Header Image

Światło miedzy oceanami - M.L. Stedman

Pisarze to sadyści. Zsyłają na wykreowane postacie dziesięć plag egipskich i wcale im nie jest przykro! Każą podejmować salomonowe decyzje, które łamią serce – i ani nie uronią łzy nad biedną papierową duszyczką.

Dlatego też obawiałam się emocji, które wiedziałam, że wzbudzi powieść Światło miedzy oceanami. Miałam na nią ochotę od chwili, kiedy na Pintereście zobaczyłam okładkę (niefilmową – i jestem niepocieszona, że nie dostałam polskiego wydania w oryginalnej okładce). Kiedy dowiedziałam się, że kręcą film – tym bardziej chciałam przeczytać najpierw książkę. 

Tom Sherbourne nie mogąc otrząsnąć się z wojennej traumy decyduje się na samotne życie latarnika. Zakochana w milczącym mężczyźnie młodziutka Isabel decyduje się związać z nim życie – w zdrowiu i w chorobie, na dobre i na złe. Jednakże w ich cichym życiu więcej jest tych gorszych chwil: Isabel trzykrotnie spodziewa się dziecka i trzykrotnie Tom chowa na wzgórzu przedwcześnie zmarłe niedonoszone dzieci. Dwa tygodnie po ostatnim poronieniu, po którym Isabel nie potrafi się otrząsnąć, los zsyła małego "Mojżesza" – niemowlę w dryfującej łodzi u boku zmarłego mężczyzny. Małżeństwo decyduje się zatrzymać dziewczynkę.
Okładka, w której się zakochałam. Źródło: goodreads.com

Z początku irytowało mnie infantylne zachowanie Isabel, jednak po jakimś czasie nie tyle było mi jej żal, co empatycznie „trzymałam jej stronę”. Mam wrażenie, że pokazując nam najpierw historię Isabel, a nie rzeczywistej matki niemowlęcia czytelnik został zmanipulowany przez autorkę: Isabel tyle przeszła, że „należy się jej” niemowlę. Kiedy cieszymy się wraz z młodą matką, czeka nas kolejny cios – poznajemy traumatyczne wydarzenia, które sprawiły, że dziecko zostało rozdzielone biologiczną matką, która mimo upływu lat rozpacza niby australijska Niobe nad pomnikiem ku pamięci zaginionej córki.

Nie będę oceniała postępowania Toma, czy Isabel, bo decyzje są zbyt ciężkie nawet na jałowe dywagacje. Życie to nie jest bajka, a znalezione niemowlę nie jest zesłaną przez wróżkę Calineczką. Światło miedzy oceanami to soczysty dramat pełen napięcia, który wzbudza tak sprzeczne emocje, że starczyłoby na obdzielenie nimi kilku powieści. Do tego wszystko w – dla nas – egzotycznym klimacie Australii. Po przeczytaniu książki (pamiętajcie o zapasie chustek higienicznych!) polecam obejrzeć doskonały film z doborowa obsadą: Alicia Vikander w roli Isabel, Rachel Weisz jako Hannah oraz jak zwykle znakomity wyrazisty Michael Fassbender. Szczególnie piękne są zdjęcia – długie kunsztowne ujęcia wyspy, jakby rozmarzone, skąpane w złotym słońcu. 

Persepolis - Marjane Satrapi

Persepolis to opowieść o dorastaniu w cieniu irańskiej rewolucji islamskiej. Zaryzykuję stwierdzenie, że do tej pory polski czytelnik znał Iran jedynie ze wspaniałego reportażu Szachinszach Ryszarda Kapuścińskiego. Tym razem dostajemy wielowymiarową zbeletryzowaną sugestywną opowieść opowiedzianą od strony młodego człowieka wrzuconego w wir historii.

Kilkuletnia Marjane jest córką dobrze sytuowanych, zeuropeizowanych Irańczyków. Z dnia na dzień po obaleniu Rezy Pahlaviego codzienność ulega dotkliwym i nieodwracalnym zmianom. Dziewczynka nie rozumie, po co ma nosić chustę, czemu nie może uczyć się, jak dotychczas z chłopcami, i dlaczego znikają wokół ludzie, w tym ukochany wujek Anusz. Marjane dojrzewa i coraz bardziej narasta w niej bunt wobec zastanego świata; groza fanatyzmu eskaluje nie tylko do wojny z Irakiem, ale i do terroru wewnątrz państwa.

Kreska komiksu jest równie oszczędna co w przypadku Mausa - czerń i biel doskonale oddają paletę emocji głównej bohaterki; widzimy jej niepokoje, marzenia i wątpliwości. Marjane niezwykle sugestywnie opisuje zniewolenie kobiet ukrytych pod draperiami materiału; szok, kiedy Marjane dowiaduje się, że w świetle prawa nie można zabić dziewicy, dlatego wyznaczony strażnik poślubia dziewczynę, a po egzekucji państwo wysyła do domu jej rodziców symboliczny posag o równowartości 16 złotych. Satrapi ukazuje nie tylko trudny los irańskich kobiet, ale i małe przejawy buntu, takie jak makijaż, czy kosmyk włosów wystający spod obowiązkowego hidżabu. Wszystkie zachowania niezgodne z naukami Ajatollahów ścigane są przez policję religijną i karane z wszelką surowością. Dorastanie w latach 90-tych to pierwsze dżinsy, kasety magnetofonowe, czy plakaty zagranicznych grup muzycznych - w Iranie jednak zabronione przez prawo.

Powieść jest biograficznym zapisem 1:1 przeżyć Marjane, która w wieku kilkunastu lat wyemigrowała do Wiednia, by uciec od piekła wojny. Pozostawiona sama sobie, bez duchowego drogowskazu nastolatka popadła w depresję; nierozumiana i opuszczona przez żerującego na niej chłopaka ląduje na ulicy. Traf jednak znów sprowadza ją do Iranu, gdzie podejmuje studia - podobnie jak w Polsce przełomu lat 40/50 tak i w Iranie obowiązuje jedyna słuszna ideologia, która wkracza również na uniwersytety - Marjane aby zdać musi dowieść swojej religijności. 

Mimo trudnych tematów, które podejmuje autorka, dzieło to niepozbawione jest swoistego humoru i autoironii. W 2007 zrealizowano film na podstawie Persepolis, którego współtwórcą jest także sama Satrapi. Jest równie oszczędny i sugestywny, co komiksowy oryginał. Marjane Satrapi obecnie mieszka w Paryżu, jest pisarką i ilustratorką związaną między innymi z New York Timesem. A kilka dni temu gruchnęła informacja, że Satrapi wyreżyseruje film o Marii Curie-Skłodowskiej, będący ekranizacją komiksu "Radioactive: Marie & Pierre Curie. A Tale Of Love And Fallout" Lauren Redniss.

