Header Image
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. K. Rowling. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. K. Rowling. Pokaż wszystkie posty

Niespokojna krew - Robert Galbraith

Jeszcze nigdy tak szybko nie pochłonęłam tak obszernej książki. Co dziwne, nawet specjalnie nie ekscytowałam się wydaniem „Niespokojnej krwi”. Mam oczywiście poprzednie tomy serii z Cormoranem Strike’iem, więc przezorny święty Mikołaj sprezentował mi ostatni tom, i tak się zdarzyło, że zaczęłam czytać od razu po odpakowaniu popijając poranną kawę ze świątecznego kubka o pojemności 400 ml. 


„Niespokojna krew” to piata część serii kryminalnej Roberta Galbraitha (czyli ukrywającej się pod męskim pseudonimem JK Rowling). Prywatny detektyw, zwalisty, jednonogi, nieco gburowaty Strike przywodzi na myśl krzyżówkę Harry’ego Pottera i Rubeusa Hagrida, a idąc tym tokiem myślenia jego piękna i inteligentna partnerka, Robin Ellacott to dalekie echa Hermiony Granger. Tak mi się skojarzyło w każdym razie. 

Tym razem przed wydaniem powieści rozgorzała niemała dyskusja wokół niefortunnych tweedów Rowling, na co nałożył się wybór głównego antagonisty, który przebiera się w kobiece ubrania. Morderca budzi skojarzenia z Buffalo Billem z Milczenia owiec, choć jego pobudki nie są tak oczywiste. Byłam pewna, że przebieranki są uzasadnione w toku fabuły, ale bez tego „szczegółu” można się było spokojnie obejść. Niestety, jak w przypadku Żniw zła czytelnicy dostają potężny kawał mrocznych zbrodni z serii „mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”; gdyby autorem rzeczywiście był mężczyzna, można byłoby go posądzić o jawną mizoginię. I szczerze wolałabym, żeby morderstwa nie były tak brutalne – ot, coś w stylu Christie byłoby (jak dla mnie) w sam raz. 

Autorka rozrzuciła multum okruszków, po których czytelnik powinien dojść do rozwikłania zagadki kryminalnej. Jednak jak dla mnie tropów było zbyt wiele i… niemal straciłam zainteresowanie głównym wątkiem! O wiele przyjemniej czytało mi się o relacjach między głównymi bohaterami, które przypominają paradoks strzały: niby mają się ku sobie, ale nigdy z sobą nie będą. 

Jedyną drzazgą była dla mnie Charlotte. Jest taka postać, Mildred u Somerseta Maughama (W niewoli uczuć), która kiedy tylko pojawiała się na kartach powieści wywoływała u mnie mdłości – była jak wysypka, nieznikająca plama na środku drogiego dywanu. Takiego samego odczucia doznawałam kiedy oglądałam Downton Abbey (w przypadku Thomasa, jednego z kamerdynerów). Całą powieść zastanawiałam się, dlaczego Cormoran nie zerwie z nią kontaktów? 

Miłym zaskoczeniem dla mnie prywatnie była wzmianka o Skegness, w którym miałam okazje być kilkanaście lat temu. Miło wspominam ten czas i niemal łezka mi się w oku zakręciła na wzmiankę o fokarium, czy wiktoriańskim zegarze na środku placu niedaleko mola. Jednak żadnych osiołków nie pamiętam ;) 

Niewątpliwie głównymi atutami Rowling są jej styl oraz pełnokrwistość bohaterów. 900 stronicowy kryminał przeczytałam w rekordowym tempie; mało tego – zaczęłam ponownie Wołanie Kukułki! Gdybym miała krytykować Rowling, wręczyłabym jej zbiór esejów Rebbeki Solnit „Mężczyźni objaśniają mi świat”. Czy czekam na nowy tom? Jasne!

