Header Image

Spowiedź dziecięcia marines

Utwory Pata Conroya oscylują zasadniczo wokół jednego tematu: trudne dorastanie w rodzinie oficera marines. Amerykańscy marines to niemal grupa społeczna, z własnymi osiedlami, zasadami. Życie z głową rodziny, która przenosi wojskowy dryl na grunt rodzinny jest trudne, obfituje w akty przemocy fizycznej i psychicznej. Synów wychowuje się (bardziej pasuje słowo: trenuje) na dobrych marines, a córki na dobre żony marines. Od syna, szczególnie pierworodnego wymaga się, by prześcignął ojca, ale paradoksalnie, kiedy syn da się poznać jako silny mężczyzna, zaczyna się swoista walka kogutów. Conroy wychował się jako najstarszy z siedmiorga dzieci pułkownika Piechoty Morskiej. Większość tego, co przeżył jako dziecko i nastolatek, całą tę traumę opisał w takich utworach, jak Wielki Santini, czy Władcy dyscypliny. Nie sposób pisać o jego powieściach pomijając życiorys.
Wielki Santini to przydomek używany przez Byka Meechama, starzejącego się Marine, ojca czworga dzieci i męża pięknej Lilian. Byk nie terroryzuje dzieci non stop, jak sugerowałoby wiele pobieżnych opisów książki. Presja, bat nad głową, obawa przed wybuchem – tak. Ale w domu wiele jest ciepła, żartów (spodziewałam się, że dzieci będą siedziały jak myszki pod miotłą, ale pozwalają sobie na różnego rodzaju psikusy i żarty słowne), zabawy w wojnę, dzieci i dorośli mają swoje specyficzne zwyczaje.
Nie będę rozwodziła się nad psychiką żołnierza, ale myślę, że Byk jest po prostu facetem niedojrzałym emocjonalnie. Nawet język, którego używa przekomarzając się z przyjaciółmi, z tego, co zdążyłam zaobserwować (np. w książce Marcinki) jest wyjątkowo szczylowski, przy czym przekomarzania Bena i Mary Anne (dwójki starszego rodzeństwa) wyglądają dojrzale.
Wielki Santini to wspaniała powieść. Wciąga – może nie od pierwszej strony i gwałtownie, ale powoli wnikamy w życie Bena i Byka. Poznajemy również życie na Południu z jego zaszłościami, podziałami społecznymi, wymogami życia. Przy tym Conroy pisze niezmiernie plastycznie, co podchwyciło Hollywood przekładając powieść na język filmu. Powiem szczerze, że film widziałam tak dawno temu, że pamiętam z niego tylko grę w koszykówkę. Myślę, że jednak książka bardziej wbije mi się w pamięć, bo zrobiła na mnie mocne wrażenie.
A już w niedługim czasie sięgnę, jak niektórzy zauważyli, po Księcia przypływów. Już się cieszę:)

Co będziemy czytać w... 1958 roku?



 
Niestety, artykuł jest niedokończony. Pochodzi z książeczki/kalendarza na rok 1958. W książeczce są jeszcze wszelkiego rodzaju porady (jak coś z czegoś sprać), co się będzie nosiło, jak opiekować się papużkami/kotami/żółwiami, etc. Ten artykuł wydał mi się na tyle ciekawy, że postawiłam go zamieścić.Co się czyta do dziś, o kim zapomnieliśmy? 

Moralny Nieład - Margaret Atwood

Moralny Nieład Margaret Atwood to jedenaście opowiadań z różnych okresów życia kobiety. Niektóre są prowadzone z pozycji pierwszej, niektóre z pozycji trzeciej osoby. Z początku bohaterka jest bezimienna, lecz później (może dlatego, że już ukształtowana psychicznie) zyskuje imię Nell. Nell jest alter ego samej Atwood, która w wątki życia kobiety wplotła sporo własnych nici. Autorka urodzona w Ontario większą część dzieciństwa spędziła w kanadyjskich lasach u boku ojca entomologa i matki dietetyczki. Oczekiwanie na przyjście na świat rodzeństwa wyznaczyło początek odpowiedzialności, a wraz z nim koniec dzieciństwa. A ten moment oczekiwania na dziecko, które miało się narodzić (Atwood jest „środkowym” dzieckiem) pięknie opisała w opowiadaniu Sztuka gotowania i podawania, gdzie jako jedenastolatka w skupieniu robi na drutach wyprawkę dla malutkiej siostrzyczki. W innym opowiadaniu – już starsza nastolatka, trochę zbuntowana, ale bardzo grzeczna i rozwinięta intelektualnie – analizuje wiersz, który „ma być” na egzaminie, co jest tylko pretekstem do głębszych rozważań. Na pewno na długo w pamięci zostanie mi tytułowe opowiadanie. Napisane w podobnym tonie, co Jajko i ja Betty MacDonald, pokazuje formułowanie się stosunku Atwood do zwierząt. Autorka bowiem od lat jest wegetarianką i działa w Kanadzie na rzecz ekologii.
Właściwie, gdyby nie Dyskusyjny Klub Książki nigdy sama z siebie nie sięgnęłabym po Atwood. Oczywiście nazwisko jest mi znane; wiedziałam, że to kanadyjska pisarka, poczytna i ekranizowana. Styl Atwood jest dość prosty i powściągliwy, przy tym bardzo obrazowy. Dialogi mogą razić, jako nieprawdziwe, ale kiedy autorka oddaje się wspomnieniom, czyta się ją jednym tchem. Opowiadania Margaret Atwood mogę z czystym sercem polecić osobom lubiącym powieści obyczajowe. Czy sięgnę po „jeszcze”? Nie mówię nie…

