Header Image

Dom nad wodospadem, czyli Waldemar Łysiak o Franku Lloydzie Wrighcie


Jestem zdania, że piękno jest początkiem filozofowania. Filozofowania w sensie dosłownym, czyli jako dążenie do mądrości, do wiedzy. Moje zainteresowanie architekturą wzięło się z... filmu. A dokładniej z pięknego domu nad jeziorem, który "grał" główną rolę w filmie o tym samym tytule (pisałam już kiedyś o nim). Jednym z twórców, na których wzorowali się przedstawieni w filmie architekci był Frank Lloyd Wright, uważany za najwybitniejszego architekta, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi. Urodzony w drugiej połowie XIX-go wieku architekt tworzył aż do śmierci w wieku 90 lat, która nastąpiła w 1959 roku. Wpłynął na takich twórców, jak Gropius, Mendelshon, van der Rohe, czy Le Corbusier.
Jego humanistyczna koncepcja architektury organicznej wyrasta ze zrozumienia formy i funkcjonalności budynku, który miał projektować, oraz całego otoczenia, w którym miał stać. W jego twórczości widać także wpływy japońskie, czemu sam zaprzeczał.
Tak zwane Domy Prerii inspirowane były typowo amerykańskim krajobrazem, ukształtowane przez naturalne warunki terenowe i potrzeby człowieka1, były odzewem człowieka na zew natury1. Zorientowane horyzontalnie budowane były z ciemnego drewna, cegły, kamienia (częściowo nieobrobionego), naturalnego tynku piaskowego, stiuków i szkła. W niektórych Domach Prerii kominek, serce układu, wykuty był w bryle skalnej2. Najbardziej jednak ukochał drewno. W Winslow House aby nie wycinać starego, pięknego drzewa obudował go dachem. Co warto dodać, większość Domów Prerii powstało na przedmieściach Chicago.



Projektował również gmachy użyteczności publicznej, które w opozycji do otwartych domów mieszkalnych, były nierzadko pozbawione okien na rzecz nieprzepuszczających widoku z ulicy luksfer. Zaprojektował wieżowce, hotele (nieistniejący już niestety Imperial w Tokio, w którym użył konstrukcji słupowej, opierającej się trzęsieniom ziemi), kościół, nawet krytykowane za brak funkcjonalności (sic!) Muzeum Guggenheima, które jak olbrzymi ślimak wyrasta z ulicy.



Jako architekt doskonały zaprojektował również idealne miasteczko, Broadacre City, które było w zamierzeniu rozległą, skąpaną w przyrodzie powierzchnią rezydencjonalno-uprawną, gdzie każda rodzina otrzymałaby domek i jeden akr ziemi. Zaprojektował Wright dla tego miasta-wsi rodzaj rajskiego ogrodu, zawierającego wszystkie znane urządzenia rekreacyjne i obiekty rozrywkowe. Zaprojektował również superszybką komunikację automobilową i powietrzną (...) Zaprojektował idealne, arcydemokratyczne społeczeństwo, będące utopijną mieszanką idei powrotu do natury w stylu Rousseau3



Waldemar Łysiak w swojej niewielkiej objętościowo książce o Szalonym Architekcie rzetelnie przedstawia życie i program twórcy. Cieszę się, że ją odkryłam, szukając zdjęć mojego domu marzeń...

1 - s. 12
2 - s. 13
3 - s. 24


Wielki las - William Faulkner

To mój pierwszy Faulkner i powiem szczerze, że zachwycił mnie językiem. Na zbiorek składają się cztery opowiadania oscylujące wokół grupy zaprzyjaźnionych, związanych więzami krwi, lub po prostu jakoś losowo splecionych ze sobą myśliwych. Co prawda jestem przeciwniczką myślistwa, szczególnie takiego dzisiejszego, ale Faulkner podobnie jak Hemingway darzy naturę miłością i wielkim szacunkiem. Niedźwiedź, na którego polują myśliwi jest niczym szachowy przeciwnik - przebiegły, mądry, spersonifikowany, a nie sprowadzony do roli celu, do którego trzeba trafić i jechać do domu.
Nie umiem powiedzieć, czy Faulkner opisuje świat, którego już nie ma. Podejrzewam, że wiele się zmieniło, ale ja sobie tamten las nad Missisipi wyobrażam jak lasy, które dobrze znam.

