Header Image
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzienniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzienniki. Pokaż wszystkie posty

Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny - Max Blecher

Max Blecher to rumuński prozaik pochodzenia żydowskiego żyjący w latach 1909-1938. Mając 19 lat wyjechał z rodzinnych stron do Paryża, by studiować medycynę. Jednakże wkrótce po wyjeździe zdiagnozowano u niego wówczas nieuleczalną gruźlicę kręgosłupa. Kolejną dekadę spędził w sanatoriach, pionizowany specjalnymi aparatami i utrzymywany nieruchomo gipsem.


Pisze się, że gdyby nie choroba, która zmieniła jego priorytety, nie zostałby pisarzem. To właśnie pod wpływem przeżyć z okresu choroby powstają jego powieści “Zabliźnione serca”, czy “Zdarzenia w bliskiej nierzeczywistości”. Prowadzi również ożywioną korespondencję z najwybitniejszymi awangardowymi umysłami epoki, Martinem Heideggerem (w 1927 ukazuje się jego “Bycie i czas”), André Bretonem (po pierwszej wojnie światowej powstaje surrealizm), André Gide’m (Gide ma już ugruntowaną pozycję, jego “Lochy Watykanu” ukazały się w roku wybuchu wojny). 

Max Blecher w “Rozświetlonej jamie” przenosi nas do przedwojennych sanatoriów, gdzie egzystują pacjenci terminalni i ci, dla których nie ma miejsca w “zdrowym” społeczeństwie. Dziennik o dusznym klimacie, odrealnionym, jakby świat poza sanatoriami nie istniał. Ówczesne sanatoria, jak można wnioskować z choćby Prousta czy Manna są połączeniem szpitali, hospicjów oraz ekskluzywnych hoteli. Terapie eksperymentalne są niekiedy jedynym sposobem na złagodzenie męczących objawów czy wręcz przedłużenie życia kuracjusza.

Blecher jest w dzienniku niezwykle szczery, nie ma nic do stracenia, więc opisuje świat, w którym żyje oraz swój wewnętrzny świat na równym statusie ontologicznym: sny i jawa przeplatają się spajając w jedno. Ból, śmierć oraz jątrzące się rany nie są tu tematem tabu, bo są zbyt zwyczajne.

Po youtube’owej recenzji Madri nie mogłam nie kupić tej książki. Choć jest niewielka objętościowo, przez swoją prostotę i szczerość wali prosto między oczy. Kilka dni nie mogłam zacząć czytać nic innego.

Tytuł: Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny
Autor: Max Blecher
Tytuł oryginalny: Vizuina luminată: Jurnal de sanatoriu
Tłumaczenie: Joanna Kornaś-Warwas
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Rok wydania: 2018
Opis fizyczny: 200 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: wspomnienia/dzienniki
ISBN: 978-83-65595-77-5

Dziennik - Anne Frank

"Nigdy nie uwięrzę, że wojna jest dziełem jedynie wielkich ludzi, rządu i kapitalistów. O nie, mały człowiek robi to równie chętnie, inaczej narody już dawno by się przeciwko temu zbuntowały! W ludziach jest teraz żądza niszczenia, żądza zabijania, mordowania i wściekłości i tak długo, jak długo cała ludzkość, bez wyjątku, nie przejdzie wielkiej metamorfozy, wojna będzie szaleć, wszystko, co zostało zbudowane, zasadzone i co urosło, zostanie ścięte i zniszczone, żeby potem zacząć od nowa." 

źródło: LubimyCzytac.pl

Jedną z najważniejszych książek XX-go wieku jest Dziennik Anne Frank. Jest świadectwem zniewolenia człowieka, a także pomnikiem wystawionym każdemu dziecku, które zginęło w czasie II wojny światowej i każdego innego konfliktu na świecie. Taki dziennik mógłby powstać także dziś, w odległej Syrii, i pewnie nie jeden powstaje, pełen bólu i niezrozumienia dla konfliktu.

Na trzynaste urodziny Anne, uczennica żydowskiego gimnazjum w Amsterdamie, dostaje piękny kajecik w czerwono-biała kratę. Ten zeszyt będzie jej od tej pory służył za najwierniejszą powiernicę, którą obdarzy imieniem Kitty.

