Zielone sari - Ananda Devi (refleksje na dzień kobiet)

“Zielone sari” jest książką ponadczasową i uniwersalną, ponieważ niestety wciąż aktualny jest również temat przemocy wobec kobiet. To książka miażdżąca, ale nie pozostawiająca czytelnika w bezsilnym oszołomieniu.

Ananda Devi to pisarka maurytyjska, kojarzona z nurtem feministycznym. Na swoim koncie ma kilkanaście powieści. “Zielone sari” jest jej pierwszą przetłumaczoną na nasz język powieścią.

Stary doktor umiera. Na łożu śmierci prowadzi monolog wewnętrzny pełen nienawiści do bliskich: nieżyjącej żony, córki oraz wnuczki. Mimo iż starzec jest niemal bezsilny fizycznie, wykorzystuje swoją ustaloną pozycję domowego tyrana do dalszego gnębienia psychicznego kobiet. W swych rojeniach szczyci się pozycją społeczną doktora-boga, niezastąpionego w społeczności, w której żyje.

Jednakże w marę zagłębiania się w historię, czytelnik odkrywa, że pozłota doktora-boga coraz bardziej się łuszczy, a kobiety łącząc siłę przechylają szalę zwycięstwa ku swojej stronie.

Ta książka to manifest. Traktuje o godności kobiet niezależnie od szerokości geograficznej i odchodzeniu do lamusa (miejmy nadzieję) szowinistycznej postawy “pana i władcy”. W skądinąd bardzo dobrej recenzji “Zielonego sari” “Kto zostanie ofiarą” zamieszczonego w najnowszym numerze Nowych Książek Paulina Małochleb pisze: “Ryż (...) surowy lub rozgotowany, nieporządek w domu, pajęczyny na suficie stają się przyczyną bicia.” Pozwolę sobie się nie zgodzić, ponieważ wyżej wymienione wyglądają raczej na PRETEKST przemocy, a nie jej przyczynę, które upatrywałabym w mizoginii i agresji głównego bohatera.To nie ofiara przemocy jest winna, a sprawca.


Jeśli jesteś ofiarą przemocy domowej, albo wiesz, że komuś dzieje się krzywda, zadzwoń pod nr
800-120-002
Jest to telefon Niebieskiej Linii, pod którym "uzyskasz wsparcie, pomoc psychologiczną, informacje o możliwościach uzyskania pomocy najbliżej miejsca zamieszkania." 

Tytuł: Zielone sari
Autor: Ananda Devi
Tytuł oryginalny: Le Sari vert
Tłumaczenie oraz posłowie: Krzysztof Jarosz
Wydawnictwo: Wydawnictwo W Podwórku
Rok wydania: 2018
Opis fizyczny: 240 strony, okładka miękka z obwolutą
Gatunek: powieść
ISBN: 978836413425-8

Pierwsza osoba - Richard Flanagan

Na dniach ukazała się najnowsza powieść autora „Ścieżek Północy”, Richarda Flanagana. Jest on obecnie najbardziej rozpoznawalnym autorem pochodzącym z dalekiej Tasmanii. 


„Pierwsza osoba” jest zapisem wspomnień snutych przez początkującego pisarza, Kifa Kehlmanna, który w finansowym dołku postanawia podjąć się zlecenia graniczącego z mission imposible - w zaledwie sześć tygodni napisać jako ghost writer autobiografię znanego bankstera, Siegfrida Heidla.

Tok pisania jest niezwykle frustrujący, ponieważ obiekt nie bardzo współpracuje – zwodzi i lekceważy pisarza, w rezultacie nie zdradzając szczegółów swojego życia. „Równie dobrze mógłbym starać się podnieść nożyczkami rtęć z podłogi”, żali się Kif. Kiedy jednak z Siegfrida uda się wydobyć choć kusztyczek osobistych wywodów, te okazywały się zmyślone. „Zaprzeczał swoim kłamstwom nowymi kłamstwami, a potem zaprzeczał własnym zaprzeczeniom. Jak gdyby nie potrafił żyć inaczej niż w chaosie samozaprzeczenia”. 

Czytelnik również nie wiele się dowie o konfabulancie. Bo tak naprawdę kto manipuluje kim – czy Siegfrid Kifem, czy może Kif czytelnikiem? 

