Header Image

Stanisław Lem

Niemal dwa lata przerwy w blogowaniu, a tyle świetnych książek udało mi się przeczytać. Przede wszystkim, jakoś tak się ułożyło, że od czasu projektu o Lemie, w którym brałam udział, częściej sięgam po literaturę s-f. Na potrzeby wystawy, którą koordynowałam, sięgnęłam po raz drugi po wyśmienitą biografię naszego wielkiego futurologa pióra Wojciecha Orlińskiego. Chciałabym Wam przybliżyć nieco sylwetkę Stanisława Lema, oraz dodać moje pięć groszy na temat Solaris, jak dotąd (wstyd) jedyna książka Lema, która przeczytałam (ale obiecuję się poprawić, bo mam na czytniku niemal całą bibliografię).

Stanisław Lem

Urodził się we Lwowie w 1921 roku w rodzinie polskiego lekarza żydowskiego pochodzenia, Samuela Lema. Imię „Stanisław” miało „stanowić deklarację polskości”. Na krótko przed wojną Stanisław rozpoczął studia medyczne, które wznowił po jej zakończeniu, po przeprowadzce rodziny do Krakowa. W 1949 skończył studia medyczne, ale nie uzyskał absolutorium – celowo zrezygnował z kariery lekarskiej, na rzecz zawodu literata. W czasie okupacji posługiwał się nazwiskiem Jan Donabidowicz, podawał się za Ormianina, jednego z licznych przedstawicieli spolonizowanej diaspory ormiańskiej osiadłej od czasów średniowiecza we Lwowie. W tym okresie została napisana jego pierwsza powieść science-fiction Człowiek z Marsa. Po II wojnie światowej z całej rodziny Stanisława, oprócz jego rodziców, ocalał tylko starszy o dwadzieścia lat kuzyn Stanisława Lema, Marian Hemar, wybitny poeta, satyryk, komediopisarz, dramaturg, tłumacz poezji, autor tekstów piosenek. Chociaż o wojennych losach opowiadał niechętnie lub wcale „środkiem, który pozwala przynajmniej spróbować wyobrazić sobie takie tragedie, jest literatura; w 1950 roku Lem napisał na ten temat powieść pod tytułem Wśród umarłych”.

Fenomen Lema

W Krakowie związał się ze środowiskiem intelektualistów, gdzie stawiał swoje pierwsze kroki literackie w periodyku "Życie nauki". „Dlaczego Lem tak bardzo różnił się zarówno od innych pisarzy science-fiction na świecie, jak i od pisarzy w Polce en masse? Bo intelektualnie ukształtowały go inne lektury. Czytał to, co rekomendowali mu [Jerzy] Turowicz [dziennikarz, publicysta, redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”] i [Mieczysław] Choynowski [psycholog, filozof, założyciel i kierownik Pracowni Psychometrycznej Polskiej Akademii Nauk], a więc był lepiej zorientowany w światowej nauce od przeciętnego polskiego pisarza, a także w humanistyce od przeciętnego pisarza science-fiction.”

Debiut fantastyki naukowej

Za sprawą spotkania z Jerzym Pańskim, redaktorem naczelnym wydawnictwa Czytelnik, powstała w 1951 roku powieść Astronauci, która została opatrzona adnotacją „powieść fantastyczno-naukowa”, co stanowiło pierwsze użycie w języku polskim kalki z angielskiego „science-fiction”. Astronauci dzięki przekładom na niemiecki i rosyjski zyskali sympatię czytelników w NRD oraz ZSRR. Powstały nawet niezrealizowane plany sfilmowania powieści.

Samochodowa „klątwa Lema”

„W rodzinie mówiono (...) o Klątwie Lema – wszystkie samochody, jakie kupował, okazywały się wyjątkowo awaryjne. Sądząc z opisów tych awarii (często ofiarą padały silniki i zawieszenia), przynajmniej częściowo mogło to wynikać z zamiłowania Lema do kawaleryjskiej jazdy po kiepskich drogach.” Jeden z samochodów pisarza okazał się wybitnie wręcz wadliwy – brak było drugiego kompletu kluczy, oraz innych, pomniejszych części wyposażenia. Ponadto, po kilku miesiącach wysiadła stacyjka, a źle zamontowana przednia szyba przeciekała tak, że wodę trzeba było „wybierać małym czerpakiem”. W czasie, kiedy Lem wiózł ciężarną żonę, Basię, do szpitala zawiodło sprzęgło. Niestety, były to czasy, kiedy o gospodarce wolnorynkowej można było pomarzyć, aby uzyskać potrzebne części trzeba było niejednokrotnie "uruchomić kontakty", a sklepy TOS (Technicznej Obsługi Pojazdów) działały w ślimaczym tempie, o ile udało się w ogóle domówić niezbędne części.

Lem i słodycze (słodka dziurka?)

„Czwarta rano (…) Kliny, dalekie przedmieścia Krakowa (…) Czeka go pierwsza czynność tego dnia – rozpalanie w piecu. (…) Od dłuższego czasu Barbara Lem próbuje swojego męża odchudzić. Chwyta się różnych sposobów. Namawia go do fizycznego ruchu, ogranicza dania obiadowe (…) [Stanisław] kupił w zieleniaku dwa znakomite niemieckie batoniki marcepanowe. Wprawdzie nie wolno mu ich jeść, ale przecież nikt nie patrzy, wszyscy śpią. Lem pożera je pospiesznie i przenosi się z garażu do spiżarni . Wrzuca papierki za szafę, która jest przymocowana do ściany, więc nikt nigdy nie wykryje jego dietetycznej transgresji, słodkiej zbrodni doskonałej. (…) Podczas generalnego remontu zza szafy wysypał się stos opakowań pochodzących z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.”

Prawie-Nobel

W latach 70-tych Franciszek Szlachcic, ówczesny Sekretarz Komitetu Centralnego chciał stworzyć propagandową odpowiedź na opozycyjnych intelektualistów. Wśród sojuszników upatrzył sobie Stanisława Lema. Szlachcic tworzył szeroko zakrojone plany "zdobycia" dla Lema Nagrody Nobla. Jako "pisarz polski robiący furorę na Zachodzie Lem wpisywał się w gierkowską propagandę sukcesu". Któregoś dnia Szlachcic odwiedził Lema "prywatnie", otoczony świtą i w kolumnie rządowych samochodów. Starania Sekretarza CK przyniosło więcej złego niż pożytku; "Jeśli Komitet Noblowski na serio rozważał kandydaturę Lema, po tej wizycie nie było już na nagrodę szans".

L.E.M.