Zdążyć przed panem bogiem. Hipnoza. Biała Maria - Hanna Krall

Posłaliśmy w czterdziestym drugim kolegę, Zygmunta, żeby zorientował się, co się dzieje z transportami. Pojechał z kolejarzami z Dworca Gdańskiego. W Sokołowie powiedzieli mu, że linia się rozdwaja, jedna bocznica idzie do Treblinki, codziennie jedzie tam pociąg towarowy załadowany ludźmi i wraca pusty, żywności nie dowozi. - relacjonuje Marek Edelman, zastępca Komendanta, Mordechaja Anielewicza, dowódcy Powstania w Getcie Warszawskim. Na pytanie Hanny Krall: Dlaczego wyznaczyliście właśnie ten dzień (na rozpoczęcie powstania) - dziewiętnasty kwietnia? Edelman odpowiada: Nie my go wyznaczyliśmy. To Niemcy. Tego dnia miała rozpocząć się likwidacja getta.
We wstrząsającym wywiadzie-reportażu Zdążyć przed Panem Bogiem Hanna Krall pyta o przesłanki, które zdecydowały o wybuchu powstania. Jak wykazały badania przeprowadzane w szpitalach w getcie (Choroba głodowa. Badania kliniczne nad głodem wykonane w getcie warszawskim w 1942 roku) były trzy stopnie choroby głodowej; I stopień to coś w rodzaju chudnięcia na zdrowie, jakie obserwuje się na wczasach odchudzających; II stopień to już głód znany z ulic getta, III stopień to postać charłactwa głodowego, stan ten jest przedśmiertny, charakteryzuje się nieodwracalnym wyniszczeniem i kurczeniem organów wewnętrznych.
Ci, którzy nie umarli z głodu, byli codziennie wywożeni do Treblinki (KL Treblinka była drugim po KL Auschwitz-Birkenau pod względem liczby ofiar). Edelman wspominał o dziwnej ciszy w zagranicznych mediach na temat Holokaustu, a sprawa przedstawiała się tak, że Londyn nie wierzył w raporty. ŻOB (Żydowska Organizacja Bojowa) zorganizowała ostatni zryw zbrojny, który miał nazistom pokazać jak można umierać z honorem; Chodziło tylko o wybór sposobu umierania, dodaje Edelman.
Marek Edelman był jednym z nielicznych, którzy przeżyli. Tych ocalonych można na palcach policzyć. Z grozą, koszmarem getta, gdzie porządek historyczny okazuje się tylko porządkiem umierania, konfrontuje Krall powojenne życie Bohatera. Edelman jako kardiolog ratował, przedłużał ludziom życie. Współpraca z Profesorem przyniosła nowatorskie rozwiązania w dziedzinie kardiochirurgii. Liczyło się każde życie.
W tym wydaniu obok Zdążyć przed Panem Bogiem czytelnik dostaje także fragmenty Hipnozy, w których autorka pokazuje, że Ocaleni muszą zmagać się z dramatem poczucia winy właśnie przez to, że przeżyli, jako jedyni z rodziny, z kilkutysięcznego miasteczka.
Biała Maria to już inny ciężar gatunkowy. Poniekąd nawiązuje do splatanych losów Żydów, Polaków i Niemców, a także jak w jednym z wywiadów przyznaje Krall, dopina watki z wcześniejszych książek. Jednym z bohaterów Białej Marii jest Krzysztof Piesiewicz, wspaniały scenarzysta, postać publiczna. Krall unika tabloidyzacji jego postaci. Tym bardziej warto. Z początku myślałam, że postacie są wymyślone przez autorkę, ale każda jest "udokumentowana"; w książce pojawiają się zdjęcia. Nie są to zdjęcia osób, Krall nie uprawia zawodu portrecisty. Zdjęcia przedstawiają przedmioty martwe, miejsca. Myślę, że to bardzo Krallowskie, takie pokazywanie człowieka i jego losu "poprzez", osłoniętego, nie wprost.

Książę przypływów - Pat Conroy

Dawno żadna książka nie wciągnęła mnie tak bardzo, jak Książę przypływów. Zarwałam dla niej kilka nocy; było warto - Pat Conroy napisał wspaniałą sagę o rodzinie z Południa. Próżno szukać tu blichtru i wartości rodem z Przeminęło z Wiatrem; rodzina Wingo porównywana jest do białej hołoty (specjalnie posłużyłam się słowami Mammie z Przeminęło), a relacje między członkami rodziny są o niebo bardziej niż skomplikowane. 
Toma Wingo, byłego trenera szkolnej drużyny footballowej, poznajemy, kiedy dowiedziawszy się o zdradzie żony i niedoszłym samobójstwie ukochanej siostry bliźniaczki Savannah, wyjeżdża do Wielkiego Jabłka. Tam, podczas wizyt u psychoterapeutki Savannah, pięknej pani Lowenstein, snuje opowieść o trudnym dorastaniu na małej wyspie, o tym, jak ojciec łowił krewetki i marnował każdą zarobioną sumę na "interes życia". Rodzinę Wingo, jak już pisałam, łączą trudne relacje, ale ma to swój początek nie tylko w ciężkiej ręce ojca Toma, czy dziwnym zachowaniu matki, co w tragedii, która wydarzyła się, kiedy dzieci były starszymi nastolatkami. 
Ujęły mnie w Księciu piękny język, doskonałe, nieomalże filmowe dialogi, postacie napisane tak, jak gdyby były żyjącymi ludźmi z krwi i kości. Do tego fabuła trzymająca w napięciu, niczym najlepszy dreszczowiec.
Nie jest to pierwsza powieść Conroya, którą czytam. Poprzednia również zrobiła na mnie wrażenie (w tym miesiącu przeczytałam Wielkiego Santini), a przede mną Muzyka Plaży, na którą już ostrzę zęby.
Od razu uprzedzam pytania: niestety, nie oglądałam filmu, ale myślę, że jest to akurat ten rodzaj książki, którą trzeba przeczytać przed obejrzeniem ekranizacji. Oczywiście film obejrzałabym z wielką chęcią.  


Mama ma zawsze rację - Sylwia Chutnik


Ta książka to ważny głos w obronie matek, które nie traktują macierzyństwa, jako swojej jedynej misji życiowej. Ciąża i poród to zjawiska ekstremalne, niekiedy upokarzające, odbierające tożsamość kobiecie na rzecz jej dziecka. Sylwia Chutnik (o której pisałam dwa posty temu) w swoich felietonach rozwala mit supermatki; kobieta ma prawo być nieszczęśliwa, załamana, ma prawo się rokrochmalić.
Chutnik pisze również o związkach partnerskich, to znaczy o równowadze między partnerami w codziennych obowiązkach i podziale pieniędzy przy zakupach w markecie i o "odwiecznej wojnie płci". 
Język Chutnik - przynajmniej w tych felietonach - trafił do mnie; przypomina zjadliwy ton felietonów Jeremiego Clarksona.