Sama akcja powieści dawkowana jest homeopatycznie i na dobrą sprawę przypomina ścieranie kamienia na tarce do sera. Choć język jest potoczysty, autor ustami Kifa ulega pokusie licznych powtórzeń. Niemniej jednak książka Flanagana zbiera w większości pozytywne recenzje. Ciekawa jestem również Waszych opinii. 

Za możliwość zmierzenia się z tym, co autor chciał powiedzieć, dziękuję Wydawnictwu Literackiemu

Tytuł: Pierwsza osoba
Autor: Richard Flanagan
Tytuł oryginalny: First Person
Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 2019
Opis fizyczny: 452 stron, okładka twarda
Gatunek: powieść
ISBN: 978-83-08-06826-7

Podsumowanie lutego [2/2019]

Luty przeleciał jak strzała. Ledwo się zaczął, a już się skończył.

Ten miesiąc był dość mizerny pod względem przeczytanych tytułów. Jedynie 6 z czego jeden czytamy nadal.

"Białowieżę szeptem" i "Simonę" przeczytałam z wielką chęcią w czasie przygotowań do spotkania z autorką, Anną Kamińską. Relację możecie przeczytać TU.

Do poduszki czytamy "Świat Zofii". Dawkujemy sobie i rozmawiamy na temat każdego zagadnienia.

O "Nostalgii" Mircea Cărtărescu napiszę w kolejnym tygodniu; już teraz zapraszam na przyszły tydzień, ponieważ na blogu pojawi się recenzja najnowszej książki Richarda Flanagana “Pierwsza osoba”.

Niestety zaliczytam również wpadkę - siegnęłam po komiks Wiedźmin (Sapkowski, Polch, Parowski). Oj, lichutkie... Anachrnonizmy doprowadzaly mnie do nerwicy, nie było Ciri, wszechobecne szczucie cycem, etc.

Plany marcowe nie ulegają zmianie: nadal staram się lecieć z listą do przeczytania ;)

🎵🎵🎵

Muzycznie wróciłam do czasów liceum: Nirvana Unplugged, Alice in Chains, The Cure “Disintegration”, a także fenomenalny album Patti Smith “Horses”.

🎬📀

Za to nadrobiłam oscarowe zaległości. Właściwie niemal nie wychodziłam z kina.

"Bohemian Rhapsody" to film średni, momentami naiwny, bez pazura, ale za to z muzyka przez ogromne “M”. Queen to moja pierwsza muzyczna miłość, znam chyba każdy możliwy kawałek i zawsze śpiewam razem a Freddiem. O ile Rami Malek dwoił się i troił, by wejść w buty Freddiego, o tyle filmowy Brian May to po prostu żywy klon prawdziwego.

Jednym z lepszych filmow lutego były "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri". Utrzymana w konwencji czarnego humoru zjadliwa satyra na małomiasteczkowość, polączona z dramatem obyczajowym w dodatku z obsadą-marzeniem (Frances McDormand,Woody Harrelson)

Równie pozytywnie odebrałam film "Narodziny gwiazdy". Wiem, że temat ograny, bo ileż można, ale cala historia, piosenki i gra aktorska były przekonywające. Piosenka "Shallow" oczywiście chodziła mi pod głowie do... teraz?

"Faworyta". Świetne, feministyczne, niezałgane kino z rewelacyjnymi aktorkami (nagrodzona Oscarem Olivia Colman, Emma Stone, Rachel Weisz). Musicie to obejrzeć!

"Green Book". Jeśli chcecie pójść do kina ze swoim powiedzmy dziesięcioletnim dzieckiem - śmiało, ten film jest interesujący, mądry, zabawny. Jest powiedziałabym - zupełnie inny. Być może to zaważyło na przyznaniu mu statuetki?

Obejrzałam w lutym również:
Aquaman ⭐⭐
Jak wytresować smoka 3 ⭐⭐⭐⭐
Lego Przygoda 2 ⭐⭐⭐
Wszystkie pieniądze świata ⭐⭐⭐
Polar ⭐
Oraz po raz kolejny:
Indiana Jones (trylogia) 💗
Tron: dziedzictwo 💗
Pokoj z widokiem 💗
Serialowo:
Przyjaciele, 
Grand Tour. 

