Header Image
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty

Kryminalne tango!

To już moje trzecie spotkanie z Departamentem Q. Jak już pisałam, seria wciągnęła mnie tak bardzo, ze postanowiłam przeczytać ją hurtem. Niestety, Wybawienie jest jak dotąd ostatnią przetłumaczoną na język polski powieścią Jussi Adler-Olsena, ale - czekam na trzy kolejne. Na luty 2016 roku jest zaplanowana premiera kolejnej części filmowego cyklu z Nikolajem Lie Kaasem w roli Mørcka.
Kryminał nie odbiega od dwu poprzednich, jest równie rzetelny, dobrze napisany i wciągający. I tym razem mamy do czynienia ze zbrodnią z przeszłości, która ma swoją straszną kontynuację. Głównym czarnym charakterem jest psychopata porywający dzieci. Więcej oczywiście nie zdradzę. W każdym razie ponad 500 stron czyta się raz-dwa.
Musze się przyznać, że śledzę również "historię" Assada, za którą moim zdaniem kryje się jakaś tajemnica.
Tak się jakoś składa, że czerwiec upływa mi pod znakiem kryminału; przypadkiem natrafiłam na serial True Detective z Matthew McConaugheyem i Woody Harrelsonem w roli śledczych. Abstrahując - serial ma niesamowitą czołówkę, która jest jedną z najpiękniejszych, oprócz czołówki Dra Hausa i pierwszego sezonu American Horror Story. Sam serial jest wciągająca mieszanki mrocznych odcinków Archiwum X (czy bardziej Milenium) z Twin Peaks. Chociaż deczko przeszkadza mi wątek rodzinno-obyczajowy. O ile Harrelsona ceniłam zawsze (serio), to z McConaugheyem miałam problem: nie lubię cukierkowych lowelasów. Jednak od Dallas Buyers Club z aktorem coś się stało (schudł i "nabrał talentu"?) i otrzymuje same genialne role, w których pokazuje, na co naprawdę go stać. Chyba podobnie było z Seanem Pennem, który od ról w Rzece tajemnic i Obywatelu Milku wreszcie jest brany "na poważnie".
Przede mną dwa ostatnie odcinki serii, a po niej kolejna seria, która właśnie się zaczęła. Szkoda, że nie ma - jak na razie - kolejnych tomów o Departamencie Q, bo chętnie zabrałabym je na wakacje.
Fotografia własna, inspirowana serialem True Detective

Fakt, fikcja i fotografia albo co się zdarzyło we Freshwater

Freshwater jest trzyaktową komedią napisaną na potrzeby domowej sceny skupionej wokół środowiska artystów słynnej grupy Bloomsbury. Sztuka wyszła spod pióra Virginii Woolf, jednej z największych pisarek ubiegłego stulecia, a wystawiona została w 1935 roku. Freshwater jest nie tylko satyrą na wiktoriański styl uprawiania sztuki (bohaterami są fotografka - Cameron, malarz - Watts, oraz natchniony poeta - Tennyson), ale i hołd złożony sławnej ciotce pisarki. "Sztuka Julii Margaret Cameron - pisze we wstępie Magdalena Heydel - w interpretacji Woolf bynajmniej nie jest sentymentalno-niewinnym hobby starszej pani, przeciwnie - budzi niepokój i podniecenie; wpisuje się we wzorce epoki, ale w istocie rozsadza je od środka".
Julia Margaret Cameron (11.06.1815 - 26.01.1879 - jak widać w zeszły czwartek minęła dwusetna rocznica urodzin artystki) fotografować zaczęła dość późno, kiedy w wieku czterdziestu ośmiu lat otrzymała w prezencie od córki i zięcia pierwszy aparat fotograficzny, który prawdopodobnie wyglądała tak (klik). Cameron należała zawsze do kobiet aktywnych, a z nowego hobby potrafiła wycisnąć niezmierzone pokłady kreatywności. Na jej fotografiach roi się od onirycznych boginek z podań i legend średniowiecznej Anglii. Zafascynowana sztuką prerafaelitów wydobywała z fotografowanych postaci niezwykły żar, który czaruje do dziś. Jednakże jej metody pracy były nietypowe - posługiwała się techniką mokrej płyty kolodionowej (również Roger Fenton wykorzystywał tę metodę), która skracała czas fotografowania do kilku sekund, ale chcąc stworzyć pozory obrazowania niezwykłego, nierzeczywistego świata ustawiała dłuższy czas naświetlania, jednocześnie zwracając uwagę oglądającego na upozowane postacie pozostające w centralnej częsci fotografii. Jej prace są rozpoznawalne i wielokrotnie reprodukowane, a sama Cameron uchodzi za jedną z najważniejszych osobowości sztuki czasów wiktoriańskich. 