Przepraszam, że tym razem tak krótko, ale odpoczywam po zakuwaniu; wczoraj zdawałam ostatni egzamin i już oficjalnie mam uprawnienia do pracy w bibliotece, tak więc - jestem do wzięcia, jako wspaniały pracownik:)
Kusi mnie, żeby puścić posta o kryzysie (na kupionej w zeszłym roku "wyszanowanej" bluzce znalazłam dziury, które zrobiły się same, bo materiał jest nieomal przezroczysty, a tiszercik kupiony przez kryzysem jest "gniotsa nie łamiotsa"), ale potem będzie, że narzekam, a nie chcę Was zanudzać. A tu (ponoć) wiosna idzie i ciepło zapowiadali.

Krótka historia książki w XX-tym wieku

Nie jestem specjalistą z dziedziny księgarstwa, ale ten temat mnie bardzo interesuje. Chciałabym Wam przybliżyć moje przemyślenia na temat tego, jak wydawane były książki w XX-tym wieku.



Na zdjęciu Róża Żeromskiego nakładem Wydawnictwa J. Mortkowicza

Jedno z najstarszych polskich wydawnictw specjalizujące się w beletrystyce powstało w Warszawie w 1857 roku. Gebethner i Wolff w 1937 roku na swoim koncie miało wydanych około 7 tysięcy pozycji (drugie tyle nut). GiW wydawało przede wszystkim literaturę polską (Orzeszkowa, Konopnicka, Sienkiewicz, i in.), oraz pisma (Kurier Warszawski, Tygodnik Ilustrowany, i In.) Wydawnictwo działało globalnie – filie rozmieszczone były nie tylko w większych miastach Polski, ale i w Paryżu, a także w Stanach Zjednoczonych. W latach 30-tych redaktorem wydawnictwa był Aleksander Wat.
Po wojnie, niestety wydawnictwo zostało zlikwidowane. Co prawda w latach 90-tych były próby reaktywacji, ale bez większego skutku.

Zdjęcie powyżej przedstawia grzbiet tomu Dzieł Shakespeare'a

Na przełomie XIX-go i XX-go wieku „modna” była klasyka: od Mickiewicza (już od czasu śmierci uznawanego za klasyka) do Shakespeare’a. Mam w domu jeden tom (z bodajże ośmiu), wydane we Lwowie w latach 1895-97. Nad przekładem pracowali najwybitniejsi poeci, w tym m.in. Kasprowicz. Z opisu aukcyjnego wynotowałam: Nakładem Księgarni Polskiej. Płótno z tłoczeniami i barwieniami na grzbiecie oraz wizerunkiem autora na licu



 Jeżeli myślicie, że książki dodawane do gazet wymyśliła Wyborcza, to wyprowadzę Was z błędu. Jest to zabieg dość stary, o czym świadczy tom Listów z Afryki Sienkiewicza. Zwróćcie, proszę uwagę na datę.
Bezpłatny dodatek do prenumeraty Tygodnika Ilustrowanego 1901r. 


Ozdobny inicjał
W latach 20-tych sztuka użytkowa była na wysokim poziomie. Widać to po architekturze, wystroju wnętrz, artykułach gospodarstwa domowego, które nierzadko były projektowane przez artystów (w XIX-tym wieku artystami chcącymi podnieść sztukę użytkową do rangi sztuki przez duże „S”  byli prerafaelici, a na rodzimej ziemi – Wyspiański). Nad książkami pracowali najlepsi graficy; nawet „zwykłe” wydanie miało ozdobniki w postaci choćby ciekawych inicjałów.

Nie wiem, czy okładka jest oryginalna, czy zrobiona wtórnie, ale jako ciekawostkę pokażę Wam okładkę wspaniale wydanej beletryzowanej biografii Balzaca. Okładka jest barwiona! Nad przekładem czuwał Leo Belmont, prozaik, eseista, znawca i tłumacz literatury francuskiej. Belmont zmarł w getcie warszawskim.  
Jak widać do wybuchu II wojny światowej książki były wydawane w większości w twardych okładkach (mam również okładkę tekturową z wydania kieszonkowego Damy Kameliowej, oraz papirus i papier czerpany w tomiku poezji), na dobrym jakościowo papierze. Książki miały tłoczenia, złote litery, bogate inicjały, etc. Mam w domu album dotyczący starożytnego Egiptu; album pochodzi z Berlina z 1922 roku, a wydany jest na papierze kredowym!


Po II wojnie światowej choć część matryc została zachowana, nie było materiałów, by produkować dobre jakościowo książki (i widokówki na przykład). Lata 46-49 to papier złej jakości, klejenia, które nie trzymały i zwykła tekturka  zamiast okładki z prawdziwego zdarzenia. Wydawało się przede wszystkim książki mające służyć nauce, poezję (Słowacki, Kochanowski) w szczególności autorów rodzimych. (Zakładam, że wydawano również autorów radzieckich, ale nie mogę się „pochwalić” ani jedną „zagraniczną” książką z tamtych lat. Co warto zauważyć – książki w większości były „do samodzielnego przecięcia”. Przekrój początkowo był wydawany w większym formacie i strony były nierozcięte, stąd nazwa tygodnika. O ile pamiętam Przekrój w takim wydaniu ukazywał się jeszcze w późnych latach 80-tych.