Amerykańska sielanka - Philip Roth

Amerykańska sielanka to wielowątkowa powieść jednego z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy dwudziestego wieku, Philipa Rotha. Roth z demaskatorską szczerością rozprawia się z amerykańskimi kompleksami, demontując mit arkadyjskiej krainy zatopionej falą przemian społecznych lat 60-tych. Sielanka jest pierwszą częścią tak zwanej Trylogii Amerykańskiej, będącej rozliczeniem z powojenną historia Stanów Zjednoczonych (kolejne tomy to „Wyszłam za komunistę” oraz „Ludzka skaza”).


Pretekstem do rozliczenia z amerykańskim snem lat pięćdziesiątych jest zjazd absolwentów, w którym uczestniczy pisarz Nathan Zuckerman, będący alter ego Rotha. Na zjeździe nieoczekiwanie zjawia się najlepszy przyjaciel pisarza, Jerry Levov, którego bratem był słynny Seymour „Szwed” Levov, złoty chłopiec, sportowy champion, człowiek interesu, istny Midas; Żyd-Marines, utalentowany rękawicznik, mąż Miss New Jersey. ”Dla Szweda życie rozwijało się jak kłębek puszystej włóczki” aż do momentu, kiedy w jeden poranek stracił wszystko, ponieważ jego jedyna córka wychowana pod kloszem wysadza w powietrze lokalna pocztę.

Właściwie niemal od samego początku dowiadujemy się, co zaszło. Życie nastoletniej terrorystki, która „wysadziła” idealny świat Szweda zostaje poddane wiwisekcji tak samo jak czasy, w których przyszło żyć bohaterom. Epoka powojennej prosperity przemienia się w koszmarną epokę chaosu, eskalacji przemocy będącej – o ironio! – sprzeciwem wobec wojny w Wietnamie.

Wobec Levova można wysnuć zarzuty, że jest nijaki, nie potrafi podejmować decyzji, brak mu stanowczości, czy wręcz można przypuszczać, że jest typowym amerykańskim oportunistą. Ale nie mogłam nie polubić jego postaci – być może był jedynym przyzwoitym człowiekiem, który się ostał w chaosie zamieszek, wrzasku społecznej wściekłości i spsienia obyczajów. Szwed stoi na z góry przegranej pozycji strażnika starego ładu, marzeń o dobrym, spokojnym życiu i wielkiej Ameryce.

Amerykańska sielanka to także dramat kameralny – dramat rodziny, która musi się pogodzić z tragedią; o ile rodzinie ofiary zamachu dokonanego przez Mery Levov każdy będzie współczuł, która będzie nadal istniała, choć dotknięta żałobą, to rodzina Levovów z góry skazana jest na dezintegrację pod ciężarem wynaturzonego czynu nastolatki. W Szwedzie narasta dobrze ukrywana frustracja, oraz gniew, dla którego nie ma ujścia. Żona Szweda, Dawn Levov, irlandzka ślicznotka, była pretendentka do korony Miss America inaczej radzi sobie ze stresem – dla niej czas zatrzymał się na sielance sprzed ślubu, kiedy brylowała na wybiegu i lokalnych imprezach w szarfie z tytułem Miss i diademem na głowie; skutecznie unika tabu, którym jest Mery i „życie po” Mery.

Powieść jest po mistrzowsku skomponowana – wątki przeplatają się, krzyżują, współgrają jak w dobrze skomponowanej symfonii; skłaniają do myślenia, nie pozostawiają obojętnym. Jednocześnie Roth niczym Sokrates nie pozwala nam się zakorzenić w jakimś myśleniu – musimy płynnie przejść do innego punktu widzenia, potem do kolejnego i następnego; pod tym względem Sielanka jest idealną powieścią do przepracowania na Dyskusyjnych Klubach Książki. To jedna z tych powieści, które na długo zostają z czytelnikiem. 

Powieść Philipa Rotha została w 1998 roku uhonorowana Nagrodą Pulitzera. W księgarniach właśnie ukazało się trzecie wydanie, którego okładka inspirowana jest plakatem filmowym; możemy podziwiać na ekranach kin ekranizację w reżyserii Ewana McGregora, który znakomicie oddał ducha powieści w swoim debiucie reżyserskim; McGregor zagrał również główna rolę – przyznam, że Szwed McGregora jest tak idealnie dopasowany, jakby aktor urodził się specjalnie do tej roli! Również Jennifer Connely kongenialnie wpasowuje się w rolę byłej Miss. Oczywiście polecam zasadę: najpierw książka, później film.

Za możliwość przeczytania Amerykańskiej sielanki dziękuję serdecznie

Szkarłatny płatek i biały - Michel Faber

Szkarłatny płatek i biały Michela Fabera to bezpruderyjna opowieść o losach kobiet w wiktoriańskiej Anglii. Bohaterkami są damy, prostytutki, służące, które traktowane jak sprzęty przez rządzących regułami życia społecznego mężczyzn, spychane na margines, a ich rola sprowadzała się do dostarczania takich czy innych rozrywek. Ta powieść jest echem niemego krzyku, który zastygł w gardłach miliona kobiet uwięzionych w konwenansach i prawach stworzonych przez brzydszą (lecz silniejszą fizycznie) płeć. 

źródło: LubimyCzytac.pl

Główną myśl wyraziła dosadnie feminizująca córka doktora, pani Emmaline Fox: „Poniżanie i trywializowanie naszej płci w gazetach, powieściach, a nawet na opakowaniach najzwyklejszych produktów, przeznaczonych do domowego użytku, oto prawo. Przede wszystkim zaś prawem jest ubóstwo. Kiedy mężczyzna popada w tarapaty, pięciofuntowy banknot i nowe ubranie rychło przywracają mu szacunek. Lecz jeśli podobne nieszczęście dotknie kobietę (…) ludzie sądzą, że powinna pozostać w rynsztoku.”

Nieuświadomione damy uczone jedynie manier, robótek i francuskiego przypominały lalki z porcelanowymi twarzami, ciche i pokorne, patrzące bezmyślnie na otaczający świat. Ten rodzaj kobiet został opisany w powieści poprzez charakter Agnes, coraz głębiej popadającej w obłęd po porodzie, który był dla niej niespodzianką! Zdana na łaskę męża, podobnie jak cały domowy personel. Jest jeszcze mała Sophie, bogate dziecko, którym nikt na dobrą sprawę się nie interesuje, podrzucana bonom jak kukułcze jajo, a traktowane przez płatne opiekunki jak zbuk.
źródło: goodreads.com

Istniał również inny rodzaj kobiet, zaangażowane prekursorki feminizmu, tu sportretowane zbiorowo jako pani Fox; choć tak śmiała, spętana jednak gorsetem etykiety, szczególnie widocznej i obmierzłej kiedy dochodziły do głosu uczucia i pragnienia. To do takich jak pani Fox będzie należał przyszły wiek, w którym kobiety niemal zrównają się z pozycją mężczyzn.

Kobietą upadłą jest tu Caroline, którą „śmierć męża, a potem dziecka, pozbawiły jakiegokolwiek poczucia sensu życia, odpowiedzialności i w ogóle przyszłości”; Caroline nie skarży się na swój podły los, hołduje tymczasowości, bo wie, że nic jej w życiu nie zostało.

