Header Image
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawałek historii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawałek historii. Pokaż wszystkie posty

Ścieżki Północy - Richard Flanagan

Ścieżki Północy to znakomita powieść Richarda Flanagana dotycząca jednej z zapomnianych kart historii II wojny światowej. Tasmański pisarz porusza bowiem temat japońskich obozów pracy, a ściślej rzecz ujmując powstanie słynnej Kolei Śmierci. 


Kolej Birmańska, czyli linia kolejowa o długości ponad 400 kilometrów została wybudowana niewolniczą pracą jeńców (16 tyś. to alianci) oraz niewolników cywilnych (100 tyś., głównie Azjaci) pod koniec wojny. Jednym z jeńców był wówczas ojciec Flanagana, będący pierwowzorem powieściowego Dorrigo Evansa, australijskiego lekarza nawiedzonego bolesnymi wspomnieniami jeńca wojennego. Dorrigo po wojnie uważany jest za bohatera wojennego; w swojej opinii nie zasługuje na to miano i jako jeden z ocalałych ma poczucie winy. W jednym z wywiadów Flanagan przyznał, że napisał kilka wersji powieści, ale dopiero tym, co spoiło ją w koherentną całość był wątek miłosny, który został pięknie poprowadzony i podobnie jak doświadczenia wojenne ojca Flanagana ma swój pierwowzór. 

Wspomnienia Dorrigo z obozu są wstrząsające. Japończycy systematycznie męczyli fizycznie i psychicznie skazanych na nieludzkie warunki więźniów. Okrucieństwo, z którym działali nie miało precedensu. Wszystko w imię cesarza, który dla Japończyka jest świętością. Zaskakujące jest to, że wielu zbrodniarzy nie zdaje sobie sprawy ze zła, które wyrządzili. 

O japońskich obozach czytałam do tej pory w “Niezłomnym”, czyli biografii Luisa Zamperiniego, a także w “Drodze do zapomnienia” Erica Lomaxa. Pierwszym, który poruszył ten temat był Pierre Boulle w pamiętnej książce “Most na rzece Kwai”, wydanej już w 1952 roku.

Polecam tę powieść traktującą o okrucieństwie wojny, sumieniu i miłości. 

Bolesne wspomnienia, czyli "Podróż w krainę dzieciństwa" - Horst Bienek

W zeszłym tygodniu wybraliśmy się na mały, literacki spacer po Gliwicach. To tu, 7 maja 1930 roku na świat przyszedł niemiecki pisarz, Horst Bienek. Zmarł 7 grudnia 1990 roku na AIDS.
Na ślicznie odnowionym familoku przy ulicy noszącej dziś imię pisarza wmurowana została niedawno tablica pamiątkowa poświęcona autorowi "Pierwszej Polki".
Tablica pamiątkowa Horst Bienek
Tablica głosi: Horst Bienek 1930-1990 Pisarz niemiecki Mieszkał w tym domu od 1930-1945 Swoje miasto rodzinne Gliwice Utrwalił w czterotomowym cyklu powieściowym "Pierwsza Polka" "Światło wrześniowe", "Czas bez dzwonów", "Ziemia i ogień". Zmarł w 1990 r. w Monachium.

Autor krótko po "wyzwoleniu" miasta wraz z innymi uciekinierami znalazł miejsce w Niemczech, gdzie jego błyskotliwą karierę poety przerwało polityczne aresztowanie. Bienek po bodajże sześciu latach został zwolniony, ale czasu się nie cofnie... 


Czterdzieści lat po opuszczeniu rodzinnego miasta Bienek wraca, jak to się mówi "na stare śmieci"; po trosze przymuszony przez ekipę filmową, kręcącą film o podróży pisarza do kraju dziecięctwa, po trosze ze zwykłej ciekawości. W domu, w którym się wychował mieszkają obcy ludzie, ale w starszym mężczyźnie "widzi" despotycznego ojca. Dom przedpogrzebowy, projektu Maxa Fleischera nadal nie został odbudowany, gliwiccy Żydzi nic nie wiedzą o swoich poprzednikach (Gliwiccy Żydzi cieszyli się swobodą do 1938 roku, jako mniejszość narodową nie obowiązywały ich ustawy norymberskie), ulica Zwycięstwa, była Wilhelmstrasse nie jest już tak wystawna jak niegdyś. Bienek opowiada nam o Gleiwitz konfrontując miasto z tym obecnym, schyłku epoki PRLu, narzeka na zanieczyszczenie, brud. 
Dom Horsta Bienka w Gliwicach

Dom, w którym w latach 1930-1945 mieszkał  Horst Bienek w Gliwicach.


"A tutaj w pobliżu mostu na Kłodnicy znajdował się sklep delikatesowy Kodrona, gdzie można było kupić dziczyznę, drób i ryby, angielskie konfitury, francuskie pasztety i polskie gęsi. My, dzieci, przyklejaliśmy nosy do szyb wystawowych. Przede wszystkim dlatego, że w basenie można było zobaczyć prawdziwe raki i węgorze, i karpie. Raz w roku na Boże Narodzenie kupowała tu moja mama karpie i rodzynki, i pierniki, i różnorodne przyprawy. Zawsze byłem przy tym obecny, gdyż pachniało tam fantastycznie i zawsze można było skosztować czegoś egzotycznego: kawałka imbiru albo plasterka kandyzowanej pomarańczy, albo suszonego goździka czy nawet kawałka błyszczącego, brunatnego świętojańskiego chleba, którego smak przypominał dalekie kraje. 


Teraz znajduje się tutaj partyjna księgarnia, a okno wystawowe jest tak brudne, że prawie nie widać za nim książek. Są to klasycy, tacy jak Marks i Engels, pisma Lenina i Bieruta. Prawdopodobnie wystawę udekorowano po raz ostatni w czasach Gomułki. 


Po drugiej stronie ulicy mieścił się sklep tytoniowy Gzurmynsky'ego, który odwiedzali najczęściej eleganccy panowie w kapeluszach (robotnicy nosili czapki!). Wychodzili oni po chwili osnuci ciemnoniebieskim obłokiem dymu. Papierosy można było kupić w każdym kiosku, nie były one niczym nadzwyczajnym. U Gzurmynskiego czuło się podmuch świata! Teraz znajduje się tu sklep z lampami, jeżeli sądzić po dekoracjach. Na drzwiach wisi duża tablica: ZAMKNIĘTE. 


Gdzieś w pobliżu był sklep sportowy Lachmanna. Jego właściciel był kiedyś bramkarzem w reprezentacji narodowej. Połowa niemieckiej reprezentacji narodowej pochodziła z Górnego Śląska, a zdjęcia wszystkich piłkarzy widniały na opakowaniach papierosów marki R6. Wówczas udało mi się przekonać szwagra Alfonsa, żeby zamiast papierosów Juno palił jedynie (trochę droższe) R6, żebym mógł zdobyć zdjęcia. 


Dom towarowy Defaka'ego jest znowu (albo nadal) domem towarowym, tak samo jak dom towarowy Barrascha, w sklepie obuwniczym Tacke'go są buty, w sklepie sportowym Lachmanna konfekcja sportowa." 


Równocześnie snuje wspomnienia bardzo intymne, wręcz mamy wrażenie, że wyjawia nam swoje najskrytsze tajemnice, chłopięce fascynacje, lęki, wypadek, któremu uległ jeszcze w czasie względnego pokoju. Bez ogródek opisuje "wyzwalanie", oraz samotną ucieczkę. 