Amerykański pisarz s-f, Philip K. Dick wysłał do FBI serię paranoicznych donosów, w których pisał o grupie komunistów infiltrujących amerykańską fantastykę naukową o pseudonimie L.E.M., sądził bowiem, że Lem to nie jedna osoba, ale tajna organizacja. Donosy miały skutek taki, że w 1976 roku Lemowi cofnięto honorowe członkostwo w Amerykańskim Stowarzyszeniu Pisarzy Science-Fiction i Fantasy. Oprócz "siatki szpiegowskiej L.E.M.", Dick "rozpracował" również "międzynarodowy spisek neonazistów zmuszających go do umieszczenia zakodowanych wiadomości w powieściach".

Ebooki i audiobooki

W 1961 roku swoja premierę miała powieść Powrót z gwiazd, która przypomniana po latach okazała się prorocza: "Książki to były kryształki z utrwaloną treścią. Czytać można je było przy pomocy optonu. Był nawet podobny do książki, ale o jednej, jedynej stronicy między okładkami. Za dotknięciem pojawiały się na niej kolejne karty tekstu. (...) Ale optonów mało używano, jak mi powiedział robot sprzedawca. Publiczność wolała lektony – czytały głośno, można je było nastawiać na dowolny rodzaj głosu, tempo i modulację." Czyżby Lem przewidział audiobooki i ebooki czytane na czytnikach?

Internet

Stanisława Lema można śmiało nazwać autorytetem w dziedzinie technologii. Zapytany o Internet, odpowiadał dość sceptycznie, upatrując w nowym medium więcej zagrożeń niż korzyści. Przewidział istnienie cyberprzestępczości i cyberterroryzmu, oraz bezradność prawa wobec nowych zagrożeń. 

Pisarz zmarł w 2006 roku. Nagrobek na krakowskim cmentarzu Salwatorskim zdobi epitafium: FECI, QUOD POTUI, FACIANT MELIORA POTENTES, co można przetłumaczyć: Zrobiłem, co umiałem. Niech więcej zrobią zdolniejsi.

* Tekst powstał w oparciu o biografię

Lem. Życie nie z tej ziemi – Wojciech Orliński

Gallant - V.E. Shwab

Dawno nie czytałam tak niepokojącej książki. Niepokojącej w sensie pozytywnym, jak “Koralina” Gaimana, jak “Ktoś we mnie” Waters. Czytając nuciłam “Charlotte Sometimes” The Cure, piosenkę z niesamowitym klimatem tajemnicy. 

Gallant to moje kolejne spotkanie z V.E.Schwab. Uwielbiam Odcienie magii, a zaraz zabieram się za Addie LaRue. Gallant jest opowieścią z dreszczykiem skierowaną do młodzieży. Pisana dość dziwnym, niemal reporterskim stylem ma jednak w sobie duże pokłady literackiej magii. Sama historia na pozór jest dość banalna; sierota, Olivia Prior otrzymuje list od wuja, którego istnienia nawet nie podejrzewała. Zjawia się w dziwnym, na wpół opuszczonym domiszczu, tytułowym Gallancie. Ten jednak skrywa mroczny sekret... 

Powieść nazwałabym dzieckiem prozy Kate Morton i AHS. Oniryczne, mroczne martwiaki, ponury żniwiarz, który nie wiedzieć czemu "wyobrażał mi się" jako Jack z Miasteczka Halloween. Postać Olivii wydaje się być złożona i przypomina mi nieco Mary z Tajemniczego ogrodu. Całość nastrojowa i napisana z suspensem. No i kochani, nie czarujmy się, ale mamy chyba najpiękniejszą okładkę roku. Powieść jest wspaniale wydana — dobrej jakości papier, cudowne ilustracje i elegancka okładka. Tak powinno się wydawać książki!

Pokochałam Białego Wilka - reread sagi wiedźmińskiej

Nie mogłam lepiej zacząć roku (tak, wiem, że już mamy połowę marca) niż od rereadu Wiedźmina. Całkiem zapomniałam, jakie to zacne! 


Praktycznie od połowy stycznia nie wychodziłam z domu z powodu choroby. Niekiedy wysoka temperatura uniemożliwiała mi czytanie. Nic straconego – sięgałam wówczas po genialny audiobook, a właściwie superprodukcję legendarnego studia Fonopolis z niezrównanym Krzysztofem Gosztyłą w roli narratora oraz całą plejada wspaniałych aktorów z Krzysztofem Banaszykiem w roli Geralta z Rivii na czele. Niestety, dwie ostatnie części nie zostały nagrane, nad czym boleją fani serii (w tym oczywiście niżej podpisana). 



Czytałam chronologicznie, czyli zaczęłam od tomu opowiadań „Ostatnie życzenie”. Jeśli oglądaliście serial, znacie pewnie opowieść o córce Foltesta, które zaczyna cykl. Kolejną pozycją w chronologii jest powieść „Sezon burz”, dalej mamy kolejny tom opowiadań „Miecz przeznaczenia”, gdzie pojawia się malutka Cirilla, dziecko-niespodzianka Geralta. 


Sam cykl, nazwijmy go „głównym” to pięcioksiąg:

• Krew Elfów
• Czas Pogardy
• Chrzest Ognia
• Wieża Jaskółki
• Pani Jeziora

Moje wrażenia? Mówiąc kolokwialnie: siadło. Język powieści jest niezwykle giętki, plastyczny, szelmowski, pełnowymiarowe postaci z krwi i kości, opisy sugestywne, do tego całość okraszona dużą dozą humoru. Poza tym, seria po prostu „ma to coś”, dlatego fani na całym świecie tak uwielbiają to uniwersum. Pokochałam krnąbrną Ciri, niezależną i silną Yen, charakterek Triss, cięty język Jaskra i charakter Geralta. Uwielbiam Yarpena i Zoltana, gnoma Schuttenbacha, Milvę, Regisa i Cahira. I wiem, że podobnie jak serie o Harrym Potterze, będę czytała sagę wiedźmińską co kilka lat. Machnęłam nawet przekomiczne opowiadanie ślubne „Coś się kończy, coś się zaczyna” (z tomu o tym samym tytule – niestety, współczesne „niewiedźmińskie” opowiadania jakoś nie przypadły mi do gustu). 

Henry Cavill

Było mi mało tego cudownie wykreowanego, bogatego w detale świata, więc przeszłam Dziki Gon (przede mną jeszcze dwa fajne DLC) i obejrzałam ponownie serial z Henrym Cavillem (ok, serial był „znośny” z przewagą „kiepski”, ale Henry osładzał mi wszelkie niedoróbki scenariusza). 


Niedawno gruchnęła wieść, że Andrzej Sapkowski przygotowuje nowy materiał, i nie wiem, jak Wy, ale ja się jaram jak pochodnia. Teraz czytam/słucham Narrenturm, ale wiadomo, Reynevan to nie Geralt ;)


☞ Pierwsza osoba liczby pojedynczej - Haruki Murakami

To jedna z pierwszych książek, które przeczytałam w tym roku. I choć minęły zaledwie dwa-trzy tygodnie, mam z nią pewien problem. Z jednej strony: to przecież Murakami, a ja lubię jego prozę, a z drugiej strony: nie przepadam za współczesnymi opowiadaniami. Mam z nimi ten problem, że tylko szkicują, sygnalizują jakiś wątek, są niejasne i wymykają się klasycznym szablonom opowiadań, a moje czytelnicze serce wychowało się na Somersecie Maughamie i Kornelu Filipowiczu.