Jednakże główną bohaterką jest tu osiemnastoletnia prostytutka, Sugar, posiadająca pięć lat doświadczenia zawodowego. Dziewczyna za sprawa swojego intelektu oraz sprytu jest w stanie wyrwać się z „nikczemnego” zawodu. Traktowana przez bogatego kochanka niemal jak partnerka w interesach (pomaga mu rozwinąć rodzinny biznes perfumeryjny), z dnia na dzień zostaje wyrzucona na ulicę jak pies; to przecież mężczyźni rozdają karty, oni decydują o kobiecym losie.
Miniserial na podstawie książki; źródło: IMDB.com

Powieść Michela Fabera jest rewelacyjną próbą przedstawienia wiktoriańskich czasów bez pozłotki, w którą owinęły je „oficjalne” kanały. Z pozoru epoka postępu, higieny (wielkie wynalazki takie jak waterklozet powstały właśnie wówczas!), która na piedestale stawiała białogłowy, tak naprawdę pod warstwami krepdeszynu, halek i koronek ukazywała bród i niesprawiedliwość.

Podczas czytania odniosłam wrażenie, że to, co wydaje się zamierzchłą przeszłością nadal uwiera tu i ówdzie: czy nie jest tak, że kobiety nadal zarabiają mniej, że jesteśmy uznawane za gorszych kierowców, za słabsze psychicznie, a słownik nie przewiduje określeń takich jak „kierowczyni rajdowa”, czy „skoczkini narciarska”. Z racji fizycznej słabszości mężczyźni nadal atakują seksualnie kobiety. Produkty dla kobiet są droższe niż ich odpowiedniki dla mężczyzn (maszynki do golenia na przykład). No i jakie to zabawne kiedy co miesiąc kobieta przeżywa „prehistoric monster syndrome”… Ile wieków musi jeszcze upłynąć, żeby obie płci egzystowały na tych samych warunkach?

Nie pamiętam tytułu, ale ksiażka była...

...nie, nie czerwona, ani niebieska. Prawdę mówiąc nie pamiętam okładki, chociaż coś tam mi się kołacze po bezdrożach pamięci. No i szczerze powiedziawszy to kilka tytułów, do których próbuję wrócić, ale nadaremno.

Na forum książki, w którym udzielałam się parę ładnych lat temu był osobny wątek poświęcony książkom, których tytułu (ani oczywiście autora) nie jesteśmy w stanie sobie przypomnieć. Choćby się nie wiem co wpisywało w googla - książka nadal pozostaje zasnuta mgłą zapomnienia.  


Do głowy przychodzą mi minimum dwie pozycje, czytane tak dawno temu, że zapewne w bibliotece, skąd je wzięłam zostały dawno zubytkowane. Pierwsza była azjatycka, niewielkiej objętości. Był to utwór fantastyczny o mężczyźnie, który przeszedł do innego wymiaru i zamieszkał z ludziopodobnymi stworzeniami, skąd potem miał legalne dokumenty, i gdzie zorganizował sobie życie, a potem, zapewne zapędziła się w te same góry, i powrócił do naszego wymiaru. Jego powrót był głośny i wszyscy się dziwili opowieści. Wysnuto teorię, że wszyscy zaginieni ludzie mogą "wpadać" do innego wymiaru.

Druga książka jest zgoła odmienna. Jest to historia zdaje się malarza, z czasów późnego średniowiecza. Coś bardzo podobnego do Medicusa; pamiętam opis mieszania farb do malowidła. Miałam wrażenie, że to ta sama seria co Rebisowe wydanie Pasji Artemizji, ale nie potrafiłam jej znaleźć.

W przepastnych bebechach pamięci mam jeszcze jedno ważne wspomnienie, które wywarło na mnie olbrzymie wrażenie. Tym razem film. Obejrzany, kiedy miałam zaledwie kilka lat, może ze cztery? Dramat kostiumowy, być może hiszpański, meksykański, francuski. Jedna z bohaterek, Bianka lub Blanka, w białej jak śnieg sukni z początku XX-go wieku z rozmysłem topi się w morzu. Miała kruczoczarne włosy i najpiękniejszą na świecie, ale smutną twarz. To imię nadałam ukochanej lalce, która towarzyszyła mi przez lata.

Ileż prozy, tomików wierszy, tytułów filmów nam ucieka? Blogowanie pomaga mi usystematyzować wszystkie tytuły, autorów, prywatne opinie. W internecie można sobie założyć wirtualne półki na Lubimy Czytać, czy Goodreads, ale co z niespisanymi książkami sprzed lat? Bardzo żałuję, że nie notowałam wcześniej wszystkich przeczytanych książek, choć przy zakładaniu LC większość sobie przypomniałam, choć z pewnością pominęłam wiele tytułów. Ale te dwie wymienione wcześniej książki bardzo mnie nurtują.

Excentrycy - Włodzimierz Kowalewski

Paweł Huelle o powieści Włodzimierza Kowalewskiego Excentrycy napisał: „Nie czytałem lepszej powieści o czasach PRL-u. Dowcipna, błyskotliwa, niezwykle precyzyjnie skomponowana. Żadnych rozliczeń. Mistrzowska ironia. I akcja, która wciąga narkotycznie. Polecałem i polecam tę książkę wszystkim, którzy cenią świetną literaturę”. I z tą opinią można się zgodzić w stu procentach. Excentrycy to swingująca opowieść o przyjaźni, optymizmie w obliczu przeciwności losu oraz miłości do muzyki.

źródło: LubimyCzytac.pl

Ciechocinek, druga połowa lat 50-tych ubiegłego wieku. Wanda, samotna dentystka spodziewa się przyjazdu brata Fabiana. Puzonista, który pływał na transatlantyku w przededniu wybuchu II wojny światowej wraca po niemal dwudziestu latach spędzonych w Wielkiej Brytanii. Niewielki zapyziały pensjonacik pani Bayerowej, w której mieszka rodzeństwo naraz zaczyna przypominać jaskinię Ali Baby z dobrami reglamentowanymi, które są niedostępne dla szarego obywatela. Fabian swoim wrodzonym optymizmem także tchnie życie w nocny światek chłodnego Ciechocinka, ponieważ za sprawą zadziwiających zbiegów okoliczności udaje mu się stworzyć jazz band z prawdziwego zdarzenia. Opowieść jest okraszona naprawdę potężną porcją wspaniałej muzyki. Jestem wychowana na jazzie, zwłaszcza na swingu i podczas czytania przesłuchiwałam najważniejsze jazzowe orkiestry, a szczególnie w głowie dźwięczały mi ukochane utwory Glenna Millera, Benny’ego Goodmana, Woody’ego Hermana, czy Duke’a Ellingtona.

„Swing niczego nie naśladuje, z niczym się nie kojarzy! Może być szaleństwem, ale nie jest to szaleństwo desperata walącego głową w mur, może być sentymentalny, ale nie jest to łzawa, romantyczna ckliwość! Ma w sobie wieczorne tchnienie oceanu, świeżość cytryny, deszcz chłodnej bryzy na rozpalonej skórze, a jego wzruszenia nie są wzruszeniami z literatury ani z realnego życia. To zupełnie osobna kraina!”

