Najlepsze buty na świecie - Michał Olszewski
Polska B, Polska wstydliwa, sponiewierana - tak wygląda nasz kraj w reportażach Michała Olszewskiego Najlepsze
buty na świecie. Autor opisuje ludzi, którym się nie udało, ludzi
zwyczajnych do bólu, przegranych, bo nie mieli nawet cienia szansy na lepsze
życie. Podzielone na pięć części reportaże z lat 2003-2014 dotyczą problemów,
które jeszcze do niedawna były tematami tabu: pedofilia wśród kleru (z którą
nawiasem mówiąc poradziła sobie Irlandia), poazbestowe
miasteczko, w którym umieralność na raka przewyższa ludzkie pojęcie, domy
pomocy ofiarom przemocy domowej, które wydają się być wylęgarnią niezaradnych
życiowo i roszczeniowych kobiet, a także życie w cieni Holokaustu.
Najbardziej wstrząsający jest reportaż zatytułowany Natłustka: przy
stertach butów w Auschwitz pracują konserwatorzy; każdy but to historia
zagazowanego człowieka - trafiają się buty eleganckie, są też zwykłe łapcie,
ale największą grozę i ból można poczuć konserwując buciki dziecięce... Jednak
konserwatorzy traktują swoją pracę zadziwiająco normalnie; nie ma czasu na łzy,
wręcz przeciwnie - nad stertami butów odbywają się zwyczajne rozmowy, jak w
wielu innych firmach.
Życie w cieniu zagład to dość
obszerny fragment Najlepszych butów:
jak radzili sobie i radzą mieszkańcy okolic KL, jak się chodzi do szkoły, która
usytuowana jest kilometr od obozu?
Nie brakuje także niemal
uwłaczających historii gastarbeiterów, traktowanych gorzej niż inne nacje
Polaków poszukujących Bóg wie jakich cudowności na niemieckich pchlich targach.
Temat "niemiecki" jest obecny w wielu reportażach: dość
niejednoznacznie przedstawiony jest również konflikt pomiędzy Agnes Trawny a polską
rodziną zajmującą do niedawna dom należący niegdyś do niej.
Olszewski nie ocenia, nie
opowiada się po żadnej ze stron. Konsekwentnie brnie w tematy, które inni
omijają z daleka. Takie odbrązowienie Polski jest potrzebne - po latach
propagandy sukcesu wyszły krzywe ściegi i niedoróbki poprzedniego systemu, a i dzisiejszej
"wszystkomającej" Polsce daleko do kolorowego obrazka z folderu.
Reportaże Olszewskiego zostały uhonorowane w 2015 roku Nagrodą im. Kapuścińskiego (ex aequo Nagrodę przyznano
również reportażom Swietłany Aleksijewicz Czasy
secondhand). Myślę, że doskonale wpisują się w nurt znany z programów
takich jak Zawsze po 21 nieodżałowanego Krystiana Przysieckiego, czy Magazynu
Ekspresu Reporterów znanego z telewizyjnej Dwójki, które nie boją się pokazywać jak ciężko żyć we współczesnym świecie.
Prawdopodobnie odnaleziono szczątki Marthy Brown, pierwowzoru Tess d'Urberville
Kiedy Elizabeth Martha Brown wstępowała na szafot była niezwykle spokojna. Skazana za zabójstwo wiarołomnego i brutalnego męża miała być ostatnią publicznie powieszoną osobą w Dorset. Zgromadzony czterotysięczny tłum oczekujący na egzekucję trwał pogrążony w milczeniu. Calcraft, miejscowy kat, pętał dół sukni skazanej, by w czasie wieszania nie wydęła się niczym balon. Był 9 sierpnia 1856 roku. Z nieba lał rzęsisty deszcz.
Wśród tłumu obecny był szesnastoletni wówczas Thomas Hardy, niebawem jeden z największych pisarzy epoki wiktoriańskiej. Obraz powieszonej kobiety na długo wyrył się pisarzowi w pamięć; przez lata przechowywał wycinek z Dorset Country Chronicle opisujący to zdarzenie.
Po latach Hardy pisze: "Pamiętam jej drobną figurę na tle nieba, gdy wisiała w mglistym deszczu, a także to, jak obcisła czarna jedwabna suknia podkreślała jej sylwetkę, gdy poruszała się w półobrotach raz w jedną, raz w drugą stronę. (...) Choć nakryli jej twarz kapturem, widziałem jak przez mokry od deszczu materiał przebijały rysy jej twarzy." Ten epizod tak zaintrygował pisarza, że Martha Brown doczekała się uwiecznienia w postaci słodkiej, niewinnej Tess d'Urberville. Jak wspomina wieloletnia przyjaciółka pisarza, Lady Hester Pinney "jego sympatia dla tej nieszczęśliwej kobiety była niezwykła".
Po latach Hardy pisze: "Pamiętam jej drobną figurę na tle nieba, gdy wisiała w mglistym deszczu, a także to, jak obcisła czarna jedwabna suknia podkreślała jej sylwetkę, gdy poruszała się w półobrotach raz w jedną, raz w drugą stronę. (...) Choć nakryli jej twarz kapturem, widziałem jak przez mokry od deszczu materiał przebijały rysy jej twarzy." Ten epizod tak zaintrygował pisarza, że Martha Brown doczekała się uwiecznienia w postaci słodkiej, niewinnej Tess d'Urberville. Jak wspomina wieloletnia przyjaciółka pisarza, Lady Hester Pinney "jego sympatia dla tej nieszczęśliwej kobiety była niezwykła".
Historia jednakże nie kończy się na tym niezwykłym hołdzie - niedawno archeolodzy natrafili na pozostałości (w tym czaszkę) prawdopodobnie właśnie Marthy Brown; nieformalny cmentarz przywięzienny ma wkrótce zostać zamieniony na domy mieszkalne i centrum handlowe, a ludzkim szczątkom zostaną wyprawione godne pochówki.
http://www.theguardian.com/books/2016/feb/19/thomas-hardy-tess-of-the-durbervilles-bones-found-at-prison
Healey, T. - Zbrodnie w afekcie, Warszawa 1991
Życie to jednak strata jest - Andrzej Stasiuk, Dorota Wodecka
Mam takie dwa ulubione
niebeletrystyczne wydawnictwa, które mają na moich regałach osobne półki.
Pierwsze to Karakter, a drugie to Czarne. Pierwsze cenię za książki Sontag oraz architekturę, z kolei Czarne to doskonałe eseje, ciekawe reportaże, z których można wiele wynieść, wiele się nauczyć. Wydawnictwo założyli w 1996 Andrzej Stasiuk i jego żona, Monika Sznajderman, a nazwa
pochodzi od miejscowości.
| źródło: LubimyCzytac.pl |
W 2013 roku Andrzej Stasiuk był
gościem 44 Rybnickich Dni Literatury. To spotkanie autorskie należało chyba do
najbardziej udanych, na jakim miałam okazję być. Autor ujął publiczność swoją
bezpośredniością i podejściem do życia. Stasiuk wydaje się być osobą nie
oglądającą się na nikogo, mającą własne zdanie i nie wahającym się go bronić.
