Header Image

Proweniencja książki

Wiekowe książki, pełne pieczątek, numerów kaligrafowanych  brązowym atramentem, niektóre opatrzone imiennymi pieczątkami z prywatnych biblioteczek, inne jedynie podpisane zamaszystym pismem. W swoich zbiorach posiadam nawet dwie książki opatrzone ex librisami. Takie znaki własnościowe są dla badaczy bardzo ważne, szczególnie na książkach rzadkich (cymeliach). Proweniencja książki (z łaciny provenire - "pochodzić od") to jej rodowód, losy, które udokumentowane są znakami własnościowymi. Do takich znaków należą nie tylko pieczątki i ekslibrisy, ale i dedykacje. 
Poniżej najciekawsze pieczątki i wlepki, które znalazłam na półkach.

Z księgozbioru Biblioteki Ruchomej Gebethnera i Wolffa

Regulamin wypożyczeń Księgarni Nowości w Tarnopolu

Czytelnia Ewangelicka w Hażlachu (Śląsk Cieszyński)

Wypożyczalnia Książek "Lektor Krakowski", oddział Instytutu wydawniczego zał. w 1914 r we Lwowie



Wypożyczalnia książek "Nowa Książka", Lwów.

Księgarnia "Renaissance" Stanisławów

Pieczątki biblioteki przyzakładowej

Regulamin wypożyczeń

Kolejne pieczątki biblioteki przyzakładowej

Towarzystwo Czytelni Ludowych - Koło Rybnik (TCL działało w latach 1895-1939 przy sklepie papierniczym F. Mrówca)

Ta sama książka, co powyżej, zaopatrzona w nowszą pieczątkę Biblioteki Miejskiej

Oprawiła firma I. Morcinek i P. Przegendza z Rybnika

Książka wycofana z biblioteki, widoczny ślad po kartce z pieczątkami z datą wypożyczeń

Książka z historią

Najwyższe standardy obsługi klienta

Książka Jima Pokera była bezpłatnym dodatkiem dla prenumeratorów Wiarusa, pisma żołnierzy polskich
Księgarnia katolicka Goerlicha i Cocha z Wrocławia (Breslau)

Elmer Gantry - Sinclair Lewis

Elmer Gantry to zjadliwa satyra na obłudne środowisko małomiasteczkowych amerykańskich duszpasterzy. Od wydania tej głośnej powieści Sinclaira Lewisa minęło niemal sto lat, ale poruszana problematyka jest ponadczasowa, choć może nie ma takiej siły rażenia jak w 1927 roku. Jeżeli tytuł wydaje się znajomy, to spieszę donieść, że ekranizacja z 1960 roku przyniosła znakomitemu Burtowi Lancasterowi Oscara.

Sinclair Lewis przyszedł na świat w 1885 roku jako najmłodszy z trójki pociech doktora Edwin J. Lewis i Emmy Kermott Lewis, która obumarła dzieci w 1891 roku. W rodzinnym domu Lewisa w Sauk Centre, w stanie Minnesota, znajduje się muzeum poświęcone pisarzowi. Drobny, niepozorny, nieładny, nie znajdował w oczach ojca uznania, lecz szybko zachwycił środowisko niewątpliwym talentem literackim wynikającym z daru wnikliwej obserwacji. W czasie studiów w Yale publikował opowiadania oraz wiersze. Pierwszą powieścią Lewisa jest utrzymana w stylu science-fiction Przejażdżka samolotem (wydana w 1912r.). O uwielbieniu dla G. H. Wellsa może świadczyć nie tylko wybór tematu dla debiutu, ale i to, że synowi nadał imię Wells (Wells Lewis zginął w czasie II wojny światowej). 
Sinclair Lewis, 1930r. źródło: Wikimedia.org
Choć pisał bezustannie i wydawał regularnie powieści, największy sukces odniósł krytyczną w stosunku do zaściankowości małych miasteczek Główną ulicą (1920r.). Kolejne powieści, Babbit oraz Arrowsmith ugruntowały pozycję Lewisa jako kongenialnego pisarza młodego pokolenia. Do tego Lewis był niepokorny: odmówił przyjęcia nagrody Pulitzera! 
W roku 1930 został laureatem Literackiej Nagrody Nobla, za „szlachetnie podniosłą i różnorodną poezję, która zawsze wyróżniała się świeżością natchnienia i rzadko spotykaną czystością ducha”*

Elmer Gantry to satyryczne i demaskujące bigoterię spojrzenie na światek religijnych kongregacji. Tytułowy bohater obdarzony stentorowym głosem, charyzmą i niezwykłym wręcz talentem do wygłaszania płomiennych kazań jest zarazem skłonnym do bitki i do wypitki, ganiającym za spódniczkami płytkim narcyzem o moralności wielkości brudu za małym paznokciem. Lewis demitologizuje bukoliczne maleńkie miasteczka, przewodników duchowych w których upatruje hipokrytów, a także odsłania kulisy wielkich karier pastorów, wśród których są i kobiety. Powieść znalazła się oczywiście z racji krytykowanego tematu na cenzurowanym (powieść trafiła na purytańską listę Banned in Boston).

Dość odpowiadał mi sarkastyczny humor oraz wartkie tempo wydarzeń. Pomiędzy kaznodziejstwem Gantry'ego, a czasami, kiedy był trzeciorzędnym komiwojażerem natrafiłam na arcyciekawy i aktualny fragment o... coachingu! Elmer pod wpływem pani Evans Riddle, prekursorki new age, zaczyna wygłaszać wykłady o sile woli w iście nowoczesnym stylu! Lecz pomimo wszystkich niewątpliwych zalet tej powieści (humor, prowokacja, dysputy teologiczne), czytanie Sinclaira Lewisa jest jak wycieczka rowerowa. W deszczu. Pod górę. Z pękniętym łańcuchem. Pierwsze 100 stron super; kolejne 300 - niepotrzebne... Może to wina jednowymiarowych postaci, chociaż rozumiem, czemu miały służyć, to jednak brak w nich innych aspektów i niuansów. Na półce mam jeszcze opowiadania Lewisa i z pewnością kiedyś po nie sięgnę.
* za Wikipedia. pl

Młode lwy - Irwin Shaw

Kiedy skończyłam czytać Młode lwy, siedziałam dobre piętnaście minut z książkowym kacem i smutną miną - dawno żadna książka nie zrobiła na mnie takiego w rażenia. W ujęciu Irwina Shaw wojna zmienia marzycieli w cyników, skromne nauczycielki w dziwki, a małomiasteczkowych przedsiębiorców pogrzebowych w psychopatycznych oficerów pastwiących się nad swoimi podopiecznymi niczym rozwrzeszczany sierżant Hartman w Kubrickowskim Full Metal Jacket


Urodzony w 1913 roku Shaw trafił do wojska w czasie II wojny światowej jako korespondent wojenny. Perypetie bohaterów najsłynniejszej jego powieści są po części oparte na doświadczeniach młodego literata; stacjonował w Afryce, jak książkowy Diestl, oraz w okupowanej Francji. Młode lwy to społeczno-obyczajowy dramat wojenny, w którym przeplatają się losy kilkorga bohaterów: wspomnianego już przeze mnie sierżanta Christiana Diestla (w filmie z 1958 roku awansowanego do stopnia porucznika!), który przed wojną pracował jako instruktor narciarstwa; szeregowca Michaela Whitacre'a, reżysera teatralnego i bon vivanta (w filmie wykorzystano talent wokalny Deana Martina i zmieniono profesję Whitacre'a na piosenkarza); oraz szeregowca Noego Ackermana, Żyda i mola książkowego.

