Header Image

Opowiadacze

Po lekturze opowiadań Etgara Kereta złapałam się na stwierdzeniu, że nie lubię opowiadań. Nie dokończyłam jeszcze myśli i już miałam poważne wątpliwości, co do prawdziwości stwierdzenia. Ależ ja bardzo lubię opowiadania!


Opowiadanie ma być długie – taki stawiam warunek. Ma być „o czymś”, oraz cechować się spójnością logiczną i językową. Niestety, coraz częściej trafiam na jakieś szkice, wygłupy, słowna papkę na dwie strony. Nie tędy droga. Może jestem poważnie skażona klasyką, ale waśnie takie opowiadania lubię czytać.

Dość przekornie, bo od ekranizacji zaczęła się moja przygoda z Rudyardem Kiplingiem. Mając kilka lat zakochałam się w bohaterskim ichneumonie Rikki Tikki Tavim. Naturalnie po filmie (nie była to kreskówka, a film z prawdziwymi zwierzętami!) sięgnęłam po całą Księgę dżungli, którą po prostu pokochałam.

Kiedy miałam naście lat do moich ulubionych pisarzy należał również Edgar Allan Poe, którego twórczość również poznałam dzięki telewizji. Dawno temu tv puszczała Hammerfilmy z niezapomnianym Vincentem Price’em. Do dzisiaj ciarki mnie przechodzą, kiedy pomyślę o Dziwnym przypadku Pana Waldemara. Ma się rozumieć kiedy tylko zdobyłam egzemplarz Opowieści Nadzwyczajnych, pożarłam je na miejscu (nocą!). Opowiadania mam w tłumaczeniu Leśmiana, co jeszcze potęguje ich niesamowitość.

Zaczytywałam się w powieściach i opowiadaniach Henry’ego Jamesa. Dla mnie jest niekwestionowanym królem opowiadań. Owszem, można mu zarzucić monotematyczność: wszystkie jego opowiadania rozgrywają się wśród bogatych Amerykanów zwiedzających Kontynent, ale sam język oraz tematy poruszane w opowiadaniach są godne polecenia.

W tym samym czasie czytałam opowiadania Williama Somerseta Maughama. Maugham podróżował po Dalekim Wschodzie, którym był urzeczony – jego psychologiczne opowiadania rozgrywają się właśnie w większości w malowniczych zakątkach Chin, czy innych równie egzotycznych zakątkach.

24 godziny z życia kobiety Stefana Zweiga stawiam bardzo wysoko w rankingu najlepszych zbiorów opowiadań. Zafascynowany Freudem tworzył bogate duchowo opowieści o skomplikowanych ludzkich losach. Prócz tytułowego opowiadania, polecam Nowelę szachową. Sięgnijcie, proszę, po PIWowski tomik, w którym jest aż dziewięć opowiadań – niektóre wydania zawierają zaledwie trzy.

Popełniłabym ogromny błąd, jeślibym nie wspomniała o Antonie Czechowie. Jest w jego opowiadaniach jakaś mądrość, sentymentalizm, prostota. Równocześnie są wysublimowane, i mimo pogody - smutne. Dama z pieskiem, czy tomik siedmiu opowiadań Baby (Seria z Kolibrem) nie zostawiają czytelnika obojętnym.

O mały włos zapomniałabym również o Erneście Hemingwayu. Samotność myśliwego opisuje z taką precyzją, że choć pisane prostym językiem, czytelnik niemal ma wrażenie, że towarzyszy w wędrówkach bohaterowi. Kawa gotowana na ognisku pachnie, woda ze strumienia jest przyjemnie zimna, a gałęzie delikatnie smagają nasze ciała, kiedy razem z myśliwym przemierzamy las. Jestem przeciwna polowaniom, ale Hemingway po prostu urzeka.

Wielu jest genialnych „opowiadaczy”, choćby wspomnieć Jamesa Joyce’a, Kurta Vonneguta jr, czy Stephena Kinga (chociaż nie należę do miłośników mistrza horroru, uwielbiam jego Balladę o celnym strzale), lub choćby Jeffrey Archer, którego opowiadanka kryminalne tak miło mi się słuchało na audiobookach w czasie anginy.