Tytuł: Niespokojna krew   
Autor: Robert Galbraith (J.K. Rowling)
Tytuł oryginalny: Troubled blood
Tłumaczenie: Anna Gralak
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnosląskie 
Rok wydania: 2020
Opis fizyczny: 909 [3] stron
Gatunek: kryminał
UKD: 821.111-3

Cormoran Strike prowadzi śledztwo

Kiedy gruchnęła wiadomość, że nikomu nieznany pisarz, debiutant mający na koncie dość błyskotliwą, ale kiepsko stojącą w kolejce po laur bestselleru książkę Robert Galbraith*, to znana wszystkim "matka" Harry'ego Pottera, wcale mnie to nie zdziwiło. Wielu pisarzy, by oddzielić swoje wymyślone uniwersa przybiera inne pseudonimy, jak choćby nasz Joe Alex, który jest alter ego Macieja Słomczyńskiego.

Choć od wydania pierwszej powieści, Wołania Kukułki, minęły trzy lata, jakoś nie paliłam się do tej lektury. A szkoda, bo to bardzo dobra powieść! Podobnie jak w przypadku polecanej przez czytelniczkę Wyspy klucz - sięgnęłam po Galbraitha przez gorące zapewnienia, że mi się to na pewno spodoba.


Cormoran Strike, zwalisty i włochaty jak niedźwiedź grizzly, weteran wojenny z deficytem prawej nogi, prowadzi cienko przędącą agencję detektywistyczną w centrum Londynu. Pewnego dnia jego życie zmienia się za sprawą dwu kobiet, Charlotte, z którą po 16 latach definitywnie się rozstaje oraz Robin, sekretarką z biura Tymczasowe Rozwiązanie. Ten sam dzień przyniósł ze sobą również coś innego - ważnego klienta, który na zawsze zmieni oblicze biura.
Wołanie Kukułki to nie tylko sprytnie pomyślany kryminał, ale także pstryczek w nos dla mediów i świata show bussinesu - śledztwo dotyczy śmierci supermodelki i obnaża zachłanny światek mody i interesów.

W osiem miesięcy po rozwiązaniu zagadki tajemniczej śmierci Luli Landry, w biurze zjawia się niepozorna kobieta w średnim wieku, bezskutecznie poszukująca swojego męża, znanego awangardowego pisarza, który zaginął wraz z ostatnią niewydaną skandalizującą powieścią Bombyx Mori (Jedwabnik). Biuro, po tym jak Strike pojawiał się na pierwszych stronach gazet, zostało zasypane ofertami ofertami śledzenia niewiernych kochanek i wiarołomnych mężów, więc Cormoran z wielką chęcią podejmuje się misji zwrócenia kobiecie męża. Klimat powieści jest zbliżony do Morderstw w Midsomer i kryminałów Agathy Christie, a Galbraith tym razem nie oszczędza światka wydawniczego. Sama zagadka kryminalna jest... dość oczywista i domyśliłam się kto zabił, kiedy Galbraith wprowadził tę osobę "na scenę".
 
Trzecie spotkanie ze Strikiem i jego dzielną partnerką to Żniwa Zła. Ta część jest bardzo mroczna, a czytelnik dostaje nie lata orzech do zgryzienia, ponieważ podejrzanych jest aż trzech. Zniknął (niestety) klimat powieści lekkich detektywistycznych, a w zamian mamy brutalny dreszczowiec z elementem "mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet". Galbraith świetnie dobrał soundtrack - morderca ma fioła na punkcie zespołu Blue Öyster Cult.

Wielkim zaskoczeniem dla mnie było, że imię Cormoran nie pochodzi od nadwodnego ptaka (po angielsku cormorant), tylko od olbrzyma z kornwalijskiej legendy. W każdym razie ładnie by pasowało - Robin (rudzik), Cormoran i Kukułka. 

Jeżeli czytaliście Harry'ego Pottera pamiętacie częste cytowanie Proroka Codziennego - i w Strike'u mamy częste wyimki z prasy wplecione w intrygę. Jeżeli rozdawałabym plusy i minusy to minus (ale taki maleńki) za wyświechtany trick z wizytówką w pierwszej części, a duży, ale to ogromny plus za postać Robin - to silna, mądra i oryginalna bohaterka. Powieści Galbraitha bardzo polecam, bo to naprawdę dobrze napisane książki i widać w nich warsztat szlifowany przez lata. 