Wojna zmienia charakter mężczyzn, wyzwala najgorsze i najlepsze cechy, które ukryte pod werniksem codzienności w czasie pokoju nie dają o sobie znać. Jak powiedział porucznik Hardenburg, przełożony Diestla: "Wojna najbardziej urzeka rodzaj ludzki, bo najdokładniej odpowiada dominującym cechom człowieka: samolubstwu i zamiłowaniu do grabieży". Widać to jaskrawo na przykładzie okupantów i okupowanych, prowadzących nielegalne interesy. 

Mit kompanii, w której za kolegę oddałoby się życie, również cierpi - żołnierze są źle przeszkoleni (Michael narzeka na nieprzydatne szkolenia o chorobach wenerycznych, których musieli żołnierze wysłuchiwać zamiast praktycznie szkolić się w walce, czy tropieniu), obóz szkoleniowy przypomina raczej kolonię karną, gdzie respekt trzeba zdobywać pięściami, a poziomem antysemityzmu nie ustępuje hitlerowskim Niemcom. I choć zawiązują się przyjaźnie, bywają ulotne i nietrwałe, a każdy dba o własny interes i przeżycie, nawet za cenę poświęcenia życia podwładnych. 


Młode lwy to powieść gorzka, pozbawia złudzeń co do tego, jak wojna wyglądała naprawdę; brud, smród niemytych tygodniami ciał, braki w uzbrojeniu, bezwzględność i wyrachowanie, które popłacają. Także podczas wyzwalania obozu heflingowie (więźniowie hitlerowskich obozów koncentracyjnych) mszczą się na swoich prześladowcach bezwzględnie i okrutnie - nie ma tu miejsca na odkupienie i przebaczenie. 

Mój egzemplarz składa się z trzech tomów wydanych w serii "Biblioteka powszechna" (seria wydawana wspólnie przez różne wydawnictwa) w 1963 roku, ale bez trudu znajdziecie nowsze, bowiem wydań tej powieści ukazało się sporo. Książkę naprawdę polecam gorąco, zwłaszcza osobom, które znają film; jest tu dużo rozbieżności i konfrontując oba dzieła fukałam na scenariusz najpewniej tak, jak Shaw, któremu film nie przypadł do gustu; choć niewątpliwie jest godny uwagi i znakomicie zagrany (Brando, Martin, Clift), to jednak warto sięgnąć po książkowy pierwowzór.

Hobbit; Władca Pierścieni - J.R.R. Tolkien

"W norze pod pagórkiem mieszkał pewien Hobbit"¹ - to zdanie przyszło do głowy pewnemu profesorowi oksfordzkiemu, kiedy zmęczony sprawdzaniem egzaminów pisemnych znalazł chwilę wytchnienia oraz... pusta kartkę. Właściwie można śmiało powiedzieć, że to piękny początek wielkiej przygody.

John Ronald Reuel Tolkien od najmłodszych lat wykazywał zainteresowanie - w wieku ośmiu lat stworzył swój pierwszy język, oczywistym więc było, że młodzieniec mający naturalny dar do języków musi się poświecić lingwistyce. Jeżeli do tego jeszcze dodać miłość do wszelkich legend, eposów, czy poematów heroicznych (szczególnie ukochanego przez Tolkiena Beowulfa), a także nieograniczoną wyobraźnię, musiało powstać epickie dzieło. 



Od czasów studiów Tolkien zaczął systematyzować swój własny świat, którego legendarium zawarł w "Silmarilionie", poczytanym przez krytyków za bardzo platoński (porównywalny do dialogu "Timajos"). Pierwsza wojna światowa, podczas której stracił wielu przyjaciół naznaczyła jego sposób patrzenia na świat, ale także dała koncepcję pewnym sytuacjom oraz postaciom, jak na przykład Samowi Gamgee, który jest wzorowany na ordynansie Tolkiena. W czasie szkolenia, po którym Tolkien miał zostać wysłany na front "uczył się kombinacji nowych i starych metod komunikacji, takich jak flagi, światło, heliograf, czy Alfabet Morse'a."² Zarówno we "Władcy Pierścieni", jak i w "Hobbicie" możemy odnaleźć krajobrazy z otoczenia, w którym dorastał autor, a także te, które zrobiły na nim ogromne wrażenie, jak zwiedzany podczas wycieczki do Szwajcarii Matterhorn, który występuje w Śródziemiu pod nazwą Samotna Góra w Górach Mglistych.

W twórczości Tolkiena nie brak inspiracji legendami, podaniami, poematami a także książeczkami dla dzieci, jak na przykład "The Marvellous Land of Snergs"; a postać Gandalfa jest prawdopodobnie zapożyczona z sylwetki Liczyrzepy. Wzajemnie inspirowali się także członkowie licznych kół literackich, do których Tolkien należał i tak Lewisowskie "hnau" to "stworzenia podobne do zwierząt lub warzyw z osobistymi, ludzkimi cechami"³ zupełnie jak Tolkienowscy "Entowie".

"Charakterystyczną cechą >>Władcy Pierścieni<< jako dzieła literackiego jest jego oparcie w języku. Tolkien wykorzystuje wymyślone przez siebie języki w nazwach, ale także w obdarzonych wyobraźnią możliwościach. Język jest tłem mitologii. Inną oznaką jego literackiej wartości jest to, że Tolkienowi udało się połączyć bogactwo symbolizmu w swojej opowieści. Wyprawa, podróż, poświęcenie, ukojenie, śmierć i wiele innych symbolicznych elementów zostaje przepięknie rozwinięte w książce. Same krajobrazy, przez które idą podróżnicy, są symboliczne, sugerują nastroje, które korespondują z etapem podróży i etapem całej opowieści. Okrucieństwa podziemnego miasta Moria na przykład korespondują z duchowym odświeżeniem krainy Lorien. Te krajobrazy zawsze w pełni odzwierciedlają kierunek opowieści w książce."⁴ Co mnie najbardziej zdziwiło, to stwierdzenie samego Tolkiena w jednym z listów, mianowicie, że "Władca Pierścieni" jest to "fundamentalnie religijny i katolicki utwór". Śródziemie wydawało mi się wolnym od wszelkich religii, ale rzeczywiście walka dobra ze złem, poświęcenie, "niesienie pierścienia krzyża" dla dobra wszystkich, wreszcie zbawienie, odkupienie to motywy stricte religijne, czy może bardziej - chrześcijańskie.


W wydaniu "Hobbita", które kupiłam (z objaśnieniami i wstępem Douglasa A. Andersona) znajduje się szereg ciekawych informacji na temat źródeł pochodzenia poszczególnych postaci, motywów oraz ilustracje zarówno samego autora (chociażby i dla tychże ilustracji warto zwrócić uwagę na to wydawnictwo), jak i rysowników próbujących się z opowieścią o podroży Bilbo Bagginsa, wśród których znajdują się sławy takie jak Tove Jansson, która obdarzyła Niziołka klasycznie muminkową kreską, Chika - do wydania francuskiego z 1976 roku (przypomina kreską film Ralpha Bakshi), lub ilustracje rosyjskiego rysownika Michaiła Biełomlinskiego, w których Baggins przypomina spasionego socjalistę z rysunków satyrycznych.