Jak się tę swingującą powieść czyta? Koło 50-tej strony miałam chwile zwątpienia, chyba dlatego, że nie mogłam się doczekać jazz bandu! Ale kiedy pojawił się Fabian emanujący niemal słonecznym blaskiem ruszyłam z kopyta i w takt When the saints go marching in dotarłam do ostatniej strony. Teraz czekam na film, którego jeszcze nie obejrzałam, ale na który mam wielką ochotę.

Dziennik - Anne Frank

"Nigdy nie uwięrzę, że wojna jest dziełem jedynie wielkich ludzi, rządu i kapitalistów. O nie, mały człowiek robi to równie chętnie, inaczej narody już dawno by się przeciwko temu zbuntowały! W ludziach jest teraz żądza niszczenia, żądza zabijania, mordowania i wściekłości i tak długo, jak długo cała ludzkość, bez wyjątku, nie przejdzie wielkiej metamorfozy, wojna będzie szaleć, wszystko, co zostało zbudowane, zasadzone i co urosło, zostanie ścięte i zniszczone, żeby potem zacząć od nowa." 

źródło: LubimyCzytac.pl

Jedną z najważniejszych książek XX-go wieku jest Dziennik Anne Frank. Jest świadectwem zniewolenia człowieka, a także pomnikiem wystawionym każdemu dziecku, które zginęło w czasie II wojny światowej i każdego innego konfliktu na świecie. Taki dziennik mógłby powstać także dziś, w odległej Syrii, i pewnie nie jeden powstaje, pełen bólu i niezrozumienia dla konfliktu.

Na trzynaste urodziny Anne, uczennica żydowskiego gimnazjum w Amsterdamie, dostaje piękny kajecik w czerwono-biała kratę. Ten zeszyt będzie jej od tej pory służył za najwierniejszą powiernicę, którą obdarzy imieniem Kitty.

Najbardziej uderzające jet to, że te wspomnienia, pełne adoratorów, koleżanek, niesnasek rodzinnych, są takie ponadczasowe i mogłyby powstać pod każdą szerokością geograficzną i w każdym czasie. Anne jest, jak każda nastolatka w jej wieku, ciekawa swojej fizyczności, spraw seksu. Ma niesamowity głód wiedzy, książki wprost pożera, pracuje nad sobą, dużo się uczy, zwłaszcza historii i języków. Pisze liczne opowiadania. A pióro ma dobre, jak na tak młodą osobę.
Anne Frank. 1940 rok. Fotograf nieznany. Źródło: Wikipedia.org (domena publiczna)

W oficynie fabryki, którą niegdyś zarządzał Otto Frank, ukrywa się osiem osób. Co i rusz dochodzi do starć, do tego przebija się niezgoda na linii Anne-matka (którą Anne nazywa Musia). Anne w pamiętniku jest szczera, rezolutna, ale i w miarę dorastania coraz bardziej zwrócona do swojego wnętrza. Marzy, że w przyszłości zostanie dziennikarką, a kto wie, może pisarką? Wielkość Dziennika polega na tym, że reprezentuje wszystkie niespełnione marzenia i przerwane życiorysy dzieci pomordowanych w czasie wojny.

Z początku czasu ukrywania się nie jest tak źle, to przecież miała być sytuacja tymczasowa. Anne pisze: "Jak nam tu dobrze, jak dobrze i spokojnie. Nie musielibyśmy się w ogóle przejmować tą całą nędzą, gdybyśmy się nie obawiali o wszystkich tych, którzy byli nam tacy drodzy, a którym nie możemy już pomóc. Źle się czuję, że leżę w ciepłym łóżku, podczas gdy moje najukochańsze przyjaciółki są gdzieś na zewnątrz, popychane albo przewracane." Jednakże w miarę upływu czasu jest coraz gorzej: z radia BBC dochodzą głosy o gazowaniu Żydów w Auschwitz, a upragnione wyswobodzenie nie nadchodzi.

"Bywam często przygnębiona, ale nigdy zrozpaczona (...)" - z Dziennika bije jej optymizm i wiara w przyszłość, która nie nadejdzie. Anne i jej siostra, Margot umrą na tyfus w 1945 w KL Bergen-Belsen. A z całej ukrywającej się ósemki przeżyje jedynie ojciec Anne, Otoo, który zaopiekował się spuścizną po swojej utalentowanej córce. W 1957 powstała Fundacja Anne Frank, która wspiera działanie na rzecz dzieci w rejonach dotkniętych konfliktami i zagrożonych ubóstwem.

Maus. Opowieść ocalałego ― Art Spiegelman

Maus to kontrowersyjna opowieść graficzna autorstwa Arta Spiegelmana. Spiegelman w latach 70-tych związany z komiksem undergroundowym pracował miedzy innymi dla The New Yorkera. W 1992 otrzymał nagrodę specjalną Pulitzera (Special Citations) za niniejszy komiks. 

źródło: LubimyCzytac.pl

Dlaczego Maus jest taki kontrowersyjny, a jednocześnie kultowy? Komiks, do tej pory sztuka niezbyt poważna osiągnęła zupełnie inny poziom - ten krok milowy można porównać do Z zimną krwią, reportażu Trumana Capote, który zwykłe doniesienia reporterskie wywindował do poziomu sztuki. Opowieść graficzna o ocalałym z Holokaustu zdobyła uznanie nie tylko odbiorców, ale i krytyki. Kilka lat temu sukces Maus powtórzyła opowieść graficzna Persepolis irańskiej autorki Marjane Satrapi.

Choć w komiksie postacie są zantropomorfizowanymi zwierzętami (Żydów przedstawił Spiegelman jako myszy, Niemców jako Koty, Francuzów jako żaby, Amerykanów jako psy, a Polaków jako świnie) opowieść jest jak najbardziej szczera i prawdziwa. Okrutne wydarzenia, których doświadcza Władek, ociec Artiego pokrywa się z relacjami innych świadków zagłady. Holokaust przez lata był ogromnym tabu - dopiero niedawno mogły powstać choćby takie filmy jak Życie jest piękne Benigniego, czy Pociąg życia. Maus wpisuje się dokładnie w ten sam nurt, a kto wie, czy nie on go spowodował.
Fragment komiksu "Maus. Opowieść ocalałego"

Historię życia Władka Szpigelmana poznajemy dzięki opowieściom, które snuje nagabywany przez swojego dorosłego już syna, rysownika. Władek daje się poznać jako małostkowy, kłótliwy dusigrosz. Relacje pomiędzy mężczyznami są trudne, nacechowane niedomówieniami, zadawnionymi konfliktami, cieniem kładzie się na nich również samobójcza śmierć matki Artiego, również ocalałej z Holokaustu Andzi. Komiks jest bardzo oszczędny - czarno-biały, z grubą kreską, jakby rysowany w pośpiechu, niezmiernie sugestywny. Artie próbuje zrozumieć ojca, czuje potrzebę opowiedzenia jego historii, a jednocześnie nie sili się na tanią psychoanalizę, nie podsuwa odpowiedzi na zadawane pytania.