Niedawno gruchnęła informacja, że Rowling jest w pisarskim ciągu i obiecuje nam dwie nowe powieści, w tym jedną o Cormoranie. A BBC wyczuwając pismo nosem już kręci serial, na który fani czekają (w rolę detektywa wciela się Tom Burke, a Robin będzie grała Holliday Grainger).
 

* będę się trzymała męskiej formy i w poście będę pisała o TYM Galbraithcie, nie o JK Rowling.

Harry Potter i przeklęte dziecko - J. K. Rowling

Kiedy w 2013 roku gruchnęła informacja, że w londyńskim Palace Teatre będzie wystawiana sztuka osnuta wokół uniwersum Harry'ego Pottera świat dosłownie oszalał! Dwuczęściowy westendowy spektakl został napisany przez Jacka Thorpe'a, ale temat i fabułę "podrzuciła" J. K. Rowling. Jak donosi The Independent, "w ciągu ośmiu godzin sprzedaży uprzywilejowanej rozeszło się 175 tysięcy biletów". Niektórzy zarzucali autorce pazerność z powodu dzielenia przedstawienia na dwa, inni zaś grymasili z powodu odtwórczyni roli Hermiony, ale jedno nie pozostawia złudzeń: Harry Potter i przeklęte dziecko to wyjątkowe wydarzenie! 

W zeszły weekend, dokładnie 22 października, odbyła się polska premiera dramatu - bowiem nowa część Harry'ego Pottera to scenariusz sztuki z klasycznym podziałem na akty i sceny - ale najwytrwalsi fani nie mogąc się doczekać sięgnęli po dostępny również w naszym kraju w większości księgarni oryginał (tym razem zdecydowałam się na tłumaczenie). Z okazji premiery odbyły się liczne eventy; gry, zabawy, konkursy i przebieranki. Warto dodać, że wersja książkowa dramatu jest oparta na pierwszej wersji scenariusza teatralnego, a w Wielkiej Brytanii wydawana została w... urodziny Harry'ego, czyli 31 lipca.

Ósmą część Harry'ego kupiłam we czwartek i od razu przeczytałam, co dało mi naprawdę ogromną satysfakcję. Jasne, że wolałabym, żeby Rowling zaadaptowała sztukę tworząc z niej wersję zbeletryzowaną, ale i tak sprawiła mi - i nie tylko mi - ogromną radość z kolejnej możliwości spotkania z ukochanym światem. Nie czytałam żadnych spoilerów, nie dowiadywałam się o fabułę, bo chciałam wszystko odkryć sama. Wiedziałam jedynie, że akcja dzieje się kilkanaście lat po bitwie o Hogwart, kiedy dorasta nowe pokolenie czarodziejów.

Najbardziej zdziwiły mnie relacje Harry'ego z jego drugim synem, Albusem. To słodko-gorzki obraz więzów, jakie łączą dwie skrajnie różne jednostki; oczekiwania, którym Albus nie potrafi sprostać, oraz zaciętość dorosłego Harry'ego - moim zdaniem świetnie napisanej postaci, dojrzałej, z problemami innymi niż przy pierwszych siedmiu częściach. Gorzej napisany jest Ron, który w Przeklętym dziecku jest raczej ośmieszany, a jego zaangażowanie pomniejszone. Nie wiem, czemu tak dużą rolę napisano Drako Malfoyowi (nie cierpiałam gadziny), a tak niewielką Hermionie i Ginny. Najbladziej wypada... Sami wiecie kto. Igraszki z pewnym urządzeniem bardzo przypominają mi fabułę filmu "About a time", choć niektóre fragmenty wydaja się przerysowane i niedorzeczne (jak na przykład ucieczka z pociągu!), choć całość ma sens, bo zakładam, że nie ma osoby która sięga po Przeklęte dziecko nie znając poprzednich części.



Nie będę zdradzała fabuły, bo to zbyt dobra zabawa, choć pewnie część z Was już ma lekturę za sobą. Mam wrażenie, że ta część skierowana jest wyłącznie do osób, które już dawno zakorzeniły się w świecie czarodziejów, być może mają już własne dzieci, a w każdym razie są na tyle dojrzałe, żeby wracać do Doliny Godryka z nostalgią, niemal łezką w oku.