Równie ciekawe jest, że pierwsze wydanie "Hobbita", (które ukazało się 21 września 1937) to zaledwie 1500 egzemplarzy, ale już "Drużyna Pierścienia" (29 lipca 1954), "Dwie wieże" (11 listopada 1954) oraz "Powrót Króla" (20 października 1955) to dziesięć razy tyle; ogromna popularność opowieści dla dzieci (Tolkien bowiem najpierw opowiadał "Hobbita" własnym pociechom) sprawiła, że domagano się kolejnych części przygód dzielnego Niziołka, Krasnoludów, walecznych Elfów i tajemniczego czarodzieja; "Władca Pierścieni" nie ma w sobie jednak nic z dziecięcej bajki na dobranoc i otworzyła drogę zupełnie nowemu gatunkowi literackiemu dedykowanemu dorosłemu czytelnikowi. Olbrzymim sukcesem okazały się także ekranizacje nowozelandzkiego reżysera, Petera Jacksona.


Przypisy 1-4 pochodzą z książki Colina Durieza "Tolkien; niezwykła biografia twórcy Śródziemia."

Dolina szarej rzeki - Jerzy Waldorff

Elokwentny kronikarz świata, którego już niema, wtrącający archaiczne "aliści", "jeno", czy "ongiś", zachował się Jerzy Waldorf w pamięci czytelnika przede wszystkim jako ekspert i miłośnik muzyki poważnej. Dał się poznać w szczególności jako propagator i wielki admirator Karola Szymanowskiego, ale i rzecznik odnowy cmentarza Powązkowskiego. Zakochany w przedwojennej stolicy, jej specyficznym charakterze, blichtrze i snobizmie arystokracji, w którym wzrastał, a który przez czasy powojenne został zastąpiony napływową ludnością i zniwelowany walcem komunizmu. "Warszawa, chociaż wskrzeszono zgodnie z zachowaną dokumentacją Stare i Nowe Miasto, Zamek i Trakt Królewski, wymieniła niemal całą ludność z miejskiej na przedmiejską i wiejską, również ustrój polityczny i wreszcie obyczaj tak najkompletniej, że jedynym fragmentem jej autentycznym, nawiązującym wprost do historycznej przeszłości, został stary cmentarz Powązek. Dopiero tam odnaleźć można dawne rody warszawskie, sławne z dziejów miasta nazwiska, szlachetne twarze mieszczan w nadobnych podobiznach i nawet - z epitafiów - przypomina o sobie dostojny język, którym posługiwano się przy co bardziej uroczystych okazjach, ale i też na co dzień w szanujących się domach, a który po masakrze stolicy i jej odrodzeniu zastąpili świeży mieszkańcy wulgarnym żargonem, niechlujnym gdukaniem z trybun, co dawniej były miejscem popisu krasomówców." 



Jerzy Waldorff napisał ponad dwadzieścia książek, z czego większość poruszająca temat krytyki muzycznej. Abstrahując od życia prywatnego, czy tajemnic, które do dziś nie zostały odkryte - biografia Waldorffa jest bowiem pełna rzeczy sprzecznych i nie będę się nad nią rozwodziła - chciałam polecić eseje biograficzne Dolina szarej rzeki. "Waldorfa - pisze w posłowiu Jarosław Kurski - czyta się dla języka, ciętych żartów, barwnych porównań. Ludzie z końca świata lecieli, żeby posłuchać jego radiowego felietonu. Słuchali i ryczeli ze śmiechu. On się bawił muzyką jak żongler piłeczką." Tak jest i w tym przypadku: autor ze specyficznym humorem lawiruje między ubolewaniem nad światem straconym, kiedy jako mały panicz spacerował z nianią po Ogrodzie Saskim, czy kiedy jako ułan czarował konną jazdą, a czasami powojennymi, obfitującymi w szereg komplikacji natury politycznej. Lata 50-te były dla Waldorffa-humanisty niezmiernie uciążliwe; jako aspirujący pisarz udaje się do nadmorskiej miejscowości, w której odbywa się nielegalny proceder wywozu chętnych do Szwecji; opowiadanie "Konsul Jego Królewskiej Mości" jest doskonałe i czytając oczyma wyobraźni widziałam już Teatr Telewizji na jego postawie (nie film, a właśnie teatr!). Autor był bowiem doskonałym obserwatorem, wnikliwym koneserem ludzkich zachowań, erudytą, potrafiącym przekuć nudną rekonwalescencję po operacji kolana we wnikliwy reportaż z życia pensjonariuszy szpitala oraz okazję do snucia refleksji nad własnym życiem. 
Dolina szarej rzeki nie jest książką nową, to już czwarte po 1985 roku wydanie. Gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę lekturę. Być może ktoś już teraz szuka mądrej lektury na wakacje - Waldorf nadaje się do tego znakomicie!


Listy z Afryki - Henryk Sienkiewicz

Skoro 2016 rok jest ogłoszony rokiem Henryka Sienkiewicza, sięgnęłam po coś bardzo nieoczywistego i ginącego w nawale dzieł Mistrza.Listy z Afryki to niewielka książeczka, która jest jedną z 81-tomowego zbioru dzieł wydawanych nakładem Tygodnika Ilustrowanego. Książeczki były bezpłatnym dodatkiem dla prenumeratorów. Mam jedynie środkową część podzielonych na trzy tomy Listów. Na szczęście są dostępne w formie zdigitalizowanej na Polonie T1, T2, T3.
Pisma Henryka Sienkiewicza oprawione w Introligatorni S. Orgelbranda i Synów w Warszawie

W wigilię Bożego Narodzenia 1890 roku na pokładzie parowca Ravenna wyruszają z Neapolu Henryk Sienkiewicz wraz z Janem Józef Tyszkiewiczem w wielką podróż na Czarny Ląd. Sławny literat nie rozstaje się z notatnikiem, lecz Listy zamieszczone pierwotnie w Słowie, a wydane nakładem Tygodnika Ilustrowanego pisane były w większości po powrocie do kraju. Pierwsze tygodnie podróży przebiegają dość spokojnie; co ciekawe, podróżnicy obserwują zjawisko "białej wody", które jest niezwykle rzadkie. Podróżnicy podczas przejścia przez równik mają urządzone oczepiny, coś w stylu tych, jakie dziś można spotkać na koloniach letnich; mistrzem ceremonii jest "Neptun z trójzębem, w złotej koronie i z konopną brodą", by nie być wrzuconym do wanny z zimną wodą trzeba się było wykupić dziesięcioma butelkami piwa dla pomagierów bożka oceanów. Pierwszym przystankiem jest oczywiście Kair, gdzie pod nieznanym niebem podróżnicy zwiedzają piramidy nocą. 
Sfinks, rycina z książki Buch der Entdeckungen, Berlin 1898r.

Kolejnym przystankiem jest Port-Said, miasto powstałe przy budowie Kanału Sueskiego. Sienkiewicz przytacza barwne opisy kolorytu miasta, a także dalszych towarzyszy podróży, wśród których wielu jest Anglików oraz Hindusów zmierzających z przesiadkami do Kalkuty. Sienkiewicz zaczyna narzekać na o dziwo! zimno: "w Wielkim Muzeum poczerwieniały, jak mówiono, nosy wszystkim mumiom Ramzesów". Tu, mimo doskwierającego klimatu, Sienkiewicz rozkoszuje się przepysznymi kolorami targu, Murzynkami w różnobarwnych "perkalikach" (materiałach), a także mnogością owoców: "Oczy malarza zakochanego w barwach, znalazłyby na owych targowiskach rozkosz prawdziwą. Co za rozmaitość kolorów! Obok brunatnych, kosmatych kokosów, pełne świeżej, słodkiej wody objętej w śmietankowym pokrowcu, leżą potężne pęki jasno-żółtych bananów; tu połyskują fioletowe ciała oberżyn, tam kosz czerwonych, jak korale, pomidorów, nie większych od śliwek o smaku wytwornym i kwaskowatym; dalej na palmowej macie, cały stos złotych mandarynek, które gąbkowatą swą skórą zdają się wsiąkać światło słoneczne. Gdzie spojrzysz, wszędy coś nowego: to złoto-siwe ananasy, ogromne niemal jak głowy, a tanie tak, że za lichego miedziaka kilka ich dostać można; to zielone, łuskowate annony [flaszowiec], pełne we środku jakby ubitej z cukrem śmietanki; to wszędzie olbrzymie owoce, zwane małpim chlebem, w których ognistem wnętrzu siedzą czarne ziarna, jak potępieńcy w piekle." Sienkiewicz zachwyca się także nieco "terpentynowym" smakiem wszechobecnych w tych rejonach mango i karikapapai (carica papaya czyli melon).
Parowiec na Kanale Sueskim, rycina z książki Buch der Entdeckungen, Berlin 1898r.