"Ewakuowano obóz koncentracyjny w Oświęcimiu i pierwszym pochodem więźniowie ciągnęli także przez Gliwice, tysiące, może dziesiątki tysięcy więźniów maszerowało ulicą Kronprinzenstrasse, siedziałem w tramwaju i widziałem, jak pod razami pałek zganiano więźniów na jedną stronę ulicy, aby nam zrobić miejsce. Wszyscy widzieli ten pochód, ludzie stali przy drodze i czynili znak krzyża, wiedzieli, że to nie wróży dobrego końca, dla nas, dla miasta, dla Rzeszy.(...) 


Zabarykadowaliśmy drzwi na nowo i w dalszym ciągu pozostawaliśmy w piwnicy. Następnego dnia walki w zachodniej części miasta trwały nadal, przybył inny oddział i wysadził drzwi granatem ręcznym, pytali o gospodina Gnotta, to był blokowy w naszym domu, i zabrali go ze sobą. Podobno został później rozstrzelany. Ktoś musiał im zdradzić, że pan Gnott był członkiem partii. Podczas pierwszego gwałtu panna Alma krzyczała tak głośno, że nikt nie odważył się wejść do jej mieszkania, a po trzecim znaleziono ją bez życia, zbrukana krwią na klatce schodowej. Przywiązaliśmy ją mocno do sanek i popędziliśmy do miejskiego szpitala. Sanki wraz z panną Almą zostawiliśmy po prostu na korytarzu, gdy usłyszeliśmy, że wszystkie miejsca są już zajęte. 


Zabarykadowaliśmy się w piwnicy niczym w jakiejś twierdzy. nad nami, w mieszkaniach, plądrowano prawie każdej nocy. Gdy było cicho, szliśmy na górę i oglądaliśmy spustoszenie. Kobiety płakały. To byli przymusowi robotnicy ze wschodu, którzy pracowali w fabrykach zbrojeniowych w mieście i już od dłuższego czasu byli niedożywieni, szukali przede wszystkim czegoś do jedzenia i gdy niczego nie znaleźli, z wściekłości rozbijali naczynia i meble. Nie było już niemieckiej władzy zwierzchniej, a Rosjanie pociągnęli dalej, walczyli właśnie nad odrą. nie było bogatych i biednych, nie było góry i dołu, nie było wczoraj ani jutra. Było tylko życie albo śmierć." 


Wspomnienia są gorzkie jak łzy, szczere. Bienek wydaje się być rozczarowany. Nie miastem, ale czasami, które mu przypomina. Kraina dziecięcej ułudy, przerywanej gwałtownymi wybuchami sfrustrowanego ojca, relacje z ukochaną matką, która wcześnie go obumarła mieszają się ze wspomnieniami spacerów po parku miejskim. 


Czuję z Bienkiem duchowy kontakt. Często chodziliśmy na spacery w "jego tereny", przechodziłam wielokrotnie obok szkoły podstawowej, do której uczęszczał. Moje Gliwice sprzed lat nastu to te Gliwice, do których Bienek wrócił po latach, ale zupełnie inne niż te, które odwiedzam dzisiaj. Sama ulica Zwycięstwa znacznie się zmieniła - nie jest już ulicą reprezentacyjną, pełną sklepów, kawiarni i delikatesów; dziś to ulica przelotowa, pełna banków i fastfoodów; nie ma sklepów - są sieciówki. 


Opisywane sklepy znam ze starych zdjęć - delikatesy Kodrona rzeczywiście wyglądają imponująco nawet dziś; ja zapamiętałam księgarnię jako językową, no, ale wiadomo, zmienił się ustrój. Dziś tam jest bodajże bank. Defaka to dla mnie IKAR, dom towarowy przy Kłodnicy, dziś na dole jest drogeria, na górze chyba siłownia.

Tytuł: Podróż w krainę dzieciństwa
Autor: Horst Bienek
Tytuł oryginalny: Reise in die Kindheit
Tłumaczenie: Maria Podlasek-Ziegler
Wydawnictwo: Wokół Nas [Gliwice]
Rok wydania: 1993
Opis fizyczny: 343 strony, okładka twarda z obwolutą
Gatunek: wspomnienia/pamiętniki
ISBN: 9788385338185

Polki, które zadziwiły świat - Joanna Puchalska

Polki, które zadziwiły świat to 13 portretów mniej znanych, a wartych przypomnienia życiorysów kobiet, które swoją odwagą i determinacją pokonały przeciwności losu. Można wyodrębnić dwa nurty, którymi autorka, Joanna Puchalska kierowała się przy wyborze historii – pierwszy to kobiety czasów wojny, kurierki, łączniczki, żołnierki, więźniarki, drugi nurt skupia się na czasach pokoju, gdzie kreatywność kobiet nie ma granic. 
źródło: LubimyCzytac.pl


Pełne anegdotek i ciekawych, niekiedy mało znanych faktów historycznych rozdziały poszeregowane są chronologicznie. Puchalska zaczyna od dzielnej Anny Doroty Chrzanowskiej, uczestniczącej czynnie w obronie twierdzy Tremblownia (1675 rok). Porównuje małżeństwo Chrzanowskich do postaci Michała i Basi Wołodyjowskich. W dalszej części książki natrafiamy na życiorys Anny Henryki Pustowujtówny, żołnierza powstania styczniowego, adiutant Mariana Langiewicza, która dzielnie znosiła znoje życia w kamaszach. Jej sława obiegła ówczesną Europę – jej fotografie w mundurze wystawiano w witrynach, a gazety z wywiadami sprzedawały się na pniu. 

Anna Henryka Pustowójtówna w mundurze powstańczym 1863. źródło: wikipedia.org

Janina Lewandowska, jest kolejną kobietą o niezłomnym charakterze – córka generała Józefa Dowbora-Muśnickiego chciała występować na kabaretowych scenach, ale los sprawił, że porzuciła karierę sceniczna na rzecz… lotnictwa. Potrafiła nie tylko pilotować samolot, ale także skakała ze spadochronem. W sierpniu 1939 dostała kartę mobilizacyjną; wzięta do niewoli niedługo potem przetrzymywana była w obozie w Kozielsku. Jest jedyną kobietą straconą przez NKWD w Katyniu. Jej młodszą siostrę rozstrzelano w Palmirach.

W 1718 przyszła na świat Salomea Regina z Rusieckich Pilsztynowa, lekarka i okulistka lecząca między innymi kobiety z haremu sułtana. Rozdział opiera się po części na pamiętnikach zostawioną przez panią doktor, w których „swobodną polszczyzną” opisywała swoje przygody, które zwrotami akcji przyprawiają o zawrót głowy i są niemalże gotowym scenariuszem do filmu!

Inną kobietą nauki jest wymieniona przez Puchalską Alicja Dorabialska, pierwsza kobieta profesor na Uniwersytecie Lwowskim. Jej inspiracją było życie i praca Marii Skłodowskiej-Curie, u której odbywała staż. Od najmłodszych lat przejawiała niezwykły głód wiedzy i niezłomny charakter. W czasie okupacji udzielała się w tajnych kompletach, ucząc miedzy innymi sławnego z książki Kamińskiego „Zośkę”.


