Czesałam ciepłe króliki - Alicja Gawlikowska-Świerczyńska, Dariusz Zaborek

Kiedy w moje ręce trafiła książka Czesałam ciepłe króliki od razu skojarzyłam podejście do tematu z filmem Roberto Beniniego Życie jest piękne. Ostatnim słowem, które kojarzyłoby się z Holokaustem jest śmiech, czy radość, ale nawet w obozowym piekle można zachować tę cząstkę siebie, która odpowiedzialna jest za optymizm. 


Wspominane przeze mnie niedawno reportaże Michała Olszewskiego zwracają uwagę na ważną kwestię - życie wokół KL, oraz w jego obszarze. Często ostatnio trafiam na tematykę obozową i jedno, co mnie tknęło we wspomnieniach wielu ludzi, to... zwyczajność, a co za tym idzie i trywialne rozmowy i nawet zabawne sytuacje. Z naszej perspektywy to nie do pomyślenia, ale ludzie bronili się w ten sposób przez szaleństwem. O tym właśnie mówi Alicja Gawlikowska-Świerczyńska w wywiadzie z Dariuszem Zaborkiem; Czesałam ciepłe króliki są bowiem zapiskiem długiej rozmowy przeprowadzonej z osadzoną w Ravensbrück Polką, skazaną przez nazistów za konspirację.
Z książki bije szalony wprost optymizm, co dowodzi, że nawet w najgorszych czasach można zachować człowieczeństwo. Nikt oczywiście nie kwestionuje tego, co pani Alicja przeżyła, wręcz przeciwnie - dla wielu czytelników wydaje się niespodziewane znaleźć w obozowych wspomnieniach opisy przyjaźni między osadzonymi, to, że dziewczyny żartowały między sobą, że szukały nadziei i optymizmu, szyły sukienki i wymieniały się przepisami kulinarnymi; "były w modzie przepisy kulinarne", które krążyły wśród osadzonych niczym odpisy patriotycznych wierszy.
Z książki wyłania się obraz kobiety silnej, która zacisnęła zęby, zakasała rękawy i na przekór nazistom przetrwała. Przesłanie idące w świat brzmi może abstrakcyjnie, ale cóż innego można było zrobić, by przetrwać i nie tracić człowieczeństwa? Można pokazać oprawcom, że mogą nas więzić, ale nie odbiorą nam godności, bo "człowiek jest trzciną najsłabszą na wietrze, najwątlejszą w przyrodzie, ale trzciną myślącą", silny wiatr może ją przygiąć do ziemi, ale jej nie złamie!


Czasy secondhand. Koniec człowieka czerwonego - Swietłana Aleksijewicz

"Stalin zalał ziemię krwią, Chruszczow sadził na niej kukurydzę, a z Breżniewa wszyscy się śmiali."

Po znakomitych reportażach Olszewskiego sięgnęłam po nagrodzoną literacką nagrodą Nobla Swietłanę Aleksijewicz. Przyznam, że choć to moje pierwsze spotkanie z jej pisarstwem, to kiedy się tylko dowiedziałam, że jest brana pod uwagę jako kandydatka do tej prestiżowej nagrody – trzymałam za nią kciuki. Czasy secondhand. Koniec człowieka czerwonego czytałam z wypiekami na twarzy. To obszerne kompendium wiedzy o stanie rosyjskiego ducha czasów postsowieckich.

To co najbardziej uderza w reportażach Czasy secondhand to podejście Rosjan: do niedawna okrutnie prześladowani przez system zdają się popierać jego słuszność, rozgrzeszają swoich prześladowców ze Stalinem na czele. Nowe pokolenie wyrastające już w czasach postsowieckich, w których reżim został zastąpiony kapitalizmem (który niestety w wersji rosyjskiej został sprowadzony do reżimu pieniądza) odwrócili się od swojej historii i jak pisze Aleksijewicz – "połowa młodych ludzi między dziewiętnastym a trzydziestym rokiem życia uważa Stalina za >>największego polityka<<".

