Header Image

Niektórzy lubią poezję...

Post o moich ukochanych wierszach miał powstać już dawno. Mam kilkoro ukochanych poetów; Dickinson, Hardy (sic!), Yeats, Majakowski, Gałczyński, Szymborska i Leśmian. Mój pierwszy Leśmianowski tomik jest małym kieszonkowym wyborem (Cudotwory miłosne), który jakieś 10-12 lat temu nosiłam w torebce. Drugi kieszonkowy, a właściwie torebkowy tomik to wybór Kwiatów Zła Baudelaire'a. Normalnie po książkach nie bazgrzę, ale te tomiki służyły mi nie tylko jako rozrywka, ale i jako notesy. Bo i numery telefonów (czyje???) i podkreślenia, odjazdy autobusów, a nawet - dziennik lektur końca 2001, całego 2002 i trzy pierwsze lektury 2003 roku. 


koniec 2001:
Mały Bies - Sołogub (ros, F1*)
Ballady i romanse - Mickiewicz (F1)
Portret Doriana Greya - Wilde (F1)
Opowiadania - Hłasko (F1)
Poezja - Verlaine (F1)
Lalka - Prus (F1)  

2002:
Opowiastki o Panu Bogu - Rilke (F1)
Gołąb - Suskind (F1)
Rewizor - Gogol (F1)
Pachnidło - Suskind (F1)
Trzech panów... - Jerome (F1)
Sklepy cynamonowe/Sanatorium pod klepsydrą - Schultz (F1)
Dublińczycy - Joyce (główna*)
Kocia kołyska - Vonnegut (gł.)
Zarys i główne zagadnienia filozofii - Z. Cackowski (gł.)
Bohater naszych czasów - Lermontow (gł.)
[pamiętam, że w tym czasie czytałam również Ibsena i Strindberga i nie rozumiem, czemu ich nie ma na liście?]
Manifest komunistyczny - Marks/Engels (gł.)
Heidegger i filozofia współczesna - Krzysztof Michalski (F1)
Ulisses - Joyce
Mała apokalipsa - Konwicki
Zamek - Kafka

początek 2003:
Metafizyka i pesymizm - z serii Nauka dla wszystkich
Witaj smutku - Sagan
Mur - Sartre

Wtedy bardzo dużo się uczyłam, żeby zdać egzaminy na studia i dostać się na upragnioną filozofię.  Właściwie to dziwne tak znaleźć stary spis, bo myślałam, że Suskinda czytałam w 2003 roku i nawet pamiętam pewną scenkę z tym związaną, a teraz wiem, że moje pamiętanie jest niekompletne. Oj, niezbyt wiarygodnym świadkiem w sądzie bym była:)
Ale miało być o poezji, więc ad rem - mój ulubiony wiersz Leśmiana:

Po co tyle świec nade mną, tyle twarzy?
Ciału memu nic już złego się nie zdarzy.

Wszyscy stoją, a ja jeden tylko leżę -
Żal nieszczery, a umierać trzeba szczerze.

Leżę właśnie, zapatrzony w wieńców liście,
Uroczyście - wiekuiście - osobiście.

Śmierć, co ścichła, znów zaczyna w głowie szumieć,
Lecz rozumiem, że nie trzeba nic rozumieć...

Tak mi ciężko zaznajamiać się z mogiłą,
Tak się nie chce być czymś innym, niż się było!


* - F1 i główna to po prostu biblioteki.

Lustra miasta - Elif Şafak

Powieść Lustra miasta kipi od pożądania i miłości, która jest "niezwykle zmysłowa i kobieca", a jest to "miłość niespełniona, bo tylko taka jest ciekawa" - powiedziała w radiowym wywiadzie tłumaczka literatury tureckiej Anna Sulimowicz. Tym razem Şafak przenosi nas w czasy inkwizycji, do XVII-wiecznego Madrytu. Bohaterami opowieści są dwaj bracia Antonio, który został medykiem podobnie jak jego ojciec, oraz Miguel, który żyje chwilą, piękna żona Antonia, która kocha się w Miguelu, sąsiadka, której los pozbawił małego synka, a także zimny jak lód inkwizytor, Alonso Perez de Herrera. Na pierwszym planie mamy soczyście napisaną historie namiętności i czarów miłosnych. Drugim składnikiem powieści są ożywione przedmioty; grusza rozdająca chętnie owoce biedakom, con (noc) i dzień igrające jak dwaj niesforni chłopcy, artefakty w domu czarownicy, etc. Personifikacje Şafak dodają powieści czegoś magicznego, onirycznego i nieuchwytnego. Jak gdyby widziała świat przez magiczne okulary, ukazujące życie duchowe przedmiotów codziennego użytku, oraz przyrody. Najpiękniejsze fragmenty powieści to sen Miguela (rozdział Kielich), oraz wędrówka wąskimi uliczkami Stambułu rabbiego Jakuba (rozdział Kanał). Przepięknie opisane plastycznym językiem nęci czytelnika wszystkimi zmysłami. Jest w niej coś modernistycznego, czego na pozór nie widać przez gąszcz dżinów, zaklętych przedmiotów i zmysłowości. 
To moja trzecia książka Elif Şafak i jestem zupełnie nieobiektywna, bo od pierwszego zdania autorkę pokochałam miłością wielką. Każda z jej książek jest zupełnie inna niż pozostałe, a jednak łączy je przenikliwe spojrzenie, piękny, bogaty język i erudycja autorki. Trochę ciężko jest mi pisać na ten temat, bo kiedy się coś kocha, to się to kocha i cześć. Czytam i słucham na temat Şafak dosłownie każdą wzmiankę, więc namawiam do odsłuchania audycji: Tylko miłość niespełniona może być ciekawa
Myślę, że każdemu z czystym sercem będę polecała książki Thomasa Hardy'ego, Virginii Woolf, Haruki Murakami i właśnie Elif Şafak.
Książka przeczytana z przyjemnością na wyzwanie Pod hasłem (hasło na czerwiec: państwa-miasta)

Gdyby głupota miała skrzydła, pani fruwałaby jak gołębica!