Izabela Czartoryska, portret pędzla Aleksandra Roslina z 1774 roku, źródło: wikipedia.org

Warto zwrócić uwagę na życiorys Izabeli z Flemmingów Czartoryskiej, której lata życia przypadają na czasy rokoka i oświecenia. Była założycielką pierwszego w Polsce muzeum, ochoczo urządzała przedstawienia i żywe obrazy, w których brała udział. Opublikowała szereg poradników dotyczących pielęgnacji ogrodu i urządzaniu wnętrz, dbała również o dobro i edukację okolicznych mieszkańców zakładając szkołę powszechną i zawodową. Izabela Czartoryska jest przykładem kobiety mądrej i niezależnej. Można powiedzieć, że jej spuściznę kontynuowała córka, Maria Wirtemberska, sławna pisarka ówczesnej Polski.

W Polkach, które zadziwiły świat znajdziemy równie pasjonujące życiorysy Wandy Ossowskiej, kurierki i łączniczki związanej z konspiracyjnym podziemiem Lwowa, Haliny Konopackiej, sławnej medalistki olimpijskiej w lekkoatletyce, Beaty Obertyńskiej, poetki i więźniarki łagru, Cezarii Iljin-Szymańskiej, powstańca i architekt, związanej przez całe życie z Warszawą, która po wojnie pomagała odbudować, a także malarki Marii Anto, znanej niestety bardziej za granicą niż w Polsce, co mogło być spowodowane jej działalnością antypartyjną.

Chociaż brakuje mi w zestawieniu Modrzejewskiej, Sendlerowej czy Negri rozumiem i popieram decyzję Puchalskiej, by uhonorować mniej znane bohaterki. Ich losy stanowią piękny obraz kobiecej siły, determinacji i niezłomności, które warto naśladować.

Podcast audycji z radiowej Dwójki Niewolnicy i spadochrony, czyli losy odważnych Polek (wywiad z Joanną Puchalską)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Muza.

Wyspa klucz - Małgorzata Szejnert

Rodzinna legenda głosi, że wuj Poldek stracił w Ameryce nogę. To zawsze była dla mnie przestroga przed tramwajami, bo – prawdopodobnie przez gapiostwo – noga utkwiła mu w szynach, a tramwaj ją skutecznie amputował. Ale za sprawą Wyspy klucz Małgorzaty Szejnert zaczęłam patrzeć na wuja Poldka zupełnie inaczej – jakiej trzeba odwagi i samozaparcia by płynąć do Ameryki na początku ubiegłego wieku!

Przez niemal wiek imigranci chcący zacząć nowe życie w Stanach Zjednoczonych zmuszeni byli przechodzić żmudne kontrole na wyspie Ellis. Wysepka początkowo miała niewiele ponad trzy akry, a jej nazwa pochodzi od nazwiska jednego z właścicieli: Samuel Ellis kupił ten kawałek piachu w 1773 i prawdę mówiąc sam nie wiedział, co miałby z tym zrobić. Teren ten pierwotnie należał do Indian z plemienia Lenni Lenape, a nazywali ją wyspą mew, lub później wyspą ostryg. Kiedy indziej zaś do wyspy przylgnęła etykietka wyspy wisielców, ponieważ wieszano na niej piratów.

Pod koniec XIX-go wieku Ellis Island stała się wrotami do raju Stanów Zjednoczonych. To tu działał ośrodek przyjmowania imigrantów. W miarę upływu czasu wyspa rozrastała się; powstawały na niej kolejne obiekty, takie jak dormitorium, wielooddziałowy szpital, a także niewielki park. Jednakże to, co miało działać jak dobrze naoliwiona maszyna zaczęło szwankować – ośrodek miał na celu selekcję uchodźców w celu odsiania elementu niepożądanego: w czasach międzywojennych emigrant mógł być odesłany nie tylko z powodu podejrzenia o chorobę zakaźną, taką jak gruźlica czy jaglica, czy niemoralnego prowadzenia, ale i podejrzenia o przynależność do ugrupowań socjalistycznych. Wprowadzono również przepis o zakazie wjazdu osób, które nie mają dziesięciu dolarów na utrzymanie i ewentualna podróż (niekiedy było to ustawowe pięć dolarów); również odmawiano wjazdu robotnikom kontraktowym, oraz… Chińczykom.
Imigranci w kolejce do badań i przesłuchań, 1904 r. źródło: wikipedia.org

Reportaż Małgorzaty Szejnert jest również poświęcony pamięci osób, które pracowały na wyspie: z wielkim oddaniem i dla dobra przypływających do Ameryki komisarzy wyspy, szeregowych pracowników, matron (żeńska pomoc, dziś można by powiedzieć, że to pewnego rodzaju wolontariuszki, czy pracownice socjalne), wśród których znaleźli się między innymi John. B. Weber, William Williams, czy Robert Watchorn. Jednym z zatrudnionych na wyspie był Fiorello la Guardia, późniejszy wieloletni senator, którego imieniem nazwano port lotniczy. Do dziś możemy oglądać przewspaniałe fotografie wykonane przez Augustusa Shermana; jego dorobek jak na ćwierć wieku pracy na Ellis jest zaskakująco niewielki, bo zaledwie dwieście pięćdziesiąt zdjęć. Ale zachwycają one klimatem i są niezwykłym dokumentem etnograficznym; widać na nich nowo przybyłych wystrojonych w niedzielne ubrania podróżnych, większość ma na sobie stroje ludowe, które już niedługo ustąpią miejsca miejskim sukienkom i ubraniom roboczym.
Przybycie na Ellis, ok. 1908 (zdjęcie wykonane przez Lewisa Hine'a), domena publiczna, źródło; wikipedia.org

Wyspa Ellis musiała widzieć wiele bólu, ale i wiele szczęścia – połączone po latach rozłąki rodziny, jak rodzina Jagielskich: Józef Jagielski na przełomie wieków pisał do żony by do niego dołączyła; niektórzy już zadomowieni dawali listownie rady, co zabrać i jak się zachować, wysyłali szyfkarty, które podobnie jak list do Franciszki Jagielskiej nigdy nie dotarły, bo korespondencję zatrzymywała carska cenzura. Jednakże Franciszka dołączyła do Józefa po ponad dwudziestu latach rozłąki, kiedy ich dzieci dorosły i usamodzielniły się. „W latach 1892-1954 do portu nowojorskiego – pisze Szejnert – przypłynęło ponad szesnaście milionów sześciuset imigrantów (…) Ponad sześciuset dziesięciu tysiącom odmówiono wstępu do Stanów Zjednoczonych.” Jak wiele rodzin rozdzielono, jak wiele marzeń podeptano?

Nie wiem, jak ułożyły się losy wuja Poldka, prócz rodzinnej anegdotki nie zostało nic, co by zaświadczało o jego życiu, podejrzewam że ze znaczną częścią imigrantów chcących śnić amerykański sen jest podobnie. Po ośrodku na wyspie Ellis pozostało muzeum, pełne artefaktów z życia pomiędzy światami: starym, europejskim, i tym nowym, przepojonym niekiedy płonnymi nadziejami.

