Header Image
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

Maratończyk - William Goldman

Jeśli lubicie niesztampowe thrillery, naładowane akcją i ze świetnie napisanymi bohaterami, to zachęcam do sięgnięcia po tę lekturę. 


 

 T.B. Levy, Babe, jak mówi na niego starszy brat, studiuje historię w Nowym Jorku. Kiedy nie przesiaduje w bibliotece – biega. Jest spolegliwy, miły, ale nieładny, chorobliwie nieśmiały i niekiedy gada, co mu ślina na język przyniesie. Totalne przeciwieństwo swojego starszego brata, Doca, który jest dla niego nie tylko autorytetem, ale i najlepszym przyjacielem. 

Jednak Doc ma sekret, który sprowadzi na niego nie lada problemy, wikłając w nie również brata. Mody historyk będzie musiał stawić czoła członkowi tajnej organizacji oraz niebezpiecznemu byłemu naziście. 

 Postać T.B. Levy’ego jest świetnie napisana. Od początku siedzimy w jego głowie. To, jaki jest, zdeterminowała rodzinna tragedia. To, jakich wyborów dokona, również jest tego pokłosiem. Widzimy go na krawędzi, jak jego zwyczajne życie wywraca się do góry nogami. 

Ręka w górę, kto oglądał ekranizację z Dustinem Hoffmanem? A teraz ręka do góry, kto zaciskał powieki podczas pamiętnej sceny na fotelu dentystycznym? No właśnie. Takie sceny, detale, które pamięta się po latach, budują markę. Doskonała jest również scena otwierająca. Książka zawiera również przedmowę autora, dzięki czemu możemy poznać odpowiedź na odwieczne pytanie: jak pan wpadł na ten pomysł?

Na koniec zdradzę Wam mały sekret. Książkę miałam w planach już od bardzo dawna, ale poprzednie wydanie miało zbyt drobny druk. Dlatego dziękuję stukrotnie Wydawnictwu Replika za nowe, piękne wydanie i możliwość zapoznania się z tą kultową pozycją. 

Współpraca barterowa z @wydawnictworeplika 

 


 

Seans w Domu Egipskim - Maryla Szymiczkowa [Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński]

Profesorowa Szczupaczyńska to mariaż charyzmy Barbary Niechcic z przenikliwością detektywa Colombo. Do tego zabawa konwencją i postaci znane z podręczników historii - oto jak można scharakteryzować nową serię kryminalną pióra Maryli Szymiczkowej, czyli duetu Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego.


Po sukcesie dwu pierwszych części -  "Tajemnicy Domu Helclów", i "Rozdartej zasłonie" - przyszła pora na trzecie śledztwo rezolutnej profesorowej, zatytułowane Seans w Domu Egipskim. Schyłek XIX wieku przyniósł falę zainteresowania spirytyzmem. Moda na media i wirujące stoliki rozpowszechniła się również w Krakowie. I tym razem Maryla Szymiczkowa czerpie garściami z ówczesnego „Czasu” (pismo dostępne na stronie https://polona.pl/czas), a także wkłada w usta osób autentycznych ich własne słowa (bohaterami drugoplanowymi są tu i Przybyszewski i znany z poprzednich części młody lekarz Boy-Żeleński). 

Obszernie o dwu pierwszych książkach cyklu pisałam przed rokiem (Profesorowa Szczupaczyńska na tropie). Nie pozbyłam się wrażenia, że obcuję z innym wcieleniem Barbary Niechcic, ale tym razem „wyklarował” mi się Ignacy, którego coraz bardziej wyobrażam sobie jako skrzyżowanie Bogumiła Niechcica z Felicjanem Dulskim (zadziwiające, obie postacie grane przez nieodżałowanego Jerzego Bińczyckiego). Klimat powieści kojarzy mi się nieodmiennie z serialem „Z biegiem lat, z biegiem dni...”, który dla Krakowa jest tym, czym „Blisko, coraz bliżej” dla Śląska.


W odróżnieniu od brutalnego półświatka kreowanego przez innego przedstawiciela kryminału retro, Marka Krajewskiego, Dehnel i Tarczyński komponują świat wysublimowany, nieco egzaltowany, lecz ta egzaltacja nadaje powieści smak wybornej frużeliny, której nie powstydziłaby się Franciszka, niezastąpiona kucharka i gospodyni u Szczypaczyńskich. Widać, że autorzy wyśmienicie bawili się pisząc kolejny tom (odniosłam przynajmniej takie wrażenie), a każde zdanie było rozwałkowywane i zagniatane jak ciasto francuskie.

O seansie spirytystycznym pisałam w poście Seans spirytystyczny, o początku mody na duchy pisałam tu, a o wspomnianym w posłowiu książki Julianie Ochorowiczu pisałam w tym poście. 

Mock. Pojedynek - Marek Krajewski

Nic tak nie cieszy czytelnika jak kontynuacja ulubionej serii. Marek Krajewski na szczęście jest pisarzem dość płodnym i na nowego Mocka nie kazał nam długo czekać – kolejna odsłona przygód ‘młodego Ebiego’ ukazała się zaledwie po roku oczekiwania. 

 

Myślę, że osoby autora przedstawiać nie trzeba, ale dla przypomnienia dodam, że Marek Krajewski jest autorem kryminałów retro usytuowanych w przedwojennym Wrocławiu (seria z Eberhardem Mockiem) oraz Lwowie (seria z Popielskim). Obie serie łączy specyficzny klimat tanich spelun, półświatka i brutalnych mordów. Krajewski jest prekursorem coraz popularniejszego nurtu w literaturze kryminalnej, do której dołączyli Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński (jako Maryla Szymiczkowa), Konrad Lewandowski, Marcin Wroński, Joanna Szwechłowicz, i wielu innych.  

Mock. Pojedynek jest trzecią odsłoną nowej serii o Eberhardzie Mocku. Akcja przenosi nas do 1905 roku, kiedy młody Ebi zasiada w uniwersyteckich ławach, by szlifować tłumaczenia łacińskich klasyków. Jednakże porywczy i nieustępliwy charakter, a także bezkompromisowość i niebanalna inteligencja sprawią, że marzenia o karierze Eberharda jako licealnego łacinnika zostaną pogrzebane.  


