcom, dzieciom zamordowanym w innych masakrach w tym mieście i we wszystkich masakrach owej odwiecznej masakry, której na imię wojna. Powieść ta ma być wyrazem miłości do nich i umiłowania Życia.
Inszallah jest jednym z najbardziej wstrząsających zapisów wojny, jakie napisano; to okrucieństwo nie służy jednak samej sztuce, autorka nie lubuje się bowiem we krwi, lecz cały ten szok jest potrzebny, by pokazać bezsens wojny - Inszallah jest bowiem hymnem na cześć pacyfizmu.
Zgodnie z wyznacznikiem Hitchcocka powieść zaczyna się trzęsieniem ziemi, a po nim napięcie rośnie. Powieść otwiera jeden z najbardziej krwawych epizodów w historii światowego terroryzmu. Wojna w Libanie, Izraelczycy wycofali się zostawiając po sobie walczące o władzę frakcje Palestyńczyków; po masakrze na ludności cywilnej wkracza międzynarodowy kontyngent złożony z Amerykanów, Francuzów, Włochów i Anglików. Pewnego dnia dochodzi do dwu potężnych wybuchów, w których zmiecionych z powierzchni ziemi zostaje około czterystu żołnierzy. Fallaci pisze z perspektywy Włochów, którzy kilka strasznych minut czekają na wybuch trzeciej ciężarówki - zadają sobie pytanie, czy wysłano trzecią ciężarówkę z kierowcą-samobójcą pod ich bazę, tak jak pod bazy Amerykanów i Francuzów?
Strach, pragnienie życia, miłości i piękna jest obecny w sercu każdego żołnierza. Poznajemy cały przekrój społeczeństwa skondensowany do garstki mężczyzn, z których każdy ma życie, które zostawił zakładając mundur. Młodzi mężczyźni z małych miejscowości, zakochani w córce piekarza, czy sklepikarza, dobrze wykształceni, którzy znaleźli się tu jakby przez pomyłkę, starsi mężczyźni z dowództwa, którzy mają rodziny, pasje, naleciałości, wyimaginowane żony, do których piszą długie erudycyjne listy... Każdy żyje w cieniu śmierci, w zagrożeniu kalectwem. Każdy chwyta się ostatnich okruchów piękna i życia na tej entropicznej pustyni, która była niegdyś oazą znaną z wystawnego życia i legendarnych rozłożystych cedrów; czy jest to przyjaźń z pięcioletnią dziewczynką, czy seks ze zjawiskową kobietą, czy choćby kwiatek złożony na wspólnej mogile zmasakrowanych cywili.
Ten surrealistyczny wręcz obraz wojny przypomina mi swoim pacyfistycznym wydźwiękiem Paragraf 22; wojna, która niczemu nie służy, okrucieństwo, którego nie można niczym uzasadnić. Żołnierz to nie bezduszna maszyna do zabijania, troglodyta bez skrupułów, lecz człowiek, którym targa cała paleta emocji i uczuć, jak każdym innym. Jakiś czas temu na Joe Monster był felieton, co znaczy "ranny żołnierz"; my, przed telewizorem, radiem, czytający gazety oddychamy z ulgą, słysząc, że ktoś został "tylko" ranny, że przeżył. Tym czasem "ranny" często oznacza utratę rak, nóg, twarzy...

Inszallah powinna znaleźć się w kanonie, w spisie lektur człowieka myślącego, obok niej nie można przejść obojętnie, zostawia ślad, wręcz wypala na spojówkach  ponadczasowy obraz okrucieństwa wojny tak żywo namalowany przez Fallaci.

Przyznam, że to było moje drugie zetknięcie z Inszallah - na początku lat 90-tych ta dość gruba książka (prawie osiemset stron) stała na nocnym stoliku mamy. Czasami podczytywałam ją z wypiekami na nastoletniej twarzy. Ale zdawałam sobie sprawę z tego, że to książka poważna, dla dojrzałych; zapamiętałam tylko ujadające bezpańskie psy. Potem długo szukałam jej po antykwariatach, ale - jakby jej nigdy nie było. Jakaż była moja radość, kiedy niedawno ocalony Świat Książki umieścił ją w swoich propozycjach. Bardzo dobrze się dzieje, że wydaje się w Polsce tak wartościowe powieści, jak ta.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Świat Książki