Podeszłam więc do opowiadań Murakamiego dosyć nieufnie. Ale przyznam, że czytało mi się bardzo przyjemnie; narracja jest nienachalna i swobodna, zupełnie jakbym siedziała z przyjacielem w kawiarni i słuchała snutych przez niego anegdotek. Ale czegoś mi tu brakuje, jakiegoś... dopełnienia? konkluzji?

Jednym z najwyżej ocenianych opowiadań jest "Charlie Parker Plays Bossa Nova", i przyznam, że i mnie ono najbardziej przypadło do gustu. Jest to historia artykułu sfabrykowanego przez Murakamiego do pewnego pisma muzycznego, opisującego dalsza karierę Parkera, który nie zmarł w 1955 roku.


Z pewnością zapamiętam również opowiadanie "Wiersze zebrane o drużynie Yakult Swallows", ale nie dlatego, że było tak wybitne: otóż niedawno przeczytałam rewelacyjną książkę "Ukochane równanie profesora", w której również pojawiał się wątek baseballowy - i tak oto wątki nałożyły mi się i takie splątane w jedno je zapamiętam. Co jeszcze ze mną zostanie? Klimat realizmu magicznego, brzydka kobieta, która słuchała klasyki, wzgórze nieopodal morza, małpa podająca zimne piwo, tę dziwną oniryczność, mieszającą się z rzeczywistością i wymykającą się interpretacji.

Choć początkowo byłam sceptyczna w stosunku do tych opowiadań, jednak pochłonęłam je w dwa wieczory. Tylko troszkę żal, że to nie coś w stylu Kronik ptaka nakręcacza, czy 1Q84, ale jeśli lubi się styl Murakamiego...



Tytuł: Pierwsza osoba liczby pojedynczej
Autor: Haruki Murakami
Tytuł oryginalny: Ichininshō tansū
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Wydawnictwo Muza
Rok wydania: 2020
Opis fizyczny: 224 stron, oprawa miękka
Gatunek: opowiadania
ISBN: 978-83-287-1526-4

Niespokojna krew - Robert Galbraith

Jeszcze nigdy tak szybko nie pochłonęłam tak obszernej książki. Co dziwne, nawet specjalnie nie ekscytowałam się wydaniem „Niespokojnej krwi”. Mam oczywiście poprzednie tomy serii z Cormoranem Strike’iem, więc przezorny święty Mikołaj sprezentował mi ostatni tom, i tak się zdarzyło, że zaczęłam czytać od razu po odpakowaniu popijając poranną kawę ze świątecznego kubka o pojemności 400 ml. 


„Niespokojna krew” to piata część serii kryminalnej Roberta Galbraitha (czyli ukrywającej się pod męskim pseudonimem JK Rowling). Prywatny detektyw, zwalisty, jednonogi, nieco gburowaty Strike przywodzi na myśl krzyżówkę Harry’ego Pottera i Rubeusa Hagrida, a idąc tym tokiem myślenia jego piękna i inteligentna partnerka, Robin Ellacott to dalekie echa Hermiony Granger. Tak mi się skojarzyło w każdym razie. 

Tym razem przed wydaniem powieści rozgorzała niemała dyskusja wokół niefortunnych tweedów Rowling, na co nałożył się wybór głównego antagonisty, który przebiera się w kobiece ubrania. Morderca budzi skojarzenia z Buffalo Billem z Milczenia owiec, choć jego pobudki nie są tak oczywiste. Byłam pewna, że przebieranki są uzasadnione w toku fabuły, ale bez tego „szczegółu” można się było spokojnie obejść. Niestety, jak w przypadku Żniw zła czytelnicy dostają potężny kawał mrocznych zbrodni z serii „mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”; gdyby autorem rzeczywiście był mężczyzna, można byłoby go posądzić o jawną mizoginię. I szczerze wolałabym, żeby morderstwa nie były tak brutalne – ot, coś w stylu Christie byłoby (jak dla mnie) w sam raz. 

Autorka rozrzuciła multum okruszków, po których czytelnik powinien dojść do rozwikłania zagadki kryminalnej. Jednak jak dla mnie tropów było zbyt wiele i… niemal straciłam zainteresowanie głównym wątkiem! O wiele przyjemniej czytało mi się o relacjach między głównymi bohaterami, które przypominają paradoks strzały: niby mają się ku sobie, ale nigdy z sobą nie będą. 

Jedyną drzazgą była dla mnie Charlotte. Jest taka postać, Mildred u Somerseta Maughama (W niewoli uczuć), która kiedy tylko pojawiała się na kartach powieści wywoływała u mnie mdłości – była jak wysypka, nieznikająca plama na środku drogiego dywanu. Takiego samego odczucia doznawałam kiedy oglądałam Downton Abbey (w przypadku Thomasa, jednego z kamerdynerów). Całą powieść zastanawiałam się, dlaczego Cormoran nie zerwie z nią kontaktów? 

Miłym zaskoczeniem dla mnie prywatnie była wzmianka o Skegness, w którym miałam okazje być kilkanaście lat temu. Miło wspominam ten czas i niemal łezka mi się w oku zakręciła na wzmiankę o fokarium, czy wiktoriańskim zegarze na środku placu niedaleko mola. Jednak żadnych osiołków nie pamiętam ;) 

Niewątpliwie głównymi atutami Rowling są jej styl oraz pełnokrwistość bohaterów. 900 stronicowy kryminał przeczytałam w rekordowym tempie; mało tego – zaczęłam ponownie Wołanie Kukułki! Gdybym miała krytykować Rowling, wręczyłabym jej zbiór esejów Rebbeki Solnit „Mężczyźni objaśniają mi świat”. Czy czekam na nowy tom? Jasne!

Tytuł: Niespokojna krew   
Autor: Robert Galbraith (J.K. Rowling)
Tytuł oryginalny: Troubled blood
Tłumaczenie: Anna Gralak
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnosląskie 
Rok wydania: 2020
Opis fizyczny: 909 [3] stron
Gatunek: kryminał
UKD: 821.111-3

451 stopnie Fahrenheita - Ray Bradbury

☞ 451 stopni Fahrenheita to dystopia Raya Bradbury'ego, która nie przestaje trwożyć nas swoją aktualnością. Chociaż od ukazania się książki minęło ponad 60 lat (data wydania to 1953 rok), nadal odczuwa się ponure proroctwo płynące z kart powieści.



Głównym bohaterem jest strażak, Guy Montag. Strażak to dziwny, bo zamiast gasić pożary, wznieca je - świat przedstawiony u Bradbury'ego jest światem posuniętym do granic: tu pali się książki, które uczą krytycznego myślenia, wszystko, co daje namysł i asumpt do zadawania pytań o istotę - zostaje zmiecione w tytułowych 451 stopniach F (czyli ponad 250 stopni Celsjusza).