Najbardziej uderzające jet to, że te wspomnienia, pełne adoratorów, koleżanek, niesnasek rodzinnych, są takie ponadczasowe i mogłyby powstać pod każdą szerokością geograficzną i w każdym czasie. Anne jest, jak każda nastolatka w jej wieku, ciekawa swojej fizyczności, spraw seksu. Ma niesamowity głód wiedzy, książki wprost pożera, pracuje nad sobą, dużo się uczy, zwłaszcza historii i języków. Pisze liczne opowiadania. A pióro ma dobre, jak na tak młodą osobę.
Anne Frank. 1940 rok. Fotograf nieznany. Źródło: Wikipedia.org (domena publiczna)

W oficynie fabryki, którą niegdyś zarządzał Otto Frank, ukrywa się osiem osób. Co i rusz dochodzi do starć, do tego przebija się niezgoda na linii Anne-matka (którą Anne nazywa Musia). Anne w pamiętniku jest szczera, rezolutna, ale i w miarę dorastania coraz bardziej zwrócona do swojego wnętrza. Marzy, że w przyszłości zostanie dziennikarką, a kto wie, może pisarką? Wielkość Dziennika polega na tym, że reprezentuje wszystkie niespełnione marzenia i przerwane życiorysy dzieci pomordowanych w czasie wojny.

Z początku czasu ukrywania się nie jest tak źle, to przecież miała być sytuacja tymczasowa. Anne pisze: "Jak nam tu dobrze, jak dobrze i spokojnie. Nie musielibyśmy się w ogóle przejmować tą całą nędzą, gdybyśmy się nie obawiali o wszystkich tych, którzy byli nam tacy drodzy, a którym nie możemy już pomóc. Źle się czuję, że leżę w ciepłym łóżku, podczas gdy moje najukochańsze przyjaciółki są gdzieś na zewnątrz, popychane albo przewracane." Jednakże w miarę upływu czasu jest coraz gorzej: z radia BBC dochodzą głosy o gazowaniu Żydów w Auschwitz, a upragnione wyswobodzenie nie nadchodzi.

"Bywam często przygnębiona, ale nigdy zrozpaczona (...)" - z Dziennika bije jej optymizm i wiara w przyszłość, która nie nadejdzie. Anne i jej siostra, Margot umrą na tyfus w 1945 w KL Bergen-Belsen. A z całej ukrywającej się ósemki przeżyje jedynie ojciec Anne, Otoo, który zaopiekował się spuścizną po swojej utalentowanej córce. W 1957 powstała Fundacja Anne Frank, która wspiera działanie na rzecz dzieci w rejonach dotkniętych konfliktami i zagrożonych ubóstwem.

Dziennik. Pięć zeszytów z łódzkiego getta - Dawid Sierakowiak

Z czasów Holokaustu zostało wiele prywatnych zapisków, z których większość „przeżyła” swoich twórców. Nie tylko Anna Frank pisała dziennik, ale po tę popularna formę sięgało wówczas wielu ludzi; z warszawskiego getta zapiski pozostawił Janusz Korczak. W języku polskim przeczytać można także Dziennik Mary Berg, która jako jedna z nielicznych przeżyła getto.

O Dzienniku Dawida Sierakowiaka dowiedziałam się z… Teleekspressu. Wiedziałam, że muszę go przeczytać. Myślę, że trzeba czytać takie rzeczy, żeby jak to się mówi, „dać świadectwo”, żeby śmierć tych milionów ludzkich istnień nie powtórzyła się… 
 
Żródło: LubimyCzytac.pl
„Dziennik zawiera osobiste notatki – historię niszczenia w czasie Zagłady najbardziej szlachetnych aspektów ludzkiej natury – aspiracji intelektualnych, twórczych, miłości rodzinnej czy zachwytów nad przyrodą – przez najbardziej potworne żądze, którymi potrafią się kierować ludzie: znęcanie się nad innymi, wyzyskiwanie, prześladowanie, mordowanie.” – pisze we Wprowadzeniu Alan Adelson. 

„Fakt, że pięć zeszytów Dawida w ogóle się zachowało, mimo zagłady autora, jego rodziny i żydowskiej społeczności, to dar dla potomności – forma tryumfu nad ich przedwczesną śmiercią”
Dziennik zaczyna się latem 1939 roku; wakacje w Krościenku nad Dunajcem obfitują w piesze wycieczki, a wieczorami chłopcy śpiewają piosenki i odgrywają własnoręcznie wymyślone skecze. Powoli trwają przygotowania do kolejnego roku szkolnego. Dawid czyta klasykę, uczy się języków, jest niezwykle ambitnym uczniem; choć ma jedynie piętnaście lat, styl jego zapisek wskazuje na dojrzałość i można wnioskować, że gdyby nie wojna mógł być wielkim literatem, bo w tym kierunku podążał jego młody umysł.