Pchli Pałac - Elif Şafak

Pierwszego maja 2002 roku, w środę, o godzinie 12.20 brudna furgonetka – z przodu, z tyłu, z lewej i z prawej strony pokryta mnóstwem mniejszych i większych napisów, ozdobiona na jednym boku wizerunkiem gigantycznej myszy ze szpiczastymi zębami, a na drugim postacią wielkiego, czarnego włochatego pająka – stała zaparkowana od wczesnych godzin rannych na rogu wąziutkiej uliczki wychodzącej na jedną z głównych arterii Stambułu.(…) [Kierowca furgonetki] nazywał się Krzywda Öztürk. Od ponad trzydziestu lat zwalczał robactwo, ale przez te wszystkie lata nigdy nie czuł takiej awersji do swojej pracy jak owego dnia. – Tak, niczym baśniowa Szeherezada, zaczyna snuć swoją opowieść Elif Şafak. Powieść Pchli Pałac tonem narracji przypomina bowiem Baśnie tysiąca i jednej nocy. Opowieść Krzywdy Öztürka niepostrzeżenie przeistacza się w historię nieszczęsnej Agrypiny Fiodorowny Antipowej, która z kolei jest preludium do przedstawienia osobliwych mieszkańców pewnej rozpadającej się kamienicy, zwanej Pałacem Cukiereczek.
Wielowątkowa powieść Şafak to również duchowa mapa Stambułu, jednocześnie ukochane przez autorkę miasto jest tłem dla trafnych spostrzeżeń na temat małżeństwa, samotności, wyobcowania, starości, przemijania, a nawet sposobów robienia porządków domowych. Elif Şafak jest wspaniałą obserwatorką, która potrafi wejść w życie każdego, wywrócić je na lewą stronę, wytrzepać jak stary dywan, a z tego, co wypadnie – potrafi utkać kwintesencję postaci. Jak przyznała w jednym z wywiadów Mam obsesję na punkcie szczegółów; przygotowując się do pisania Pchlego Pałacu Şafak krążyła po Stambule kolekcjonując napisy na murach, w owym czasie czytała również na temat insektów i pestycydów, by dobrze przygotować się do tematu.
Z racji swojej wielokulturowości (Şafak urodziła się we Francji, wychowała w Hiszpanii, obecnie mieszka po pół roku w Turcji i USA) jej pisarstwo jest również internacjonalne. Porównywana do Orhana Pamuka czerpie inspiracje zarówno z tradycji literatury zachodniej (Michel Tournier, Witold Gombrowicz, Nikołaj Gogol, James Baldwin, Edgar Allen Poe, JL Borges), jak i wschodniej (Rumi, Sadi, czy Khalil Gibran). I ten specyficzny dualizm widać także w strukturze powieści: [Pisanie] jest dla mnie tańcem intelektu z intuicją. Taniec ten, jak widać służy pisarce, bo jej powieści bardzo dobrze się sprzedają na całym świecie. Gdybym przyznawała książkom gwiazdki, Pchli Pałac dostałby ich najwięcej. Na pewno sięgnę po inne książki autorki (dotychczas przeczytałam tylko Czarne mleko) – w pierwszej kolejności po Bękarta ze Stambułu i Lustra Miasta.
Przygotowując recenzję korzystałam z wywiadów, które można przeczytać na stronie autorki: http://www.elifsafak.us/en/

Perswazje - Jane Austen

Perswazje zostały napisane blisko dwieście lat temu. Myślałby człowiek, że wszystko się zmieniło przez te dwa stulecia, że ludzie są inni. Ale nic bardziej mylnego: Perswazje są chyba najbardziej ponadczasową powieścią Austen. Nikomu, myślę, nie muszę przybliżać biografii tej wielkiej pisarki, i jestem pewna, że macie na koncie chociaż jedną jej powieść.


Jak na uczucie wpłynie upływ czasu, kiedy przez osiem lat nie widziało się obiektu swej miłości? Jak zachowuje się mężczyzna, którego duma ucierpiała? Powieść Austen ma dość prostą konstrukcję: Anna Elliott mając dziewiętnaście lat za radą matki chrzestnej odrzuciła oświadczyny młodego wówczas i będącego bez grosza Fryderyka Wentwortha. Po latach spotykają się znów i za sprawą przypadku przebywają w jednym towarzystwie. Czy Anna, ładna, lecz już nie tak młoda, kocha Fryderyka? Czy w dumnym pięknym mężczyźnie tli się krzta uczuć?
Oprócz oczywiście siły uczuć głównej pary bohaterów, Austen opisuje również... walkę z upływem czasu. Czas jest dla kobiet mniej łaskawy niż dla mężczyzn, co oczywiste i kobieta nieomal trzydziestoletnia nie może się świeżością równać z nastolatką. O ile kapitan Wentworth po ośmiu latach jest pięknym mężczyzną w kwiecie wieku, kobietom w wieku Anny zaleca się unikania słońca, używanie barwiczki i wybielanie twarzy. Właściwie to, że kobiety za czasów regencji malowały się uświadomiła mi Porcelana z bloga Buduar Porcelany, która nawet podaje ówczesne receptury.
Każdy wydobywa z książek to, co podpowiada mu jego charakter i jego curriculum vitae, więc jako już-nie-nastolatka zwracam uwagę na bohaterki w moim wieku. Jeszcze na chwilę wrócę do Anny Kareniny: powieść czytałam dobre dziesięć lat temu, a dopiero niedawno zwróciłam uwagi na pewien motyw, otóż - Anna Karenina chce być adorowana, kochana, podświadomie zazdroszcząc świeżości Kitty. Jest świadoma tego, że dziś jeszcze podoba się mężczyznom, ale już za kilka lat żaden się za nią nie obejrzy, żaden nie obdarzy ją wzrokiem pełnym uwielbienia. Próżność? Jeśli tak, to większość z nas może się do niej przyznać. Ale Anna K. dała się jej ponieść. [Oczywiście nie mam zamiaru jej osądzać, bo jej historia była raczej pretekstem do ukazania nierówności płci].
Anna Elliott jest inna, niż jej późniejsza imienniczka. Mądra, cicha, miła, przy tym posiadająca delikatną urodę, nie ściąga uwagi mężczyzn. Dla niej upływ czasu nie ma znaczenia, ale zauważa go. Jest świadoma, że nie wygląda już tak ładnie, jak wtedy, kiedy Fryderyk był w niej zakochany. Jednak Austen obdarza bohaterkę pięknem wewnętrznym, które działa lepiej niż sto tysięcy barwiczek.
Perswazje są także pięknym studium uczuć dojrzałych, pełnych rezerwy, tłumionych. Uczucia ludzi młodych wybuchają jak fajerwerki, uczucia ludzi starszych, bardziej doświadczonych są ukryte, może nawet głębsze?
To bez wątpienia najlepsza powieść autorki. Wydana, niestety, pośmiertnie.