Ilustrowane wydanie Lalki Bolesława Prusa


Dopiero „odwilż” przyniosła prawdziwy boom na dobrze wykonane tomy: Iskry, Ossolineum, Czytelnik, czy Państwowy Instytut Wydawniczy w połowie lat 50-tych zaczęły wydawać wielotomowe dzieła najsławniejszych pisarzy polskich i zagranicznych. Niektóre wydania ukazały się do tej pory tylko raz (jak w przypadku Thomasa Hardy). Twarde okładki były obłożone w materiał, klejenie było dodatkiem do szycia, książki nierzadko ukazywały się z ilustracjami. Matryce były dobrze przygotowane i dobrze odbijały dopracowany druk.  Właściwie z tych czasów pochodzą moje najukochańsze (i najpiękniej pachnące) zbiory.


Na zdjęciu seria z lat 70-tych

Lata 70-te to miniaturyzacja (która zaczęła się w późnych latach 60-tych). Niewymieniane matryce były słabe, a papier coraz cieńszy. Okładki przeważnie twarde, ale zbyt dużo było (jak dla mnie) eksperymentów. PIW, Czytelnik (seria Nike) i inne wydawnictwa „kombinowały” z formatem.
Od tamtych czasów zaczęła się równia pochyła: koniec lat 70-tych oraz lata 80-te przyniosły książki złej jakości, wydawane coraz tańszym kosztem. Jak widać wszystkie przemiany społeczne, historyczne i kulturowe odbijają się i na książkach. Koniec lat 80-tych i początek 90-tych to totalna wolna amerykanka wydawnicza. Słyszałam o wydawnictwach, które zatrudniały studentów i każdemu rozdzielały po powiedzmy rozdziale do tłumaczenia, co dawało kuriozalne skutki w postaci książek źle przetłumaczonych i niespójnych.
Na szczęście koniec lat 90-tych przyniósł świeży powiew jakości. Zaczęto wydawać na powrót książki o twardych okładkach, dobrze przygotowane edytorsko. Co prawda takie wydawnictwa jak Amber, czy Zielona Sowa stawiały na niską cenę, nie na jakość (Abmerowi zarzucam okropną czcionkę, Zielona Sowa rozpada się po jednym czytaniu, a odstępy między wierszami po prostu nie istnieją), ale Świat Książki, PIW czy PWN trzymały wysoki poziom. Od lat 90-tych w kioskach i tak zwanych salonikach prasowych pojawiają się również kolekcje Hachette i tym podobne. Chociaż okładki mają nawiązywać do „starych dobrych czasów”, kiedy oprawiano książki w półskórek, to jednak pod względem edytorskim książki pozostawiają wiele do życzenia (literówki!!!).

Pokój Jakuba nakładem WL uważam za książkę z najpiękniejszą okładką, jaką widziałam. Dla porównania również nakładem WL Fale z 1983 roku.


Ostatnio w księgarniach można dostać cudnie wydane książki, które mimo kryzysu wydawane są naprawdę wzorowo. Dobrą pracę wykonuje tu między innymi Wydawnictwo Literackie, dla którego zawsze miałam szacunek, oraz Zysk i S-ka, Znak; wydawnictwa te postawiły na dobrą jakość, wspaniałych grafików (okładki są po prostu piękne!), dobrych pisarzy. Te książki na pewno przetrwają przynajmniej jeszcze jeden wiek, a już na pewno „przeżyją” i mnie.
Wszystkie książki i wydawnictwa podałam jako przykłady. Temat jest bardzo szeroki, a ja chciałam go zarysować. Mogłabym książkę napisać o samych wydawnictwach podając przykłady książek, które posiadam.  Cieszę się, że wydaje się obecnie dużo dobrej literatury, okładki są ładne (nie mówcie, że nie zwracacie uwagi na okładki, bo nie uwierzę;), druk czytelny, a strony nie odlatują po otwarciu. Życzę nam, czytelnikom, by książki były tak wspaniale wydawane, jak za najlepszych czasów. Chociaż trochę psioczę na te wydane pod koniec ubiegłego wieku, to miałam okazję zapoznać się z wieloma wspaniałymi tytułami.

Lektor - Bernhard Schlink


Znalazłam dowód na to, że wcale nie trzeba pisać pięciuset stron, by zachwycić czytelnika. Na 166 stronach autor umieszcza tak wielki ładunek emocjonalny, że książkę dosłownie można pochłonąć z wypiekami na twarzy i to w jeden wieczór.
Lektor Bernharda Schlika jest jedną z najlepszych współczesnych powieści niemieckich. Jest to napisana w formie wspomnień opowieść o trudnej miłości nastolatka i dojrzałej kobiety. Autor bardzo subtelnie porusza temat inicjacji seksualnej. Opowieść składa się z trzech części - pierwsza, to opowieść o budzeniu się namiętności i dojrzewaniu, druga część jest spojrzeniem na powojenne oblicze Niemiec. Trzecia część jest swoistą pokutą obojga bohaterów.
Język, jakim operuje Schlik jest prosty, jednocześnie oddziałuje silnie na wyobraźnię. Świat zapachów, dźwięków i emocji zapadają w pamięć. Przy tym książka na prawdę daje do myślenia.