Marek Krajewski „renderuje” świat przedwojennego Wrocławia z faktycznych „cegiełek” – jestem pod wrażeniem nie tylko znakomitego pióra pisarza, tego jak stopniuje napięcie, ale przede wszystkim jak wykreował świat, w którym żyją bohaterowie, z niemal fotograficznymi detalami. 


Tym razem Mock znajduje się w centrum spisku mającego na celu wyeliminowanie konkurentów z posady na uniwersytecie i obsadzenie ideowo słusznymi (nad)ludźmi katedry. Choć sama intryga jest dość przewidywalna, to za ogromny plus poczytuję panu Krajewskiemu wyeksponowanie wątku przemiany Mocka-studenta w Mocka-policjanta. Katalizatorem przemian bohatera jest jego mentor, prywatny detektyw, który wprowadza młodzieńca w przedwojenną wersję „dark netu”. 


Mnie, przyznam szczerze, proza Krajewskiego „kupuje” z książki na książkę coraz bardziej. Nie miałam pojęcia o tym, że przełom XIX i XX wieku był istnym el dorado pojedynkowiczów, oraz wszelkiej maści bractw uniwersyteckich, obecnych dziś już tylko w krajach anglosaskich. W powieści brak plot twistów; Mock ma swój klimat, który opiera się na wiarygodności bohaterów, nie na karkołomności fabuły. Momentami odnosiłam wrażenie, że wręcz wątek kryminalny schodzi na dalszy plan, by uwypuklić przemianę duchową Ebiego, takie swoiste „umarł Gustaw i narodził się Konrad”. Niemniej jednak, nie zawaham się użyć wytartego frazesu: książkę czyta się jednym tchem.  Już teraz czekam na kolejne tomy, a w międzyczasie sięgnę po nieprzeczytane dotychczas przeze mnie powieści z serii.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie Wydawnictwu ZNAK.

P.S. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak mogę między moich czytelników rozlosować jeden egzemplarz książki. Tym razem zdecydowałam się na mini-konkurs na FB - jeśli jesteście zainteresowani, zapraszam na facebook.com/setnastrona

Przeczucie - Tetsuya Honda

Literatura japońska kojarzy mi się z postmodernizmem i realizmem magicznym w wykonaniu Murakamiego, efemerycznym realizmem Kawabaty, trudnymi pytaniami Oe, nowoczesnością silnie sprzężona z tradycją. Pierwszy raz sięgnęłam po japoński kryminał i zdaje się, że to jedyny taki na naszym rynku wydawniczym.

A powieść kryminalna ma się w Japonii znakomicie. Boom na ten gatunek wybuchł bezpośrednio po II wojnie światowej, kiedy nastąpiła fala amerykanizacji Japonii. Z początku Japończycy bazowali na tłumaczeniach Chandlera, czy Hammetta, ale szybko stało się jasne, że dysponują rodzinnymi twórcami, wcale nie gorszymi niż Amerykanie.


Pierwszym uznanym twórcą tego gatunku, a zarazem założycielem Japońskiego Klubu Powieści Detektywistycznej był Edogawa Rampo. W Japonii kryminały wyewoluowały w dość specyficzne formy – jedne nasycone powojennym socrealizmem, inne silnie ocierają się o erotykę, a niektórzy twórcy czerpią z rodzimych legend, nasycając thriller elementami fantastycznymi.

Przeczucie Tetsuyi Hondy to pierwsza część cyklu o komisarz Reiko Himekawie, która w samej Japonii doczekała się sprzedaży 4 miliony egzemplarzy, kanwą dwóch (sic!) seriali, oraz filmów telewizyjnego i kinowego. Mroczny thriller, osnuty wokół owianego złą sławą darknetu, czyli piekielnego zakamarka internetu, gdzie użytkownik znajdzie to, co normalnego człowieka przyprawia o zawał serca.

Autor wydaje się niezwykle skrupulatny, czego dowodzą wielostronicowe opisy odpraw. Japońska policja jest silnie zhierarchizowana, nie ma w niej miejsca na jakiekolwiek odstępstwa od przyjętego protokołu. Jednocześnie widać również ciężką atmosferę w pracy pod kierunkiem młodej kobiety, której nie szczędzi się epitetów typu „głupia gąska, dziecina, królewna, kretynka”, a to i tak tylko najbardziej eufemistyczne z wyzwisk. Kompetencje Reiko są podważane na każdym kroku; Japonia to nadal społeczeństwo patriarchalne, gdzie od kobiet oczekuje się nie wspinaczki po szczeblach kariery, a zamążpójścia i układnego dokładania szczap do domowego ogniska.

Jako się rzekło, Przeczucie otwiera większy cykl. Jestem ciekawa, czy wydawnictwo pójdzie za ciosem i zaproponuje polskim czytelnikom kolejne części (razem 7 powieści i zbiorów opowiadań).

Mock/ Mock. Ludzkie zoo - Marek Krajewski

Zacznę tak: Krajewskiego biorę w ciemno. Lubię ten brudny świat jak z obrazów Otto Dixa, gdzie główne role odgrywają panienki lekkich obyczajów i tani mafiozi. Zbrodnie popełniane w szemranych zaułkach... Może dlatego tak dobrze mi się czyta o takim świecie, bo mój świat jest syty i zadbany. I dlatego też sięgam po kryminały, jak inni po horrory. Choć przyznam, że przez bardzo specyficzną prozę pierwsze spotkanie z Krajewskim zaliczyć mogę do niezbyt udanych, za to kolejne spotkania z powieściami tego autora odbyłam już jako fanka.



Akcja Mocka zaczyna się w Waszyngtonie w 1947 roku, a więc po II wojnie światowej, wtedy poznajemy kolejne wcielenie Eberharda - funkcjonariusz amerykańskiego wywiadu. Sprawa dotyczy tak zwanej Hali Stulecia we Wrocławiu (obiekt zaliczony dziś w poczet światowego dziedzictwa UNESCO); introspekcja przenosi nas do lat 1912 i 1913, kiedy to mają miejsca tajemnicze morderstwa. Tak zaczyna się nowa seria o "młodym Mocku", czyli tomy pokazujące początki kariery Eberharda Mocka we wrocławskiej policji. Ebi zaczyna w policji obyczajowej, jednak ten niesłychanie ambitny i dociekliwy glina aspiruje do policji kryminalnej. Policjant-filolog znany z poprzednich części nadal tropi bandytów metodami konwencjonalnymi i niekonwencjonalnymi.