I taki jest też w wywiadzie-rzece
Życie to jednak strata jest. Do tej pory czytałam zaledwie trzy jego książki
(ale mam ochotę na wszystkie), oglądałam z nim kilka wywiadów i zdaje się jakiś
dłuższy dokument. I chociaż z kilkoma stwierdzeniami się nie do końca zgadzam
(na przykład nie przepadam za podróżami i nie ciągnie mnie szczególnie do
Bałkanów chociażby), to Stasiuka uważam za jednego z mądrzejszych i lepiej piszących
polskich pisarzy współczesnych. Może to ta jego bezkompromisowość, może to
poetyckie wręcz metafory zestawione z owczym gównem, nie wiem; w każdym razie
Życie to jednak przeczytałam w jeden dzień i miałam potworny niedosyt, że już
się skończyło, a mogłabym go czytać (czy wręcz słuchać) godzinami.
![]() |
| Życie to jednak strata jest zaczęłam czytać na rybnickim rynku w niedzielę, a skończyłam wieczorem już w domu. |
Myślę, że kto nie zna prozy
Stasiuka, niech sięgnie najpierw chociażby po Babadag, żeby wiedzieć czego się
spodziewać. Dla mnie sięgnięcie po ten wywiad był naturalna kontynuacją obranej
czytelniczej drogi.
13 pięter - Filip Springer
13 pięter to zbiór doskonałych reportaży,
których wspólnym mianownikiem jest szeroko pojęte mieszkalnictwo w Polsce. Filip
Springer dzieli książkę na dwie części, z których druga jest echem pierwszej,
dotyczącej zmagania się z problemem przeludnienia stolicy w czasach
dwudziestolecia międzywojennego.
W latach powojennego boomu
mieszkaniowego (1930-34) Warszawa stawia luksusowe apartamentowcem będące
miejskim odpowiednikiem dworku szlacheckiego; w tym samym czasie znaczny
odsetek mieszkańców zagrożonych jest bezdomnością, a liczne noclegownie
pękają w szwach. Inicjatywy, takie jak Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa,
bądź Zdobycz Robotnicza, z góry skazane są na niepowodzenie;
niewykwalifikowanych robotników i bezrobotne ofiary wielkiego kryzysu nie stać na
czynsze w najmniejszych nawet izbach, nie wspominając o kupnie lub wynajęciu domku
szeregowego. Przeludnienie Warszawy lat 20/30 sięga zenitu: na paru metrach
kwadratowych nierzadko mieszka cała kilkuosobowa rodzina z… sublokatorem, który
nieraz pokrywa większość czynszu! Niestety, problem do czasów drugiej wojny
światowej zostanie nierozwiązany, ponieważ „ze słów domu zbudować się nie da” –
choć wielu apeluje o wyjście naprzeciw problemowi, nikt de facto nie podejmuje
się nierównej walki o byt setek rodzin.
Druga część 13 pięter jest powtórzeniem
tematu, ale z perspektywy początku XXI-go wieku. Poprzednia część stanowi
niejako zapewnienie, że z problemami mieszkaniowymi tośmy się już i za sanacji
borykali. Springer pisze, że aż 43%
Polaków między 25 a 34 rokiem życia mieszka z rodzicami. Te dane są
zatrważające, zważywszy na to, że całemu pokoleniu wmówiono, że dorosłość
zaczyna się wtedy, kiedy zaciąga się kredyt hipoteczny. Lecz niektórym „na życie starcza,
na wiarygodność w banku już nie”.
Autor w tym papierowym wieżowcu
podaje cały przekrój przez problemy mieszkaniowe, łącznie z kruczkami w umowach
deweloperskich, kredytach we frankach, plagą czyścicieli kamienic, a także –
marginalizowane, zupełnie jak przed wojną budownictwo społeczne, które się nie opłaca
deweloperom ani państwu (choć są przykłady na prężnie działające spółdzielnie).
13 pięter to wyśmienicie napisane reportaże, od których nie można się oderwać.
Rybnik czyta
Dzisiaj walentynki. Sklepy zalane są czerwonymi serduszkami, a z kawiarni wylewają się na ulicę pary - ona przeważnie taszczy długą czerwoną różę.
A co robią zakochani w książkach? Czytają! A swoją miłość do książek zamanifestować można spotykając się w umówionym miejscu o umówionej porze. I tak też spotkaliśmy się my, Rybniczanie, którzy o punkt dwunastej w południe rozsiedliśmy się wokół fontanny ze świętym Nepomucenem, by poczytać przez godzinkę w cieple lutowego słońca (sic!). Na wspólne czytanie stawiły się całe rodziny, nawet z małymi dziećmi.
![]() |
| Rybniczanka czyta :) |
Rybnik czyta to akcja popularyzująca czytanie. Dziś spotkaliśmy się po raz pierwszy, ale nie ostatni. Akcję wymyśliła moja koleżanka, Anoushka, która o evencie pisze krótko: "Zabierz książkę i czytaj w przestrzeni miejskiej! Czytajmy na widoku!". A więc tak też zrobiliśmy - na walentynkową randkę wybraliśmy się z mężem poczytać; on - Sapkowskiego, ja - Stasiuka.
![]() |
| Anoushka i ja |
Już czekam na marcowe spotkanie.
![]() |
| Życie to jednak strata jest - Andrzej Stasiuk |
Piękny styl - Steven Pinker
Do niedawna byłam przekonana,
że podręczniki stylu odnoszą się jedynie do kwestii związanych z modą i
ubiorem, ewentualnie urządzaniem wnętrz. Pierwszy raz spotkałam się z problemem wyrabiania stylu pisarskiego, który nie jest szeregiem chaotycznych rad
czynnych pisarzy. Steven Pinker, kanadyjski językoznawca i kognitywista (kognitywistyka
to dziedzina nauki, która czerpie z językoznawstwa, psychologii oraz
neurologii) jest autorem bestsellerowego
Pięknego stylu. Jest to podręcznik stylu klasycznego, który wydaje się
być najbardziej pożądany w wielu dziedzinach związanych z językiem właśnie.
Przewodnik reklamowany jako nie tylko dla pisarzy, ale i dla blogerów,
oczywiście piorunem trafił w moje ręce! Myślę, że część z Was jest już
po lekturze i stara się zastosować kryteria Pinkera do własnych celów.