Julia Margaret Cameron "I Wait" - źródło: Wikipedia
Fakt, fikcja i fotografia jest książeczką cieniutką, ale interesującą. To gratka dla koneserów pisarstwa Woolf (oprócz komedii wydanie zawiera również esej pisarki o sławnej antenatce), oraz ciekawostkę dla miłośników fotografki. Dostajemy również wstęp tłumaczki Woolf, Magdaleny Heydel, a także esej historyk sztuki, związanej z UW, Marii Poprzęckiej

Bractwo Bang Bang - Greg Marinovich, João Silva

W listopadzie ubiegłego roku natknęłam się na film o południowoafrykańskich fotoreporterach wydarzeniowych Bractwo Bang Bang. Obiecałam sobie wówczas, że kiedy tylko będę miała okazje - sięgnę po wspomnienia Marinovicha i Silvy. Książka została przełożona przez specjalistę od tamtych, trudnych  rejonów świata - Wojciecha Jagielskiego, który swoje przemyślenia dotyczące przemian w RPA zawarł w repotrażu Wypalanie traw. 
Marinovich pisze*: "nigdy czegoś takiego nie było, nigdy nie było takiego bractwa. I nigdy nie było też tak, że tylko my czterej byliśmy członkami tej swoistej sekty kultu światłoczułych. Było nas kilkunastu, którzy relacjonowaliśmy zamieszki trwające od uwolnienia Nelsona Mandeli z więzienia aż do pierwszych, w pełni wolnych wyborów". Dla przypomnienia - mówimy o okresie pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy kończył się w RPA apartheid. Dalej fotoreporter opowiada o krwawych zamieszkach, które prowokowała głównie Zuluska Inkatha. Zginęło wówczas wielu mieszkańców Soweto niezależnie od wieku, czy płci, głównie z plemion nie-zuluskich, takich jak Nguni, Pondo czy Khosa, z których wywodził się między innymi Mandela, oraz zdobywca Pokojowej Nagrody Nobla, Desmond Tutu. Marinovitch opisuje genezę powstania słynnego zdjęcia z mężczyzną-żywą pochodnią, za które dostał nagrodę Pulitzera. Miał świadomość, że fotografuje coś nieprzeciętnie ważnego, ale i jednocześnie śmiertelnie groźnego. 
Bang Bang to także Ken Oosterbroek, który zginął w zamieszkach w Thokozie w 1994 roku (Marinovich został wtedy ranny), oraz kolejny zdobywca Pulitzera - Kevin Carter. Carter wywołał niesamowite kontrowersje zdjęciem małej Sudanki umierającej z głodu. Za dzieckiem, które nie ma siły ustać na własnych nogach czai się sęp (TU). Carter "nawet nie próbował pomóc dziecku - czy to znaczy, że nie zdał testu na człowieczeństwo?" Jednocześnie w obronie przyjaciela autor wspomina o rozmowie z pracownikiem organizacji dobroczynnej, który "ze swojego doświadczenia wiedział, że [dziecko] mogło zostać tam pozostawione na chwilę przez matkę i że ta mała dziewczynka najprawdopodobniej nadal żyje." Marinovich jednak wspomina (w książce ten wątek przewija się dość często), że kiedy tylko można było komuś pomóc, któreś z fotoreporterów, oraz Heidi, jego ówczesna narzeczona, natychmiast wkraczali do akcji. Przywołuje sytuacje z ogarniętego ostrzałami Kabulu, kiedy Silva z premedytacją poniechał zrobienia zdjęcia, by pomóc umierającemu chłopcu. Myślę, że autorzy doskonale zdają sobie sprawę z etykietki sępów, żywiących się ludzką krwią, a podając takie przykłady człowieczeństwa i zachowania fair play obalają ten niechlubny mit. "W ciągu lat wielokrotnie przerywaliśmy fotografowanie, żeby zawieźć bojowników lub cywili do szpitala - często tylko my dysponowaliśmy samochodem." Ze słów autorów można również wyczytać swoiste poczucie misji - fotoreporterzy wydarzeniowi, czy wojenni nie tylko dokumentują, ale i posyłają obraz dalej. Dzięki nim mamy świadomość co się dzieje w odległych rejonach świata. Przybliża nam to całą złożoność obrazu geopolitycznego naszego rozległego uniwersum. "Nasze fotografie sprawiały być może, że czytelnicy dostrzegali, iż w innych częściach świata inni ludzie walczą o życie. Gdyby nie nasze zdjęcia, być może nigdy by się o tym nie dowiedzieli."
Dużym plusem są dołączone fotografie, niektóre są niezwykle wymowne i szokujące. Autorzy dają nam również pogląd o pracy fotografa w czasach przedcyfrowych. A chcący sobie przypomnieć historię RPA na końcu książki znajdzie kalendarium najważniejszych wydarzeń.

* chociaż książka jest wspólnym dziełem Marinovicha i Silvy, całość jest pisana z perspektywy tego pierwszego.