Pierwsze co robię po otworzeniu rano oczu, to nastawiam Trójkę. Dziś łączyłam, a tam Niedźwiedź i Nohawica. Oho, ale się zgrało - pomyślałam. Zgrało się bardzo, bo akurat wczoraj wieczorem skończyłam książkę Szpital na peryferiach (Nemocnice na kraji města), którą dostałam na Czeskiej

Należę do pokolenia trzydziestolatków, które jak przez mgłę kojarzy serial. TVP wyświetlało go zdaje się w połowie lat 80-tych, a sam serial kręcony był na przełomie 70/80. Trochę muzyki, ogólny kameralny klimat i niejasne poczucie, że serial był naprawdę popularny. Niestety, nie pamiętam ani postaci, ani perypetii bohaterów. Ale "gołębicę" pamiętam!
Po sięgnięcie po Szpital zachęciło mnie wyzwanie Book-trotter; w czerwcu uczestnicy mają za zadanie przeczytać coś czeskiego autora. Przeczytałam z czystej ciekawości troszeczkę konfrontując czeskich lekarzy z współczesnymi, znanymi choćby z Grey's Anatomy. Z tej konfrontacji zwycięsko wyszedł bezapelacyjnie doktor Stosmeier, starszy ortopeda o wielkim poczuciu humoru, który, mogę śmiało powiedzieć "ukradł" serial innym postaciom. 
Dla niewtajemniczonych zarysuję deczko fabułę: do szpitala w podpraskim Borze przyjeżdża młoda pani chirurg, Elżbieta Chunkowa. W tym samym czasie na oddziale reanimacyjnym zjawia się ciężko ranny hokeista Rezek. Ordynatorem oddziału ortopedii jest Karel Sowa (starszy, - junior bryluje w praskim szpitalu). Oprócz tego na oddziale pracuje Błażej, znany ze swojego zamiłowania do pięknych kobiet,  dr. Kralowa, która marzy o dziecku (ale bez męża), czarująca, ale małomówna pielęgniarka Ina, oraz siostra Hunkowa, która... fruwałaby jak gołębica. 
Książkę czyta się bardzo szybko. Nie trafiłam na informację, ale myślę, że jest napisana na podstawie scenariusza. Nie brakuje w niej humoru, oraz takiego życiowego ciepła - ale może to takie moje nostalgiczne podejście. 
No to co, na obiad knedliczki?

Czas aniołów - Iris Murdoch

Niewielka objętościowo (w stosunku do innych dzieł autorki) powieść Czas aniołów budzi skojarzenia ze skandynawskim dramatem - mam na myśli Strindberga, Ibsena, czy współczesnego Murdoch Bergmana. Kameralny dramat, który równie dobrze mógłby zostać wystawiony na scenie, rozgrywa się wedle najlepszych klasycznych reguł, wiodąc ostatecznie do tragedii. Klaustrofobiczny klimat starej (zapewne wiktoriańskiej) plebanii, potęguje nieustająca mgła, spowijająca domostwo usytuowane na wyspie, czy półwyspie. Niejako osobą dramatu Murdoch uczyniła ważną w jej powieściach filozofię, a bliżej, heideggerowskie bycie-ku-smierci. obecne są także rozważania na temat Boga, jego braku i moralności, na którą ten brak wpływa, co przewija się w dyskusjach pastora, który dotknięty jest niewiarą, oraz jego brata, piszącego teologiczne magnum opus. 
Ciekawymi postaciami są ciemnoskóra służąca, Pattie, do której od pierwszych chwil czytelnik nabiera ciepłych uczuć, a także podstarzały uchodźca z Rosji, Eugeniusz, wychowujący krnąbrnego syna, Leo, chcącego pozować na domorosłego Raskolnikowa mitomana. 
Czas aniołów Iris Murdoch pozwalam sobie zaliczyć do "rasowej literatury", która dziś już jest praktycznie na wymarciu. Ta niezmiernie elektryzująca proza powstała bowiem w połowie lat 60-tych ubiegłego wieku. Boleję nad tym, że dziś nie wydaje się ponownie tekstów tej wspaniałej brytyjskiej pisarki, choć dziwi mnie, że wydawcy przespali czas, kiedy na naszych ekranach gościł doskonały skądinąd film biograficzny, zatytułowany po prostu Iris.