Noblistka we wstępie pisze: "wypytuję nie o socjalizm, ale o miłość, zazdrość, dzieciństwo. Starość. O muzykę, tańce, o fryzury. O tysiące szczegółów życia, które zniknęło". Ludzie w odpowiedzi otwierają duszę, poruszając tematy, które do tej pory nawet dla nich samych były swoistym tabu, zadrą w sercu: samobójstwa bliskich osób, czy własne próby samobójcze, tortury, rozpaczliwe rozczarowanie sytuacją w kraju. Lata 90-te przeniosły zmianę światopoglądową o 180 stopni: "(...) całkiem nowe reguły gry: masz kasę - jesteś gość, nie masz - jesteś nikim. Kogo to obchodzi, że przeczytałeś całego Hegla? Słowo "humanista" brzmiało jak diagnoza. Jedyne, co taki potrafi, to trzymać w rękach tomik Mandelsztama."
Z poważanych uczonych, inżynierów, docentów, pracowników kombinatów z dnia na dzień zostawali nikim - musieli się przekwalifikować, nauczyć żyć od nowa, na warunkach krwiożerczego kapitalizmu. "Młodszy brat – mówi jeden z bohaterów reportaży Aleksijewicz – po lekcjach mył samochody, sprzedawał w metrze gumę do żucia i różne gówna, zarabiając więcej od naszego ojca... A ojciec był uczonym! Docentem! Należał do radzieckiej elity! W sklepach komercyjnych pojawiła się kiełbasa, wszyscy pobiegli ją oglądać.. Zobaczyli ceny! Tak kapitalizm wkroczył w nasze  życie..."
Jak przyznaje inny pytany "Kraj upadł przez brak damskich bucików i papieru toaletowego, przez brak pomarańcz. I tych cholernych dżinsów!" Ludzie złaknieni byli „zachodu”, byli zmęczeni „pokazywaniem figi w kieszeni” i  siedzeniem w kuchni przelewając z pustego w próżne. Nie chcieli powielać zachowań z książek (w wielu miejscach powtarza się motyw „książkowy” – chyba jedyne, czego Rosjanin miał pod dostatkiem to książek! Wszyscy czytali, a po książki stało się w kolejkach jak dziś po buty Kanye’ego Westa! Wielka była wówczas popularność tzw. samizdatu, czyli książek z drugiego obiegu); "Obłomow leży na kanapie, a bohaterowie Czechowa cały czas piją herbatę i utyskują na życie."

Dużą część poświęca Aleksijewicz wspomnieniom byłych więźniów łagrów; relacjonują przeważnie dzieci zeków, niektóre same przeżyły pobyt w gułagu. Szczególnie poruszające są wspomnienia (niemal kusi, by użyć słowa „zeznania’) kobiety, którą matka urodziła w łagrze – w wieku trzech lat dziecko kobiecie zabrano i osadzono w tzw. obozie dziecięcym!, gdzie najstarsze dziecko miało pięć lat. Po tym czasie dzieci szły do sierocińców, gdzie nie było wychowawców, a bestie w ludzkiej skórze pastwiące się nad dziećmi psychicznie i fizycznie.

Aleksijewicz nie pomija także obecnej sytuacji mieszkańców byłych terenów ZSRR, obecnie niepodległych (lub quasi-niepodległych) republik. Gastarbeiterom mieszkającym w piwnicy „jak koty” poświęca obszerny rozdział; „Wszyscy kiedyś byliśmy ludźmi radzieckimi, a teraz o nas mówią inaczej: narodowość kaukaska.” Spychani na margines życia, poniżani przez władzę, skinów, traktowani podejrzliwie przez zwykłych ludzi (po zamachach terrorystycznych na metro każdy ciemnoskóry traktowany był niemal jak potencjalny zamachowiec-samobójca). 

Z Czasów secondhand wyłania się dość jednolity obraz człowieka po upadku ZSRR; człowiek cierpiący przez swoją historię, rozczarowany teraźniejszością i nie mający perspektyw na udane życie. "Lubię sobie wypić. Dlaczego piję? Bo moje życie mi się nie podoba. Za pomocą alkoholu zrobię wariackie salto i przeniosę się gdzie indziej. Tam, gdzie wszystko będzie ładne i dobre."

Najlepsze buty na świecie - Michał Olszewski

Polska B, Polska wstydliwa, sponiewierana - tak wygląda nasz kraj w reportażach Michała Olszewskiego Najlepsze buty na świecie. Autor opisuje ludzi, którym się nie udało, ludzi zwyczajnych do bólu, przegranych, bo nie mieli nawet cienia szansy na lepsze życie. Podzielone na pięć części reportaże z lat 2003-2014 dotyczą problemów, które jeszcze do niedawna były tematami tabu: pedofilia wśród kleru (z którą nawiasem mówiąc poradziła sobie Irlandia), poazbestowe miasteczko, w którym umieralność na raka przewyższa ludzkie pojęcie, domy pomocy ofiarom przemocy domowej, które wydają się być wylęgarnią niezaradnych życiowo i roszczeniowych kobiet, a także życie w cieni Holokaustu.
Najbardziej wstrząsający jest reportaż zatytułowany Natłustka: przy stertach butów w Auschwitz pracują konserwatorzy; każdy but to historia zagazowanego człowieka - trafiają się buty eleganckie, są też zwykłe łapcie, ale największą grozę i ból można poczuć konserwując buciki dziecięce... Jednak konserwatorzy traktują swoją pracę zadziwiająco normalnie; nie ma czasu na łzy, wręcz przeciwnie - nad stertami butów odbywają się zwyczajne rozmowy, jak w wielu innych firmach. 