Pozostale wieści - jestem w połowie swetra na drutach. O postępach możecie dowiedzieć się TU.

Spotkanie autorskie z Anną Kamińską

6 lutego gościem rybnickiej Biblioteki była Anna Kamińska, dziennikarka, scenarzystka, felietonistka i pisarka, kojarzona przede wszystkim z dwiema biografiami niezwykłych kobiet. Miałam ogromną przyjemność moderować spotkanie z autorką biografii "Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak", "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz", oraz reportażu "Białowieża szeptem. Historie z Puszczy Białowieskiej".



Spotkanie autorskie z Anną Kamińską w PiMBP w Rybniku

Autorka opowiadała przede wszystkim o pracy nad biografiami Wandy Rutkiewicz i Simony Kossak. Obie te wspaniałe postacie pochodziły z jednego pokolenia (urodzone w 1943 r.). Do cech wspólnych obu pań należała bezkompromisowość, opisywany przez znajomych dystans emocjonalny, oraz stuprocentowe oddanie powołaniu.

Do dziś Wanda Rutkiewicz jest uważana za wzór odwagi i determinacji. Od dziecka predestynowana do sukcesów w sporcie, robiła wszystko, by dotrzeć do upragnionego celu. W 1992 nie wróciła z Kanczendzongi.

Simona długo nie umiała znaleźć sobie miejsca – "To miał być czwarty Kossak", jednakże nie wykazywała talentów malarskich, ani literackich, jak jej sławne ciotki. Za to od najmłodszych lat otaczała się zwierzętami; po studiach osiadła w Białowieży, która była jej domem do samej śmierci w 2007 roku. W leśniczówce Dziedzinka, w której mieszkała Simona była istna menażeria - zwierzęta chodziły wolno, nierzadko strasząc gości.

"Białowieża szeptem", wspaniały reportaż o polskim "Miasteczku Twin Peaks", był efektem ubocznym pracy nad Simoną. Książka jest zapisem wielu rozmów z mieszkańcami białowieskich wsi. Już samo zdjęcie wybrane na okładkę jest zapowiedzią czegoś niezwykłego, niepokojącego - dopiero czytając można się dowiedzieć, że przedstawia Filimona Waszkiewicza, ostatniego bartnika z jego narzędziem pracy, specjalnymi linami służącymi do wspinania się na drzewa.

Anna Kamińska opowiadała o pracy nad książkami, o rozmowach z rodziną i znajomymi bohaterek, a także o wynajdywaniu informacji w archiwach, by najrzetelniej przedstawić fakty.

Na koniec autorka przygotowała dla czytelników w ramach małego prezentu jedną z gawęd radiowych Simony Kossak.

Pisarka dała się poznać jako niesamowicie sympatyczna osoba, która zaraża swoim entuzjazmem i pogodą ducha. Podczas podpisywania książek po oficjalnej części spotkania chętnie odpowiadała na pytania czytelników, oraz pozowała z czytelnikami do zdjęć.

Podsumowanie stycznia [1/2019]

W przerwie świątecznej starałam się nadrabiać zaległości. Czas urlopu ustawiłam tak, że do pracy wróciłam dopiero 7-go stycznia. Miałam więc dużo czasu dla rodziny oraz na hobby: czytanie, słuchanie płyt, oglądanie zaległych seriali i filmów.



W styczniu królowało u mnie hasło: less waste, czyli jak najmniejsze marnowanie i wyrzucanie zasobów, którymi się dysponuje. Uważam się za osobę oszczędną. Staram się gospodarować pieniędzmi i dobrami w sposób zrównoważony i planuję (np. posiłki) naprzód. Segreguję odpady - pod zlewem mam kosz na śmieci zmieszane, papier i plastik. Oprócz tego mam worek na szkło. Planuję na wiosnę kompostownik. Uszyłam sobie woreczki zero waste, żeby nie brać woreczków foliowych.


🎵🎵🎵 

W nowym roku jeszcze przeżywam stare koncerty: Łąki Łan gościł u nas w maju, ale dawno się tak pozytywnie nie naskakałam. Do najbardziej udanych wydarzeń ubiegłorocznych, w których uczestniczyłam mogę zaliczyć rybnicki koncert Jaromira Nohavicy. Również świetnie bawiliśmy się na koncercie zespołu Chwila Nieuwagi i Kuby Blokesza “Brama Morawska”. Oczywiście Dzieciątko przyniosło nam tę niezwykłą płytę, która niemal nie wychodzi z odtwarzacza.