Siła i honor

Był niewolnikiem swojej legendy. Niespodziewanie wszystko mu odebrano. Nie mógł się z tym pogodzić, bo był wybitną postacią, ponadprzeciętną - tak o generale Sławomirze Petelickim mówi jego przyjaciel i współpracownik Gromosław Czempiński w najnowszej publikacji poświęconej tej barwnej postaci. Książka Ostatni samuraj. Rozmowy o generale Petelickim, zawiera zapis siedemnastu wywiadów przeprowadzonych przez dwie reporterki i publicystki, Anitę Czupryn i Dorotę Kowalską z bliskimi, przyjaciółmi i współpracownikami zmarłego tragicznie w zeszłym roku generała Sławomira Petelickiego.
Generał Petelicki osiągnął w życiu zawodowym wszystko, co można było osiągnąć w naszym kraju. Stworzył GROM, elitarną jednostkę na wzór Delta Force, czy angielskiego SAS, która od dwudziestu lat znana jest na arenie międzynarodowej ze swej skuteczności. Bezkompromisowy, pewny siebie i swoich umiejętności zawsze stał na czele, był samcem alfa, jak mówi jego druga żona, Agnieszka Petelicka, ostatnim samurajem. Jednak zawsze ktoś pod nim kopał dołki, ktoś utrudniał, bruździł. Kiedy po 1989 zmienił się ustrój polityczny w naszym kraju, zaczęła lustracja, gra teczkami, generał został odsunięty od swojego ukochanego GROM-u, zepchnięty na margines. Jednak nie dał za wygraną i starał się aktywnie uczestniczyć w życiu publicznym. Znany ze swojej antypatii, wręcz nienawiści do "pana w brudnym sweterku", jak nazywał Pałubickiego, nie szczędził słów krytyki pod adresem ludzi polityki. W ostatnich latach, szczególnie po katastrofie smoleńskiej, frustracje generała narastały. Wdał się wówczas w poważny konflikt z ministrem Klichem. Znajomi wspominali, że generał słał bezmyślnie obraźliwe smsy komu popadnie. Najbliżsi mimo wielkiego szoku, wywołanego zastrzeleniem się Petelickiego widzą w tym raczej kontynuację jego sposobu życia - umarł jak zawsze chciał, w sile wieku, z własnej woli. Inni, upatrują w tym działania osób trzecich. Zdaniem cytowanego już przeze mnie Czempińskiego, coś się w nim [Petelickim] nawarstwiało (...) Przygotowanie wizyty smoleńskiej uważał za skandaliczne. Podkreślał, że wiele instytucji, które w tym uczestniczyły, nie wywiązało się ze swoich statutowych obowiązków. Oskarżał ministra Klicha. Zresztą Klich od dawna był jego wrogiem. Czempiński mówi dalej o frustracji, która narastała w generale: Sławek opiekował się osobami poszkodowanymi, byłymi żołnierzami GROM-u. Starał się im pomóc materialnie, znaleźć nową prac, próbował wykorzystać ich umiejętności i wiedzę. Funkcjonował w biznesie, co mu w tej działalności pomagało. Ale jego wypowiedzi w mediach sprawiły, że w końcu stracił pracę. Zmieniła się więc jego sytuacja finansowa. To wszystko sprawiło, że czuł się coraz bardziej sfrustrowany. 
Ale wspomnienia o generale dotyczą nie tylko tych traumatycznych ostatnich lat z jego życia, ale i pełne są wspomnie o przyjaźniach zawieranych na czerniakowskim podwórku, gdzie młody, odważny i bitny Sławek przewodził miejscowym podrostkom, wspomnień z czasów jego pracy w wywiadzie, gdzie był wreszcie jak jego idol, James Bond, lub początków jego Opus vitae, GROM-u. W ostatnich latach, jak na prawdziwego wojownika przystało interesował się również duchową stroną walki: kolekcjonował stare miecze japońskich samurajów. O miłości generała do Japonii opowiada jego mentor na tym polu, Henryk Socha, autor wielu pozycji z zakresu japonistyki. 
Co może zadziwić czytelnika, to wywiady z ludźmi estrady i ekrany: w ostatnich latach Petelicki stał się wręcz swojego rodzaju celebrytą, który przyjaźnił się z choćby Danielem Olbrychskim, Marylą Rodowicz, czy ostatnio z Pawłem Kukizem, z którym połączyła go wspólna, polityczna sprawa. 

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca:


Fajny film wczoraj widziałam

Po chorobie postanowiłam sobie zrobić przyjemność w rodzaju kąpieli przy świecach, czy pudełka pralinek, ale przy czterolatku wolałam wybrać kino (kąpiel trwałaby jakieś pięć minut, bo dziecku zachciałoby się siusiu/kupę/myć rączki etc, a pralinki - wiadomo). Nie czytałam wcześniej recenzji, obejrzałam raz zapowiedź, ale tak naprawdę mój wybór był przesądzony, bo chciałam obejrzeć coś w sam raz kobiecego i subtelnego.
Czas na miłość (angielski tytuł to About time) to opowieść o tym jak nauczyć się żyć pięknie i umiejętnie wybrać miłość swojego życia. Odtwarzający główną rolę Domhnall Gleeson (fantastyczny w roli Lewina w ostatniej adaptacji Anny Kareniny) wciela się w postać Tima, który dowiaduje się od ojca (nasz ulubiony Billy Mack - Bill Nighy), że męska linia rodu Lake'ów potrafi podróżować w czasie. Oczywiście cofanie się w czasie nie służy zebraniu kapitału na wyścigach konnych, a zdobyciu Tej Jedynej, którą gra się urocza Rachel McAdams. Mamy piękne plenery, doskonałe dialogi (świetna rola Toma Hollandera), kochającą się rodzinę, w której aż chciałoby się żyć. Całość jest inteligentna i nietuzinkowa, a postacie takie naprawdę do polubienia. Po filmie wychodzi się patrząc na świat przez różowe okulary i aż chce się przeżywać życie najlepiej jak się potrafi. W każdym razie - zakochałam się w tym filmie, bo jest po prostu ładny!
Kolejnym filmem, który mogę polecić jest Byzantium. Wiem, wiem - znowu wampiry. Ale tym razem nie mamy tu bajki a la Zmierzch, a coś na kształt baśni, bo w tym właśnie specjalizuje się Neil Jordan. Oczywiście większość kinomanów pierwsze skojarzenie ma z Wywiadem z wampirem, ale ja tu widzę bardziej krwawą kontynuację Towarzystwa wilków (kocham ten film!); Eleanor, młodsza z bohaterek, nosi czerwoną pelerynkę zupełnie jak Rosaleen. W tym filmie coś jest. Klimat, jakaś baśniowość, sama nie wiem, ale jestem oczarowana.
Za to kompletną porażką okazał się film, na który dość długo czekałam - Stoker. Oprócz ładnych zdjęć film nie ma nic do zaoferowania i mniej więcej w połowie z fajnego klimatycznego dramatu robi się... co? pastisz? taka amerykańska wersja Trupa w każdej szafie? 
Równie srogie rozczarowanie spotkało mnie przy Miłości Swanna. Volker Schlöndorff postanowił zekranizować pierwszą część cyklu W poszukiwaniu straconego czasu. Wyszło bezkształtnie, mdło i płytko. Na pocieszenie dobry Irons, wspaniały Delon, boska Ardant i oszałamiające suknie, dla których było warto włączyć telewizor!
Na koniec dwie amerykańskie komedie - jedna to Gorący towar (skrzyżowanie Miss Agent z Policjantkami z FBI). Szału nie ma, ale pośmiać się jest z czego. 
Natomiast R.I.P.D. to jakaś totalna pomyłka; po co kręcić popłuczyny po MIB? Jeff Bridges na otarcie łez, plus wygrzebany chyba rzeczywiście z zaświatów Kevin Bacon;)
W zapowiedziach? The Kitchen, komedia USA. Na Filmwebie dość słabo oceniana, ale po zapowiedzi mogłabym dać jej szansę. Frances Ha - komedia o dość oryginalnej dziewczynie. Summer in februar - o szkole artystycznej Newlyn (lata 20-te ubiegłego wieku). Grawitacja z Sanrdą Bullock w kosmosie. Runner, runner (u nas jako Ślepy traf!) z Afleckiem i Timberlakiem. 47 roninów z Keany Reevesem, i na koniec Labirynt z Hugh Jackmanem, na który z pewnością pójdę.

