Header Image

Potargowo:)

Targi Książki w Katowicach odbywały się w dniach 21-23 listopada. W piątek – z tego co wiem – odbywały się prezentacje biblioteczne adresowane do szkół. Za to drugi dzień zdecydowanie należał do blogerów. Nie mogłam ominąć imprezy, która odbywała się niemal pod moim nosem. Wcześnie rano złapałam pociąg do stolicy Górnego Śląska; oczy mało mi z orbit nie wyszły, kiedy okazało się, że podjechał taki zdezelowany blaszak, zamiast nowoczesnej kolejki podmiejskiej (miałam chyba pecha, bo również takim „złomem” wracałam). W Katowicach wysiadłam przed dziewiątą, a otwarcie targów przewidziano na dziesiątą. Siłą rzeczy musiałam się poszwędać po mieście. Podziwiałam liczne murale, zrewitalizowane przestrzenie, odnowione ulice, „coś” na rynku, a w końcu podreptałam na dobrze mi znaną ulicę Bankową w okolicę WNSu (mój były wydział). Stamtąd miałam tylko kawałek do wspaniałej CINiBY, która niestety, jak większość obiektów w K-cach była osiatkowana i nie dała się korzystnie sfotografować. Zabrnęłam również w okolice nowej siedziby NOSPRu; budynek jest przepiękny, monumentalny, jednocześnie stonowany, a okolony niewielkimi drzewkami i ławkami wprost urzeka.


NOSPR

Spodek. No cóż, zawsze miałam wrażenie, że zaraz zacznie wirować i oderwawszy się od chodnika poszybuje „do swoich”;) Jakoś nie potrafię gospodarować czasem, bo znów byłam zbyt wcześnie, ale przynajmniej poznałam Anię z Lektur wiejskiej nauczycielki oraz Janka z Tramwaju nr 4. Przed otwarciem bramek wyobrażałam sobie, że runiemy tłumem godnym wyprzedaży w Lidlu, ale było nas nie tak znów wielu – co ciekawe, wśród wchodzących znalazł się lekko podenerwowany pan, który szedł na wyprzedaż sprzętu zimowego (ale o co chodzi?). Zebrawszy się większą blogerską grupą pomaszerowaliśmy do sali nr 1, w której  miał odbywać się panel blogerski. Dziewczyny ze Śląskich blogerów książkowych już czekały. W związku z „niemaniem” mikrofonu proszeni byliśmy o zrobienie przytulnego kółeczka wokół moderatorek – panele moderowały po kolei Ilona z Ostatniego Czytelnika oraz Archer z Do ostatniej pestki trzeba żyć. I zaczęło się. Czy chcemy czytać tylko i wyłącznie o książkach, czy o tematach różnych? Przyznałam się, że czasem wtrącę jakiś film, relację z wystawy, robótkę – okazało się, że ja i Janek jesteśmy prowadzącymi blogi lajfstajlowe; poczułam się jak Kasia Tusk;) Również Szyszka z Kawy z Cynamonem przyznała się do odstępstw od tematów tylko i wyłącznie recenzyjnych. Magdalenardo stuprocentowo optowała za wpisami tylko i wyłącznie książkowymi. Silaqui postulowała, by nie bać się wyjść poza ramy. Kolejne pytanie dotyczyło tego, dla kogo piszemy? Dla siebie, czy dla czytelników. Ty chyba była między nami zgodność, że i dla siebie i dla czytelników. Oczywiście rozmowa zeszła na temat statystyk. Tu muszę się zgodzić z Jankiem, by nie zwracać uwagi na statystyki googla (blogera),  a założyć Google analytics: nie wiem jak dla Was, ale dla mnie bardziej liczą się odwiedzający powracający, nie pojedyncze wejścia z wyszukiwarek, które odsyłają w przypadkowy sposób. Bardziej wartościowe jest utrzymanie czytelnika, sprawienie, by wracał, niż ściąganie „zabłąkanych” googlujących. Czy krytykować książki recenzyjne? No, ciężka sprawa. Padło również pytanie o pozyskiwanie książek, a także o długość recenzji. Wyszło na to, że to w gruncie rzeczy sprawa zupełnie indywidualna. Dość długa dyskusja wywiązała się przy pytaniu o komentarze, czy komentować, jak długie i na ile wnikliwe powinny być i dlaczego de facto brak jest polemiki na blogach?


Od lewej: Szyszka (Kawa z Cynamonem), Ania (Lektury wiejskiej nauczycielki), Miranda (Kawa z Cynamonem), Archer (Do ostatniej pestki trzeba żyć), Janek (Tramwaj nr 4), ja, Agnieszka (Dowolnik)
Właściwie konkluzji nie było, ale fajnie było porozmawiać z innymi ludźmi z tej samej bajki. Widziałam dużo nowych twarzy (jedna z blogerek to zupełna świeżynka – bloguje od zaledwie trzech miesięcy, ale idzie jej bardzo dobrze), miło było również spotkać Sardegnę, Karolinę i Agnieszkę z Dowolnika.
W przerwie paneli (około 11:30) zeszliśmy na salę główną. No i tu mnie zamurowało: nie dość, że stało tylko kilka stoisk na krzyż, to jeszcze na sali rozlegało się… ona tańczy dla mnie, po którym nastało gangnam style. Straszny zgrzyt, który się okazał być zabawą dla dzieci (litości!). Po lewej stronie od wejścia rzeczywiście stały rozstawione stoiska ze sprzętem sportowym (narty, etc), a w tyle biżuteria. Gdzie ja jestem? – myślałam – na bazarze?! Ale pal licho. Po drugiej kawie w kafeteryjce blisko sceny wreszcie dojrzałam jakichś autorów, których kojarzyłam: Philipiuka nie da się nie zauważyć, bo jest bardzo charakterystyczny, tyłem do mnie (oj, niestety) stał Jakub Ćwiek. Żałowałam, że nie miałam przy sobie jakiejś jego książki, bo co bym mu miała podetkać do podpisu, papierową serwetkę? Może następnym razem.
Wypada wspomnieć jeszcze o dwóch miłych akcentach, otóż dziewczyny ze Śląskich blogerów książkowych zorganizowały cieszącą się wielką popularnością wymiankę książkową, a także obdarzyły nas paczuszkami z – a jakże – książkami. Mnie się dostał Victor Horvath, z czego bardzo się cieszę, chociaż do teraz nie jestem w stanie powiedzieć, gdzie słyszałam to nazwisko (w Dwójce z pewnością).
Po targach, które żegnaliśmy bez żalu impreza przeniosła się do City Rock. Tu również  śmiechom, dyskusjom i okazjonalnym fotkom nie było końca. Wracałam do domu pozytywnie naładowana, nie tyle targami, które były mizerne, co spotkaniem z przemiłymi ludźmi, z którymi łączy mnie wspólna pasja.