Życie w cieniu zagład to dość obszerny fragment Najlepszych butów: jak radzili sobie i radzą mieszkańcy okolic KL, jak się chodzi do szkoły, która usytuowana jest kilometr od obozu?
Nie brakuje także niemal uwłaczających historii gastarbeiterów, traktowanych gorzej niż inne nacje Polaków poszukujących Bóg wie jakich cudowności na niemieckich pchlich targach. Temat "niemiecki" jest obecny w wielu reportażach: dość niejednoznacznie przedstawiony jest również konflikt pomiędzy Agnes Trawny a polską rodziną zajmującą do niedawna dom należący niegdyś do niej.
Olszewski nie ocenia, nie opowiada się po żadnej ze stron. Konsekwentnie brnie w tematy, które inni omijają z daleka. Takie odbrązowienie Polski jest potrzebne - po latach propagandy sukcesu wyszły krzywe ściegi i niedoróbki poprzedniego systemu, a i dzisiejszej "wszystkomającej" Polsce daleko do kolorowego obrazka z folderu.
Reportaże Olszewskiego zostały uhonorowane w 2015 roku Nagrodą im. Kapuścińskiego (ex aequo Nagrodę przyznano również reportażom Swietłany Aleksijewicz Czasy secondhand). Myślę, że doskonale wpisują się w nurt znany z programów takich jak Zawsze po 21 nieodżałowanego Krystiana Przysieckiego, czy Magazynu Ekspresu Reporterów znanego z telewizyjnej Dwójki, które nie boją się pokazywać jak ciężko żyć we współczesnym świecie. 
   
 

Prawdopodobnie odnaleziono szczątki Marthy Brown, pierwowzoru Tess d'Urberville

Kiedy Elizabeth Martha Brown wstępowała na szafot była niezwykle spokojna. Skazana za zabójstwo wiarołomnego i brutalnego męża miała być ostatnią publicznie powieszoną osobą w Dorset. Zgromadzony czterotysięczny tłum oczekujący na egzekucję trwał pogrążony w milczeniu. Calcraft, miejscowy kat, pętał dół sukni skazanej, by w czasie wieszania nie wydęła się niczym balon. Był 9 sierpnia 1856 roku. Z nieba lał rzęsisty deszcz.

Wśród tłumu obecny był szesnastoletni wówczas Thomas Hardy, niebawem jeden z największych pisarzy epoki wiktoriańskiej. Obraz powieszonej kobiety na długo wyrył się pisarzowi w pamięć; przez lata przechowywał wycinek z Dorset Country Chronicle opisujący to zdarzenie.

Po latach Hardy pisze: "Pamiętam jej drobną figurę na tle nieba, gdy wisiała w mglistym deszczu, a także to, jak obcisła czarna jedwabna suknia podkreślała jej sylwetkę, gdy poruszała się w półobrotach raz w jedną, raz w drugą stronę. (...) Choć nakryli jej twarz kapturem, widziałem jak przez mokry od deszczu materiał przebijały rysy jej twarzy." Ten epizod tak zaintrygował pisarza, że Martha Brown doczekała się uwiecznienia w postaci słodkiej, niewinnej Tess d'Urberville. Jak wspomina wieloletnia przyjaciółka pisarza, Lady Hester Pinney "jego sympatia dla tej nieszczęśliwej kobiety była niezwykła".

Historia jednakże nie kończy się na tym niezwykłym hołdzie - niedawno archeolodzy natrafili na pozostałości (w tym czaszkę) prawdopodobnie właśnie Marthy Brown; nieformalny cmentarz przywięzienny ma wkrótce zostać zamieniony na domy mieszkalne i centrum handlowe, a ludzkim szczątkom zostaną wyprawione godne pochówki.

http://www.theguardian.com/books/2016/feb/19/thomas-hardy-tess-of-the-durbervilles-bones-found-at-prison 

Healey, T. - Zbrodnie w afekcie, Warszawa 1991

Życie to jednak strata jest - Andrzej Stasiuk, Dorota Wodecka

Mam takie dwa ulubione niebeletrystyczne wydawnictwa, które mają na moich regałach osobne półki. Pierwsze to Karakter, a drugie to Czarne. Pierwsze cenię za książki Sontag oraz architekturę, z kolei Czarne to doskonałe eseje, ciekawe reportaże, z których można wiele wynieść, wiele się nauczyć. Wydawnictwo założyli w 1996 Andrzej Stasiuk i jego żona, Monika Sznajderman, a nazwa pochodzi od miejscowości.

źródło: LubimyCzytac.pl

W 2013 roku Andrzej Stasiuk był gościem 44 Rybnickich Dni Literatury. To spotkanie autorskie należało chyba do najbardziej udanych, na jakim miałam okazję być. Autor ujął publiczność swoją bezpośredniością i podejściem do życia. Stasiuk wydaje się być osobą nie oglądającą się na nikogo, mającą własne zdanie i nie wahającym się go bronić.
I taki jest też w wywiadzie-rzece Życie to jednak strata jest. Do tej pory czytałam zaledwie trzy jego książki (ale mam ochotę na wszystkie), oglądałam z nim kilka wywiadów i zdaje się jakiś dłuższy dokument. I chociaż z kilkoma stwierdzeniami się nie do końca zgadzam (na przykład nie przepadam za podróżami i nie ciągnie mnie szczególnie do Bałkanów chociażby), to Stasiuka uważam za jednego z mądrzejszych i lepiej piszących polskich pisarzy współczesnych. Może to ta jego bezkompromisowość, może to poetyckie wręcz metafory zestawione z owczym gównem, nie wiem; w każdym razie Życie to jednak przeczytałam w jeden dzień i miałam potworny niedosyt, że już się skończyło, a mogłabym go czytać (czy wręcz słuchać) godzinami.