Znamienny jest zwłaszcza dość długi monolog-wykład naczelnika straży, Beatty'ego; na mnie zrobił tak przygnębiające i oszałamiające wrażenie, że aż brakło mi tchu, i autentycznie łzy napłynęły mi do oczu! Beatty wyjaśniając zagubionemu Montagowi, mówi: "Dawniej książki przypadały do gustu nielicznym: paru osobom tu, paru tam... Takim, którzy mogli sobie pozwolić na inność. Świat był duży. Przestronny. Z czasem jednak zaroiło się w nim od oczu, łokci, ust. Dwukrotny przyrost populacji, trzykrotny, czterokrotny. Filmy, audycje radiowe, czasopisma ilustrowane... Książki zaczęły równać w dół, do poziomu nijakich mas." Kultura zostaje rozmieniona na drobne, wszystko się ułatwia, upraszcza. Z czasem "książki się kurczą. Powstają skrócone wersje. Streszczenia. Brukowce. Wszystko sprowadza się do żartu, do celnej puenty." Dalej jest tylko gorzej: "Klasykę skraca się najpierw do piętnastominutowego słuchowiska, potem do dwuminutowej wstawki w audycji o książkach, w końcu do hasła słownikowego na dziesięć, dwanaście linijek. Oczywiście przesadzam, w słownikach były definicje. Nie brakowało jednak ludzi, których cała wiedza na temat Hamleta, ty z pewnością znasz ten tytuł, Montag; pani zaś, pani Montag, najprawdopodobniej kojarzy tylko jakieś jego wątłe echo, cała wiedza, jak powiedziałem, sprowadzała się do jednostronicowego streszczenia pomieszczonego w książce reklamującej się takim oto tekstem: „Teraz możesz w końcu przeczytać całą klasykę i dotrzymać kroku sąsiadom”. Rozumiecie? Ze żłobka na uniwersytet i z powrotem do żłobka. Oto schemat rozwoju intelektualnego obowiązujący od co najmniej pięciuset lat.
I dzieje się tak nie tylko z książkami, ale i z życiem: "Polityka? Jedna kolumna, dwa zdania, nagłówek! A potem wszystko znika w locie. Umysł ludzki napędzany przez wydawców, wyzyskiwaczy, nadawców pędzi w koło z taką prędkością, że wirówka odrzuca wszelkie zbędne, czasochłonne myśli!" - przerażające, prawda? 


A jak to się ma do dnia dzisiejszego? Ano całkiem "się ma". Kultura piwa i karkówki z grilla ilustrowana dyszkantowymi głosikami podbijanymi rytmicznym dudnieniem z głośników na full. Na własne życzenie dajemy sobie robić sieczkę z mózgu: ścianowizja to nic innego jak iluś tam calowe plazmy hdmi wzięte w sklepie nie dla idiotów na raty 0%. A gdzie miejsce na zachwyt, na wnioski? "Ogród sztuk", czy cudne mini wykłady profesora Leszka Kołakowskiego zostały zmiecione przez quasi dokumenty i głupawe kabarety. Mass media rzygają na nas sieczką, niby-to-opiniami, szczują i wtłaczają do głów, co mamy myśleć na dany ("starannie wyselekcjonowany") temat, podpowiadają na kogo pluć.
A palenie książek w imię równości, w imię "mnie się to nie podoba" odbywa się w najlepsze: komuś nie podoba się Harry Potter - spalmy go razem z piórniczkiem z Hello Kitty, kogoś razi Przeminęło z wiatrem? Zetrzyjmy je z platformy streamingowej. 


Dla podtrzymania atmosfery trwogi obejrzałam po raz enty Equilibrium (jestem tym widzem, który ogląda Equilibrium dla fabuły); a kiedy Beatty mówił o streszczeniach klasyki żywo stanął mi w pamięci pomysł Amelie Nothomb ujęty w Peplum - jednostronicowe streszczenia największych dzieł.
To nie RZĄD, nie TYRANI, tylko MY SAMI. W każdej dystopii jest ziarnko prawdy. Hiperbola ma nam uświadomić przepaść, w kierunku której zmierzamy. "Życie staje się jednym wielkim slapstickiem", konkluduje beznamiętnie Beatty. "Wyrzuć ludzi z teatrów, zostaw tylko clownów." 

Tytuł: 451 stopni Fahrenheitabr
Autor: Ray Bradbury
Tytuł oryginalny: Fahrenheit 451
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 1953/2018
Opis fizyczny: 151[2] stron
Gatunek: powieść/dystopia
UKD: 821.111(73)-3

Jak pokochać centra handlowe - Natalia Fiedorczuk

"Jak pokochać centra handlowe" to książka odkłamująca i odczarowująca współczesne macierzyństwo. Ważny głos we współczesnym świecie, w którym każdy chce żyć idealnie, jak z obrazka. Być może, gdyby poskrobać złotko na insta-obrazku fit matek również zobaczyło by się znój i nieprzespane noce? 


Natalia Fiedorczuk ma odwagę pisać o wielkim zmęczeniu, zniechęceniu i poczuciu zatracenia siebie w natłoku rodzicielskich obowiązków. Pisze o bólu, o depresji, nie flirtuje z czytelnikiem, a wali prosto z mostu: takie jest macierzyństwo wielu kobiet. 

Niedawno media obiegła informacja, że matka wyrzuciła dziecko oknem. Z pierwszego piętra. Wielotygodniowy lockdown, wykluczenie, dwoje małych dzieci, które wymagają 100 % twojego zaangażowania 24/7, zapracowany czy nieobecny mąż. Presja, by być dla dzieci, by być najlepszą matką pod słońcem, bo inne takie są. Nie będę pisała o moich doświadczeniach. Czytając często otwierałam szerzej oczy i w duchu przyznawałam, że to o mnie. 

Myślę, że jesteśmy pierwszym pokoleniem, które nie wstydzi się emocji, przyznawania do błędów i porażek. Chociaż media kreują model skandynawskiego parentingu, wypasionych pokojów dziecięcych, zadowolonych matek, właścicielek firm, którymi dowodzą zza domowego biurka, coraz częściej przebąkuje się o niepewności, wyobcowaniu, bólu - tym fizycznym, od blizn, nacięć, karmienia, etc. Kobiety nie wstydzą się poruszać tabu depresji poporodowej, traumatycznego porodu, czy niedosypiania tak uporczywego, że dosłownie lawiruje się między snem a jawą. 