W Japonii, czyli w domu - Rebecca Otowa

Japonia towarzyszy mi od najwcześniejszych lat. Jako mała dziewczynka pokochałam nadawany u nas serial Oshin, w programach ukazujących różnorodność świata podziwiałam rytuał parzenia herbaty, a japońska sztuka szturmem podbijała moje maleńkie serce choćby za sprawą teatrzyku o pięknej królewnie zaklętej w żurawia.
W dorosłym życiu sięgam po japońską literaturę (oczywiście Murakami, Kōbō Abe, Kakuzo Okakura, czy Kenzaburo Oe), oraz po tę opisującą Kraj Kwitnącej Wiśni. 
Ostatnio stałam się dumną posiadaczką W Japonii, czyli w domu, pióra Amerykanki od trzydziestu lat mieszkającej w niewielkiej wiosce pod Kioto. Rebecca Otowa pięknym, czasem lirycznym językiem opisuje swoje codzienne zmagania z obcą kulturą, której stała się częścią. Początkowo, jako młodej, niezależnej kobiecie było jej trudno podporządkować się patriarchalnemu społeczeństwu opartemu na sztywnych zasadach przestrzeganych od pokoleń. "Moje kuzynki - pisze Otowa - chciały, bym się dopasowała, ponieważ szczerze wierzyły, że tak będzie lepiej dla mnie i dla innych. Przekonywały mnie, że wszystkie japońskie żony robią to czy tamto. Wprawdzie każdy mógł się łatwo przekonać, rozglądając się po okolicy, że wcale tak nie jest, ale żony, które żony, które nie zachowywały się w idealny japoński sposób przedstawiono mi jako złe. W rzeczywistości stałam się bardziej japońska, niż inne żony w moim wieku." 
Rodzina Otowa zamieszkuje trzystuletni tradycyjny dom, w którym w zależności od pory roku wprawia się drzwi letnie lub drzwi zimowe. Ilustracje i zdjęcia w książce ukazują ten sam dom w latach 20-tych ubiegłego wieku i ten sam dom w niezmienionym kształcie u progu XXI-go wieku. 
Autorka opisuje w krótkich esejach obyczaje związane ze świętowaniem, obrzędami, domowymi bóstwami, oraz sprawami domowymi, takimi jak ogrzewanie, higiena. Jest rozdział poświęcony słodyczom i rozdział poświęcony księżycowi; "Kiedy Japończycy patrzą na Księżyc, nie dostrzegają, jak my, radosnej i trochę jowialnej twarzy życzliwego człowieka. Ich kultura nakazuje podziwiać królika ubijającego ryżowe ciastko omochi w wielkim drewnianym moździerzu." Jak mi to wyłuszczył mój mąż, to zrozumiałe dla fanów Czarodziejki z księżyca, bo ona miała na imię Bunny i jej tajne hasło zawierało coś o pieczeniu ciastek na Księżycu.
Czytając W Japonii, czyli w domu miałam wrażenie, że Amerykanie wszystkiemu się dziwią; dziwne są dla nich zmiany pór roku, tradycja i zwyczaje. Takie samo wrażenie odniosłam czytając Lekcje madame Chic. Być może dla nas, wychowanych w kulturze zdejmowania butów przed wejściem niektóre japońskie zwyczaje nie są wcale dziwne. Tak samo jak w Japonii tak i u nas nie wypada przyjść z pustymi rękami, wręczanie kopert jest zwyczajnym procederem (nie mówię o łapówkach rzecz jasna;), nosimy inne obuwie po domu, a inne na zewnątrz, dogrzewamy się piecykami, a teściowe, zupełnie jak ich japońskie odpowiedniki, uczą młode żony jak upiec tak a nie inaczej roladę, czy doprawić modrą kapustę. No i kiedy przeczytałam o specyficznych japońskich słodyczach, pakowanych "na prezent" od razu pomyślałam o naszych wymyślnych odpustowych słodyczach, o oblatach i szklokach. Kto wie, może prawdziwemu Ślązakowi bliżej do mieszkańca Kioto, niż by się wydawało?