Krajewski puszcza oko do czytelników igrając z legendami miejskimi ― czarny powóz jest przedwojennym odpowiednikiem słynnej czarnej wołgi, która miała porywać chłopców. Autor daje nam również wykład o przed-hitlerowskim antysemityzmie, Związku Wszechniemieckim, a także misteriach masońskich; dużo uwagi poświęca oczywiście pięknu architektury, jej proporcjom i znaczeniu tychże. Ma się rozumieć nie brakuje i tym razem erotycznych popisów Mocka, oraz pięknych kobiet gotowych przyjąć jurnego stróża prawa.

Mock. Ludzkie zoo to podróż w głąb piekła ludzkich dewiacji. Punktem wyjścia powieści jest niesławny rozdział wrocławskiego zoo, a mianowicie urządzanie pokazów, których główną atrakcją byli Afrykańczycy. Za sprawą swojej narzeczonej (sic!) Marii, Mock trafia na trop szajki sutenerów z piekła rodem. Więcej nie zdradzę. Jednak jak się można domyślać, kolejny raz kariera Mocka wisi na włosku, a zdrowie zostaje poważnie nadwątlone. Fabuła obu powieści jest zgrabnie pomyślana. 

Świetne okładki nowej serii z Eberhardem Mockiem! Wielkie brawa dla grafika! 

Wiem, że Marek Krajewski cyzeluje swoje książki i dba o jak największą wiarygodność, co można odczuć; zawsze czytam różnego rodzaju posłowia, czy od autora, zwracam wtedy uwagę na podziękowania skierowane do osób faktycznie zaangażowanych w projekt, które czuwały nad detalami, by fabuła, że tak powiem eufemistycznie, się kleiła.

Już czekam na kolejne tomy serii (ach, ten 2018! będzie nowa Szczupaczyńska i nowy Mock!, a kto wie, może i Departament Q?), a w międzyczasie będę się posiłkowała starszymi, nieczytanymi jeszcze przeze mnie tomami.

Reminiscencje morderstw z Ratcliff Highway (Golem z Limehouse Petera Ackroyda i Morderstwo jako dzieło sztuki Davida Morrella)

Książkę Golem z Limehouse Petera Ackroyda czytałam kilka ładnych lat temu. Mimo mieszanych uczuć ucieszyłam się na myśl o ekranizacji, szczególnie iż rolę inspektora Johna Kildare'a powierzono Billowi Nighy. Jednakże już mniej więcej w połowie seansu wróciły do mnie uczucia, które wywołał tekst literacki - chaos, skrótowość, lekki zawód. Książkę czytałam widocznie w erze przed-internetowej (przynajmniej dla mnie musiała to być era analogowa), bo nie kojarzę googlowania morderstw, które rzeczywiście miały miejsce w wiktoriańskim Londynie. Golem z Limehouse jest inspirowany prawdziwymi wydarzeniami, a morderca jest niejako kontynuatorem rzeczywistego sprawcy. 

źródło: lubimyczytac.pl

Wiosną tego roku miałam przyjemność czytać inny tekst literacki inspirowany wydarzeniami z Ratcliff Highway, a mianowicie Morderstwo jako dzieło sztuki Davida Morrella. W rozwiązanie zagadki kryminalnej wmieszano samego opiumistę, czyli Thomasa de Quincy, znanego myśliciela i eseistę, który zasłynął z opisania pierwszych morderstw (z 1811 roku) w dziele O morderstwie jako jednej ze sztuk pięknych [On Murder Considered as one of the Fine Arts (1827 rok wydania)]. Morrell mnie zachwycił swoją drobiazgowością, szeroko zakrojonym reaserchem oraz doskonale poprowadzoną intrygą. Ucieszyłam się, że jest to pierwsza część serii, ale moja radość nie trwała długo, ponieważ jak to z polskimi wydawcami bywa - pozostałych części serii ni słychu ni widu... 

źródło: lubimyczytac.pl

Wydarzenia na Ratcliff Highway miały miejsce w 1811 roku. Morderca uderzył pod osłona nocy - ofiarami byli sklepikarz Timothy Marr, jego żona, Celia, 14-miesięczne niemowlę, praktykant James Gowan oraz służąca. Ciosy zadano młotkiem, używanym przez marynarzy. Kolejne morderstwa zostały dokonane dwanaście dni później, a ofiarą padł John Williamson. Policja dzięki zeznaniom właściciela gospody, niejakiego pana Vermilloe natrafiła na ślad niejakiego Johna Williamsa, którego wkrótce aresztowano i jednoznacznie osądzono jako sprawcę zbrodni. Oczywiście jednoznacznych dowodów nie znaleziono, być może jeżeli nawet Williams dokonał tej rzezi nie dział sam.

szkic z ówczesnej gazety - źródło: wikipedia

Jak widać sprawa Ratcliffe Highway z 1811 roku działa na wyobraźnię twórców - ósmy odcinek serialu Morderca z Whitechapel również przypomniał tę zbrodnię sprzed lat. Więcej o sprawie możecie przeczytać tu.

Wracając do obu powieści, sugeruję sięgnąć raczej po Morrella. Znany z szeregu powieści sensacyjnych, napisał naprawdę wciągający kryminał, pełen detali, które sprawiają, że czytelnik niemal czuje smród londyńskich rynsztoków. Golem z Limehouse, mam wrażenie, nie jest tak dopracowany, jedynie operuje klimatem ni to horroru, ni to kryminału; Ackroyd jest znanym biografem (na swoim koncie ma m.in. biografię Ezry Pounda, Dickensa, T.S. Elliota, a także... Londynu) oraz krytykiem literackim związanym ze środowiskiem Uniwersytetu Yale, być może bardziej chciał oddać hołd swojemu ukochanemu miastu, niż pokłonić się ofiarom sprzed dwustu lat. 



Profesorowa Szczupaczyńska na tropie!

Profesorowa Szczupaczyńska to mariaż charyzmy Barbary Niechcic z przenikliwością detektywa Colombo. Do tego zabawa konwencją i postaci znane z podręczników historii - oto jak można scharakteryzować nową serię kryminalną pióra Maryli Szymiczkowej, czyli duetu Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego.