Dwoje ludzi - A. A. Milne

Po Dwoje ludzi chciałam sięgnąć już od jakiegoś czasu. Żałowałam, że nie kupiłam jej w antykwariacie kilka lat tamu, bo od tamtej pory była dla mnie niedostępna. Wyobraźcie sobie, jak się ucieszyłam, kiedy koleżanka podarowała mi ją, bo szkoda jej było wyrzucić, a książka przecież całkiem dobra. No więc adoptowałam książkę i jeszcze tego samego dnia zabrałam się za czytanie.
Może nie nazwałabym tego rozczarowaniem, ale książka mnie nie porwała. Jest to nieco infantylna opowieść o bogatym próżniaku, którego jedyna powieść odnosi wielki sukces. Reginald Wellard mieszka na wsi wraz ze swoją młodszą o około piętnaście lat żoną, Sylvią. O ile Wellarda można spokojnie nazwać Kubusiem Puchatkiem w ludzkim ciele (przykro mi, ale porównanie z Kubusiem jest nieuniknione), to Sylvia rozpływa się w braku jakichkolwiek dających się zdefiniować cech, słowem, Sylvia jest napisana kompletnie bez charakteru. 
Jedyna książka Aleksandra Alana Milne'a adresowana do dorosłych czytelników w porównaniu z opowiastkami o Misiu o małym rozumku, niestety wypada blado. Co dziwne, nie jest to spowodowane czasami, w których powieść została wydana (rok 1931), ponieważ Milne'a koledzy z satyrycznego pisma Punch, tacy jak P.G. Wodehouse, czy Jerome K. Jerome nie tylko odnieśli sukces, ale i czytani są do dziś. Oczywiście, nie znaczy to, że Milne'a odradzam, bo tak nie jest - lekka proza napisana z humorem może czytelnikom przypaść do gustu, ale mojego serca nie podbiła. 
O życiorysie Milne'a nie wspominam celowo, bo niedługo zaczynam jego biografię.

Książka przeczytana na wyzwanie

WYSTAWA "NAJPIERW KSIĄŻKA - POTEM FILM!"

Jeszcze do końca listopada w filii nr 4 rybnickiej Biblioteki można oglądać wystawę Najpierw książka - potem film.

 Filmowcom często umyka wiele wątków z ekranizowanego działa. Dosłowne przełożenie książki na język ruchomych obrazów jest nierzadko niewykonalne. Filia nr 4 Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Rybniku proponuje czytelnikom sięgnięcie po literackie pierwowzory hollywoodzkich przebojów. Wystawa jest czynna w godzinach pracy biblioteki. Serdecznie zapraszamy i przypominamy: najpierw książka - potem film!


A Wy - czy najpierw sięgacie po książkę, czy dopiero za sprawą ekranizacji?
Przyznam, że u mnie jest różnie. Czasem po prostu ekranizacja jest pierwsza, ale kiedy idę na jakiś film, który interesuje mnie na tyle, że chętnie przeczytam pierwowzór - oczywiście książka ma wtedy pierwszeństwo. Niekiedy zdarza się, że film jest lepszy: moim zdaniem P.S. Kocham cię jest takim przykładem ekranizacji lepszej niż książka. Ale w 99% procentach to właśnie książka jest  lepsza, pełniejsza i do tego zachwyca językiem. 
Jakie ekranizacje odgadnęliście niedawno? Wybieracie się na jakieś do kina (w tym tygodniu wchodzi kolejna część Igrzysk śmierci)?



  Zdjęcia są mojego autorstwa, ale promują wystawę, więc możecie je obejrzeć na różnych portalach ;)

Stephanie von Hohenlohe Księżna nazistów - Jim Wilson

W książce Księżna nazistów Jim Wilson, brytyjski dziennikarz i dokumentalista zastanawia się nad fenomenem Stephanie von Hohenlohe-Waldenburg-Schillingsfürst. Ta Węgierka pochodzenia żydowskiego wykorzystywała urok osobisty by zjednać sobie wpływowych przyjaciół, wśród których byli potentat prasowy, właściciel Daily Mail, lord Rothermere, król Edward VIII z Wallis Simson, a także Adolf Hitler, dla którego stała się jedną z najniebezpieczniejszych kobiet międzywojennej Europy.
Stephanie von Hohenlohe przyszła na świat 16 września 1891 roku jako nieślubne dziecko Ludmili Kurandy, Żydówki z Pragi, która pod nieobecność męża (przebywał w więzieniu) miała romans z Maxem Wienerem. Po wyjściu z więzienia Hans Richter uznał małą Stephenie "za swoją", równocześnie dziewczynka "zyskała" pochodzenie aryjskie i katolickie (co oczywiście będzie oddziaływało na jej korzyść pół wieku później). Stephenie od najmłodszych lat uważana była za piękność. Jeżeli piękno spotka się z wyrachowaniem otrzymujemy groźną mieszankę. Rodzina Stephenie nie była bogata, ale dziewczyna była ambitna i za cel postawiła sobie wyjść za księcia, co też uczyniła. Małżeństwo nie przetrwało zbyt długo, ale Stephenie zyskała tytuł szlachecki (jej nieślubny syn również – sytuacja analogiczna do jej własnej!).
Krążąca po bogatych uzdrowiskach Europy Stephenie poznała Annabel i Jacka Kruse’ów (Annabel była cioteczną babką autora), milionerów i bon vivantów należących do śmietanki towarzyskiej. Annabel szczerze pokochała Stephenie; to ona poznała ją z lordem Rothermere, który znalazł w ramionach ambitnej kobiety pocieszenie.
Nastroje po pierwszej wojnie światowej w Wielkiej Brytanii i Ameryce dopisywały. Wyścigi drogich samochodów, przyjęcia, na których bywali wszyscy; żyło się, jakby jutra miało nie być. Nikt nie myślał o zbrojeniach, chociaż to właśnie Rothermere postulował finansowanie sił lotniczych (późniejszy RAF) w razie kolejnego konfliktu zbrojnego. Tym czasem we Włoszech rodził się faszyzm, a nowo wybrany kanclerz Niemiec rósł na potężnego przeciwnika. Ze słów Wilsona wyniosłam, że tylko Churchill był przeciwny entuzjazmowi, z jakim elity Zjednoczonego Królestwa wypowiadały się o Adolfie Hitlerze. Gorącymi admiratorkami Hitlera były szczególnie piękne siostry Mitford, zwłaszcza szaleńczo zakochana w fürerze Unity (po wypowiedzeniu wojny Niemcom przez Wielką Brytanię Unity próbowała popełnić samobójstwo). Siostra Unity, Diana była żoną brytyjskiej lidera faszystowskiej partii, Oswalda Mosleya. Mosley nie zyskał posłuchu, bowiem Brytyjczycy zbyt przywiązani byli do monarchii i źle odebrali próbę przeszczepu faszyzmu na demokratyczny grunt. O sympatii dla Hitlera mówiło się w najznamienitszych kręgach – król Edward VIII abdykował bo był do tego zmuszony – zbyt często łączono jego nazwisko z nazistami, sama Wallis Simson była gorącą admiratorką Hitlera, a po osiedleniu się pary na stałe Francji często mówiło się o powrocie pro-nazistowskiego króla na tron.
Wilson omawia wpływ przebiegłej i dwulicowej księżnej na tuzów Europy, podaje przykłady jej wyrachowania, knowania i zabiegi, których się dopuszczała dla własnych interesów, oraz interesów ukochanego fürera. Po wojnie odżegnywała się jednak od swojej szpiegowskiej działalności twierdząc, że działała dla pokoju, nie przeciw niemu.
Księżna nazistów nie jest tylko ciekawą biografią sprytnej kobiety, ale i wspaniałym rysem historycznym opisującym ciemną księgę Brytyjczyków sympatyzujących z nazistami. Propaganda, lobbowanie na rzecz wroga, jednocześnie zdrowy rozsądek niektórych spośród polityków (wspomniany Churchill), co miało wpływ na powojenną mapę Europy. Jaka więc była rola księżnej, której pokaźnymi teczkami dysponowały wywiad Zjednoczonego Królestwa i USA?