"Jak pokochać centra handlowe" nie są zapiskami jednego życia, na ten niedługi zbiór przemyśleń składa się szereg rozmów, które przeprowadziła autorka. Niemniej trudno wyabstrahować osobiste doświadczenia autorki od części zapożyczonej w czasie rozmów z innymi kobietami. Z książki emanuje jedno wielkie zmęczenie i zniechęcenie. Przez to jest tak prawdziwa. Jak worki pod oczami albo rozstępy na jędrnych niegdyś brzuchach. I jest w tym wszystkim ziarnko nadziei - nie jesteśmy w tym same, to nie jest niewłaściwe czuć zmęczenie, czy chcieć być na chwilę odciążoną obowiązkami.

Tytuł: Jak pokochać centra handlowe
Autor: Natalia Fiedorczuk
Wydawnictwo: Wielka Litera
Rok wydania: 2016
Opis fizyczny: 285, [1] s.; 21 cm; okładka twarda
Gatunek: powieść polska
UKD: 821.162.1-3

Brak tchu - George Orwell

Podczas wymiany sygnatur w bibliotece natknęłam się na mało znaną w naszym kraju powieść autora Roku 1984 i Folwarku zwierzęcego, George’a Orwella, Brak tchu. W przeciwieństwie do dwu wymienionych nie jest to powieść polityczna, dystopia, czy alegoria, a “Powieść o facecie, który zażywa krótkiego wypoczynku i próbuje uciec na jakiś czas od odpowiedzialności zarówno w sferze ogólnoludzkiej, jak i prywatnej.”*


Powieść napisana w przededniu II wojny światowej jest nią nacechowana. Powstała w Maroku, dokąd Orwell udał się w celu podreperowania zdrowia, a wydana została wiosną 1939 roku. Pierwotnie rozeszła się w minimalnym nakładzie; na rynku antykwarycznym znalezienie pierwszego wydania graniczy z cudem, ponieważ większość została zniszczona w czasie bombardowania jeszcze w magazynie drukarni. 


“Brak tchu” daje czytelnikowi smutny obraz zmieniającego się świata. Bohater, czterdziestopięcioletni George Bowling, nieco przy kości, noszący sztuczną szczękę, mieszka na przedmieściach w jednym z tysięcy szeregowców powstałych po wojnie. Zarówno w małżeństwie, jak i w życiu zawodowym osiągnął stabilność, która jednak zionie stagnacją. Bowling, wieczny malkontent, narzeka na zrzędzącą żonę i bachory-pijawki, a codzienność dobija go grożącą wojną z Hilerem. George dowodzi, że człowiek taki jak on, nigdy nie będzie zadowolony, ani wolny. 


Mając uciułane nadwyżkowe kilka funciaków nasz bohater postanawia odwiedzić rodzinną miejscowość. Pomysł ten przychodzi mu do głowy, kiedy spontanicznie nazwisko zagranicznego dygnitarza kojarzy mu się z czymś zasłyszanym w dzieciństwie. 


Przez niemal pół książki czytamy o sielskości starej Anglii; tu Orwell jest jak najbardziej sobą, nie Georgem Bowlingiem. Banda wyrostków, która największą przyjemność upatruje w łowieniu ryb, kilkupensowe słodycze, których oryginalne nazwy przytacza autor, wreszcie opis miejscowości, której pierwowzorem była rodzinne miasto Orwella, Henley-on-Thames. Bowling-Orwell przenosi nas do krainy dzieciństwa, w której panuje “wieczne lato”, sugestywnie odmalowuje sielski świat przedwojennych małych miasteczek. 


O ile część wspomnieniowa robi przyjemne wrażenie swą szczerością i sentymentalizmem (fragmenty odnoszące się do łowienia ryb nasuwają nieodparcie skojarzenie ze “Śmiercią pięknych saren”), o tyle narzekanie dorosłego George’a wyprowadzają na dłuższą metę z równowagi. Poglądy bohatera to bowiem trącące myszką małomiasteczkowe rozważania i małostkowe uwagi o “kobietach, które zeszły na psy”, ponieważ nie wyglądają jak dwadzieścia lat temu; sam bohater kilkukrotnie sam podkreśla, że zmienił się nie do poznania, nabrał wagi i stracił zęby (czyżby zamierzona hipokryzja?)

Całość właściwie nasuwa tę samą konkluzję, co film Woody’ego Allena “O północy w Paryżu” - poprzednie epoki mają więcej pozytywów, niż czasy, w którym przyszło nam żyć. Jeśli czytaliście "Brak tchu" i przypadła Wam do gustu ironia Orwella, polecam również książkę "Vivat Aspidistra", która jest utrzymana w podobnym, lekkim klimacie. 

* cytat pochodzi z posłowia.

Tytuł: Brak tchu
Autor: George Orwell
Tytuł oryginalny:Coming up for air [1939]
Tłumaczenie: Bartłomiej Zborski
Wydawnictwo: Bellona
Rok wydania: 2017
Opis fizyczny: 296[8] stron
Gatunek: powieść
UKD: 821.111-3

Gdyby ulica Beale umiała mówić - James Baldwin

Ostatnie tragiczne wydarzenia ze Stanów Zjednoczonych dowodzą, że niesnaski na tle rasowym nadal silnie polaryzują społeczeństwo. Nie bez przyczyny sięgnęłam więc po jedną z najważniejszych współczesnych powieści wpisujących się w ruch #blacklivesmatter. 


“Gdyby ulica Beale umiała mówić” Jamesa Baldwina została napisana w 1974 roku. Baldwin urodził się w Harlemie jako dziewiąte dziecko nigeryjskiego pastora w 1924 roku. Baldwin przez całe życie (zmarł w 1987 roku) angażował się w ruch praw obywatelskich oraz działał na rzecz równości rasowej. Do jego najważniejszych powieści należą m.in. debiut "Głoś to na górze" (Go Tell It on the Mountain), "Mój Giovanni" (Giovanni's Room), welokrotnie wznawiany "Inny kraj" (Another Country), oraz "Gdyby ulica Beale umiała mówić" (If Beale Street Could Talk). 

Ta ostatnia opowiada o miłości dwojga młodych ludzi, na których drodze stają uprzedzenia, brutalna machina policyjna oraz silna nienawiść rasowa. Młodziutka Tish właśnie oświadczyła swojemu narzeczonemu, Fonny’emu, że spodziewa się jego dziecka. Chłopak, jak i rodzina Tish są wniebowzięci nowiną, ale myliłby się ten, kto spodziewałby się sielanki – Fonny został oskarżony o gwałt na młodej Portorykance i osadzony w areszcie. 

Dla mnie, “Ulica Beale” to współczesny mit o Orfeuszu i Eurydyce. Tish niczym Orfeusz schodzi do piekieł (w powieści więzienie wielokrotnie zostaje nazwane wprost piekłem), by uwolnić ukochanego. To także, a może przede wszystkim, opowieść o więziach rodzinnych. Chociaż Fonny nie jest jeszcze formalnie mężem Tish, rodzina Riversów broni chłopaka przed oskarżeniami, nie wykazując cienia niepewności. 