Niezłomny - Laura Hillenbrand

Niezłomny to sylwetka Louisa Zamperiniego, Amerykańskiego lekkoatlety, którego kariera została złamana wybuchem II wojny światowej; jest to również historia niezwykłego hartu ducha, przyjaźni w znojnych czasach oraz zdumiewającej woli życia.
źródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/116748/niezlomny

Louis Zamperini przyszedł na świat jako drugie z czworga dzieci włoskich imigrantów. Od małego sprawiający problemy wychowawcze, został przez starszego brata pchnięty na lekkoatletyczną bieżnię, gdzie ku zdumieniu otoczenia zaczął uzyskiwać doskonałe rezultaty. W roku 1934 ustanowił rekord świata szkół średnich w biegu na milę, który przez lata nie został pobity. Był tak szybki, że zakwalifikował się na Igrzyska Olimpijskie do Berlina w 1936 roku – choć nie stanął na podium zachwycił wszystkich swoimi rokowaniami i było pewne, że w czasie kolejnych IO, które miały odbywać się w Tokio będzie pewnym triumfatorem. Jednakże, wiemy co wydarzyło się później; miliony karier zostały przerwane, w tym kariera naszego złotego medalisty z IO w Los Angeles (1932 r.), Janusza Kusocińskiego, który został rozstrzelany w Palmirach w 1940 roku. 

Louis Zamperini w mundurze. Źródło zdj.: wikipedia

Zamperini dostał się do lotnictwa, stacjonującego na wyspach Oceanu Spokojnego. Liczba obowiązkowych lotów bojowych wynosiła wówczas 30, co sukcesywnie zwiększano (o czym opowiada znakomity Paragraf 44), więc statystycznie była dość spora szansa rozbicia się. W czasie II wojny światowej siły powietrzne USA straciły 35 933 samolotów, za większość strat odpowiadały nieszczęśliwe wypadki, wady konstrukcyjne lub złe przygotowanie młodych, często na chybcika przeszkolonych pilotów; jedynie niewielki odsetek strat - szacuje się, że proporcjonalnie jeden na sześć straconych samolotów - to zestrzelenia przez nieprzyjaciela. 

Prasowy wycinek, z którym nie rozstawał się Zamperini

Przyjaciel Luisa Zamperiniego, Russell Allen „Phil” Phillips należał do jednych z najlepszych lotników stacjonujących na pacyficznych wyspach. 24 maja 1943 roku pilotowany przez Phila Green Hornet wyleciał z misją ratowniczą, by samemu ulec awarii na rozległym oceanie. Z kilkuosobowej załogi uratowali się jedynie trzej członkowie – Phil, Zamp oraz Mac (Francis „Mac” McNamara). W owym czasie tratwy wyposażone były jedynie w kilka tabliczek czekolady, haczyki na ryby, łatki do cerowania pontonu oraz race świetlne – nie posiadały zadaszenia, apteczki, radia, czy gpsu (jak dziś). Trzej rozbitkowie musieli sobie radzić jak potrafili; pili deszczówkę, polowali na mewy, ryby, a nawet niewielkie rekiny. Wkrótce Mac – choć najsilniejszy fizycznie – zmarł, a dwaj pozostali mężczyźni mieli przed sobą niezliczone tygodnie na oceanie.

Czterdziestego siódmego dnia dryfowania po Pacyfiku wycieńczeni zestrzeleni lotnicy stanęli w obliczu dwu wiadomości – dobrej (dobili do brzegu) i złej (wyspa, na której wylądowali roi się od wrogich sił japońskich) – choć „zła” to eufemizm w stosunku do określenia niewoli japońskiej (co doskonale opisał Eric Lomax we wspomnieniach zatytułowanych Railway man), do której dostali się lotnicy. Nieustanne znęcanie się fizyczne i psychiczne, kary cielesne, systematyczne gwałcenie przez Japończyków konwencji genewskiej, zastraszanie, niszczenie osobowości i człowieczeństwa więźniów, z których większość nie została wciągniętych na listy czerwonego krzyża, co skutkowało statusem zaginionego. 


Laura Hillenbrand podaje zastraszające statystyki: "Japonia przetrzymywała w obozach około stu trzydziestu dwóch tysięcy obywateli Ameryki, Wielkiej Brytanii, Kanady, Nowej Zelandii oraz Australii (oraz przeszło 215 000 jeńców z innych krajów i nieznaną dokładnie liczbę tysięcy przymusowych robotników. Statystyki zgonów również nie są znane). Z tej liczby zmarło prawie trzydzieści sześć tysięcy, więcej niż jeden na czterech. Najgorszy los spotkał Amerykanów; z 34 648 obywateli tego kraju zmarło w niewoli u Japończyków 12 935 - więcej niż trzydzieści siedem procent. Dla porównania, odsetek ofiar wśród Amerykanów przetrzymywanych przez Niemców i Włochów wyniósł zaledwie jeden procent."

Po II wojnie światowej wojnie nie istniało jeszcze określenie zespołu stresu pourazowego (PTSD), a tysiące weteranów nadal, w zaciszu domowego ogniska przeżywało wojenny koszmar, z którego nie potrafiło się uwolnić. Skutkowało to rozpadami małżeństw, samobójstwami lub długotrwałym leczeniem na oddziale zamkniętym. Autorka opisuje również powojenne losy Zamperiniego, który „topił” wojnę w kieliszku; również i jego małżeństwo wisiało na włosku z powodu prawdopodobnego PTSD, były lekkoatleta wyniszczony przez obozowe przejścia niemal sięgnął dna. Jednakże jego los się odmienił pod wpływem kazań małomiasteczkowego, obwoźnego pastora, który został mentorem Zampa.
Louis Zamperini w 2014 roku biegł niosąc znicz olimpijski. Źródło zdj.: wikipedia

Niezłomny to doskonale napisana biografia. Hillenbrand do tej pory znana z książki Seabiscuit, o jednym z legendarnych koni wyścigowych czasów wielkiego kryzysu, doskonale poradziła sobie z osobą równie legendarnego sportowca. Przeżycia Zampa zapierają dech w piersiach; nie są to legendy opowiadane sobie przy rodzinnym spotkaniu, ale rzetelnie udokumentowane fakty, choć wiele jest aż nieprawdopodobnych, jak na przykład pokonanie wręcz rekina!
W 2014 roku dziewięćdziesięciosiemioletni Louis Zamperini zmarł na zapalenie płuc. W tym samym roku do kin weszła fabularyzowana biografia biegacza wyreżyserowana przez Angelinę Jolie, która również bardzo serdecznie polecam.

Polscy terroryści - Wojciech Lada

W książce Polscy terroryści Wojciech Lada dowodzi, że lata rozbioru, to nie tylko walka w powstaniach, ani knucie w zaciszu paryskich hoteli. To walka partyzancka, niekiedy "poniżej pasa", a w konspirację byli zaangażowani ludzie, którzy w późniejszych latach wiedli prym w polityce Rzeczypospolitej. W samym tylko 1906 roku "Polacy dokonali 1245 zamachów terrorystycznych, z czego połowa na instytucje rządowe, pozostałe zaś na wybranych przedstawicieli carskiego aparatu władzy. Atakowano również instytucje mające związek z pieniędzmi, by w ten sposób sfinansować grubsze, ważniejsze akcje. Napadano - jak na dzikim zachodzie - na pociągi przewożące gotówkę, zastraszano i wymuszano, a także podkładano ładunki domowej roboty, nie mające czasem nic wspólnego z profesjonalnymi bombami.
Lada opisuje późniejszych oficjeli, i tak o Marszałku Piłsudskim pisze, że był "naiwnym wizjonerem (...) nie miał ducha terrorysty i myślał raczej o przyszłych powstaniach". Dlatego szkolił partyjne (PPS) bojówki pod kątem przyszłej armii, przekazując swoim podopiecznym miedzy innymi podstawy musztry.
Mamy także - zapomniane już dzisiaj - zbrojne akcje z użyciem ówczesnych "komandosów", jak ta w Rogowie z 8 listopada 1906 roku, kiedy to PPSowcy nie ponieśli żadnego uszczerbku w swoich szeregach, a brało wówczas udział w akcji 49 osób. Akcja w Rogowie była jedną z największych, oraz najlepiej zorganizowanych po 1863 roku. Przytacza Lada średnio udany zamach na pociąg w Bezdanach; co prawda uzyskano w ten sposób fundusze na dalszą walkę, ale ledwo pokryła ona wydatki. 
Próbowano również "walczyć" na własną rękę; tysiące proletariuszy pod sztandarem walki z uciskiem zajmowało się wymuszeniami na własne konto. Większość uzbrojona w kradzioną lub kupowaną nielegalnie broń napadała na cywili w oczekiwaniu łatwego zysku. 
Temat książki robi duże wrażenie; jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia o walkach o wolność w kategoriach bohaterstwa, męstwa, poświęcenia i do głów większości z nas nie przyszłoby, że mamy swoich Michaelów Collinsów, bo po prawdzie nie widzę różnicy w postępowaniu PPSowców i IRA. Czytelnik dostaje szereg relacji, tekstów źródłowych, oraz sporo zdjęć i rycin.
P.S. Gratuluję grafikom - książka ma bajeczną okładkę, na która można patrzeć godzinami.