Życie to jednak strata jest zaczęłam czytać na rybnickim rynku w niedzielę, a skończyłam wieczorem już w domu.

Myślę, że kto nie zna prozy Stasiuka, niech sięgnie najpierw chociażby po Babadag, żeby wiedzieć czego się spodziewać. Dla mnie sięgnięcie po ten wywiad był naturalna kontynuacją obranej czytelniczej drogi. 

13 pięter - Filip Springer

13 pięter to zbiór doskonałych reportaży, których wspólnym mianownikiem jest szeroko pojęte mieszkalnictwo w Polsce. Filip Springer dzieli książkę na dwie części, z których druga jest echem pierwszej, dotyczącej zmagania się z problemem przeludnienia stolicy w czasach dwudziestolecia międzywojennego.  


W latach powojennego boomu mieszkaniowego (1930-34) Warszawa stawia luksusowe apartamentowcem będące miejskim odpowiednikiem dworku szlacheckiego; w tym samym czasie znaczny odsetek mieszkańców zagrożonych jest bezdomnością, a liczne noclegownie pękają w szwach. Inicjatywy, takie jak Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa, bądź Zdobycz Robotnicza, z góry skazane są na niepowodzenie; niewykwalifikowanych robotników i bezrobotne ofiary wielkiego kryzysu nie stać na czynsze w najmniejszych nawet izbach, nie wspominając o kupnie lub wynajęciu domku szeregowego. Przeludnienie Warszawy lat 20/30 sięga zenitu: na paru metrach kwadratowych nierzadko mieszka cała kilkuosobowa rodzina z… sublokatorem, który nieraz pokrywa większość czynszu! Niestety, problem do czasów drugiej wojny światowej zostanie nierozwiązany, ponieważ „ze słów domu zbudować się nie da” – choć wielu apeluje o wyjście naprzeciw problemowi, nikt de facto nie podejmuje się nierównej walki o byt setek rodzin.
Druga część 13 pięter jest powtórzeniem tematu, ale z perspektywy początku XXI-go wieku. Poprzednia część stanowi niejako zapewnienie, że z problemami mieszkaniowymi tośmy się już i za sanacji borykali. Springer pisze, że aż 43% Polaków między 25 a 34 rokiem życia mieszka z rodzicami. Te dane są zatrważające, zważywszy na to, że całemu pokoleniu wmówiono, że dorosłość zaczyna się wtedy, kiedy zaciąga się kredyt hipoteczny. Lecz niektórym „na życie starcza, na wiarygodność w banku już nie”.


Autor w tym papierowym wieżowcu podaje cały przekrój przez problemy mieszkaniowe, łącznie z kruczkami w umowach deweloperskich, kredytach we frankach, plagą czyścicieli kamienic, a także – marginalizowane, zupełnie jak przed wojną budownictwo społeczne, które się nie opłaca deweloperom ani państwu (choć są przykłady na prężnie działające spółdzielnie). 13 pięter to wyśmienicie napisane reportaże, od których nie można się oderwać.  

Rybnik czyta

Dzisiaj walentynki. Sklepy zalane są czerwonymi serduszkami, a z kawiarni wylewają się na ulicę pary - ona przeważnie taszczy długą czerwoną różę. 
A co robią zakochani w książkach? Czytają! A swoją miłość do książek zamanifestować można spotykając się w umówionym miejscu o umówionej porze. I tak też spotkaliśmy się my, Rybniczanie, którzy o punkt dwunastej w południe rozsiedliśmy się wokół fontanny ze świętym Nepomucenem, by poczytać przez godzinkę w cieple lutowego słońca (sic!). Na wspólne czytanie stawiły się całe rodziny, nawet z małymi dziećmi. 
Rybniczanka czyta :)

Rybnik czyta to akcja popularyzująca czytanie. Dziś spotkaliśmy się po raz pierwszy, ale nie ostatni. Akcję wymyśliła moja koleżanka, Anoushka, która o evencie pisze krótko: "Zabierz książkę i czytaj w przestrzeni miejskiej! Czytajmy na widoku!". A więc tak też zrobiliśmy - na walentynkową randkę wybraliśmy się z mężem poczytać; on - Sapkowskiego, ja - Stasiuka. 
Anoushka i ja

Już czekam na marcowe spotkanie. 