Książka przeczytana na wyzwanie Trójka e-pik
książka z motywem anioła

Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej - Sławomir Koper

Gdybym miała kiedykolwiek stworzyć sobie świat w startreckowskim holodecku, byłby to świat Drugiej Rzeczypospolitej. Epoka ta fascynuje mnie od lat. Był to czas bez wątpienia wielkich polityków, wielkich artystów oraz epokowych przemian społecznych. 
Jest ktoś, kto zajął się tą epoką w sposób naukowy i od lat przybliża ją czytelnikom. Sławomir Koper wydaje nieomal taśmowo wspaniałe książki dotyczące życia kulturalnego, nieomal od podszewki, które czyta się jednym tchem. Szczególna chwała mu za przybliżanie biografii zapomnianych.
W przemowie do książki Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej autor  pisze: Barwna epoka, inteligentne i piękne kobiety. Tak najkrócej i chyba najtrafniej można podsumować treść tej książki. Koper zaczyna od naszkicowania epoki: międzywojnie było istnym odrodzeniem kobiet, które uzyskały prawa wyborcze, zaczęły robić kariery, a także regularnie pracować, już nie tylko jako bony czy guwernantki. Ponoć mężczyzna jest głową rodziny, ale to kobieta jest szyją, która tą głową kręci. Jadwiga Beck, żona generała Becka zdaje się doskonale potwierdzać tę tezę, miała bowiem niebagatelny wpływ na politykę i karierę męża; jak zresztą większość ówczesnych żon dygnitarzy.
Koper sięga także do biografii wielkich pisarek epoki, i tak przybliża czytelnikom postać Zofii Nałkowskiej, oraz Ireny Krzywickiej (która już przed wojną pisała o PMSie!!!), a także Marii Dąbrowskiej. Ciekawym wątkiem są kłopoty z egzekwowaniem należności od wydawców - stanowcza postawa Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, oraz dziwnie niezaradna Dąbrowska. Każda z wymienionych artystek miała luźny stosunek do instytucji małżeństwa, co potwierdzały liczne flirty i romanse. 
Jeden z rozdziałów poświęcił autor także kobietom Witkacego; właściwie kobietom, które zniszczył.
Koper przypomniał także biografię Katarzyny Kobro, wspaniałej rzeźbiarki o szerokich horyzontach i tragicznym życiorysie, o czym świadczą zwłaszcza jej małżeńskie perypetie. 
W świat Skamandrytów wprowadza nas rozdział poświęcony Marii Morskiej, muzie poetów międzywojnia.
Rzutem na taśmę przeczytałam także książkę Kopera poświęconą przedwojennym gwiazdom. Czyli... cdn.

Nagasaki - Eric Faye

Na koloniach, w akademiku, czy w pracy może się zdarzyć, że ktoś... cichaczem podpija wam sok z butelki, zjada jogurt, czy wyjada płatki śniadaniowe. Zdarza się. Ale co zrobić, kiedy jedzenie znika w tajemniczy sposób, mieszka się samemu, a lodówki nie dzieli z innymi? Paranoja? Może...
Tak zaczyna się nagrodzona Grand Prix Akademii Francuskiej powieść Erica Faye Nagasaki. Samotny starszy pan, Shimura-san, pracujący jako meteorolog, stwierdza, że jego żywność w tajemniczy sposób znika z lodówki. Czy ktoś u niego zamieszkał, czy może to duch? A może z bohaterem coś "niedobrego" się dzieje? Powieść ma niespełna sto stron, ale niesie ze sobą duży ładunek emocjonalny i moralny. Faye wspaniale wczuł się w ducha Japonii i czytając miałam wrażenie, że nie napisał tej powieści Francuz, a Japończyk. Z początku Nagasaki przypominała mi Gołębia Süskinda, ale inaczej niż w przypadku Jonathana Noela (główny bohater Gołębia), Shimura nie drażnił mnie, a intrygował. Co do stylu powieści bliżej tu zdecydowanie do takich mistrzów jak Yasunari Kawabata (Tysiąc żurawi), czy Kazuo Ishiguro (Malarz świata ułudy, Pejzaż w kolorze sepii), niż prozy stricte europejskiej. Na kartach powieści jest informacja, że Faye zaczerpnął pomysł z informacji prasowej. Nie wiem, czy to prawda, czy zabieg literacki, ale być może jeszcze raz okazuje się, że życie pisze lepsze scenariusze niż by się mogło wydawać. 

Ta książka bierze udział w Majowa Trójce E-pik [książka, która została nagrodzona/której autor został nagrodzony]

Okruchy wspomnień - Stanisław Arct

O rodzinie Arctów pisałam kilka postów temu, przy okazji omawiania książki Gawędy o księgarzach. Gawędy wyszły spod pióra Zbysława Arcta, którego stryjem jest Stanisław, wieloletni księgarz, wydawca i autor Okruchów wspomnień. Książka wydana jest pół wieku temu przez PIW. Znalazłam w niej trzy takie powiedzmy główne nurty: wspomnienia księgarza, wspomnienia ziemianina, zupełnie niezwiązane z księgarstwem, oraz bardzo przydatne statystyki i opracowania. Wszystko razem tworzy spójną całość, którą czyta się bardzo dobrze. Oczywiście zrobiłam mnóstwo notatek różnej maści: o technikach typograficznych, przedwojennych księgarzach, a nawet o powozach konnych, które się pod koniec XIX-go wieku wynajmowało. Arct podaje wiele ciekawych szczegółów z zakresu księgarstwa, na przykład to, że pierwszą drukarnię w Warszawie (książka skupia się na Kongresówce) otworzył w 1624 roku Jan Rossowski, a kolejną Piotr Elert w 1643 roku. Dane zestawione są nierzadko w tabele obrazujące wzrost ilości księgarń, z których można się dowiedzieć, że w przedwojennej Warszawie było ich ponad setkę, a na całym świecie blisko tysiąc (trzy w Berlinie, po dwie w Wiedniu, Paryżu, Westfalii, jedna w Monachium, Londynie i Pradze, ale za to ani jednej w Kanadzie!).
Ze smutkiem pisze Stanisław Arct o pamiątkach rodzinnych, dokumentacji, bibliografii, wreszcie o firmie, które starto z powierzchni ziemi w czasie powstania warszawskiego. Ocalały właśnie te okruchy wspomnień, którymi dzieli się autor z czytelnikami. Opisując losy wydawnictwa operuje nazwiskami bardziej, czy mniej znanymi, a także całkiem już dziś zapomnianymi; jak młody Or-Ot migał się od wywiązania się z kontraktu, jak pięćdziesięcioletnia Konopnicka postanowiła zostać pisarką dziecięcą, pisze Arct także o twórcach podręczników, na które istny boom nastał po 1905 roku, a także o ewolucji książek dla dzieci, które najpierw powstawały zagranicą jako ilustracje, pod które pisało się teksty. 
Oczywiście dokończyłam Arctowskie drzewo genealogiczne, żeby się połapać w pokrewieństwie. Ciekawa jestem dalszych losów rodziny. 
Może Was dziwić, że ostatnio tak rzadko pojawiam się w moim małym blogowym królestwie. Na 17-go (urodziny synka) skończyłam remont i dziecko dostało własny pokój. Poza tym czytam, oglądam zaległe filmy, szydełkuję, czyli to, co zwykle. Udało mi się także zrzucić zbędne kilogramy. Poza tym jest kilka spraw, nad którymi muszę się głębiej pochylić, ale to temat na dłuższy wywód. 
Co teraz? Umyje podłogę, zrobię coś szybkiego na obiad i biorę się za szydełko, a potem za książkę. Na dziś: Mirona Białoszewskiego Tajny Dziennik. A wczoraj dowiedziałam się, że w maju będziemy gościć w Rybiku Mariusza Szczygła. Już się ciesze:)