Fragment komiksu "Maus. Opowieść ocalałego"

W Polsce kontrowersje wywołało umieszczenie Polaków jako świń. Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy się obrażać, bo dieta Polaków (niewegetarian) w większości składa się właśnie z tych pożytecznych i mądrych zwierząt (według danych GUS dotyczących bilansowego spożycia żywności, w latach 1999-2014 konsumpcja mięsa w Polsce wyniosła 73,9 kg na osobę, w tym 41 kg to wieprzowina, do tego dochodzą żelatyna i tłuszcz wieprzowy). Sam autor nie zgadza się z zarzutami odwołując się do Miss Piggy i Porgy'ego, nieporadnego, ale sympatycznego jąkały z Looney Toones.

Dla mnie uderzające było to, że każdy kto pomógł Władkowi, czy Andzi robił to za korzyść materialną. Może tak rzeczywiście było w ich przypadku, ale jest masa doniesień o bezinteresownej pomocy Polaków, zagrożonych przecież śmiercią za ukrywanie Żydów (zabijano całe rodziny, łącznie z małymi dziećmi).

Noc - Elie Wiesel

Nigdy nie zapomnę tej nocy, pierwszej nocy spędzonej w obozie, która zmieniła moje życie w mroczne, zaryglowane więzienie.
Nigdy nie zapomnę tego dymu.
Nigdy nie zapomnę drobnych twarzyczek dzieci, których ciała zamieniały się na moich oczach w kłęby dymu pod milczącym niebem.
Nigdy nie zapomnę płomieni, które strawiły doszczętnie moją wiarę.
Nigdy nie zapomnę tej nocnej ciszy, która odebrała mi na wieku chęć do życia.
Nigdy nie zapomnę tych chwil, które zabiły mego Boga i moją duszę, ani obróconych wniwecz marzeń.
Nigdy tego wszystkiego nie zapomnę, choćbym miał żyć długo jak sam Bóg. Nigdy.

Półtora kilometra od mojego domu, w lesie przy torach stoi krzyż ogrodzony niewielkim płotem. Nieco dalej postawiono sugestywny kamienny pomnik i tablicę. Na cmentarzu nieopodal jest zbiorowa mogiła z nazwiskami lub samymi numerami, a tuż przy wjeździe do kompleksu rekreacyjnego stoi obelisk, przy którym harcerze raz do roku składają wieńce. Wszystko to ku czci zapędzonych na śmierć w styczniu 1945, u schyłku wojny. 

Być może to jest mimowolnym powodem, że właśnie w styczniu sięgam po literaturę Holokaustu. Holokaust, z greckiego holókaustos – „spalony w całości”, odnosi się do ofiary całopalenia i ma konotacje religijne (dla porównania termin Szoa, który z hebrajskiego znaczy „całkowita zagłada” nie posiada wydźwięku religijnego.) 

źródło: LubimyCzytac.pl
Wspomnienia zatytułowane Noc Eliego Wiesela, nagrodzonego pokojową Nagrodą Nobla w 1986 roku przeczytałam w ostatni dzień ubiegłego roku. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że pisarz odszedł niecałe pół roku wcześniej. Przeżył i spisał swoje traumatyczne wspomnienia, by „świadczyć w imieniu ofiar”, bo „zapomnienie to zagrożenie i zniewaga”. 

Wiesel pisze we wstępie, że „wojna, którą Hitler i jego wspólnicy wytoczyli Żydom, wymierzona była także w żydowską religię, kulturę, tradycję, czyli w żydowską pamięć”. Naziści systematycznie wyniszczyli większość europejskich Żydów, oraz część Słowian (Polaków, rosyjskich więźniów wojennych), Romów, także elitę naukową, duchownych… 

„Tylko ci, którzy przeżyli Auschwitz, wiedza, co naprawdę to słowo znaczy. Inni nigdy się tego nie dowiedzą. Ale może przynajmniej spróbują to pojąć?” Kiedy na początku wojny do niewielkiego miasteczka Sighet na Węgrzech wraca cudem ocalały Mosze Stróż, nikt nie dawał wiary jego makabrycznym doniesieniom. Życie toczy się dalej – jest ciężko, przecież trwa wojna – ale nikt tu nikogo nie zabija. Nawet kiedy Naziści wkraczają do Węgier panuje względny spokój. Jednakże w miarę upływu czasu rozgrywa się „wyścig ze śmiercią” – przemoc eskaluje niezmiernie szybko: zakazy, nakazy, getto, wreszcie wysiedlenia równoznaczne z wyjazdem w zaplombowanym, przeładowanym bydlęcym wagonie do obozu koncentracyjnego. 

W 1944 roku do KL Auschwitz przybywa niemal 500 tysięcy węgierskich Żydów, wśród nich cała rodzina piętnastoletniego Eliego Wiesela. Teraz już wszyscy wierzyli w opowieści Mosze, ale mimo to, zastana rzeczywistość była nie do pojęcia przez ludzki umysł. "Aż musiałem się uszczypnąć. Czy aby na pewno żyję? Czy nie śnię? Nie byłem w stanie w to uwierzyć. Jak to możliwe, że palą ludzi, dzieci, a świat milczy? Nie, to nie może być prawda. To jakiś zły sen... Zaraz się obudzę, zerwę z bijącym sercem na równe nogi i stwierdzę, że jestem w swoim dziecięcym pokoju pośród książek...” 

Więźniowie poddawani nieustannemu terrorowi, zredukowani zostali do miski zupy i kromki chleba. Największym lękiem było zostać odsianym na przemiał, do komory. Największą nadzieją, że bliscy mogą jeszcze być wśród żywych. Śmierć była jedynie kwestią czasu. „Wszyscy dookoła płakali. Ktoś zaczął odmawiać kadisz, modlitwę za zmarłych. Nie wiem, czy w długich dziejach narodu żydowskiego zdarzyło się kiedykolwiek, by ludzie odmawiali za samych siebie kadisz.” 

Wiesel pracował z ojcem w Buna (Werke – zakłady chemiczne przy KL Auschwitz) aż do przesunięcia się frontu w kierunku obozu. W styczniu wycieńczonych do granic pojęcia więźniów skazano na długą wędrówkę w kopnym śniegu. Szacuje się, że w czasie Marszu Śmierci z KL Auschwitz zginęło nawet 15 tysięcy więźniów. Po drodze dwa tygodnie Heftlingowie spędzili w AL Gleiwitz (Arbeitslager – obóz pracy przy dzisiejszej ulicy Przewozowej), stamtąd koleją przetransportowano więźniów do Buchenwaldu. 