Historia fotografii - pod redakcją Juliet Hacking

To już kolejny album z historią fotografii, który sprawiliśmy sobie pod choinkę. Cena jest dość znaczna i właściwie tylko w ramach prezentu można sobie pozwolić na podobne wydawnictwo. Niemniej, książka jest dobrze opracowana, rzeczowa i objętościowo duża. Interesują mnie przede wszystkim techniki oraz style fotografii XIX-wiecznej. Z ubiegłego wieku za najbardziej interesującą uważam fotografię reporterską. 
W Historii fotografii (Photography. A Whole Story) pod redakcją naukową Juliet Hacking mamy przekrój przez blisko dwa wieki fotografii - od prób najwcześniejszych, przez fotografię użytkową do nowoczesności z postmodernizmem na czele. Zarówno Hacking, jak i David Capmany, który jest autorem przedmowy, znani są w brytyjskim środowisku związanym z fotografią, i tak - Heacking jest wieloletnim współpracownikiem Sotherby's, a Campany zarówno pisze o fotografii, jak i sam jest uznanym fotografem, oraz wykładowcą. Każda ważniejsza fotografia umieszczona w publikacji jest pieczołowicie opisana, a czytelnik dostaje zarys techniki jej wykonania oraz sylwetkę artysty. Na stronie oprócz dużego zdjęcia przygotowano specjalnie małe fragmenty, na które oglądający powinien zwrócić uwagę. Co ciekawe, nie są to suche opisy, a niekiedy pełne życia mini-eseje na dany temat. 


Będę wracała do tego albumu i to mam nadzieję często. Wiecie, jak zakochana jestem w fotografii XIX-wiecznej, jej prekursorach i ich pracach. Mogę nad dagerotypami, talbotypiami, fotografiami wykonywanymi metodą mokrej płyty kolodionowej siedzieć godzinami - tak mnie to pasjonuje. Jakiś czas temu pisałam o Rogerze Fentonie, o historii fotografii pisałam z okazji 244 rocznicy urodzin Louisa Daguerre'a, polecam również swój artykuł o fotografii streoskopowej. 
Album zawiera najważniejsze - również te kontrowersyjne - zdjęcia, które do tej pory zrobiono. Brakuje mi części znaczących zdjęć, które można znaleźć TU, a także - naszych rodzimych fotografów, wśród których za najważniejszych uważam Tomasza Gudzowatego, oraz Krzysztofa Millera i Marcina Sudera. 
W albumie znalazłam kilka fotografii naprawdę unikalnych, których bezskutecznie szukałam, a także szereg  ciekawostek, których do tej pory nie byłam świadoma. 
W serii ukazały się Historia architektury, Historia mody oraz Historia kina. Dwie pierwsze chętnie bym nabyła, co do kina, to mam kilka takich przekrojowych opracowań. Jednak najbardziej marzy mi się album z samymi fotografiami z początku istnienia tego medium, tak powiedzmy, aż do boomu fotograficznego, kiedy to tanie kartoniki i niewielkie koszty produkcji wyparły prawdziwych artystów fotografii. 
Mam zamiar napisać jeszcze o kilkorgu ważnych postaciach związanych z fotografią, wśród których znajdzie się czwórka moich ulubionych artystów. Mam nadzieję, że chętnie przeczytacie o sylwetkach Julii Margaret Cameron, Henrym Peach Robinsonie, czy dość kontrowersyjnych fotografiach Charlesa Lutwidge'a Dodgsona, czyli Lewisa Carrolla, a na widok barwnych fotografii Prokudina-Gorskiego wpadniecie w zachwyt.  

Roger Fenton - ojciec fotografii dokumentalnej

Rogera Fentona urodzonego w 1819 roku, śmiało można nazwać prekursorem fotografii dokumentalnej, czy wręcz reportażu wojennego. Kto wie, może gdyby żył w dzisiejszych czasach uwieczniałby Irak, Afganistan, czy... Krym. Błyskotliwa kariera pierwszego fotoreportera Zjednoczonego Królestwa trwała zaledwie dekadę, ale jako wszechstronny twórca wywarł Fenton niebagatelny wpływ na swoich następców.

 
Roger Fenton, 1852r.

PASJA PEJZAŻYSTY

Roger Fenton pochodził z zamożnej przemysłowej rodziny. Urodzony na przednówku rewolucji przemysłowej  w Manchesterze, studiował prawo, które porzucił  tuż po otrzymaniu dyplomu, by oddać się swojemu największemu marzeniu, jakim było malarstwo. Na swojej drodze spotkał uznanego pejzażystę, Gustave'a Le Graya, który okazał się piewcą nowej sztuki wymyślonej przez pana Daguerre'a. Le Gray wkrótce stał się mentorem Fentona, który również zaczął eksperymentować z nową techniką. Tworzył od końca lat 40-tych XIX-go wieku, między innymi tworząc pejzaże sielskiej Anglii oraz, co warto podkreślić, dokumentował liczne podróże. Zasłynął między innymi tym, że jako pierwszy sfotografował Egipt. Był Fenton także członkiem komisji rządowej i jako wysłannik Mission Heliographique uwiecznił dla potomnych zabytki Francji. 