Gawędy o księgarzach - Zbysław Arct

Obiecałam przygotować kontynuację postu o historii książek. W tym celu wyszukałam kilka świetnych książek, niestety, zapomnianych już dziś postaci. W moje ręce wpadły między innymi Zbysława Arcta Gawędy o Księgarzach. Książka wyszła nakładem Ossolineum w 1972 roku.
Kim był autor? Na pewno to nazwisko niejednemu obiło się o ucho, bowiem rodzina Arctów od połowy XIX-go wieku związana jest z rynkiem wydawniczym i księgarskim. W 1881 roku Michał Arct przejął księgarnie od swojego stryja, Stanisława. Księgarzami byli także jego dwaj synowie – Zygmunt i Stanisław, oraz żona, Maria z Gałeckich (autorka Kuchni Polskiej), a także dalsza rodzina: Aleksander (redaktor serii Młody Muzyk). Żona Zygmunta, Maria Buyno-Arctowa (redaktorka pism młodzieżowych) była matką Zbysława oraz Michała drugiego i Bohdana. Najmłodsze pokolenie również kontynuowało tradycje i tak najmłodsza latorośl Zbysława, Elżbieta została bibliotekarką.
Gawędy o Księgarzach dostarczają czytelnikowi wielu ciekawych informacji i anegdotek. Sowę kojarzyłam co prawda z księgarnią o tej nazwie, ale nie wiedziałam, że ten ptak jest patronem księgarzy, a święto zapoczątkowane przez Bractwo Wielkiej Sowy odbywało się 13/12, co wzięło się z promocyjnego egzemplarza dodawanego za wykupienie 12-tu od wydawcy (było księgowane 13/12, co można było odczytać jak datę). Niestety dziś, 13/12 źle się kojarzy.
Autor również zaskoczył mnie drogą, jaką musiał przejść księgarz: przypomina to znane z amerykańskich filmów losy chłopców na posyłki, którzy przeszedłszy żmudną drogę kariery stali się znakomitościami. Dziś w księgarniach mnóstwo jest ludzi przypadkowych, ale znam i ludzi, którzy poświęcili serce księgarstwu.
Ci, którzy sarkają na to, że księgarnie sprzedają towary niezwiązane z książką, pamiątki, „duperele” muszę wyznać, że w dawnych latach księgarze ratowali się sprzedawaniem tak zwanej norymberszczyzny, czyli igieł, nici, nożyczek, tasiemek, etc. A handel ramszem, czyli książkami przecenionymi była na porządku dziennym.
Arct również szeroko rozpisuje się o walce o książkę: w czasach zaborów (w Polsce), gdzie konfiskaty były na codziennością, a nieraz sami cenzorzy carscy w zamian za „rekompensatę” szmuglowali zakazane tytuły, oraz w czasach niepokojów we Francji: w XVII wieku wyszło zarządzenie zakazujące posiadania przenośnych straganów z książkami, zabroniono również wystawiania książek na widok publiczny. A nigdy czytelnictwo polskie nie było tak liczne, jak w czasie okupacji.
Książka jednak, mimo niekiedy trudnej tematyki, utrzymana jest w lekkim tonie, o czym świadczy dość duża ilość anegdotek. Oczywiście niektóre tytuły (jak Idiota, czy Pan Tadeusz) same proszą się o jakieś śmiesznoty, to autor przytacza i te, prawie zapomniane anegdoty z zamierzchłej przeszłości, jak ta o antykwariuszu Genclu, który kochał książki i czytał je do upadłego. Gdy przyjaciele, troszcząc się o jego obolałe oczy, radzą oszczędzać wzrok i nie czytać po nocach w nikłym świetle, Gencel odpowiada: Kiedy nie mogę. Bo one, te moje książki, mrygają do mnie z półek. I wprost krzyczą: Cóż to, Gencel nie ciekaw, co w środku nas siedzi? Przecie dla nas Gencel korzenny sklepik ojca porzucił. Więc kiedy one tak mnie nagabują, ja nie wytrzymuję. I czytam, i czytam. Aż pięć lub więcej świeczek spalam do nędznego ogarka.
A na koniec taka mała ciekawostka dla miłośników Koziołka Matołka; Walentynowicz obdarzył tego znanego koźlego syna profilem znanego warszawskiego wydawcy, Gustawa Wolffa (połowa spółki Gebethner i Wolff).