Dalej podróż przebiega przez Zanzibar. Tu jest znacznie cieplej, bo 26° Rømera, czyli około 35° Celcjusza. 
Czytelnik dostaje ciekawą charakterystykę Somalijczyków, którzy wedle autora bardzo rysami twarzy i budową ciała przypominają Europejczyków, bardziej niż inne szczepy; są ponoć także bardziej inteligentni, lecz co za tym idzie, bardziej przebiegli. Sienkiewicz niekiedy lawiruje w opisach między patosem, czy rzewnością, a humorem. W ogóle dużo miejsca poświęca mentalności napotkanych ludów. Czyni także obserwacje na temat życia codziennego w Zanzibarze: "Próżnobyś się też, człowieku, spodziewał, że wybierając się do wnętrza Afryki, nie potrzebujesz brać z sobą fraka. Owszem, potrzebujesz, bo nad Tanganajką, Ukerewe, w Uidjidjii lub jakiejś innej miejscowości  przez piętnaście j, możesz znaleźć angielską lady, towarzyszącą mężowi gdzie pieprz rośnie." Dalej jest oczywiście opis wystawnej kolacji w stylu zupełnie europejskim - zupełnie, jakby się było w Paryżu, Warszawie, bądź jakimkolwiek innym "cywilizowanym" wedle Sienkiewicza miejscu.
 
Misjonarz, rycina z książki Buch der Entdeckungen, Berlin 1898r.

We francuskiej misji na Bagamoyo (które ówcześnie było pod jurysdykcją niemiecką) udaje się podróżnikom "zmontować" karawanę pieszą wędrująca wgłąb lądu; zwierząt pociągowych się tu nie używa, bo niemal nie występują w tej części Afryki (częściowo z powodu muchy tse-tse). Przed masiką (jedna z dwu pór deszczowych) zwiedzają dzikie tereny, polują na kiboko (hipopotamy), oraz smaczne pentarki (ptaki w rodzaju naszych indyków). Znów listy nasycone są opisem dziwów przyrody, takich jak girafy (tylko raz w tekście użyte jest żyrafy), papużki nierozdzielne, a także złośliwe i wszechobecne krokodyle (mamba). Piękny jest zwłaszcza opis zwiewnych i różnorodnych motyli, które są "rozkoszą świata owadów".

Charakterystyczna ozdoba - pelele w wardze, rycina z książki Buch der Entdeckungen, Berlin 1898r.

Jeśli chodzi o wyposażenie, to całego ekwipunku z łóżkami polowymi, strzelbami, a nawet cukrem i winem jest tak wiele, że na każdego z licznego grona pagazi (tragaży?) wychodzi 30 kilogramów. Przezorni podróżnicy wyposażeni są w filtr Pasteura ("złożony z trzech rur z białej glinki, zamkniętych gumowymi pistonami i połączonych za pomocą mniejszych gumowych rurek z jednej strony flaszką, z drugiej pompką") oraz sodową wodę butelkowaną, ponieważ "kałuża [zbiornik wodny] z wodą do picia (...) trąci utopionym kotem, jest zaś barwy i gęstości czekolady."
Henryk Sienkiewicz w stroju myśliwskim, źródło: Polona.pl, domena publiczna

Najzabawniejsze są spostrzeżenia dotyczące załogi owej pieszej karawany: "Nie ubliżając sławie 365 obiadów jest rzeczą więcej niż wątpliwą, czy nasz M'sa [kucharz] pomienione dzieło czytał, albowiem talent jego kulinarny polega głównie na wrzucaniu do wody wszystkiego, co ma wydane, i następnie na mieszaniu pierwszym lepszym patykiem w tej wodzie - aż do skutku. Z trudnością także przychodzi mu odróżnić smalec od ekstraktu mlecznego Liebiga, skutkiem czego kilkakrotnie podał nam herbatę dość osobliwie przyprawioną."  
Murzyni przez Europejczyków traktowani są jak dzieci, bezwolni i podporządkowani, już nie niewolnicy, ale jeszcze nie obywatele. Misje mają za zadanie wychowywać, kształcić i ukulturalniać; narzeka się tu na zgubny wpływ Arabów, którzy nadal trzymają niewolników na plantacji "gwoździków" (tj. goździków). Niektórzy tubylcy wyglądają nader malowniczo z wszczepionymi w wargi, czy nos kawałkami drewna zwanymi pelele, lub w perukach z pawiana (co na Sienkiewiczu zrobiło ogromne wrażenie i od razu wyraził chęć zakupu takiego nakrycia głowy). 

Niewolnice przy pracy, rycina z książki Buch der Entdeckungen, Berlin 1898r.

Niestety, Sienkiewicz dostaje febry. Podczas polowania wstrząsają nim dwa ataki, a jak wieść niesie, trzeci jest śmiertelny. Wraca parowcem "Pei-Ho", którego wyczekiwał z utęskinieniem podczas pobytu w szpitalu w Bagamoyo: "Już na tydzień przed terminem prosiłem towarzysza, by zakupił bilety, mimowoli bowiem przypuszczałem, że febra nie może przyczepić się do człowieka, który już zapłacił za odwrotną drogę."
Co ciekawe, młody, wówczas 23-letni hrabia Tyszkiweicz prowadzi dziennik podróży na bieżąco, śląc do rodziny listy ilustrowane fotografiami, które namiętnie robił podczas wyprawy. Dziennik ów znajduje się w zbiorach Trockiego Muzeum Historii Zamku. 
Właściwie czytając Listy, odkryłam Sienkiewicza na nowo. Mam wielką ochotę sięgnąć po Listy z podroży po Ameryce, które ponoć są jeszcze zabawniejsze. Lubie lektury, z których można się dużo dowiedzieć - nie tylko o otaczającym nas świecie, ale i o tym, który przeminął. Dziś po budynkach kolonizatorów niemieckich w Bagamoyo zostały ruiny, nie ma już plemion ludożerczych, ale wiele ze spostrzeżeń Sienkiewicza jest aktualnych. Znalazłam również kilka nazw i słów, na które wcześniej nie udało mi się natrafić, lub znałam ich inne znaczenie, jak na przykład luciola (moja ulubiona piosenka Maanamu) są to żuki-świetliki. 

Wytłaczana okładka i grzbiet Pism Sienkiewicza.

Anatomia książki

Anatomia książki jest ściśle związana z jej historią. Od kiedy wymyślono pismo, ludzie zapisywali informacje na liściach palmowych, cienkiej blasze, tabliczkach glinianych i woskowych. W starożytności upowszechniły się zwoje pergaminowe lub papirusowe, chronione tubami bądź szkatułami. Kodeks (dosłownie "klocek drewniany") powstał za czasów Juliusza Cezara, któremu przypisuje się ten wynalazek: pisma przybrały wówczas niemal dzisiejszy kształt, były to pergaminowe (papirus pękał przy zszywaniu) szyte kartki oprawione w dwie lub trzy deszczułki (deski; stąd powiedzenie "czytać od deski do deski"). Upowszechniły się dopiero w wiekach średnich. 
Książka z końca XIX-go wieku, oprawa twarda, półskórek

W XIV-XVI wieku można było natrafić na oprawę sakwojową; deszczułki oprawiane były materiałem z luźnym dołem, który dowiązywało się do pasa. Niestety, bardzo mało egzemplarzy takich książek przetrwało do dnia dzisiejszego. Równie popularne były oprawy łańcuchowe, czyli z łańcuchem przewleczonym przez grzbiet (co można skojarzyć z łyżkami z baru mlecznego w filmie Miś), miało to uchronić księgę przed złodziejami.