Cytrynowy stolik - Julian Barnes

Najnowszy tom opowiadań Juliana Barnesa Cytrynowy stolik (The Lemon Table – wydany w 2004 roku, a Polsce dopiero teraz), bez sentymentalizmu prezentują różne odcienie starości. Pierwsze opowiadanie, jak preludium, czy może bardziej trailer, zapowiada jakiego tematu podejmie się autor w kolejnych utworach. Starość, starzenie się, wiek dojrzały. Ale starość nie ta, co odbiera siły i rozum, w której nie pamięta wół jak dziecięciem buł, ale ta, w której człowiek dalej chce żyć, kochać, czuć i pragnąć. Barnes przekonuje, że pociąg fizyczny dalej jest obecny w życiu starzejącego się mężczyzny (wierzę na słowo, bo nie jestem starzejącym się mężczyzną, a autor – tak), a chuć, czy „głupstwa młodości” dalej atakują.
Świetnie się czyta opowiedziane z różnych perspektyw opowiadania Rzeczy, o których wiemy (śniadanie, na które umawiają się dwie wdowy okazją do zaprezentowania doświadczenia życiowego), oraz Czujność (jak można zabrnąć w swoją – przepraszam bardzo – stetryczałość). Bardzo filmowe i zapadające w pamięć są romantyczna i smutna historia o miłości, której „nie było”, rozgrywająca się w XIX-wiecznej Szwecji Historia Matsa Izraelsona, oraz współczesna opowieść Higiena , która moim zdaniem świetnie nadaje się na kanwę scenariusza filmu np. Mike’a Leigh.
Opowiadania Barnesa czyta się gładko, ale nie wszystkie z równym zaangażowaniem. Tomik przez to jest nierówny. Poza tym, mam wrażenie, żyjemy w czasach, w których kiedy tylko jakiś pisarz sprawnie operuje językiem, od razu okrzyknięty jest mistrzem słowa. Niemniej jednak chcę się przyjrzeć bliżej twórczości laureata Man Booker Price.
Więcej o Cytrynowym stoliku możecie znaleźć na stronie autora: http://www.julianbarnes.com/bib/lemon.html
Oraz bardzo ciekawa opinia http://www.deseretnews.com/article/595077600/Lemon-Table-tales-enchant-reader.html




Spowiedź dziecięcia marines

Utwory Pata Conroya oscylują zasadniczo wokół jednego tematu: trudne dorastanie w rodzinie oficera marines. Amerykańscy marines to niemal grupa społeczna, z własnymi osiedlami, zasadami. Życie z głową rodziny, która przenosi wojskowy dryl na grunt rodzinny jest trudne, obfituje w akty przemocy fizycznej i psychicznej. Synów wychowuje się (bardziej pasuje słowo: trenuje) na dobrych marines, a córki na dobre żony marines. Od syna, szczególnie pierworodnego wymaga się, by prześcignął ojca, ale paradoksalnie, kiedy syn da się poznać jako silny mężczyzna, zaczyna się swoista walka kogutów. Conroy wychował się jako najstarszy z siedmiorga dzieci pułkownika Piechoty Morskiej. Większość tego, co przeżył jako dziecko i nastolatek, całą tę traumę opisał w takich utworach, jak Wielki Santini, czy Władcy dyscypliny. Nie sposób pisać o jego powieściach pomijając życiorys.
Wielki Santini to przydomek używany przez Byka Meechama, starzejącego się Marine, ojca czworga dzieci i męża pięknej Lilian. Byk nie terroryzuje dzieci non stop, jak sugerowałoby wiele pobieżnych opisów książki. Presja, bat nad głową, obawa przed wybuchem – tak. Ale w domu wiele jest ciepła, żartów (spodziewałam się, że dzieci będą siedziały jak myszki pod miotłą, ale pozwalają sobie na różnego rodzaju psikusy i żarty słowne), zabawy w wojnę, dzieci i dorośli mają swoje specyficzne zwyczaje.
Nie będę rozwodziła się nad psychiką żołnierza, ale myślę, że Byk jest po prostu facetem niedojrzałym emocjonalnie. Nawet język, którego używa przekomarzając się z przyjaciółmi, z tego, co zdążyłam zaobserwować (np. w książce Marcinki) jest wyjątkowo szczylowski, przy czym przekomarzania Bena i Mary Anne (dwójki starszego rodzeństwa) wyglądają dojrzale.
Wielki Santini to wspaniała powieść. Wciąga – może nie od pierwszej strony i gwałtownie, ale powoli wnikamy w życie Bena i Byka. Poznajemy również życie na Południu z jego zaszłościami, podziałami społecznymi, wymogami życia. Przy tym Conroy pisze niezmiernie plastycznie, co podchwyciło Hollywood przekładając powieść na język filmu. Powiem szczerze, że film widziałam tak dawno temu, że pamiętam z niego tylko grę w koszykówkę. Myślę, że jednak książka bardziej wbije mi się w pamięć, bo zrobiła na mnie mocne wrażenie.
A już w niedługim czasie sięgnę, jak niektórzy zauważyli, po Księcia przypływów. Już się cieszę:)

Co będziemy czytać w... 1958 roku?



 
Niestety, artykuł jest niedokończony. Pochodzi z książeczki/kalendarza na rok 1958. W książeczce są jeszcze wszelkiego rodzaju porady (jak coś z czegoś sprać), co się będzie nosiło, jak opiekować się papużkami/kotami/żółwiami, etc. Ten artykuł wydał mi się na tyle ciekawy, że postawiłam go zamieścić.Co się czyta do dziś, o kim zapomnieliśmy? 