ROSJA, 1852r

We wrześniu 1852 roku w swych licznych peregrynacjach dotarł do Kijowa by udokumentować otwarcie mostu nad Dnieprem. Most jak na owe czasy był nowatorskim dziełem, a powstał według planu brytyjskiego inżyniera, Charlesa Blackera Vignolesa (niestety, most został zburzony w czasie działań wojennych w latach 40-tych ubiegłego wieku).Fenton stanął wówczas przed ogromnym wyzwaniem  i podołał temu zadaniu doskonale łącząc pietyzm fotografii naukowej z pięknem fotografii artystycznej.
W 1852 roku powstała seria zdjęć, na których uwiecznione zostały zabytki i krajobrazy Kijowa, Moskwy oraz Sankt Petersburga.

"Wojenny" wóz Fentona,
ZAWÓD: REPORTER

Fama utalentowanego fotografa, którą cieszył się zasłużenie Fenton dotarła na dwór królewski. Na polecenie królowej Wiktorii i jej małżonka Alberta, artysta miał wyruszyć w śmiałą misję - miał za zadanie uwiecznianie na zdjęciach Wojny Krymskiej (1853–1856). Uzbrojony w instrukcje od księcia, Fenton miał dostęp do dowódców alianckiej armii. Dotarł na Krym w lutym 1855 roku, zabierając ze sobą 30 skrzyń materiałów zapakowanych na wóz sprzedawców wina. Na Krymie wykonał około 350 odbitek i jako pierwszy w historii mógł poszczycić się fotorelacją z frontu. Jednak dla dobra odbiorców unikał epatowania przemocą; przedmiotem zdjęć nigdy nie była walka, ani ciała zabitych. Stworzył ponadczasowy dokument, który miał dowieźć, że brytyjscy żołnierze ginęli z godnością i w słusznej sprawie. 
Jednakże ciężkie warunki sprawiły, że fotograf podupadł znacznie na zdrowiu. Po powrocie w czasie audiencji u królowej złamano protokół i ze względu na stan zdrowia, Fenton mógł siedzieć w obecności monarchini.

KATALOGOWANIE

W uznaniu za swoją pracę i poświęcenie, Roger Fenton mógł się poszczycić mianem oficjalnego fotografa rodziny królewskiej. Gościł nawet w Balmoral, skąd pochodzą nieformalne, prywatne zdjęcia rodziny panującej.
Od 1853 roku królowa Wiktoria i książę Albert byli mecenasami Towarzystwa Fotograficznego. W 1854 roku Fenton dostąpił zaszczytu oprowadzania znamienitej pary na pierwszej wystawie Towarzystwa. Wiktoria nabyła wówczas 25 odbitek zdjęć Fentona z czasów wojaży po carskiej Rosji.
Wkrótce potem zlecono fotografowi przygotowanie katalogu dóbr Muzeum Brytyjskiego. Skala przedsięwzięcia była niezwykła, a przed Fentonem piętrzyły się problemy natury technicznej - jak oświetlić przedmioty by wyglądały najkorzystniej i odzwierciedlić ich piękno? Niewielkie artefakty, takie jak tabliczki asyryjskie wynosił do specjalnego, wybudowanego na dachu muzeum atelier. Zbyt ostre światło słoneczne zniwelował chowając do specjalnego pudełka z zasłonkami, pierwowzoru dzisiejszego namiotu bezcieniowego. 

Tintern Abbey
LONDYN

Po 1857 roku wrócił do fotografowania architektury i wiejskich krajobrazów. Skupił się wówczas na nadgryzionych zębem czasu opactwach, romantycznych zakątkach rodem poematów Byrona, czy Shelleya.
Koło roku 1858 w swoim londyńskim atelier wykonał ponad 150 zdjęć w stylu orientalnym - nie tyle wówczas dokumentował rzeczywistość, co tworzył jej romantyczne wizje. Fotografie Rogera Fentona z tego okresu można określić jako dojrzałe i wysublimowane. 
Z dnia na dzień w 1862 ten doskonały twórca porzucił fotografowanie. Być może na jego decyzję miały wpływ śmierć ukochanego syna, oraz kryzys ekonomiczny, który dotknął rodzinę Fentona bezpośrednio - przędzalnia, której był właścicielem nagle zbankrutowała. Nie wytrzymywał również konkurencji z fotografami-amatorami oferującymi tanie kartoniki, zamiast dobrej jakości odbitek. Wreszcie sprzedał cały swój kram i wrócił do praktyki prawniczej. Zmarł po krótkiej chorobie 8 sierpnia 1869 roku w wieku zaledwie 50 lat.

Powyższe zdjęcia pochodzą z Wikipedii i są objęte licencją CC.