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Świat Książki

"Jestem zakochany w trąbie powietrznej..."

"Dwudziestego czwartego lipca 1900 roku w domu na South Street przyszło na świat szóste dziecko państwa Sayre, córeczka. Minnie (matka) miała już ponad czterdziestkę, a sędzia Sayre (ojciec), czterdzieści dwa lata. Minnie nadal dużo czytała i nazwała dziecko imieniem powieściowej królowej Cyganów: Zelda." Tak o narodzinach Zeldy Seyre Fitzgerald pisze jej biografka Nancy Milford w książce Zelda, wielka miłość F. Scotta Fitzgeralda.
Zelda miała się stać niedługo jedną z najbardziej znanych kobiet ameryki, symbolem nowej "rasy" kobiet - podlotka. Dla swojego męża, pisarza Francisa Scotta Fitzgeralda była tym, kim wcześniej były Dagny Juel Przybyszewska, czy Lou Andreas-Salome. Inspirowała, ale i ciągnęła na dno.
Zelda uważana była za skończoną piękność, choć to dyskusyjne; Dorothy Parker pisała: "Nigdy nie wydawała mi się piękna. Była bardzo jasną blondynką, z buzią jak z bombonierki, z wygiętymi w podkówkę ustami, wszystko miała jakby pomniejszone i wyglądała na dość kapryśną. Dąsała się, jeśli coś jej się nie podobało". Jednakże na Fitzu, jak nazywali Fitzgeralda przyjaciele wywarła ogromne wrażenie. Początkujący pisarz był zafascynowany żywiołową kobietką, która za nic miała konwenanse.
Znajomi często wspominali, że Zelda odrywała Fitza od pracy, chciała by się nią zajmowano, jak dzieckiem. U boku męża, Zelda miała wszystko - drogie futra, podróże po Europie, suto zakrapiane imprezy co wieczór. Jednakże słono musiała za to zapłacić. Fitzgerald wysysał z jej osoby fakty, by umieścić je w pisanych przez siebie książkach. Myślę, że traktował małżeństwo jako eksperyment, z którego mógł zdawać relacje i czerpał garściami z pamiętników (tak!) i listów żony. Każdy, nawet najdrobniejszy niuans życia małżeństwa znajdował swoje odwzorowanie z postaciach: Daisy Buchanan jest Zeldą, Nicole Diver (postać z Czuła jest noc) jest Zeldą, Zelda jest niemal słowo w słowo przeniesiona do literatury, skopiowana jakby przez kalkę.
Wycieńczenie psychiczne, oraz zwariowany rytm życia małżeństwa musiały się odbić na zdrowiu psychicznym "żyjącej na maksa" Zeldy. Koło trzydziestego roku życia zaczęła tracić kontakt z rzeczywistością do tego stopnia, że została poddana hospitalizacji. Fitzgerald w tym czasie romansował i coraz więcej pił, co doprowadziło go do przedwczesnej śmierci.
Niedawno w Rosji był kolejny przypadek, kiedy drewniany szpital psychiatryczny zajął się ogniem, a ileś tam osób nie zdołało się uratować. Zelda zginęła w podobnych okolicznościach. Została zidentyfikowana jedynie po bucie, na który upadła.
Biografia pióra Nancy Milford jest wyczerpującą próbą uchwycenia fenomenu tej żywiołowej kobiety i wpływu, jaki wywarła na sławnego męża. Właściwie nie da się mówić o prozie Fitzgeralda bez jakiegokolwiek odniesienia do Zeldy. Biografia ta ma jednak kilka słabszych punktów, jest może zbyt rozwlekła, zbyt chaotyczna, ale mam wrażenie, że Milford po prostu nie potrafiła odrzucić materiału, który pomoże czytelnikom zrozumieć tę amerykańską ikonę lat 20-tych.



Zdobywam zamek - Dodie Smith

Są książki, które idealnie wpasowują się w chwile; potrzebowałam czegoś uroczego i z humorem. I tak sięgnęłam po Zdobywam zamek Dodie Smith
Jakieś dwa lata temu (a może tylko rok?) czytałam dziecku 101 dalmatyńczyków tejże autorki. Na skrzydełku obwoluty przeczytałam, że jej najbardziej znaną powieścią nie-dla-dzieci jest I capture the castle. Niestety, próżno szukałam po bibliotekach, bo książka nie była tłumaczona! A na Wyspach wydano ją w 1948 roku. Ale polscy wydawcy chwała Bogu naprawili ten błąd i dostaliśmy tę fantastyczną książeczkę do rąk w tym roku.
Zdobywam zamek jest intymnym pamiętnikiem siedemnastoletniej Cassandry, która mieszka z rodziną w zrujnowanym zamku na angielskiej prowincji. A rodzinę ma całkiem oryginalną: ojciec (który moim zdaniem ma coś z Joyce'a) znany z jedynej jak dotąd powieści, ku zdziwieniu rodziny coraz bardziej dziwaczeje, macocha - bladolica muza artystów - gotuje, sprząta i farbuje ubrania, siostra Cassandry, Rose - niczym postać z Jane Austen, czeka na dobre zamążpójście. Jest jeszcze osiemnastoletni, przystojny jak młody bóg, Stephen szaleńczo zakochany z Cassandrze. Nie chcę zdradzać zbyt wiele z fabuły, ale gwarantuję, że przy scenie, w której w życie bohaterów wkraczają dwaj młodzi Amerykanie, rykniecie ze śmiechu! No i oczywiście mamy wspaniałe zwierzęta: suczkę Heloizę i kota - a jakże - Abelarda!