Noc Eliego Wiesela jest utworem zadziwiająco krótkim, ale niezwykle bogatym w treść, bardzo emocjonalnym, jednocześnie dość obiektywnym i surowym, wobec którego nie można pozostać obojętnym. Przeglądając spis lektur nie natrafiłam na Noc, choć już dawno znajduje się w szkolnym kanonie uczniów zagranicą, podobnie jak Dziennik Anny Frank. Do niedawna na liście znajdowały się Medaliony, których brak. Został jedynie Tadeusz Borowski ze wzruszającą powieścią Pożegnanie z Marią.

Cormoran Strike prowadzi śledztwo

Kiedy gruchnęła wiadomość, że nikomu nieznany pisarz, debiutant mający na koncie dość błyskotliwą, ale kiepsko stojącą w kolejce po laur bestselleru książkę Robert Galbraith*, to znana wszystkim "matka" Harry'ego Pottera, wcale mnie to nie zdziwiło. Wielu pisarzy, by oddzielić swoje wymyślone uniwersa przybiera inne pseudonimy, jak choćby nasz Joe Alex, który jest alter ego Macieja Słomczyńskiego.

Choć od wydania pierwszej powieści, Wołania Kukułki, minęły trzy lata, jakoś nie paliłam się do tej lektury. A szkoda, bo to bardzo dobra powieść! Podobnie jak w przypadku polecanej przez czytelniczkę Wyspy klucz - sięgnęłam po Galbraitha przez gorące zapewnienia, że mi się to na pewno spodoba.


Cormoran Strike, zwalisty i włochaty jak niedźwiedź grizzly, weteran wojenny z deficytem prawej nogi, prowadzi cienko przędącą agencję detektywistyczną w centrum Londynu. Pewnego dnia jego życie zmienia się za sprawą dwu kobiet, Charlotte, z którą po 16 latach definitywnie się rozstaje oraz Robin, sekretarką z biura Tymczasowe Rozwiązanie. Ten sam dzień przyniósł ze sobą również coś innego - ważnego klienta, który na zawsze zmieni oblicze biura.
Wołanie Kukułki to nie tylko sprytnie pomyślany kryminał, ale także pstryczek w nos dla mediów i świata show bussinesu - śledztwo dotyczy śmierci supermodelki i obnaża zachłanny światek mody i interesów.

W osiem miesięcy po rozwiązaniu zagadki tajemniczej śmierci Luli Landry, w biurze zjawia się niepozorna kobieta w średnim wieku, bezskutecznie poszukująca swojego męża, znanego awangardowego pisarza, który zaginął wraz z ostatnią niewydaną skandalizującą powieścią Bombyx Mori (Jedwabnik). Biuro, po tym jak Strike pojawiał się na pierwszych stronach gazet, zostało zasypane ofertami ofertami śledzenia niewiernych kochanek i wiarołomnych mężów, więc Cormoran z wielką chęcią podejmuje się misji zwrócenia kobiecie męża. Klimat powieści jest zbliżony do Morderstw w Midsomer i kryminałów Agathy Christie, a Galbraith tym razem nie oszczędza światka wydawniczego. Sama zagadka kryminalna jest... dość oczywista i domyśliłam się kto zabił, kiedy Galbraith wprowadził tę osobę "na scenę".
 
Trzecie spotkanie ze Strikiem i jego dzielną partnerką to Żniwa Zła. Ta część jest bardzo mroczna, a czytelnik dostaje nie lata orzech do zgryzienia, ponieważ podejrzanych jest aż trzech. Zniknął (niestety) klimat powieści lekkich detektywistycznych, a w zamian mamy brutalny dreszczowiec z elementem "mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet". Galbraith świetnie dobrał soundtrack - morderca ma fioła na punkcie zespołu Blue Öyster Cult.

Wielkim zaskoczeniem dla mnie było, że imię Cormoran nie pochodzi od nadwodnego ptaka (po angielsku cormorant), tylko od olbrzyma z kornwalijskiej legendy. W każdym razie ładnie by pasowało - Robin (rudzik), Cormoran i Kukułka. 

Jeżeli czytaliście Harry'ego Pottera pamiętacie częste cytowanie Proroka Codziennego - i w Strike'u mamy częste wyimki z prasy wplecione w intrygę. Jeżeli rozdawałabym plusy i minusy to minus (ale taki maleńki) za wyświechtany trick z wizytówką w pierwszej części, a duży, ale to ogromny plus za postać Robin - to silna, mądra i oryginalna bohaterka. Powieści Galbraitha bardzo polecam, bo to naprawdę dobrze napisane książki i widać w nich warsztat szlifowany przez lata. 

Niedawno gruchnęła informacja, że Rowling jest w pisarskim ciągu i obiecuje nam dwie nowe powieści, w tym jedną o Cormoranie. A BBC wyczuwając pismo nosem już kręci serial, na który fani czekają (w rolę detektywa wciela się Tom Burke, a Robin będzie grała Holliday Grainger).
 

* będę się trzymała męskiej formy i w poście będę pisała o TYM Galbraithcie, nie o JK Rowling.

Front burzowy - Jim Butcher

Na fali zainteresowania przygodami czarodziejów (Harry Potter) zabrałam się za długo odkładaną serię Akta Harry'ego Dresdena Jima Butchera. Parę ładnych lat temu oglądałam serial oparty na serii, który zachęcił nas do kupienia książek - mąż przeczytał je od razu, a ja zwlekałam. 

żródło: LubimyCzytac.pl

Front burzowy to klasyczne urban fantasy o magu detektywie wplątanym w zagadkowe morderstwa; Dresden lawiruje między światem niemagów, czyli zwyczajnych ludzi i niesamowitych stworzeń: tworzy pułapkę na elfy, mieszka z duchem powietrznym Bobem zamkniętym w spreparowanej czaszce, spotyka się z wampirzycą prowadzącą dom publiczny. Czytelnik zostaje także wprowadzony w reguły rządzące światem Dresdena - porządku strzeże Biała Rada, a 7 skodyfikowanych praw nie daje furtki chcącym nadużyć mocy. Ze strony niemagów na straży porządku stoi policjantka Karrin Murphy, która darzy Harry'ego zaufaniem, chyba jako jedyna w policyjnym światku. 

Pomysł jest naprawdę przedni i byłam skłonna prześledzić cała serię - choć Butcher wydał kilkanaście książek, w Polsce ukazało się na razie 9. Dresden, trochę stylizowany na Chandlerowskiego Marlowa, wydaje się podobnie cyniczny i sponiewierany życiem, tak samo wiąże koniec z końcem oczekując na kolejne zlecenie od klienta, bo jako prywatny detektyw-mag, powiedzmy szczerze, nie ma zbyt wielu ofert. 

Butcher oferuje całe uniwersum złożone z duchów, wampirów, demonów, wilkołaków, etc., systematyzuje i tłumaczy. I wszystko byłoby dobrze, gdyby... Butcher potrafił pisać. Niestety powieść pisana jest w pierwszej osobie i czytelnicy muszą znosić smędzenie Dresdena. Miejscami autor piekielnie przynudza, przez co cała akcja zwalnia jak pociąg towarowy przed przejazdem. Może Rowling i Gaiman mnie zbyt rozpieścili, żebym doceniła Akta Harry'ego Dresdena; w każdym razie o ile może wrócę kiedyś do serialu, to do książek raczej nie. 