Zachowały się zapiski z początku wojny, ale niestety nie z czasów przesiedlenia do getta. Coraz większe sankcje nałożone na Żydów dziwią chłopaka i budzą chęć odwetu – niejednokrotnie pisze o zemście, która czeka oprawców, kiedy wszystko się skończy. Naziści posuwają się z każdym dniem coraz dalej: „pomysłowość sadyzmu nie zna granic”. Zeszyt pierwszy kończy się na 31 grudnia 1939 roku, kiedy jeszcze każdy ma nadzieję, na rychły koniec wojny.

Zeszyt drugi „przeskakuje” (nie odnaleziono zeszytu z roku 1940 i pierwszej połowy 1941 roku) do czasu kiedy rodzina Sierakowiaków już „przywykła” do życia w Litzmannstadt Ghetto. Warunki panujące tutaj urągają człowieczeństwu, ale świadczą nie o Żydach, a o ich oprawcach. Każdy robi co może, by przeżyć.

Dawid nadal uczy się w szkole, gdzie dostaje przydziałową zupę; jedzenie na kartki, bony, przydziały w miarę upływu czasu kurczą się coraz bardziej, codzienna racja jest sposobem na przetrwanie, choć dla organizmu to za mało – ludzie zaczynają umierać z głodu, szerzy się gruźlica, świąd. Niekiedy dochodzi do paradoksu: mimo odłożonych pieniędzy (tak zwane „chaimki”, nazywane przez Dawida rm – Raichsmark, wewnętrzna waluta getta), nie można kupić jedzenia, bo go po prostu nie ma! Kiedy szkołę zamykają, Dawid pracuje przy szyciu elementów mundurów, ale nadal zachłannie czyta, uczy się, pisze wiersze i tłumaczy.

Lewicujący chłopak obserwuje także stosunki panujące w getcie – zarządzający gettem Chaim Rumkowski rozdziela przywileje według siebie, pozwalając by garstka ludzi żyła dostatnio za cenę głodowej śmierci tysięcy.

W kolejnych zeszytach Dawid pisze, że z głodu nie może się uczyć; niemal codziennie donosi o racjach żywnościowych, wylicza ile czego przysługuje, ile kosztuje opał, gdzie można ugotować coś za pieniądze. Wszyscy niemal żyją od posiłku do posiłku: jedzenie jest tym, co rządzi ludzką wyobraźnią, dyktuje rytm życia getta. Ludzie zjadają już liście rzodkwi i łupiny od kartofli, po które pod resortowe garkuchnie ustawiają się kolejki wygłodniałych „gettowian”.

Sierakowiak jest również zorientowany w sprawach polityki, często w jego zapiskach przewija się krótkie sprawozdanie z frontów, okraszone komentarzem. Kiedy nie ma wieści, na końcu zapisu znajduje się zdanie „z polityki nic nowego”. Mieszkańcy getta byli świadomi obecnej sytuacji geopolitycznej. Równocześnie do getta napływały niedobitki z pogromów, przesiedleńcy z innych miast Rzeszy (w tym Niemcy, którym jak pisze Sierakowiak „udowodniono babkę Żydówkę”). Chorych, niedołężnych i dzieci wywozi się – nikt nie wie dokąd, ale ludzie wiedzą, jaki czeka ich los. Sierakowiak pisze, że „przy ładowaniu chorych działy się dantejskie sceny. Ludzie wiedza, że idą na śmierć. Walczyli nawet z Niemcami i siłą musiano ich wrzucać na wozy.” Siłą zabiera się także wszystkie dzieci poniżej dziesiątego roku życia.

Najbardziej wstrząsające są fragmenty, w których Dawid donosi o relacjach między domownikami; ojciec notorycznie podkrada jedzenie, wybuchają częste awantury, w tych strasznych czasach ani Dawid, ani jego siostra Natalia, ani ukochana matka nie mają oparcia w rodzinie; wkrótce matka zostaje zabrana i wywieziona, ociec umiera, a Dawid choruje coraz silniej. Piaty zeszyt jest niedokończony; prawdopodobnie część ostatnich stron posłużyła jako podpałka do pieca; trzy miesiące po ostatnim zachowanym wpisie Dawid zmarł najprawdopodobniej na zapalenie płuc.
Dziennik Dawida Sierakowiaka po raz pierwszy został wydany w latach 60-tych; wówczas wyszła edycja zawierająca jedynie dwa zeszyty. Edycja zeszłoroczna zawiera pięć cudem odnalezionych zeszytów.