Follow on Bloglovin

Grona gniewu - John Steinbeck

Na lata 20-te ubiegłego wieku przypadają czasy niezwykłej prosperity w Stanach Zjednoczonych. Farmerzy brali masowo kredyty pod zakup nowoczesnych maszyn rolniczych lub dokup ziemi do wciąż powiększających się farm. Ziemia rodziła bawełnę wielką jak wata cukrowa, zborze zapełniało silosy, a ludziom żyło się dostatnio. Jednak nic nie trwa wiecznie - olbrzymia bańka spekulacyjna pękła, nastąpił krach na giełdzie (słynny czarny czwartek - 24 października 1929 r., którego powtórkę mieliśmy w postaci pęknięcia bańki internetowej na początku XXI-go wieku, oraz bańki spekulacyjnej w handlu nieruchomościami kilka lat później). Nadeszły cięższe czasy i wielu farmerów, szczególnie tych mniejszych zostało wyrugowanych z farm przez banki domagające się spłaty kredytów. 
Niestety i sama natura zemściła się na ekspansywnej gospodarce człowieka - pola zostały wyjałowione (nie znano w USA naszych słynnych trójpolówek, ziemia nie miała kiedy odpocząć) i z początkiem lat 30-tych stany Nowy Meksyk, Colorado, Kansas, Teksas i w szczególności Oklahomę nawiedziło zjawisko zwane Dust Bowl (TU można obejrzeć film dokumentalny). Dust Bowl to burze piaskowe spowodowane erozją gleby oraz silną suszą. Chmury piachu były tak ogromne, że 14 kwietnia 1935 roku jedna z takich chmur z prędkością stu kilometrów pognała z serca Oklahomy do Kanady!


W ciągu zaledwie kliku lat poznikało większość farm ze środkowych stanów USA. Nastąpił masowy exodus pozbawionych środków do życia rodzin. Farmerzy wyprzedawali resztki ruchomego dobytku za garść dolarów, byleby mieć na benzynę i ruszyć do Kalifornii, w której mieli nadzieję rozpocząć nowe, lepsze życie. Jednak znój drogi i kończące się pieniądze wymuszały na większości życie tułacze; spano w namiotach, w tak zwanych Hooverville, czyli nielegalnych obozach migrującej biedoty. Migrantów czekał ostracyzm mieszkańców miast i wiosek, w których się zatrzymywali.

Wielka depresja, migracja tysięcy głodnych rodzin zostały udokumentowane między innymi na zdjęciach amerykańskiej fotograf Dorothei Lang. Jest autorką słynnego zdjęcia Migrant Mother, na którym znalazła się Florence Owens Thompson w otoczeniu dzieci. O mało włos zdjęcie nie powstałoby - Lang, po całodziennym fotografowaniu pracujących na polach bawełny jechała właśnie do motelu, kiedy zjechała z drogi, by przystanąć przy samotnym namiocie. Tu właśnie Owens czekała na męża i najstarszego syna, którzy wyruszyli w poszukiwaniu części do zepsutego samochodu, by móc ruszyć dalej za chlebem. Lang opublikowała zdjęcie Owens; kobieta ze zdjęcia zwana Migrant Mother stała się ikoną Wielkiego Kryzysu, jego symbolem cierpiącym w milczeniu.

Właśnie o takiej rodzinie pisze John Steinbeck w Gronach gniewu. Kilkunastoosobowa rodzina poczciwych farmerów zostaje wyrugowana z własnej ziemi. Zalegają bankowi spłatę kredytu, a bank to nie człowiek, nie da się z nim nic polubownie. Wysiedlona zostaje cała okolica, a ziemia zaorana przez "bankowy" ciągnik będzie rodziła "bankową" bawełnę.
Joadowie sprzedają wszystko, czego nie mogą zabrać ze sobą i jadą pickupem drogą 66 do Kalifornii; każdy z migrantów widział ulotki informujące o pracy od zaraz na plantacjach pomarańczy. Można będzie zarobić i godnie żyć... Niestety z pracą jest coraz gorzej: wielu takich Joadów się znajdzie, a skoro pracowników są tysiące, praca może być niemiłosiernie tania, źle opłacana: jeśli nie ty, to na twoje miejsce są setki Oklaków... (skąd my to znamy?!) Wreszcie Joadowie trafiają na plantację pomarańczy, gdzie cała rodzina pracując od rana do nocy zarobiła akurat tyle... by zaopatrzyć się w lichą kolację kupioną w sklepie prowadzonym przez samego plantatora.
Steinbeck opisuje degradację i rozpad rodziny, która jednak mimo wszystko trzyma się jakichś głębszych wartości: wyrzutkom, takim jakimi są Joadowie mogą pomóc tylko tacy sami jak oni - im ktoś ma mniej, tym chętniej pomoże.
Myślę, że dużo się wie o głodzie w Irlandii (zaraza ziemniaczana w XIX wieku), głodzie na Ukrainie, ale nie każdy wie, że USA również mają tę ciemną plamę na kartach historii. Grona gniewu zrobiły na mnie ogromne wrażenie, a ten post jest wynikiem moich poszukiwań. Steinbeck nie pozostawia obojętnym. Do tego temat jest tak niezwykle aktualny: może nie ma u nas głodu, nie musimy migrować, ale w postępowaniu plantatorów jest coś ponadczasowego (niestety).
Sama opowieść - nie chcę oczywiście zdradzać szczegółów - kończy się małą iskierką nadziei: tym promykiem jest ludzka dobroć i bezinteresowność. Warto przeczytać, warto!