Cassandra ze swadą opisuje uczucia i perypetie, które przytrafiają się jej rodzinie; dzienniki są stenografowane (dziewczynki lubią szyfry) w trzech różnych zeszytach, które są jakby odbiciem statusu majątkowego rodziny (pierwszy zeszyt za sześć pensów, drugi został kupiony za jednego szylinga, ostatni za dwie gwinee). Bo rodzina choć dobra i wykształcona, to klepie biedę okrutną: "O, mój Boże, Topaz [macocha]  naprawdę gotuje jajka. Nikt mi nie powiedział, że kury wysłuchały naszej modlitwy. Ach, wspaniałe kury! Myślałam, że na kolację będzie tylko chleb z margaryną, a ja nie mogę się przyzwyczaić do margaryny tak, jakbym chciała. Dziękuję niebiosom, że nie ma jakiejś formy chleba tańszej od chleba". Po tym cytacie chyba rozumiecie, o co mi chodzi.
Główna bohaterka, taka fajna rezolutna nastolatka, stoi moim zdaniem w jednym szeregu z Elizabeth Bennet oraz Anią Shirley (nie Andzią!;) i czytając miałam wrażenie, że się z nią bardzo zaprzyjaźniam. Może to też przez fakt, że podejrzałam sobie obsadę filmu "Nie oddam zamku" i rolę Cassandry gra Romola Garai, którą po prostu uwielbiam (znacie ją zapewne choćby z czteroczęściowej Emmy, czy z Pokuty). No i teraz poluję na ten film.
Ale wracając do książki - jak już ostatnio napisałam, przypomina mi z jednej strony narratorkę Jajko i ja Betty MacDonald, przesympatycznej opowiastki o miastowej młodej kobiecie, która na odludziu zakłada z mężem kurzą farmę, a z drugiej strony marzycielskość Cassandry bliska jest bohaterowi Białych nocy Dostojewskiego.

No i dziwna rzecz: dziś ja się "wprowadzam" do nowego zeszytu. Poprzedni - jak zauważyło kilka osób - pochodził ze strychowych wykopków. Ten jest czarny, w twardej okładce i ma gumkę i zakładkę. Już się nie mogę doczekać, jak coś w nim zapiszę.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Świat Książki

Chwile wolności

Często wybieram biografie, dzienniki, wspomnienia. Lubię je. I te bezpośrednie, zupełnie nie pisane pod kątem ewentualnego wydania, i te, adresowane stricte do czytelnika. Poszerza się wtedy moja wiedza o pisarzu (aktorze, naukowcu, polityku, itp.), epoce oraz otoczeniu bohatera. Oglądam go jakby z innej strony, a są chwile, kiedy mam ochotę dopisać na marginesie - ja też tak mam!
Chwile wolności Virginii Woolf są dziennikiem prowadzonym w miarę regularnie od 1915 do 1941 roku. Woolf jest jedną z moich ulubionych pisarek, ale przyznam szczerze, że o jej życiu prywatnym wiedziałam niewiele. Niestety, już dawno została schowana do szufladek z etykietką "feministka", "lesbijka", oraz "samobójczyni". To ostatnie czyni z niej jeszcze jedną bombkę na drzewku, na którym "wiszą" Hemingway, Plath i inni. 

Woolf jest jedną z bohaterek Godzin (Cunningham zaczerpnął tytuł powieści - na podstawie której nakręcono film - wprost z Woolf, ponieważ taki był pierwotny tytuł Pani Dalloway); widzimy samotną, zdziwaczałą kobietę, która jest izolowana przez równie zdziwaczałego męża. Jednakże państwo Woolf byli bardzo towarzyscy (Virginia niekiedy narzekała na codzienne odwiedziny znajomych),  lubiani, uświadomieni społecznie i politycznie. Kiedy Virginia zarobiła na wczesnych powieściach "trochę grosza", wyremontowała dom, kupiła (wreszcie) wygodne fotele. Sama przyznawała, że pisze dla przyjemności, nie dla sławy (która nawiasem mówiąc męczyła ją), czy dla pieniędzy. Potrafiła ciężko pracować przy składaniu szpalt powieści w swoim wydawnictwie, Hogarth Press. Dziennik pełen jest zapisków o osobach, które spotykała; cudownie opisała Bertranda Russela, Katherine Mansfield, T. S. Eliota, oraz E. M. Forstera, z którymi się przyjaźniła. O szybsze bicie serca przyprawiła mnie notatka z 25 lipca 1926 roku, kiedy Virginia wraz z Leonardem gościli u Thomasa Hardy (już pisałam, że tą notatką byłam tak podekscytowana, że musiałam obudzić męża i mu o tym opowiedzieć).  