Wspomnenia z getta warszawskiego

Nie wiem, czy będę się mogła otrząsnąć z takiej dawki smutku i przerażenia. Kończyłam dwie wstrząsające książki: Pamiętnik i inne pisma z getta Janusza Korczaka oraz Pianistę, czyli wspomnienia Władysława Szpilmana. Obaj byli postaciami znanymi w przedwojennej Warszawie, jeden był społecznikiem, drugi – artystą. Jeden zginął u boku wychowanków, drugi – cudem ocalał z holokaustu. Obaj – i Korczak i Szpilman – zamknięci byli w warszawskim getcie, w którym zgromadzono około 460 tysięcy osób na stosunkowo małym obszarze. Tuż przed wojną w Polsce żyło 3,5 miliona Żydów. Po wojnie zostało ich zaledwie 240 tysięcy. Systematycznie wykańczani psychicznie, a później i fizycznie, doprowadzani do nędzy, chorób, w końcu mordowani na masową skalę.
Pamiętnik Korczaka pisany jest w większości w 1942 roku, ostatni zapis datowany jest na kilka dni przed wywózką Domu Sierot do Treblinki, gdzie zginęli wszyscy bez wyjątku. Szpilman spisał swoje wspomnienia tuż po zakończeniu wojny, jeszcze „na świeżo” (pierwsze wydanie jego wspomnień było w roku 1946, ale później cenzura uniemożliwiała dalsze wydania z uwagi na niewygodne dla siebie fakty).
Janusz Korczak, lekarz, intelektualista, pisarz, propagator „wychowywania” dziecka (a nie jego „hodowania”, czy „tresowania”) był dyrektorem i wychowawcą jednego z pośród trzydziestu sierocińców i internatów, znajdujących się na terenie getta. W swoich zapiskach zostawił kronikę codziennych zmagań o egzystencję dużej grupy sierot, na tle coraz bardziej wyniszczanego getta. Bolesne są zapisy o „umieralni dla dzieci”, gdzie z 10-ciu przyjętych w tygodniu umierało dziewięć, lub wszystkie. Ale dla Janusza Korczaka dzieci to nie liczby w statystykach, a Moniuś, Reginka, czy Chaimek. Trzeba nie tylko napalić w piecu, dać jeść, oprać, podać lekarstwo, ale i przytulić, opowiedzieć bajkę o Kocie w butach. Po rozdziale Dwie trumny myślałam, że serce mi pęknie i chciałam odłożyć książkę. Nie mogłam. Taki niesamowity ładunek emocjonalny niosą ze sobą słowa Korczaka, że tylko kamień by nie zapłakał nad losem tych dzieci…
W Pianiście Szpilman wspomina Korczaka, jego odwagę i wierność ideałom. Zapiski Władysława Szpilmana napisane są z niemal dziennikarską pozbawioną zbędnych ozdobników precyzją. Muzyk pozostawia obraz getta z nieco innej strony, ale nadal jesteśmy w tym samym piekle, z którego trudno się wydostać. Pamiętam, że Roman Polański pisał, że z getta można było uciec, ale o wiele ciężej było przeżyć poza jego murami. Szpilman miał przyjaciół, którzy nie bali się narażać życia dla niego (państwo Buguccy), a także, jak już kiedyś wspominałam, trafił na „jedynego c z ł o w i e k a w niemieckim mundurze”; kapitan Wilm Hosenfeld jest bowiem ukrytym bohaterem Pianisty; do książki dołączone są fragmenty jego pamiętnika z roku 1943, które zadają kłam teorii, że o zbrodni przeciw ludzkości, którą uprawiali na ziemiach polskich naziści, nikt na zachód od Warty nie wiedział. W posłowiu napisanym przez Wolfa Biermanna (poeta, prozaik, a także dysydent niemiecki) dowiadujemy się, że ten przedwojenny nauczyciel pomógł nie tylko Szpilmanowi, ale innym Polakom.
Obie książki powinno się przeczytać. Każdy powinien po nie sięgnąć, jak sięga się po wstrząsające Medaliony Nałkowskiej. Obie książki są świadectwami woli życia i bezinteresownej ofiarności w opozycji do ludzkiego okrucieństwa.
Jeszcze taka mała dygresja na koniec. W Pianiście Polańskiego role tytułową zagrał Adrien Brody, którego dziadek jeszcze przed wojną przyjechał do Stanów. Tylko on przetrwał; cała rodzina zginęła w obozach śmierci. A ileż było takich rodzin, z których nie przetrwał nikt…