Księga rękopiśmienna - zdj. wykonane w Książnicy Cieszyńskiej
Do 1440 roku można mówić o księdze rękopiśmiennej, nad którą kopiści w swoich skryptoriach pracowali nawet kilka lat (w Bibliotece Jagiellońskiej zachował się wpis kopisty "Et sic est finis, cum caseo dabitur panis", czyli "Nareszcie koniec, dadzą mi za to chleb z serem"). 

Frontyspis umieszczony na stronie przytytułowej
Ruchoma czcionka wynaleziona przez Jana Gutenberga właśnie około roku 1440 zrewolucjonizowała przemysł księgarski - pracowano już bowiem nad skróceniem czasu pracy nad książką i w ten sposób powstawały ryte w drzewie strony, które odbijało się na powielaczu: powstawała w ten sposób książka drzeworytnicza. Jeśli chodzi o nomenklaturę to do 1500 roku mówimy o inkunabułach, a do 1800 o starych drukach (bądź starodrukach jak kto woli); po 1800 mamy tak zwane nowe druki. W XIX wieku bowiem rozpowszechnił się druk na masową skalę, a książka stała się tańsza przez co i łatwiej dostępna. Od tamtego czasu wyróżniamy oprawy miękkie (lakierowany karton) bądź twarde (tektura). Niegdyś kolekcjonerzy książek mogli sobie pozwolić na oprawę jedwabną, bądź wytłaczany aksamit, oprawę srebrną wysadzaną drogimi kamieniami, dziś szczytem marzeń jest oprawa skórzana (niegdyś ryta bądź nacinana, niekiedy litery złocono), ale często spotykamy się z półskórkiem, oprawą płócienną, sztuczną skórą (lederyną) lub tekturą z charakterystycznym wzorem marmurkowym. Oczywiście dziś książki mają zupełnie inne oprawy z barwnym drukiem, niekiedy tłoczeniami i lakierem w niektórych partiach. 

Kapitałka, czyli taśma z materiału trzymająca razem zszyte arkusze

W ubiegłym wieku ukształtował się podział oprawy na:
  • miękką (broszurową - szytą lub bezszwową, czyli klejoną, dziś także miękka ze skrzydełkami) 
  • twardą (szytą, dziś także klejoną) 
  • półtwardą 
  • spiralną (kołonotesy, skrypty, etc.) 

Ilustrowana wyklejka Pamiętnika znalezionego w Saragossie (Czytelnik, 1965r.)
A teraz kilka słów o tym, z czego jest zbudowana książka, jak wygląda jej forma: 
  • wkład - czyli złamane arkusze, nieoprawione, zszyte bądź klejone strony
  • oprawa (okładka) 
  • grzbiet 
  • kapitałka (taśma z tkaniny introligatorskiej służąca wzmocnieniu oprawy)
  • wyklejka - trzyma okładkę i wkład 
  • obwoluta (opcjonalnie przy oprawie twardej)
  • skrzydełka (opcjonalnie przy oprawie broszurowej)
  • czwórka (bądź dwójka) tytułowa: 
- strona przedtytułowa (skrócony tytuł lub nazwa serii)
- strona przytytułowa (na której często można znaleźć frontyspis, czyli wizerunek autora, dawniej np. pozwolenie carskiej cenzury)
- strona tytułowa (czyli tytulatura - imię i nazwisko autora, cały tytuł, sygnet wydawniczy, czyli znak towarowy wydawcy, miejsce i rok wydania - dane te używane są do sporządzenia opisu bibliograficznego i katalogowego)
- kolofon (znajdująca się z tyłu metryka drukarska, czyli nakład, nazwa papieru, adres drukarni, data oddania do druku, itp,)
Strona tytułowa z sygnetem Wydawnictwa J. Mortkowicza

Listy do przyszłej narzeczonej oraz Listy do cudzej żony z Biblioteki Dzieł Wyborowych (1898r.)

Jedna z moich najstarszych książek, to niepozorna, wydana w 1898 roku broszurka z serii Biblioteki Dzieł Wyborowych. BDW wydawana była w trzech seriach od roku 1897 do 1927 roku, a pozostawiła po sobie ponad tysiąc tytułów.

Pod numerem 16-stym BDW kryją się Listy Listy do przyszłej narzeczonej Juliana Mohorta (Ochorowicza) oraz Listy do cudzej żony Klemensa Junoszy (Szaniawskiego) poprzedzone przedmową Teodora Jeske-Choińskiego, a wydane w 1898 roku.

O Julianie Ochorowiczu napisałam jakiś czas temu osobny artykuł (Julian Ochorowicz - naukowiec od duchów). W dorobku Mohorta Listy są efemerycznym wynikiem mody na poradniki: nadawca listów nie posiadając narzeczonej, ani materiału na nią, zaczyna precyzować, jakie cechy chętnie widziałby u swej wybranki – „Żona moja musi być zdrową. Zanim tedy dalej prowadzić zaczniemy niebezpieczną grę towarzyską, racz mnie pani oświecić, czy nie pijasz czasem octu, czy nie nosisz zbyt ciasnych sznurówek, czy nie wykrzywiasz nóg dwupiętrowymi bucikami, czy nie psujesz twarzy różnemi kremami i pudrami, czy nie czytasz po nocach romansów, wstając o wpół do dwunastej i t. p? W przeciwnym bowiem razie byłbym zmuszony uważać cię raczej za obiekt patologiczny, niż pannę na wydaniu. Powtóre*, radbym wiedzieć, czy nie czujesz pani wrodzonego wstrętu do zimnej wody? Mam bowiem to dziwne uprzedzenie, że kobiety, które dużo używają perfum i olejków (a któraż tego nie robi?), nie mają zwyczaju myć się porządnie. Jest to zapewne grubiańskie uprzedzenie, ale trudno mi się z niego wyleczyć.”

Po napisaniu pierwszego listu bohater znajduje czarującą kobietę, której decyduje się posłać ów epistołę. Adresatka – zamiast odesłać impertynenta w diabły postanawia podjąć wyzwanie dalszej korespondencji. „Moja korespondentka (…) pisze krótko, rąbie aż miło. Co więcej, zauważyłem, że nie używa nad miarę wykrzykników i kresek, a natomiast wierzy w przecinki. Młoda panna, która nie lubi komplementów i wierzy w przecinki. Takiej dotychczas nie znałem”. W takim razie to musi być miłość!