Łuk triumfalny - Erich Maria Remarque

Pełen skomplikowanych relacji, niejednoznaczny, emocjonalny, tragiczny - taki jest Łuk triumfalny Ericha Marii Remarque'a. Ta wydana w Stanach tuż po wojnie antywojenna powieść jest jedną z najbardziej znanych w dorobku pisarza. Zawarł w niej piękny przekaz: nawet w najtrudniejszych czasach możliwa jest miłość, kochać może nawet człowiek zastraszony i cierpiący który boi się miłości. Remarque zawarł w niej również swoje doświadczenia; urodzony w Osnabrück Erich Paul Remark dobrze znał wojenne piekło (był ciężko ranny na froncie w czasie I wojny światowej), które opisał w powieści Na Zachodzie bez zmian. Powieść ta jak i film nakręcony na jej podstawie na tyle nie rozjuszyła nazistów, którzy zaczęli prześladować Remarque'a dopatrując się w jego korzeniach pochodzenia żydowskiego. W 1939 roku Remarque emigrował do Stanów Zjednoczonych. Po wojnie zamieszkał w Szwajcarii, w której zmarł w 1970 roku.
Łuk triumfalny oprócz antywojennego wydźwięku, opowiada również o monotonii ludzkiej egzystencji przerywanej miłością, która przychodzi nie w porę. Ravic, doskonały chirurg, zarazem nielegalny emigrant z nazistowskich Niemiec, by nie wyjść z wprawy i mieć za co opłacić pokój w hotelu operuje nielegalnie "za" francuskiego kolegę. Jest świadkiem wielu bezsensownych śmierci pacjentek, które na własną rękę próbują usuwać ciążę. Niektóre z nich są prostytutkami, niektóre zwykłymi pannami, dla których ciąża przychodzi nie w porę. Życie głównego bohatera jest jałowe, a właściwie wyzute z głębszych relacji po części z przyczyn obiektywnych (bez paszportu nie ma co liczyć na legalny pobyt, co za tym idzie na własny dom, samochód, itp.), po części z przyczyn o wiele głębszych - Ravic uciekł z kraju, w którym go prześladowano, bo nie chciał przyłączyć się do ogólnonarodowego spędu pod symbolem swastyki; był poddawany torturom, z których najokrutniejsza było zamordowanie przyjaciółki Ravica na jego oczach. Koszmar jednak powraca - przypadkowo w ulicznym tłumie Ravic rozpoznaje oprawcę, za którym podąża... Jednocześnie w Paryżu, mieście uchodźców, Ravic ratuje niedoszłą samobójczynię, Joanne Madou, w której się zakochuje. Niemłoda już, zakochana w sobie para zostaje rozdzielona przez niesprzyjające okoliczności. W przededniu wojny świat staje na głowie, a bohaterowie piją calvados, gorzki jak ich miłość.
Jak odebrałam te powieść? Zakochałam się w niej! To jedna z najlepszych powieści, jakie czytałam. Ravic jest wspaniale napisanym bohaterem, w którym można się zadurzyć bez reszty. Ale Joanna irytowała mnie od początku - do tej pory tylko jedna bohaterka wywoływała we mnie autentyczne skurcze żołądka, a była nią Mildred z powieści W niewoli uczuć W. Somerseta Maughama. Dużą sympatią obdarzyłam Borisa, odźwiernego w Alhambrze, która w późniejszych latach słynęła jako lokal kolaborantów.
Świat, w którym przyszło żyć Joannie i Ravicowi to świat kulawy, naznaczony może nie tyle złem, co niechęcią, pogonią za czymś, co nie ma sensu... Tu liczą się pieniądze, stosunki, paszport, a nie umiejętności, wartość, miłość... Przyjaźń istnieje jedynie wśród emigrantów. I niby taka prosta opowieść o miłości, a tyle wzruszeń, tyle emocji.

Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny - Anthony Shadid


Siedziałam w przychodni czekając na swoją kolej. Skończyłam już książkę, która miałam ze sobą i przestawiłam się na radio - Trójkę, oczywiście. Traf chciał, że akurat Michał Nogaś, prowadzący audycje o książkach. Kto jak kto, ale redaktor Nogaś zawsze mnie na jakąś książkę nakusi i muszę ja potem kupić/mieć/przeczytać. Oczywiście od razu zapisałam autora i tytuł, a także skrótowo, o czym książka opowiada. Przy okazji wizyty w zaprzyjaźnionej księgarni stałam się posiadaczką własnego egzemplarza książki Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny Anthony’ego Shadida. Urodzony w Stanach Zjednoczonych Shadid miał libańskie korzenie, ale dorastał w stricte amerykańskiej rodzinie; języka arabskiego nauczył się o wiele później i do celów związanych z pracą. Ten wieloletni korespondent New York Timesa na Bliskim Wschodzie był świadkiem wkroczenia sił amerykańskich do Bagdadu w 2003 roku. Obserwował jak zmienia się świat Irakijczyków, ich życie i sytuacja polityczna. Paradoksalnie zmarł nie w wyniku ran postrzałowych, a… ostrego ataku astmy połączonego z alergią na końską sierść. Dla przypomnienia dodam, że w Iraku w 2004 roku zginął w wyniku ostrzału polski korespondent wojenny, Waldemar Milewicz (dżihadyści zignorowali napis PRESS na samochodzie).