Atlas chmur - David Mitchell

Właściwie sięgnęłam po tę książkę w odwrotnej kolejności, niż zwykle, czyli PO filmie, nie przed. A było to tak: w kinie przed jakimś seansem (może Bond? nie pamiętam) leciało mnóstwo zapowiedzi, a wśród nich - zapowiedź Atlasu. Przeszły mnie ciarki i już się zakochałam nie obejrzawszy jeszcze filmu. Oczywiście, kiedy już obejrzałam, mogę powiedzieć, że w filmie jestem zakochana po uszy. Ale - gdyby nie film, po książkę nie sięgnęłabym z prostej przyczyny: niestety książka dostała etykietkę "fantasy", a ja nie czytuję fantasy (dobra, dobra, jeszcze w styczniu zamierzam sięgnąć po Władcę Pierścieni, a co?!;).
Cieszę się, że zapoznałam się z prozą Davida Mitchella, bo było warto. Urodzony w 1969 roku Mitchell jest autorem czterech powieści, z czego dwie nominowane były do prestiżowych brytyjskich nagród. Książka Atlas chmur została napisana w 2004 roku (pierwsze polskie wydanie jest dwa lata starsze), ale to właśnie za sprawą filmu została okrzyknięta objawieniem.
Atlas to właściwie pięć opowieści w jednym. Opowieść ma - dobrze nam znaną z Pamiętników znalezionych w Saragossie - budowę szkatułkową, czyli, niczym drewniane matrioszki mieszczą się jedna w drugiej. Sam początek to historia Adama Ewinga, który w połowie XIX-go wieku spisuje pamiętnik podczas swej morskiej podróży. Osiemdziesiąt lat później pamiętnik, już w formie książkowej, czyta młody genialny kompozytor, pracujący nad wiekopomnym dziełem. Opus Roberta Frobishera zarejestrowane na czarnej płycie wpada w ucho dziennikarce w USA lat siedemdziesiątych, itd, itp. Kiedy opowieść osiąga apogeum, mamy zwrot i każda opowieść domyka się w odwrotnej kolejności.
Książka Mitchella zachwyca nie tylko przemyślaną konstrukcją, ale i językiem. Każdy fragment utrzymany jest nie tylko w innym tonie, ale i pisany zupełnie innym językiem.
Atlas chmur to nie tylko opowieść o odradzaniu się duszy, geniuszu, o dobrych i złych uczynkach, ale i traktat utrzymany w duchu ekologii - do czego zmierza nas konsumpcyjny styl życia? czym może grozić zbijanie kapitału na nieekologicznych i nieetycznych surowcach? Czy ludzie, jako gatunek, jesteśmy skazani na, w najlepszym wypadku regres, w najgorszym na zagładę?
Do książki na pewno będę wracała w myślach, może kiedyś sięgnę po nią ponownie. Jest w niej coś takiego, że chociaż przeczytałam już coś innego (Pamiętniki Korczaka), dalej jestem duchem w opowieściach Mitchella. Być może już mam swoją książkę roku? Gdybym przyznawała jakiekolwiek gwiazdki w skali najlepszych/najgorszych książek, Atlas chmur dostałby najwyższą notę.

Straszni mieszczanie (zaległa recenzja na koniec roku)

W latach trzydziestych ubiegłego wieku Julian Tuwim opisywał w jednym ze swoich najbardziej znanych wierszy Strasznych Mieszczan, którzy zajęci płytkimi bolączkami dnia codziennego widzą tylko koniuszek własnego nosa.
Angielska proza, przede wszystkim „lekkie kryminałki” przyzwyczaiły nas do obrazu prowincji jako wylęgarni wścibskich, zakłamanych, dwulicowych typów, którzy w oczach sąsiadów pragną uchodzić za podpory lokalnej społeczności. Swoistą zapowiedź takich „strasznych mieszczan” dała nam JK Rowling w postaciach Vernona i Petunii Dursleyów, wujostwa Harry’ego Pottera, żyjących w Little Whinging. Nowej powieści Rowling bliżej jest do serii Morderstwa w Midsomer niż do Buddy z przedmieścia, a porusza istotne problemy społeczne, takie jak nietolerancja, przemoc w rodzinie, konflikt pokoleń, a także bieda czy bezpardonowe dążenie do uzyskania lepszej pozycji społecznej niż sąsiad.
Trafny wybór to powieść szczera i brutalna. W wielu reklamach pojawia się hasło brytyjski czarny humor, ale to raczej gorzkie spojrzenie na kondycję ludzką niezależnie od szerokości geograficznej. Powieść nosiła roboczy tytuł Odpowiedzialni, jednak ostatecznie autorka skłoniła się do tytułu The Casual Vacancy (tymczasowy wakat – nic mnie nie przekona, że tytuł zaproponowany przez wydawnictwo jest… hm… trafny), który zarazem stanowi punkt wyjścia dla powieści.
Rowling opisała to, co zna; wychowała się w małym miasteczku w hrabstwie Gloucestershir i jak sama przyznała w jednym z wywiadów W dużej mierze to moje własne wspomnienia, z okresu młodzieńczego, który nie był szczególnie szczęśliwy. I trzeba Rowling przyznać, że psychika i mentalność nastolatka w powieści uchwycona jest znakomicie.
Nie sposób nie porównywać „dorosłej” powieści Rowling do sagi o Harrym Potterze, jednakże dzieci w Trafnym wyborze pozbawione atrybutów magicznych stają się bezbronnymi ofiarami, a każdy dorosły – każdy z wyjątkiem uznanego pośmiertnie za nieomalże świętego Barry’ego – jest niezdolny do głębszych uczuć. To Barry scalał do tej pory społeczność, a kiedy go zabrakło – znikła również harmonia. Dorośli, tacy odarci z elementów komicznych mugole, noszą swoiste maski, za którymi kryją się żądze, podłość i obojętność; młodzież chcąc być szczera staje się zagubiona, a szereg zbiegów okoliczności (których oczywiście można było by uniknąć, gdyby ktoś okazał serce, lub choć odrobinę zainteresowania drugim człowiekiem) prowadzi do tragedii.
Trafny wybór to książka przemyślana, zbudowana starannie, jak domek z kart. Właściwie przypomina bardziej domino niż domek z kart; śmierć Barry’ego Fairbrothera pociąga ze sobą nieprzewidziane konsekwencje i jest zaledwie zarzewiem konfliktów, które przybiorą na sile.
Wydźwięk książki jest równie gorzki, co jej zakończenie. Nie uczymy się na błędach, nie ma się co oszukiwać. Silni nadal będą wyżywać się na słabszych, a wygrany zawsze przejdzie po czyimś… trupie.