Zdjęcie jest mojego autorstwa. Chciałam czymś zilustrować moją wypowiedź, więc proponuję zdjęcie inspirowane Dust Bowl i Gronami gniewu.

Wierność w stereo(wizji), czyli od stereoskopu, przez fotoplastykon po kino 3D

Odkąd ludzie posiedli umiejętność utrwalania rzeczywistości - najpierw w sztuce malarskiej, a następnie w formie fotografii - chcieli by iluzja stała się pełnowymiarową quasi-rzeczywistością. Fotografie przeszły długą drogę od pierwszych dagerotypów po dzisiejsze obrobione cyfrowo. Również trzeci również wymiar przeżywał swoje złote czasy i dążył do perfekcji.
 
Rysunek Jacopo Chimenti da Empoli ok. 1600
Kiedy się zaczęło, tego nie wiemy dokładnie. Mamy jednak dowody na to, że na przełomie XVI i XVII wieku już eksperymentowano z trójwymiarowością; do dziś można oglądać zachowany podwójny szkic wykonany przez Jacopo Chimenti da Empoli, prawdopodobnie miał posłużyć Giambattiście della Porta w jego eksperymentach z zakresu optyki. Wykorzystywał zjawisko akomodacji oka, które skierowane na odpowiednią bliskość odbierało podwójne obrazy jako jeden trójwymiarowy. Prawie dwa wieki później obrazami przestrzennymi zajmuje się angielski fizyk, sir Charles Wheatstone; buduje on wówczas specjalne okulary zogniskowane na powielonym dwakroć obrazie. Przez kolejne lata naukowcy stale ulepszali wynalazek Wheatstone'a, by w rezultacie stworzyć to, co dziś znamy jako stereoskop. 
Aparat fotograficzny z dwoma obiektywami do tworzenia fotografii stereoskopowej

Ponoć jednym z takich przyrządów była zachwycona królowa Wiktoria lubująca się w nowinkach technicznych. Oczywiście amatorzy trzeciego wymiaru budują "podwójne" aparaty fotograficzne, które chwytają rzeczywistość przesuwając obraz pod niewielkim kątem, by dawał złudzenie oglądania rzeczywistości własnymi oczami. Do popularyzacji stereoskopii przyczyniła się dostępność fotografii, nowej wówczas sztuki, która zyskała na znaczeniu wraz z rozwojem techniki. W latach pięćdziesiątych XIX-go wieku zapanowała istna moda na stereoskopię, a małe, przenośne urządzenia mógł kupić praktycznie każdy.


Fotoplastykon
Ten, kogo nie stać było na takie "kino domowe" mógł się wybrać do fotoplastykonu. Fotoplastykon był czymś w rodzaju pierwowzoru kina: był to walcowaty boks, przy którym ustawione były krzesła. Boks ten posiadał wizjery, przez które można było oglądać przesuwające się trójwymiarowe obrazy. Takie stacjonarne fotoplastykony miały zmienny repertuar, który dostarczały znamienite firmy fotograficzne. Schyłek tych urządzeń przyszedł, kiedy nastała era kina, ale do dziś można natrafić na pokaz, na przykład w muzeum. 
Przez niemal sto lat stereoskopia służyła rozrywce. W latach 40-tych ubiegłego wieku, szczególnie w Niemczech popularne były albumy tematyczne z fotografiami i przegródką na specjalne okulary.

Album z 1940 roku z fotografiami stereoskopowymi oraz okularami niemieckiej firmy RVS

Do niedawna można było nabyć Wiev Mastera, do którego dołączone były tarcze: kolorowe przeźrocza trzeba było oglądać pod światło, ale obraz był niemal idealnie trójwymiarowy. 

Wiev-Master, Model G, pierwszy plastikowy model (wcześniej królował bakelit), lata 60-te ubiegłego wieku
 
Również popularną metodą stereowizyjną są anaglify. Anaglify to te rozmyte zielono-czerwono-szare zdjęcia, które oglądamy w okularach z jednym szkiełkiem zielonym, drugim czerwonym. Historia anaglifów sięga końca XIX-go wieku, ale ta metoda z uwagi na niskie koszty produkcji okularów jest wykorzystywana do dziś. Jak to działa? Filtr z kolorowego szkła „zasłania” oku część obrazu, przez co oko widzi tylko jego niekompletny wycinek, w drugim oku dzieje się to samo, z tym, że zasłaniany jest inny fragment, przez nałożenie filtra innego koloru. 