Pinker nie daje gotowej recepty
na dobre pisarstwo. Próżno szukać tu kategorycznych stwierdzeń, takich jak
"rób tylko to i to"; książka naszpikowana jest przykładami złych
akapitów, niejasnych stwierdzeń, zawikłanych sformułowań, które zamiast
przybliżać czytelnikowi dany problem - zaciemniają go, czyniąc nieczytelnym.
Autor podaje kontrprzykłady, które nie tylko czynią poprawione zdania
czytelnymi, ale i uświadamiają nam, czego powinniśmy unikać. Styl
klasyczny, do którego powinniśmy dążyć "zakłada równość autora i
czytelnika"; znaczy to, że "autor uważa, że czytelnik jest
wystarczająco inteligentny" by zrozumieć dany tekst bez zbędnego
szpikowania go metajęzykiem, oraz niezrozumiałymi pojęciami, których nie tłumaczy.
Oczywiście Pinker wymienia złe
nawyki, których powinniśmy się wystrzegać, by pisać jasno i zrozumiale: "metadyskurs,
znakowanie drogi, nadmierna asekuracja, przepraszający ton, narcyzm zawodowy,
utarte frazesy, mylenie metafor, metapojęcia, rzeczowniki zombie oraz nadużywanie strony biernej i konstrukcji bezprzedmiotowych". Zdradliwa
jest także klątwa wiedzy, czyli zakładanie, że czytelnik wie to, co my i nie
musimy mu wyjaśniać na przykład swoich skrótów myślowych. Chcąc poprawić jakość
swoich prac powinniśmy również pisać wprost nie powołując się na schematy,
utarte frazy i pseudoautorytety.
Wypisałam sobie takie najważniejsze punkty,
których powinniśmy się trzymać mając przed oczami rady Pinkera. Według niego tekst
powinien być:
- poprawny gramatycznie i
logicznie,
- klarowny - jasny i zrozumiały
dla każdego czytelnika,
- spójny - "spójność zaczyna
się od tego, że autor i czytelnik mają jasność co do tematu". Autor musi
mieć coś, o czym pisze (temat), i coś do powiedzenia (cel, główne przesłanie),
- okraszony przykładami, by
unaocznić czytelnikowi problem.
Myślę, że Piękny styl otwiera
czytelnikowi oczy na... drugiego człowieka, w końcu punkt widzenia jest
relatywny i to człowiek jest miarą wszechrzeczy. Staram się rady autora odnieść
do swojego bloga; czy czytelnik ma wrażenie spójności, czy wręcz przeciwnie,
czy wszystko jest zrozumiałe? Kiedyś zrobiłam kilku postom test mierzący stopień
trudności danego tekstu (Indeks czytelności Flescha). Moje teksty plasują się
gdzieś koło 50 punktów (skala od 0 do 100, przy czym im wyższy wynik tym
bardziej zrozumiały tekst, a te z punktami 0-30 to teksty akademickie), czyli
powinny być zrozumiałe przez licealistów.
Magiczna noc książek z Harrym Potterem
Jestem Potteromaniakiem. Książki
oraz filmy o magicznym świecie Harry'ego Pottera poruszyły moją wyobraźnię i
obudziły moje wewnętrzne, uśpione dziecko. I chociaż latka lecą i jestem niemal
rówieśniczką książkowego Harry'ego, od kiedy czytamy z synkiem - najpierw
Kamień filozoficzny, teraz kończymy Komnatę tajemnic - jestem chyba bardziej
podekscytowana magicznymi przygodami niż niejedno dziecko. (Pewnie przecieracie oczy ze
zdumienia, bo przecież jakoś to nie pasuje do klasyki o której piszę; nie
przepadam za większością klasyki dziecięcej z Alicją, Pippi i Guliwerem na
czele, ale Muminki już dawno zdobyły moje serce.)
| strony Proroka codziennego |
| wiedza tajemna: księgi czarów, eliksirów i magicznych stworzeń |
Kiedy Media Rodzina, polski
wydawca Harry'ego zaproponowało przyłączenie się do międzynarodowej Magicznej
Nocy Książek z Harrym Potterem, moja filia biblioteki od razu się do akcji przyłączyła.
Miałyśmy przednią zabawę przygotowując show: trzeba było nie tylko zaplanować
dzieciakom poszczególne atrakcje, takie jak przydzielanie do domów, ozdabianie
różdżek, ćwiczenie vingardium leviosa (pamiętajcie - "leviooosa", nie "leviosaaa")
na piórku, robienie magicznych eliksirów, oraz rysowanie patronusa, czy test
wiedzy (zdaniem dzieciaków banalnie prosty!), ale i przygotować dekoracje -
stoły w odpowiednich barwach, rekwizyty, z których największą furorę robił
wypchany bażant "grający" Fawksa, magiczne eliksiry oraz czarodziejską kulę
Sybilli Trelawney. Nasze panie wolontariuszki czekały na ulicy Pokatnej, by
"sprzedawać" fasolki wszystkich smaków, oraz sosnowe różdżki z
chińskich pałeczek.
| najwięksi antagoniści siedzieli obok siebie |
| Ulica Pokątna ze sklepem Olivandera |
Dzieciaki poprzebierane w stroje
karnawałowe na początku zostały obdarowane biletami na Hogwart Express, który
odchodził z wiadomego peronu. Następnie "pirszoroczni" podawali hasło
portretowi damy strzegącej wejścia do głównej sali, a po ceremonii przydziału
rozpoczął się maraton zabaw zwieńczony tłustoczwartkową ucztą.
Myśmy się oczywiście też
poprzebierały - zarówno bibliotekarki jak i opiekunki z Placówki Wsparcia
Dziennego Piaski prowadzonej przez Stowarzyszenie Uskrzydleni - za czarodziejki
i czarownice.
| Peron 9 i 3/4 |
| Jak zrobić eliksir wielosokowy? |
Kontynuując zabawę w stylu
Harry'ego Pottera z reszty rekwizytów oraz książek - w tym nowej, bogato
ilustrowanej wersji Kamienia filozoficznego zorganizowałyśmy wystawę. Jest i magiczna
różdżka i zaczarowany latający klucz, nawet mamy okrągłe okulary Pottera.
| Wystawa o Harrym Potterze |
| Czy widziałeś tego czarodzieja? |
| Okulary Harryego oraz piękna książka ilustrowana przez Jima Keya |
| Latający klucz |
Drugą
gablotę "okupują" magiczne ingrediencje oraz książka do sporządzania
eliksirów samego księcia półkrwi, na której leży medalion Salazara Sytherina.