Bagdad liczy sobie ponad półtora tysiąca lat. Miasto to naznaczone jest krwawą historią licznych podbojów, ale i uważane za jedno z najpiękniejszych i najlepiej rozwiniętych. Niestety, XX-ty wiek przyniósł Irakijczykom dalsze rozczarowania – Shadid przytacza analogiczny do tego z 2003 roku przykład „wyzwolenia” Iraku: w roku 1917 Anglicy wyzwalają Irak spod tureckiej niewoli, co prowadzi do krwawo stłumionego powstania w 1920 roku. Po wyniszczającej wojnie z Iranem i napaści na Kuwejt, która pociągnęła za sobą  operację Pustynna Burza, Irak na dziesięć lat został odcięty od świata i zdany na łaskę kacyków podległych dyktatorowi z powodu sankcji wprowadzonych przez USA. W jednym z wywiadów Madeleine Albright zapytana przez dziennikarkę: Słyszeliśmy, że pół miliona dzieci zginęło. Wydaje mi się, że to jest więcej niż zginęło w Hiroszimie. Jak pani myśli, czy ta cena jest warta tego? bezdusznie stwierdziła: Myślę, że to jest bardzo trudny wybór, ale cena – myślimy że jest to tego warte. Irakijczycy nigdy jej tego nie zapomną...
Kiedy w 2003 roku Amerykanie wkroczyli do Iraku ludzie mieli nadzieję na wolność i swobody obywatelskie, które za czasów Saddama Husajna były tłamszone. Dyktator faworyzował sunnitów kosztem bardziej religijnych szyitów. Dowództwo armii USA jednak nie miało planu, co robić z wyzwolonymi ziemiami, i z czasem w Iraku zapanował kompletny chaos. Jak z początkiem działań wojennych bombardowano cele w miarę dokładnie, tak później bombardowane zostały cele cywilne, w tym dzielnice mieszkalne. Mężczyzna trzymający na rękach swoje zabite w wyniku bombardowania dziecko krzyczy do Shadida „czy mój syn wygląda jak generał?!”. W ludziach rośnie rozpacz i  niepewność, co przyniesie jutro. Ceny żywności wzrosły, prąd i woda jest towarem luksusowym. I w pewnym momencie ktoś rzuca, że Husajn nie był taki zły, skoro po zbombardowaniu w czasie  Pustynnej Burzy elektrowni w dwa tygodnie przywrócił miastu dostawy prądu, a amerykanie nie potrafili tego zrobić przez rok… Ludzie buntują się przeciwko okupacji. (tu  możecie poczytać o „stabilizacji” Iraku)
Jednocześnie odżywają dawne animozje miedzy szyitami i sunnitami. Do głosu dochodzą skrajni ajatollahowie, tacy jak Al-Sistani. Rodzi się dżihad, a zamachy na miejsca święte wypełnione tłumami pielgrzymów, bazary pełne kupujących, oraz na utworzoną niemal od nowa policję przybierają na sile zbierając coraz krwawsze żniwo.
Jak żyć w świecie pogrążonym w mroku, w którym ma się wrażenie, że zawsze nadciąga noc? Autor odwiedza kilkanaście zaprzyjaźnionych rodzin; Irakijczycy słyną z gościnności nawet wobec obcych, a Shadid jest przecież jednym z najeźdźców. Czternastoletnia Amal prowadzi dziennik, który regularnie pokazuje reporterowi. Pisze: "Dziecięce serca są pełne lęku i bólu z powodu wojny... Czym zawiniły dzieci, że muszą płakać i dorastać, dźwigając bolesne brzemię wojny?" Nie wstydzi się wyrażać swoich opinii, jest coraz bardziej świadoma sytuacji w kraju, wojna kradnie jej dzieciństwo. Nawet wybory w 2005 roku, które dały Irakijczykom namiastkę wolności i nadziei nie  przyniosły poprawy. Prawdopodobnie po 2003 roku w wyniku konfliktu zbrojnego, w tym także wojny domowej, zginęło około miliona Irakijczyków, w większości cywili. Nie dalej jak w niedzielę bomba podłożona pod namiotem z jedzeniem zabiła czternastu szyickich pielgrzymów, raniąc kolejnych 32.
Do reportażu Shadida podeszłam bardzo emocjonalnie. Pierwsze kilkaset stron czytałam dość długo, bo opis krwawych łaźni, w których ginęły dzieci działał na moja psychikę wyczerpująco. Część poświęcona polityce, rodzącemu się dżihadowi czytało mi się bardzo szybko. Nadciąga noc liczy ponad pół tysiąca stron, ale to za mało, by w pełni poznać ten podzielony, tragiczny kraj. Myślę, że Shadidowi wspaniale udało się oddać trwogę życia codziennego Irakijczyków w okupowanym Bagdadzie; równie rzeczowo opisał podłoże konfliktów religijnych, które doprowadziły do wojny domowej.

Pełnia architektury - Walter Gropius

„Nasz wiek produkuje miliony ekspertów; czas zrobić miejsce dla ludzi z wizją.”

Walter Gropius, jeden z największych architektów  XX-go wieku, jest kojarzony z Bauhausem - uczelnią, która wykształciła odrębny styl, będący połączeniem funkcjonalności ze zrozumieniem ludzkiej natury, nowoczesnego wzornictwa z uniwersalizmem. Podobnie jak inny przedstawiciel stylu międzynarodowego, Mies van der Rohe, Gropius był spadkobiercą zarówno Petera Behrensa (przedstawiciel secesji monachijskiej), jak i De Stijl, których formy architektoniczne cechuje prostota i przestronność.
Początkowe rozdziały Pełni architektury skupione są wokół szkoły architektonicznej nowego typu, która zaczęła działać w 1919 roku w Weimarze. Gropius wyłuszcza założenia Bauhausu, oraz jego nowatorstwo w stosunku do „zwykłych” szkół architektonicznych. „Przyświecający szkole cel zakładał tworzenie współczesnej sztuki architektonicznej, która wzorem natury ludzkiej, miała mieć charakter uniwersalny. Nieprzypadkowo skoncentrowano się na obecnie najbardziej naglącym wyzwaniu – niedopuszczeniu do zniewolenia człowieka przez maszyny (…) Pragnęliśmy wyeliminować wszystkie wady wytworów maszynowych, nie tracąc przy tym ani jednej cennej zalety”. Dla Gropiusa ważna była praca zespołowa z kompetentnym koordynatorem, primus inter pares. Największe zagrożenie upatrywał w sztywnej akademickiej edukacji – przy biurku, nie w terenie. Równowaga między doświadczeniem a wiedzą. „Szkolenie powinien otwierać kurs wstępny, ukierunkowany na koordynację prac ręcznych oraz projektowania”. Młody projektant „powinien potrafić trafnie ocenić proces gospodarczy łączący się z późniejszym wytwarzaniem wyrobu na skalę masową, nawet jeśli czas i ilość zużytego materiału mają w procesie projektowania i produkcji znaczenie drugorzędne”. Doświadczenia powinno się szukać bezpośrednio na budowach, na przykład terminując u kierownika budowy, co miałoby się przełożyć na znajomość budulca, tego, jak zachowuje się dany materiał w praktyce. Dużą wagę przykłada również do znajomości złudzeń optycznych i konsekwencjach do ich zastosowania przez architektów; „projektant – jeśli tylko opanuje odpowiednie środki – jest w stanie stworzyć złudzenia zaprzeczające faktycznym pomiarom czy planom”.
Walter Gropius położył podwaliny pod współczesne budownictwo i wzornictwo. Postulował uniwersalność w połączeniu z cechami lokalnymi, oraz adekwatność architektury do wymogów nowoczesności. Jego marzeniem było podniesienie standardów życia klasy robotniczej i niższej klasy średniej. W rozdziale Socjologiczne przesłanki dotyczące mieszkań o minimalnym standardzie miejskiej ludności przemysłowej zawarł założenia nowoczesnego budownictwa z wielkiej płyty, jego zalety w porównaniu z zabudową przestarzałego typu, jakim były kamienice z charakterystyczna „studnią” w środku (chodzi o rodzaj podwórza, na które nie padało światło słoneczne). „Podstawowymi wymogami zdrowego życia są, prócz jedzenia i ciepła, światło, powietrze oraz wolna przestrzeń”. Zaspokojenie tych wymogów upatrywał Gropius w maksymalnym wykorzystaniu przestrzeni i możliwościach technicznych, jak na przykład wentylacja, windy, układ bloków względem siebie i światła słonecznego, przy jednoczesnym uwzględnieniu natury w projektach architektonicznych, takich jak skwery, ogrody na dachach, place zabaw. Gropius chciał stworzyć architektoniczny odpowiednik Forda T: dom dla mas. Jednocześnie uważał na konsekwencje powtarzalności, a w rezultacie nudy i stagnacji „Dobra architektura – pisze architekt - powinna być odwzorowaniem samego życia, co zakłada dogłębną znajomość zagadnień biologicznych, społecznych, technicznych i artystycznych.”
Wizja Gropiusa jest wciąż żywa. W całej Polsce rozsianych jest tysiące blokowisk, które w założeniu miały poprawiać sytuacje mieszkaniową rodzin. Dziś takim krokiem naprzód są domki szeregowe budowane na obrzeżach miast przez deweloperów. Są kompromisem między wiejskimi domkami i domami wielorodzinnymi.
Jeszcze na koniec kilka słów o samym wydaniu: okładka z tektury mnie urzekła, druk jest elegancki. W tekście kilka razy możemy natrafić na zmianę koloru czcionki, jak przypuszczam dla oszczędzenia nam pisania po książce. Bardzo się cieszę, że mamy na rynku wydawnictwo skupiające się na tak wartościowych rzeczach, jak architektura, filozofia (Karakter wydaje miedzy innymi Susan Sontag), dobry esej. 