Kobieta z prowincji - Waldemar Siemiński

Dziś będę Was zachęcała do sięgnięcia po niewielką, ale ważną książę. Na samą historię Kobiety z prowincji trafiłam ponad dwie dekady temu, kiedy późnym wieczorem trafiłam na powieść w odcinkach czytaną przez wspaniałą Ewę Dałkowską. Czekałam na kolejny odcinek z wypiekami na twarzy, jak czeka się na ulubiony serial. Aktorka wcielała się w postać niemłodej kobiety z małego miasteczka ze środkowej Polski. Wspominała całe swoje życie cofając się do lat dzieciństwa. 
Siemiński napisał Kobietę z prowincji pod koniec lat 70-tych. Nie wzięła się ona jednak z wyobraźni autora, a z życia, bowiem są to wspomnienia ciotki Siemińskiego, sześćdziesięciosiedmioletniej Anny z domu  Głowackiej, urodzonej i wychowanej w Kazimierzu Dolnym, który w powieści nosi nazwę Laźmierz. Zapisy zarejestrowane na taśmie magnetofonowej zostały zredagowane, następnie fragmentami zamieszczane w Regionach w 1980 roku. Tematem zainteresował się reżyser Andrzej Barański, który do roli Andzi zaangażował właśnie Ewę Dałkowską, znaną widzom do tej pory choćby z głównej roli w Sprawie Gorgonowej. W 1984 roku powstał kameralny film opowiadający o prostej, lecz niezłomnej kobiecie, której całe życie było podporządkowane pracy. 
W 1987 roku nakładem Czytelnika wyszła powieść Siemińskiego. 
Po Kobietę sięgnęłam drugi raz. Pierwszy dawno temu, zdaje się, zaraz po obejrzeniu filmu. Dziwnymi torami idą ludzkie myśli - poniekąd Matka Makryna swoja narracją przypomniała mi o Andzi i od razu zapragnęłam przeczytać powieść raz jeszcze. 
Narracja prowadzona jest stylem gawędowym, słuchamy wspomnień starej, steranej życiem nikomu niepotrzebnej kobiety, która jak wół harowała przez całe życie. Andzia żyła z maszyny do szycia, stare szmatki przerabiała na porządne fatałaszki i sprzedawała na handelku. Zbierała chmiel, odkładając każdy grosiczek na dzieci. Ze wspomnień wyłania się obraz biedy małego miasteczka, nędznego losu maluczkich, a także grozy wojny - najlepsza przyjaciółka Andzi, Siejwa była jedną z setek zamordowanych Laźmierzańskich Żydów. Motyw zamążpójścia każdej w pięciu Głowacczanek przypomina historię córek Tewjego Mleczarza z powieści Szolema Alejchema - żadna nie "zrobiła partii", i jako wdowy lub żony pijaków żyją zwyczajnym życiem szarego człowieka. 
Gorąco Was namawiam do sięgnięcia po Kobietę z prowincji. O filmie i samej bohaterce możecie posłuchać z ust odtwórczyni głównej roli - TU. 
Tę piękną powieść przeczytałam w ramach wyzwania

Droga do zapomnienia - Eric Lomax

"Celem Japończyków było zamknięcie nas w dolnych kręgach piekła". Te mocne słowa wyszły spod pióra Erica Lomaxa, oficera łączności wziętego do japońskiej niewoli w czasie drugiej wojny światowej. Historia Lomaxa stała się sławna w 2012 roku, kiedy do kin weszła uładzona adaptacja jego wspomnień. Jednak - choć film był przejmujący i dobrze zagrany, nie oddaje całego okrucieństwa, z którym zetknął się Anglik.
Eric Lomax od dzieciństwa rozmiłowany był w pociągach i już jako nastolatek znał nazwy i modele wszystkich lokomotyw, rozstaw torów, ciekawostki dotyczące kolei, a swój wolny czas spędzał na licznych wycieczkach w celu odkrywania starych, opuszczonych torów, czy przyjrzenia się z bliska jakiemuś ciekawemu "okazowi". Prócz tego - jak całe przedwojenne pokolenie, zbierał znaczki, etykiety zapałczane, piwne, oraz karty z papierosowych paczek (przed wojną w Polsce również można było takie dostać). Bardzo szybko znalazł pracę na poczcie, gdzie zarabiał na utrzymanie jego ojciec. Jednak karierę w urzędzie przerwała druga wojna światowa. W niedługim czasie Lomax został wysłany na wschód. Złe decyzje wojskowych zaowocowały klęska na froncie wschodnim i długoletnią, okupioną cierpieniem tysięcy żołnierzy niewolą. Japończycy nie respektowali konwencji genewskiej traktując jeńców jak darmową siłę roboczą, a ich warunki życia były porównywalne z tymi, panującymi w obozach koncentracyjnych. Okrucieństwem porównywalnym z Gestapo zwłaszcza cechowała się Kempeitai (japońska żandarmeria wojskowa). Lomax jako podejrzany o spisek był wielokrotnie torturowany, a następnie zesłany do więzienia wojskowego - tu przeżywał dalszy ciąg mąk piekielnych. 
Po wyzwoleniu wrócił do Wielkiej Brytanii. Właściwie można powiedzieć, że wróciło jego ciało, ponieważ umysł nadal borykał się z traumą. Jak funkcjonować w społeczeństwie mając złamaną psychikę? Czytając Railway man, bo taki angielski tytuł noszą te wspomnienia, można odnieść wrażenie, że nie może być aż tak źle, skoro w niektórych momentach autor pozwala sobie na humor, a tortury opisywane są jakby z pozycji suchego obserwatora - nic bardziej mylnego; Lomax, kiedy już się przełamał i zaczął mówić o swojej traumie, trafił na kochającą kobietę, która starała się go rozumieć, a także zachęciła do spotkania ze specjalistami badającymi traumę ludzi, którzy bili torturowani. Przez szereg lat uczył się "oswajać" wspomnienia.
Droga do zapomnienia stawia również ważkie pytania - czy tak skrzywdzony człowiek jest w stanie wybaczyć swoim oprawcom? Jakie jest pojmowanie winy wśród samych Japończyków? Wiele powiedziano o frontach europejskich za czasów drugiej wojny światowej, niewiele jest jednak świadectw krwawych wydarzeń na terenach Dalekiego Wschodu. Pół wieku temu na ekrany kin wszedł dramat wojenny Most na rzece Kwai - jak zauważył sam Lomax, film nie oddaje nawet części prawdy, bo nie było tam tak dobrze odżywionych więźniów...

Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta - Anna Arno

W szkole podstawowej uczyłam się wiersza „Pieśń o żołnierzach z Westerplatte”. Prócz „Alarmu dla miasta Warszawy” (Słonimski) i „Minucie ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej” (Szymborska) zapadł mi w pamięć wiersz o zupełnie innej, nie związanej z patriotyzmem tematyce. Jak w piosence powtarzał się refren o zaczarowanej dorożce, zaczarowanym dorożkarzu i zaczarowanym koniu. Nagle odkryłam inny, liryczny świat, w którym rymy nie musiały sławić wydarzenia z historii Polski, a przenosiły czytelnika w świat fantazji. Coś takiego przeżyłam jeszcze przy okazji „Ballad i Romansów” oraz onirycznych wierszy Leśmiana. Później, kiedy odkryłam dla siebie Przekrój (mówię o świadomym czytaniu prasy) stwierdziłam, że to ta sama duchowa kraina Konstantego Ildefonsa, która odkryłam przy okazji Zaczarowanej dorożki (tu biję się w pierś, bo przez lata przechowywałam skrót wiersza, który wyrwałam z podręcznika do polskiego!). Potem naturalnie były i „Listy z fiołkiem” i „Serwus, Madonna”, które rozpadają się z zaczytania, oraz wycinane przeze mnie „Teatrzyki Zielona Gęś”. Mimo iż przygoda Gałczyńskiego z Przekrojem była stosunkowo niedługa, bo zaledwie parę lat, to humor poety ze stylem krakowskiego pisma jest nierozerwalny.

Po biografię Zielonego Konstantego sięgnęłam z prostej przyczyny – w lutym na spotkaniu DKK będziemy tę książkę omawiać. Nie miałam jej w planach, ale i nie wzbraniałam się przed nią. Nie sposób przecież nie znać życiorysu ulubionego poety, a uzupełnienie obrazu zawsze mile widziane! Nie zawiodłam się, jak to było w przypadku biografii Grzebałkowskiej o księdzu Twardowskim. Tym razem odczuwałam prawdziwą przyjemność podczas lektury.

Niebezpieczny poeta jest obszernym i wyczerpującym curriculum vitae jednego z najważniejszych poetów ubiegłego wieku. Autorka biografii, historyk sztuki Anna Arno, absolwentka Institute of Fine Arts (New York University), analizuje życie poety poprzez obszerne fragmenty jego wierszy, oraz wypowiedzi zarówno samego Gałczyńskiego, jak i jego rodziny i znajomych, wśród których znaleźli się najważniejsi literaci minionej epoki, tacy jak Putrament, Waldorff, czy niedawno zmarły Jerzy Andrzejewski.

Antysemita, alkoholik, oportunista sławiący stalinizm, czy ofiara systemu (jego poezję potępiono jako zbyt burżuazyjna jak na czasy kultury szytej „pod” prostego robotnika), niesamowicie utalentowany i płodny liryk? Fakt, że Gałczyński nie wypierał się, że pisze dla pieniędzy, ale mam wrażenie, że jest jednym z niewielu przykładów talentu totalnego, dla którego apanaże są jedynie pretekstem do nałogowego  przelewania myśli na papier. Ja w tej biografii nie widzę biografki; niestety, dziś jest to nagminne, dlatego miałam nieodparte wrażenie, że czytam książkę napisaną przez kogoś o wiele starszego, ze starej dobrej szkoły pisania biografii, a nie książek typu jak-JA-to-widzę. Arno nie zajmuje żadnego stanowiska w „krytycznych” momentach; oddaje głos innym, i tak po opublikowaniu „Poematu dla zdrajcy” o ucieczce Miłosza z kraju, czytamy wypowiedź  Jana Lechonia o „zbydlęceniu się” Gałczyńskiego. Resentymenty w literackim światku nieraz dochodzą do głosu i zdziwiłby się ten, kto spodziewa się układnych, uduchowionych wieszczy.

Autorka odnosi twórczość do życia prywatnego Gałczyńskiego, do jego przeżyć, obsesji, marzeń. Każdy wers ma swoje realne uzasadnienie, nic nie jest wyrwane z próżni. Przedwojenne liryki kontrastują z powojennymi panegirykami ku czci robotnic, wojna usypia talent Konstantego (przez sześć lat powstało zaledwie siedem wierszy!), a po epizodach z kochankami poeta wraca do swojej Srebrnej Natalii i tworzy jeden z najpiękniejszych wierszy miłośnych jakie powstały (Rozmowa liryczna).

Mam wrażenie, że mimo epizodu z faszystowskim pismem prosto z mostu, mimo hymnów ku czci nowego systemu, Gałczyńskiego nie sposób „znielubić”. To jeden z poetów wnoszących jakiś wyjęty z ram czasu urok, a humor Teatrzyku nie traci na wartości mimo tego, że autor pisał go w zupełnie innych realiach.