Dom nad wodospadem, czyli Waldemar Łysiak o Franku Lloydzie Wrighcie


Jestem zdania, że piękno jest początkiem filozofowania. Filozofowania w sensie dosłownym, czyli jako dążenie do mądrości, do wiedzy. Moje zainteresowanie architekturą wzięło się z... filmu. A dokładniej z pięknego domu nad jeziorem, który "grał" główną rolę w filmie o tym samym tytule (pisałam już kiedyś o nim). Jednym z twórców, na których wzorowali się przedstawieni w filmie architekci był Frank Lloyd Wright, uważany za najwybitniejszego architekta, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi. Urodzony w drugiej połowie XIX-go wieku architekt tworzył aż do śmierci w wieku 90 lat, która nastąpiła w 1959 roku. Wpłynął na takich twórców, jak Gropius, Mendelshon, van der Rohe, czy Le Corbusier.
Jego humanistyczna koncepcja architektury organicznej wyrasta ze zrozumienia formy i funkcjonalności budynku, który miał projektować, oraz całego otoczenia, w którym miał stać. W jego twórczości widać także wpływy japońskie, czemu sam zaprzeczał.
Tak zwane Domy Prerii inspirowane były typowo amerykańskim krajobrazem, ukształtowane przez naturalne warunki terenowe i potrzeby człowieka1, były odzewem człowieka na zew natury1. Zorientowane horyzontalnie budowane były z ciemnego drewna, cegły, kamienia (częściowo nieobrobionego), naturalnego tynku piaskowego, stiuków i szkła. W niektórych Domach Prerii kominek, serce układu, wykuty był w bryle skalnej2. Najbardziej jednak ukochał drewno. W Winslow House aby nie wycinać starego, pięknego drzewa obudował go dachem. Co warto dodać, większość Domów Prerii powstało na przedmieściach Chicago.



Projektował również gmachy użyteczności publicznej, które w opozycji do otwartych domów mieszkalnych, były nierzadko pozbawione okien na rzecz nieprzepuszczających widoku z ulicy luksfer. Zaprojektował wieżowce, hotele (nieistniejący już niestety Imperial w Tokio, w którym użył konstrukcji słupowej, opierającej się trzęsieniom ziemi), kościół, nawet krytykowane za brak funkcjonalności (sic!) Muzeum Guggenheima, które jak olbrzymi ślimak wyrasta z ulicy.



Jako architekt doskonały zaprojektował również idealne miasteczko, Broadacre City, które było w zamierzeniu rozległą, skąpaną w przyrodzie powierzchnią rezydencjonalno-uprawną, gdzie każda rodzina otrzymałaby domek i jeden akr ziemi. Zaprojektował Wright dla tego miasta-wsi rodzaj rajskiego ogrodu, zawierającego wszystkie znane urządzenia rekreacyjne i obiekty rozrywkowe. Zaprojektował również superszybką komunikację automobilową i powietrzną (...) Zaprojektował idealne, arcydemokratyczne społeczeństwo, będące utopijną mieszanką idei powrotu do natury w stylu Rousseau3



Waldemar Łysiak w swojej niewielkiej objętościowo książce o Szalonym Architekcie rzetelnie przedstawia życie i program twórcy. Cieszę się, że ją odkryłam, szukając zdjęć mojego domu marzeń...

1 - s. 12
2 - s. 13
3 - s. 24


Wielki las - William Faulkner

To mój pierwszy Faulkner i powiem szczerze, że zachwycił mnie językiem. Na zbiorek składają się cztery opowiadania oscylujące wokół grupy zaprzyjaźnionych, związanych więzami krwi, lub po prostu jakoś losowo splecionych ze sobą myśliwych. Co prawda jestem przeciwniczką myślistwa, szczególnie takiego dzisiejszego, ale Faulkner podobnie jak Hemingway darzy naturę miłością i wielkim szacunkiem. Niedźwiedź, na którego polują myśliwi jest niczym szachowy przeciwnik - przebiegły, mądry, spersonifikowany, a nie sprowadzony do roli celu, do którego trzeba trafić i jechać do domu.
Nie umiem powiedzieć, czy Faulkner opisuje świat, którego już nie ma. Podejrzewam, że wiele się zmieniło, ale ja sobie tamten las nad Missisipi wyobrażam jak lasy, które dobrze znam.