Pierwsza odsłona cyklu: Tajemnica Domu Helclów wciąga czytelnika w wir intrygi kryminalnej, która prowadzi do najwyższych oficjeli w mieście, a także wiedzie w odmęty XIX-wiecznej historii. Drugi tom: Rozdarta kurtyna jest niemal traktatem o zemście, a także wykładem o moralności ówczesnej Galicji. Najprawdopodobniej latem przyszłego roku możemy się spodziewać trzeciego tomu przygód błyskotliwej pani detektyw. 


Zofia Szczupaczyńska narodziła się z fascynacji przedwojennymi "mrożącymi krew w żyłach" wydarzeniami opisywanymi na łamach periodyku o nazwie Tajny Detektyw. Na bloga, w którym możemy czytać co smaczniejsze kąski z prasy, nazwanego po gazetowym antenacie również Tajny Detektyw, natrafiłam kilka lat temu kompletnym przypadkiem; zapał autora i autentyczna chęć podzielenia się z czytelnikami wyszperanymi informacjami zaintrygowały mnie - pitawal i kronika kryminalna sprzed niemal stu lat, oto, co oferował Detektyw. Nie miałam pojęcia, że za projektem stoi, i skrzętnie artykuły z gazet wycina właśnie Jacek Dehnel, jeden z moich ulubionych polskich autorów (o czym wielokrotnie pisałam). 

Główna bohaterka, Zofia Szczupaczyńska, to bogata mieszczanka, jakby wyjęta rodem z powieści Zapolskiej. Rozwiązując zagadki tajemniczych morderstw musi przestrzegać konwenansów, a szczególnie przed mężem zachowywać pozory; nie wychodząc z roli przykładnej pani domu potrafi zaaranżować spotkanie z przebrzmiałą kurtyzaną, lub śledzić ważny trop jednocześnie przygotowując tony powideł sławnych śliwkowych. Jej prawą ręką i protagonistką jest wierna służąca Franciszka, która zwłaszcza w drugiej części odgrywa niebagatelną rolę. 


Całość to zabawna gra konwencją, pastisz powieści kryminalnych, co mnie cieszy z autentycznie wdzięczną bohaterką. Odrobina nostalgii za dawnym sznytem, którą daje się wyczuć u autorów, oraz bogato, choć bez upiększającego filtru pokazany świat fin de siecle'u, są niewątpliwymi atutami obu dotychczas wydanych powieści, a wprost najeżony archaizmami język dodaje soczystości powieściom. Z prawdziwym utęsknieniem moje czytelnicze serduszko czeka na kolejny tom.

Cormoran Strike prowadzi śledztwo

Kiedy gruchnęła wiadomość, że nikomu nieznany pisarz, debiutant mający na koncie dość błyskotliwą, ale kiepsko stojącą w kolejce po laur bestselleru książkę Robert Galbraith*, to znana wszystkim "matka" Harry'ego Pottera, wcale mnie to nie zdziwiło. Wielu pisarzy, by oddzielić swoje wymyślone uniwersa przybiera inne pseudonimy, jak choćby nasz Joe Alex, który jest alter ego Macieja Słomczyńskiego.

Choć od wydania pierwszej powieści, Wołania Kukułki, minęły trzy lata, jakoś nie paliłam się do tej lektury. A szkoda, bo to bardzo dobra powieść! Podobnie jak w przypadku polecanej przez czytelniczkę Wyspy klucz - sięgnęłam po Galbraitha przez gorące zapewnienia, że mi się to na pewno spodoba.


Cormoran Strike, zwalisty i włochaty jak niedźwiedź grizzly, weteran wojenny z deficytem prawej nogi, prowadzi cienko przędącą agencję detektywistyczną w centrum Londynu. Pewnego dnia jego życie zmienia się za sprawą dwu kobiet, Charlotte, z którą po 16 latach definitywnie się rozstaje oraz Robin, sekretarką z biura Tymczasowe Rozwiązanie. Ten sam dzień przyniósł ze sobą również coś innego - ważnego klienta, który na zawsze zmieni oblicze biura.
Wołanie Kukułki to nie tylko sprytnie pomyślany kryminał, ale także pstryczek w nos dla mediów i świata show bussinesu - śledztwo dotyczy śmierci supermodelki i obnaża zachłanny światek mody i interesów.

W osiem miesięcy po rozwiązaniu zagadki tajemniczej śmierci Luli Landry, w biurze zjawia się niepozorna kobieta w średnim wieku, bezskutecznie poszukująca swojego męża, znanego awangardowego pisarza, który zaginął wraz z ostatnią niewydaną skandalizującą powieścią Bombyx Mori (Jedwabnik). Biuro, po tym jak Strike pojawiał się na pierwszych stronach gazet, zostało zasypane ofertami ofertami śledzenia niewiernych kochanek i wiarołomnych mężów, więc Cormoran z wielką chęcią podejmuje się misji zwrócenia kobiecie męża. Klimat powieści jest zbliżony do Morderstw w Midsomer i kryminałów Agathy Christie, a Galbraith tym razem nie oszczędza światka wydawniczego. Sama zagadka kryminalna jest... dość oczywista i domyśliłam się kto zabił, kiedy Galbraith wprowadził tę osobę "na scenę".
 
Trzecie spotkanie ze Strikiem i jego dzielną partnerką to Żniwa Zła. Ta część jest bardzo mroczna, a czytelnik dostaje nie lata orzech do zgryzienia, ponieważ podejrzanych jest aż trzech. Zniknął (niestety) klimat powieści lekkich detektywistycznych, a w zamian mamy brutalny dreszczowiec z elementem "mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet". Galbraith świetnie dobrał soundtrack - morderca ma fioła na punkcie zespołu Blue Öyster Cult.

Wielkim zaskoczeniem dla mnie było, że imię Cormoran nie pochodzi od nadwodnego ptaka (po angielsku cormorant), tylko od olbrzyma z kornwalijskiej legendy. W każdym razie ładnie by pasowało - Robin (rudzik), Cormoran i Kukułka. 

Jeżeli czytaliście Harry'ego Pottera pamiętacie częste cytowanie Proroka Codziennego - i w Strike'u mamy częste wyimki z prasy wplecione w intrygę. Jeżeli rozdawałabym plusy i minusy to minus (ale taki maleńki) za wyświechtany trick z wizytówką w pierwszej części, a duży, ale to ogromny plus za postać Robin - to silna, mądra i oryginalna bohaterka. Powieści Galbraitha bardzo polecam, bo to naprawdę dobrze napisane książki i widać w nich warsztat szlifowany przez lata. 