Lodowi wojownicy

Lodowi wojownicy, Ice warriors, to polscy alpiniści, których specjalnością jest atakowanie szczytów ośmiotysięczników zimą. Zimowe wyprawy, szczególnie kiedy sportowcy wspinają się bez butli tlenowych, należą do szczególnie trudnych. Historię Ice warriors zaczęto pisać czterdzieści lat temu, kiedy to odbyła się zwycięska wyprawa na Lhotse – już wtedy zeszło z góry mniej alpinistów, niż na nią weszło… Jak widać góry, niczym jacyś mityczni bogowie dają niezwykłe szczęście, w zamian żądając krwawej ofiary.
Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak to bardzo trudna książka. Trudna, bo o trudnym temacie. Wyprawa wysokogórska została zorganizowana, by godnie pochować ciała Macieja Berbeki i Tomka Kowalskiego, którzy zdobywszy zimą szczyt Broad Peak, zostali w górach na zawsze. Decyzję o wyprawie, właściwie od razu po tragedii, podjął brat Macieja, Jacek. Jedni dowodzą, że tragedia rozegrała się, ponieważ zabrakło braterstwa liny, zrzucając całą winę na Artura Małka i – w szczególności na Adama Bieleckiego („Bielecki pognał sam, było mu za wolno”), inni tragedią obarczają samych zmarłych – zbyt starego na wyprawę Berbekę, oraz Tomka Kowalskiego, który miał kombinowane raki i któremu, najprawdopodobniej zabrakło pokory wobec gór, który „zawsze powtarzał, że jego nazwisko musi się znaleźć w encyklopedii”. Młodych alpinistów atakowano również za celebrytyzm – podczas, kiedy starci koledzy „robili swoje” bez medialnego szumu wokół siebie, młodzi wrzucali wszystkie swoje wrażenia, zdjęcia, nowiny do mediów społecznościowych.
Alpinizm jest nie tyle hobby, co sposobem życia, pomysłem na nie. Kierownik zimowej wyprawy na Broad Peak, Krzysztof Wielicki mówi o tych, którzy zostali w górach, że byli „zachłanni życia”, „potrzebowali (…) potężnych emocji, których jednego dnia mogą mieć tyle, ile inni nie uzbierają przez całe życie”. Ten sport jest zmaganiem się nie tylko z górami, z warunkami zewnętrznymi, ale i sprawdzaniem siebie: „wspinasz się, jesteś u kresu wytrzymałości, niemal umierasz ze zmęczenia, głodu, pragnienia, boli cię każdy mięsień, całe ciało, ale jesteś szczęśliwy”. Hugo-Bader pisze o górach od strony laika, człowieka spoza kręgu; może za dużo w Długim filmie samego Badera, ale podziwiam go za jego gotowość do bycia wszędzie. Oprócz forsowania „swojej prawdy” podaje również ciekawostki o chorobie górskiej, czyli deterioracji, która była przyczyną śmierci wielu alpinistów. Na śmiałków czyhają nie tylko AMS, która powoduje obrzęk płuc, czy mózgu, ale i „lawiny, spadające kamienie, załamanie pogody”, a przede wszystkim zmęczenie i limit własnych możliwości. Dzięki autorowi dowiedziałam się również ile, orientacyjnie, kosztuje taka „przyjemność”.
Hugo-Bader cytuje również niesmaczne, anonimowe wypowiedzi zamieszczane na forach – każdy stał się nagle ekspertem od alpinizmu. Gdyby media i specjalnie powołana komisja nie zrobiły z tragedii szopki medialnej, śmierć Berbeki i Kowalskiego byłyby zapisane jako kolejne śmierci w górach, które przecież tak często się zdarzają. „Raport opublikowany przez komisję jest druzgocący, ale tylko dla tych, którzy przeżyli”; Bielecki mówi wprost – „gdybym nie przeżył tej wyprawy, byłbym bohaterem”. Jaka jest prawda? Kto zawinił? Dlaczego doszło do tragedii? Myślę, że nie powinniśmy szukać winnych, nie znając się na alpinizmie, nie powinniśmy oceniać charakteru Bieleckiego, Kowalskiego, nie zwalać winy na wiek Berbeki, czy kombinowane raki Kowalskiego. Ryzyko jest wielkie, ale alpinizm należy do jednego z najbardziej ekstremalnych sportów. Powołanie komisji mającej na celu wyjaśnienie tragedii uznaję za wielkie nieporozumienie, bo krwiożercze góry połykają alpinistów garściami.
Jaka jest zatem książka Jacka Hugo-Badera? Jak już zauważyłam – dużo w niej samego autora, jego spostrzeżeń, jego wizji wyprawy i tego, co mogło się stać zimą na Broad Peak. Jednak czuję, że cytując fora, autor chce nas odwieźć od oceniania czegoś, na czym większość z nas się zwyczajnie nie zna. Jeśli o mnie chodzi, to alpinizm jest mi obcy, ale nazwiska takie jak Kukuczka, czy Rutkiewicz znam, a alpinistów, jako ludzi o niespotykanym harcie ducha darzę szacunkiem. Moim zdanie – co się zdarzyło w górach, zostaje w górach.

Znaczki z pisarzami

Wczoraj pochwaliłam się, że mam spory zbiór znaczków, a wśród nich są i znaczki z literatami. Proszę bardzo, oto i one:
Michaił Sałtykow-Szczedrin, Michaił Priszwin, Fiodor Dostojewski
Rahel Varnhagen von Ense, Annette von Droste-Hülshoff, oraz znaczek z okazji Międzynarodowego Roku Książki 1972

Władysław Reymont, Henryk Sienkiewicz, Czesław Miłosz

Filozofowie: Tadeusz Kotarbiński, Hannah Arendt, Immanuel Kant

Béla Balázs, György Lukács (filozof), Bertold Brecht, Ion Luca Caragiale

Wincenty Rzymowski, Jarosław Iwaszkiewicz, Pablo Neruda

Aleksiej Nikołajewicz Tołstoj, Fiodor Dostojewski 

Thomas Hardy FDC

Thomas Hardy, First Day Cover
Połączyłam obie moje pasje - książki i zbieranie znaczków (czy ktoś jeszcze zbiera znaczki?) i po naprawdę okazyjnej cenie nabyłam pewien rarytas. Rarytas dla mnie, bo jak wiecie jestem ogromną miłośniczką Thomasa Hardy. Udało mi się kupić FDC, czyli First Day Cover (koperta pierwszego dnia obiegu, ostemplowana okolicznościową pieczątką, posiadająca znaczek). W środku jest informacja na kartoniku, że jest to wydawnictwo z okazji sto pięćdziesiątej rocznicy urodzin pisarza, a także jego krótki życiorys. 
Może - jeżeli jesteście zainteresowani, pokażę Wam inne moje rarytasiki, na przykład coś związanego z pisarzami?
Znaczek oraz pieczątka