Zdążyć przed panem bogiem. Hipnoza. Biała Maria - Hanna Krall

Posłaliśmy w czterdziestym drugim kolegę, Zygmunta, żeby zorientował się, co się dzieje z transportami. Pojechał z kolejarzami z Dworca Gdańskiego. W Sokołowie powiedzieli mu, że linia się rozdwaja, jedna bocznica idzie do Treblinki, codziennie jedzie tam pociąg towarowy załadowany ludźmi i wraca pusty, żywności nie dowozi. - relacjonuje Marek Edelman, zastępca Komendanta, Mordechaja Anielewicza, dowódcy Powstania w Getcie Warszawskim. Na pytanie Hanny Krall: Dlaczego wyznaczyliście właśnie ten dzień (na rozpoczęcie powstania) - dziewiętnasty kwietnia? Edelman odpowiada: Nie my go wyznaczyliśmy. To Niemcy. Tego dnia miała rozpocząć się likwidacja getta.
We wstrząsającym wywiadzie-reportażu Zdążyć przed Panem Bogiem Hanna Krall pyta o przesłanki, które zdecydowały o wybuchu powstania. Jak wykazały badania przeprowadzane w szpitalach w getcie (Choroba głodowa. Badania kliniczne nad głodem wykonane w getcie warszawskim w 1942 roku) były trzy stopnie choroby głodowej; I stopień to coś w rodzaju chudnięcia na zdrowie, jakie obserwuje się na wczasach odchudzających; II stopień to już głód znany z ulic getta, III stopień to postać charłactwa głodowego, stan ten jest przedśmiertny, charakteryzuje się nieodwracalnym wyniszczeniem i kurczeniem organów wewnętrznych.
Ci, którzy nie umarli z głodu, byli codziennie wywożeni do Treblinki (KL Treblinka była drugim po KL Auschwitz-Birkenau pod względem liczby ofiar). Edelman wspominał o dziwnej ciszy w zagranicznych mediach na temat Holokaustu, a sprawa przedstawiała się tak, że Londyn nie wierzył w raporty. ŻOB (Żydowska Organizacja Bojowa) zorganizowała ostatni zryw zbrojny, który miał nazistom pokazać jak można umierać z honorem; Chodziło tylko o wybór sposobu umierania, dodaje Edelman.
Marek Edelman był jednym z nielicznych, którzy przeżyli. Tych ocalonych można na palcach policzyć. Z grozą, koszmarem getta, gdzie porządek historyczny okazuje się tylko porządkiem umierania, konfrontuje Krall powojenne życie Bohatera. Edelman jako kardiolog ratował, przedłużał ludziom życie. Współpraca z Profesorem przyniosła nowatorskie rozwiązania w dziedzinie kardiochirurgii. Liczyło się każde życie.
W tym wydaniu obok Zdążyć przed Panem Bogiem czytelnik dostaje także fragmenty Hipnozy, w których autorka pokazuje, że Ocaleni muszą zmagać się z dramatem poczucia winy właśnie przez to, że przeżyli, jako jedyni z rodziny, z kilkutysięcznego miasteczka.
Biała Maria to już inny ciężar gatunkowy. Poniekąd nawiązuje do splatanych losów Żydów, Polaków i Niemców, a także jak w jednym z wywiadów przyznaje Krall, dopina watki z wcześniejszych książek. Jednym z bohaterów Białej Marii jest Krzysztof Piesiewicz, wspaniały scenarzysta, postać publiczna. Krall unika tabloidyzacji jego postaci. Tym bardziej warto. Z początku myślałam, że postacie są wymyślone przez autorkę, ale każda jest "udokumentowana"; w książce pojawiają się zdjęcia. Nie są to zdjęcia osób, Krall nie uprawia zawodu portrecisty. Zdjęcia przedstawiają przedmioty martwe, miejsca. Myślę, że to bardzo Krallowskie, takie pokazywanie człowieka i jego losu "poprzez", osłoniętego, nie wprost.

Książę przypływów - Pat Conroy

Dawno żadna książka nie wciągnęła mnie tak bardzo, jak Książę przypływów. Zarwałam dla niej kilka nocy; było warto - Pat Conroy napisał wspaniałą sagę o rodzinie z Południa. Próżno szukać tu blichtru i wartości rodem z Przeminęło z Wiatrem; rodzina Wingo porównywana jest do białej hołoty (specjalnie posłużyłam się słowami Mammie z Przeminęło), a relacje między członkami rodziny są o niebo bardziej niż skomplikowane. 
Toma Wingo, byłego trenera szkolnej drużyny footballowej, poznajemy, kiedy dowiedziawszy się o zdradzie żony i niedoszłym samobójstwie ukochanej siostry bliźniaczki Savannah, wyjeżdża do Wielkiego Jabłka. Tam, podczas wizyt u psychoterapeutki Savannah, pięknej pani Lowenstein, snuje opowieść o trudnym dorastaniu na małej wyspie, o tym, jak ojciec łowił krewetki i marnował każdą zarobioną sumę na "interes życia". Rodzinę Wingo, jak już pisałam, łączą trudne relacje, ale ma to swój początek nie tylko w ciężkiej ręce ojca Toma, czy dziwnym zachowaniu matki, co w tragedii, która wydarzyła się, kiedy dzieci były starszymi nastolatkami. 
Ujęły mnie w Księciu piękny język, doskonałe, nieomalże filmowe dialogi, postacie napisane tak, jak gdyby były żyjącymi ludźmi z krwi i kości. Do tego fabuła trzymająca w napięciu, niczym najlepszy dreszczowiec.
Nie jest to pierwsza powieść Conroya, którą czytam. Poprzednia również zrobiła na mnie wrażenie (w tym miesiącu przeczytałam Wielkiego Santini), a przede mną Muzyka Plaży, na którą już ostrzę zęby.
Od razu uprzedzam pytania: niestety, nie oglądałam filmu, ale myślę, że jest to akurat ten rodzaj książki, którą trzeba przeczytać przed obejrzeniem ekranizacji. Oczywiście film obejrzałabym z wielką chęcią.  