🎬📀📽️ 

Zdecydowanie polecam film “Ktoś we mnie” nakręcony na podstawie książki Sarah Waters. Nie jest to horror, raczej film psychologiczny i jako taki należy go oglądać. Świetnie zbudowany klimat opierał się również na sugestywnej scenografii i niezwykłych, wręcz portretowych zbliżeniach. Bardzo się cieszę, że twórcy nie poszli na łatwiznę i nie straszyli widza, ale dali mu pole do samodzielnego myślenia. Nie ma może takiej siły rażenia jak niesamowity “Mother!”, ale niewątpliwie jest wart uwagi. Do tego bardzo dobre aktorstwo -Domhnall Gleeson, Charlotte Rampling, Will Poulter, Ruth Wilson. Film ten niestety nie znalazł polskiego dystrybutora.

“Ostre przedmioty” to ośmioodcinkowy thriller powstał na podstawie bestselleru Gillian Flynn pod tym samym tytułem. W rolach głównych możemy obejrzeć Amy Adams oraz Patricię Clarkson, a także Chrisa Messinę. O serialu powiem tylko jedno: rewelacyjny! Bardzo mocny, zaskakujący, wart obejrzenia. Przed oglądaniem nie znałam nawet zarysu fabuły, staram się nie oglądać zwiastunów, nie czytam recenzji ani blurbów książek/filmów, które chce sama odkryć.

Trzeci sezon “Daredevila”. Powinnam napisać o nim chyba osobny post, którego tytuł mógłby brzmieć: nie śpię, bo oglądam Daredevila. Trzecia seria niewątpliwie nawiązuje do pierwszej. Mordobicie jest pierwsza klasa, sceny bójek są niczym krwawy taniec, nawet w warstwie obyczajowej serial nieźle sobie radzi, między innymi za sprawą siostry Maggie, a Kingpin wprowadza nowego, niebezpiecznego gracza. Po zakończeniu DD przerzuciliśmy się na "Punishera" (drugi sezon). Co prawda nie ma w nim miejsca na Liebermana (jego wątek skończył się wraz z zakończeniem pierwszej serii), ale mamy “małą ściemniarę”, która z odcinka na odcinek coraz bardziej zaskarbia nasze serca. Frank nie wychodzi z formy, a Billy jako Jigsaw nareszcie pokazuje na co go stać. Dużo dobrej jatki – dla miłośników gatunku.

Za to trzeci sezon "Człowieka z Wysokiego Zamku" rozczarowuje, bo na trzynaście odcinków mamy tylko jeden, no, góra dwa momenty z prawdziwą akcją, a reszta ciągnie się jak Moda na sukces. Na otarcie łez jak zwykle doskonały Rufus Sewell i zawiązanie nowego wątku do przepracowania w czwartym sezonie.

Pozostając w tematyce nazistowskiej - nadrobiłam doskonały “Kryptonim HHhH”, opowiadający o karierze i śmierci kata Pragi Richarda Heinricha. Na liście jeszcze mam do obejrzenia film “Anthropoid” o tej samej akcji – kiedy go obejrzę, pokuszę się o porównanie.

Obejrzałam w styczniu również:

Hidden Figures ⭐⭐⭐⭐⭐
Spotlight ⭐⭐⭐⭐
The Glass Castle ⭐⭐
Tom a la Ferme ⭐⭐
Papusza ⭐⭐⭐⭐⭐

Oraz po raz kolejny: 

Ratatuj💗 
Perswazje (1995)💗 
Mój Nikifor ⭐⭐⭐⭐⭐

📚📚📚
Właśnie skończyłam (dopiero) szóstą książkę w tym roku. Przeczytane do tej pory:
📚 Koala - Lukasa Bärfussa
📚 Rozświetlona jama - Max Blecher
📚 Poświata - Michael Chabon
📚 Zielone sari - Ananda Devi
📚 Po trochu - Weronika Gogola
📚 Wanda - Anna Kamińska

Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny - Max Blecher

Max Blecher to rumuński prozaik pochodzenia żydowskiego żyjący w latach 1909-1938. Mając 19 lat wyjechał z rodzinnych stron do Paryża, by studiować medycynę. Jednakże wkrótce po wyjeździe zdiagnozowano u niego wówczas nieuleczalną gruźlicę kręgosłupa. Kolejną dekadę spędził w sanatoriach, pionizowany specjalnymi aparatami i utrzymywany nieruchomo gipsem.