Follow on Bloglovin

Potargowo

Kiedy pojawiła się możliwość wyjazdu na Targi Książki do Krakowa, nie wahałam się ani chwili. Jechałam zorganizowaną grupą, więc miałam dość ograniczony czas, niemniej jednak udało mi się "odhaczyć" najważniejsze punkty w sobotnim kalendarzu targów.
Przed wejściem była niesamowita kolejka - a ponoć Polacy nie czytają książek! Dwie olbrzymie hale - Wisła i Dunaj, oddzielone są złączką z salami Wiedeń A i Wiedeń B (w W. A o 13-stej odbywało się spotkanie blogerów, do którego "włożyłam głowę" na chwilę dosłownie na chwilkę). Hale robią wrażenie, są przestronne, wysokie, ale przy tej powodzi zwiedzających było i tak tłoczno. 


Wydrukowałam sobie wcześniej plan zaznaczając interesujące mnie stoiska i spotkania autorskie, na których chciałam być. Udało mi się (z fajnymi rabatami) kupić Sens życia (kolejną po Dziwnych zwierzętach i Innej podroży część o Mrówkojadzie i Orzesznicy), zdobyłam upatrzoną Susan Sontag, złapałam Angoli. Nie udało mi się ustrzelić dwu innych książek; jedna prawdopodobnie była wydana zbyt dawno temu, drugiej nie umiałam znaleźć (wydawnictwo Albatros nie miało stoiska?).
Widziałam wiele znanych twarzy: ojca Leona Knabita, Agnieszkę Tyszkę, Wojciecha Cejrowskiego, mignął mi Miłoszewski. Od 12-stej Paulina Wilk podpisywała Znaki szczególne, które bardzo chciałam zdobyć właśnie z autografem. Co prawda z panią Pauliną zamieniłam kilka zdań, ale okazała się miłą, rozmowną osobą. Muszę się pochwalić zdjęciem:
Z lewej Paulina Wilk, po prawej - c'est moi
Niestety, nie udało mi się być na spotkaniu z Dehnelem (promował Matkę Makrynę), nie zdobyłam również tomiku Krzysztofa Siwczyka (a chciałam mu pogratulować nagrody Kościelskich i zdobyć autograf), ominął mnie również Twardoch. 
Za to zrobiłyśmy sobie spacer po jesiennym Krakowie. W Cafe Choco ogrzałyśmy się przy ciepłej kawie, zajadając przepyszny sernik. Na rynku jak zwykle tłum turystów, gołębie i stragany z kwiatami. Może to bliskość czakramu, bo przyjechałam zmęczona, ale niesamowicie pozytywnie naładowana. 
Co do samych targów, to hale były tak ogromne, że nie do ogarnięcia jednego dnia. Żeby tak spędzić na każdym ze stoisk przynajmniej piętnaście minut, to musiał by mieć człowiek dwa tygodnie;) O niektórych wydawnictwach w ogóle nie słyszałam. Z tego co wiem, prawdopodobnie kręciło się po halach wielu moich znajomych, w tym wielu blogerów, ale przyuważyłam tylko jedną blogerkę i jednego znajomego ze studiów. 
Byliście? Jakie macie wrażenia? Duże te Wasze stosy? 






  
Follow on Bloglovin

Bukareszt. Kurz i krew - Małgorzata Rejmer

źródło: LubimyCzytać.pl
Kiedy w 1989 po błyskawicznym procesie stracono Nicolae Ceaușescu i jego żonę, Elenę, miałam siedem lat. Ale pamiętam czarno-białe zdjęcia i rozjuszony, zdesperowany tłum. W książce Bukareszt. Kurz i krew Małgorzata Rejmer wraca do tego momentu, usiłując dociec co sprawiło, że lud "ugryzł rękę, które go karmiła". Ceaușesc, niedouczony syn szewca wyrósł na potęgę dzięki populizmowi i decyzjom władz partyjnych namaszczających go na stanowisko prezydenta. Za jego rządów Rumunia była sterroryzowana, sterowana ręcznie przez osoby, które cierpiały na galopującą megalomanię. I tak oto powstał Dom Ludu, czyli wprost gigantyczny Pałac Parlamentu, dla postawienia którego zrównano z ziemią jedną z najpiękniejszych dzielnic willowych Bukaresztu. Dom Ludu - pisze autorka - zawłaszczył całą południową część Bukaresztu. Zmienił ją nieodwołalnie i zniszczył. Rozerwał tkankę miasta. Gdyby tylko skończyło się na architekturze... Ale nowe społeczeństwo domagało się nowego rozdania i wszystkie dziedziny życia musiały być podporządkowane władzy. Nawet ta najintymniejsza, związana z życiem płciowym. Dekret zabraniający kobietom prawa do antykoncepcji i aborcji zmienił wszystko: stosunki między małżeństwami, sąsiadami, przyjaciółmi, między rodzicami i dziećmi. (…) Do dziś społeczeństwo nie zdążyło wyzdrowieć po tym eksperymencie, który miał budować szczęśliwe, duże rodziny, a okazał się bombą niszczącą więzi między ludźmi (…) setki tysięcy dzieci wzrastały z kompleksem niechcenia. 10 000 kobieta zmarło w wyniku nieudanych aborcji, kobiety były więzione, do więzień trafiali lekarze dokonujący aborcji, a tych dokonywali nie tylko ginekolodzy... Rozdział poświęcony tej tragedii jest jednym z najbardziej wstrząsających, obok innego, poświęconego więzieniom w Rumunii.  
Rumunia oczami Rejmer jawi się jako kraj zniszczony fizycznie, a przede wszystkim psychicznie, kraj okaleczony, który nawet kiedy się śmieje, robi to w sposób posępny; rumuński humor to humor czarny,  komedia rumuńska to wesołe pranie widza po pysku - pisze Rejmer podając przykłady w postaci tytułów takich jak Filantropica, czy Śmierć pana Lazarusa. 
Mimo iż zaczęłam od Ceaușescu, muszę przyznać, że nie on zapoczątkował to, co złe w Rumunii - był tylko nieubłaganą konsekwencją tego, co narastało w narodzie. W 2004 roku komisja Elie Wiesela opublikowała raport, w którym stwierdziła, że Rumunia, spośród wszystkich sojuszników nazistowskich Niemiec, ponosi oprócz samych Niemiec, odpowiedzialność za największy udział w eksterminacji Żydów.
Jaka naprawdę jest Rumunia, jacy są Rumuni, czy mamy prawo ich oceniać? Polecam książkę Bukareszt. Kurz i krew; Rumunia to taki duży kraj, taki nieszczęśliwy, a tak mało o nim wiemy.
Follow on Bloglovin