Nie lubię gdybać, ale może w jakiejś alternatywnej rzeczywistości też opisuję na blogu Dziennik Dawida Sierakowiaka, ale nie chłopaka, który zmarł w Łódzkim getcie, a wielkiego pisarza, który dożył sędziwej starości.

Dziennik - Katherine Mansfield

Serię Nike pamiętam z dzieciństwa. Rodzice mieli wiele tych miniaturowych tomów i wielokrotnie się im przyglądałam, czy bawiłam się nimi. W sylwetce greckiej boginie nie widziałam kobiety bez głowy, a psa podobnego do Snoopy'ego, zwróconego wielgachnym nosem w prawo. Oczywiście kiedy podrosłam zaczęłam sięgać po Nike w celach czytelniczych. 
Dopiero rok się zaczął, a ja już czytam drugą książkę z tej starej serii; tym razem - po doskonałych opowiadaniach Willi Cather, sięgnęłam po Dziennik Katherine Mansfield. (Kiedy skończę, zabiorę się za Dziennik Sierakowiaka, a potem Twardocha - a co tam, zadzienniczę się w styczniu.)


Katherine Mansfield przyszła na świat w Nowej Zelandii w 1888 roku (zmarła zaś 9 stycznia 1923 roku, czyli niemal dokładnie 93 lata temu), ale nie mogąc znieść życia na uboczu wielkiego świata, przeniosła się do Londynu, który można powiedzieć, aż pulsował nowymi trendami w sztuce i literaturze. Pisała praktycznie od dziecka, więc naturalne, że z pisaniem właśnie postanowiła związać swoje plany zawodowe. Obracała się w kręgu modernistów, zaprzyjaźniła się z D. H. Lawrence'em, oraz Johnem Middletonem Murrym, który wkrótce został jej mężem. Zmarła w wieku lat trzydziestu pięciu na gruźlicę, która była konsekwencją chronicznego niedoleczenia i nieprawidłowego odżywiania. Z ciekawostek można dodać, że grywała epizodyczne rólki i statystowała w filmach. A Lawrence umieścił jej portret w Zakochanych Kobietach. Pamiętam również szereg wzmianek o niej w Dziennikach Woolf. 
Zbiór opowiadań Jej pierwszy bal czytałam w połowie 2013 roku. Oczarował mnie styl, ich język, zaciekawiła fabuła. Po Dziennik sięgnęłam zdaje się bardzo odruchowo i nie zawiodłam się sądząc iż życie pisarki będzie ciekawsze od jej nowel. 
Od pierwszych, prowadzonych dość nieregularnie notatek, Mansfield narzeka na stan zdrowia (reumatyzm, serce, później płuca), na brak weny (a jednak była autorką dość płodną!). Wydaje się neurastenikiem i mizantropem. Woolf kiedyś zauważyła: "Uderzyło mnie, że ona należy do typu kobiecego: wyobcowana, zdystansowana, zawsze samotna i bystro obserwująca" (Woolf uważała Mansfield za swoją przyjaciółkę, ale od czasu niepochlebnej recenzji powieści Noc i dzień można było wyczuć pęknięcia w tej przyjaźni). Mam wrażenie, że w życiu pisarki zawsze padał deszcz, więdły kwiaty i bladły kolory. Dawno nie czytałam nic bardziej przygnębiającego, ale paradoksalnie czytało mi się Dziennik wyśmienicie - wstrząsający był zwłaszcza fragment z historią kucharki, wstrząsający, bo nie zmyślony, jeśli uświadomimy sobie, że czytamy niemal reporterski zapis, doznajemy nieodpartego odczucia, że ten fragment może być wspaniałym materiałem na powieść. Bardzo ładne były fragmenty, kiedy Mansfield wspominała swoje szczęśliwe dzieciństwo; wzruszające były momenty, kiedy opłakiwała brata poległego na froncie we Francji - chcąc zachować w sercu wspomnienie o nim, dedykowała mu listy, fragmenty dziennika. Równie smutne były fragmenty, w których wyznawała, że chciałaby mieć dziecko, że je sobie wyobraża - nie skarżyła się wówczas, co tylko potęgowało ten niewyrażony żal. 