Niedawno gruchnęła informacja, że Rowling jest w pisarskim ciągu i obiecuje nam dwie nowe powieści, w tym jedną o Cormoranie. A BBC wyczuwając pismo nosem już kręci serial, na który fani czekają (w rolę detektywa wciela się Tom Burke, a Robin będzie grała Holliday Grainger).
 

* będę się trzymała męskiej formy i w poście będę pisała o TYM Galbraithcie, nie o JK Rowling.

Dziewczyna z pociągu - Paula Hawkins

Dziewczyna z pociągu jest wspaniałym produktem marketingowym, ale bardzo średnim thrillerem. Hawkins mówi o naszej kondycji, jako społeczeństwa, nie ważne, że rzecz dzieje się w Wielkiej Brytanii, bo przemoc wobec kobiet, przemoc domowa jest poważnym problemem na całym świecie. 

źródło: LubimyCzytac.pl

Alkoholiczka Rachel po rozwodzie z Tomem pomieszkuje u przyjaciółki. Rano, jak zwykle wybiera się do pracy pociągiem ósma cztery… z tym, że nie pracuje już od jakiegoś czasu. U kobiety pogłębia się depresja, kiedy widzi swoją następczynie, Annę z dzieckiem. Z dzieckiem, którego nie mogła dać Tomowi. Równocześnie zza okna wagonu obserwuje parę idealną, i ogrzewa się w blasku ich idealnego życia. Jednakże pozory mylą i nic nie jest takie, jakie się wydaje. Dochodzi do tragedii i tylko Rachel mogłaby pomóc, gdyby nie zaniki pamięci.

Historia jest dość prosta. Mamy raczej do czynienia z dramatem kameralnym niż kryminalnym. Może czytałoby się to dobrze, ale język jest prosty jak dla sześciolatka i od pierwszych stron właściwie można się domyślić, co się wydarzy. Rachel jest wykreowana na bohaterkę złamaną, doświadczoną, która ma odbić się od dna, odegrać ważną rolę, ale jest irytująca i natrętna jak końska mucha; ma prawo być słaba, przecież jej przeżycia każdego uczyniłyby słabym, ale jakoś nie mogłam się zmusić, by jej współczuć.

Filmu jeszcze nie widziałam, ale zamierzam. Lubię Emily Blunt i jestem ciekawa, czy ożywiła postać Rachel.

Tajemnica Christine Falls - Benjamin Black

źródło: LubimyCzytac.pl
Często mi się zdarza, że czytam dwie książki tego samego autora pod rząd. Dopiero skończyłam Księgę zeznań, a okazało się, że na którejś z wymian ŚBK przyniosłam Tajemnicę Christine Falls. Jest to pierwszy z serii kryminałów Johna Banville'a piszącego pod pseudonimem Benjamin Black. Dotychczas znany jako autor powieści raczej określanych jako dramaty, za namową swojego agenta, a zarazem przyjaciela, spróbował swoich sił w sensacji. Seria siedmiu powieści kryminalnych o irlandzkim patologu Quirku doczekała się serialowej ekranizacji BBC - w rolę domorosłego detektywa wciela się jak zwykle wyśmienity Gabriel Byrne. 

Dublin, lata 50-te. Śmierć młodej kobiety, Christine Falls uruchamia serię zdarzeń, które doprowadzą do rozszyfrowania gigantycznej afery. Purytański Boston z jednej strony oraz ultrakatolicki Dublin z drugiej. Przykościelne sierocińce, ochronki dla samotnych brzemiennych kobiet. Książka Banville'a jest poniekąd oparta na faktach - w latach 50-tych ubiegłego wieku w domach i szpitalach prowadzonych przez zakonnice zabrano bezprawnie - uwaga - 60 000 dzieci! Niedawno mogliśmy obejrzeć piękny, zarazem smutny film Tajemnica Filomeny, który naświetlał właśnie tamte dramatyczne wydarzenia. Niemowlęta były odbierane młodym matkom i sprzedawane do Stanów Zjednoczonych. Niestety, autor, takie odniosłam wrażenie, tylko musnął temat, być może nie chcąc drażnić kleru: temat rozliczeń z kościołem katolickim w Irlandii jest pojemny i polecam chociażby doskonały film Kalwaria.

Abstrahując od przejmującego tematu, uważam, że książce zaszkodziła sztampowość postaci, stereotypowy alkoholizm głównego bohatera, sztywne, nieprawdziwe dialogi, oczywiste, odpisane chyba metodą kopiego-pasta stwierdzenia, np.: "Pokroiłem w życiu wiele zwłok, ale nigdy nie znalazłem miejsca, które mogłoby być siedzibą duszy" (to zdanie powinni drukować na fartuchach patologów i lekarzy - urodzonych sceptyków - według twórców literatury i filmów). Plus nieustanne opisy pogody. Zauważyłam to już przy poprzedniej książce: narrator jakby zastygał w bezruchu i opisywał stan pogody, szum liści, wygląd chmur. Widać taka maniera; tak jak zadawanie sobie samemu pytań i odpowiadania na nie "nie wiem", "nie pamiętam", "nie ważne". 

Ale - bynajmniej nie zraziłam się do tego autora - mam zamiar przeczytać jego najgłośniejszą powieść nagrodzona Bookerem: Morze. Żałuje jedynie, że WL zrezygnowało z kontynuowania serii o Quirku, nawet po wyjściu serialu.

Po pogrzebie - Agatha Christie

W latach 30-stych ubiegłego wieku S.S Van Dine opublikował wykładnię praw rządzących  przyzwoitą powieścią kryminalną. Van Dine doskonale wiedział o czym pisze, bowiem był autorem szeregu kryminałów detektywistycznych z gatunku hardboiled (cyniczny bohater poruszający się w mrocznym półświatku). Wedle wytycznych przestępcą nie powinien być ani detektyw, ani żaden z policjantów na służbie, detektyw do rozwiązania powinien dojść drogą dedukcji mając do dyspozycji takie same dane jakie czytelnik, a zbrodnie powinny być popełniane na tle osobistym. Wytyczne Van Dine’a zostały przyjęte jako obowiązujące zasady w Klubie Detektywów, czyli zrzeszeniu pisarzy specjalizujących się w prozie detektywistycznej. 

Mój najnowszy nabytek - Christie w oryginale.