Książkowy Dzień Dziecka

Dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Dziecka. Z tej okazji chciałam zaprezentować kilka wybranych pozycji z półki mojego dziecka. Jako mol książkowy staram się wychować czytające dziecko co i rusz podsuwam mu to czy owo. Poniżej przykłady serii lub pojedynczych książeczek, które zdobyły serce mojego dziecka.
 



W małym mieszkanku na zupełnie zwyczajnym blokowisku mieszkają Pan Kuleczka, który jest okrągły nie tylko z nazwiska, obdarzony kontemplacyjna naturą pies Pypeć, rezolutna kaczka Katastrofa oraz maleńka Muszka Bzyk-Bzyk. Cała czwórka to bohaterowie sympatycznej serii, na którą składa się już siedem książeczek. Pomysłodawcą cyklu jest wieloletni dziennikarz związany z magazynem Dziecko, Wojciech Widłak, a ilustratorką, której ujmujące malunki dodają uroku opowiadankom jest znana z wielu projektów dedykowanych najmłodszym, Elżbieta Wasiuczyńska. Krótkie opowiadanka w formie rodzinnych anegdotek emanują ciepłem, które przyciąga dzieci i sprawiają, że także dorosłym przypadają one do gustu. Świat przedstawiony w serii jest zwyczajnym światem, który zna każde dziecko – pies Pypeć, kaczka Katastrofa i maleńka Bzyk-Bzyk przejmują tu rolę małych dzieci i z niekiedy rozbrajającą prostotą i szczerością opisują zastany świat z jego zjawiskami atmosferycznymi, wycieczkami w góry, przygotowaniami do świąt, itp. Pan Kuleczka jako opiekun interweniuje dopiero, kiedy maluchy nie potrafią sobie czegoś same wyjaśnić; jest dokładnie takim rodzicem, jakiego oczekują jego pociechy – wyrozumiałym, cierpliwym, tłumaczącym otaczający świat. Ta mądra seria adresowana jest do dzieci w wieku 0-4, ale z powodzeniem można zaproponować ją starszym. Znalazła się na Złotej Liście rekomendowanej przez fundację ABCXXI Cała Polska czyta dzieciom. Do tej pory ukazało się siedem książeczek z serii: Pan Kuleczka (2002), Skrzydła (2003), Spotkanie (2004), Światło (2006), Dom (2008), Radość (2012), Marzenia (2015) a także kalendarze ścienne - każdy zawiera niepublikowana historyjkę, oraz puzzle, które również opatrzone są opowiadaniem. Miłośnicy tych uroczych postaci powinni sięgnąć również po inną serię Widłaka, której bohaterem jest sympatyczne prosiątko w wieku przedszkolnym, Wesoły Ryjek. 


Wiosna. Przyroda budzi się do życia. W podziemnym mieszkanku Kreta odbywają się wiosenne porządki, które jednak doskwierają małemu zwierzątku. Sympatyczny, nieco safandułowaty Kret, zmęczony sprzątaniem wychodzi na wiosenny spacer, który będzie obfitował w ciekawe spotkania, oraz nowe wyzwania, którym wbrew własnemu przyzwyczajeniu podda się zwierzątko. Tak zaczyna się przygoda Kreta, który na swojej drodze zetknie się z innymi, dotąd nieznanymi mieszkańcami lasu i okolic. Szczególnie brzemienne w skutki okazuje się spotkanie z najbogatszym mieszkańcem w tej sielankowej okolicy, właścicielem Ropuszego Dworu; Ropuch, bon vivant i niepoprawny pirat drogowy pakuje się w coraz to nową kabałę. Wraz z Kretem poznajemy również mizantropa Borsuka zaszytego w swojej obszernej norze. Ta wspaniała opowieść przesycona jest dobrodusznym dowcipem lekko zabarwionym ironią. A przygody sympatycznych przyjaciół pochłaniają bez reszty trzymając w napięciu do samego końca. 