Polki, które zadziwiły świat - Joanna Puchalska

Polki, które zadziwiły świat to 13 portretów mniej znanych, a wartych przypomnienia życiorysów kobiet, które swoją odwagą i determinacją pokonały przeciwności losu. Można wyodrębnić dwa nurty, którymi autorka, Joanna Puchalska kierowała się przy wyborze historii – pierwszy to kobiety czasów wojny, kurierki, łączniczki, żołnierki, więźniarki, drugi nurt skupia się na czasach pokoju, gdzie kreatywność kobiet nie ma granic. 
źródło: LubimyCzytac.pl


Pełne anegdotek i ciekawych, niekiedy mało znanych faktów historycznych rozdziały poszeregowane są chronologicznie. Puchalska zaczyna od dzielnej Anny Doroty Chrzanowskiej, uczestniczącej czynnie w obronie twierdzy Tremblownia (1675 rok). Porównuje małżeństwo Chrzanowskich do postaci Michała i Basi Wołodyjowskich. W dalszej części książki natrafiamy na życiorys Anny Henryki Pustowujtówny, żołnierza powstania styczniowego, adiutant Mariana Langiewicza, która dzielnie znosiła znoje życia w kamaszach. Jej sława obiegła ówczesną Europę – jej fotografie w mundurze wystawiano w witrynach, a gazety z wywiadami sprzedawały się na pniu. 

Anna Henryka Pustowójtówna w mundurze powstańczym 1863. źródło: wikipedia.org

Janina Lewandowska, jest kolejną kobietą o niezłomnym charakterze – córka generała Józefa Dowbora-Muśnickiego chciała występować na kabaretowych scenach, ale los sprawił, że porzuciła karierę sceniczna na rzecz… lotnictwa. Potrafiła nie tylko pilotować samolot, ale także skakała ze spadochronem. W sierpniu 1939 dostała kartę mobilizacyjną; wzięta do niewoli niedługo potem przetrzymywana była w obozie w Kozielsku. Jest jedyną kobietą straconą przez NKWD w Katyniu. Jej młodszą siostrę rozstrzelano w Palmirach.

W 1718 przyszła na świat Salomea Regina z Rusieckich Pilsztynowa, lekarka i okulistka lecząca między innymi kobiety z haremu sułtana. Rozdział opiera się po części na pamiętnikach zostawioną przez panią doktor, w których „swobodną polszczyzną” opisywała swoje przygody, które zwrotami akcji przyprawiają o zawrót głowy i są niemalże gotowym scenariuszem do filmu!

Inną kobietą nauki jest wymieniona przez Puchalską Alicja Dorabialska, pierwsza kobieta profesor na Uniwersytecie Lwowskim. Jej inspiracją było życie i praca Marii Skłodowskiej-Curie, u której odbywała staż. Od najmłodszych lat przejawiała niezwykły głód wiedzy i niezłomny charakter. W czasie okupacji udzielała się w tajnych kompletach, ucząc miedzy innymi sławnego z książki Kamińskiego „Zośkę”.


Izabela Czartoryska, portret pędzla Aleksandra Roslina z 1774 roku, źródło: wikipedia.org

Warto zwrócić uwagę na życiorys Izabeli z Flemmingów Czartoryskiej, której lata życia przypadają na czasy rokoka i oświecenia. Była założycielką pierwszego w Polsce muzeum, ochoczo urządzała przedstawienia i żywe obrazy, w których brała udział. Opublikowała szereg poradników dotyczących pielęgnacji ogrodu i urządzaniu wnętrz, dbała również o dobro i edukację okolicznych mieszkańców zakładając szkołę powszechną i zawodową. Izabela Czartoryska jest przykładem kobiety mądrej i niezależnej. Można powiedzieć, że jej spuściznę kontynuowała córka, Maria Wirtemberska, sławna pisarka ówczesnej Polski.

W Polkach, które zadziwiły świat znajdziemy równie pasjonujące życiorysy Wandy Ossowskiej, kurierki i łączniczki związanej z konspiracyjnym podziemiem Lwowa, Haliny Konopackiej, sławnej medalistki olimpijskiej w lekkoatletyce, Beaty Obertyńskiej, poetki i więźniarki łagru, Cezarii Iljin-Szymańskiej, powstańca i architekt, związanej przez całe życie z Warszawą, która po wojnie pomagała odbudować, a także malarki Marii Anto, znanej niestety bardziej za granicą niż w Polsce, co mogło być spowodowane jej działalnością antypartyjną.

Chociaż brakuje mi w zestawieniu Modrzejewskiej, Sendlerowej czy Negri rozumiem i popieram decyzję Puchalskiej, by uhonorować mniej znane bohaterki. Ich losy stanowią piękny obraz kobiecej siły, determinacji i niezłomności, które warto naśladować.

Podcast audycji z radiowej Dwójki Niewolnicy i spadochrony, czyli losy odważnych Polek (wywiad z Joanną Puchalską)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Muza.

Dziewczyna z pociągu - Paula Hawkins

Dziewczyna z pociągu jest wspaniałym produktem marketingowym, ale bardzo średnim thrillerem. Hawkins mówi o naszej kondycji, jako społeczeństwa, nie ważne, że rzecz dzieje się w Wielkiej Brytanii, bo przemoc wobec kobiet, przemoc domowa jest poważnym problemem na całym świecie. 

źródło: LubimyCzytac.pl

Alkoholiczka Rachel po rozwodzie z Tomem pomieszkuje u przyjaciółki. Rano, jak zwykle wybiera się do pracy pociągiem ósma cztery… z tym, że nie pracuje już od jakiegoś czasu. U kobiety pogłębia się depresja, kiedy widzi swoją następczynie, Annę z dzieckiem. Z dzieckiem, którego nie mogła dać Tomowi. Równocześnie zza okna wagonu obserwuje parę idealną, i ogrzewa się w blasku ich idealnego życia. Jednakże pozory mylą i nic nie jest takie, jakie się wydaje. Dochodzi do tragedii i tylko Rachel mogłaby pomóc, gdyby nie zaniki pamięci.

Historia jest dość prosta. Mamy raczej do czynienia z dramatem kameralnym niż kryminalnym. Może czytałoby się to dobrze, ale język jest prosty jak dla sześciolatka i od pierwszych stron właściwie można się domyślić, co się wydarzy. Rachel jest wykreowana na bohaterkę złamaną, doświadczoną, która ma odbić się od dna, odegrać ważną rolę, ale jest irytująca i natrętna jak końska mucha; ma prawo być słaba, przecież jej przeżycia każdego uczyniłyby słabym, ale jakoś nie mogłam się zmusić, by jej współczuć.

Filmu jeszcze nie widziałam, ale zamierzam. Lubię Emily Blunt i jestem ciekawa, czy ożywiła postać Rachel.