Anaglif wykonany na początku XX-go wieku

Kilka lat temu wybuchł szał na kino 3D. Sprawcą tego był film o dużych niebieskich kosmitach. Nie byłoby w tym niczego niezwykłego, ponieważ kino trójwymiarowe istniało już od jakiegoś czasu i było dość popularne, ale pierwszy raz nakręcono tą techniką film pełnometrażowy, do tego w tak dobrej jakości. Kino nowego typu, przystosowane do pokazów 3D, wykorzystuje polaryzację fali świetlnej. „Obraz wyświetlany jest przez soczewki projektora na ekran, następnie odbija się od okularów, w których fale świetlne rozchodzą się w kilku płaszczyznach. Lewe i prawe oko odbiera oddzielnie fale polaryzacyjne, a nasz mózg zespala oba obrazy w jeden – trójwymiarowy.”*
Jaka może być przyszłość trzeciego wymiaru? Być może czeka nas epoka hologramów rodem z filmów s-f? Być może każdy będzie sobie mógł odtworzyć na własnym biurku miniaturową księżniczkę Leię, która będzie powtarzała Help me, Obi Wan Kenobi, you’re my only hope.



Źródła zdjęć:
1.2 Wikipedia
3.  http://kultur-online.net/node/6295
4 5.Zdjęcia własne, obiekty ze zbiorów J. i F. Kucharczaków
6. Wikipedia


* ze strony Imax

Malowanie światłem - artykuł z okazji 224 rocznicy urodzin Louisa Daguerre'a

Malowanie światłem.

Zdjęcia. Dzisiaj najpopularniejsze są te z .jpg w rozszerzeniu. Triumfy święci fotografia cyfrowa, łatwa w obróbce, powielaniu i przesyłaniu. Do niedawna szczytem technologii były aparaty na kliszę. Ale jak fotografowali się nasi dziadkowie, pradziadkowie? Jaka jest różnica między dagerotypem a ambrotypem? Historia fotografii liczy sobie ponad 170 lat niezwykłych zwrotów akcji. Jednak nic nie bierze się z próżni; fotografia powstała na bazie starszego wynalazku, którym była camera obscura.


Camera obscura – i co dalej?
Działanie camery obscura (łac. ciemna komnata) znano już w starożytności, a jej zasady opisywał Euklides. Początkowo – jak nazwa wskazuje – był to ciemny pokój z niewielkim otworem, służącym do obserwacji ciał niebieskich, na przykład zaćmienia słońca. W dziesiątym wieku używali jej namiętnie Arabowie, wielkim zwolennikiem wynalazku był sam da Vinci. Podlegała ciągłym udoskonaleniom i tak z czasem zmieniała zastosowanie oraz zmniejszała swój rozmiar. I tak w czasach renesansu była już nie większym od stołu drewnianym pudłem z czymś w rodzaju prymitywnego obiektywu w miejscu otworka. Od osiemnastego wieku używana przez wielu malarzy, którzy odkryli potencjał artystyczny wynalazku. Uważa się powszechnie, że camerę rozsławił holender żyjący w siedemnastym wieku Jan Vermeer van Delft, który później użyczył nazwiska aparatowi otworkowemu opartemu na tej samej zasadzie, co camera obscura. (Aparat otworkowy od „zwykłych” aparatów różni się brakiem obiektywu, w miejscu którego zamontowana jest czarna płytka z maleńką dziurką, którą odsłania się ręcznie w czasie fotografowania.)
Jak zatrzymać widziany obraz? Z pomocą optyce przyszła chemia. Pionierem w dziedzinie fotografii był mało dziś znany Joseph Nicéphore Niépce, francuski badacz, urodzony w 1765 roku. Początkowo interesował się litografią oraz drukarstwem. Pragnął zamienić ciężki kamień litograficzny na lżejsze medium, co zawiodło go do eksperymentów między innymi z chlorkiem srebra. W roku 1814 odkrył, że metalowa płytka poddawana działaniu pewnych substancji chemicznych, wystawiana na ekspozycję światła daje obraz, niestety obraz nietrwały. Nowa technika zyskała nazwę heliografia, co w wolnym tłumaczeniu znaczy rysowanie słońcem. Miała ona jeszcze jedną poważną wadę – naświetlanie trwało od ośmiu do dwunastu godzin. W liście do brata, Claude'a wspomina Niépce o fotografii wykonanej już w 1816 roku, przedstawiającej nakryty stół w ogrodzie. Najstarsza zachowana fotografia pochodzi jednak z 1826 roku, przedstawia widok z okna w Le Gras.