Życie to jednak strata jest - Andrzej Stasiuk
 

Piękny styl - Steven Pinker

Do niedawna byłam przekonana, że podręczniki stylu odnoszą się jedynie do kwestii związanych z modą i ubiorem, ewentualnie urządzaniem wnętrz. Pierwszy raz spotkałam się z problemem wyrabiania stylu pisarskiego, który nie jest szeregiem chaotycznych rad czynnych pisarzy. Steven Pinker, kanadyjski językoznawca i kognitywista (kognitywistyka to dziedzina nauki, która czerpie z językoznawstwa, psychologii oraz neurologii)  jest autorem bestsellerowego Pięknego stylu. Jest to podręcznik stylu klasycznego, który wydaje się być najbardziej pożądany w wielu dziedzinach związanych z językiem właśnie. Przewodnik reklamowany jako nie tylko dla pisarzy, ale i dla blogerów, oczywiście piorunem trafił w moje ręce! Myślę, że część z Was jest już po lekturze i stara się zastosować kryteria Pinkera do własnych celów.


Pinker nie daje gotowej recepty na dobre pisarstwo. Próżno szukać tu kategorycznych stwierdzeń, takich jak "rób tylko to i to"; książka naszpikowana jest przykładami złych akapitów, niejasnych stwierdzeń, zawikłanych sformułowań, które zamiast przybliżać czytelnikowi dany problem - zaciemniają go, czyniąc nieczytelnym. Autor podaje kontrprzykłady, które nie tylko czynią poprawione zdania czytelnymi, ale i uświadamiają nam, czego powinniśmy unikać. Styl klasyczny, do którego powinniśmy dążyć "zakłada równość autora i czytelnika"; znaczy to, że "autor uważa, że czytelnik jest wystarczająco inteligentny" by zrozumieć dany tekst bez zbędnego szpikowania go metajęzykiem, oraz niezrozumiałymi pojęciami, których nie tłumaczy.


Oczywiście Pinker wymienia złe nawyki, których powinniśmy się wystrzegać, by pisać jasno i zrozumiale: "metadyskurs, znakowanie drogi, nadmierna asekuracja, przepraszający ton, narcyzm zawodowy, utarte frazesy, mylenie metafor, metapojęcia, rzeczowniki zombie oraz nadużywanie strony biernej i konstrukcji bezprzedmiotowych". Zdradliwa jest także klątwa wiedzy, czyli zakładanie, że czytelnik wie to, co my i nie musimy mu wyjaśniać na przykład swoich skrótów myślowych. Chcąc poprawić jakość swoich prac powinniśmy również pisać wprost nie powołując się na schematy, utarte frazy i pseudoautorytety.
Wypisałam sobie takie najważniejsze punkty, których powinniśmy się trzymać mając przed oczami rady Pinkera. Według niego tekst powinien być:

  • poprawny gramatycznie i logicznie,
  • klarowny - jasny i zrozumiały dla każdego czytelnika,
  • spójny - "spójność zaczyna się od tego, że autor i czytelnik mają jasność co do tematu". Autor musi mieć coś, o czym pisze (temat), i coś do powiedzenia (cel, główne przesłanie),
  • okraszony przykładami, by unaocznić czytelnikowi problem.

Myślę, że Piękny styl otwiera czytelnikowi oczy na... drugiego człowieka, w końcu punkt widzenia jest relatywny i to człowiek jest miarą wszechrzeczy. Staram się rady autora odnieść do swojego bloga; czy czytelnik ma wrażenie spójności, czy wręcz przeciwnie, czy wszystko jest zrozumiałe? Kiedyś zrobiłam kilku postom test mierzący stopień trudności danego tekstu (Indeks czytelności Flescha). Moje teksty plasują się gdzieś koło 50 punktów (skala od 0 do 100, przy czym im wyższy wynik tym bardziej zrozumiały tekst, a te z punktami 0-30 to teksty akademickie), czyli powinny być zrozumiałe przez licealistów.

Magiczna noc książek z Harrym Potterem

Jestem Potteromaniakiem. Książki oraz filmy o magicznym świecie Harry'ego Pottera poruszyły moją wyobraźnię i obudziły moje wewnętrzne, uśpione dziecko. I chociaż latka lecą i jestem niemal rówieśniczką książkowego Harry'ego, od kiedy czytamy z synkiem - najpierw Kamień filozoficzny, teraz kończymy Komnatę tajemnic - jestem chyba bardziej podekscytowana magicznymi przygodami niż niejedno dziecko. (Pewnie przecieracie oczy ze zdumienia, bo przecież jakoś to nie pasuje do klasyki o której piszę; nie przepadam za większością klasyki dziecięcej z Alicją, Pippi i Guliwerem na czele, ale Muminki już dawno zdobyły moje serce.) 