Pisze się, że gdyby nie choroba, która zmieniła jego priorytety, nie zostałby pisarzem. To właśnie pod wpływem przeżyć z okresu choroby powstają jego powieści “Zabliźnione serca”, czy “Zdarzenia w bliskiej nierzeczywistości”. Prowadzi również ożywioną korespondencję z najwybitniejszymi awangardowymi umysłami epoki, Martinem Heideggerem (w 1927 ukazuje się jego “Bycie i czas”), André Bretonem (po pierwszej wojnie światowej powstaje surrealizm), André Gide’m (Gide ma już ugruntowaną pozycję, jego “Lochy Watykanu” ukazały się w roku wybuchu wojny). 

Max Blecher w “Rozświetlonej jamie” przenosi nas do przedwojennych sanatoriów, gdzie egzystują pacjenci terminalni i ci, dla których nie ma miejsca w “zdrowym” społeczeństwie. Dziennik o dusznym klimacie, odrealnionym, jakby świat poza sanatoriami nie istniał. Ówczesne sanatoria, jak można wnioskować z choćby Prousta czy Manna są połączeniem szpitali, hospicjów oraz ekskluzywnych hoteli. Terapie eksperymentalne są niekiedy jedynym sposobem na złagodzenie męczących objawów czy wręcz przedłużenie życia kuracjusza.

Blecher jest w dzienniku niezwykle szczery, nie ma nic do stracenia, więc opisuje świat, w którym żyje oraz swój wewnętrzny świat na równym statusie ontologicznym: sny i jawa przeplatają się spajając w jedno. Ból, śmierć oraz jątrzące się rany nie są tu tematem tabu, bo są zbyt zwyczajne.

Po youtube’owej recenzji Madri nie mogłam nie kupić tej książki. Choć jest niewielka objętościowo, przez swoją prostotę i szczerość wali prosto między oczy. Kilka dni nie mogłam zacząć czytać nic innego.

Tytuł: Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny
Autor: Max Blecher
Tytuł oryginalny: Vizuina luminată: Jurnal de sanatoriu
Tłumaczenie: Joanna Kornaś-Warwas
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Rok wydania: 2018
Opis fizyczny: 200 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: wspomnienia/dzienniki
ISBN: 978-83-65595-77-5

Po trochu - Weronika Gogola

Weronika Gogola w opowieści “Po trochu” snuje wspomnienia z okresu dzieciństwa i dorastania. W bezpretensjonalny sposób ukazuje świat wsi lat 90-tych. Wszystko powleczone werniksem nostalgii i mam wrażenie, głębokiej miłości do rodziny. Autorka jest przy tym do bólu szczera przeprowadzając przy tym wiwisekcję dorastania.


“Po trochu” to również pieśń o odchodzeniu, umieraniu, które wpisane jest w nasze życie niczym rewers monety. Odchodzą zwłaszcza mężczyźni, Gogole nie dożywają pięćdziesiątki, a znajomi i koledzy umierają w wypadkach jeżdżąc po pijanemu. Kobiety z podniesionym czołem znoszą swój los. Ta miniaturowa saga rodzinna pełna jest bowiem duchów snujących się na kartach książki.

Momentami miałam wrażenie swoistego anachronizmu – czy autorka rzeczywiście jest młodsza ode mnie i opisuje życie na przełomie wieków, czy jednak snuje gawędy o życiu, które odeszło już dawno temu? Gdyby nie wstawki o bojówkach czy walkmanach dałabym sobie rękę uciąć, że Gogola opisuje lata 60-te! I w pewnym momencie uderzył mnie pewien fakt - i Weronika Gogola i Jakub Małecki tak cudownie piszą o polskiej prowincji, z taką dozą nostalgii, a przy tym tak szczerze i ponadczasowo, chociaż nie są to laurki, a raczej obrazy malowane słowem. 