Listy do cudzej żony utrzymane są w nieco innym tonie. Tu subtelny humor zastąpiony jest umoralniającymi obrazkami z życia biedoty miejskiej i wiejskiej. Do narratora, zarazem literata i zatwardziałego kawalera zwraca się listownie o pomoc kuzynka. Kobieta „zrobiła” dobrą partię, jak to się wówczas mawiało, lecz jest znudzona i nieszczęśliwa (nie ma mowy o jakiejkolwiek winie małżonka, który jest czułym, łagodnym mężem przy tym sumiennym i obowiązkowym przedsiębiorcą). Junosza daje w listach prostą receptę na szczęście (nie tylko) małżeńskie: „Jeśli kto chce nie znać, co nudy, co jakieś urojone nieszczęścia, niech wynajdzie sobie zatrudnienie, niech je ukocha, niech mu się odda całą duszą”. A dalej czytamy: „Pewien myśliciel powiada, że matką wszystkiego złego, wszystkich nieszczęść, występków, nawet zbrodni – jest próżniactwo. Człowiek, który nic nie robi i nie jest użyteczny dla drugich, nie zasługuje na miano człowieka – nie jest nim.” Widać tu jak na dłoni ideę pozytywistów, by każdy był społecznie użyteczny. Oczywiście młoda dama pod wpływem napomnień surowego kuzyna zaczyna interesować się gospodarstwem i wychodzi z „otumanienia” - odtąd jest wspaniałą żoną i energiczną gospodynią, a także interesuje się losem biednych i sierot, które „należą” do folwarku.
Zgoda carskiej cenzury

Oczywiście, żeby zrozumieć oba listy należy pamiętać o roli kobiet w końcu XIX-go wieku: prawa wyborcze dla kobiet zostały wywalczone w 1918 roku (w Rosji o rok wcześniej, a Warszawa wówczas była pod zaborem), praca zarobkowa kobiet była koniecznością – pracowały jedynie panny (jako nauczycielki, bony, etc.) lub żony, które zmuszone były dorzucać marne kopiejki do domowej puli uciułane z opierania bogatszych czy handlu. W bogatych domach kobiety najzwyczajniej w świecie się nudziły – pod sobą miały służbę, która była na każde skinienie, do rozrywek należało wówczas malowanie, haftowanie, śpiewanie, jeżdżenie do wód, bale i rauty oraz czytanie francuskich romansów (co zgubiło biedną Emmę Bovary; francuskie romanse są również piętnowane przez Elizę Orzeszkową). Remedium na nudę pozytywiści upatrywali między innymi w angażowaniu się kobiet w cele charytatywne, oraz w gruntownym wykształceniu.

Choć oba zbiory Listów są archaiczne, to jednak nie sposób nie wyciągnąć z nich jakiegoś morału i dla współczesnych (nawet nie tylko żon, czy kobiet, ale chcących tworzyć związek w ogóle): dzielcie zainteresowania, pracujcie dla wspólnego dobra, dobierajcie i poznawajcie, żeby nie było późniejszych rozczarowań i konfliktów. 


Jak widać, wracam do Nieoczywistych, czyli moich wykopalisk z lamusa. Obiecuje przynajmniej raz w miesiącu dzielić się z Wami tym, co mam na regale, a na czym zaległa sepiowa patyna czasu.

* pisownia oryginalna!

Dziewczyna z portretu - David Ebershoff

W lutym miałam przyjemność obejrzeć wzruszający, subtelny i piękny stylistycznie film Toma Hoopera Dziewczyna z portretu. Pewnie gdyby nie to, że film poruszył mnie do głębi, nie sięgnęłabym po książkę, bo niezmiernie rzadko czytam powieści obyczajowe. Właściwie, książka Davida Ebershoffa jest niemal beletryzowaną biografią, wariacja na temat życia i śmierci Lili Elbe oraz Gerdy Wegener. 


Gerda Gottlieb, młoda malarka po przejściach znajduje spokój i miłość w ramionach profesora malarstwa, Einara Wegenera. Mieszkają razem niedaleko nabrzeża w przedwojennej Kopenhadze. Einar jest uznanym pejzażystą, Gerda „nie znalazła swojej niszy”, ale usilnie próbuje doskonalić się w portrecie; właśnie pracuje nad kolejnym zamówieniem, lecz nie potrafi jeszcze malować bez modela. Za jej namową drobny, nieśmiały Einar, przybiera pozę malowanej modelki… Tak rodzi się Lili; przebieranka miała pozostać rodzinną anegdotką, żartem, o krótkim żywocie, ale w Einarze coś się obudziło, coś co mieszkało w nim od dawna i nie potrafiło, nie mogło się uwolnić. 

Lili Elbe, 1926 r. Źródło: wikipedia

Ebershoff ukazuje rozdarcie między męską część dnia Einara, a coraz bardziej ekspansywną żeńską Lili; jakby w jednym ciele mieszkały dwie osoby, z których jedna jest niemile widziana. Gerda, „wspólniczka w zbrodni” pomaga mężowi być tym, kim się czuje, równocześnie traci go na zawsze. Niekiedy Gerda dla swojej satysfakcji – maluje bowiem rozchwytywane portrety tajemniczej kobiety – przywołuje Lili, choć Einar jest rozdarty i niepewny, co do właściwego postępowania.

Choć w oczach tak zwanych specjalistów uchodzi za obłąkanego, Einar daje się zdominować Lili; Einar rozmywa się w ilości sukienek Lili, par pończoch, w zapachu jej perfum. Nie ma już pejzażysty, jest dziewczyna z portretu… 

Portret Lili - Gerda Wegener, źródło: wikipedia

W drezdeńskiej prywatnej klinice dla kobiet Lili poddaje się niezwykle ryzykownej kilkuetapowej operacji; kobieta snuje marzenia o tym, by wyjść za mąż, mieć dzieci, cieszyć się tym, co inne traktują niekiedy jak dopust boży. W tym czasie prowadzi pamiętnik, który posłużył zapewne za kanwę powieści. Operacja jest tak nowatorska, że jej wynik jest wysoce niepewny. Lili Elbe jest bowiem jedną z pierwszych transgenderowych kobiet – przedtem medycynie była znana Dora Richter, która mimo iż urodziła się jako chłopiec wcześnie odrzuciła tę płeć (już w wieku kilku lat nie zgadzała się na ubieranie jej w chłopięce stroje, a jej zachowanie było bardzo sfeminizowane).

Lili Elbe, 1930, źródło: Wikipedia (niem.)

Lili zmarła w 1931 roku na powikłania pooperacyjne. W czasie wojny została zniszczona dokumentacja medyczna kliniki, więc zostają jedynie domysły, co mogło rzeczywiście być powodem jej śmierci. Gerda zmarła niewiele ponad dziewięć lat po niej.

O ile film zrobił na mnie ogromne wrażenie, o tyle książka je wspaniale dopełniła. Ebershoff zbudował obraz relacji dwojga artystów, marzenia i nadzieje Gertrudy zestawił z wolą i oczekiwaniami Lili. Podziwiam odwagę Einara w dążeniu do bycia sobą w niezwykle trudnych czasach. Dziś operacja zmiany płci nie szokuje i setki osób nie są narażone na cierpienia takie, jakim musiał być poddawany Einar, kiedy niepewny „co mu jest” był odsądzany od czci i wiary przez „lekarzy”.

Polecam tę książkę nie tylko ze względu na sam temat, ale i na piękne okrągłe zdania Ebershoffa, który udowodnił, że potrafi pisać. Na razie w Polsce ukazała się jedynie Dziewczyna, ale liczę, że po sukcesie zarówno książki jak i ekranizacji jakieś wydawnictwo zainteresuje się powieściami Pasadena, oraz The 19th Wife.