Wystawę można oglądać w Filli nr 4 PiMBP w Rybniku do końca miesiąca.
| buteleczki ze składziku Snape'a |
| Smocza łuska - bardzo rzadka i cenna |
![]() |
| i ja tam byłam i eliksir wielosokowy piłam ;) |
Wspomnienia z domu umarłych - Fiodor Dostojewski
Może zacznę od wyznania:
uwielbiam literaturę rosyjską. Jej twórców, szczególnie tych klasycznych
stawiam na równi z największymi pisarzami anglosaskimi z Hardym, ma się
rozumieć, na czele. Czytając takiego dajmy na to Stendhala, czy Balzaka meczę
się nie wiedzieć czemu, ale już przy Tołstoju czy Dostojewskim – oddycham pełną
piersią.
| źródło: LubimyCzytac.pl |
Niedawno zadałam sobie pytanie,
czy lepiej mi się czytało Idiotę, czy Annę Kareninę? I z tym pytaniem utknęłam;
postanowiłam nadrobić to, czego jeszcze nie czytałam i wybór padł na
Wspomnienia z domu umarłych. Oczywiście nie zamierzam streszczać fabuły,
jedynie przybliżę okoliczności powstania powieści i odniosę się do treści
bardzo subiektywnie. Mam jednak problem z Wspomnieniami, bo o ile bardzo mi do
gustu przypadły, to – czasem tak jest – nie wiem, co napisać poza „ale mi się
fajnie czytało”.
Zapiski iz miortwogo doma Fiodora
Dostojewskiego to pamiętnik osnuty wokół katorgi, na którą pisarz został
zesłany na cztery lata za sympatyzowanie z Kołem Pietraszewskim, „klubem dyskusyjnym”
zorientowanym na Zachód. Ale autor nie pisze wprost – bohaterem i narratorem
jest szlachcic zesłany za zabójstwo, Aleksander Pietrowicz Gorianczykow.
W sumie po wspomnieniach EricaLomaxa spodziewałam się rosyjskiego kempeitai, ale albo opis katorgi został
uładzony, albo za dużo się naczytałam; Dostojewski nie epatuje strasznymi
obrazami, jedynie – niemal sucho – opisuje warunki pobytu w więzieniu na
Syberii. Ale jak pisze sam Dostojewski "o niektórych rzeczach niepodobna sądzić, jeśli się ich nie doświadczyło".
Co do samego wydania, to niestety
trafiłam na PIW z 1977 roku: maciupeńkie literki, gęsty druk niemal bez
odstępów. Taka czcionka bardzo męczy oczy i nie potrafiłam książki dokończyć, a
bardzo bardzo chciałam, bo jak napisałam wcześniej – czytało mi się świetnie.
Co do Rosjan jeszcze, jakiś taki
mieliśmy z mężem rosyjski tydzień – on czytał Glukhovsky’ego, ja
Dostojewskiego, a na Kulturze leciał mój ukochany Wujaszek Wania…
Jak czytać stare książki?
Jak czytać stare książki i CZY je
czytać? Mówiąc „stare” mam na myśli te naprawdę stare, przedwojenne, lub te z
lat 40-50 ubiegłego wieku. Ze względów oczywistych możemy zapomnieć o starodrukach, inkunabułach,
etc. – po prostu mało kto je ma, a kogo już na nie stać – wkłada je za szybkę.
1. Zapach.
Nie każdy lubi zapach starych książek. I jeżeli kogoś on razi, raczej nie radzę
sięgać po książki wiekowe. Każda dekada odznaczała się innym papierem – inna była
kwasowość, inny skład, niektóre tańsze wydania miały szorstki papier a la
makulatura, a w innych litery wytłaczano niemal na bibułce. Dziwnie (to bardzo
subiektywne określenie, wiem) pachną książki z XIX-go wieku; mam dwie trzy
książki z drugiej połowy XIX-go wieku i zauważyłam, że mają kwaśny, jakby
octowy zapach. Za to przyjemnie pachną te z pierwszych lat ubiegłego wieku –
ale nic nie przebije książek w twardej okładce z PIWu z lat 50-tych.
2. Szkodniki,
grzyby, pleśnie. Jasne, że jeżeli książka jest „chora” lepiej jej nie ruszać, a
najlepiej oddzielić ją od księgozbioru. Na stan książki może wpłynąć wilgoć
(więc lepiej nie czytajcie w wannie i nie radzę trzymać książek w łazience!,
ani w piwnicy!), rozwijają się wówczas mikroorganizmy, w większości pleśnie (Aspergillus
terreus, Acrothecium, Chaetomium globosum, Cladosporium, Oencillium notatum,
Pellicularia isabellina, Penicillium)*. Nie zapominajmy, że kiedyś książki
klejone były klejami roślinnymi i oprawiane w skóry, a te – będąc organicznymi –
są wspaniałą pożywką dla drobnoustrojów. W książkach również żyją niewielkie
owady, takie jak rybiki cukrowe, mole i skórniki i szubaki.
Jednak
jeżeli książka jest zdrowa (co można poznać po wyglądzie i zapachu) nie ma obaw
– możemy ją śmiało czytać.
3. Archaiczny
język. No cóż, szczególnie przed 1933 rokiem, kiedy zreformowano język polski –
takie odniosłam wrażenie – panowała w naszym języku wolna amerykanka. Chodzi o słowa takie jak tryumf, czy kuryer, pisanie niektórych słów razem, końcówki takie jak "w sercu mem", "serjo" i wiele innych. Nieco szerzej piszę o tym przy okazji recenzji Rodziny Thibault.
![]() |
| fragment starego wydania Rodziny Thibault 1926 r. |
![]() |
| Upsułam... |
Ale mam
też gros książek po-bibliotecznych, które skoro przetrwały iks osób przez te wszystkie lata - przetrwają jeszcze jedno czytanie ;)
W czytaniu staroci jest coś przyjemnego. Może to ten „ludzki” element, bo przecież
kiedyś książki nie były drukowane na drukarkach, tylko na prasach, a każda
strona składana była osobno przez zecera? Niekiedy widać, gdzie odbiła się
czcionka, to taki malutki kwadratowy znaczek dookoła litery. Byłam kiedyś na wycieczce w Muzeum Drukarstwa i polecam każdemu molowi książkowemu takie zwiedzanie, szczególnie, kiedy pan przewodnik tak ciekawie opowiada o starych czasach. Również fajnie
jest się zapoznać z autorami, o których mało kto pamięta, bądź z archaicznym
językiem, jakim mówiły nasze prababcie.
![]() |
| Ślady po kleju z taśmy klejącej. |
Dziennik. Pięć zeszytów z łódzkiego getta - Dawid Sierakowiak
Z czasów Holokaustu zostało wiele prywatnych zapisków, z których większość „przeżyła” swoich twórców. Nie tylko Anna Frank pisała dziennik, ale po tę popularna formę sięgało wówczas wielu ludzi; z warszawskiego getta zapiski pozostawił Janusz Korczak. W języku polskim przeczytać można także Dziennik Mary Berg, która jako jedna z nielicznych przeżyła getto.