Kolejnym elementem powieści jest, moim zdaniem, zakamuflowany watek przemocy wobec kobiet. Baldwin nie pochyla się nad nim, nie eksponuje go, ale ta przemoc jest stale obecna, jak gdyby autor stwierdzał, że “tak to już jest i nic się nie poradzi”. 

Aktualność napisanej ponad czterdzieści lat temu powieści przeraża. Nie znam realiów współczesnych Stanów, ale na każdym kroku jesteśmy bombardowani doniesieniami o niesprawiedliwości i braku poszanowania podstawowych praw ze względu na przynależność rasową. 

Ale powieść można również odczytywać wprost jako skomplikowaną opowieść o wielkim uczuciu; na kartach książki wielokrotnie pojawia się odniesienie do szekspirowskich młodych kochanków. Czy tym razem miłość zwycięży opresje? 



...tak, wracam.
Stęskniłam się za Wami i brakowało mi pisania. Ostatni post nosi datę 17 czerwca zeszłego roku, więc uznajmy to za roczny urlop. Nabrałam nowych sił; przypomina mi się scena ze Wzgórza Nadziei, kiedy Ruby wkłada do ust grudkę ziemi i spluwa, mówiąc “ziemia odpoczęła, może rodzić”.

Tytuł: Gdyby ulica Beale umiała mówić
Autor: James Baldwin
Tytuł oryginalny:If Beale Street could talk [1974]
Tłumaczenie: Maria Zborowska
Wydawnictwo: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Rok wydania: 2019
Opis fizyczny: 249[2] stron
Gatunek: powieść amerykańska
UKD: 821.111(73)-3

Obsługiwałem angielskiego króla - Bohumil Hrabal

“Posłuchajcie, co wam teraz powiem...”

Wydana w 1971 roku powieść Obsługiwałem angielskiego króla to symfonia na cześć miłości cielesnej i celebracja kobiecego ciała. Łona przystrojone jak pogańskie ołtarze.



 

Przedwojenny czeski kelner jest świadkiem zmieniającego się świata, czego zdaje się nie zauważać. Jan Dziecię (lub Detsche) to konformista, koniunkturalista oraz oportunista, który jednak swoją filozofią życiową przypomina – przywołanego również przez Andrzeja Kaczorowskiego w biografii Hrabala, bohatera polskiej kinematografii, Jana Piszczyka, który stara się dopasować do zmieniającej się jak w kalejdoskopie sytuacji politycznej, a także osiągnąć szczęście osobiste, choć wszystkie próby pojedynków z losem palą na panewce. Porównałabym również Dziecię do innego bohatera, znanego z literatury, a mianowicie do Colasa Breugnona, który mimo przeciwności losu zachowuje nieproporcjonalną wręcz pogodę ducha. Choć Francuz jest świadomy sytuacji geopolitycznej, ufa, że zmieni się ona tak, by znów żyło się znośnie.

Kiedy już czujemy do kelnera sympatię, ba! niemal zakochaliśmy się w nim, o wielka naiwności! Nasz ulubieniec zostaje kolaborantem! Naturalnie, myślimy, nasz kelner jest bardzo niemądry, naiwny wręcz, być może na manowce sprowadziły go kobiety i te ich ukwiecone brzuszki... Bohater żeni się z germańską nauczycielką gimnastyki i daje się wysługiwać Niemcom, co wcale mu nie przeszkadza, a nawet, można powiedzieć, czerpie z tego satysfakcje.

Kluczem do odczytania postaci jest zdanie Hrabala - “Opowiadam o tym, co przydarza się zwykłym ludziom, nie oglądając się na humanizm, na jakąś wielką ideę, na bohatera, który by działał w imię jakiejś wyższej racji i wiedział wszystko z góry” - cytowane przez Andrzeja Kaczorowskiego w biografii pisarza Słodka apokalipsa. Kaczorowski pisze: “Ciepły, wyrozumiały stosunek do bliźnich charakteryzuje niemal całą twórczość Hrabala. Czytając jego książki, od pierwszych stron wiemy, że autor lubi swoich bohaterów. Teraz jednak w jego prozie pojawił się nowy ton: chęć rozgrzeszenia ich nawet z takich postępków, za które spotyka ich potępienie ze strony otoczenia.”

Dziecię odnajduje się również w czasach komunistycznych. O wszystkim, czy dobre, czy złe, opowiada z równą emfazą.

Książkę dawkowałam sobie po rozdziale przed snem. Kiedy Hrabal kończył każdy rozdział dość kategorycznie i ja rozstawałam się z książką. Język Bohumila Hrabala jest przesycony sympatią dla bohaterów, swoistą nostalgią, ale nie melancholią, jest pochwałą życia. Choć - pozwolę sobie jeszcze raz zacytować autora Słodkiej apokalipsy - “Schopenhauer i Klima w ogromnym stopniu wpłyn[ęli] na jego rozwój, [są] akuszerami jego filozofii i strategii życiowej”, to dostrzegam kapeczkę bergsonowskiej élan vital.



Ścieżki Północy - Richard Flanagan

Ścieżki Północy to znakomita powieść Richarda Flanagana dotycząca jednej z zapomnianych kart historii II wojny światowej. Tasmański pisarz porusza bowiem temat japońskich obozów pracy, a ściślej rzecz ujmując powstanie słynnej Kolei Śmierci. 


Kolej Birmańska, czyli linia kolejowa o długości ponad 400 kilometrów została wybudowana niewolniczą pracą jeńców (16 tyś. to alianci) oraz niewolników cywilnych (100 tyś., głównie Azjaci) pod koniec wojny. Jednym z jeńców był wówczas ojciec Flanagana, będący pierwowzorem powieściowego Dorrigo Evansa, australijskiego lekarza nawiedzonego bolesnymi wspomnieniami jeńca wojennego. Dorrigo po wojnie uważany jest za bohatera wojennego; w swojej opinii nie zasługuje na to miano i jako jeden z ocalałych ma poczucie winy. W jednym z wywiadów Flanagan przyznał, że napisał kilka wersji powieści, ale dopiero tym, co spoiło ją w koherentną całość był wątek miłosny, który został pięknie poprowadzony i podobnie jak doświadczenia wojenne ojca Flanagana ma swój pierwowzór. 

Wspomnienia Dorrigo z obozu są wstrząsające. Japończycy systematycznie męczyli fizycznie i psychicznie skazanych na nieludzkie warunki więźniów. Okrucieństwo, z którym działali nie miało precedensu. Wszystko w imię cesarza, który dla Japończyka jest świętością. Zaskakujące jest to, że wielu zbrodniarzy nie zdaje sobie sprawy ze zła, które wyrządzili. 

O japońskich obozach czytałam do tej pory w “Niezłomnym”, czyli biografii Luisa Zamperiniego, a także w “Drodze do zapomnienia” Erica Lomaxa. Pierwszym, który poruszył ten temat był Pierre Boulle w pamiętnej książce “Most na rzece Kwai”, wydanej już w 1952 roku.