Chwile wolności to także zapiski intymne, w których skarży się losowi, że jej nie obdarzył dziećmi, a jej siostra, znana malarka, Vanessa Bell, ma ich troje. Długotrwałe i uporczywe bóle głosy (migreny?) oraz osłabienia przykuwały ją na długie tygodnie do łóżka. Virginia miała - jak chyba każda kobieta - kompleksy na puncie wyglądu, nie potrafiła się ubrać, nie cierpiała swoich włosów, często zdarzało jej się odmówić udziału w jakimś oficjalnym przyjęciu tylko dlatego, że wymagało ono kupna nowej sukni specjalnie na tę okoliczność. Raz z autobusu zapomniała zabrać ryzy papieru, a raz kilku książek.
Czytałam niedawno, że uważana była za antysemitkę. No cóż, dziwna to antysemitka, która poślubia Żyda i jest z nim szczęśliwa. Feministka? Tak, myślę, że tak i to w głębokim stopniu, ale nie w dzisiejszym sensie, raczej uważała, że obie płci są sobie równe. Czy miała skłonności safoniczne? Dobry Boże, a kogóż to, u licha, obchodzi?! Pisała wspaniałe, na wpół poetyckie książki, które były zauważone przez jej współczesnych, a dziś, takie pozycje jak choćby Fale, czy Do latarni morskiej wchodzą w skład kanonu, który wypada znać.

Chwile... są także zapisem przemijania. Przyjaciele, dalsi znajomi, rodzina, odchodzą po krótszych czy dłuższych chorobach. Są również śmierci gwałtowne, jak na przykład samobójstwo Dory Carrington, która odbiera sobie życie po śmierci jej bliskiego przyjaciela i mentora, Lyttona Strachey. 
Myślę, że po te dzienniki sięgnie każdy, kto lubi tego typu niespieszną prozę, oraz czytelnicy zakochani w Woolf. Nie każdy ma na tyle samozaparcia, by sięgać po blisko siedemsetstronicowe, pisane maczkiem zapiski, których część dotyczy podróży, podwieczorków, spacerów z psem. Ale - nie wiem, czy ktokolwiek z Was prowadzi dzienniki? - przyjrzyjmy się swoim zapiskom: dzisiaj wstałam o tej i o tej, na śniadanie zjadłam to i to, spotkałam tego i tego, kupiłam to za tyle. Proza dnia, plus kilka wspaniałych ciekawostek, przemyśleń, charakterystyk, zdań wartych zapamiętania. Właśnie tego spodziewam się po dzienniku, czy pamiętniku.

Koniec punku w Helsinkach - Jaroslav Rudiš

Koniec punku w Helsinkach w całości przeczytałam w autobusie, skąd słowo pisane teleportowało mnie do dusznego od papierosowego dymu baru Helsinki. Właścicielem Helsinek to dobiegający czterdziestki były panczur, Ole. Klientela składa się wyłącznie ze starych bywalców, ponieważ Helsinki są barem specyficznym: w dobie babyfriendly dizajnerskich knajpek, w których serwuje się dietetyczne latte, w bardze Olego można palić do woli, a do piwa serwuje się słynną solankę Gabi (przepis na skrzydełku), oraz rolmopsy (na deser są pączki). Równocześnie ze współczesną historią Olego, Franka, Prażaka i innych, możemy poznać fragmenty dziennika prowadzonego przez Nancy, nastolatkę z Jesenika. 
Dziennik Nancy, totalnej, zakręconej panczurki pisany jest żywym, klarownym, dosadnym językiem. Jej dojrzewanie przypada na okres schyłku komunizmu. I tu mamy polski akcent, bo autorka pamiętnika wspomina często o radiowej Trójce:
Bruder gapi się ze starymi na niemiecki serial o policjantach u Polaków a gach mówi że bez Polaków człowiek by mógł nie mieć telewizora i to samo jeśli chodzi o radio bo ja w pokoju nastawiam Trójkę i akurat gra Dezerter i myślę że Polacy są bardziej szczęśliwi od nas chociaż też mają komunizm. (…) Helmut mówi że u Polaków mówili że Pistolsom zawsze chodziło tylko o forsę i że wymyślił ich jeden facet co się nazywał Malcolm który też chciał na nich tylko zarobić ale może to tylko chrzanienie komuchów ale to prawda jak mówił Helmut że te wymuskane pancury z Anglii by się posrały jakby zaznali życia w CSRS gdzie no future serio znaczy no future.(…)
Dobrze że są Polacy. W Trójce grali The Cure Gleba ich lubi ale to żaden punk.
To właśnie dzięki Trójce Nancy poznała Die Toten Hosen, na których koncercie poznała Olego…
Mimo tego punkowskiego no future wyczuwa się jakąś nadzieję, a może to tylko młodość bohaterki sprawia, że dziennik jest taki dynamiczny i pełen poczucia humoru. 
Z kolei wątek Olego jest jakby pozbawiony nadziei. Pokolenie Olego przestało się buntować i dostosowuje się rzeczywistości XXI-go wieku. Pod miastem ktoś drąży tunel nie wiadomo po co, a samotność doskwierająca każdemu jest dojmująca i permanentna.
Koniec punku w Helsinkach znajdzie się chyba w dziesiątce powieści, które poleciłabym każdemu. Pierwsze skojarzenie miałam z powieścią Muzyka pop z Vittuli Mikaela Niemi – dorastanie i wątek muzyczny. Zdecydowanie lepsza niż Wierność w stereo – watek Olego i w. muzyczny. Poza tym bardzo miło czytać o Polsce opisanej w superlatywach. Na koniec zachęcę (zanęcę) Was jeszcze jednym cytatem: – Wiemy o was wszystko! – Major Menschik stukał palcem w broszurę z tabelką o wszystkich możliwych subkulturach i jeszcze przez chwilę z niej czytał: Skinhead – co wymawiał szkinchet – po niemiecku łysa głowa. Heavys – co wymawiał hejfiz – to wielbiciel ostrego rocka. New Romantics – co wymawiał noj romantits – to nowi romantycy, najgorsi dekadenci i samobójcy. Popper – co wymawiał pouper – to ulepszeni pederaści, którzy się perfumują i za wszelką cenę chcą się wyróżnić ładnym ubraniem.