O Dzienniku Dawida Sierakowiaka dowiedziałam się z… Teleekspressu. Wiedziałam, że muszę go przeczytać. Myślę, że trzeba czytać takie rzeczy, żeby jak to się mówi, „dać świadectwo”, żeby śmierć tych milionów ludzkich istnień nie powtórzyła się…
„Dziennik zawiera osobiste notatki – historię niszczenia w czasie Zagłady najbardziej szlachetnych aspektów ludzkiej natury – aspiracji intelektualnych, twórczych, miłości rodzinnej czy zachwytów nad przyrodą – przez najbardziej potworne żądze, którymi potrafią się kierować ludzie: znęcanie się nad innymi, wyzyskiwanie, prześladowanie, mordowanie.” – pisze we Wprowadzeniu Alan Adelson.
„Fakt, że pięć zeszytów Dawida w ogóle się zachowało, mimo zagłady autora, jego rodziny i żydowskiej społeczności, to dar dla potomności – forma tryumfu nad ich przedwczesną śmiercią”
Dziennik zaczyna się latem 1939 roku; wakacje w Krościenku nad Dunajcem obfitują w piesze wycieczki, a wieczorami chłopcy śpiewają piosenki i odgrywają własnoręcznie wymyślone skecze. Powoli trwają przygotowania do kolejnego roku szkolnego. Dawid czyta klasykę, uczy się języków, jest niezwykle ambitnym uczniem; choć ma jedynie piętnaście lat, styl jego zapisek wskazuje na dojrzałość i można wnioskować, że gdyby nie wojna mógł być wielkim literatem, bo w tym kierunku podążał jego młody umysł.
Zachowały się zapiski z początku wojny, ale niestety nie z czasów przesiedlenia do getta. Coraz większe sankcje nałożone na Żydów dziwią chłopaka i budzą chęć odwetu – niejednokrotnie pisze o zemście, która czeka oprawców, kiedy wszystko się skończy. Naziści posuwają się z każdym dniem coraz dalej: „pomysłowość sadyzmu nie zna granic”. Zeszyt pierwszy kończy się na 31 grudnia 1939 roku, kiedy jeszcze każdy ma nadzieję, na rychły koniec wojny.
Zeszyt drugi „przeskakuje” (nie odnaleziono zeszytu z roku 1940 i pierwszej połowy 1941 roku) do czasu kiedy rodzina Sierakowiaków już „przywykła” do życia w Litzmannstadt Ghetto. Warunki panujące tutaj urągają człowieczeństwu, ale świadczą nie o Żydach, a o ich oprawcach. Każdy robi co może, by przeżyć.
Dawid nadal uczy się w szkole, gdzie dostaje przydziałową zupę; jedzenie na kartki, bony, przydziały w miarę upływu czasu kurczą się coraz bardziej, codzienna racja jest sposobem na przetrwanie, choć dla organizmu to za mało – ludzie zaczynają umierać z głodu, szerzy się gruźlica, świąd. Niekiedy dochodzi do paradoksu: mimo odłożonych pieniędzy (tak zwane „chaimki”, nazywane przez Dawida rm – Raichsmark, wewnętrzna waluta getta), nie można kupić jedzenia, bo go po prostu nie ma! Kiedy szkołę zamykają, Dawid pracuje przy szyciu elementów mundurów, ale nadal zachłannie czyta, uczy się, pisze wiersze i tłumaczy.
Lewicujący chłopak obserwuje także stosunki panujące w getcie – zarządzający gettem Chaim Rumkowski rozdziela przywileje według siebie, pozwalając by garstka ludzi żyła dostatnio za cenę głodowej śmierci tysięcy.
W kolejnych zeszytach Dawid pisze, że z głodu nie może się uczyć; niemal codziennie donosi o racjach żywnościowych, wylicza ile czego przysługuje, ile kosztuje opał, gdzie można ugotować coś za pieniądze. Wszyscy niemal żyją od posiłku do posiłku: jedzenie jest tym, co rządzi ludzką wyobraźnią, dyktuje rytm życia getta. Ludzie zjadają już liście rzodkwi i łupiny od kartofli, po które pod resortowe garkuchnie ustawiają się kolejki wygłodniałych „gettowian”.
Sierakowiak jest również zorientowany w sprawach polityki, często w jego zapiskach przewija się krótkie sprawozdanie z frontów, okraszone komentarzem. Kiedy nie ma wieści, na końcu zapisu znajduje się zdanie „z polityki nic nowego”. Mieszkańcy getta byli świadomi obecnej sytuacji geopolitycznej. Równocześnie do getta napływały niedobitki z pogromów, przesiedleńcy z innych miast Rzeszy (w tym Niemcy, którym jak pisze Sierakowiak „udowodniono babkę Żydówkę”). Chorych, niedołężnych i dzieci wywozi się – nikt nie wie dokąd, ale ludzie wiedzą, jaki czeka ich los. Sierakowiak pisze, że „przy ładowaniu chorych działy się dantejskie sceny. Ludzie wiedza, że idą na śmierć. Walczyli nawet z Niemcami i siłą musiano ich wrzucać na wozy.” Siłą zabiera się także wszystkie dzieci poniżej dziesiątego roku życia.
Najbardziej wstrząsające są fragmenty, w których Dawid donosi o relacjach między domownikami; ojciec notorycznie podkrada jedzenie, wybuchają częste awantury, w tych strasznych czasach ani Dawid, ani jego siostra Natalia, ani ukochana matka nie mają oparcia w rodzinie; wkrótce matka zostaje zabrana i wywieziona, ociec umiera, a Dawid choruje coraz silniej. Piaty zeszyt jest niedokończony; prawdopodobnie część ostatnich stron posłużyła jako podpałka do pieca; trzy miesiące po ostatnim zachowanym wpisie Dawid zmarł najprawdopodobniej na zapalenie płuc.
Dziennik Dawida Sierakowiaka po raz pierwszy został wydany w latach 60-tych; wówczas wyszła edycja zawierająca jedynie dwa zeszyty. Edycja zeszłoroczna zawiera pięć cudem odnalezionych zeszytów.
Nie lubię gdybać, ale może w jakiejś alternatywnej rzeczywistości też opisuję na blogu Dziennik Dawida Sierakowiaka, ale nie chłopaka, który zmarł w Łódzkim getcie, a wielkiego pisarza, który dożył sędziwej starości.
Dziennik - Katherine Mansfield
Serię Nike pamiętam z
dzieciństwa. Rodzice mieli wiele tych miniaturowych tomów i wielokrotnie się im przyglądałam, czy bawiłam się nimi. W sylwetce greckiej boginie nie widziałam
kobiety bez głowy, a psa podobnego do Snoopy'ego, zwróconego wielgachnym nosem w
prawo. Oczywiście kiedy podrosłam zaczęłam
sięgać po Nike w celach czytelniczych.