Moralny Nieład - Margaret Atwood

Moralny Nieład Margaret Atwood to jedenaście opowiadań z różnych okresów życia kobiety. Niektóre są prowadzone z pozycji pierwszej, niektóre z pozycji trzeciej osoby. Z początku bohaterka jest bezimienna, lecz później (może dlatego, że już ukształtowana psychicznie) zyskuje imię Nell. Nell jest alter ego samej Atwood, która w wątki życia kobiety wplotła sporo własnych nici. Autorka urodzona w Ontario większą część dzieciństwa spędziła w kanadyjskich lasach u boku ojca entomologa i matki dietetyczki. Oczekiwanie na przyjście na świat rodzeństwa wyznaczyło początek odpowiedzialności, a wraz z nim koniec dzieciństwa. A ten moment oczekiwania na dziecko, które miało się narodzić (Atwood jest „środkowym” dzieckiem) pięknie opisała w opowiadaniu Sztuka gotowania i podawania, gdzie jako jedenastolatka w skupieniu robi na drutach wyprawkę dla malutkiej siostrzyczki. W innym opowiadaniu – już starsza nastolatka, trochę zbuntowana, ale bardzo grzeczna i rozwinięta intelektualnie – analizuje wiersz, który „ma być” na egzaminie, co jest tylko pretekstem do głębszych rozważań. Na pewno na długo w pamięci zostanie mi tytułowe opowiadanie. Napisane w podobnym tonie, co Jajko i ja Betty MacDonald, pokazuje formułowanie się stosunku Atwood do zwierząt. Autorka bowiem od lat jest wegetarianką i działa w Kanadzie na rzecz ekologii.
Właściwie, gdyby nie Dyskusyjny Klub Książki nigdy sama z siebie nie sięgnęłabym po Atwood. Oczywiście nazwisko jest mi znane; wiedziałam, że to kanadyjska pisarka, poczytna i ekranizowana. Styl Atwood jest dość prosty i powściągliwy, przy tym bardzo obrazowy. Dialogi mogą razić, jako nieprawdziwe, ale kiedy autorka oddaje się wspomnieniom, czyta się ją jednym tchem. Opowiadania Margaret Atwood mogę z czystym sercem polecić osobom lubiącym powieści obyczajowe. Czy sięgnę po „jeszcze”? Nie mówię nie…

Pchli Pałac - Elif Şafak

Pierwszego maja 2002 roku, w środę, o godzinie 12.20 brudna furgonetka – z przodu, z tyłu, z lewej i z prawej strony pokryta mnóstwem mniejszych i większych napisów, ozdobiona na jednym boku wizerunkiem gigantycznej myszy ze szpiczastymi zębami, a na drugim postacią wielkiego, czarnego włochatego pająka – stała zaparkowana od wczesnych godzin rannych na rogu wąziutkiej uliczki wychodzącej na jedną z głównych arterii Stambułu.(…) [Kierowca furgonetki] nazywał się Krzywda Öztürk. Od ponad trzydziestu lat zwalczał robactwo, ale przez te wszystkie lata nigdy nie czuł takiej awersji do swojej pracy jak owego dnia. – Tak, niczym baśniowa Szeherezada, zaczyna snuć swoją opowieść Elif Şafak. Powieść Pchli Pałac tonem narracji przypomina bowiem Baśnie tysiąca i jednej nocy. Opowieść Krzywdy Öztürka niepostrzeżenie przeistacza się w historię nieszczęsnej Agrypiny Fiodorowny Antipowej, która z kolei jest preludium do przedstawienia osobliwych mieszkańców pewnej rozpadającej się kamienicy, zwanej Pałacem Cukiereczek.
Wielowątkowa powieść Şafak to również duchowa mapa Stambułu, jednocześnie ukochane przez autorkę miasto jest tłem dla trafnych spostrzeżeń na temat małżeństwa, samotności, wyobcowania, starości, przemijania, a nawet sposobów robienia porządków domowych. Elif Şafak jest wspaniałą obserwatorką, która potrafi wejść w życie każdego, wywrócić je na lewą stronę, wytrzepać jak stary dywan, a z tego, co wypadnie – potrafi utkać kwintesencję postaci. Jak przyznała w jednym z wywiadów Mam obsesję na punkcie szczegółów; przygotowując się do pisania Pchlego Pałacu Şafak krążyła po Stambule kolekcjonując napisy na murach, w owym czasie czytała również na temat insektów i pestycydów, by dobrze przygotować się do tematu.
Z racji swojej wielokulturowości (Şafak urodziła się we Francji, wychowała w Hiszpanii, obecnie mieszka po pół roku w Turcji i USA) jej pisarstwo jest również internacjonalne. Porównywana do Orhana Pamuka czerpie inspiracje zarówno z tradycji literatury zachodniej (Michel Tournier, Witold Gombrowicz, Nikołaj Gogol, James Baldwin, Edgar Allen Poe, JL Borges), jak i wschodniej (Rumi, Sadi, czy Khalil Gibran). I ten specyficzny dualizm widać także w strukturze powieści: [Pisanie] jest dla mnie tańcem intelektu z intuicją. Taniec ten, jak widać służy pisarce, bo jej powieści bardzo dobrze się sprzedają na całym świecie. Gdybym przyznawała książkom gwiazdki, Pchli Pałac dostałby ich najwięcej. Na pewno sięgnę po inne książki autorki (dotychczas przeczytałam tylko Czarne mleko) – w pierwszej kolejności po Bękarta ze Stambułu i Lustra Miasta.
Przygotowując recenzję korzystałam z wywiadów, które można przeczytać na stronie autorki: http://www.elifsafak.us/en/

Perswazje - Jane Austen

Perswazje zostały napisane blisko dwieście lat temu. Myślałby człowiek, że wszystko się zmieniło przez te dwa stulecia, że ludzie są inni. Ale nic bardziej mylnego: Perswazje są chyba najbardziej ponadczasową powieścią Austen. Nikomu, myślę, nie muszę przybliżać biografii tej wielkiej pisarki, i jestem pewna, że macie na koncie chociaż jedną jej powieść.