Wyspa klucz - Małgorzata Szejnert

Rodzinna legenda głosi, że wuj Poldek stracił w Ameryce nogę. To zawsze była dla mnie przestroga przed tramwajami, bo – prawdopodobnie przez gapiostwo – noga utkwiła mu w szynach, a tramwaj ją skutecznie amputował. Ale za sprawą Wyspy klucz Małgorzaty Szejnert zaczęłam patrzeć na wuja Poldka zupełnie inaczej – jakiej trzeba odwagi i samozaparcia by płynąć do Ameryki na początku ubiegłego wieku!

Przez niemal wiek imigranci chcący zacząć nowe życie w Stanach Zjednoczonych zmuszeni byli przechodzić żmudne kontrole na wyspie Ellis. Wysepka początkowo miała niewiele ponad trzy akry, a jej nazwa pochodzi od nazwiska jednego z właścicieli: Samuel Ellis kupił ten kawałek piachu w 1773 i prawdę mówiąc sam nie wiedział, co miałby z tym zrobić. Teren ten pierwotnie należał do Indian z plemienia Lenni Lenape, a nazywali ją wyspą mew, lub później wyspą ostryg. Kiedy indziej zaś do wyspy przylgnęła etykietka wyspy wisielców, ponieważ wieszano na niej piratów.

Pod koniec XIX-go wieku Ellis Island stała się wrotami do raju Stanów Zjednoczonych. To tu działał ośrodek przyjmowania imigrantów. W miarę upływu czasu wyspa rozrastała się; powstawały na niej kolejne obiekty, takie jak dormitorium, wielooddziałowy szpital, a także niewielki park. Jednakże to, co miało działać jak dobrze naoliwiona maszyna zaczęło szwankować – ośrodek miał na celu selekcję uchodźców w celu odsiania elementu niepożądanego: w czasach międzywojennych emigrant mógł być odesłany nie tylko z powodu podejrzenia o chorobę zakaźną, taką jak gruźlica czy jaglica, czy niemoralnego prowadzenia, ale i podejrzenia o przynależność do ugrupowań socjalistycznych. Wprowadzono również przepis o zakazie wjazdu osób, które nie mają dziesięciu dolarów na utrzymanie i ewentualna podróż (niekiedy było to ustawowe pięć dolarów); również odmawiano wjazdu robotnikom kontraktowym, oraz… Chińczykom.
Imigranci w kolejce do badań i przesłuchań, 1904 r. źródło: wikipedia.org

Reportaż Małgorzaty Szejnert jest również poświęcony pamięci osób, które pracowały na wyspie: z wielkim oddaniem i dla dobra przypływających do Ameryki komisarzy wyspy, szeregowych pracowników, matron (żeńska pomoc, dziś można by powiedzieć, że to pewnego rodzaju wolontariuszki, czy pracownice socjalne), wśród których znaleźli się między innymi John. B. Weber, William Williams, czy Robert Watchorn. Jednym z zatrudnionych na wyspie był Fiorello la Guardia, późniejszy wieloletni senator, którego imieniem nazwano port lotniczy. Do dziś możemy oglądać przewspaniałe fotografie wykonane przez Augustusa Shermana; jego dorobek jak na ćwierć wieku pracy na Ellis jest zaskakująco niewielki, bo zaledwie dwieście pięćdziesiąt zdjęć. Ale zachwycają one klimatem i są niezwykłym dokumentem etnograficznym; widać na nich nowo przybyłych wystrojonych w niedzielne ubrania podróżnych, większość ma na sobie stroje ludowe, które już niedługo ustąpią miejsca miejskim sukienkom i ubraniom roboczym.
Przybycie na Ellis, ok. 1908 (zdjęcie wykonane przez Lewisa Hine'a), domena publiczna, źródło; wikipedia.org

Wyspa Ellis musiała widzieć wiele bólu, ale i wiele szczęścia – połączone po latach rozłąki rodziny, jak rodzina Jagielskich: Józef Jagielski na przełomie wieków pisał do żony by do niego dołączyła; niektórzy już zadomowieni dawali listownie rady, co zabrać i jak się zachować, wysyłali szyfkarty, które podobnie jak list do Franciszki Jagielskiej nigdy nie dotarły, bo korespondencję zatrzymywała carska cenzura. Jednakże Franciszka dołączyła do Józefa po ponad dwudziestu latach rozłąki, kiedy ich dzieci dorosły i usamodzielniły się. „W latach 1892-1954 do portu nowojorskiego – pisze Szejnert – przypłynęło ponad szesnaście milionów sześciuset imigrantów (…) Ponad sześciuset dziesięciu tysiącom odmówiono wstępu do Stanów Zjednoczonych.” Jak wiele rodzin rozdzielono, jak wiele marzeń podeptano?

Nie wiem, jak ułożyły się losy wuja Poldka, prócz rodzinnej anegdotki nie zostało nic, co by zaświadczało o jego życiu, podejrzewam że ze znaczną częścią imigrantów chcących śnić amerykański sen jest podobnie. Po ośrodku na wyspie Ellis pozostało muzeum, pełne artefaktów z życia pomiędzy światami: starym, europejskim, i tym nowym, przepojonym niekiedy płonnymi nadziejami.

Zaśpiewaj mi książkę, czyli o piosenkach inspirowanych literaturą

Literatura inspiruje! I to nie tylko filmowców. Muzycy również czerpią po książkowe klimaty, które dają im impuls do napisania świetnych piosenek. Literatura, szczególnie poezja od zawsze była kojarzona z muzyką, wystarczy wspomnieć pieśni romantyczne do słów najwybitniejszych poetów. Pop i rock również korzystają poprzez to, że tekściarze sięgają po literaturę. Gdyby nie te inspiracje nie mielibyśmy takich świetnych piosenek jak:

Postać z Dickensowskiego Davida Copperfielda, Uriah Heep stała się nazwą brytyjskiego prekursora heavy metalu. Podobnie jak słynny zespół The Doors zaczerpnął nazwę z Drzwi percepcji wspomnianego już Aldousa Huxleya. Widać w latach 60/70 kapele zakładali ludzie oczytani - John Kay postanowił nazwać grupę Steppenwoolf po Wilku stepowym Hessego. Jeżeli nazwa Veruca Salt z czymś się Wam kojarzy, to spieszę donieść, że to nie tylko nazwa brytyjskiej grupy muzycznej, ale i postać z Charliego i fabryki czekolady. Camus nie tylko inspirował Obcym - Upadek dał nazwę brytyjskiej kapeli post-punkowej The Fall. Kultowa formacja Marillion zapożyczyła nazwę z Tolkienowskiego Silmarillionu. Mechaniczną pomarańczą Anthony'ego Burgessa inspirowali się Moloko (młodzieżowe słowo określające mleko) oraz zapomniana grupa z lat 80-tych Heaven 17 (nazwa wspominanej w powieści grupy muzycznej). 
Oczywiście takich odniesień jest mnóstwo i można prowadzić obszerne badania nad wpływem literatury na muzykę. A może macie jakieś swoje ulubione piosenki inspirowane powieściami?