Deszcz - Sławomir Mrożek

Ta książka znalazła się w mojej biblioteczce z powodu oprawy graficznej. Deszcz Sławomira Mrożka ilustrowany jest bowiem rycinami retro i tymi - na owe czasy, czyli lata 60-te - nowymi. A na potrzeby książki zaadaptował je Daniel Mróz, związany... a jakże - z Przekrojem. Mróz całe życie związany był z Krakowem, i jako syn dziennikarza związanego z Ilustrowanym Kurierem Codziennym, Stanisława Mroza, niejako poszedł w ślady ojca. Mróz nie tylko był wspaniałym, kreatywnym ilustratorem, ale i cenionym scenografem.
Deszcz został wydany w 1962 roku. Tomik zawiera kilkanaście opowiadań - jedne krótkie zaledwie na kilka stron, inne dłuższe. Mnie bardziej przekonują te krótsze, które uznaję za bardziej błyskotliwe. Opowiadania są niemal surrealistyczne, niektóre (Ad Astra, Nadzieja) jak gdyby wyjęte żywcem z koszmarnego quasi-rzeczywistego świata Kafki. Opatrzone są etykietką "satyra", ale za dużo w nich gorzkiego absurdu. Nacechowane jakąś groteskową wymową, czymś, co wadzi, każde spojrzeć jak na parabolę, wpatrzeć się, wczytać. 
Mrożek nie należy do moich ulubionych autorów, ale cenię jego spojrzenie - szczególnie rysunki satyryczne, oraz wspaniałe dramaty, szczególnie Emigrantów oraz Miłość na Krymie. 

 Po książkę sięgnęłam na wyzwanie  

Północ i południe - Elizabeth Gaskell

O życiu Elizabeth Gaskell pisałam przy okazji refleksji po lekturze Pań z Cranford. Tym razem sięgnęłam po nieco późniejszą powieść tej autorki, a mianowicie po Północ i Południe. Okazją do sięgnięcia po niniejszą książkę było wznowienie jej przez Świat Książki w cudownej kwiatowej serii. 
Podjęty przez autorkę temat świadczy o jej emancypacji - Gaskell wzięła na warsztat dychotomię pomiędzy rolniczym, niemal sielskim Południem Anglii, a jej zindustrializowanym, ogarniętym pośpiechem Północnym zakątkiem. Autorka sankcjonuje postęp - w Cranford takim tchnieniem nowoczesności była kolej, w Północy jest to postęp przemysłowy; Gaskell w superlatywach wypowiada się o twórcy młota parowego, Jamesie Nasmithcie, którego uznaje za genialnego wynalazcę. Jednocześnie powieść jest swego rodzaju manifestem socjalistycznym, który ma na celu zwrócenie uwagi na ofiary rewolucji przemysłowej - Bessy Higgins, która od najmłodszych lat zmuszona jest do pracy fizycznej (prawo w Wielkiej Brytanii w połowie XIX-go wieku dopuszczało do pracy już dziewięcioletnie dzieci!) umiera z powodu zapylenia płuc kłaczkami bawełny, którymi przepełnione jest powietrze w gręplarni. Główny bohater, John Thornton, przemysłowiec kierujący potężną przędzalnią w przemysłowym Milton jako jeden z niewielu wprowadza udogodnienia - raczej dla zwiększenia wydajności niż ze względu na przypochlebienie się pracownikom. Za sprawą szorstkiej przyjaźni z byłym związkowcem Thornton wprowadza kolejne udogodnienia, jak na przykład jadłodajnia, które już w przyszłości staną się norma.
Jakie były prawa pracownicze, jak ciężka była praca przy krosnach - możecie zobaczyć na niezliczonych filmach dokumentalnych BBC. O Bawełnie i rewolucji, którą przyniosła możecie podejrzeć na niezwykle ciekawym programie Marka Williamsa - Industrial Revelations. Ewentualnie odsyłam do Ziemi Obiecanej Reymonta. 
Przemysław Mroczkowski w Historii Literatury Angielskiej dowodzi, że "w jej (Gaskell) widzeniu obok maszyn bogacących się przemysłowców wyrastały gromady głodujących załóg fabrycznych, ich rodzin, gnieżdżących się wtedy w norach itp. (...) pisarka wprowadziła na znaczną skalę odbicie alarmujących bolączek w świecie robotniczym, wynikłych z rozwoju uprzemysłowienia." Debiutancka jej powieść - Mary Barton wywołała konsternację krytyką skierowaną pod adresem przemysłowców, a Północ i Południe tylko utwierdziły opinię publiczną w stwierdzeniu, że zmiany są potrzebne. Jednakże powieść Gaskell nie miała siły oddziaływania tak wielkiej, by na poważnie wpłynąć na emancypacja robotników.
Północ i Południe to także (dla niektórych przede wszystkim) wspaniały romans kopiujący najlepsze wzorce, czyli - Dumę i uprzedzenie. Wspomniany przemysłowiec, John Tornton, człowiek w sile wieku, mający twarde i jasne zasady zakochuje się w młodej kobiecie z Południa, Margaret Hale. Postawa panny Hale jest dumna i niezłomna, co Thornton bierze za butę i pozę "wielkiej, światowej damy" (chociaż Hale jest córka kaznodziei, który by żyć zgodnie ze swoim sumieniem decyduje się opuścić wiejską plebanię, to Margaret wychowała się u ciotki w Londynie). Oczywiście nie będę zdradzała jak potoczy się ów romans - zachęcam do przeczytania książki, bo chociaż liczy sobie ponad 570 stron, czyta się ja lekko, a pod koniec idzie jak lawina wywołując rumieniec podniecenia "no będą ze sobą, czy nie?!".

Matka Makryna - Jacek Dehnel

Gdyby Jacek Dehnel pisał powieści w Wielkiej Brytanii już dawno byłby laureatem Bookera. W każdym razie najnowsza powieść autora Lali, Czarnych obrazów i Balzakiany zasługuje na najwyższe uznanie – i to usankcjonowane nagrodami, i – chyba dla każdego autora najwyższe, czyli uwagę czytelników.