Jak na uczucie wpłynie upływ czasu, kiedy przez osiem lat nie widziało się obiektu swej miłości? Jak zachowuje się mężczyzna, którego duma ucierpiała? Powieść Austen ma dość prostą konstrukcję: Anna Elliott mając dziewiętnaście lat za radą matki chrzestnej odrzuciła oświadczyny młodego wówczas i będącego bez grosza Fryderyka Wentwortha. Po latach spotykają się znów i za sprawą przypadku przebywają w jednym towarzystwie. Czy Anna, ładna, lecz już nie tak młoda, kocha Fryderyka? Czy w dumnym pięknym mężczyźnie tli się krzta uczuć?
Oprócz oczywiście siły uczuć głównej pary bohaterów, Austen opisuje również... walkę z upływem czasu. Czas jest dla kobiet mniej łaskawy niż dla mężczyzn, co oczywiste i kobieta nieomal trzydziestoletnia nie może się świeżością równać z nastolatką. O ile kapitan Wentworth po ośmiu latach jest pięknym mężczyzną w kwiecie wieku, kobietom w wieku Anny zaleca się unikania słońca, używanie barwiczki i wybielanie twarzy. Właściwie to, że kobiety za czasów regencji malowały się uświadomiła mi Porcelana z bloga Buduar Porcelany, która nawet podaje ówczesne receptury.
Każdy wydobywa z książek to, co podpowiada mu jego charakter i jego curriculum vitae, więc jako już-nie-nastolatka zwracam uwagę na bohaterki w moim wieku. Jeszcze na chwilę wrócę do Anny Kareniny: powieść czytałam dobre dziesięć lat temu, a dopiero niedawno zwróciłam uwagi na pewien motyw, otóż - Anna Karenina chce być adorowana, kochana, podświadomie zazdroszcząc świeżości Kitty. Jest świadoma tego, że dziś jeszcze podoba się mężczyznom, ale już za kilka lat żaden się za nią nie obejrzy, żaden nie obdarzy ją wzrokiem pełnym uwielbienia. Próżność? Jeśli tak, to większość z nas może się do niej przyznać. Ale Anna K. dała się jej ponieść. [Oczywiście nie mam zamiaru jej osądzać, bo jej historia była raczej pretekstem do ukazania nierówności płci].
Anna Elliott jest inna, niż jej późniejsza imienniczka. Mądra, cicha, miła, przy tym posiadająca delikatną urodę, nie ściąga uwagi mężczyzn. Dla niej upływ czasu nie ma znaczenia, ale zauważa go. Jest świadoma, że nie wygląda już tak ładnie, jak wtedy, kiedy Fryderyk był w niej zakochany. Jednak Austen obdarza bohaterkę pięknem wewnętrznym, które działa lepiej niż sto tysięcy barwiczek.
Perswazje są także pięknym studium uczuć dojrzałych, pełnych rezerwy, tłumionych. Uczucia ludzi młodych wybuchają jak fajerwerki, uczucia ludzi starszych, bardziej doświadczonych są ukryte, może nawet głębsze?
To bez wątpienia najlepsza powieść autorki. Wydana, niestety, pośmiertnie.