Julian Ochorowicz - naukowiec od duchów i... telewizora

J. Ochorowicz. fot. J. Mieczkowski
Udoskonalił telefon, niemal wynalazł telewizor, był prekursorem użycia hipnozy w leczeniu chorób, a zjawiska paranormalne chciał badać w sposób naukowy. Julian Ochorowicz był prawdziwym człowiekiem renesansu, który na skutek złej prasy rodzimych środowisk naukowych został napiętnowany jako szarlatan. 

 POZYTYWISTA-MESMERYSTA 

Urodził się 23 lutego 1850 roku w Radzyminie. Wychowywany był od piątego roku życia przez charyzmatyczną matkę, w Warszawie będącej wówczas pod zaborem rosyjskim. Młoda wdowa, Jadwiga z Sumińskich była jedną z pierwszych polskich emancypantek. Po 1863 w skutek zaostrzonych represji ze strony władz Ochorowiczowie wyjechali do dalekiego Lublina, gdzie Julian kontynuował naukę w gimnazjum. To właśnie tam poznał Aleksandra Świętochłowskiego, oraz Aleksandra Głowackiego, późniejszego Bolesława Prusa, który w powieści Lalka odmalował szkolnego kolegę w osobie naukowca Ochockiego. Od najmłodszych lat Ochorowicz zafascynowany był nauką Franza Antona Mesmera o magnetyzmie zwierzęcym, z Warszawy „wyniósł” rzekome zdolności mediumiczne. Także przyjaciele z gimnazjum mieli na niego niebagatelny wpływ jako przyszli prekursorzy nowego prądu jakim był pozytywizm. Ambitny młody człowiek o imponującej inteligencji mając w zanadrzu metody naukowe chciał stworzyć podstawy nowoczesnej psychologii. Zaczął studia na Wydziale Filologiczno-Historycznym, który wkrótce porzuciła na rzecz Wydziału Przyrodniczego, gdzie studiował psychologię. Wiele wówczas publikował, głównie pod nazwiskiem Julian Mohort. 

NASTĘPCA BELLA 

W latach 70-tych XIX-go wieku głośno było o wynalazku traktowanym początkowo z przymrużeniem oka. Ten wynalazek służy nam do dziś; mowa oczywiście o telefonie wynalezionym między innymi przez Alexandra Grahama Bella. Celowo używam zwrotu „między innymi”, ponieważ jak to wielki sukces – miała kilku ojców: Antonia Meucci’ego, Philippa Reisa, Elishę Greya, Bella, a także… Juliana Ochorowicza. Ochorowicz dodał do wynalazku Bella drugą membranę, dzięki czemu dźwięk był ostrzejszy i można go było przenosić na większą odległość. Dodał także niewielki generator własnej konstrukcji, który miał wytwarzać silne pole elektromagnetyczne. Badając zjawiska elektryczne i elektromagnetyczne wpadł na trop przenoszenia na odległość obrazów. Pomysł polegać miał na zmianie światła na impuls elektryczny, który przesłany na żądaną odległość zostałby ponownie zamieniony na obraz. Niestety, z przyczyn natury technicznej, oraz z powodu braku funduszy, Ochorowicz poprzestał na samej teorii; w praktyce obraz był niewyraźny, a urządzenia nie zawsze działały zgodnie z zamierzeniem. 

 HIPNOTYZER 

Jako młodzieniec Ochorowicz chwalił się umiejętnościami telepatycznymi. Ponoć miał hipnotyzować swoich znajomych podczas spotkań towarzyskich. Jako dorosły człowiek stał się prekursorem psychologii empirycznej. W Paryżu dokąd wyjechał nie znalazłszy sobie miejsca w kraju stał się wziętym i cenionym specjalistą, a także autorytetem w sprawach hipnozy, która leczył z powodzeniem między innymi depresję, nerwice i migreny. Jeszcze w latach 70-tych została opublikowana praca Ochorowicza pod tytułem Duch i mózg na temat dychotomii materii i myślenia/czucia/woli; w pracy przeczytać można szereg fascynujących spostrzeżeń na temat ludzkiego (oraz zwierzęcego) mózgu oraz psychiki ludzkiej. Wspomina tam Ochorowicz o podwójnej świadomości magnetyzowanych (ludzi), co może być zalążkiem późniejszej naukowej fascynacji zjawiskami mediumicznymi. Wkrótce został honorowym członkiem Towarzystw Badań Psychologicznych w Wielkiej Brytanii, Niemczech, na Węgrzech oraz w Stanach Zjednoczonych. W kraju jednak przylgnęła do niego etykietka dziwaka; skostniałe kręgi naukowe nie potrafiły przyjąć tak radykalnych nowinek.