Biała gorączka - Jacek Hugo-Bader

We wstępie do Białej gorączki Hugo-Badera Mariusz Szczygieł napisał, że autor "opisuje imperium z perspektywy wałęsającego się psa". Właściwie na tym opis książki można skończyć, bo w jednym zdaniu Szczygieł wspaniale zawarł kwintesencję reportaży Hugo-Badera.
Biała gorączka należy do książek, które przeczytać należny, o których się dyskutuje.
Reportaże powstały podczas wyprawy autora na niedostępne syberyjskie stepy, w czasie podróżny do Ukrainy, czy do biednej, jak mysz kościelna Mołdawii. Hugo-Bader UAZem-469, nazywanym sowieckim jeepem przemierza najdziksze tereny Rosji, na drogach której ludzie "giną jak muchy. W 2007 roku życie straciło ponad 30 tysięcy osób, tyle co w całej Unii Europejskiej". Świat, który opisuje nam autor jest brudny, zły i brzydki; pełen narkomanów (4 miliony), samobójców, pijaków (kolejne 4 miliony obywateli) i wyrzutków. Wypadek w kopalni, w którym zginęło stu górników, to tylko statystyka.
Ale zdarzają się kurioza - Hugo-Bader rozmawia z "wykładowcą" na byłym Uniwersytecie Kultury Hipizmu, który oferował zajęcia z teatru, literatury, historii sztuki, ale i estetyki biedy i filozofii hipizmu z elementami psychologii.
Tak, jak napisałam wcześniej - ta książka to lektura obowiązkowa. Mnie ten ogrom biedy i zdziczenia znużył mniej więcej w połowie, ale książkę doczytałam z wypiekami na twarzy.
Mam tylko szczerą nadzieję, że nie cała Rosja jest taka, jaką opisuje Hugo-Bader.

Wilk. Szlaki życia Jacka Londona - James L. Haley

Był początek lat 90-tych. Całą klasą poszliśmy do kina na nową ekranizację Białego Kła. Film był zachwycający, mądry i wzruszający. Innym razem w telewizji widziałam Zew Krwi, ukazujący ciężki żywot traperów, gdzieś hen, na dalekiej północy. Autorem książek, na podstawie których nakręcono oba filmy, był Jack London. Wielki amerykański pisarz początku ubiegłego wieku.
London do dziś jest uważany za jednego z najważniejszych pisarzy, choć przylgnęła do niego etykietka pisarza dla chłopców. Czy słusznie? Na to pytanie stara się odpowiedzieć James L. Haleya, autor najnowszej biografii pisarza Wilk. Szlaki życia Jacka Londona. Haley jest autorem licznych książek dotyczących historii Teksasu, oraz kilku powieści beletrystycznych. Wilk jest pierwszą książką przetłumaczoną na nasz język.
Haley przybliża czytelnikom życie i twórczość Londona z aptekarską drobiazgowością. Każde wydarzenie jest doskonale opisane; London czerpiąc z życia przekładał swoje doświadczenie na wspaniałą literaturę. A doświadczenie London na prawdę miał imponujące: pracował od najmłodszych lat, próbując jednak dalej się kształcić; był piratem, polował na foku, podróżował z trampami (nazywanymi hobo) pociągami na gapę, a nawet został aresztowany za włóczęgostwo, które w Stanach było karalne. Kiedy wybuchła gorączka złota w Klondike, z rzeszą śmiałków rzucił się w złotodajne tereny. Niestety, galopujący szkorbut odebrał mu szansę na wielki zarobek. London nigdy nie zrezygnował ze swojego największego marzenia - od najmłodszych lat chciał został pisarzem.
Siła i determinacja Londona przełożyła się na miliony sprzedanych egzemplarzy jego dzieł. Warto tu wspomnieć chociażby Wilka morskiego, Martina Edena, czy wspomniane wcześniej Zew Krwi, czy Białego Kła.
Ponadto Haley opisuje lata biedy i kryzysu, który zmusza ludzi do pracy ponad siły za dziesięć centów za godzinę. Ci, którzy nie mają siły, bądź są kalecy, idą na dno. London znał z autopsji co to znaczy ciężka, wyrobnicza praca; otarcie się o samo dno ukształtowało socjalistyczne poglądy pisarza, jak pół wieku później ukształtuje innego znakomitego pisarza - George'a Orwella.
Na ponad czterystu stronach Haley opisuje walkę Londona o przebicie się, jako młodego pisarza; jesteśmy świadkami triumfu determinacji, ale i upadku wielkiego pisarza. London zmarł w wieku 40 lat w dość niejasnych okolicznościach; uzależniony od morfiny prawdopodobnie przedawkował narkotyk.
Wspaniale wydana biografia Londona może być świetnym prezentem mikołajkowym zarówno dla fanów pisarza, co dla wielbicieli biografii wszelakich. Myślę, że powinna się znaleźć na półce czytelników, zafascynowanych twórczością Jacka Londona. A mam nadzieję, że ci, którzy Londona nie znają, chętniej po niego sięgną.