Pod względem walorów językowych mogę śmiało powiedzieć, że jestem usatysfakcjonowana, ponieważ styl Mansfield jest dobry, bardzo plastyczny, a niekiedy nawet poetycki. Może gdyby nie feralne zapalenie opłucnej w 1917 roku, które miało fatalne konsekwencje, może gdyby jej zdrowie było mocniejsze, nie patrzyłaby na życie w sposób tak jednoznacznie ponury?

Dziennik roku chrystusowego - Jacek Dehnel

1/52. Ponoć Polacy nie czytają książek. Obracam się w dwójnasób specyficznych kręgach (bo i biblioteka i książkowa blogosfera) i jestem odmiennego zdania. A że czytający biją rekordy i wyrabiają normę za nieczytających, o tym można się przekonać na wiele sposobów, wśród których jest na przykład wyzwanie



Moją pierwszą z (przynajmniej) pięćdziesięciu dwóch jest Dziennik roku chrystusowego Jacka Dehnela. Zabawne, że czytam go akurat kończąc swój rok chrystusowy; co prawda ten Dehnelowski jest sprzed dwóch lat, a mój wydarza się teraz, ale jednak taka zbieżność cieszy. Przypomina mi się, że czytając Joyce'a zrównałam się ze Stefanem Dedalusem (by ostatecznie go jednak wyprzedzić).
Jaki ten rok chrystusowy dla Dehnela był? Mam wrażenie, że reprezentatywny dla reszty jego życia; spokojny, pracowity, ot, jak rok każdego z nas. Nawet kiedy wydarzało się coś złego, jak śmierć babci Pietii, działo się coś, co niezaprzeczalnie należy do koła życia.
Niedawno czytałam dziennik Susan Sontag, pełen wyrwanych z kontekstu zapisków, urwanych myśli, list wszelakich. Dziennik Dehnela jest zgoła inny, wartko płyną chwile w czasie rozmaitych wyjazdów, autor często pisuje siedząc w pociągu. Dużo tu przemyśleń na temat religii, światka poetów polskich, społeczeństwa. Dostajemy znakomite obserwacje ludzkich charakterów, zachowań, anegdotki i dykteryjki, a także takie zupełnie na świeżo, niewystudiowane (bądź na takie miały wyglądać)  "recenzje" koncertów, obrazów, pejzaży. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu na LC wyłowiłam jedno wyrażenie opisujące "ponoć" ów dziennik: przeintelektualizowany. Nie mogę się podpisać pod takim stwierdzeniem i musiała je napisać osoba niepotrafiąca się odnaleźć w języku Dehnela (takiej osobie polecam powieści[dła] o uczuciach polskich autorek).
Na koniec jeszcze jedna taka myśl, właściwie pytanie zadawane samej sobie - czy wolę czytać coś, co było intymne, schowane do szuflady, pisane na kolanie, naprędce, czy dziennik prowadzony "specjalnie" dla czytelnika? Nie umiem na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Trzymam się (przy dziennikach wszelkiej maści) zasady, iż nie należy osądzać - czy to stylu, czy tym bardziej cudzego życia. Sama bowiem pisuję takie chaotyczne dzienniki, pełne zapisków bez związku. A może powinnam pisać dla kogoś, uważać na styl, prowadzić myśli, wątki, by nie biegały jak kury po podwórku?

Jak świadomość związana jest z ciałem. Dzienniki, t. 2 - Susan Sontag

Susan Sontag była jedną z najważniejszych intelektualistek ubiegłego wieku. Pochodząca z żydowskiej rodziny od najmłodszych lat miała „plan” zawojowania świata i konsekwentnie do tego dążyła. Była nieugięta w swoich przekonaniach, a swoje myśli wyrażała w sposób zwięzły i rzeczowy. Jej eseje O fotografii, czy Choroba jako metafora, a także powieści jak choćby Zestaw do śmierci zapisały się w umysłach czytelników także i w Polsce.
Przez całe życie prowadziła również zapiski, dzienniki, notatki. Zebrane w trzech tomach (ale na razie cisza w sprawie trzeciego tomu, na który czekam z wytęsknieniem) stanowią dopełnienie jej pisarstwa.
Tom drugi, zatytułowany Jak świadomość związana jest z ciałem, dotyczy lat 1964-1980. Sontag zmaga się z kolejnymi rozczarowującymi romansami, z traumą z dzieciństwa dotyczącej toksycznej matki, prowadzi zapiski o filmach, które oglądała i książkach, które przeczytała. W Dziennikach znajdziemy również kulisy powstawania ważnych dla niej dzieł.
Jaki obraz Sontag wyłania się z dzienników? Sontag była kobietą waleczną, może nieco zbyt zadufaną we własny intelekt, ale mając taki dorobek skromność byłaby na jej miejscu hipokryzją. W kontaktach z kochankami przejawiała cechy wręcz przeciwne, niż byśmy się spodziewali po tak silnej kobiecie: sprawiała wrażenie tej słabszej, wymagającej opieki i ciągłego zapewniania o oddaniu, miłości i wzajemności; z pewnością na taką postawę miało wpływ dzieciństwo, kiedy Susan praktycznie była „matką swojej matki”.
Karteczki indeksujące z ważnymi cytatami do przepisania.