Dopiero rok się zaczął, a ja już czytam
drugą książkę z tej starej serii; tym razem - po doskonałych opowiadaniach Willi Cather,
sięgnęłam po Dziennik Katherine Mansfield. (Kiedy skończę, zabiorę się za Dziennik Sierakowiaka, a potem Twardocha - a co tam, zadzienniczę się w styczniu.)
Katherine Mansfield przyszła
na świat w Nowej Zelandii w 1888 roku (zmarła zaś 9 stycznia 1923 roku, czyli niemal dokładnie 93 lata temu), ale nie mogąc znieść życia na uboczu
wielkiego świata, przeniosła się do Londynu, który można powiedzieć, aż pulsował nowymi trendami w sztuce i literaturze. Pisała praktycznie od dziecka,
więc naturalne, że z pisaniem właśnie postanowiła związać swoje plany zawodowe.
Obracała się w kręgu modernistów, zaprzyjaźniła się z D. H. Lawrence'em, oraz
Johnem Middletonem Murrym, który wkrótce został jej mężem. Zmarła w wieku
lat trzydziestu pięciu na gruźlicę, która była konsekwencją chronicznego
niedoleczenia i nieprawidłowego odżywiania. Z ciekawostek można dodać, że
grywała epizodyczne rólki i statystowała w filmach. A Lawrence umieścił jej portret
w Zakochanych Kobietach. Pamiętam
również szereg wzmianek o niej w Dziennikach
Woolf.
Zbiór opowiadań Jej pierwszy bal czytałam w połowie 2013
roku. Oczarował mnie styl, ich język, zaciekawiła
fabuła. Po Dziennik sięgnęłam zdaje się bardzo odruchowo i nie zawiodłam się sądząc iż życie pisarki będzie ciekawsze od jej nowel.
Od pierwszych, prowadzonych
dość nieregularnie notatek, Mansfield narzeka na stan zdrowia (reumatyzm, serce, później płuca), na brak weny (a jednak była autorką dość płodną!). Wydaje
się neurastenikiem i mizantropem. Woolf kiedyś zauważyła: "Uderzyło mnie,
że ona należy do typu kobiecego: wyobcowana, zdystansowana, zawsze samotna i
bystro obserwująca" (Woolf uważała Mansfield za swoją przyjaciółkę, ale od
czasu niepochlebnej recenzji powieści Noc i dzień można było wyczuć pęknięcia w
tej przyjaźni). Mam wrażenie, że w życiu pisarki zawsze padał deszcz, więdły
kwiaty i bladły kolory. Dawno nie czytałam nic bardziej przygnębiającego, ale paradoksalnie czytało mi się Dziennik wyśmienicie - wstrząsający był zwłaszcza fragment z historią kucharki, wstrząsający, bo nie zmyślony, jeśli uświadomimy sobie, że czytamy niemal reporterski zapis, doznajemy nieodpartego odczucia, że ten fragment może być wspaniałym materiałem na powieść. Bardzo ładne były fragmenty, kiedy Mansfield wspominała swoje szczęśliwe dzieciństwo; wzruszające były momenty, kiedy opłakiwała brata poległego na froncie we Francji - chcąc zachować w sercu wspomnienie o nim, dedykowała mu listy, fragmenty dziennika. Równie smutne były fragmenty, w których wyznawała, że chciałaby mieć dziecko, że je sobie wyobraża - nie skarżyła się wówczas, co tylko potęgowało ten niewyrażony żal.
Pod względem walorów językowych mogę śmiało powiedzieć, że jestem usatysfakcjonowana, ponieważ styl Mansfield jest dobry, bardzo plastyczny,
a niekiedy nawet poetycki. Może gdyby nie feralne zapalenie opłucnej w 1917
roku, które miało fatalne konsekwencje, może gdyby jej zdrowie było mocniejsze,
nie patrzyłaby na życie w sposób tak jednoznacznie ponury?
Dopiero rok się zaczął, a ja już czytam drugą książkę z tej starej serii; tym razem - po doskonałych opowiadaniach Willi Cather, sięgnęłam po Dziennik Katherine Mansfield. (Kiedy skończę, zabiorę się za Dziennik Sierakowiaka, a potem Twardocha - a co tam, zadzienniczę się w styczniu.)
Pod względem walorów językowych mogę śmiało powiedzieć, że jestem usatysfakcjonowana, ponieważ styl Mansfield jest dobry, bardzo plastyczny, a niekiedy nawet poetycki. Może gdyby nie feralne zapalenie opłucnej w 1917 roku, które miało fatalne konsekwencje, może gdyby jej zdrowie było mocniejsze, nie patrzyłaby na życie w sposób tak jednoznacznie ponury?
Poranek Wagnerowski - Willa Cather
Z listy przeczytanych w 2016 roku
mogę „odkreślić” kolejna pozycję; tym razem sięgnęłam po kupioną za 50 groszy
Willę Cather. Nazwisko to nie jest obce wielbicielom talentu Trumana Capote,
który wielokrotnie w wywiadach podkreślał, że Cather miała niebagatelny wpływ
na jego pisarstwo, i o ile Katherine Anne Porter „jest niezwykle dobrą pisarka,
o tyle Cather jest genialna”.
Tomik opowiadań Poranek
Wagnerowski miałam przeczytać na listopadowe wyzwanie Maknety, ale nie umiałam
go znaleźć; właściwie chciałam go wypożyczyć, ale został zubtkowany. Pech. Znalazłam
go jakiś miesiąc później na… półce we własnym domu. I stał się takim tomikiem do
przeczytania „na cito”.
Willa Cather urodziła się w 1873
roku w na amerykańskich „kresach”; od dzieciństwa towarzyszyły jej krajobrazy
prerii, gdzie człowiek walczył nie tylko z własnymi słabościami, ale i z przeciwnościami
surowej przyrody.
Cather pochodziła z wielodzietnej
rodziny, ale nie była szczególnie lubiana przez liczne rodzeństwo; uciekała w
świat książek, które namiętnie pochłaniała. I jako naturalna konsekwencja „spożycia”
wielkiej ilości literatury, mała Willa zaczęła swoich sił pisząc opowiadania i
eseje. W wieku lat dwudziestu jeden z jej esejów tak bardzo przydał do gustu wydawcom,
że młoda studentka (zaczęła studia na kierunku medycznym, jednak pod wpływem głębokiego
namysłu zmieniła kierunek na literaturę angielską i w 1894 roku uzyskała tytuł
licencjata) zaczęła współpracę z pismem Nebraska
State Journal. Od tej pory jej kariera zaczęła nabierać tempa.