strony Proroka codziennego

wiedza tajemna: księgi czarów, eliksirów i magicznych stworzeń

Kiedy Media Rodzina, polski wydawca Harry'ego zaproponowało przyłączenie się do międzynarodowej Magicznej Nocy Książek z Harrym Potterem, moja filia biblioteki od razu się do akcji przyłączyła. Miałyśmy przednią zabawę przygotowując show: trzeba było nie tylko zaplanować dzieciakom poszczególne atrakcje, takie jak przydzielanie do domów, ozdabianie różdżek, ćwiczenie vingardium leviosa (pamiętajcie - "leviooosa", nie "leviosaaa") na piórku, robienie magicznych eliksirów, oraz rysowanie patronusa, czy test wiedzy (zdaniem dzieciaków banalnie prosty!), ale i przygotować dekoracje - stoły w odpowiednich barwach, rekwizyty, z których największą furorę robił wypchany bażant "grający" Fawksa, magiczne eliksiry oraz czarodziejską kulę Sybilli Trelawney. Nasze panie wolontariuszki czekały na ulicy Pokatnej, by "sprzedawać" fasolki wszystkich smaków, oraz sosnowe różdżki z chińskich pałeczek.

najwięksi antagoniści siedzieli obok siebie

Ulica Pokątna ze sklepem Olivandera

Dzieciaki poprzebierane w stroje karnawałowe na początku zostały obdarowane biletami na Hogwart Express, który odchodził z wiadomego peronu. Następnie "pirszoroczni" podawali hasło portretowi damy strzegącej wejścia do głównej sali, a po ceremonii przydziału rozpoczął się maraton zabaw zwieńczony tłustoczwartkową ucztą.
Myśmy się oczywiście też poprzebierały - zarówno bibliotekarki jak i opiekunki z Placówki Wsparcia Dziennego Piaski prowadzonej przez Stowarzyszenie Uskrzydleni - za czarodziejki i czarownice. 

Peron 9 i 3/4

Jak zrobić eliksir wielosokowy?

Kontynuując zabawę w stylu Harry'ego Pottera z reszty rekwizytów oraz książek - w tym nowej, bogato ilustrowanej wersji Kamienia filozoficznego zorganizowałyśmy wystawę. Jest i magiczna różdżka i zaczarowany latający klucz, nawet mamy okrągłe okulary Pottera. 

Wystawa o Harrym Potterze

Czy widziałeś tego czarodzieja?

Okulary Harryego oraz piękna książka ilustrowana przez Jima Keya

Latający klucz

Drugą gablotę "okupują" magiczne ingrediencje oraz książka do sporządzania eliksirów samego księcia półkrwi, na której leży medalion Salazara Sytherina. Wystawę można oglądać w Filli nr 4 PiMBP w Rybniku do końca miesiąca. 

buteleczki ze składziku Snape'a

Smocza łuska - bardzo rzadka i cenna

i ja tam byłam i eliksir wielosokowy piłam ;)

Wspomnienia z domu umarłych - Fiodor Dostojewski

Może zacznę od wyznania: uwielbiam literaturę rosyjską. Jej twórców, szczególnie tych klasycznych stawiam na równi z największymi pisarzami anglosaskimi z Hardym, ma się rozumieć, na czele. Czytając takiego dajmy na to Stendhala, czy Balzaka meczę się nie wiedzieć czemu, ale już przy Tołstoju czy Dostojewskim – oddycham pełną piersią.

źródło: LubimyCzytac.pl
Niedawno zadałam sobie pytanie, czy lepiej mi się czytało Idiotę, czy Annę Kareninę? I z tym pytaniem utknęłam; postanowiłam nadrobić to, czego jeszcze nie czytałam i wybór padł na Wspomnienia z domu umarłych. Oczywiście nie zamierzam streszczać fabuły, jedynie przybliżę okoliczności powstania powieści i odniosę się do treści bardzo subiektywnie. Mam jednak problem z Wspomnieniami, bo o ile bardzo mi do gustu przypadły, to – czasem tak jest – nie wiem, co napisać poza „ale mi się fajnie czytało”. 

Zapiski iz miortwogo doma Fiodora Dostojewskiego to pamiętnik osnuty wokół katorgi, na którą pisarz został zesłany na cztery lata za sympatyzowanie z Kołem Pietraszewskim, „klubem dyskusyjnym” zorientowanym na Zachód. Ale autor nie pisze wprost – bohaterem i narratorem jest szlachcic zesłany za zabójstwo, Aleksander Pietrowicz Gorianczykow.

W sumie po wspomnieniach EricaLomaxa spodziewałam się rosyjskiego kempeitai, ale albo opis katorgi został uładzony, albo za dużo się naczytałam; Dostojewski nie epatuje strasznymi obrazami, jedynie – niemal sucho – opisuje warunki pobytu w więzieniu na Syberii. Ale jak pisze sam Dostojewski "o niektórych rzeczach niepodobna sądzić, jeśli się ich nie doświadczyło".