Nie oceniam jej dzienników. W ogóle nie powinno się chyba oceniać notatek, czy jakichkolwiek intymnych zapisków. Większość pisana była pod wpływem chwili i miała pozostać w szufladzie. Ale jej dzienniki stymulują. Przynajmniej mnie. Niestety, mnie również pokarało pisaniem – nie tym intelektualnym, ale od kiedy nauczyłam się płynnie pisać, piszę pamiętnik. Z przerwami oczywiście, niekiedy nie piszę dwa lata, ale zawsze robię notatki z filmów, książek, łapię szybujące myśli. Może dlatego tak łatwo mi ją zrozumieć, kiedy raz pisze intymnie, szczerze, wylewnie, a innym razem zostawia jedynie listę książek do „zdobycia”. 

Chwile wolności

Często wybieram biografie, dzienniki, wspomnienia. Lubię je. I te bezpośrednie, zupełnie nie pisane pod kątem ewentualnego wydania, i te, adresowane stricte do czytelnika. Poszerza się wtedy moja wiedza o pisarzu (aktorze, naukowcu, polityku, itp.), epoce oraz otoczeniu bohatera. Oglądam go jakby z innej strony, a są chwile, kiedy mam ochotę dopisać na marginesie - ja też tak mam!
Chwile wolności Virginii Woolf są dziennikiem prowadzonym w miarę regularnie od 1915 do 1941 roku. Woolf jest jedną z moich ulubionych pisarek, ale przyznam szczerze, że o jej życiu prywatnym wiedziałam niewiele. Niestety, już dawno została schowana do szufladek z etykietką "feministka", "lesbijka", oraz "samobójczyni". To ostatnie czyni z niej jeszcze jedną bombkę na drzewku, na którym "wiszą" Hemingway, Plath i inni. 

Woolf jest jedną z bohaterek Godzin (Cunningham zaczerpnął tytuł powieści - na podstawie której nakręcono film - wprost z Woolf, ponieważ taki był pierwotny tytuł Pani Dalloway); widzimy samotną, zdziwaczałą kobietę, która jest izolowana przez równie zdziwaczałego męża. Jednakże państwo Woolf byli bardzo towarzyscy (Virginia niekiedy narzekała na codzienne odwiedziny znajomych),  lubiani, uświadomieni społecznie i politycznie. Kiedy Virginia zarobiła na wczesnych powieściach "trochę grosza", wyremontowała dom, kupiła (wreszcie) wygodne fotele. Sama przyznawała, że pisze dla przyjemności, nie dla sławy (która nawiasem mówiąc męczyła ją), czy dla pieniędzy. Potrafiła ciężko pracować przy składaniu szpalt powieści w swoim wydawnictwie, Hogarth Press. Dziennik pełen jest zapisków o osobach, które spotykała; cudownie opisała Bertranda Russela, Katherine Mansfield, T. S. Eliota, oraz E. M. Forstera, z którymi się przyjaźniła. O szybsze bicie serca przyprawiła mnie notatka z 25 lipca 1926 roku, kiedy Virginia wraz z Leonardem gościli u Thomasa Hardy (już pisałam, że tą notatką byłam tak podekscytowana, że musiałam obudzić męża i mu o tym opowiedzieć).  