Śmiejący się policjant - Per Wahlöö, Maj Sjöwall

Od czasu trylogii Milenium popularność kryminałów skandynawskich znacznie wzrosła. Takie nazwiska jak Camilla Läckberg, Jo Nesbø, czy Liza Marklund zna każdy czytelnik. Ale warto wspomnieć o parze autorów piszących w latach 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku. Roman om ett brott, co można przetłumaczyć jako opowieści z życia policji, rozgrywały się w Sztokholmie, a głównymi bohaterami byli Martin Beck i jego podwładni, Lennart Kollberg, Gunvald Larsson, Frederik Melander, i in. Śmiejący się policjant jest czwartą (z dziesięciu) powieścią duetu Per Wahlöö i Maj Sjöwall. Została ona nagrodzona prestiżową Nagrodą im. Edgara Allana Poe. 
Powieść zaczyna się niezwykle intrygująco: słotny listopadowy wieczór, w autobusie komunikacji miejskiej zostaje znalezionych osiem zastrzelonych osób. Wśród ofiar jest młody policjant, Åke Stenström. W pierwszej chwili detektywi nie mają punktu zaczepie. Zaczyna się żmudne policyjne śledztwo. Obserwujemy nie tylko pracę policji, ale ich wzajemne relacje nasycone ironicznym humorem, poznajemy rodziny policjantów, tło - od manifestacji przez sytuację socjalno-ekonomiczną po półświatek sztokholmski. Postacie są żywe, nieprzejaskrawione, ludzkie, których pracę można podsumować zdaniem wypowiedzianym przez Malandera:
"- Istota problemu (...) polega rzecz jasna na tej paradoksalnej sytuacji, że zawód policjanta wymaga w założeniu najwyższej inteligencji, zupełnie niezwykłych kwalifikacji psychicznych i moralnych od tych, którzy się go podejmą, a jednocześnie nie oferuje nic, co mogłoby przyciągnąć osoby o takich właściwościach".
Śmiejącego się policjanta czyta się bardzo dobrze. Zagadka kryminalna jest niebanalna, a praca policji bazuje na intelekcie i ciężkiej pracy, nie na przebłyskach geniuszu jak w przypadku prywatnych detektywów. Czekam na wydanie w czarnej serii, żeby więcej czytelników po tę powieść sięgnęło. 

Książka przeczytana w ramach wyzwania CZYTAMY KSIĄŻKI NIEOCZYWISTE


Follow on Bloglovin

Dama Kameliowa - Aleksander Dumas (syn)

Z klasycznymi powieściami jest ten problem, ze ciężko wnieść coś nowego do dyskusji na ich temat. Z pewnością większość z Was zna fabułę, ale nakreślę ją pokrótce dla tych, którzy z Damą Kameliową się nie spotkali.
Akcja powieści rozgrywa się w połowie XIX-go wieku w Paryżu. Właśnie odbywa się licytacja dóbr zmarłej na gruźlice kurtyzany, Małgorzaty Gautier. Młody narrator z czystej ciekawości postanawia przyjrzeć się jej bliżej i z czystej przekory nabywa tomik należący do zmarłej. W książce znajduje się tajemnicza dedykacja, która frapuje młodzieńca. Okazuje się, że autorem wpisu jest dawny kochanek Małgorzaty, Armand Duval... Tak zaczyna się jeden z najsłynniejszych melodramatów wszech czasów, który służył za kanwę Traviaty Verdiego, był wielokrotnie inscenizowany i ekranizowany (chociaż nie doczekaliśmy się ekranizacji prawdziwie epickiej w hollywoodzkim sensie).

Główna bohaterka, której ukochanymi kwiatami były właśnie kamelie, określana jest mianem kurtyzany. Nie jest to synonim wyrazu prostytutka, co bardzo często się słyszy; w dzisiejszych czasach można by określić tak dziewczyny piłkarzy, celebrytki spotykające się ze sławnymi mężczyznami, utrzymanki, z którymi można się pokazać w teatrze, na premierze filmu, na "ustawce" z paparazzi.  Taka "material girl" nie była w XIX-stym wieku dobrym materiałem na żonę, ale na towarzyszkę - owszem. Wręcz znamienna jest wypowiedź ojca Duvala pochwalającego wybór syna co do kochanki. I w tym znaczeniu Dama kameliowa traci swój łzawy wydźwięk na rzecz obrazu obyczajowości dziewiętnastowiecznej. Znaczący jest również fakt, że mamy do czynienia z powieścią francuską, nie angielską, czy amerykańską, gdzie taka główna bohaterka byłaby nie do przyjęcia. Taką przebrzmiałą dama kameliową jest również Odeta de Crécy ze słynnego cyklu powieściowego Marcela Prousta. 
Przemiana Małgorzaty z utrzymanki w romantyczną heroinę nie jest wcale niczym dziwnym, chociaż czytelnik nie byłby równie o niej przekonany, gdyby bohaterka nie była umierająca; czy na dłuższą metę mogłaby obejść się bez luksusów, z których miała zrezygnować w imię miłości do niezbyt bogatego dżentelmena z prowincji? Oczywiście nie odmawiam Małgorzacie prawa do miłości i nie wątpię w jej istnienie, ale czy Gautier i Duval - gdyby nie śmiertelna choroba - mogliby żyć długo i szczęśliwie?

Na zdjęciu są dwa wydania - na pierwszym planie znajduje się jeden z czterech tomików wydanych w 1924 roku, w tle wydanie z 2005-go.