Wedle dyrektyw Van Dine’a pisała również królowa kryminału, Agatha Christie. Choć oprócz powieści kryminalnych na swoim koncie ma także i prozę obyczajową, to z tych pierwszych jest doskonale znana czytelnikom na całym świecie. Spod jej pióra na przestrzeni ponad pięćdziesięciu lat wyszło około stu powieści i opowiadań o charyzmatycznym Belgu z wąsikiem, pannie Murple rozwiązującej zagadki na sielskiej angielskiej wsi, oraz o kilkorgu innych detektywach z przypadku, jak choćby pojawiający się w pięciu powieściach Tommy i Tuppence Beresfordowie.
Niedawno odbyła się kolejna edycja Tygodnia Zakazanych Książek i jako ciekawostkę warto dodać, iż w latach stalinizmu książki Christie były przez cenzurę PRL zakazane.  

Moja kolekcja powieści Christie. Wśród nich moja ulubiona - Tajemnica bladego konia.

W tym roku przypada 125 rocznica urodzin sławnej pisarki. Ja również przyłączyłam się do obchodów i sięgnęłam po absolutny klasyk – Po pogrzebie (After the funeral). Historia jest na pozór banalna: na stypie nestora rodu najmłodsza, niewidziana od dwudziestu lat siostra nieboszczyka rzuca cień podejrzenia na rzekomo naturalne jego zejście z tego łez padołu. Następnego dnia owa siostra o niepohamowanym języku ginie w tajemniczych okolicznościach. Sprawę bada, z początku samodzielnie, rodzinny prawnik, jednakże okoliczności są na tyle niejasne, że o wyjaśnienie zagadki poproszony zostaje sam legendarny Hercules Poirot.
Myślałam, że po tylu Agathach dam radę zgadnąć kto jest mordercą, ale znowu zostałam wykiwana. I kolejny raz złapałam się na palnięciu się w czoło, mrucząc jednocześnie: przecież to było oczywiste! 
Różne wydania A. Christie - stare z jamnikiem, oraz nowe.
Książkę czytałam w oryginale. Osobom uczącym się języka angielskiego polecam czytanie powieści, zwłaszcza kryminałów właśnie, ponieważ w odróżnieniu od przesyconej archaizmami klasyki ten gatunek pisany jest prostym językiem.
Oczywiście jak i inne książki o Poirocie i ta została sfilmowana (genialny David Suchet w tej roli!), a jedna z pomniejszych rólek (George Abernethie) gra święcący obecnie triumfy Michael Fassbender.

Kryminalne tango!

To już moje trzecie spotkanie z Departamentem Q. Jak już pisałam, seria wciągnęła mnie tak bardzo, ze postanowiłam przeczytać ją hurtem. Niestety, Wybawienie jest jak dotąd ostatnią przetłumaczoną na język polski powieścią Jussi Adler-Olsena, ale - czekam na trzy kolejne. Na luty 2016 roku jest zaplanowana premiera kolejnej części filmowego cyklu z Nikolajem Lie Kaasem w roli Mørcka.
Kryminał nie odbiega od dwu poprzednich, jest równie rzetelny, dobrze napisany i wciągający. I tym razem mamy do czynienia ze zbrodnią z przeszłości, która ma swoją straszną kontynuację. Głównym czarnym charakterem jest psychopata porywający dzieci. Więcej oczywiście nie zdradzę. W każdym razie ponad 500 stron czyta się raz-dwa.
Musze się przyznać, że śledzę również "historię" Assada, za którą moim zdaniem kryje się jakaś tajemnica.
Tak się jakoś składa, że czerwiec upływa mi pod znakiem kryminału; przypadkiem natrafiłam na serial True Detective z Matthew McConaugheyem i Woody Harrelsonem w roli śledczych. Abstrahując - serial ma niesamowitą czołówkę, która jest jedną z najpiękniejszych, oprócz czołówki Dra Hausa i pierwszego sezonu American Horror Story. Sam serial jest wciągająca mieszanki mrocznych odcinków Archiwum X (czy bardziej Milenium) z Twin Peaks. Chociaż deczko przeszkadza mi wątek rodzinno-obyczajowy. O ile Harrelsona ceniłam zawsze (serio), to z McConaugheyem miałam problem: nie lubię cukierkowych lowelasów. Jednak od Dallas Buyers Club z aktorem coś się stało (schudł i "nabrał talentu"?) i otrzymuje same genialne role, w których pokazuje, na co naprawdę go stać. Chyba podobnie było z Seanem Pennem, który od ról w Rzece tajemnic i Obywatelu Milku wreszcie jest brany "na poważnie".
Przede mną dwa ostatnie odcinki serii, a po niej kolejna seria, która właśnie się zaczęła. Szkoda, że nie ma - jak na razie - kolejnych tomów o Departamencie Q, bo chętnie zabrałabym je na wakacje.
Fotografia własna, inspirowana serialem True Detective

Zabójcy bażantów - Jussi Adler-Olsen

Seria o Departamencie Q wciągnęła mnie na dobre. Po tygodniu od przeczytania Kobiety w klatce sięgnęłam po Zabójców bażantów. Wcale mi nie przeszkadzał fakt, że niedawno oglądałam ekranizację, ponieważ film jest luźno oparty na motywach powieści, jest jakby wariacją na temat, nieco uładzoną w stosunku do książkowego pierwowzoru.
Fabuła Zabójców bażantów dzieje się niemal od razu po rozwiązaniu poprzedniej sprawy. Carl Mørck, niczym Chandlerowski Marlowe rozwiązuje sprawę mroczną, trudną i sięgającą szczytów hierarchii państwowej. Układy i układziki byłych członków elitarnej szkoły toczą Danię niczym rak. "W małej Danii było tak, że jeśli miało się na kogoś haka, to ten ktoś miał w zanadrzu coś równie druzgocącego. Tak mądrze urządzono ten system. Grzeszki jednej osoby szybko przechodziły na inną, jeśli się o nich milczało. Ta bardzo praktyczna zasada sprawiła, że nikt nic o nikim nie mówi, nawet przyłapany na gorącym uczynku." 
Tym razem na biurku Mørcka ląduje sprawa brutalnego zabójstwa nastolatków - zbrodnia wygląda na dokonaną bez motywu, ale tajemnicza lista dołączona do akt sprawy pokazuje pewną prawidłowość...
Chociaż powieść bardzo kojarzy mi się z gatunkiem Hardboiled nie jest pozbawiona elementów humorystycznych. Owszem, jest to humor bardzo specyficzny i wpisujący się doskonale w kryminał, najbardziej ubawiła mnie ulica imienia Egona Olsena i wtręty takie, jak ten: 

Mimo, że - jak już wielokrotnie wspominałam - widziałam film, powieść trzyma w napięciu, które nie pozwala odstawić książki na bok. Momentami szokująca historia jest traktatem o dobru i zły, które jest coraz bardziej brutalne i z pozoru nietykalne. 
Przede mną trzecia z książek o Mørcku, Assadzie i Rose, która dołączyła do Departamentu w drugiej części, która nosi tajemniczy tytuł "Wybawienie". 