Mama ma zawsze rację - Sylwia Chutnik


Ta książka to ważny głos w obronie matek, które nie traktują macierzyństwa, jako swojej jedynej misji życiowej. Ciąża i poród to zjawiska ekstremalne, niekiedy upokarzające, odbierające tożsamość kobiecie na rzecz jej dziecka. Sylwia Chutnik (o której pisałam dwa posty temu) w swoich felietonach rozwala mit supermatki; kobieta ma prawo być nieszczęśliwa, załamana, ma prawo się rokrochmalić.
Chutnik pisze również o związkach partnerskich, to znaczy o równowadze między partnerami w codziennych obowiązkach i podziale pieniędzy przy zakupach w markecie i o "odwiecznej wojnie płci". 
Język Chutnik - przynajmniej w tych felietonach - trafił do mnie; przypomina zjadliwy ton felietonów Jeremiego Clarksona.

Przepraszam, że tym razem tak krótko, ale odpoczywam po zakuwaniu; wczoraj zdawałam ostatni egzamin i już oficjalnie mam uprawnienia do pracy w bibliotece, tak więc - jestem do wzięcia, jako wspaniały pracownik:)
Kusi mnie, żeby puścić posta o kryzysie (na kupionej w zeszłym roku "wyszanowanej" bluzce znalazłam dziury, które zrobiły się same, bo materiał jest nieomal przezroczysty, a tiszercik kupiony przez kryzysem jest "gniotsa nie łamiotsa"), ale potem będzie, że narzekam, a nie chcę Was zanudzać. A tu (ponoć) wiosna idzie i ciepło zapowiadali.

Krótka historia książki w XX-tym wieku

Nie jestem specjalistą z dziedziny księgarstwa, ale ten temat mnie bardzo interesuje. Chciałabym Wam przybliżyć moje przemyślenia na temat tego, jak wydawane były książki w XX-tym wieku.



Na zdjęciu Róża Żeromskiego nakładem Wydawnictwa J. Mortkowicza

Jedno z najstarszych polskich wydawnictw specjalizujące się w beletrystyce powstało w Warszawie w 1857 roku. Gebethner i Wolff w 1937 roku na swoim koncie miało wydanych około 7 tysięcy pozycji (drugie tyle nut). GiW wydawało przede wszystkim literaturę polską (Orzeszkowa, Konopnicka, Sienkiewicz, i in.), oraz pisma (Kurier Warszawski, Tygodnik Ilustrowany, i In.) Wydawnictwo działało globalnie – filie rozmieszczone były nie tylko w większych miastach Polski, ale i w Paryżu, a także w Stanach Zjednoczonych. W latach 30-tych redaktorem wydawnictwa był Aleksander Wat.
Po wojnie, niestety wydawnictwo zostało zlikwidowane. Co prawda w latach 90-tych były próby reaktywacji, ale bez większego skutku.

Zdjęcie powyżej przedstawia grzbiet tomu Dzieł Shakespeare'a

Na przełomie XIX-go i XX-go wieku „modna” była klasyka: od Mickiewicza (już od czasu śmierci uznawanego za klasyka) do Shakespeare’a. Mam w domu jeden tom (z bodajże ośmiu), wydane we Lwowie w latach 1895-97. Nad przekładem pracowali najwybitniejsi poeci, w tym m.in. Kasprowicz. Z opisu aukcyjnego wynotowałam: Nakładem Księgarni Polskiej. Płótno z tłoczeniami i barwieniami na grzbiecie oraz wizerunkiem autora na licu



 Jeżeli myślicie, że książki dodawane do gazet wymyśliła Wyborcza, to wyprowadzę Was z błędu. Jest to zabieg dość stary, o czym świadczy tom Listów z Afryki Sienkiewicza. Zwróćcie, proszę uwagę na datę.
Bezpłatny dodatek do prenumeraty Tygodnika Ilustrowanego 1901r. 


Ozdobny inicjał
W latach 20-tych sztuka użytkowa była na wysokim poziomie. Widać to po architekturze, wystroju wnętrz, artykułach gospodarstwa domowego, które nierzadko były projektowane przez artystów (w XIX-tym wieku artystami chcącymi podnieść sztukę użytkową do rangi sztuki przez duże „S”  byli prerafaelici, a na rodzimej ziemi – Wyspiański). Nad książkami pracowali najlepsi graficy; nawet „zwykłe” wydanie miało ozdobniki w postaci choćby ciekawych inicjałów.

Nie wiem, czy okładka jest oryginalna, czy zrobiona wtórnie, ale jako ciekawostkę pokażę Wam okładkę wspaniale wydanej beletryzowanej biografii Balzaca. Okładka jest barwiona! Nad przekładem czuwał Leo Belmont, prozaik, eseista, znawca i tłumacz literatury francuskiej. Belmont zmarł w getcie warszawskim.  
Jak widać do wybuchu II wojny światowej książki były wydawane w większości w twardych okładkach (mam również okładkę tekturową z wydania kieszonkowego Damy Kameliowej, oraz papirus i papier czerpany w tomiku poezji), na dobrym jakościowo papierze. Książki miały tłoczenia, złote litery, bogate inicjały, etc. Mam w domu album dotyczący starożytnego Egiptu; album pochodzi z Berlina z 1922 roku, a wydany jest na papierze kredowym!


Po II wojnie światowej choć część matryc została zachowana, nie było materiałów, by produkować dobre jakościowo książki (i widokówki na przykład). Lata 46-49 to papier złej jakości, klejenia, które nie trzymały i zwykła tekturka  zamiast okładki z prawdziwego zdarzenia. Wydawało się przede wszystkim książki mające służyć nauce, poezję (Słowacki, Kochanowski) w szczególności autorów rodzimych. (Zakładam, że wydawano również autorów radzieckich, ale nie mogę się „pochwalić” ani jedną „zagraniczną” książką z tamtych lat. Co warto zauważyć – książki w większości były „do samodzielnego przecięcia”. Przekrój początkowo był wydawany w większym formacie i strony były nierozcięte, stąd nazwa tygodnika. O ile pamiętam Przekrój w takim wydaniu ukazywał się jeszcze w późnych latach 80-tych.