Autor powieści O czym szumią wierzby, Kenneth Grahame, szkocki pisarz, a zarazem ekonomista (przez lata pracował jako urzędnik wysokiego szczebla w banku) podsuwa czytelnikom antropomorficzne postaci sympatycznych zwierząt, które nie tylko bawią, ale i obnażają ludzkie słabości. Choć pisana dość zawiłym jak dla dziecka językiem, uczy przede wszystkim jak ważna jest przyjaźń, nawet jeśli do grona przyjaciół trafiają tak różniące się od siebie osobowości, jak nasza czwórka. Zwierzęta także odkrywają w sobie duże pokłady odwagi, dzięki którym dają odpór bandzie łasic, które przedstawione są w książce jako niszczyciele i nicponie. 

Bajeczka była początkowo dedykowana synkowi powieściopisarza, Alistairowi, ale szybko zdobyła rzesze fanów na całym świecie, do grona których należał także prezydent Stanów Zjednoczonych Theodore Roosevelt - to na jego cześć powstał pierwszy pluszowy miś. Mimo iż od pierwszego wydania O czym szumią wierzby minęło przeszło sto lat – powieść po raz pierwszy doczekała się druku w 1908 roku, a polski przekład powstał równe trzydzieści lat później - historyjka ta cieszy się niesłabnąca popularnością nie schodząc z list bestsellerów. Na rynku wydawniczym mamy do wyboru szereg pięknych wznowień, zarówno z oryginalnymi ilustracjami Ernesta H. Sheparda, znanego z wdzięcznych ilustracji do Kubusia Puchatka, jak i rycinami rodzimych artystów. Utwór ten był wielokrotnie przenoszony na ekrany, a największą oglądalnością cieszyła się animowana wersja przygód rozpisana na 52-odcinkowy serial zrealizowany dla brytyjskiej telewizji. 


Podstawą dziecięcej „diety” książkowej są wierszyki. Proste rymowanki, zabawne, zaskakujące – w tym specjalizowali się Jan Brzechwa i Julian Tuwim. Całe pokolenia dzieciaków wychowało się na Słoniu Trąbalskim, Lokomotywie, Na straganie, czy Abecadle. My również mamy swoje ulubione wierszyki, jak na przykład W Aeroplanie, gdzie na specjalne życzenie dziecka mam zmieniać kurkę-złotopiórkę na inne zwierzątko, żeby było zabawniej, albo czytać Lokomotywę w takim tempie jak naprawdę jedzie pociąg. W księgarniach można nabyć niezliczona ilość wydań wierszyków, ale ja polecam serię limitowaną z numerem seryjnym. Słoń Trąbalski jest opatrzony ilustracjami Ignacego Witza, a Lokomotywę ilustrował Jan Marcin Szancer. Niestety, nasze stare wydanie wierszyków Brzechwy się zaczytało na amen i czekamy na nowe. 
 

Muminki to jedne z najwdzięczniejszych stworzonek w literaturze dziecięcej. Perypetie hipopotamowatych skandynawskich trolli do życia powołała Tove Jansson tuż po zakończeniu II wojny światowej (choć Małe trolle i duża powódź zostały napisane w 1939 roku). Niedawno wydawnictwo Nasza Księgarnia wydało całą serię dziewięciu książek w cudnych twardych, „tekturowych” okładkach. Przygody Muminka, całej jego rodziny i przyjaciół pełne są optymizmu, mądrego humoru i niezwykłych przygód, z których nasi bohaterowie wychodzą oczywiście obronna ręką. Na dużą popularność z pewnością złożyła się wspaniała, wręcz kultowa już dziś animacja wyświetlana jeszcze w latach 90-tych na ekranach naszych telewizorów (jeszcze wtedy kineskopowych;). 


Serii o Harrym Potterze przedstawiać chyba nikomu nie trzeba. Od lat cieszy się ogromną – i zasłużoną – popularnością na całym świecie. I choć główny wątek jest już zamknięty, nadal ukazują się historie rozgrywające się w uniwersum stworzonym przez JK Rowling; czekamy na „dodatkowy” tom pod tytułem Harry Potter i przeklęte dziecko, który jest ekranizacją westendowej sztuki Jacka Thorne’a – książka ma się ukazać w Polsce w październiku, oraz na film Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, który jest rozszerzeniem niewielkiej książeczki-podręcznika.