O tym, że Dehnel ma na „tapecie” matkę Makrynę Mieczysławską wiedziałam już od jakiegoś czasu, bo na spotkaniu autorskim, na którym miałam wielką przyjemność być, autor podzielił się z nami planami na najbliższe miesiące.

Przyznam się, że o „fałszywej” matce nie słyszałam wcześniej, ale mnie jej postać zaintrygowała, a skoro jestem wielką wielbicielką prozy tego beletrysty, to ze szczególną przyjemnością sięgnęłam po jego najnowsze dzieło.

Od razu powiem, że ta książka nie jest dla każdego. Napisana niezwykle sugestywnie, naszpikowana archaizmami „spowiedź” hochsztaplerki jest pełną pasji próba zrozumienia fenomenu tej niezwykłej postaci, która przewróciła – na pewien czas - do góry nogami rozpolitykowany światek spod znaku Hôtelu Lambert.

Makryna Mieczysławska ponad sto pięćdziesiąt lat temu pojawiła się praktycznie znikąd i od razu podbiła serca i dusze Polaków. Rzekomo męczona, bita i poniewierana zakonnica, bazylianka ze „ściany wschodniej”, prześladowana przez Rosjan za to, że nie przeszła na prawosławie. Jednak prawda była zupełnie inna – i tego dowiadujemy się już na początku powieści: uboga jak mysz kościelna wdowa po rosyjskim żołnierzu, bita przez swojego wiecznie zapijaczonego małżonka, po latach tułaczki, żebraniny i życia z dnia na dzień trafia do Polaków, którym – częściowo dla wzbudzenia litości – wmawia, że jest poniewieraną bazylianką. A potem z impetem lawiny wszystko toczy się nakręcane patriotyzmem i nienawiścią do moskali. Makryna/Żydówka Julka/Irena Wińczowa  snuje swoja opowieść i tę zmyśloną, w którą coraz mocniej wierzy, i te prawdziwą, lub domniemaną przez autora. Część monologu Makryny jest oparta na cytatach z jej prawdziwych wypowiedzi zamieszczanych w pismach, broszurach oraz poemacie Słowackiego, który dał się uwieźć czarowi jej strasznej historii.  

Dehnel – bez szafowania arbitralnymi opiniami – utkał pełną życia opowieść o kobiecie z krwi i kości, która, mimo iż napisana językiem trudnym dla współczesnego czytelnika, jest zrozumiała i fascynująca.

Jak już wspomniałam na początku, jestem miłośniczką prozy Dehnela i na Matkę Makrynę  bardzo się cieszyłam. Archaizmy mnie nie przestraszyły – wręcz przeciwnie, dodały smaczku powieści (co trudniejsze słowa można znaleźć w słowniczku na końcu książki). Mam nadzieję, że ta powieść znajdzie się w zestawieniu najlepszych książek 2014 roku, bo praca autora, oraz wspaniałe wykonanie zasługują na uznanie. 


Historia fotografii - pod redakcją Juliet Hacking

To już kolejny album z historią fotografii, który sprawiliśmy sobie pod choinkę. Cena jest dość znaczna i właściwie tylko w ramach prezentu można sobie pozwolić na podobne wydawnictwo. Niemniej, książka jest dobrze opracowana, rzeczowa i objętościowo duża. Interesują mnie przede wszystkim techniki oraz style fotografii XIX-wiecznej. Z ubiegłego wieku za najbardziej interesującą uważam fotografię reporterską. 
W Historii fotografii (Photography. A Whole Story) pod redakcją naukową Juliet Hacking mamy przekrój przez blisko dwa wieki fotografii - od prób najwcześniejszych, przez fotografię użytkową do nowoczesności z postmodernizmem na czele. Zarówno Hacking, jak i David Capmany, który jest autorem przedmowy, znani są w brytyjskim środowisku związanym z fotografią, i tak - Heacking jest wieloletnim współpracownikiem Sotherby's, a Campany zarówno pisze o fotografii, jak i sam jest uznanym fotografem, oraz wykładowcą. Każda ważniejsza fotografia umieszczona w publikacji jest pieczołowicie opisana, a czytelnik dostaje zarys techniki jej wykonania oraz sylwetkę artysty. Na stronie oprócz dużego zdjęcia przygotowano specjalnie małe fragmenty, na które oglądający powinien zwrócić uwagę. Co ciekawe, nie są to suche opisy, a niekiedy pełne życia mini-eseje na dany temat. 


Będę wracała do tego albumu i to mam nadzieję często. Wiecie, jak zakochana jestem w fotografii XIX-wiecznej, jej prekursorach i ich pracach. Mogę nad dagerotypami, talbotypiami, fotografiami wykonywanymi metodą mokrej płyty kolodionowej siedzieć godzinami - tak mnie to pasjonuje. Jakiś czas temu pisałam o Rogerze Fentonie, o historii fotografii pisałam z okazji 244 rocznicy urodzin Louisa Daguerre'a, polecam również swój artykuł o fotografii streoskopowej. 
Album zawiera najważniejsze - również te kontrowersyjne - zdjęcia, które do tej pory zrobiono. Brakuje mi części znaczących zdjęć, które można znaleźć TU, a także - naszych rodzimych fotografów, wśród których za najważniejszych uważam Tomasza Gudzowatego, oraz Krzysztofa Millera i Marcina Sudera. 
W albumie znalazłam kilka fotografii naprawdę unikalnych, których bezskutecznie szukałam, a także szereg  ciekawostek, których do tej pory nie byłam świadoma. 
W serii ukazały się Historia architektury, Historia mody oraz Historia kina. Dwie pierwsze chętnie bym nabyła, co do kina, to mam kilka takich przekrojowych opracowań. Jednak najbardziej marzy mi się album z samymi fotografiami z początku istnienia tego medium, tak powiedzmy, aż do boomu fotograficznego, kiedy to tanie kartoniki i niewielkie koszty produkcji wyparły prawdziwych artystów fotografii. 
Mam zamiar napisać jeszcze o kilkorgu ważnych postaciach związanych z fotografią, wśród których znajdzie się czwórka moich ulubionych artystów. Mam nadzieję, że chętnie przeczytacie o sylwetkach Julii Margaret Cameron, Henrym Peach Robinsonie, czy dość kontrowersyjnych fotografiach Charlesa Lutwidge'a Dodgsona, czyli Lewisa Carrolla, a na widok barwnych fotografii Prokudina-Gorskiego wpadniecie w zachwyt.  