Kobieta w klatce - Jussi Adler-Olsen

Przeczytałam coś dla mnie bardzo... nieoczywistego, a mianowicie - skandynawski kryminał. Owszem, znam Stiega Larssona, ale na tym się kończy moja znajomość tego rodzaju literatury. Jeśli kryminały - to Agatha Christie. Ale tydzień temu wybrałam się do DKFu na film Zabójcy bażantów i stwierdziłam, że dawno nie widziałam tak dobrego, rzetelnego filmu kryminalnego. Przy okazji dowiedziałam się, że Zabójcy są drugą z kolei zekranizowaną książką Adler-Olsena o Departamencie Q, a że nie miałam okazji obejrzeć "jedynki", postanowiłam ją przeczytać.
Akcja Kobiety w klatce dzieje się dwutorowo - w 2002 roku zostaje porwana piękna, młoda posłanka, Merete Lynggaard. Policja podejrzewa, że wypadła, bądź została wypchnięta z promu. W 2007 roku policjant Carl Mørck zostaje szefem nowo powstałej komórki o nazwie Departament Q, mającej zajmować się ważnymi lecz nierozwiązanymi sprawami sprzed lat. Mørck ma do pomocy jedynie uchodźcę z Syrii, Assada, którego ze złotej rączki "awansuje" na kogoś w rodzaju swojego osobistego adiutanta.

Chociaż zagadka kryminalna skonstruowana jest tak, że już po kilku rozdziałach można się domyślić, kto jest sprawcą (tak samo jak w filmie), powieść czyta się z niekłamaną przyjemnością. Assada polubiłam od razu, i choć Mørck jest dość odpychający (typowy rozwiedziony glina z ciężkim życiem osobistym i niewyparzonym językiem), i jego nie sposób nie polubić. Całość przypomina mi stare, dobre brytyjskie kryminały na czele z serialowym Taggartem.
Pewnie tak "wygląda" większość skandynawskich (akurat Adler-Olsen jest Duńczykiem) kryminałów i moje zachwyty wydają się dość dziwne, ale szczerze mnie wciągnęła ta seria i mam zamiar kontynuować moją przygodę z Departamentem Q. Poza tym lekturze oddawałam się w niezwykle przyjemnych okolicznościach przyrody: weekend, upragnione słońce, a w cieniu niewysokich drzewek leżak, a tuż obok kawa mrożona.

Tajemnica komisarza Maigret - Georges Simenon

Pamiętacie jeszcze tę serię? W Klubie srebrnego klucza wydawane były w formie kieszonkowej kryminały, z których lwią część zajmowały takie tuzy literatury detektywistycznej, jak Agatha Christie, Dashiell Hammett, czy Georges Simoenon. I właśnie ostatnio w moje ręce trafiła niewielka, leciutka książeczka tego ostatniego. Tajemnica komisarza Maigreta stanowi  58 tom serii (sic!) liczącej ponad setkę powieści i opowiadań. Simenon był jak widać płodnym pisarzem. 
Georges Simenon był pisarzem belgijskim (dokładnie był Walończykiem), piszącym w języku francuskim. W wieku dziewiętnastym roku życia przeniósł się do Paryża, następnie do Lozanny, gdzie zmarł w 1989 roku.
Serię o komisarzu Maigrecie rozpoczyna powieść Maigret i goście z Europy Wschodniej (Pietr Le Letton), która ukazała się w roku 1929.
Tajemnica komisarza Maigreta jest klasycznym kryminałem, w którym śledztwo znajduje się na pierwszym miejscu. Podobnie jak w Dniu Szakala Forsytha (który chyba nieco bazuje na cyklu Simenona) wspaniale widać pracę całego wydziału, oraz współpracujących z policjantami lekarzy. Policja krok po kroku znajduje wskazówki, przesłuchuje świadków, by wreszcie bez fajerwerków aresztować winnego (bo w dobrym kryminale nie ma wątpliwości, że winny jest winny!).
Myślę, że nie ma sensu streszczać fabuły, bo kryminały tego typu pisane są według wypracowanego przez lata schematu. Nie należę do fanów kryminałów skandynawskich, nie przepadam za jatką na kartach powieści, za to właśnie jeśli sięgam po sensację, to wybieram klasyków. Z pewnością na tej jednej książce Simenona nie poprzestanę.