Jako dorosła potterhead zaraziłam moje dziecko zaczarowanym światem; już iks razy oglądaliśmy każdy z filmów, a przeczytanych książek na razie mamy dwie (w tym jedną z bajecznymi ilustracjami Jima Kaya – oczywiście czekamy na ilustrowaną Komnatę Tajemnic), ale kiedy tylko dokończymy serię Pierdomenico Baccalario (czytamy Sklepik okamgnienie), zaczynamy Więźnia. A jeszcze w tym roku czeka mnie bojowe zadanie zrobienia na drutach synkowi swetra a la Ron z pierwszą literą imienia na przedzie.

Dzisiaj, kiedy Władek się obudzi znajdzie przy łóżku śliczne wydanie Verne'a W 80 dni dookoła świata oraz nowe wydanie W pustyni i w puszczy. A w naszej ulubionej księgarni (kiedy już zjemy lody i pospacerujemy po mieście) kupimy jeszcze (znając życie) magazyn z ludzikiem lego NinjaGo ;)



Zdjęcie z wystawy z okazji Magicznej nocy z Harrym Potterem

Magiczna noc książek z Harrym Potterem

Jestem Potteromaniakiem. Książki oraz filmy o magicznym świecie Harry'ego Pottera poruszyły moją wyobraźnię i obudziły moje wewnętrzne, uśpione dziecko. I chociaż latka lecą i jestem niemal rówieśniczką książkowego Harry'ego, od kiedy czytamy z synkiem - najpierw Kamień filozoficzny, teraz kończymy Komnatę tajemnic - jestem chyba bardziej podekscytowana magicznymi przygodami niż niejedno dziecko. (Pewnie przecieracie oczy ze zdumienia, bo przecież jakoś to nie pasuje do klasyki o której piszę; nie przepadam za większością klasyki dziecięcej z Alicją, Pippi i Guliwerem na czele, ale Muminki już dawno zdobyły moje serce.) 

strony Proroka codziennego

wiedza tajemna: księgi czarów, eliksirów i magicznych stworzeń

Kiedy Media Rodzina, polski wydawca Harry'ego zaproponowało przyłączenie się do międzynarodowej Magicznej Nocy Książek z Harrym Potterem, moja filia biblioteki od razu się do akcji przyłączyła. Miałyśmy przednią zabawę przygotowując show: trzeba było nie tylko zaplanować dzieciakom poszczególne atrakcje, takie jak przydzielanie do domów, ozdabianie różdżek, ćwiczenie vingardium leviosa (pamiętajcie - "leviooosa", nie "leviosaaa") na piórku, robienie magicznych eliksirów, oraz rysowanie patronusa, czy test wiedzy (zdaniem dzieciaków banalnie prosty!), ale i przygotować dekoracje - stoły w odpowiednich barwach, rekwizyty, z których największą furorę robił wypchany bażant "grający" Fawksa, magiczne eliksiry oraz czarodziejską kulę Sybilli Trelawney. Nasze panie wolontariuszki czekały na ulicy Pokatnej, by "sprzedawać" fasolki wszystkich smaków, oraz sosnowe różdżki z chińskich pałeczek.

najwięksi antagoniści siedzieli obok siebie

Ulica Pokątna ze sklepem Olivandera

Dzieciaki poprzebierane w stroje karnawałowe na początku zostały obdarowane biletami na Hogwart Express, który odchodził z wiadomego peronu. Następnie "pirszoroczni" podawali hasło portretowi damy strzegącej wejścia do głównej sali, a po ceremonii przydziału rozpoczął się maraton zabaw zwieńczony tłustoczwartkową ucztą.
Myśmy się oczywiście też poprzebierały - zarówno bibliotekarki jak i opiekunki z Placówki Wsparcia Dziennego Piaski prowadzonej przez Stowarzyszenie Uskrzydleni - za czarodziejki i czarownice. 

Peron 9 i 3/4

Jak zrobić eliksir wielosokowy?

Kontynuując zabawę w stylu Harry'ego Pottera z reszty rekwizytów oraz książek - w tym nowej, bogato ilustrowanej wersji Kamienia filozoficznego zorganizowałyśmy wystawę. Jest i magiczna różdżka i zaczarowany latający klucz, nawet mamy okrągłe okulary Pottera. 