Co do samego wydania, to niestety trafiłam na PIW z 1977 roku: maciupeńkie literki, gęsty druk niemal bez odstępów. Taka czcionka bardzo męczy oczy i nie potrafiłam książki dokończyć, a bardzo bardzo chciałam, bo jak napisałam wcześniej – czytało mi się świetnie.
Co do Rosjan jeszcze, jakiś taki mieliśmy z mężem rosyjski tydzień – on czytał Glukhovsky’ego, ja Dostojewskiego, a na Kulturze leciał mój ukochany Wujaszek Wania…   

Spotkanie autorskie z Witem Szostakiem

3 lutego gościem Dyskusyjnego Klubu Książki działającego przy Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Rybniku był Wit Szostak, pisarz młodego pokolenia znany z takich powieści jak Oberki do końca świata czy Sto dni bez słońca.

Moderatorką spotkania była pani Anna Piontek. Autor zrobił na „wejściu” niebagatelne wrażenie, ponieważ miało się wrażenie, że zszedł z plakatu: elegancka marynarka w akademickim, angielskim stylu, ten sam nieco zamyślony wyraz twarzy, nawet włosy ułożone były tak, jak wskazywał wydrukowany portret. Niekiedy czytelnicy doznają nieprzyjemnego rozdźwięku między wizerunkiem promocyjnym, a późniejsza konfrontacja na żywo.

Moderatorka spotkania, Anna Piontek oraz gość DKK, Wit Szostak
Pierwsze pytanie zadane przez moderatorkę brzmiało: „Jak się pisze książki?” Szostak wydawał się nieco zbity z tropu, ale zaczął opowiadać, jak wcześniejsze powieści (fantasy) pisał długo; były one poprzedzone planem, wieloma notatkami, etc. Ostatnie książki pisze szybko, i jak sam mówi - lubi pisać, pisze z energią, ale nie meczy się nad klawiaturą. Pomiędzy poszczególnymi powieściami zdarzają mu się dłuższe pauzy, kiedy nie brakuje mu pisania. Autor zauważył z humorem, że nie ma skłonności grafomańskich, ponieważ potrafi sobie odmówić przyjemności ciągłego pisania. Padło, co bardzo naturalne, pytanie o mistrzów. Szostak przyznał, że pisarzem, który miał na niego największy wpływ, którego ceni najbardziej jest Bruno Schulz, oraz pisarze iberoamerykańscy. W obrazowy sposób na przykładzie własnych powieści mówił o różnicy miedzy imitacją i inspiracją. Jako najbardziej wartościowych twórców fantasy wymienił oczywiście Tolkiena i Le Guin, chociaż zapytany, czy wróci jeszcze do fantastyki odpowiedział stanowczo „nie”. Oczywiście został również zapytany o swoją „drugą twarz” wykładowcy akademickiego (Szostak jest wykładowca uniwersyteckim, doktorem filozofii, i pod własnym nazwiskiem – Szostak to pseudonim – wydaje publikacje naukowe). „Nie chcę pisać książek przefilozofowanych jak ostatnie filmy Zanussiego”, ale jak sam zauważył, filozofia jest w jego książkach podskórnie obecna.
Wit Szostak
Następnie opowiadał o swojej przyjaźni z Orbitowskim i Twardochem, o odbiorze swoich książek, oraz o najnowszej książce, która niedawno ukazała się na rynku (Wróżenie z wnętrzności). Dopiero po ponad godzinie publiczność doczekała się czasu na zadawanie pytań, co oczywiście skwapliwie wykorzystali członkowie DKK. Myślę, że to było bardzo udane spotkanie i cieszę się, że – chociaż nie czytałam jak dotąd żadnej z książek Szostaka – się na nie wybrałam. Może jestem nieobiektywna, ale rozumiałam kiedy Szostak opowiadał o swoich uczniach, o Heideggerze i Heglu, i o tym, że właśnie filozofia służy poszerzaniu horyzontów i przyjmowaniu własnej perspektywy, która może odbiegać od ogólnie przyjętej.

Jak czytać stare książki?

Jak czytać stare książki i CZY je czytać? Mówiąc „stare” mam na myśli te naprawdę stare, przedwojenne, lub te z lat 40-50 ubiegłego wieku. Ze względów oczywistych  możemy zapomnieć o starodrukach, inkunabułach, etc. – po prostu mało kto je ma, a kogo już na nie stać – wkłada je za szybkę. 



1.      Zapach. Nie każdy lubi zapach starych książek. I jeżeli kogoś on razi, raczej nie radzę sięgać po książki wiekowe. Każda dekada odznaczała się innym papierem – inna była kwasowość, inny skład, niektóre tańsze wydania miały szorstki papier a la makulatura, a w innych litery wytłaczano niemal na bibułce. Dziwnie (to bardzo subiektywne określenie, wiem) pachną książki z XIX-go wieku; mam dwie trzy książki z drugiej połowy XIX-go wieku i zauważyłam, że mają kwaśny, jakby octowy zapach. Za to przyjemnie pachną te z pierwszych lat ubiegłego wieku – ale nic nie przebije książek w twardej okładce z PIWu z lat 50-tych.