Chwile wolności to także zapiski intymne, w których skarży się losowi, że jej nie obdarzył dziećmi, a jej siostra, znana malarka, Vanessa Bell, ma ich troje. Długotrwałe i uporczywe bóle głosy (migreny?) oraz osłabienia przykuwały ją na długie tygodnie do łóżka. Virginia miała - jak chyba każda kobieta - kompleksy na puncie wyglądu, nie potrafiła się ubrać, nie cierpiała swoich włosów, często zdarzało jej się odmówić udziału w jakimś oficjalnym przyjęciu tylko dlatego, że wymagało ono kupna nowej sukni specjalnie na tę okoliczność. Raz z autobusu zapomniała zabrać ryzy papieru, a raz kilku książek.
Czytałam niedawno, że uważana była za antysemitkę. No cóż, dziwna to antysemitka, która poślubia Żyda i jest z nim szczęśliwa. Feministka? Tak, myślę, że tak i to w głębokim stopniu, ale nie w dzisiejszym sensie, raczej uważała, że obie płci są sobie równe. Czy miała skłonności safoniczne? Dobry Boże, a kogóż to, u licha, obchodzi?! Pisała wspaniałe, na wpół poetyckie książki, które były zauważone przez jej współczesnych, a dziś, takie pozycje jak choćby Fale, czy Do latarni morskiej wchodzą w skład kanonu, który wypada znać.

Chwile... są także zapisem przemijania. Przyjaciele, dalsi znajomi, rodzina, odchodzą po krótszych czy dłuższych chorobach. Są również śmierci gwałtowne, jak na przykład samobójstwo Dory Carrington, która odbiera sobie życie po śmierci jej bliskiego przyjaciela i mentora, Lyttona Strachey. 
Myślę, że po te dzienniki sięgnie każdy, kto lubi tego typu niespieszną prozę, oraz czytelnicy zakochani w Woolf. Nie każdy ma na tyle samozaparcia, by sięgać po blisko siedemsetstronicowe, pisane maczkiem zapiski, których część dotyczy podróży, podwieczorków, spacerów z psem. Ale - nie wiem, czy ktokolwiek z Was prowadzi dzienniki? - przyjrzyjmy się swoim zapiskom: dzisiaj wstałam o tej i o tej, na śniadanie zjadłam to i to, spotkałam tego i tego, kupiłam to za tyle. Proza dnia, plus kilka wspaniałych ciekawostek, przemyśleń, charakterystyk, zdań wartych zapamiętania. Właśnie tego spodziewam się po dzienniku, czy pamiętniku.

Odrodzona. Dzienniki 1947-1963 - Susan Sontag

Odrodzona to pierwszy tom dzienników intelektualistki amerykańskiej, Susan Sontag. Dzienniki z lat 1947-1963 opatrzone są przedmową i dopiskami syna pisarki, Davida Rieffa. Pierwsze notatki pochodzą z roku 1947, kiedy Sontag miała 14 lat. Są to odważne, jak na nastolatkę, bardzo świadome wynurzenia. Pamiętnik jest zapisem pracy nad sobą; nie kończące się listy lektur do przeczytania, kupienia, filmów, które obejrzała. To także życie prywatne; inicjacja seksualna, nieudane małżeństwo, relacje z kochankami, ale także wspomnienia z dzieciństwa, stosunek do synka, do swojej żydowskości. Sontag sama pisze o dzienniku tak: Rozumienie dziennika jako zaledwie przechowalni czyichś prywatnych, sekretnych myśli jest powierzchowne - to nie jest głuchy, tępy i niepiśmienny powiernik. W dzienniku nie tylko opowiadam o sobie bardziej otwarcie, niż gdyby mnie ktoś słuchał; ja siebie tworzę.
W dzienniku dochodzi do głosu moje poczucie własnej tożsamości. prezentuję się w nim jako osoba emocjonalnie i duchowo niezależna. Nie jest to więc (niestety) prosty zapis codziennych wydarzeń, lecz raczej - w wielu przypadkach - ich alternatywna wersja.

Od najmłodszych lat wiedziała, czego chce. W wieku nastu lat napisała Chcę pisać - chcę żyć w intelektualnej atmosferze. Kiedy była starsza zapisała w dzienniku: Dlaczego pisarstwo jest dla mnie ważne? Sądzę, że głównie z przyczyn egoistycznych. Chcę pisać, by móc określać się mianem pisarki, a nie dlatego, że mam coś ważnego do powiedzenia. Myślę, że to ostatnie zdanie wynika troszkę z kokieterii, bo Sontag była znakomitą pisarką. Wystarczy wspomnieć jej O fotografii, czy nadal czytany bestseller Zestaw do śmierci.
Na pewno Polacy mają do niej sentyment za wspieranie Solidarności w latach 80-tych. Sontag potępiała komunizm, walczyła o prawa człowieka, wspierała ruchy wolnościowe, czego dowód można znaleźć w jej licznych esejach.
Teraz czekam na kolejne tomy Dzienników.