Piękno i nieśmiertelność.
W tym czasie Louis Mande Daguerre, malarz i dekorator teatralny, w domowym zaciszu eksperymentował w poszukiwaniu materiału światłoczułego, mającego zastąpić płótna malarskie.
W 1827 roku za sprawa optyka Vincenta Chevaliera Daguerre poznał Niépce'a, a dwa lata później założyli oni spółkę. Niestety współpraca obu panów nie trwała długo - cztery lata później liczący blisko siedemdziesiąt lat Niépce zmarł. Daguerre z powodzeniem kontynuował pracę. Gdyby nie przypadek, słowo fotografia kojarzyłoby się nam z niewyraźnymi plamami światła. Pani Daguerre robiąc porządek w szafce z chemikaliami stłukła słoik z rtęcią, zalewając naświetlone srebrne płytki. Nazajutrz okazało się, że odbitki są znacznie wyraźniejsze i trwalsze. W 1839 roku na forum Francuskiej Akademii Nauk fizyk François Arago ogłosił narodziny fotografii, która został nazwana dagerotypią.
Dagerotypia miała jednak wiele wad. Była to metoda dosyć kosztowna oraz skomplikowana. Otrzymywany dzięki obróbce obraz nie dawał się kopiować i był niewygodny w odbiorze – odbitka oglądana pod odpowiednim kątem stanowiła pozytyw, pod innym zaś – negatyw. Walorem decydującym o popularności dagerotypów niewątpliwie była niezwykła szczegółowość fotografii, porównywalna z dzisiejszymi zdjęciami cyfrowymi wysokiej rozdzielczości.
Sukces jednak ma wielu ojców; w tym samym czasie na Wyspach Brytyjskich nad nową techniką pracował William Fox Talbot. Talbot wykorzystywał papier negatywowy, z którego można było otrzymać stykowy pozytyw. Co ciekawe, obraz można było powielać niezliczoną ilość razy, niestety nie był tak wyraźny jak dagerotyp. Nieoczekiwanie zostało to poczytane jako korzyść; artyści mieli większy wkład w manipulowanie negatywem, a obraz stawał się bardziej malarski.
Dagetotypia oraz talbotypia, nazywana również kalotypią (gr. kalos – piękny) nie były jedynymi opatentowanymi sposobami utrwalania obrazu; w roku 1851 Frederick Scott Archer wynalazł technikę Wet Plate, mokrego kolodionu (rodzaj emulsji), nazwana później ambrotypią. Co ciekawe, technika ta ma swoich zwolenników do dziś (w Toruniu istnieje atelier fotograficzne, w którym można sobie zrobić ambrotypiowy portret lub zdjęcie ślubne). W Stanach Zjednoczonych w roku 1856 ferrotypię opatentował Hamilton Smith.
Właśnie kalotypia oraz ambrotypia (gr. ambrotos – nieśmiertelny) zyskały największe powodzenie. Tak zwane cartes des visites, zdjęcia przypominające dzisiejsze pocztówki, popularnie zwane wizytówkami, wykonane technika kolodinową portrety kosztowały jedną ósmą ceny dagerotypu. Zaczęto się fotografować na masową skalę, czemu sprzyjały wyrastające jak grzyby po deszczu zakłady fotograficzne.
Większość artystów uważała jednak fotografię za rzecz wulgarną, bezduszną. Do rangi sztuki podniósł ją Gaspard-Félix Tournachon, używający pseudonimu Nadar. Związany z francuską bohemą, otworzył w latach pięćdziesiątych XIX własne studio fotograficzne. Portrety Nadara, nazywanego Tycjanem fotografii, cechowała malarskość oraz prostota. W odróżnieniu od fotografii studyjnej nie używał dekoracji chcąc wydobyć z modela jego osobowość. A pozowały mu takie ówczesne sławy jak Liszt, Baudelaire, Berlioz, Rossini, Offenbach, Bernhardt, a także malarze tacy jak Manet, Courbet, Delacroix i wielu innych. Zawdzięczamy mu również pierwszą na świecie fotografię z lotu ptaka, a dokładnie fotografię wykonaną w czasie lotu balonem.

I ty możesz się sfotografować!
Fotografia stała się bardzo popularnym medium. Fotografowano nawet ulubione psy. Największą popularnością wśród wyższych warstw społecznych cieszyły się fotografie ręcznie barwione. W czasach wiktoriańskich kobiety nosiły złotą biżuterię we włosach, zawierającą portret ukochanej osoby. Pod koniec dziewiętnastego wieku upowszechniły się tak zwane fotografie post mortem. Nie wszystkich rzecz jasna było stać na fotografie, a niektórzy po prosty nie zdążyli się sfotografować. Fotografia zwana portretem pamięci lub memento mori, ukazywała niedawno zmarłego. Przeważnie fotografowane były w ten sposób niemowlęta lub starsze dzieci upozowane na śpiące. Z dzisiejszej perspektywy pomysł wydaje się dość koszmarny – jedno ze zdjęć przedstawia mniej więcej dziesięcioletnią dziewczynkę; w pozycji stojącej podtrzymuje ją specjalna metalowa rama. Jej oczy są szeroko otwarte. A dłonie ma złożone na fotelach siedzących tuż przy niej rodziców.
Również sama oprawa fotografii zasługują na uwagę – początkowo proste passepartout zastąpiono welurem, bądź pozłacanymi (lub miedzianymi) zdobionymi ramami. Nierzadko przybierały również formę książeczek, składających się z wielu warstw (miedziana rama, szybka, miedziane passepartout, dagerotyp, welurowa okładzina na tekturze, zamykana okładka).
Od czasów Daguerre'a sporo wody w rzece upłynęło. Aparaty stały się prostsze w obsłudze, fotografie zmieniły formę z papierowej na cyfrową. Jednak jest coś sentymentalnego w ludzkiej naturze, skoro nadal pasjonuje nas sepiowy kartonik, miedziana płytka.