Polecam tę powieść traktującą o okrucieństwie wojny, sumieniu i miłości. 

Kroniki portowe - Annie Proulx

Kroniki portowe ujęły mnie swoim klimatem i fabułą płynącą niespiesznie niczym morska woda. Obfitująca w miejscowy koloryt i anegdoty opowieść o nieładnym zahukanym ojcu dwóch małych córeczek nie jest bynajmniej konwencjonalną powieścią obyczajową. To napisana barwnym językiem historia zwyczajnego życia mieszkańców Nowej Fundlandii.


Może to niedorzecznie zabrzmi, ale ta powieść jest jak plaster z opatrunkiem - podskórnie spodziewałam się jakiegoś kataklizmu, ostatecznego nieszczęścia, ale dostałam powieść o miłości, przyjaźni i codzienności i nade wszystko o odnajdywaniu siebie, choć postawiło się na sobie już krzyżyk... Kolejny element, który mnie ujął to brak oceny bohaterów, autorka nie punktuje słabości swoich postaci, jedynie je nimi obdarza. 

Warto dodać, że to kolejne wydanie tej powieści na polskim rynku, co ciekawe w nowym tłumaczeniu Jędrzeja Polaka. Niestety, nie miałam okazji porównać obu wydań. Okładka już jest jedną z moich ulubionych. 

Pewnie część z Was obejrzała film z Julianne Moore i Kevinem Spaceyem, ja nie miałam jak dotąd okazji, ale jestem ciekawa ekranizacji. 

Jest właściwie jeszcze jeden powód, dla którego ta książka tak bardzo mi się spodobała. Choć mieszkam setki kilometrów od najbliższego morza, to właśnie woda jest moim żywiołem. Uwielbiam ten specyficzny zapach wodorostów, słonej wody, wiatru, skrzeczenie mew, szum fal rozbijających się o plażę czy burtę - ten specyficzny plusk, zimny piasek pod stopami, a nawet to, co nadbrzeżny wiatr wyczynia z fryzurą. Nie przepadam za upałem nad morzem i opalaniem, raczej jestem jedną z tych spacerujących postaci, którymi miota wiatr, w wiatrówce zapiętej po brodę i z sandałami dyndającymi w ręce...

Esej o typografii - Eric Gill

W ramach wyczytywania zapasów sięgnęłam po niepozorną książeczkę, która przywiozłam z zeszłorocznych krakowskich targów książki. Do tej pory nie spotkałam się z wydawnictwem d2d.pl, ale oferta, na która składają się eseje o designie i liternictwie bardzo mnie przekonuje. I jak na pracownię ukierunkowaną na design książka jest wydana wyśmienicie. 


Esej o typografii Erica Gilla to pierwsze polskie wydanie manifestu brytyjskiego artysty czasów międzywojennych. Gill żył w latach 1882-1940. Był nie tylko teoretykiem, ale przede wszystkim rzeźbiarzem, grafikiem i projektantem krojów Perpetua, Gill Sans i Joanna, powstałych w latach 20 i 30 ubiegłego wieku. 

Esej o typografii został napisany pierwotnie w 1930 roku, do rąk polskich czytelników trafiło wydanie poprawione i uzupełnione z 1936 roku. 

Gill krytykuje nadmierne dążenie do ozdobników. Pisze o swoistej dychotomii świata wytwarzanych dóbr - bezmyślne maszyny i ludzkie-trybiki pochłaniani na czas pracy przez fabryki, oraz tęsknota za odchodzącym światem drobnych rzemieślników, gdzie “pojęcie wolnego czasu właściwie nie istnieje”. Wolny czas robotników jest bowiem nastawiony na konsumowanie tych samych dóbr, które w czasie godzin pracy wytworzyli. I właśnie w takiej postawie odnajduje Gill dążenie do nadmiernej ornamentyki, które jest "godne pożałowania, a świat, który ponad wszystko inne pragnie przyjemności, otacza się rzeczami mogącymi zadowolić jedynie głupców.” A dalej czytamy: “szlachetna architektura nigdy nie potrzebowała ornamentu; proste litery, odpowiednio dobrane i racjonalnie wymierzone, maja w sobie całą szlachetność prostych słów.” 

Na liternictwo oczywiście ogromny wpływ miały narzędzi używane przez piszących. Rylce, patyczki, pióra, wreszcie odlewane czcionki - “pierwsze drukowane książki były po prostu typograficznymi imitacjami pisma ręcznego, tak samo jak piętnastowieczne inskrypcje w kamieniu.” “Drukowana litera – pisze o historii typografii - była (…) zabarwionym kształtem na dnie wgłębienia (…) dzieje drukarstwa to historia znikania tych wgłębień.” Prócz tego, co ładne i szlachetne, otacza nas niestety wszechobecna tandeta. 

Do niewybaczalnych błędów typografii Gill zalicza m.in. mieszanie różnych krojów pisma na jednej stronie bądź książce, za długi wiersz, dłuższy niż 10-12 słów, oraz nieodpowiednie światło w literach, a także nieodpowiedni margines! Ryciny unaoczniają czytelnikom rażące przykłady typograficznych niedociągnięć oraz podają dowody, że istnieje dobra droga, która powinno iść liternictwo. 

O tym, jak ważne jest, by książka dobrze się czytała, wiemy chyba bardzo dobrze. A rady i sugestie Erica Gilla zdają się być aktualne po niemalże stuleciu od wydania eseju. Kroje zbliżone do antycznych wzorców są uważane za najbardziej eleganckie, a przesadnie zdobione pismo może być źródłem nieporozumień. 


Jest jeszcze coś w eseju Gilla bliskiego pociesznemu humorowi starego Przekroju, czy może zachowując właściwą czasoprzestrzeń - bliskiemu Puncha. Czytelnik łapie kilkukrotnie autora na piszczeniu oka, szczególnie w opisach rycin, które zostały załączone. 

Warto na zakończenie wspomnieć nazwisko redaktora prowadzącego, który książkę zaprojektował i złożył w tak miły dla oka i poprawny wedle zaleceń Gilla sposób, a jest nim Robert Oleś.

Tytuł: Esej o typografii 
Autor: Eric Gill 
Przekład: Magdalena Komorowska 
Wydawnictwo: d2d.pl 
Rok wydania: 2016 
Opis fizyczny: 144 stron, okładka twarda 
Gatunek: esej 
ISBN: 978-83-940306-4-3

Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków Marta Sapała

Mniej. Intymny zakupowy portret Polaków Marty Sapały to zapis eksperymentu socjologicznego, który miał miejsce zaledwie kilka lat temu. Autorka zmęczona konsumpcjonizmem postanowiła zrezygnować z zakupowego szaleństwa na rok. Do eksperymentu zaprosiła kilkanaścioro ochotników, którzy z lepszym czy gorszym skutkiem zaprzestali zakupów.