Wspomnenia z getta warszawskiego

Nie wiem, czy będę się mogła otrząsnąć z takiej dawki smutku i przerażenia. Kończyłam dwie wstrząsające książki: Pamiętnik i inne pisma z getta Janusza Korczaka oraz Pianistę, czyli wspomnienia Władysława Szpilmana. Obaj byli postaciami znanymi w przedwojennej Warszawie, jeden był społecznikiem, drugi – artystą. Jeden zginął u boku wychowanków, drugi – cudem ocalał z holokaustu. Obaj – i Korczak i Szpilman – zamknięci byli w warszawskim getcie, w którym zgromadzono około 460 tysięcy osób na stosunkowo małym obszarze. Tuż przed wojną w Polsce żyło 3,5 miliona Żydów. Po wojnie zostało ich zaledwie 240 tysięcy. Systematycznie wykańczani psychicznie, a później i fizycznie, doprowadzani do nędzy, chorób, w końcu mordowani na masową skalę.
Pamiętnik Korczaka pisany jest w większości w 1942 roku, ostatni zapis datowany jest na kilka dni przed wywózką Domu Sierot do Treblinki, gdzie zginęli wszyscy bez wyjątku. Szpilman spisał swoje wspomnienia tuż po zakończeniu wojny, jeszcze „na świeżo” (pierwsze wydanie jego wspomnień było w roku 1946, ale później cenzura uniemożliwiała dalsze wydania z uwagi na niewygodne dla siebie fakty).
Janusz Korczak, lekarz, intelektualista, pisarz, propagator „wychowywania” dziecka (a nie jego „hodowania”, czy „tresowania”) był dyrektorem i wychowawcą jednego z pośród trzydziestu sierocińców i internatów, znajdujących się na terenie getta. W swoich zapiskach zostawił kronikę codziennych zmagań o egzystencję dużej grupy sierot, na tle coraz bardziej wyniszczanego getta. Bolesne są zapisy o „umieralni dla dzieci”, gdzie z 10-ciu przyjętych w tygodniu umierało dziewięć, lub wszystkie. Ale dla Janusza Korczaka dzieci to nie liczby w statystykach, a Moniuś, Reginka, czy Chaimek. Trzeba nie tylko napalić w piecu, dać jeść, oprać, podać lekarstwo, ale i przytulić, opowiedzieć bajkę o Kocie w butach. Po rozdziale Dwie trumny myślałam, że serce mi pęknie i chciałam odłożyć książkę. Nie mogłam. Taki niesamowity ładunek emocjonalny niosą ze sobą słowa Korczaka, że tylko kamień by nie zapłakał nad losem tych dzieci…
W Pianiście Szpilman wspomina Korczaka, jego odwagę i wierność ideałom. Zapiski Władysława Szpilmana napisane są z niemal dziennikarską pozbawioną zbędnych ozdobników precyzją. Muzyk pozostawia obraz getta z nieco innej strony, ale nadal jesteśmy w tym samym piekle, z którego trudno się wydostać. Pamiętam, że Roman Polański pisał, że z getta można było uciec, ale o wiele ciężej było przeżyć poza jego murami. Szpilman miał przyjaciół, którzy nie bali się narażać życia dla niego (państwo Buguccy), a także, jak już kiedyś wspominałam, trafił na „jedynego c z ł o w i e k a w niemieckim mundurze”; kapitan Wilm Hosenfeld jest bowiem ukrytym bohaterem Pianisty; do książki dołączone są fragmenty jego pamiętnika z roku 1943, które zadają kłam teorii, że o zbrodni przeciw ludzkości, którą uprawiali na ziemiach polskich naziści, nikt na zachód od Warty nie wiedział. W posłowiu napisanym przez Wolfa Biermanna (poeta, prozaik, a także dysydent niemiecki) dowiadujemy się, że ten przedwojenny nauczyciel pomógł nie tylko Szpilmanowi, ale innym Polakom.
Obie książki powinno się przeczytać. Każdy powinien po nie sięgnąć, jak sięga się po wstrząsające Medaliony Nałkowskiej. Obie książki są świadectwami woli życia i bezinteresownej ofiarności w opozycji do ludzkiego okrucieństwa.
Jeszcze taka mała dygresja na koniec. W Pianiście Polańskiego role tytułową zagrał Adrien Brody, którego dziadek jeszcze przed wojną przyjechał do Stanów. Tylko on przetrwał; cała rodzina zginęła w obozach śmierci. A ileż było takich rodzin, z których nie przetrwał nikt…

Atlas chmur - David Mitchell

Właściwie sięgnęłam po tę książkę w odwrotnej kolejności, niż zwykle, czyli PO filmie, nie przed. A było to tak: w kinie przed jakimś seansem (może Bond? nie pamiętam) leciało mnóstwo zapowiedzi, a wśród nich - zapowiedź Atlasu. Przeszły mnie ciarki i już się zakochałam nie obejrzawszy jeszcze filmu. Oczywiście, kiedy już obejrzałam, mogę powiedzieć, że w filmie jestem zakochana po uszy. Ale - gdyby nie film, po książkę nie sięgnęłabym z prostej przyczyny: niestety książka dostała etykietkę "fantasy", a ja nie czytuję fantasy (dobra, dobra, jeszcze w styczniu zamierzam sięgnąć po Władcę Pierścieni, a co?!;).
Cieszę się, że zapoznałam się z prozą Davida Mitchella, bo było warto. Urodzony w 1969 roku Mitchell jest autorem czterech powieści, z czego dwie nominowane były do prestiżowych brytyjskich nagród. Książka Atlas chmur została napisana w 2004 roku (pierwsze polskie wydanie jest dwa lata starsze), ale to właśnie za sprawą filmu została okrzyknięta objawieniem.
Atlas to właściwie pięć opowieści w jednym. Opowieść ma - dobrze nam znaną z Pamiętników znalezionych w Saragossie - budowę szkatułkową, czyli, niczym drewniane matrioszki mieszczą się jedna w drugiej. Sam początek to historia Adama Ewinga, który w połowie XIX-go wieku spisuje pamiętnik podczas swej morskiej podróży. Osiemdziesiąt lat później pamiętnik, już w formie książkowej, czyta młody genialny kompozytor, pracujący nad wiekopomnym dziełem. Opus Roberta Frobishera zarejestrowane na czarnej płycie wpada w ucho dziennikarce w USA lat siedemdziesiątych, itd, itp. Kiedy opowieść osiąga apogeum, mamy zwrot i każda opowieść domyka się w odwrotnej kolejności.
Książka Mitchella zachwyca nie tylko przemyślaną konstrukcją, ale i językiem. Każdy fragment utrzymany jest nie tylko w innym tonie, ale i pisany zupełnie innym językiem.
Atlas chmur to nie tylko opowieść o odradzaniu się duszy, geniuszu, o dobrych i złych uczynkach, ale i traktat utrzymany w duchu ekologii - do czego zmierza nas konsumpcyjny styl życia? czym może grozić zbijanie kapitału na nieekologicznych i nieetycznych surowcach? Czy ludzie, jako gatunek, jesteśmy skazani na, w najlepszym wypadku regres, w najgorszym na zagładę?
Do książki na pewno będę wracała w myślach, może kiedyś sięgnę po nią ponownie. Jest w niej coś takiego, że chociaż przeczytałam już coś innego (Pamiętniki Korczaka), dalej jestem duchem w opowieściach Mitchella. Być może już mam swoją książkę roku? Gdybym przyznawała jakiekolwiek gwiazdki w skali najlepszych/najgorszych książek, Atlas chmur dostałby najwyższą notę.