WIRUJĄCE STOLIKI

Segard, Ochorowicz i Palladino, 1894r
Mając doświadczenie zarówno jako konstruktor, oraz doskonały psycholog Ochorowicz zajął się badaniem popularnych na całym tak zwanym cywilizowanym świecie mediów. Do prekursorów nowoczesnego spirytyzmu zalicza się Swedenborga, ale wówczas największy rozgłos zyskały siostry Margaretta i Kate Fox z amerykańskiego miasteczka Hydesville. W piątek 31 marca 1948 roku Kate nawiązała kontakt z duchem nawiedzającym dom jej rodziców. Wkrótce obu siostrom tak sprawnie wychodziło porozumiewanie się z duchami, że zaczęły występować na scenie ze spirytystycznymi pokazami. Jednym z teoretyków spirytyzmu był Alan Kardek. Ułożył listę 1018 pytań do duchów, które miały wyjaśnić ich naturę, świat duchowy i jego związek ze światem materialnym. Odpowiedzi duchów na te pytania umożliwiły mu napisanie i wydanie Księgi duchów, która okazała się ogromnym sukcesem. W tym dziele przedstawił doktrynę spirytyzmu: Człowiek nie składa się jedynie z materii; jest w nim składnik myślący połączony z ciałem fizycznym, które porzuca, tak jak porzuca się zniszczone ubranie, kiedy jego aktualna inkarnacja dobiega końca. Po tej dezinkarnacji, zmarli mogą porozumiewać się z żywymi bądź bezpośrednio, bądź za pośrednictwem medium w sposób widzialny i niewidzialny. Ochorowicz jako naukowiec próbował znaleźć wytłumaczenie, które zadowalałoby jego ścisły umysł. W 1893 w Tygodniku Ilustrowanym pisał mając w pamięci badanie nad niezwykłością ludzkiego mózgu: w zjawiskach tych [paranormalnych] nie ma nic nadnaturalnego, są tylko nadnormalne objawy fizjologiczne, które prędzej czy później zostaną sprowadzone do praw psychofizycznych. Wkrótce buduje urządzenie nazwane hipsoskopem badające podatność pacjenta na hipnozę, a także maszynę badającą opór elektryczny wytwarzany przez medium. Również teoria ideoplastii, która powstała pod wpływem międzynarodowej sławy medium, Eusapii Palladino, ma podstawy naukowe. Ideoplastia, - jak pisze Jerzy Prokopiuk w książce Nieba i piekła - to działanie niezbadanej energii psychicznej żywego organizmu, w obrębie którego działa prawo asocjacji ideo-organicznej, czyli prawo skojarzenia między wyobrażeniem pewnego stanu organicznego, a samym stanem organicznym. Medium jest istotą, u której w transie jedno wyobrażenie może wystąpić z wyjątkową siłą, a tracąc swoje asocjacje organiczne, odzyskuje swoje asocjacje kosmiczne. Najprościej mówiąc - medium na skutek niezwykłego oddziaływania siłą umysłu, a więc siłą niezbadanych (jeszcze) obszarów mózgu potrafi wytworzyć fizyczny skutek, np. pukającą rękę, ruch wirowy stolika, etc.
Od lat 90-tych związany był z Wisłą, gdzie kupił domki letniskowe. Nie porzucił jednak teorii naukowych, wręcz przeciwnie; na początku ubiegłego wieku odkrył niezwykle silne medium – Stanisławę Tomczykównę, której alter ego, czy też przewodnikiem była „mała Stasia”. Ochorowicz zaobserwował wówczas „personifikację fluidyczną” (nitki „fluidu” wyłaniające się z medium pod wpływem seansu), które objawiają się w głębokim śnie hipnotycznym. Jak na naukowca i wynalazcę przystało skonstruował kilkanaście przyrządów do badania promieni Xx (promieniowanie mediumiczne), aparaty fotograficzne mające utrwalić ów fluid, itp. Rzekome zdjęcie „małej Stasi” obiegło cały świat jako dowód na istnienie duchów. Ochorowicz prowadził również badania nad fotografowaniem wyobrażeń i myśli. Być może o sto lat wyprzedzał swoje czasy, ponieważ dziś prowadzi się „na poważnie” podobne badania w amerykańskich ośrodkach naukowych.
Julian Ochorowicz zmarł na atak serca w Warszawie w 1917 roku i został pochowany w rodzinnym grobie na Cmentarzu Powązkowskim. 

Źródłem zdjęć jest Wikipedia, zdjęcia objęte są prawem autorskim na licencji CC
1.http://pl.wikipedia.org/wiki/Julian_Ochorowicz
2.http://en.wikipedia.org/wiki/Eusapia_Palladino

Pisma Juliana Ochorowicza dostępne na stronie http://www.polona.pl/search/ab918fa0-10a1-11e4-a56b-b1c108e4af06/#
Follow on Bloglovin

Roger Fenton - ojciec fotografii dokumentalnej

Rogera Fentona urodzonego w 1819 roku, śmiało można nazwać prekursorem fotografii dokumentalnej, czy wręcz reportażu wojennego. Kto wie, może gdyby żył w dzisiejszych czasach uwieczniałby Irak, Afganistan, czy... Krym. Błyskotliwa kariera pierwszego fotoreportera Zjednoczonego Królestwa trwała zaledwie dekadę, ale jako wszechstronny twórca wywarł Fenton niebagatelny wpływ na swoich następców.

 
Roger Fenton, 1852r.

PASJA PEJZAŻYSTY

Roger Fenton pochodził z zamożnej przemysłowej rodziny. Urodzony na przednówku rewolucji przemysłowej  w Manchesterze, studiował prawo, które porzucił  tuż po otrzymaniu dyplomu, by oddać się swojemu największemu marzeniu, jakim było malarstwo. Na swojej drodze spotkał uznanego pejzażystę, Gustave'a Le Graya, który okazał się piewcą nowej sztuki wymyślonej przez pana Daguerre'a. Le Gray wkrótce stał się mentorem Fentona, który również zaczął eksperymentować z nową techniką. Tworzył od końca lat 40-tych XIX-go wieku, między innymi tworząc pejzaże sielskiej Anglii oraz, co warto podkreślić, dokumentował liczne podróże. Zasłynął między innymi tym, że jako pierwszy sfotografował Egipt. Był Fenton także członkiem komisji rządowej i jako wysłannik Mission Heliographique uwiecznił dla potomnych zabytki Francji. 

ROSJA, 1852r

We wrześniu 1852 roku w swych licznych peregrynacjach dotarł do Kijowa by udokumentować otwarcie mostu nad Dnieprem. Most jak na owe czasy był nowatorskim dziełem, a powstał według planu brytyjskiego inżyniera, Charlesa Blackera Vignolesa (niestety, most został zburzony w czasie działań wojennych w latach 40-tych ubiegłego wieku).Fenton stanął wówczas przed ogromnym wyzwaniem  i podołał temu zadaniu doskonale łącząc pietyzm fotografii naukowej z pięknem fotografii artystycznej.
W 1852 roku powstała seria zdjęć, na których uwiecznione zostały zabytki i krajobrazy Kijowa, Moskwy oraz Sankt Petersburga.

"Wojenny" wóz Fentona,
ZAWÓD: REPORTER

Fama utalentowanego fotografa, którą cieszył się zasłużenie Fenton dotarła na dwór królewski. Na polecenie królowej Wiktorii i jej małżonka Alberta, artysta miał wyruszyć w śmiałą misję - miał za zadanie uwiecznianie na zdjęciach Wojny Krymskiej (1853–1856). Uzbrojony w instrukcje od księcia, Fenton miał dostęp do dowódców alianckiej armii. Dotarł na Krym w lutym 1855 roku, zabierając ze sobą 30 skrzyń materiałów zapakowanych na wóz sprzedawców wina. Na Krymie wykonał około 350 odbitek i jako pierwszy w historii mógł poszczycić się fotorelacją z frontu. Jednak dla dobra odbiorców unikał epatowania przemocą; przedmiotem zdjęć nigdy nie była walka, ani ciała zabitych. Stworzył ponadczasowy dokument, który miał dowieźć, że brytyjscy żołnierze ginęli z godnością i w słusznej sprawie. 
Jednakże ciężkie warunki sprawiły, że fotograf podupadł znacznie na zdrowiu. Po powrocie w czasie audiencji u królowej złamano protokół i ze względu na stan zdrowia, Fenton mógł siedzieć w obecności monarchini.