Niezłomny - Laura Hillenbrand

Niezłomny to sylwetka Louisa Zamperiniego, Amerykańskiego lekkoatlety, którego kariera została złamana wybuchem II wojny światowej; jest to również historia niezwykłego hartu ducha, przyjaźni w znojnych czasach oraz zdumiewającej woli życia.
źródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/116748/niezlomny

Louis Zamperini przyszedł na świat jako drugie z czworga dzieci włoskich imigrantów. Od małego sprawiający problemy wychowawcze, został przez starszego brata pchnięty na lekkoatletyczną bieżnię, gdzie ku zdumieniu otoczenia zaczął uzyskiwać doskonałe rezultaty. W roku 1934 ustanowił rekord świata szkół średnich w biegu na milę, który przez lata nie został pobity. Był tak szybki, że zakwalifikował się na Igrzyska Olimpijskie do Berlina w 1936 roku – choć nie stanął na podium zachwycił wszystkich swoimi rokowaniami i było pewne, że w czasie kolejnych IO, które miały odbywać się w Tokio będzie pewnym triumfatorem. Jednakże, wiemy co wydarzyło się później; miliony karier zostały przerwane, w tym kariera naszego złotego medalisty z IO w Los Angeles (1932 r.), Janusza Kusocińskiego, który został rozstrzelany w Palmirach w 1940 roku. 

Louis Zamperini w mundurze. Źródło zdj.: wikipedia

Zamperini dostał się do lotnictwa, stacjonującego na wyspach Oceanu Spokojnego. Liczba obowiązkowych lotów bojowych wynosiła wówczas 30, co sukcesywnie zwiększano (o czym opowiada znakomity Paragraf 44), więc statystycznie była dość spora szansa rozbicia się. W czasie II wojny światowej siły powietrzne USA straciły 35 933 samolotów, za większość strat odpowiadały nieszczęśliwe wypadki, wady konstrukcyjne lub złe przygotowanie młodych, często na chybcika przeszkolonych pilotów; jedynie niewielki odsetek strat - szacuje się, że proporcjonalnie jeden na sześć straconych samolotów - to zestrzelenia przez nieprzyjaciela. 

Prasowy wycinek, z którym nie rozstawał się Zamperini

Przyjaciel Luisa Zamperiniego, Russell Allen „Phil” Phillips należał do jednych z najlepszych lotników stacjonujących na pacyficznych wyspach. 24 maja 1943 roku pilotowany przez Phila Green Hornet wyleciał z misją ratowniczą, by samemu ulec awarii na rozległym oceanie. Z kilkuosobowej załogi uratowali się jedynie trzej członkowie – Phil, Zamp oraz Mac (Francis „Mac” McNamara). W owym czasie tratwy wyposażone były jedynie w kilka tabliczek czekolady, haczyki na ryby, łatki do cerowania pontonu oraz race świetlne – nie posiadały zadaszenia, apteczki, radia, czy gpsu (jak dziś). Trzej rozbitkowie musieli sobie radzić jak potrafili; pili deszczówkę, polowali na mewy, ryby, a nawet niewielkie rekiny. Wkrótce Mac – choć najsilniejszy fizycznie – zmarł, a dwaj pozostali mężczyźni mieli przed sobą niezliczone tygodnie na oceanie.

Czterdziestego siódmego dnia dryfowania po Pacyfiku wycieńczeni zestrzeleni lotnicy stanęli w obliczu dwu wiadomości – dobrej (dobili do brzegu) i złej (wyspa, na której wylądowali roi się od wrogich sił japońskich) – choć „zła” to eufemizm w stosunku do określenia niewoli japońskiej (co doskonale opisał Eric Lomax we wspomnieniach zatytułowanych Railway man), do której dostali się lotnicy. Nieustanne znęcanie się fizyczne i psychiczne, kary cielesne, systematyczne gwałcenie przez Japończyków konwencji genewskiej, zastraszanie, niszczenie osobowości i człowieczeństwa więźniów, z których większość nie została wciągniętych na listy czerwonego krzyża, co skutkowało statusem zaginionego. 


Laura Hillenbrand podaje zastraszające statystyki: "Japonia przetrzymywała w obozach około stu trzydziestu dwóch tysięcy obywateli Ameryki, Wielkiej Brytanii, Kanady, Nowej Zelandii oraz Australii (oraz przeszło 215 000 jeńców z innych krajów i nieznaną dokładnie liczbę tysięcy przymusowych robotników. Statystyki zgonów również nie są znane). Z tej liczby zmarło prawie trzydzieści sześć tysięcy, więcej niż jeden na czterech. Najgorszy los spotkał Amerykanów; z 34 648 obywateli tego kraju zmarło w niewoli u Japończyków 12 935 - więcej niż trzydzieści siedem procent. Dla porównania, odsetek ofiar wśród Amerykanów przetrzymywanych przez Niemców i Włochów wyniósł zaledwie jeden procent."

Po II wojnie światowej wojnie nie istniało jeszcze określenie zespołu stresu pourazowego (PTSD), a tysiące weteranów nadal, w zaciszu domowego ogniska przeżywało wojenny koszmar, z którego nie potrafiło się uwolnić. Skutkowało to rozpadami małżeństw, samobójstwami lub długotrwałym leczeniem na oddziale zamkniętym. Autorka opisuje również powojenne losy Zamperiniego, który „topił” wojnę w kieliszku; również i jego małżeństwo wisiało na włosku z powodu prawdopodobnego PTSD, były lekkoatleta wyniszczony przez obozowe przejścia niemal sięgnął dna. Jednakże jego los się odmienił pod wpływem kazań małomiasteczkowego, obwoźnego pastora, który został mentorem Zampa.
Louis Zamperini w 2014 roku biegł niosąc znicz olimpijski. Źródło zdj.: wikipedia

Niezłomny to doskonale napisana biografia. Hillenbrand do tej pory znana z książki Seabiscuit, o jednym z legendarnych koni wyścigowych czasów wielkiego kryzysu, doskonale poradziła sobie z osobą równie legendarnego sportowca. Przeżycia Zampa zapierają dech w piersiach; nie są to legendy opowiadane sobie przy rodzinnym spotkaniu, ale rzetelnie udokumentowane fakty, choć wiele jest aż nieprawdopodobnych, jak na przykład pokonanie wręcz rekina!
W 2014 roku dziewięćdziesięciosiemioletni Louis Zamperini zmarł na zapalenie płuc. W tym samym roku do kin weszła fabularyzowana biografia biegacza wyreżyserowana przez Angelinę Jolie, która również bardzo serdecznie polecam.

Książkowy Dzień Dziecka

Dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Dziecka. Z tej okazji chciałam zaprezentować kilka wybranych pozycji z półki mojego dziecka. Jako mol książkowy staram się wychować czytające dziecko co i rusz podsuwam mu to czy owo. Poniżej przykłady serii lub pojedynczych książeczek, które zdobyły serce mojego dziecka.
 



W małym mieszkanku na zupełnie zwyczajnym blokowisku mieszkają Pan Kuleczka, który jest okrągły nie tylko z nazwiska, obdarzony kontemplacyjna naturą pies Pypeć, rezolutna kaczka Katastrofa oraz maleńka Muszka Bzyk-Bzyk. Cała czwórka to bohaterowie sympatycznej serii, na którą składa się już siedem książeczek. Pomysłodawcą cyklu jest wieloletni dziennikarz związany z magazynem Dziecko, Wojciech Widłak, a ilustratorką, której ujmujące malunki dodają uroku opowiadankom jest znana z wielu projektów dedykowanych najmłodszym, Elżbieta Wasiuczyńska. Krótkie opowiadanka w formie rodzinnych anegdotek emanują ciepłem, które przyciąga dzieci i sprawiają, że także dorosłym przypadają one do gustu. Świat przedstawiony w serii jest zwyczajnym światem, który zna każde dziecko – pies Pypeć, kaczka Katastrofa i maleńka Bzyk-Bzyk przejmują tu rolę małych dzieci i z niekiedy rozbrajającą prostotą i szczerością opisują zastany świat z jego zjawiskami atmosferycznymi, wycieczkami w góry, przygotowaniami do świąt, itp. Pan Kuleczka jako opiekun interweniuje dopiero, kiedy maluchy nie potrafią sobie czegoś same wyjaśnić; jest dokładnie takim rodzicem, jakiego oczekują jego pociechy – wyrozumiałym, cierpliwym, tłumaczącym otaczający świat. Ta mądra seria adresowana jest do dzieci w wieku 0-4, ale z powodzeniem można zaproponować ją starszym. Znalazła się na Złotej Liście rekomendowanej przez fundację ABCXXI Cała Polska czyta dzieciom. Do tej pory ukazało się siedem książeczek z serii: Pan Kuleczka (2002), Skrzydła (2003), Spotkanie (2004), Światło (2006), Dom (2008), Radość (2012), Marzenia (2015) a także kalendarze ścienne - każdy zawiera niepublikowana historyjkę, oraz puzzle, które również opatrzone są opowiadaniem. Miłośnicy tych uroczych postaci powinni sięgnąć również po inną serię Widłaka, której bohaterem jest sympatyczne prosiątko w wieku przedszkolnym, Wesoły Ryjek. 