Tajemnica komisarza Maigret - Georges Simenon

Pamiętacie jeszcze tę serię? W Klubie srebrnego klucza wydawane były w formie kieszonkowej kryminały, z których lwią część zajmowały takie tuzy literatury detektywistycznej, jak Agatha Christie, Dashiell Hammett, czy Georges Simoenon. I właśnie ostatnio w moje ręce trafiła niewielka, leciutka książeczka tego ostatniego. Tajemnica komisarza Maigreta stanowi  58 tom serii (sic!) liczącej ponad setkę powieści i opowiadań. Simenon był jak widać płodnym pisarzem. 
Georges Simenon był pisarzem belgijskim (dokładnie był Walończykiem), piszącym w języku francuskim. W wieku dziewiętnastym roku życia przeniósł się do Paryża, następnie do Lozanny, gdzie zmarł w 1989 roku.
Serię o komisarzu Maigrecie rozpoczyna powieść Maigret i goście z Europy Wschodniej (Pietr Le Letton), która ukazała się w roku 1929.
Tajemnica komisarza Maigreta jest klasycznym kryminałem, w którym śledztwo znajduje się na pierwszym miejscu. Podobnie jak w Dniu Szakala Forsytha (który chyba nieco bazuje na cyklu Simenona) wspaniale widać pracę całego wydziału, oraz współpracujących z policjantami lekarzy. Policja krok po kroku znajduje wskazówki, przesłuchuje świadków, by wreszcie bez fajerwerków aresztować winnego (bo w dobrym kryminale nie ma wątpliwości, że winny jest winny!).
Myślę, że nie ma sensu streszczać fabuły, bo kryminały tego typu pisane są według wypracowanego przez lata schematu. Nie należę do fanów kryminałów skandynawskich, nie przepadam za jatką na kartach powieści, za to właśnie jeśli sięgam po sensację, to wybieram klasyków. Z pewnością na tej jednej książce Simenona nie poprzestanę.

Książka przeczytana na wyzwanie: CZYTAMY KSIĄŻKI NIEOCZYWISTE



Follow on Bloglovin

Przebudzenie - Kate Chopin

Dwieście postów temu chwaliłam się kolekcją Kolibrów, wśród których od dawna czekała na mnie niepozorna książeczka w błękitnej okładce. Przebudzenie Kate Chopin powstało pod koniec XIX-go wieku, dokładnie w 1899 roku, a wydane zostało w St. Louis, gdzie Chopin przeprowadziła się po śmierci męża.
Powieść obyczajowa, dość swobodna jak na owe czasy, dziś trąci myszką i wydaje się łagodna jak dobranocka. Piękna Edna Pontellier jest znudzona swoim zaaranżowanym małżeństwem. Akurat wraz z małżonkiem bawi w kurorcie, gdzie zaprzyjaźnia się z bawidamkiem, Robertem Lebrunem. Pod koniec wakacji w Ednie "budzi się" uczucie, co pociąga za sobą "przebudzenie" z jałowości jej egzystencji. 
Choć postać Edny momentami przypomina Panią Bovary, ma również w sobie coś z Anny Kareniny, a nawet z balzakowskiej Kobiety trzydziestoletniej, to jednak nie potrafiła wzbudzić mojej sympatii. Wydała mi się egzaltowana i złapałam się na tym, że nie wiem, czego więcej, prócz Roberta mogłaby chcieć - tu odwołam się do mojej poprzedniej oceny Shirley, gdzie kobiety pragnęły od życia czegoś więcej niż tylko mężczyzny!
Choć powieść pisana była pod koniec XIX-go wieku jej akcja rozgrywa się w latach pięćdziesiątych tegoż wieku; natrafiłam tu na niespójność, otóż wspomniany jest spis telefonów St. Louis, a wynalazek telefonu datuje się na lata 70-te, nie mówiąc o powszechności wynalazku. Za to przypadły mi do gustu wspomniane przez autorkę obszerne kieszenie, do których mieści się cała robótka.
Nie chcąc zdradzać zbyt dużo z fabuły powiem tylko, że jest przewidywalna i bardzo jednowymiarowa; Chopin sama nie wierzy w szczęście bohaterki i - być może zgodnie z ówczesną literacką modą dość konwencjonalnie kończy powieść. 
Na okładce przeczytałam, że powieść "czaruje subtelnym portretem psychologicznym bohaterki", chociaż mnie do gustu nie przypadła, jestem pewna, że część z Was zainteresuje z pewnością. 