2006

Szukałam cytatu z Ciorana. Mam taki stary segregator z cytatami, notatkami, również ze studiów. Ostatnia kartka zawierała zanotowany spis lektur z roku 2006. To tylko te, które widać zasługiwały na zapamiętanie, bo w prawym górnym rogu zaznaczam, że więcej nie pamiętam.
  • Wiedza radosna - Nietzsche 
  • Dziennik t2 - Kafka
  • Choroba na śmierć - Kierkegaard
  • Maria Stuart - Zweig
  • Myśli - Canetti
  • Godziny - Cunningham
  • O istocie filozofii - Dilthey
  • Encyklopedia nauk przyrodniczych - Hegel
  • Do latarni morskiej - Woolf
  • Vita brevis (...) - Gaarder
  • Sęk Pies Brew - Wiedemann
  • 24 godziny z życia kobiety - Zweig
  • Droga człowieka - Buber
  • Penelopiada - Atwood
  • Przeminęło z wiatrem - Mitchel

Idealnie skrojona biografia

Biografia Jana Twardowskiego „Ksiądz Paradoks” trafiła na moją listę "do przeczytania" już w momencie ukazania się. Nie dlatego, że jestem wielbicielką poezji księdza, ale ze względu na odcinek mojego ukochanego Klubu Ludzi Ciekawych Wszystkiego, w którym Hanna Maria Giza gościła autorkę, Magdalenę Grzebałkowską.
Właściwie stworzyć biografię osoby skromnej, która zasłynęła jedynie swoja pracą twórczą nie jest sprawą prostą; zdziwiłam się objętością książki, która liczy sobie ponad trzysta stron. Grzebałkowska zaczyna od porażająco bulwersującego obrazka: przy szpitalnym łóżku umierającego księdza dochodzi do kłótni, przepychanek, utarczek słownych. Umieranie „przeciąga się”, publiczność przystawia sobie krzesła, by nie stać tyle w oczekiwaniu na koniec widowiska. Czytelnik musi poczuć zażenowanie, to zdrowy odruch przy czymś takim. Następnie Grzebałkowska chronologicznie podaje fakty posiłkując się (może niekiedy zbyt przesadnie) fotografiami. Cytuje rodzinę i znajomych księdza Twardowskiego, którzy zgodzili się na upublicznienie wypowiedzi. W pewnym momencie biografia zmienia się w reportaż, takie przynajmniej odniosłam wrażenie. Życie i twórczość księdza-poety przechodzi na dalszy plan, a autorka na pierwszym planie umieszcza kontrowersje wokół spadku po poecie, który przeszedł w ręce Aleksandry Iwanowskiej. Wprawdzie słowo „manipulatorka” nie padło, ale z między wierszami można wyczytać ostry konflikt (i szereg oskarżeń) rodziny i przyjaciół poety z byłą edytorką.
Jest też coś w tej biografii, co wbija się cierniem w obrazek „księdza od biedronek”: Twardowski mimo całej swojej skromności miał skłonność do niszczenia przyjaźni. Takie przynajmniej odniosłam wrażenie. Z tyłu okładki można przeczytać: „Ksiądz Paradoks to niezwykła historia człowieka, który wymyka się wszelkim schematom”. Życia księdza Twardowskiego, niestety, nie nazwałabym niezwykłym, niemniej jednak płodnym i wartościowym. Każdy zna cytowane i parafrazowane na milion sposobów „Śpieszmy się kochać…”, a tak z ręką na sercu, czy zna ktoś inny wiersz poety?

O kotach - Doris Lessing (i dygresja o moim kocie)

O kotach autorstwa laureatki nagrody Nobla Doris Lessing powinni przeczytać wszyscy kociarze. Wspaniałe opisy kocich zachowań, harców, walki o zachowanie kota przy życiu, kolejne ciąże, ale i "pozbywania się" kociego potomstwa. Lessing wychowała się na farmie, w głuszy, z dala od cywilizacji. Na farmie niemal roiło się od kotów w różnym stadium zdziczenia. Potem, w czasie swojego dorosłego życia przez cały czas pod nogami pałętał się a to czarny, a to łaciaty mruczek. Czasami było ich kilka naraz; walczyły między sobą o uwagę człowieka, walczyły o teren i najlepszego partnera w czasie godów. Książkę oceniam bardzo pozytywnie, ale to pewnie przez moją skłonność do tych mądrych zwierząt.