Wiosna. Przyroda budzi się do życia. W podziemnym mieszkanku Kreta odbywają się wiosenne porządki, które jednak doskwierają małemu zwierzątku. Sympatyczny, nieco safandułowaty Kret, zmęczony sprzątaniem wychodzi na wiosenny spacer, który będzie obfitował w ciekawe spotkania, oraz nowe wyzwania, którym wbrew własnemu przyzwyczajeniu podda się zwierzątko. Tak zaczyna się przygoda Kreta, który na swojej drodze zetknie się z innymi, dotąd nieznanymi mieszkańcami lasu i okolic. Szczególnie brzemienne w skutki okazuje się spotkanie z najbogatszym mieszkańcem w tej sielankowej okolicy, właścicielem Ropuszego Dworu; Ropuch, bon vivant i niepoprawny pirat drogowy pakuje się w coraz to nową kabałę. Wraz z Kretem poznajemy również mizantropa Borsuka zaszytego w swojej obszernej norze. Ta wspaniała opowieść przesycona jest dobrodusznym dowcipem lekko zabarwionym ironią. A przygody sympatycznych przyjaciół pochłaniają bez reszty trzymając w napięciu do samego końca. 

Autor powieści O czym szumią wierzby, Kenneth Grahame, szkocki pisarz, a zarazem ekonomista (przez lata pracował jako urzędnik wysokiego szczebla w banku) podsuwa czytelnikom antropomorficzne postaci sympatycznych zwierząt, które nie tylko bawią, ale i obnażają ludzkie słabości. Choć pisana dość zawiłym jak dla dziecka językiem, uczy przede wszystkim jak ważna jest przyjaźń, nawet jeśli do grona przyjaciół trafiają tak różniące się od siebie osobowości, jak nasza czwórka. Zwierzęta także odkrywają w sobie duże pokłady odwagi, dzięki którym dają odpór bandzie łasic, które przedstawione są w książce jako niszczyciele i nicponie. 

Bajeczka była początkowo dedykowana synkowi powieściopisarza, Alistairowi, ale szybko zdobyła rzesze fanów na całym świecie, do grona których należał także prezydent Stanów Zjednoczonych Theodore Roosevelt - to na jego cześć powstał pierwszy pluszowy miś. Mimo iż od pierwszego wydania O czym szumią wierzby minęło przeszło sto lat – powieść po raz pierwszy doczekała się druku w 1908 roku, a polski przekład powstał równe trzydzieści lat później - historyjka ta cieszy się niesłabnąca popularnością nie schodząc z list bestsellerów. Na rynku wydawniczym mamy do wyboru szereg pięknych wznowień, zarówno z oryginalnymi ilustracjami Ernesta H. Sheparda, znanego z wdzięcznych ilustracji do Kubusia Puchatka, jak i rycinami rodzimych artystów. Utwór ten był wielokrotnie przenoszony na ekrany, a największą oglądalnością cieszyła się animowana wersja przygód rozpisana na 52-odcinkowy serial zrealizowany dla brytyjskiej telewizji. 


Podstawą dziecięcej „diety” książkowej są wierszyki. Proste rymowanki, zabawne, zaskakujące – w tym specjalizowali się Jan Brzechwa i Julian Tuwim. Całe pokolenia dzieciaków wychowało się na Słoniu Trąbalskim, Lokomotywie, Na straganie, czy Abecadle. My również mamy swoje ulubione wierszyki, jak na przykład W Aeroplanie, gdzie na specjalne życzenie dziecka mam zmieniać kurkę-złotopiórkę na inne zwierzątko, żeby było zabawniej, albo czytać Lokomotywę w takim tempie jak naprawdę jedzie pociąg. W księgarniach można nabyć niezliczona ilość wydań wierszyków, ale ja polecam serię limitowaną z numerem seryjnym. Słoń Trąbalski jest opatrzony ilustracjami Ignacego Witza, a Lokomotywę ilustrował Jan Marcin Szancer. Niestety, nasze stare wydanie wierszyków Brzechwy się zaczytało na amen i czekamy na nowe. 
 

Muminki to jedne z najwdzięczniejszych stworzonek w literaturze dziecięcej. Perypetie hipopotamowatych skandynawskich trolli do życia powołała Tove Jansson tuż po zakończeniu II wojny światowej (choć Małe trolle i duża powódź zostały napisane w 1939 roku). Niedawno wydawnictwo Nasza Księgarnia wydało całą serię dziewięciu książek w cudnych twardych, „tekturowych” okładkach. Przygody Muminka, całej jego rodziny i przyjaciół pełne są optymizmu, mądrego humoru i niezwykłych przygód, z których nasi bohaterowie wychodzą oczywiście obronna ręką. Na dużą popularność z pewnością złożyła się wspaniała, wręcz kultowa już dziś animacja wyświetlana jeszcze w latach 90-tych na ekranach naszych telewizorów (jeszcze wtedy kineskopowych;). 


Serii o Harrym Potterze przedstawiać chyba nikomu nie trzeba. Od lat cieszy się ogromną – i zasłużoną – popularnością na całym świecie. I choć główny wątek jest już zamknięty, nadal ukazują się historie rozgrywające się w uniwersum stworzonym przez JK Rowling; czekamy na „dodatkowy” tom pod tytułem Harry Potter i przeklęte dziecko, który jest ekranizacją westendowej sztuki Jacka Thorne’a – książka ma się ukazać w Polsce w październiku, oraz na film Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, który jest rozszerzeniem niewielkiej książeczki-podręcznika.

Jako dorosła potterhead zaraziłam moje dziecko zaczarowanym światem; już iks razy oglądaliśmy każdy z filmów, a przeczytanych książek na razie mamy dwie (w tym jedną z bajecznymi ilustracjami Jima Kaya – oczywiście czekamy na ilustrowaną Komnatę Tajemnic), ale kiedy tylko dokończymy serię Pierdomenico Baccalario (czytamy Sklepik okamgnienie), zaczynamy Więźnia. A jeszcze w tym roku czeka mnie bojowe zadanie zrobienia na drutach synkowi swetra a la Ron z pierwszą literą imienia na przedzie.

Dzisiaj, kiedy Władek się obudzi znajdzie przy łóżku śliczne wydanie Verne'a W 80 dni dookoła świata oraz nowe wydanie W pustyni i w puszczy. A w naszej ulubionej księgarni (kiedy już zjemy lody i pospacerujemy po mieście) kupimy jeszcze (znając życie) magazyn z ludzikiem lego NinjaGo ;)



Zdjęcie z wystawy z okazji Magicznej nocy z Harrym Potterem