2.    Szkodniki, grzyby, pleśnie. Jasne, że jeżeli książka jest „chora” lepiej jej nie ruszać, a najlepiej oddzielić ją od księgozbioru. Na stan książki może wpłynąć wilgoć (więc lepiej nie czytajcie w wannie i nie radzę trzymać książek w łazience!, ani w piwnicy!), rozwijają się wówczas mikroorganizmy, w większości pleśnie (Aspergillus terreus, Acrothecium, Chaetomium globosum, Cladosporium, Oencillium notatum, Pellicularia isabellina, Penicillium)*. Nie zapominajmy, że kiedyś książki klejone były klejami roślinnymi i oprawiane w skóry, a te – będąc organicznymi – są wspaniałą pożywką dla drobnoustrojów. W książkach również żyją niewielkie owady, takie jak rybiki cukrowe, mole i skórniki i szubaki.
Jednak jeżeli książka jest zdrowa (co można poznać po wyglądzie i zapachu) nie ma obaw – możemy ją śmiało czytać.
Ktoś próbował skleić rozlatujące się strony...

3.      Archaiczny język. No cóż, szczególnie przed 1933 rokiem, kiedy zreformowano język polski – takie odniosłam wrażenie – panowała w naszym języku wolna amerykanka. Chodzi o słowa takie jak tryumf, czy kuryer, pisanie niektórych słów razem, końcówki takie jak "w sercu mem", "serjo" i wiele innych. Nieco szerzej piszę o tym przy okazji recenzji Rodziny Thibault.
fragment starego wydania Rodziny Thibault 1926 r.
4.     Delikatność… zdarzyło mi się w zeszłym roku sięgnąć po książkę blisko stuletnią. I niestety, zepsułam okładkę! Wcześniej było jedynie małe pękniecie, a teraz rozpruty jest calusieńki bok. Ups. Jednak – jeżeli macie podobny problem, apeluję, nie lepcie książek taśmą klejącą! Taśma klejąca jest nieodwracalna jak zaklęcie avada kedavra; mam dwutomową encyklopedię z początku ubiegłego wieku, z której pierwszy tom ma nieodwracalnie uszkodzony grzbiet klejem z taśmy. 

Upsułam...
Również nie lepimy kartek! Możemy sobie polepić książeczkę dla dzieci z Olesiejuka, ale nie stuletnie dzieło, powiedzmy Sienkiewicza. Jakiś geniusz wpadł na jeszcze lepszy pomysł i polepił strony Rodziewiczówny zwykłymi paskami papieru ZALEPIAJĄC przy tym drugą stronę. Jeżeli nie macie pomysłu, jak naprawić książkę, to lepiej zostawcie naprawę na bardziej cywilizowane czasy: na targach w zeszłym roku natrafiłam na stoisko, na którym można było nabyć przezroczyste taśmy do naprawy książek, może kiedyś się upowszechnią, wtedy będziemy naprawiać książki do woli.
Ale mam też gros książek po-bibliotecznych, które skoro przetrwały iks osób przez te wszystkie lata - przetrwają jeszcze jedno czytanie ;)

W czytaniu staroci jest coś przyjemnego. Może to ten „ludzki” element, bo przecież kiedyś książki nie były drukowane na drukarkach, tylko na prasach, a każda strona składana była osobno przez zecera? Niekiedy widać, gdzie odbiła się czcionka, to taki malutki kwadratowy znaczek dookoła litery. Byłam kiedyś na wycieczce w Muzeum Drukarstwa i polecam każdemu molowi książkowemu takie zwiedzanie, szczególnie, kiedy pan przewodnik tak ciekawie opowiada o starych czasach. Również fajnie jest się zapoznać z autorami, o których mało kto pamięta, bądź z archaicznym językiem, jakim mówiły nasze prababcie.

Czytamy książki nieoczywiste - pożegnanie wyzwania

Kochani, dziękuję za wspólną zabawę w wyzwaniu Czytamy książki nieoczywiste. Chciałam Was zarazić miłością do książek trochę starszych, przykurzonych. Część z Was sięga po nie i nadal będzie sięgać. Może to nie czasy na książki wiekowe, skoro mamy taki zalew nowości? Doszły mnie smutne wieści, że zaprzyjaźniony ze Śląskimi Blogerami antykwariat Kocham Książki przestał istnieć i to chyba znak, że po książki stare się nie sięga, chyba, że z własnych półek. Wydają się mniej atrakcyjne? Być może...
Oczywiście to jedynie koniec wyzwania - możecie nadal podsyłać linki, a będę je wrzucała na fanpage'a, który cieszy się dużą popularnością. Ja również będę kontynuowała swoją "misję". Nadal znajdziecie u mnie starsze wydania, kilka wpisów "zapoznawczo-poradnikowych" się szykuje, więc możecie być pewni, że starowinkom "nie odpuszczę".
Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy brali udział w wyzwaniu. I zapraszam na nowy post we środę.