Był moment - choroba czarnej kotki - kiedy się popłakałam. Przypomniał mi się mój Marcepan. Marcepan był czarnym kotkiem perskim, którego kupiliśmy od razu po ślubie. Do wyboru z hodowli był biały i czarny (oczywiście chciałam brać oba). Pierwszą noc przy włączonym kocim motorku spał u wezgłowia naszego łóżka. Trytrał całą noc! Maleńka czarna kulka z wielkimi oczami. Miękka i puszysta. Oczywiście jak to mały kotem miał dzikie zapędy: kiedyś siedziałam na fotelu, takim z lat 60/70 z oparciem i drewnianymi podłokietnikami, a ten na mnie szarżuje, wbija pazury w mój zadek i zwiewa gdzie pieprz rośnie! Zostało mu to wybaczone, zwłaszcza, że wyrósł z niego naprawdę przemiły kot. 
Kiedy poszliśmy do pierwszego szczepienia, pani weterynarz zauważyła coś niepokojącego. Coś, co wzięłam za białe cebulki włosów, okazało się być grzybicą. Niestety, miał to już z hodowli, co hodowcy zataili przed nami. Zamiast szczepienia kot dostał spray na grzyba. Po jakimś czasie dostał jedne, drugie, dziesiąte leki, ale piękne aksamitne futro trzeba było zgolić na zero!
W tym czasie byłam u lekarza, bo jak się okazało zaszłam w ciążę. Kiedy tylko Marcepan mnie zobaczył (usłyszał), podbiegł ze skargą w głosie - popatrz, popatrz co mi zrobili, kiedy ciebie nie było!
Ale, nie było innej rady. Futro zaczęło ładnie odrastać, ale choroba nie chciała odpuścić. A ja dostałam alergii na kocią grzybicę i musiałam smarować czerwoną szyję maścią (łagodną dla dziecka, które się we mnie rozwijało).

Marcek był kochanym kotem. Przybiegał z ogródka, kiedy potrząsałam puszką z jedzeniem; wbiegał wtedy po schodach i miauczał cały czas takim specyficznym mruczącym miaukiem, że juuuuż iiiidę, leeecę pęęęedzę:)
Lubił Whiskas z wątróbka. Najpierw wyjadał żółte poduszeczki, potem resztę. No i saszetki - robiłam mu takie zupki i najpierw wypijał sosik, potem "drugie danie". Po mleku kocim dostał takiej niestrawności, że o mało nie umarł. Właściwie nie jadł nic innego.
Kiedyś Nina (nasz York) przyniosła mu żabę - Marcepan obejrzał, powąchał, żaba skoczyła i Marcepan zwiał na górę. Podobnie było z myszą. Myślę, że Nina myślała o nim, jak o swoim dziecku, które musi nauczyć polować; kot zjawił się po pierwszej ciąży urojonej Niny. Cieszyła się jak dziecko, kiedy go zobaczyła (kot nieco mniej;). Te dwa zwierzaki żyły w najlepszej harmonii. 
Marcek nie był kastrowany. Uznaliśmy z panią weterynarz, że skoro nie psyka i nie ucieka, to mu oszczędzimy klejnoty rodzinne. To był kot domator, który niczym wierny pies (patrz: Nina) leży u boku swojego człowieka, kiedy ten czyta książkę, bądź zajęty jest czymkolwiek innym.
Tylko raz się zdenerwował: kiedy przyniosłam ze szpitala "moje młode". Uciekła wtedy na cały dzień. Już nawet rozklejałam plakaty, bo Marcek bał się nawet za winkiel wychodzić, ale wrócił. Pachniał piwnicą i wyglądał, jakby był w jakiejś zamknięty.
Uwielbiałam te jego mięciuteńkie łapki. To, jak dmuchał na mnie noskiem. Jaki był dzielny i cierpliwy przy zabiegach. Kiedy kołtunki pod pachami ładnie się rozczesywały przy szczotkowaniu, a kot w zadowoleniu mruczał. Kiedy miziałam go na kolanach, trytrał i trytrał, jakby miał motor wbudowany pod futrem. A kiedy wchodził do pokoju, miało się wrażenie, że pytał - co robisz? Wtedy mu odpowiadałam. Chrapał w nocy, kiedy spał w kątku przy łóżeczku Władka. Kochałam tego kota bardzo mocno. I myślę, że żadnego kota już tak nie pokocham.
Jakoś w styczniu, kiedy Władek miał niecały rok, kot źle się poczuł. Nie wiedziałam o tym; nasikał na dywanik, czego nie robił wcześniej. Zwaliłam to na karb walki o władzę z dzieckiem. Powtórzyło się kilkakrotnie, że nie korzystał z kuwety, a wolał dywaniki, wycieraczki i inne tego typu. W końcu strasznie miauczał i widać było, że coś jest nie tak. W poniedziałek sikał krwią i nie miał ochoty (siły) pić. Pani weterynarz powiedziała, że już jest za późno. 
Do końca trzymałam go za piękną, czarną, miękką łapkę. Dostał zastrzyk, źrenice mu się rozszerzyły... pierwszy raz widziałam jak ktoś odchodzi. Głaskałam go cały czas. Biedny kotem paradoksalnie zmarł na chorobę występującą najczęściej u kastratów. 
Do domu wróciłam z pustym transporterkiem.Żadne Czarne nie kręciło się pod nogami. Nie było dźwięku chrupek uderzających o ścianki metalowej puszki. Nie pamiętam, co zrobiłam z resztą żwirku? Był styczeń i nawet nie mogłam go pochować... 
Bardzo długo po nim płakałam. Właściwie tak się nieszczęśliwie stało, że po długiej chorobie trzy miesiące wcześniej zmarł mój tata. Kiedyś pojechaliśmy malować pokój taty i obaj - tata i kot - zapałali do siebie sympatią. I mam nadzieję, że teraz to on opiekuje się Marcpanem.