KATALOGOWANIE

W uznaniu za swoją pracę i poświęcenie, Roger Fenton mógł się poszczycić mianem oficjalnego fotografa rodziny królewskiej. Gościł nawet w Balmoral, skąd pochodzą nieformalne, prywatne zdjęcia rodziny panującej.
Od 1853 roku królowa Wiktoria i książę Albert byli mecenasami Towarzystwa Fotograficznego. W 1854 roku Fenton dostąpił zaszczytu oprowadzania znamienitej pary na pierwszej wystawie Towarzystwa. Wiktoria nabyła wówczas 25 odbitek zdjęć Fentona z czasów wojaży po carskiej Rosji.
Wkrótce potem zlecono fotografowi przygotowanie katalogu dóbr Muzeum Brytyjskiego. Skala przedsięwzięcia była niezwykła, a przed Fentonem piętrzyły się problemy natury technicznej - jak oświetlić przedmioty by wyglądały najkorzystniej i odzwierciedlić ich piękno? Niewielkie artefakty, takie jak tabliczki asyryjskie wynosił do specjalnego, wybudowanego na dachu muzeum atelier. Zbyt ostre światło słoneczne zniwelował chowając do specjalnego pudełka z zasłonkami, pierwowzoru dzisiejszego namiotu bezcieniowego. 

Tintern Abbey
LONDYN

Po 1857 roku wrócił do fotografowania architektury i wiejskich krajobrazów. Skupił się wówczas na nadgryzionych zębem czasu opactwach, romantycznych zakątkach rodem poematów Byrona, czy Shelleya.
Koło roku 1858 w swoim londyńskim atelier wykonał ponad 150 zdjęć w stylu orientalnym - nie tyle wówczas dokumentował rzeczywistość, co tworzył jej romantyczne wizje. Fotografie Rogera Fentona z tego okresu można określić jako dojrzałe i wysublimowane. 
Z dnia na dzień w 1862 ten doskonały twórca porzucił fotografowanie. Być może na jego decyzję miały wpływ śmierć ukochanego syna, oraz kryzys ekonomiczny, który dotknął rodzinę Fentona bezpośrednio - przędzalnia, której był właścicielem nagle zbankrutowała. Nie wytrzymywał również konkurencji z fotografami-amatorami oferującymi tanie kartoniki, zamiast dobrej jakości odbitek. Wreszcie sprzedał cały swój kram i wrócił do praktyki prawniczej. Zmarł po krótkiej chorobie 8 sierpnia 1869 roku w wieku zaledwie 50 lat.

Powyższe zdjęcia pochodzą z Wikipedii i są objęte licencją CC.


Follow on Bloglovin

Grona gniewu - John Steinbeck

Na lata 20-te ubiegłego wieku przypadają czasy niezwykłej prosperity w Stanach Zjednoczonych. Farmerzy brali masowo kredyty pod zakup nowoczesnych maszyn rolniczych lub dokup ziemi do wciąż powiększających się farm. Ziemia rodziła bawełnę wielką jak wata cukrowa, zborze zapełniało silosy, a ludziom żyło się dostatnio. Jednak nic nie trwa wiecznie - olbrzymia bańka spekulacyjna pękła, nastąpił krach na giełdzie (słynny czarny czwartek - 24 października 1929 r., którego powtórkę mieliśmy w postaci pęknięcia bańki internetowej na początku XXI-go wieku, oraz bańki spekulacyjnej w handlu nieruchomościami kilka lat później). Nadeszły cięższe czasy i wielu farmerów, szczególnie tych mniejszych zostało wyrugowanych z farm przez banki domagające się spłaty kredytów. 
Niestety i sama natura zemściła się na ekspansywnej gospodarce człowieka - pola zostały wyjałowione (nie znano w USA naszych słynnych trójpolówek, ziemia nie miała kiedy odpocząć) i z początkiem lat 30-tych stany Nowy Meksyk, Colorado, Kansas, Teksas i w szczególności Oklahomę nawiedziło zjawisko zwane Dust Bowl (TU można obejrzeć film dokumentalny). Dust Bowl to burze piaskowe spowodowane erozją gleby oraz silną suszą. Chmury piachu były tak ogromne, że 14 kwietnia 1935 roku jedna z takich chmur z prędkością stu kilometrów pognała z serca Oklahomy do Kanady!


W ciągu zaledwie kliku lat poznikało większość farm ze środkowych stanów USA. Nastąpił masowy exodus pozbawionych środków do życia rodzin. Farmerzy wyprzedawali resztki ruchomego dobytku za garść dolarów, byleby mieć na benzynę i ruszyć do Kalifornii, w której mieli nadzieję rozpocząć nowe, lepsze życie. Jednak znój drogi i kończące się pieniądze wymuszały na większości życie tułacze; spano w namiotach, w tak zwanych Hooverville, czyli nielegalnych obozach migrującej biedoty. Migrantów czekał ostracyzm mieszkańców miast i wiosek, w których się zatrzymywali.

Wielka depresja, migracja tysięcy głodnych rodzin zostały udokumentowane między innymi na zdjęciach amerykańskiej fotograf Dorothei Lang. Jest autorką słynnego zdjęcia Migrant Mother, na którym znalazła się Florence Owens Thompson w otoczeniu dzieci. O mało włos zdjęcie nie powstałoby - Lang, po całodziennym fotografowaniu pracujących na polach bawełny jechała właśnie do motelu, kiedy zjechała z drogi, by przystanąć przy samotnym namiocie. Tu właśnie Owens czekała na męża i najstarszego syna, którzy wyruszyli w poszukiwaniu części do zepsutego samochodu, by móc ruszyć dalej za chlebem. Lang opublikowała zdjęcie Owens; kobieta ze zdjęcia zwana Migrant Mother stała się ikoną Wielkiego Kryzysu, jego symbolem cierpiącym w milczeniu.

Właśnie o takiej rodzinie pisze John Steinbeck w Gronach gniewu. Kilkunastoosobowa rodzina poczciwych farmerów zostaje wyrugowana z własnej ziemi. Zalegają bankowi spłatę kredytu, a bank to nie człowiek, nie da się z nim nic polubownie. Wysiedlona zostaje cała okolica, a ziemia zaorana przez "bankowy" ciągnik będzie rodziła "bankową" bawełnę.
Joadowie sprzedają wszystko, czego nie mogą zabrać ze sobą i jadą pickupem drogą 66 do Kalifornii; każdy z migrantów widział ulotki informujące o pracy od zaraz na plantacjach pomarańczy. Można będzie zarobić i godnie żyć... Niestety z pracą jest coraz gorzej: wielu takich Joadów się znajdzie, a skoro pracowników są tysiące, praca może być niemiłosiernie tania, źle opłacana: jeśli nie ty, to na twoje miejsce są setki Oklaków... (skąd my to znamy?!) Wreszcie Joadowie trafiają na plantację pomarańczy, gdzie cała rodzina pracując od rana do nocy zarobiła akurat tyle... by zaopatrzyć się w lichą kolację kupioną w sklepie prowadzonym przez samego plantatora.
Steinbeck opisuje degradację i rozpad rodziny, która jednak mimo wszystko trzyma się jakichś głębszych wartości: wyrzutkom, takim jakimi są Joadowie mogą pomóc tylko tacy sami jak oni - im ktoś ma mniej, tym chętniej pomoże.
Myślę, że dużo się wie o głodzie w Irlandii (zaraza ziemniaczana w XIX wieku), głodzie na Ukrainie, ale nie każdy wie, że USA również mają tę ciemną plamę na kartach historii. Grona gniewu zrobiły na mnie ogromne wrażenie, a ten post jest wynikiem moich poszukiwań. Steinbeck nie pozostawia obojętnym. Do tego temat jest tak niezwykle aktualny: może nie ma u nas głodu, nie musimy migrować, ale w postępowaniu plantatorów jest coś ponadczasowego (niestety).
Sama opowieść - nie chcę oczywiście zdradzać szczegółów - kończy się małą iskierką nadziei: tym promykiem jest ludzka dobroć i bezinteresowność. Warto przeczytać, warto!