Teodozja Jagłowska


Ciocia Tozia, jak ją nazywał mój tata.
Nauczycielka z Filipowa, w 1951 skazana na dwa lata ciężkiego więzienia za wystawienie jasełek w szkole. Szerokie horyzonty myślowe, wrażliwość, wrodzone zdolności literackie, głęboka wiara, patriotyzm, przywiązanie do tradycji, tolerancja, poczucie godności, bezkompromisowa odpowiedzialność za własne czyny i słowa - to główne przymioty jej osobowości.*
Dopiero kilka lat temu dowidziałam się jaka to była wspaniała osoba. Niestety, nie dane mi było poznać ją osobiście.
W 2004 roku ukazała się książka Gwary Mazowsza,Podlasia i Suwalszczyzny I Filipów, pow. Suwałki, w której zawarte są zebrane przez Teodozję Jagłowską opowiadania pisane gwarą oraz słownik gwary jej autorstwa. Ilustracje są autorstwa mojego dziadka, a jej brata - Jana Jagłowskiego.

Antoni Patla w książce opisującej historię Filipowa pisze:
Podczas kopania dołu piwnicznego przy ulicy Garbarskiej w Filipowie, rydel kopiących natknął na coś twardego. Z pomocą przyszedł łom żelazny, który odsłonił piec garncarski, z przepalonymi i poniszczonymi naczyniami.
Dobrze się stało, że przechodziła tędy gorąca miłośniczka tego regionu, pani Teodozja Jagłowska, która szybko zorientowała się w wartości tego, przypadkowo odkrytego znaleziska, natychmiast telefonicznie meldując kierownikowi Muzeum w Suwałkach, wybłagawszy wpierw u kopiących, aby wstrzymali kopanie dołu, przynajmniej na 1-2 dni. Posłuchali, choć robota była pilna (...)
Kierownik Muzeum (...) natychmiast przesłał depeszę do archeologa wojewódzkiego - pana mgr Jaskanisa, - który już nazajutrz zjechał do Filipowa, oglądając szczegółowo cenne znalezisko. Po dłuższej rozwadze mgr Jaskanis zaryzykował twierdzenie, że piec pochodzi z XIV wieku.
To orzeczenie fachowca, jest niemałą rewelacją, skoro pamiętamy, że początki osadnictwa na ziemi pojaćwieskiej datowaliśmy (i datujemy) na początek XVI wieku, tj. na czasy Zygmunta Starego. (...)
Aż nagle, znajduje się coś, co nam zupełnie burzy nasz porządek datowania, - coś, co dokumentuje, że może jeszcze w wieku XIV mieszkali tu ludzie i, jak wynika ze starannie obrobionej ceramiki, to mieszkali tu czas dłuższy i w warunkach pokojowych...

W roku 2007 ukazała się książka Suwalszczanie o swojej przeszłości, której znaczna część zawiera pamiętniki pisane przez Teodozję Jagłowską. We wstępie można przeczytać, że
Teodozja Jagłowska to osoba niezwykła, mogąca służyć za wzorzec zasad moralnych we wszystkich aspektach życia: religijnego, społecznego, pedagogicznego i obywatelskiego (...)
Na formowanie osobowości Teodozji Jagłowskiej największy wpływ miało środowisko rodzinne - rodzice, a zwłaszcza ojciec. (...)
Ów organista (Antoni Jagłowski - przyp. AAK) zasłużył sobie już dawno na monografię. (...) Przecież rzeczywiście to On w mojej pamięci (Aleksandra Deptuły, dyrektora szkoły w Filipowie - przyp. AAK) pozostał jako centralna postać wszelkich poczynań kulturalnych w tej osadzie. W roku 1920 taki człowiek był nieoceniony, a Filipów może być szczęśliwy, że wówczas właśnie miał u siebie Polaka nie tylko z nazwy, ale i z wielkiej miłości do wolnej ojczyzny.




Rodzina Jagłowskich; od lewej: Antoni, Eugeniusz, Maria, Łukaszek, Wincenta, Teodozja.

* - cytat za ostatnią strona książki Suwalszczanie o swojej przeszłości