Choć na koncie ma kilkanaście powieści
oraz setki opowiadań (za powieść One of Ours wydaną w 1922 roku
zdobyła Nagrodę Pulitzera) w Polsce jest praktycznie nieznana; do tej pory
wyszły powieści Dom pana profesora, Drzewo białej morwy, Moja Antonia, Utracona, oraz Śmierć przychodzi po arcybiskupa, a
także dwa zbiory opowiadań: Mój
śmiertelny wróg i Poranek Wagnerowski
właśnie.
Zbiór Poranek Wagnerowski
składa się z sześciu opowiadań, których wspólnym tematem jest powracanie,
zmaganie z nieprzystosowaniem, kontrast pomiędzy (niekiedy zaściankową) prowincją
a miastem, a także odwaga, by iść za głosem serca i być wiernym własnym
przekonaniom. Nie przekonuje mnie nazywanie tomów opowiadań tytułem jednego z
nich; powinno się wybierać coś, co cechuje je, co jest dla nich wspólne, na
przykład „Czas”, bądź „Podróże pociągiem” – w każdym z opowiadań bowiem pociąg
odgrywa duża rolę (lub jak kto woli - jest tematem pobocznym). To nim uciekają
Klara z Nilsem (nowela Czeska dziewczyna),
pociągiem wraca pani Thondike (niegdyś Knightly), która jako przed laty w bardzo niezawiniony sposób
przyczyniła się do śmierci młodej nauczycielki (Najlepsze lata). Modernistyczny malarz, Don Hedger ucieka pociągiem
od swojej egzaltowanej, próżnej kochanki, śpiewaczki Eden Bower (Idę, Afrodyto!), również ucieka Paweł,
który w wielkim mieście zaczyna „wreszcie” żyć, choć dogania go własna przeszłość
(Sprawa Pawła); w opowiadaniu
tytułowym do narratora, Clarka, przyjeżdża niegdysiejsza pianistka, od
ćwierćwiecza matka dzieciom i pani (niezbyt bogatego) domu z prowincji. Clark
zabiera ciotkę na koncert muzyki Wagnera i obserwuje paletę emocji malujących
się na podstarzałym licu. Ostatnie opowiadanie, Pogrzeb rzeźbiarza (trumna przyjeżdża pociągiem), to gorzkie
podsumowanie prowincjonalnego myślenia, które nacechowane jest ciasnymi horyzontami
i sobkostwem. W ogóle prowincji się "obrywa" niejednokrotnie, jak w opowiadaniu Czeska dziewczyna, kiedy Klara od lat zakochana w Nilsie, zapytana czemu wyszła
za jego brata i nie czekała aż Nils wróci, odpowiada: „[Ludzie] powiadają,
że zaczynasz wychodzić z obiegu. Dlatego wychodzimy za mąż. Nie możemy znieść
ich drwin”. Być może również dlatego, nie mogąc znieść małomiasteczkowego
myślenia, Willa Cather większość życia spędziła w Nowym Jorku.
Eseje wybrane - Virginia Woolf
Jednym z największych literackich wydarzeń końca zeszłego roku niewątpliwie było wydanie potężnego zbioru Esejów wybranych Virginii Woolf. Ta jedna z najważniejszych pisarek początku XX-go wieku na swoim koncie ma bowiem nie tylko wspaniałe powieści, takie jak Fale, czy Pokój Jakuba, ale znana jest także ze swojego zamiłowania do prozy eseistycznej i krytycznej.
Wybór dokonany przez tłumaczkę, Magdalenę Heydel, oraz Romę Sendykę, nie opiera się na datach wydania poszczególnych esejów, a na wspólnych mianownikach, takich jak "Czytanie", "Pisanie", "Recenzowanie", a także "Kobiety", "Podróżowanie" i "Londyn", bowiem każde z tych haseł doczekało się kilkukrotnego i różnorodnego rozwinięcia.
Pierwszą częścią jest "Czytanie", wybrane jak mniemam jako naturalne i pierwsze w stosunku do reszty. Woolf prowadzi nas przez swoje niezrównane, pełne zróżnicowanych wątków eseje przekazując refleksje, za którymi możemy podążyć, bądź nie - odniosłam wrażenie, że Woolf proponuje, zachęca, ale nie wymaga byśmy przyjęli jej punkt widzenia; niemniej jednak byłoby to niezmiernie mile widziane.
Eseje są naszpikowane (stąd w moim egzemplarzu obecność "nieśmiertelnych" karteczek indeksujących) stwierdzeniami, które aż chce się cytować, jak na przykład fraza opisująca różnicę między poetą a prozaikiem: "Poeta przekazuje nam po prostu esencję, proza natomiast to odlew całości człowieka - i ciała, i umysłu."
| źródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/270444/eseje-wybrane |
Woolf snuje także rozważania na temat tego, jak czytamy książkę, jaki mamy jej odbiór. Jeżeli dana pozycja nie przypadnie nam do gustu "zawsze istnieje możliwość, że (...) nie jest nudna, lecz trudna". Proponuje, byśmy byli "surowi w osądach, porównujmy każdą książkę z największymi osiągnięciami gatunku, do jakiego należy". Lecz o wartości książki decydować ma czas; książkę bowiem trzeba przetrawić, "poczekajmy, aż opadnie pył czytania". Woolf sławi także "pasję czytania czystego i bezinteresownego", czytania dla przyjemności, nie dla nauki (rozróżnia bowiem typy czytelników-naukowców, a czytelników-pasjonatów), a "wszystko, czego nauczyliśmy się, czytając klasyków, teraz będzie nam potrzebne przy ocenie dzieł naszych współczesnych". Raz po raz odnosi się do pisarstwa Hardy'ego i Conrada i stawia je jako niedościgniony wzór. A w stosunku do współczesnych jest nieco bardziej krytyczna: o ile o Edwardianach (Wells, Bennett, Galsworthy) nie ma zbyt wysokiego mniemania, to jeszcze Georgianie (Forster, Strachey, Joyce, Eliot) pozostawiają nadzieję na przyszłość.
Dużo miejsca poświęca rozróżnianiu dobrego pisarstwa od złego i daje wskazówki jakie powinien przy komponowaniu dzieła przyjmować pisarz; musi on "nawiązać kontakt z czytelnikiem, przedstawiając mu coś, co ten rozpozna, by następnie puścić w ruch jego wyobraźnię i skłonić go do współpracy w dużo trudniejszej kwestii zbudowania zażyłości. Niezmiernie istotne jest, żeby na ten grunt wkroczyć bez wysiłku, niemal instynktownie."
Sporą część twórczości literackiej Virginii Woolf zajmowała krytyka literacka oraz recenzowanie. I tu podaje nam pisarka pewne rozróżnienie między krytykiem a recenzentem: krytyk zajmuje się "przeszłością i pryncypiami", recenzent zaś - "ocenia nowe książki". O samym recenzowaniu pisze dość mgliście, ale czytelnik od razu rozpozna w poniższym zdaniu siebie: "Musimy przyznać, że jesteśmy wymagający, a także że mamy trudność z uzasadnieniem, czego właściwie wymagamy. Przy rożnych okazjach różnie formułujemy swoje pytanie. Powtarza się ono najczęściej, kiedy skończywszy czytać powieść, z westchnieniem pytamy: czy było warto?"