Ilustrowane wydanie Lalki Bolesława Prusa


Dopiero „odwilż” przyniosła prawdziwy boom na dobrze wykonane tomy: Iskry, Ossolineum, Czytelnik, czy Państwowy Instytut Wydawniczy w połowie lat 50-tych zaczęły wydawać wielotomowe dzieła najsławniejszych pisarzy polskich i zagranicznych. Niektóre wydania ukazały się do tej pory tylko raz (jak w przypadku Thomasa Hardy). Twarde okładki były obłożone w materiał, klejenie było dodatkiem do szycia, książki nierzadko ukazywały się z ilustracjami. Matryce były dobrze przygotowane i dobrze odbijały dopracowany druk.  Właściwie z tych czasów pochodzą moje najukochańsze (i najpiękniej pachnące) zbiory.


Na zdjęciu seria z lat 70-tych

Lata 70-te to miniaturyzacja (która zaczęła się w późnych latach 60-tych). Niewymieniane matryce były słabe, a papier coraz cieńszy. Okładki przeważnie twarde, ale zbyt dużo było (jak dla mnie) eksperymentów. PIW, Czytelnik (seria Nike) i inne wydawnictwa „kombinowały” z formatem.
Od tamtych czasów zaczęła się równia pochyła: koniec lat 70-tych oraz lata 80-te przyniosły książki złej jakości, wydawane coraz tańszym kosztem. Jak widać wszystkie przemiany społeczne, historyczne i kulturowe odbijają się i na książkach. Koniec lat 80-tych i początek 90-tych to totalna wolna amerykanka wydawnicza. Słyszałam o wydawnictwach, które zatrudniały studentów i każdemu rozdzielały po powiedzmy rozdziale do tłumaczenia, co dawało kuriozalne skutki w postaci książek źle przetłumaczonych i niespójnych.
Na szczęście koniec lat 90-tych przyniósł świeży powiew jakości. Zaczęto wydawać na powrót książki o twardych okładkach, dobrze przygotowane edytorsko. Co prawda takie wydawnictwa jak Amber, czy Zielona Sowa stawiały na niską cenę, nie na jakość (Abmerowi zarzucam okropną czcionkę, Zielona Sowa rozpada się po jednym czytaniu, a odstępy między wierszami po prostu nie istnieją), ale Świat Książki, PIW czy PWN trzymały wysoki poziom. Od lat 90-tych w kioskach i tak zwanych salonikach prasowych pojawiają się również kolekcje Hachette i tym podobne. Chociaż okładki mają nawiązywać do „starych dobrych czasów”, kiedy oprawiano książki w półskórek, to jednak pod względem edytorskim książki pozostawiają wiele do życzenia (literówki!!!).

Pokój Jakuba nakładem WL uważam za książkę z najpiękniejszą okładką, jaką widziałam. Dla porównania również nakładem WL Fale z 1983 roku.


Ostatnio w księgarniach można dostać cudnie wydane książki, które mimo kryzysu wydawane są naprawdę wzorowo. Dobrą pracę wykonuje tu między innymi Wydawnictwo Literackie, dla którego zawsze miałam szacunek, oraz Zysk i S-ka, Znak; wydawnictwa te postawiły na dobrą jakość, wspaniałych grafików (okładki są po prostu piękne!), dobrych pisarzy. Te książki na pewno przetrwają przynajmniej jeszcze jeden wiek, a już na pewno „przeżyją” i mnie.
Wszystkie książki i wydawnictwa podałam jako przykłady. Temat jest bardzo szeroki, a ja chciałam go zarysować. Mogłabym książkę napisać o samych wydawnictwach podając przykłady książek, które posiadam.  Cieszę się, że wydaje się obecnie dużo dobrej literatury, okładki są ładne (nie mówcie, że nie zwracacie uwagi na okładki, bo nie uwierzę;), druk czytelny, a strony nie odlatują po otwarciu. Życzę nam, czytelnikom, by książki były tak wspaniale wydawane, jak za najlepszych czasów. Chociaż trochę psioczę na te wydane pod koniec ubiegłego wieku, to miałam okazję zapoznać się z wieloma wspaniałymi tytułami.

Lektor - Bernhard Schlink


Znalazłam dowód na to, że wcale nie trzeba pisać pięciuset stron, by zachwycić czytelnika. Na 166 stronach autor umieszcza tak wielki ładunek emocjonalny, że książkę dosłownie można pochłonąć z wypiekami na twarzy i to w jeden wieczór.
Lektor Bernharda Schlika jest jedną z najlepszych współczesnych powieści niemieckich. Jest to napisana w formie wspomnień opowieść o trudnej miłości nastolatka i dojrzałej kobiety. Autor bardzo subtelnie porusza temat inicjacji seksualnej. Opowieść składa się z trzech części - pierwsza, to opowieść o budzeniu się namiętności i dojrzewaniu, druga część jest spojrzeniem na powojenne oblicze Niemiec. Trzecia część jest swoistą pokutą obojga bohaterów.
Język, jakim operuje Schlik jest prosty, jednocześnie oddziałuje silnie na wyobraźnię. Świat zapachów, dźwięków i emocji zapadają w pamięć. Przy tym książka na prawdę daje do myślenia.