Szczerze polecam. Szczególnie równolatkom. Jeśli lubicie lekko nostalgiczne klimaty koniecznie sięgnijcie do Znaków szczególnych Pauliny Wilk.

Tytuł: Po trochu
Autor: Weronika Gogola
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Rok wydania: 2017
Opis fizyczny: 180 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: powieść
ISBN: 978-83-65595-51-5

Koala - Lukas Bärfuss

W serii Ossolineum "Z kraju i ze Świata" ukazało się dotychczas 5 powieści. Jedną z nich jest powieść-esej szwajcarskiego autora Lukasa Bärfussa "Koala".

Czterdziestokilkuletni, pracujący w noclegowni brat przyrodni narratora popełnia samobójstwo. Po długiej nieobecności w rodzinnym mieście bohater musi się zmierzyć z przeszłością zmarłego, i co naturalne, z jego krokiem. "Paraliżował mnie swoim czynem, przez swoje samobójstwo wdzierał się w moją codzienność tak jak nigdy nie czynił tego za życia".


Samobójstwo brata staje się przyczynkiem do głębszego zastanowienia nad zjawiskiem jako takim. Samobójstwo jako kontestacja rzeczywistości, jako wyraz buntu, pragnienie wypisania się z życia. Zjawisko powszechne, jedna z opcji. "Samobójstwo, stwierdziłem, było powszechną śmiercią, pospolitą niczym krótkowzroczność."

Jednocześnie przezwisko brata z dzieciństwa staje się pretekstem do snucia analogii między charakterem brata jako człowieka a tytułowym torbaczem. Autor snuje refleksje o narodzinach nowego świata, narodzinach pełnych bólu i śmierci. Z niemal reporterską precyzją przytacza Bärfuss historie zesłanych za drobne kradzieże pomywaczek, złodziejaszków i zabójców. Pojawienie się białego człowieka na niegościnnym ladzie, jak w Afryce Josepha Conrada, zwiastuje nie tylko zagładę gatunków, ale i unicestwienie tubylczych plemion. Autor kładzie nacisk na niemal wirusową ekspansję zachodniej cywilizacji stawiając jej jad na równi z konsumpcyjnym stylem życia.

Bierność według naszego społeczeństwa jest czymś nieakceptowalnym. O ile koali jako zwierzęciu przypięliśmy łatkę zwierzątka sympatycznego, misia-przytulanki, to bierny człowiek nie ma prawa istnieć, jest wybrykiem natury, błędem systemu.


Tytuł: Koala
Autor: Lukas Bärfuss
Tytuł oryginalny: Koala
Tłumaczenie: Arkadiusz Żychliński
Posłowie: Grzegorz Jankowicz
Wydawnictwo: Ossolineum
Rok wydania: 2017
Opis fizyczny: 180 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: powieść
ISBN: 978-83-65588-20-3

Bullet Journal [po dwóch latach]

Powiem otwarcie – gdyby nie bullet jurnal z pewnością byłoby ze mną kiepsko! Takie poukładane zapiski królują u mnie już trzeci rok i jestem więcej niż zadowolona, że odkryłam bu-jo dla siebie.

W 2018 roku zdecydowałam się prowadzić agendę w kalendarzu Midnight Steel Paperblanks o formacie midi horizontal. Niestety, nie był to najlepszy wybór, bo jak się przekonałam, potrzebuję więcej miejsca. W czasie największego natłoku, czyli w czasie roku szkolnego, a najbardziej w październiku, kiedy mamy Rybnickie Dni Literatury, strony miałam zapełnione na maksa!

W tym roku będę pisała w planerze Paperblanks modelu z serii Safavid, formatu ultra. 240 stron w kropki.

 

Po roku przerwy wracam do dużego formatu, ale nadal jestem wierna firmie P. Kiedy tylko dowiedziałam się, że będą plannery w kropki, oczywiście musiałam sobie taki kupić. Uwierzcie mi, od chwili kupna na Targach Książki w Krakowie nie mogłam się doczekać, kiedy zacznę go używać na co dzień. (Ale najpierw musiałam skończyć kalendarz.)