Odrodzona. Dzienniki 1947-1963 - Susan Sontag

Odrodzona to pierwszy tom dzienników intelektualistki amerykańskiej, Susan Sontag. Dzienniki z lat 1947-1963 opatrzone są przedmową i dopiskami syna pisarki, Davida Rieffa. Pierwsze notatki pochodzą z roku 1947, kiedy Sontag miała 14 lat. Są to odważne, jak na nastolatkę, bardzo świadome wynurzenia. Pamiętnik jest zapisem pracy nad sobą; nie kończące się listy lektur do przeczytania, kupienia, filmów, które obejrzała. To także życie prywatne; inicjacja seksualna, nieudane małżeństwo, relacje z kochankami, ale także wspomnienia z dzieciństwa, stosunek do synka, do swojej żydowskości. Sontag sama pisze o dzienniku tak: Rozumienie dziennika jako zaledwie przechowalni czyichś prywatnych, sekretnych myśli jest powierzchowne - to nie jest głuchy, tępy i niepiśmienny powiernik. W dzienniku nie tylko opowiadam o sobie bardziej otwarcie, niż gdyby mnie ktoś słuchał; ja siebie tworzę.
W dzienniku dochodzi do głosu moje poczucie własnej tożsamości. prezentuję się w nim jako osoba emocjonalnie i duchowo niezależna. Nie jest to więc (niestety) prosty zapis codziennych wydarzeń, lecz raczej - w wielu przypadkach - ich alternatywna wersja.

Od najmłodszych lat wiedziała, czego chce. W wieku nastu lat napisała Chcę pisać - chcę żyć w intelektualnej atmosferze. Kiedy była starsza zapisała w dzienniku: Dlaczego pisarstwo jest dla mnie ważne? Sądzę, że głównie z przyczyn egoistycznych. Chcę pisać, by móc określać się mianem pisarki, a nie dlatego, że mam coś ważnego do powiedzenia. Myślę, że to ostatnie zdanie wynika troszkę z kokieterii, bo Sontag była znakomitą pisarką. Wystarczy wspomnieć jej O fotografii, czy nadal czytany bestseller Zestaw do śmierci.
Na pewno Polacy mają do niej sentyment za wspieranie Solidarności w latach 80-tych. Sontag potępiała komunizm, walczyła o prawa człowieka, wspierała ruchy wolnościowe, czego dowód można znaleźć w jej licznych esejach.
Teraz czekam na kolejne tomy Dzienników.

Sunset Park - Paul Auster

W epoce przed internetem bardzo często chodziłam do bibliotek. Stawałam przed półką z prozą angielską, rzadziej amerykańską, i wpatrywałam się w grzbiety książek w poszukiwaniu autora, który mnie zaczaruje, przywoła. Parę razy udało mi się trafić prawdziwe perełki, części książek nawet nie pamiętam; bywało różnie. Ale co było najbardziej godne zapamiętania z tamtych czasów, to to, że potrafiłam wyłowić świetną prozę, taką, co to się toczy niespiesznie, a autor (czy autorka) opowiada nam wspaniałą historię o ludziach, jak my.
Taka właśnie jest książka Sunset Park Paula Austera. Życie grupki bohaterów, nie raz skomplikowane, jest zwykłym życiem młodych ludzi, niezależnie od tego, czy żyją w Stanach, czy w jakimkolwiek innym zakątku świata. Oprócz własnych, prywatnych dramatów, z którymi muszą żyć bohaterowie powieści, Auster wplótł wątek kryzysu; wykształceniu młodzi ludzie, by przyoszczędzić, mieszkają w squacie.
Ale Sunset Park to przede wszystkim mozaika osobowości. Auster jest wspaniałym kreatorem charakterów. Każda postać ma swoją tajemnicę, lęki, aspiracje i marzenia. Czy się spełnią?
Paul Auster, tak jak i poprzednie, napisał tę powieść ręcznie, w specjalnie do tego wybranym brulionie. Kiedy przelał myśli na papier, ostateczną wersję wystukał na wysłużonej maszynie do pisania. Ten, nazywany najbardziej europejskim pisarzem spośród Amerykanów, już dawno ugruntował sobie pozycje na światowym rynku. Szczytem kariery Austera - jako pisarza - była Trylogia nowojorska, wydana w latach 80-tych (w Polsce w tym roku).
Być może za parę lat zapomnę imion bohaterów Sunset Park, ale nie zapomnę ich postaci. Mam wrażenie, że książka dosłownie przeniosła mnie w historię, którą opowiadała. Czytałam opinie, że pozostałe austery są oniryczne, kafkowskie, że pisarz gra z czytelnikiem w grę, której reguły zna tylko on sam. W takim razie, chętnie podejmę tę grę, przeniosę się do Nowego Jorku z powieści Austera.