Zdjęcie jest mojego autorstwa. Chciałam czymś zilustrować moją wypowiedź, więc proponuję zdjęcie inspirowane Dust Bowl i Gronami gniewu.

W kuchni babci

Dziś nie mamy jednolitego wzorca jak powinna wyglądać kuchnia. Ot, każdy sobie komponuje tak, by mu pasowała do stylu życia. Ale w niegdysiejszych książkach kucharskich można było podpatrzeć, jak powinna wyglądać taka kuchnia idealna.
Kuchnia "na bogato" z lat międzywojennych na podstawie rycin z książki Marii Ochorowicz-Monatowej
Skromnie urządzona kuchnia przedwojenna.

Każda gospodyni dbała, by nie zabrakło nowoczesnych gadżetów. Poniżej rycina z tej samej książki, przedstawiająca nowoczesną maszynkę do krajania chleba.

Podam teraz przepis na zupę pomidorową, którą serwowały nasze babcie, lub kucharki naszych babć*

Jak można zauważyć gotowało się z najlepszych składników, przykładano wagę do tego, co się jadło. Oczywiście mówię tu o kuchni bogatszej.
Nowoczesny piecyk. Kuchenka w stylu angielskim.

Fragment filmu Dorożkarz nr 13, w którym można obejrzeć kuchnię:



A teraz lata 50-te. Dysponuję książką kucharską pod redakcją dra Stanisława Bergera.
Kuchnia wzorcowa wygląda tak:
Kuchnia wzorcowa z 1956 roku
To, co gospodyni powinna mieć w kuchni
Przepis na zupę pomidorową diametralnie różni się od tego sprzed pół wieku:


* może być to równie dobrze prababcia lub pra-prababcia;)

Wierność w stereo(wizji), czyli od stereoskopu, przez fotoplastykon po kino 3D

Odkąd ludzie posiedli umiejętność utrwalania rzeczywistości - najpierw w sztuce malarskiej, a następnie w formie fotografii - chcieli by iluzja stała się pełnowymiarową quasi-rzeczywistością. Fotografie przeszły długą drogę od pierwszych dagerotypów po dzisiejsze obrobione cyfrowo. Również trzeci również wymiar przeżywał swoje złote czasy i dążył do perfekcji.
 
Rysunek Jacopo Chimenti da Empoli ok. 1600
Kiedy się zaczęło, tego nie wiemy dokładnie. Mamy jednak dowody na to, że na przełomie XVI i XVII wieku już eksperymentowano z trójwymiarowością; do dziś można oglądać zachowany podwójny szkic wykonany przez Jacopo Chimenti da Empoli, prawdopodobnie miał posłużyć Giambattiście della Porta w jego eksperymentach z zakresu optyki. Wykorzystywał zjawisko akomodacji oka, które skierowane na odpowiednią bliskość odbierało podwójne obrazy jako jeden trójwymiarowy. Prawie dwa wieki później obrazami przestrzennymi zajmuje się angielski fizyk, sir Charles Wheatstone; buduje on wówczas specjalne okulary zogniskowane na powielonym dwakroć obrazie. Przez kolejne lata naukowcy stale ulepszali wynalazek Wheatstone'a, by w rezultacie stworzyć to, co dziś znamy jako stereoskop. 
Aparat fotograficzny z dwoma obiektywami do tworzenia fotografii stereoskopowej

Ponoć jednym z takich przyrządów była zachwycona królowa Wiktoria lubująca się w nowinkach technicznych. Oczywiście amatorzy trzeciego wymiaru budują "podwójne" aparaty fotograficzne, które chwytają rzeczywistość przesuwając obraz pod niewielkim kątem, by dawał złudzenie oglądania rzeczywistości własnymi oczami. Do popularyzacji stereoskopii przyczyniła się dostępność fotografii, nowej wówczas sztuki, która zyskała na znaczeniu wraz z rozwojem techniki. W latach pięćdziesiątych XIX-go wieku zapanowała istna moda na stereoskopię, a małe, przenośne urządzenia mógł kupić praktycznie każdy.


Fotoplastykon
Ten, kogo nie stać było na takie "kino domowe" mógł się wybrać do fotoplastykonu. Fotoplastykon był czymś w rodzaju pierwowzoru kina: był to walcowaty boks, przy którym ustawione były krzesła. Boks ten posiadał wizjery, przez które można było oglądać przesuwające się trójwymiarowe obrazy. Takie stacjonarne fotoplastykony miały zmienny repertuar, który dostarczały znamienite firmy fotograficzne. Schyłek tych urządzeń przyszedł, kiedy nastała era kina, ale do dziś można natrafić na pokaz, na przykład w muzeum. 
Przez niemal sto lat stereoskopia służyła rozrywce. W latach 40-tych ubiegłego wieku, szczególnie w Niemczech popularne były albumy tematyczne z fotografiami i przegródką na specjalne okulary.

Album z 1940 roku z fotografiami stereoskopowymi oraz okularami niemieckiej firmy RVS

Do niedawna można było nabyć Wiev Mastera, do którego dołączone były tarcze: kolorowe przeźrocza trzeba było oglądać pod światło, ale obraz był niemal idealnie trójwymiarowy. 

Wiev-Master, Model G, pierwszy plastikowy model (wcześniej królował bakelit), lata 60-te ubiegłego wieku
 
Również popularną metodą stereowizyjną są anaglify. Anaglify to te rozmyte zielono-czerwono-szare zdjęcia, które oglądamy w okularach z jednym szkiełkiem zielonym, drugim czerwonym. Historia anaglifów sięga końca XIX-go wieku, ale ta metoda z uwagi na niskie koszty produkcji okularów jest wykorzystywana do dziś. Jak to działa? Filtr z kolorowego szkła „zasłania” oku część obrazu, przez co oko widzi tylko jego niekompletny wycinek, w drugim oku dzieje się to samo, z tym, że zasłaniany jest inny fragment, przez nałożenie filtra innego koloru. 

Anaglif wykonany na początku XX-go wieku

Kilka lat temu wybuchł szał na kino 3D. Sprawcą tego był film o dużych niebieskich kosmitach. Nie byłoby w tym niczego niezwykłego, ponieważ kino trójwymiarowe istniało już od jakiegoś czasu i było dość popularne, ale pierwszy raz nakręcono tą techniką film pełnometrażowy, do tego w tak dobrej jakości. Kino nowego typu, przystosowane do pokazów 3D, wykorzystuje polaryzację fali świetlnej. „Obraz wyświetlany jest przez soczewki projektora na ekran, następnie odbija się od okularów, w których fale świetlne rozchodzą się w kilku płaszczyznach. Lewe i prawe oko odbiera oddzielnie fale polaryzacyjne, a nasz mózg zespala oba obrazy w jeden – trójwymiarowy.”*
Jaka może być przyszłość trzeciego wymiaru? Być może czeka nas epoka hologramów rodem z filmów s-f? Być może każdy będzie sobie mógł odtworzyć na własnym biurku miniaturową księżniczkę Leię, która będzie powtarzała Help me, Obi Wan Kenobi, you’re my only hope.



Źródła zdjęć:
1.2 Wikipedia
3.  http://kultur-online.net/node/6295
4 5.Zdjęcia własne, obiekty ze zbiorów J. i F. Kucharczaków
6. Wikipedia


* ze strony Imax