Wystawa o Harrym Potterze

Czy widziałeś tego czarodzieja?

Okulary Harryego oraz piękna książka ilustrowana przez Jima Keya

Latający klucz

Drugą gablotę "okupują" magiczne ingrediencje oraz książka do sporządzania eliksirów samego księcia półkrwi, na której leży medalion Salazara Sytherina. Wystawę można oglądać w Filli nr 4 PiMBP w Rybniku do końca miesiąca. 

buteleczki ze składziku Snape'a

Smocza łuska - bardzo rzadka i cenna

i ja tam byłam i eliksir wielosokowy piłam ;)

Straszni mieszczanie (zaległa recenzja na koniec roku)

W latach trzydziestych ubiegłego wieku Julian Tuwim opisywał w jednym ze swoich najbardziej znanych wierszy Strasznych Mieszczan, którzy zajęci płytkimi bolączkami dnia codziennego widzą tylko koniuszek własnego nosa.
Angielska proza, przede wszystkim „lekkie kryminałki” przyzwyczaiły nas do obrazu prowincji jako wylęgarni wścibskich, zakłamanych, dwulicowych typów, którzy w oczach sąsiadów pragną uchodzić za podpory lokalnej społeczności. Swoistą zapowiedź takich „strasznych mieszczan” dała nam JK Rowling w postaciach Vernona i Petunii Dursleyów, wujostwa Harry’ego Pottera, żyjących w Little Whinging. Nowej powieści Rowling bliżej jest do serii Morderstwa w Midsomer niż do Buddy z przedmieścia, a porusza istotne problemy społeczne, takie jak nietolerancja, przemoc w rodzinie, konflikt pokoleń, a także bieda czy bezpardonowe dążenie do uzyskania lepszej pozycji społecznej niż sąsiad.
Trafny wybór to powieść szczera i brutalna. W wielu reklamach pojawia się hasło brytyjski czarny humor, ale to raczej gorzkie spojrzenie na kondycję ludzką niezależnie od szerokości geograficznej. Powieść nosiła roboczy tytuł Odpowiedzialni, jednak ostatecznie autorka skłoniła się do tytułu The Casual Vacancy (tymczasowy wakat – nic mnie nie przekona, że tytuł zaproponowany przez wydawnictwo jest… hm… trafny), który zarazem stanowi punkt wyjścia dla powieści.
Rowling opisała to, co zna; wychowała się w małym miasteczku w hrabstwie Gloucestershir i jak sama przyznała w jednym z wywiadów W dużej mierze to moje własne wspomnienia, z okresu młodzieńczego, który nie był szczególnie szczęśliwy. I trzeba Rowling przyznać, że psychika i mentalność nastolatka w powieści uchwycona jest znakomicie.
Nie sposób nie porównywać „dorosłej” powieści Rowling do sagi o Harrym Potterze, jednakże dzieci w Trafnym wyborze pozbawione atrybutów magicznych stają się bezbronnymi ofiarami, a każdy dorosły – każdy z wyjątkiem uznanego pośmiertnie za nieomalże świętego Barry’ego – jest niezdolny do głębszych uczuć. To Barry scalał do tej pory społeczność, a kiedy go zabrakło – znikła również harmonia. Dorośli, tacy odarci z elementów komicznych mugole, noszą swoiste maski, za którymi kryją się żądze, podłość i obojętność; młodzież chcąc być szczera staje się zagubiona, a szereg zbiegów okoliczności (których oczywiście można było by uniknąć, gdyby ktoś okazał serce, lub choć odrobinę zainteresowania drugim człowiekiem) prowadzi do tragedii.
Trafny wybór to książka przemyślana, zbudowana starannie, jak domek z kart. Właściwie przypomina bardziej domino niż domek z kart; śmierć Barry’ego Fairbrothera pociąga ze sobą nieprzewidziane konsekwencje i jest zaledwie zarzewiem konfliktów, które przybiorą na sile.
Wydźwięk książki jest równie gorzki, co jej zakończenie. Nie uczymy się na błędach, nie ma się co oszukiwać. Silni nadal będą wyżywać się na słabszych, a wygrany zawsze przejdzie po czyimś… trupie.