Już taki jestem zimny drań - Ryszard Wolański

Za parę lat, kto wie?
Co spotka jeszcze mnie,
Więc póki czas, korzystam z życia,
Co będzie jutro, nie moja rzecz.
Tak śpiewał Eugeniusz Bodo w piosence Dziś ta, jutro tamta.
Z artystą spędziłam długi weekend; biografia Eugeniusza Bodo autorstwa Ryszarda Wolańskiego, pochłonęła mnie bez reszty. Mam małego bzika na punkcie przedwojennych artystów, chociaż nie znam nut, zbieram przedwojenne wydania Rzepeckiego, a za jedną z najlepszych książek o tamtym okresie uważam Wielkich artystów małych scen Sempolińskiego. Wychowałam się na cyklu Stanisława Janickiego W starym kinie.
Kiedy ukazała się biografia Bodo, od razu ją kupiłam. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Przypominam sobie, że kilka lat temu widziałam film dokumentalny o Bogdanie Junodzie (Bodo to pseudonim artystyczny, utworzony z dwu pierwszych liter imion Bobdan i Dorota - tak miała na imię ukochana matka artysty).
Kim był Bodo? Z pochodzenia Szwajcar, z wyboru obywatel świata, artysta związany z najsłynniejszym warszawskim kabaretem Qui Pro Quo. Aktor, piosenkarz, reżyser. Prywatnie Bodo był domatorem, z zamiłowaniem zbierał znaczki, jedną z jego wielkich miłości były psy, a w wolnych chwilach wyszywał namiętnie makatki.
Kariera Bodo była błyskawiczna - zaczynał w dobie filmu niemego, ale doskonale - zważywszy na wybitne warunki głosowe - odnalazł się w kinie dźwiękowym. To on wyśpiewał takie szlagiery, jak Umówiłem się z nią na dziewiątą (z filmu Piętro wyżej), Ach, śpij, kochanie, śpiewana wspólnie z Dodkiem (Adolfem Dymszą w filmie Paweł i Gaweł), czy wykonywana w stroju a la Mae West piosenka Sex appeal (również film Piętro wyżej).
W czasie wojennej zawieruchy zawędrował między innymi do Lwowa i Odessy. Chciał przez Szwajcarię dostać się do Stanów. Niestety, został aresztowany przez NKWD. Skazany na pięć lat łagrów, potwornie wycieńczony zmarł w 1943 na pelagrę (pella agra, szorstka skóra, czyli rumień lombardzki) i gruźlicę.
Wolański, oprócz biografii artysty, opisuje także wszystkie jego filmy. "Tylko co siódmy polski film niemy zrealizowany do 1939 roku zasilił zbiory archiwalne. Z sześciu filmów niemych, w których wystąpił Eugeniusz Bodo tylko Człowiek o błękitnej duszy znajduje się z zbiorach Filmoteki Narodowej.(...) Z bogatego dorobku aktora, obejmującego 31 tytułów udało się odnaleźć i zachować 24 filmy". Na yt można obejrzeć wspomniane przeze mnie tytuły, co oczywiście wykorzystałam.
Do autora biografii mam jednak zastrzeżenia. Po pierwsze - zbytnia chaotyczność tekstu, szczególnie na początku. Wtręty, typu ale o tym później, sprawiają, że tekst się rwie. Drugi, poważniejszy zarzut dotyczy ramek z biogramami artystów współpracujących z Bodo. Czemu Wolański nie umieścił biogramów Toma i Pogorzelskiej? Konrad Tom był wieloletnim współpracownikiem Bodo, nakręcili razem wiele filmów, pracowali razem w QPQ. Z Pogorzelską nie raz występował na scenie (o czym, owszem pisze Wolański, ale biogramu nie umieszcza). No i nie mogę zgodzić się z tezą autora, ze pamięć o Bodo wśród młodych nie istnieje. Istnieje i jestem tego dowodem. Mogę również przytoczyć inny przykład - Mota, czyli Monika Zakrzewska z bloga Co się dziwisz kultywuje pamięć o przedwojennych artystach.
Jeszcze pozwolę sobie wrócić do filmów z udziałem Eugeniusza Bodo. Komedie romantyczne, komedie muzyczne, pełne humoru i niezapomnianej muzyki. Weźmy np. film Paweł i Gaweł. Może faktycznie ciężko uwierzyć, że dorosła kobieta przebiera się za dziecko, ale - przebieranki od zawsze były wpisane w historię kina. Przednio się uśmiałam z dialogów Bodka i Dodka, i z żalem skonstatowałam, że takich komedii już się nie robi...

Seans spirytystyczny

Naoczni świadkowie seansów Bredifa podali do gazety: S. Petersburgskie wiadomości, następne szczegóły: Jeden z adwokatów zaprosił do siebie Bredifa, chcąc się zaznajomić z jego duchami. Posadzili Bredifa, związali mu ręce i nogi, postawili przed nim na okągłym stoliku dzwonki, harmonikę, pogasili świece. Za firankami zaczął się wkrótce jakiś szelest, po niejakim czasie stół się podjął od strony Bredifa, dzwonki dzwoniły ale bardzo słabo, widocznie duchy nie były w usposobieniu, jakoś nie szło dobrze. Po upływie kilku minut Bredif zażądał żeby zapalono świecę. Siedział on związany i miał już zakończyć seans, ale proszono go, żeby powtórzył doświadczenie w nadziei, że duchy się poprawią i dowiodą swojej biegłości. Bredif usiadł znowu i znowu go związano; ale jak tylko zgaszono świecę, gospodyni domu nieznacznie odsunęła stół od Bredifa na małą przestrzeń, na ćwierć arszyna może. Zaczęły się za firanką jakieś ruchy, ale stół się nie podjął, dzwonki nie dzwoniły, Bredif z gniewem zawołał Mais Messicurs ne plaisantez pas. (Panowie! nie żartujcie.) Wreszcie, zerwawszy się z miejsca przemówił: Les esprits sont fatigues. (Duchy się zmordowały.) Wszystko to tak naiwne i dziecinne, że niepotrzebuje komentarza.
Bredif chodzi zwykle na seanse z woreczkiem; tym razem zapomniał go w przedpokoju. Jeden z gości przez ciekawość zajrzał do owego woreczka i znalazł w nim druty. Ciekawa rzecz na co duchom potrzebne druty.