źródło zdjęcia: LubimyCzytac.pl


Mam co do tej książki mieszane uczucia. Właściwie nie do samej książki, bo napisana jest potoczystym językiem, a autorka posiłkuje się danymi statystycznymi na poparcie swoich tez, ale o ile ograniczenie konsumpcji jest godne naśladowanie, o tyle np. zjawienie się na urodzinach dziecka kuzynki czy koleżanki z pustymi rękami, albo obdarowywanie jubilata ręcznie zrobionym kolażem z gazet jest prostackie i chamskie. I ciekawa jestem, jak taki reżim będą wspominały dzieci, jak choćby synek jednej z uczestniczek, który miał do przedszkola przynieść misia (potrzebnego do nauki angielskiego), a mama nie chciała mu kupić, bo przecież zobowiązała się nie kupować.

Jednocześnie autorka przytacza, ile wydaje się na żywienie w rodzinie 2, 2+1, 2+2, itd., a zaraz potem zastrzega, że na jedzenie wydała 1600 złotych z hakiem (na dwie osoby dorosłe i kilkulatka), bo lubi produkty dobrej jakości. Wydało mi się to takie nieautentyczne z jednej strony, bo w eksperymencie oszczędzano na produktach chemicznych, kosmetycznych, etc.

Od chwili wydania książki wiele się zmieniło w budżecie statystycznego Polaka: rodziny wielodzietne dostają dofinansowanie od państwa. Widać to w sklepach, w biurach podróży.

Zastanawiam się jeszcze nad pewną kwestia, na ile niekupowanie = oszczędzanie? Można sobie odmówić wielu fanaberii, ale nie skazujmy się na dobrowolne dziadowanie.

Jednakże “Mniej” może inspirować. Działa orzeźwiająco na perspektywę. Chociaż wydaje mi się, że wyrośliśmy już z euforii zakupowej, która ogarnęła nas po transformacji ustrojowej. Zużywamy mniej jednorazówek nie dlatego, że są płatne, ale ze względu na ekologię. Kupujemy również mniej sprzętów - być może nasyciliśmy już głód konsumpcji. Nadal lubimy promocje, ale promowany towar potrafimy porównać cenowo z tym samym w innym sklepie. Potrafimy zadać sobie pytanie “czy potrzeba mi kolejnego... (tu staw cokolwiek)?”

Jesteśmy przed świętami Wielkiejnocy. Czy znów Polacy rzucą się do sklepowych półek, by kilka dni później wyrzucić masę jedzenia, którego nie są w stanie przejeść? Czy jak co roku tony zabawek będą niemal nowe wyrzucane do kontenera? A może zamiast kolejnego zestawu popularnych klocków sprawić dziecku karnet do kina?

Książkę wypatrzyłam na blogu Mniej niż 100 słów i od razu wypożyczyłam z biblioteki.

Tytuł: Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków
Autor: Marta Sapała
Wydawnictwo: Mamania
Rok wydania: 2018 (wyd. 2)
Opis fizyczny: 416 stron, okładka miękka
Gatunek: reportaż społeczny
ISBN: 978-83-66117-23-5

Kronika pewnego miasta - Pandelis Prévélakis / Bębny nocy. Studium - Miljenko Jergović

Zdarzyło mi się w jednym miesięcy przeczytać dwie książki o bardzo podobnym wydźwięku: ocalić od zapomnienia miasto i jego mieszkańców. Ponoć każdy nosi w sobie jedną książkę. Jesteśmy nośnikiem historii swoich własnych oraz zbiorowych – anegdot, dykteryjek, itp. Na takie spisane relacje zaludnione przez wspomnienia osób żyjących (lub fikcyjnych) dawno temu natrafiłam w książkach “Kronika pewnego miasta” oraz “Bębny nocy”.

W obu książkach świat jest rzeczywisty, a całość przypomina nieco filmy live-action. Na tle prawdziwych wydarzeń możemy spotkać postacie fikcyjne bądź rzeczywiste – na dobrą sprawę to nie ma znaczenia, ponieważ autorzy roztaczają przed nami pewną kreację świata zapomnianego, nieistniejącego już, odrobinę nostalgicznego, ale niezmiernie kolorowego i wartego uwiecznienia.

źródło okładki: LubimyCzytac.pl


“Kronika pewnego miasta”* Pandelisa Prévélakisa jest próba uchwycenia Rethimno takim, jakie ono było we wspomnieniach autora. Choć Prévélakis wydał Kronikę mając zaledwie 29 lat, narrator wydaje się być u progu starości i z emfazą wspomina swoją młodość w nadmorskiej miejscowości. Lokalny koloryt wyrosły na żyznej glebie zawirowań historii jest pretekstem do ukazania multikulturowości wyspy. Na kartach książki uwiecznione zostały barwne postaci zaludniające miasteczko wówczas, a których, jak się możemy domyślać, trudno szukać dziś.

źródło okładki: LubimyCzytac.pl


W podobny sposób zostali nam zaserwowani bohaterowie “Bębnów nocy” bośniackiego pisarza, Miljenko Jergović. Autor zastosował tu ten sam wybieg, co A.S. Byatt w “Opętaniu” - W pierwszej warstwie znajdujemy biografię Josipa Gubernika, austriackiego dendrologa badającego w Sarajewie specyficzną odmianę klonu jaworu. Do miasta przybywa, co znamienne, na dwa tygodnie przed zamachem na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Wpleciony w wir historii prowadzi dziennik, w którym przywraca pamięci zbiorowej postaci golibrody-gaduły, czy sympatycznego sklepikarza, który traci podczas epidemii hiszpanki trzech synów.

Właściwie obie powieści przypominają mi trzecią, “Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez” Uładzimira Niaklajeu. Toż to istne tłumy postaci, spacerujące czytelnikom przed oczami. I ja się cieszę z takich małych spotkań. Każdy z opisywanych w trakcje czytania staje się z automatu moim znajomym, a każda z odwiedzanych ulic, każdy sklepik czy kawiarnia zostają żywo w mojej pamięci. Być może właśnie to jest przesłaniem tych powieści - pamiętać!

Tytuł: Bębny nocy. Studium
Autor: Miljenko Jergović
Tytuł oryginalny: Doboši noći
Tłumaczenie: Magdalena Petryńska
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Rok wydania: 2019
Opis fizyczny: 150 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: powieść
ISBN: 9788364887413
Tytuł: Kronika pewnego miasta
Autor: Pandelis Prevelakis
Tytuł oryginalny: The Tale of a Town or The Chronicle of a Town (Το χρονικό μιας Πολιτείας, 1937)
Tłumaczenie: Janusz Strasburger
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Rok wydania: 2013
Opis fizyczny: 160 stron, okładka miękka ze skrzydełkami
Gatunek: powieść
ISBN: 9788364169021
* Książką "Kronika pewnego miasta" biorę udział w wyzwaniu Trójka e-pik (edycja marzec'19)