Książka przeczytana na wyzwanie: CZYTAMY KSIĄŻKI NIEOCZYWISTE



Follow on Bloglovin

Dalziel & Pascoe - Reginald Hill

Przełom roku spędziłam rozwiązując zagadki kryminalne z moją ulubioną parą detektywów. Do tej pory przeczytałam Morderstwo na uniwersytecie, a na przełomie roku Okrutną miłość, Ścięte głowy oraz Ostatnie słowa. Mam nadzieję, że polski wydawca postawi na tę serię, bo liczy sobie ona pięć razy więcej książek, niż wydano dotychczas.
Reginald Hill, pisarz, który stworzył serię o Dalzielu i Pasoe (znaną chociażby ze świetnej serii BBC, emitowanej również na kanałach polskojęzycznych) zmarł w zeszłym roku na raka mózgu. To był prawdziwy cios dla fanów tego niezwykle utalentowanego pisarza.
Urodził się, jak sam przyznał w jednym wywiadów w zwyczajnej rodzinie. Ojciec Reginalda był profesjonalnym piłkarzem, a matka zajmowała się domem. To właśnie gust czytelniczy matki Reginalda przyczynił się do jego późniejszego rozwoju kariery, bowiem w biblioteczce Hillów królowały powieści detektywistyczne, takich autorów jak Agatha Christie, Freeman Wills Crofts, R. Austin Freeman, Michael Innes, Georges Simenon, John Dickson Carr, Raymond Chandler czy Dashiell Hammett.
Po studiach na Oxfordzie, gdzie studiował w latach 50-tych, pracował jako nauczyciel, aż do roku 1980, kiedy zrezygnował z pracy, by już jako pisarz "etatowy" nadal tworzyć powieści.
Zadebiutował w 1970 roku powieścią A Clubbable Woman, która zapoczątkowała serię o Andym Dalzielu (czyt: Di-el) i Peterze Pascoe. Do 2007 roku wyszły 24 powieści o parze detektywów z Yorkshire (w tym zbiór opowiadań). Ponadto Hill w latach 90-tych powołał do życia ciemnoskórego detektywa Joego Sixsmitha, ponadto jest twórcą ponad dwudziestu innych powieści i zbiorów opowiadań. Za swoje powieści był wielokrotnie nagradzany.
Para była porównywana do Holmesa i Watsona, a także do... Laurela i Hardy'ego. Obaj panowie - gruboskórny, wręcz chamowaty podinspektor Dalziel, oraz komisarz Pascoe, który otrzymał uniwersyteckie wykształcenie, stanowią swoje zupełne przeciwieństwa, co jednak nie przeszkadza im w wypełnianiu swoich obowiązków. Książki Hilla pełne są humoru sytuacyjnego, zabawnych powiedzonek oraz dygresji społecznych (w tomie Ostatnie słowa Hill pisze o starości i o bezrobociu, które było poważnym problemem w Wielkiej Brytanii lat 80-tych).
W Okrutnej miłości (A Killing Kindness) dusiciel cytujący Shakespeare’a czatuje na młode kobiety. Podejrzenia padają na grupę Cyganów, która zjechała do miasteczka na jarmark. Historia jest niezwykle wciągająca i utrzymana w starym dobry stylu znanym choćby z powieści Christie. Małe miasteczko, każdy zna każdego. Hill podrzuca czytelnikowi maleńkie jak okruszki wskazówki, i tylko od naszej spostrzegawczości zależy, czy będziemy o krok przed detektywami, czy za nimi.
W Ściętych głowach (Deadheads) mamy podejrzanego, Patricka Aldermanna, któremu ciężko jest udowodnić jakąkolwiek winę, chociaż dziwne zbiegi okoliczności wskazują jednoznacznie, że Aldermann ma konszachty ze Śmiercią.
Ostatnie słowa to istna symultana śledztw. Starsi ludzie giną w tajemniczych okolicznościach, a Dalziel nagle zmienia się nie do poznania.
Rozdziały Ściętych głów noszą nazwy nowoczesnych odmian róż; Aldermann jest ich pasjonatem i hodowcą, a w powieści Ostatnie słowa motta poszczególnych rozdziałów zostały zaczerpnięte z przedśmiertnych słów postaci historycznych.
Oczywiście każdą część można czytać niezależnie, zwłaszcza, że pierwsza nie została jeszcze przetłumaczona.
Dalziel i Pascoe nie są jedynymi tak świetnie napisanymi postaciami serii; mamy tu także, oprócz sporadycznie pojawiających się Seymoura, czy Singha, także Wielda, określanego jako tak brzydkiego, że bardziej się nie da, niemniej inteligentnego oraz nieco tajemniczego, oraz wspaniałą charyzmatyczną postać Ellie Soper (później Ellie Pascoe), wykładowczynię socjologii w college’u, oraz lewicującą feministkę.
Przede mną jeszcze Małe sprzątanko, które, mam nadzieję, dorwę w swoje łapki wkrótce.

Liczby Charona - Marek Krajewski

Lwów, koniec lat 20-stych ubiegłego wieku. Relegowany z policji b. komisarz Popielski podejmuje się trudnego śledztwa w sprawie okrutnego mordu na starej wróżbitce. Przy zamordowanej policja znajduje kartkę z ciągiem hebrajskich liter... Kryminał Krajewskiego jest krwawy, a zbrodnie jeżą włos na głowie. Autor dotyka również problemu antypolskich zachowań na kresach. Główny bohater to łajdak - mówiąc eufemistycznie. Cały światek jest jednym wielkim niedomytym burdelem, w którym nie ma dam, są tylko... No, może z wyjątkiem siostry Popielskiego, która sprawuje pieczę nad kilkuletnią Ritą, córką komisarza.
Przebrnąwszy pierwsze morderstwo, oraz brud, smród i ubóstwo wylewające się z książki na czytelnika, dobrnęłam do finału i oto mogę się pochwalić "moim pierwszym doczytanym do końca Krajewskim". Zaczęłam czytać Śmierć w Breslau, ale te wszechobecne niedomyte "ladacznice" jakoś mnie zniesmaczyły i dałam sobie spokój. To już któraś z kolei książka, w której wszystkie kobiety to k***, vide - Głowacki.
Co do fabuły - pomyślana zgrabnie i zrealizowana z pietyzmem - autor dziękuje na ostatnich stronach kilku profesorom, których konsultacje wiele wniosły do dzieła.
Historia wciąga, cały zamysł ciągów opartych o gematrię jest może nie nowy, ale niewyeksploatowany i zgrabny, dzięki czemu czytelnik brnie w opowieść jak w gęsty las.
Minusy - bohaterowie, których nie da się lubić. Przemoc. I jak powiedziałam wcześniej - brud; aż w czytelniczej pamięci stanął mi przed oczyma Paryż z "Pachnidła".
Kryminały czytuję nader rzadko. Chyba jestem skrzywiona przez Christie, u której wszystkie zbrodnie odbywają się w nieskazitelnie białych rękawiczkach i z porcelanową filiżanką w dłoni. Przeczytałam kiedyś w jakimś wywiadzie z Murakamim, odpowiedź na pytanie, na czym polega pisanie powieści; jest to poszukiwanie ciemnych stron własnego ja, rzeczy, których o sobie nie wiemy. Kryminały Krajewskiego są wspaniałym przykładem poszukiwań przez pisarza krańców ja, co czyni je bezpretensjonalnymi, ale i trudnymi dla co wrażliwszych odbiorców.
Tak sobie myślę, że powinno się zekranizować ten kryminał. Właściwie powinien powstać teatr telewizji z Pieczyńskim i Dereszowską. Od samego początku podpasowali mi do "ról" bohaterów. Plus klimat nocnego szwendania się po zakazanych zaułkach.
Jutro poproszę w bibliotece o Erynie; a co tam - idę na całość:)