Magia i spirytyzm w zarysie przez X. Antoniego Moszyńskiego, Kraków, 1876 r.

Duchy sióstr Fox [Życie po śmierci - Ian Wilson]

W grudniu 1847 roku, po drugiej stronie Atlantyku, w niewielkiej osadzie Hydesville niedaleko Rochester w stanie Nowy Jork, pewien metodysta, farmer James D.Fox, wprowadził się do drewnianego domku, dokąd wkrótce przybyła jego żona i rodzina. W owym domku poprzedniego lokatora niepokoiło niewytłumaczalne głośne pukanie. To samo powtórzyło się z rodziną Foxów. Córki, piętnastoletnia Margaretta i jedenastoletnia Kate, tak się przyzwyczaiły do tego "ducha", że nazywały go poufale "Panem Kopytko". Przyznawały jednak, że się go boją i nalegały na rodziców, by pozwolili im sypiać w swojej sypialni w osobnych łóżkach.

W piątek 31 marca 1848 roku Kate, młodszej córce, przyszedł do głowy pewien pomysł. Postanowiła nawiązać bezpośredni kontakt z intruzem za pomocą specjalnego kodu. Zawołała: "Panie Kopytko, rób to, co ja" i zaczęła strzelać palcami. Ku zdumieniu obecnych, dźwięk został powtórzony niczym echo. Zaintrygowana pani Margaret Fox, matka dziewczynek, włączyła się do eksperymentu. "Rób to, co ja" zawołała i zaczęła rytmicznie klaskać w dłonie. I znów odpowiedział dźwięk naśladujący klaskanie. Oto zapisana później relacja pani Fox z tego wydarzenia:

Pomyślałam sobie, że przeprowadzę próbę: zadam pytanie, na które nikt w tej okolicy nie mógłby odpowiedzieć. Kazałam głosowi wystukać, po kolei, wiek moich dzieci. Natychmiast wiek ten został poprawnie podany, przerwy pomiędzy kolejnymi seriami stukań były dość długie, aby dało się odróżnić, o które z dzieci chodzi, i tak siedem razy, po czym nastąpiła dłuższa przerwa i znów usłyszałam trzy wyraźne uderzenia, odpowiadające wiekowi mojego maleństwa, które zmarło.


Posługując się metodą stukania, pani Fox zapytała niewidzialną istotę, czy jest człowiekiem. Nie otrzymawszy odpowiedzi, spytała: "Czy jesteś duchem? Jeśli tak, zastukaj dwa razy". Niezwłocznie rozległy się dwa bardzo głośne uderzenia. Zadając dalsze pytania tego rodzaju, pani Fox ustaliła, że jest to "duch" mężczyzny, który został w tym domu zamordowany. W chwili śmierci miał trzydzieści jeden lat, był żonaty, zostawił pięcioro dzieci.

Wówczas państwo Fox przywołali sąsiadów. Jeden z nich, William Duesler, cierpliwie stosując z panią Fox metodę pukania, wydobył od rzekomego ducha informację, że nazywał się on Charles B. Rosma, był komiwojażerem i jakoby przed pięciu laty został zamordowany w tym właśnie domu przez ówczesnego lokatora, pana Bella. Kiedy później przesłuchano byłą służącą pana Bella, Lukrecję Pullver, okazało się, że istotnie przez krótki czas mieszkał tutaj za czasów pana Bella domokrążca. Pewnego wieczora Lukrecję odesłano do jej rodziny, a gdy wróciła do pracy, domokrążcy już nie było.

W niedzielę znów nawiązano kontakt z rzekomym duchem, który poinformował, że jego ciało zostało pogrzebane w piwnicy domu. Natychmiast zaczęto kopać w piwnicy, ale zalały ją wody gruntowe i dopiero po upływie czterech miesięcy, kiedy już obeschło, pod deskami, na głębokości pięciu stóp ukazały się ludzkie włosy i trochę kości złożonych w niegaszonym wapnie. To odkrycie wystarczyło, aby zadać parę pytań panu Bellowi, którego odnaleziono w Lyonie, w stanie Nowy Jork. Nie można było jednak postawić go w stan oskarżenia, głównie dlatego, że nikt nigdy nie zdołał udowodnić, iż Charles B. Rosma naprawdę istniał.

Do dnia dzisiejszego opowieść sióstr Fox pozostaje zagadką. Podejrzany jest fakt, że Kate i Margaretta, wyniósłszy się z Hydesville, nadal potrafiły wywoływać "duchy", które stukały wszędzie, gdzie siostry mieszkały. Ich starsza siostra Leah wkrótce oświadczyła, że posiada identyczną "moc" i nie tracąc czasu zaczęła czerpać z tego zyski. Co ciekawe, w czterdzieści lat po opisanych wydarzeniach, gdy Margaretta i Kate, obie już po pięćdziesiątce, stały się nałogowymi alkoholiczkami, Margaretta porozumiała się z pewnym dziennikarzem, za sumę 1500 dolarów wystąpiła na scenie Akademii Muzycznej w Nowym Jorku i wyznała publicznie, iż jej kontakt z "duchami" były oszustwem, a rzekome stukania "duchów" wykonywała sama wielkim palcem nogi, co zademonstrowała zaraz przed widownią.

Życie po śmierci - Ian Wilson