Ważną, jeśli nie najważniejszą nicią przewodnią w pisarstwie Woolf jest sprawa emancypacji kobiet. Nie tylko dostajemy bowiem odczyt dla London and National Society for Woman's Service, ale i pisarka podaje nam życiorysy, rzuca nazwiska mało znanych (mam wrażenie, że nie tylko dziś, ale i za czasów Woolf) kobiet bezpretensjonalnych, kobiet-naukowców, pisarek, które przetarły szlak tym dzisiejszym - jak na przykład pani Murasaki, Eleanor Ormerod, Julię Margaret Cameron, Mary Wollstonecraft, czy Margaret Cavendish.
Na potrzeby esejów podaje nam skróconą analizę kobiecego pisarstwa, i tak '"na początku XIX-go wieku powieści kobiet były w znacznej mierze autobiograficzne", sto lat później, w czasach Woolf "kobiety zaczynają analizować własną płeć", co jest nurtem kontynuowanym przez późniejsze pisarki, takie jak choćby Simon de Beauvoir, czy Ericę Jong.
Poza swoistym tryptykiem czytanie-pisanie-recenzowanie oraz sprawą kobiet, pojawiają się fascynujące eseje będące jedną wielką obserwacją współczesnego świata. Naloty na Londyn dostarczają pisarce pretekstu do snucia rozważań o kruchości życia, wędrówka pod pozorem kupienia ołówka, to wizja wieczornego miasta, jego harmonia, piękno, a także pole do popisu dla niestrudzonej wyobraźni; nawet takie z pozoru błahe zdarzenia, jak śmierć ćmy na parapecie dostarczają jej pretekstu do snucia refleksji.
Dziennik roku chrystusowego - Jacek Dehnel
1/52. Ponoć Polacy nie czytają
książek. Obracam się w dwójnasób specyficznych kręgach (bo i biblioteka i
książkowa blogosfera) i jestem odmiennego zdania. A że czytający biją rekordy i
wyrabiają normę za nieczytających, o tym można się przekonać na wiele sposobów,
wśród których jest na przykład wyzwanie
Moją pierwszą z (przynajmniej) pięćdziesięciu
dwóch jest Dziennik roku chrystusowego Jacka Dehnela. Zabawne, że czytam go
akurat kończąc swój rok chrystusowy; co prawda ten Dehnelowski jest sprzed dwóch lat, a mój wydarza się teraz, ale jednak taka zbieżność cieszy.
Przypomina mi się, że czytając Joyce'a zrównałam się ze Stefanem Dedalusem (by
ostatecznie go jednak wyprzedzić).
Jaki ten rok chrystusowy dla
Dehnela był? Mam wrażenie, że reprezentatywny dla reszty jego życia; spokojny,
pracowity, ot, jak rok każdego z nas. Nawet kiedy wydarzało się coś złego, jak
śmierć babci Pietii, działo się coś, co niezaprzeczalnie należy do koła życia.
Niedawno czytałam dziennik
Susan Sontag, pełen wyrwanych z kontekstu zapisków, urwanych myśli, list
wszelakich. Dziennik Dehnela jest zgoła inny, wartko płyną chwile w czasie
rozmaitych wyjazdów, autor często pisuje siedząc w pociągu. Dużo tu przemyśleń
na temat religii, światka poetów polskich, społeczeństwa. Dostajemy znakomite obserwacje
ludzkich charakterów, zachowań, anegdotki i dykteryjki, a także takie zupełnie
na świeżo, niewystudiowane (bądź na takie miały wyglądać) "recenzje" koncertów, obrazów,
pejzaży. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu na LC wyłowiłam jedno wyrażenie
opisujące "ponoć" ów dziennik: przeintelektualizowany.
Nie mogę się podpisać pod takim stwierdzeniem i musiała je napisać osoba
niepotrafiąca się odnaleźć w języku Dehnela (takiej osobie polecam powieści[dła]
o uczuciach polskich autorek).
Na koniec jeszcze jedna taka
myśl, właściwie pytanie zadawane samej sobie - czy wolę czytać coś, co było
intymne, schowane do szuflady, pisane na kolanie, naprędce, czy dziennik
prowadzony "specjalnie" dla czytelnika? Nie umiem na to pytanie
jednoznacznie odpowiedzieć. Trzymam się (przy dziennikach wszelkiej maści)
zasady, iż nie należy osądzać - czy to stylu, czy tym bardziej cudzego życia. Sama
bowiem pisuję takie chaotyczne dzienniki, pełne zapisków bez związku. A może
powinnam pisać dla kogoś, uważać na styl, prowadzić myśli, wątki, by nie
biegały jak kury po podwórku?
Kanał na YT
-
Wszyscy uwielbiają listy, topy wszech czasów, złote dziesiątki, etc. BBC ma swoją setkę, która krąży po internecie, niedawno ukazała się po...
-
Jak domowym sposobem skleić naderwane strony? Z pewnością spotkaliście się z podobnym problemem: naderwana, bądź całkowicie oderwana stron...
-
Dwa lata temu pokazywałam, jak naprawić strony książki, żeby nie było widać rozdarcia . Pokazywałam wówczas zastosowanie bibułki bezkwasow...
-
Maria Wirtemberska z Czartoryskich (1768-1854) była córką Izabeli Czartoryskiej, założycielki pierwszego w Polsce muzeum mieszczącego się w...
-
Drogi Czytelniku, właśnie umarłeś i trafiłeś do piekła. A takie czytelnicze piekło wygląda tak: 1. Serie wydawane są w różnych wielkoś...
-
Każdy spotkał się z tak zwanym znormalizowanym maszynopisem. Znaczy to nie mniej nie więcej, że w czasach kiedy używamy komputera zamiast m...
-
1874 roku w Wielkiej Brytanii zaczęła ukazywać się w odcinkach powieść Z dala od zgiełku tłumu Thomasa Hardy'ego. W Polsce doc...
-
Od mojej obrony minęło pięć lat z kupką. Studia wybrałam świadomie i bardzo się przygotowywałam, żeby na nie zdać (nie było wtedy konkursów...
-
►
2018
(31)
- ► października (4)
-
►
2017
(36)
- ► października (8)
-
►
2016
(60)
- ► października (10)
-
►
2015
(68)
- ► października (4)
-
►
2014
(57)
- ► października (4)
-
►
2013
(42)
- ► października (2)
-
►
2012
(33)
- ► października (3)


