Piszę naprawdę dużo. Robię naprawdę masę notatek, a dodatkowo sporządzam codzienne listy zakupów, spraw do załatwienia oraz spraw szkolnych mojego synka (kiedy wypadają zastępstwa, co przynieść na plastykę, etc.). Do tego dochodzi notowanie prywatnych zapisków w osobnym zeszycie – tym razem wykorzystałam zakup z kwietnia, kiedy odwiedziłam Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Jestem z niego bardzo zadowolona, ma dobrej jakości kartki koloru kości słoniowej z czerwonymi liniami. Do tego ładna, twarda okładka, tasiemka-zakładka i gumka. Kiedy skończę w nim pisać zabiorę się za kolejny Gorjuss – ten dostałam od Agnes z Dowolnika. Mam jeszcze czarną Rhodię z Pen Show w 2017 roku - tam lądują moje notatki z historii. 



Przekonałam się do kropek (zarzekała się żaba błota). Coraz bardziej cieszą mnie również małe doodle. Uczę się także sporządzania notatek graficznych. Moje zeszyty (do cytatów mam osobny, do pracy również) pełne są maleńkich rysuneczków, które są dla mnie miłą odskocznią od codziennej pisaniny. 



Kupiłam sobie biały żelopis. Często rysunki i napisy wykonuję dość grubym żelopisem PaperMate. Stale korzystam z cienkopisów Stabilo. Codzienne notatki sporządzam piórem wiecznym, a w “prywatnym” zeszyciku maczanym ze ściętą stalówką (piszę swoim charakterem pisma, do kaligrafii mam oczywiście osobny zeszyt – czasami mam wrażenie, że mam więcej zeszytów niż moje dziecko!). Niestety, papier z Paperblanks nie przyjmuje moich maczanek i nawet zakreślacze nieładnie przebijają.

 

Co działa?

Listy. Robię dużo list - książek przeczytanych, do przeczytania, filmów do obejrzenia, rzeczy do kupienia do domu, projektów do wykonania.

Tygodniówki i kalendarz na bieżący miesiąc. Ponadto, kiedy wyrysowuję nowe tygodnie czy kalendarz na miesiąc, miło spędzam przy tym czas, odstresowuje mnie to.

Co się zmieniło?

Zaczynam doceniać możliwości kołonotesów: można je rozłożyć na płask i notować bez obawy, że zeszyt się nagle zamknie. Kupiłam dwa kołozeszyty: do pracy w kratkę firmy Oxford z serii Floral w zastępstwo Qubooka, który zdał egzamin śpiewająco, ale się skończył. Do domu specjalnie na cytaty i wrażenia z lektur kupiłam kołozeszyt w linie, jakiś no name, ale pisze się w nim dobrze. Z obu jestem bardzo zadowolona. I w ten sposób odczarowałam sobie kołonozeszyty. 







Więcej rysuję. Nie są to może jakieś wiekopomne szkice, ale małe doodle i graficzne notki. Strasznie spodobały mi się tygodniówki inspirowane filmami, postaciami lub książkami. Mam taki mały plan ładnie ozdabiać tygodniówki, a Pinterest oraz Instargam są niezastąpionymi źródłami inspiracji w tym temacie. Oczywiście musiałam od razu zacząć od Harry’ego Pottera. Nie brakuje również prostoty (i sukulentów).


No i sięgnęłam po kropki. Długo to trwało, ale zdecydowanie ułatwiają pisanie i rysowanie np. tabelek. Chociaż na drugim miejscu jest zeszyt gładki. Od śnieżnobiałego wolę papier w kolorze kości słoniowej.

Co średnio działa?

Trackery. Około tygodnia przestaje je uzupełniać. Ale nadal je rozpisuję.

Artjournaling. Nie działa, bo w moim maleńkim kalendarzu nie było na to miejsca. Być może teraz się to zmieni, bo nie brak mi pomysłów. Gorzej z wykonaniem 😉

Nowości?

Kolekcje seriali. Ten planner jest naprawdę obszerny i oprócz zwyczajnego kalendarza zmieszczą się w nim inne, ważne rzeczy, takie jak na przykład rozkład jazdy autobusów, a także adresy i numery telefonów, które miałam zazwyczaj w innym notesie. 

Zobacz także:  

Bullet Journal - moje początki

Bullet Journal [po roku].

Na insta będę wrzucała bieżące tygodniówki.

Archiwum