Szczypta soli szczypta bliźnich - Magdalena Samozwaniec


Jak niedawno pisałam (tu), w moje ręce wpadła stara, oprawiana introligatorsko książeczka, zawierająca zabawne anegdotki, dykteryjki, fraszki, listy. Troszkę podobna do Przybory z zeszłego miesiąca. Dopiero ostatnio wpadłam na pomysł wyszukania autora: Magdalena Samozwaniec wydała tę niewielką książeczkę nakładem wyd. Iskry w 1968 roku. Tomik Szczypta soli szczypta bliźnich wchodzi w skład serii Biblioteka Stańczyka. BS wydawana była od 1957 roku, a zawierała literaturę humorystyczną i satyryczną. Jak wspomniane przeze mnie Listy z podróży Przybory i ten tom jest ilustrowany - tym razem stroną graficzną zajęła się Maja Berezowska, artystka związana między innymi z Przekrojem (za każdym razem zamiast mówić Przekrój mam ochotę powiedzieć: stary, dobry, krakowski Przekrój). 


Książka podzielona jest tematycznie na Myśli srebrne i posrebrzane, Parodie, Wiersze satyryczne i Felietony. Wszystko nienachalnie zabawne, inteligentne. Tu mrugnięcie okiem, tam nawiązanie do literatury, do tego napisane, że cud, miód i orzeszki. Dla miłośników "humoru z tamtych lat" i... starego, dobrego, krakowskiego...  


Książka wygrzebana ze skrzyni podczas czyszczenia magazynów bibliotecznych, a przeczytana na wyzwanie CZYTAMY KSIĄŻKI NIEOCZYWISTE (zapraszam do dzielenia się podobnymi starociami, cymeliami, białymi krukami...)

Inne głosy, inne ściany; Muzyka dla kameleonów - Truman Capote

„Zacząłem pisać mając osiem lat – ni z tego, ni z owego, nie inspirowany niczyim przykładem. Nie znałem nikogo, kto by pisał; mało tego, znałem niewiele osób, które czytały” - tak Truman Capote pisze w przedmowie do Muzyki dla kameleonów.

Truman Persons (Capote jest jego pseudonimem literackim) przyszedł na świat w 1924 roku w Nowym Orleanie, niejednokrotnie odmalowanym przez pisarza w licznych opowiadaniach. Dorastał umieszczany u licznej rodziny, miedzy innymi w Luizjanie, Alabamie i Missisipi. W Monroeville (Alabama) poznał chłopczycę, Harper lee, o której pisałam przy okazji lektuty Zabić drozda.

Od dziecka wytrwale ćwiczył pisanie; w wieku lat siedemnastu publikuje prozę narracyjna w New Yorkerze, Harper’s Bazaar, Atlantic Monthly. Jego pierwszym sukcesem na dużą skalę była powieść Inne głosy, inne ściany wydana w 1948, kiedy Capote miał zaledwie 24 lata. Inne głosy są opowieścią na wpół autobiograficzną, młody chłopak Joel Knox przybywa do tajemniczego Landing by po śmierci matki zamieszkać z nigdy niewidzianym ojcem. Stara ruina stojąca samotnie na odludziu ma swoje sekrety, a zamieszkała jest przez rozbitków życiowych, dziwne indywidua, które mają niebagatelny wpływ na charakter młodzieńca. Capote dość odważnie wyraża się o swoim homoseksualizmie – piękną apoteozę miłości wkłada w usta Dolores z opowiadania stryja Randolfa. Capote funduje czytelnikom prozę ożywczą, jednocześnie o dusznym klimacie, bardzo hermetyczną, niekiedy groteskową, jednak jest to proza marzycielska jak obraz chłopca z tyłu okładki.

Muzyka dla kameleonów jest jedna z ostatnich książek Capote’ego. W większości są to opowiadania, bardziej lub mniej autobiograficzne. Niektóre fragmenty będę pamiętała latami – brawurowa ucieczka pisarza przed policją, oskarżenie o pedofilię jednego ze znajomych, oraz obraz Marylin Monroe. W tomie znajdują się także wywiad z mordercą kojarzonym z „bandą Mansona”, oraz opowiadanie Ręcznie rzeźbione trumny, które bardzo przypomina Z zimną krwią, które jak sam pisarz twierdzi, miało wznieść reportaż na wyżyny literatury. Przyznaje się również do swojej fascynacji Agathą Christie, Henrym Jamesem, Flaubertem, podziwiał Willę Carter.

Czytając Trumana Capote oddycham. To tak dobra proza, że czytanie jej jest rzadką przyjemnością. Uprzednio napisałam, że nie przypadło mi do gustu Śniadanie u Tiffany’ego, ale chyba za bardzo porównywałam je z genialnym filmem. Wrócę do Śniadania. Przed końcem roku przeczytam także Harfę traw. Mimo licznych kontrowersji wokół jego życia, a także literatury (cytował dosłownie i bez zgody swoich przyjaciół) jestem zdecydowaną wielbicielką jego twórczości.