Książka przeczytana na wyzwanie: CZYTAMY KSIĄŻKI NIEOCZYWISTE


Follow on Bloglovin

Shirley - Charlotte Brontë

Do wspaniałych powieści sióstr Brontë wracam regularnie. Już dawno za mną są Vilette, Agnes Grey, Wichrowe wzgórza, czy Jane Eyre. Korzystając z nowych wydań sięgnęłam po nigdy nie publikowaną w naszym kraju Shirley. Na okładce można natrafić na wielce krzywdzący "wyciąg" z powieści, który sprowadza się tylko i wyłącznie do strefy miłosnej. Owszem, miłość jest tam obecna, ale dla mnie Shirley to traktat o silnej kobiecości, która w XIX-stym wieku musiała się przebijać, byśmy w XX-stym wieku zbierały plony zasiane przez Jane Austen i siostry Brontë.
Kobiety, uwięzione w konwenansach nie miały zbyt wiele do powiedzenia, zwłaszcza w 1811 roku, kiedy rozgrywa się akcja powieści Charlotty Brontë. [O siostrach pisałam obszernie przy okazji Agnes Gray TU.] Pamiętamy z powieści Austen, że kobiety wtedy nie mogły dziedziczyć; jednakże z braku męskiego spadkobiercy, Shirley Keeldar odziedziczyła pokaźny majątek, o który stara się niejeden kawaler (zauważcie - kobieta nie jest brana pod uwagę, jedynie jej wiano!) Shirley jest młoda, zrównoważona i pewna siebie. Pragnie sama decydować o swoim losie i z determinacją dąży do szczęścia: - Tego, za którego wyjdę za mąż - mówi Shirley - zdecydowana jestem szanować, podziwiać i kochać. W odpowiedzi słyszy: - Niedorzeczność! To niestosowne - to nie przystoi kobiecie!  
Również Caroline Helstone, bratanica pastora, z którą Shirley jest blisko zaprzyjaźniona zauważa, że mężczyźni mają zajęcie, pracę i "ważne sprawy", a kobiety często czują się niepotrzebne - żadnej doczesnej przyjemności, prócz niepożytecznego składania wizyt, i żadnej nadziei na to, że kiedyś spotka je coś lepszego. Panny na wydaniu odarte są z godności, bowiem odbywa się swoisty targ, który ma jedynie na celu ukrócić ich panieństwo. Liczy się kto ile ma dochodu i ile wniesie w posagu. Brontë odmalowuje portrety starych panien, które znajdują sens życia w charytatywności, pomocy bliźnim, i w swoim staropanieństwie są jeśli nie szczęśliwe, to przynajmniej zadowolone. Wspomina się również o guwernantkach i guwernerach, których los był ciężki z uwagi na brak przynależności zarówno do "państwa" jak i do "służby". Odnajdujemy również znajome, wspomniane przeze mnie nazwisko, zapożyczone z powieści młodszej siostry.
Shirley to również wspaniały obraz postępu, który hamowany i tak ogarnął całą Anglię;  Robert Moor próbuje sprowadzić nowe maszyny do przędzalni, ale robotnicy boją się, że odbierze im to pracę i wolą spalić przędzalnię niż iść z duchem postępu. Ta część skojarzyła mi się z Ziemią obiecaną i... Nocami i dniami, gdzie Bogumił Niechcic próbował wprowadzić udogodnienia na polach, przy czym napotkał opór chłopów. 
Miłość. Wreszcie dotarliśmy i do niej. Miłość dziewiętnastowieczna jest niewypowiedziana, nie ma w niej zuchwałości, konwenanse niejedną zabiły, ale mimo to, kiedy jest odwzajemniona - jest piękna. Każde pojawienie się w pobliżu obiektu westchnień, przypadkowe zasłyszenie nazwiska ukochanego, dotknięcie dłoni (sic!) wywołuje w zakochanym spazm radości! Miłość ta jest wytrwała i wzniosła. Charlotte Brontë tłumaczy w jaki sposób można umrzeć z miłości - sprawa jest dość prosta: zakochany bez wzajemności ulega pogorszeniu nastroju, to z kolei niesie spadek odporności i podatność na wszelkiej maści febry (grypy, zapalenia, przeziębienia), które wtedy były dość śmiertelne z racji słabo rozwiniętej medycyny. Taka właśnie miłość dotyka obie panny, a jedną niemal przyprawia o śmierć.
Oczywiście nie będę zdradzała szczegółów, choć powiedziałam już dość dużo o przesłaniu powieści. Choć całość czytało się dobrze i wynotowałam sobie kilka ciekawostek, koniec przypomina finał Ślubów panieńskich.
Na zakończenie jeszcze jeden cytat:
Mężczyźni chyba wierzą, że umysły kobiet przypominają umysły dzieci (...) Gdyby mężczyźni potrafili nas widzieć takimi, jakimi jesteśmy, byliby zdumieni. Nie patrzą na nas w prawdziwym świetle i wyolbrzymiają zarówno nasze dobro, jak i złe cechy. Ich dobra kobieta to osobliwe, nierealne stworzenie - na wpół lalka, na wpół anioł. Ich zła kobieta to zawsze skończony demon. Jakże się zachwycają tymi wytworami swojej własnej wyobraźni, czcząc bohaterkę takiego to wiersza, czy takiej to powieści, myśląc jaka jest cudowna i boska. Być może i cudowna i boska, ale często też sztuczna jak róża zdobiąca moją najlepszą kapotkę. Gdybym powiedziała im wszystko, co na ten temat myślę, gdybym przedstawiła swą szczerą opinię na temat pierwszorzędnych żeńskich postaci w pewnych pierwszorzędnych utworach, w ciągu pół godziny leżałabym martwa pod kopcem rzucanych z zemsty kamieni. 

Follow on Bloglovin

Panie z Cranford - Elizabeth Gaskell

Panie z Cranford autorstwa Elizabeth Gaskell są jedną z tych przyjemnych powieści, które mimo iż chciałoby się czytać dłużej, czyta się jednym tchem. To pierwsza powieść tej autorki, po jaką sięgnęłam, ale zaręczam uroczyście, że nie ostatnia!
Elizabeth Stevenson urodziła się w 1810 roku, jako jedno z ośmiorga dzieci Elizabeth Holland oraz pastora kościoła unitariańskiego, Williama Stevensona. W wieku dwóch lat maleńka Lizzie straciła matkę, ale ojciec ożenił się ponownie; dziewczynka zamieszkała z ciotką mieszkającą w Knutsford, które Elizabeth opisze wiele lat później jako Cranford.
W wieki 22 lat poślubiła - a jakże - pastora kościoła unitariańskiego, Williama Gaskella. Gaskellowie prowadzili tak zwany dom otwarty, przyjmując na proszonych kolacjach między innymi Charlesa Dickensa, Johna Ruskina (znany krytyk sztuki), autorkę Chaty wuja Toma Harriet Beecher Stowe. Do legendy przeszła jej przyjaźń z inną, kultową dziś pisarką - Charlotte Brontë, której biografię pióra Gaskell uważa się za jedną z najlepszych.
Pierwszą opublikowaną powieścią Gaskell była wydana w 1848 roku Mary Barton. Trzy lata później ukazało się Cranford.
Centralną postacią, jednocześnie najbardziej rozbrajającą dobrotliwością jest panna Matty Jenkins, której absolutnym przeciwieństwem jest zasadnicza i aż do przesady drobiazgowa siostra, Deborah. Społeczność małego, sielskiego Cranford stanowią głównie kobiety, częściej stare panny niż mężatki, nierzadko wdowy w wieku więcej niż średnim.
Powieść Pannie z Cranford składa się z ułożonych mniej lub więcej chronologicznie anegdotek i opowiadanek o mieszkańcach miasteczka. Cranford zmienia się za sprawą kolei (choć jeszcze jej nie ma w mieście wszyscy rwą włosy z głowy, co będzie, kiedy nastąpi w Cranford epoka pary!), wymierają filary społeczności, ale przyjaźń i dobro pozostają głównymi wartościami, którymi kierują się mieszkańcy.
To, co przykuwa największą uwagę, to swobodna narracja, zabawne qui pro quo (pamiętna la cage dla papugi!), oraz ciepło które płynie z każdej strony powieści.
Oczywiście od razu na myśl przychodzi porównanie z serialem BBC. Otóż serial składa się z 7 odcinków, napisanych na podstawie trzech powieści Gaskell; poznajemy tu wielu nowych bohaterów, dochodzą również nowe wątki. Oczywiście, jak to BBC ma w zwyczaju - czujemy klimat lat 40-stych XIX-go wieku (chociaż nie mam wehikułu czasu tak właśnie musiał wyglądać tamten okres!), zatrudniono również doskonałych aktorów wcielających się w wiktorian. Już choćby samo wspomnienie Dame Judi Dench, Imeldy Stauton, czy Michaela Gambona robi wrażenie.
Będziecie się śmiać oglądając niektóre sceny (niezapomniany widok biednej krówki w ...), będziecie również płakać gorącymi łzami; chociaż wiadomo, że śmierć wówczas była powszechna łzy same cisną się do oczu.
Powieść Gaskel również daje niezwykłe świadectwo epoki - co wypadało, a co nie, czym częstowano gości, jak funkcjonowały sklepy i jak bardzo podzielone było społeczeństwo brytyjskie XIX-go wieku. O ile historie Dickensa o miastach pełnych zła i brudu zna (lub powinien znać) każdy, o tyle maleńkie miasteczka, nieskażone pędem cywilizacji doczekały się niewielu portretów. A ten, myślę, jest jednym z najlepszych.
Follow on Bloglovin