Aktor-autor, czyli: aktorzy, do piór!

Wielu aktorów wydaje wspomnienia, autobiografie, dzienniki, a także książki kucharskie. o nich nie będę pisała. Wielu jednak ma za sobą bardziej czy mniej udane pozycje beletrystyczne, wiersze, eseje.
Niekwestionowanym „królem pióra” wśród aktorów jest Woody Allen – w naszym kraju wydano aż jedenaście jego powieści i zbiorów esejów.
Ethan Hawke jest autorem dwóch powieści: Ash Wednesday (Środa popielcowa) oraz The Hottest State.
Tom Courtenay wydał korespondencję z matką z lat 60-tych (Dear Tom).
Simon Callow, aktor brytyjski znany z wielu ról, wydał ostatnio biografię Dickensa. Napisał także biografię Orsona Wellesa, Charlesa Laughtona i parę innych książek.
King Bruce Lee karate mistrz był taoizującym filozofem, a swoje nauki zawarł w licznych pismach.
Madonna jest autorką serii książeczek dla dzieci Angielskie Różyczki.
Stephen Fry również jest uznanym pisarzem, jego powieść Blagier cieszy się również naszym kraju sporą popularnością.


Hugh Laurie (kolega Fry'a) jest autorem wydanej trzy lata temu powieści Sprzedawca broni.
Kirk Douglas jest autorem powieści  "o miłości i odkrywaniu prawdy" Taniec z diabłem.
Tommy Steele oprócz wspaniałych wspomnień (Bermondsey Boy: Memories of a Forgotten World), wydał książkę historyczną o II wojnie światowej, dokładnie o Dunkierce (The Final Run).
Również David Thewlis, który gościł w naszym jest autorem powieści. Nosi ona tytuł The Late Hector Kipling.
Peter Ustinov, którego kojarzymy z rolą Nerona w ekranizacji Quo Vadis z 1951 roku jest autorem kilku powieści, w tym przetłumaczonej na polski Stary człowiek i pan Smith.
Krzysztof Pieczyński opublikował szereg tomików poezji, a także opowiadania i listy.
Popularny komik amerykański, Steve Martin jest autorem całkiem poważnej powieści Shopgirl (Ekspedientka).
Sławna Alexis, czyli brytyjska aktorka (tak, brytyjska!) Joan Collins ma na swoim koncie kilka romansów obyczajowych.
Shirley MacLaine, znana ze Stalowych magnolii i Czułych słówek jest autorką kilkunastu powieści "wspomnieniowych".
Dwie polskie gwiazdy z zamiłowaniem do pisania to prawnuczka Jana Parandowskiego, Joanna Szczepkowska, autorka piętnastu pozycji, m.in. Kocham Paula McCartneya, oraz Krystyna Janda, autorka sześciu książek, wśród których najsławniejsza to Gwiazdy mają czerwone pazury wydana w 1998 r.
Monika Luft, prezenterka i... aktorka (zagrała kilka ról epizodycznych) jest autorka Śmiechu iguany.

Naomi Campbell, topmodelka i aktorka (zagrała w kilku filmach) jest autorką powieści Swan, opowiadającej o dylematach... topmodelki. 
Jerzy Stuhr prócz kilku książek autobiograficznych wydał w tym roku wraz z córką wierszyki dla dzieci Kto tam zerka na Kacperka?
Do grona aktorek piszących dołączyła także Izabela Kuna książką Klara.
Znana hollywoodzka aktorka Julianne Moore jest autorka wydanej również w naszym kraju książki dla dzieci pt. Truskawkowe Piegi.
Tego roku także doczekaliśmy się pisarskiego debiutu mieszkającej od lat w Stanach Zjednoczonych Dagmary Domińczyk, znanej z filmu Jack Strong. Jej powieść to na poły autobiograficzna Kołysanka polskich dziewcząt.
Teri Hatcher znana z Gotowych na wszystko jest autorką "życiowego poradnika" Spalony tost.
Znany z wielu ról John Lithgow (ostatnio mogliśmy oglądać go w filmie Interstellar) jest autorem książek dla dzieci.
Także Tom Hanks zapowiedział wydanie zbioru opowiadań, a seria książek s-f pod tytułem EartEnd Saga wyjdzie niedługo spod pióra znanej z serialu z Archiwum X – Gillian Anderson.

Wystawę można oglądać do końca roku w Filii nr 4 PiMBP w Rybniku

Jak znaleźć autora?

Jakiś czas temu w moje ręce wpadła książka, bardzo ciekawa zresztą, pełna fraszek, zabawnych anegdotek, dykteryjek, felietonów... tyle, że nie wiem czyja, bo okładka szaro-brązowa, widocznie introligatorska, a karty tytułowe wyrwane, bo biblioteka pozbywała się książek prawie-zaczytanych.
Jestem z natury dociekliwa, więc pierwsze co przyszło mi do głowy, to poszukać w katalogu Biblioteki Narodowej, bo BN jako jedna z bodajże siedemnastu bibliotek ma obowiązek przechowywania egzemplarza obowiązkowego. 
Weszłam do katalogu: TU, wpisałam odpowiedni tytuł, którego fragment drobnym drukiem znalazłam na strony (każda książka co ileś tam stron ma znacznik tytułu, wynika to z wymogów drukarskich):


Książeczka się znalazła.

Wybrałam oczywiście pozycję nr 2. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, kto tę książkę napisał:
Nie tylko znalazłam tytuł, autora, (no, miejsce i datę wydania oraz wydawcę miałam z tyłu na cenzurce), a nawet "oprawcę" graficznego i serię.
Jeżeli macie takie dziwne problemy, to spieszę donieść, że każdy da się rozwiązać, jak widać na powyższych obrazkach.