Header Image

Dama Kameliowa - Aleksander Dumas (syn)

Z klasycznymi powieściami jest ten problem, ze ciężko wnieść coś nowego do dyskusji na ich temat. Z pewnością większość z Was zna fabułę, ale nakreślę ją pokrótce dla tych, którzy z Damą Kameliową się nie spotkali.
Akcja powieści rozgrywa się w połowie XIX-go wieku w Paryżu. Właśnie odbywa się licytacja dóbr zmarłej na gruźlice kurtyzany, Małgorzaty Gautier. Młody narrator z czystej ciekawości postanawia przyjrzeć się jej bliżej i z czystej przekory nabywa tomik należący do zmarłej. W książce znajduje się tajemnicza dedykacja, która frapuje młodzieńca. Okazuje się, że autorem wpisu jest dawny kochanek Małgorzaty, Armand Duval... Tak zaczyna się jeden z najsłynniejszych melodramatów wszech czasów, który służył za kanwę Traviaty Verdiego, był wielokrotnie inscenizowany i ekranizowany (chociaż nie doczekaliśmy się ekranizacji prawdziwie epickiej w hollywoodzkim sensie).

Główna bohaterka, której ukochanymi kwiatami były właśnie kamelie, określana jest mianem kurtyzany. Nie jest to synonim wyrazu prostytutka, co bardzo często się słyszy; w dzisiejszych czasach można by określić tak dziewczyny piłkarzy, celebrytki spotykające się ze sławnymi mężczyznami, utrzymanki, z którymi można się pokazać w teatrze, na premierze filmu, na "ustawce" z paparazzi.  Taka "material girl" nie była w XIX-stym wieku dobrym materiałem na żonę, ale na towarzyszkę - owszem. Wręcz znamienna jest wypowiedź ojca Duvala pochwalającego wybór syna co do kochanki. I w tym znaczeniu Dama kameliowa traci swój łzawy wydźwięk na rzecz obrazu obyczajowości dziewiętnastowiecznej. Znaczący jest również fakt, że mamy do czynienia z powieścią francuską, nie angielską, czy amerykańską, gdzie taka główna bohaterka byłaby nie do przyjęcia. Taką przebrzmiałą dama kameliową jest również Odeta de Crécy ze słynnego cyklu powieściowego Marcela Prousta. 
Przemiana Małgorzaty z utrzymanki w romantyczną heroinę nie jest wcale niczym dziwnym, chociaż czytelnik nie byłby równie o niej przekonany, gdyby bohaterka nie była umierająca; czy na dłuższą metę mogłaby obejść się bez luksusów, z których miała zrezygnować w imię miłości do niezbyt bogatego dżentelmena z prowincji? Oczywiście nie odmawiam Małgorzacie prawa do miłości i nie wątpię w jej istnienie, ale czy Gautier i Duval - gdyby nie śmiertelna choroba - mogliby żyć długo i szczęśliwie?

Na zdjęciu są dwa wydania - na pierwszym planie znajduje się jeden z czterech tomików wydanych w 1924 roku, w tle wydanie z 2005-go.

Tajemnica komisarza Maigret - Georges Simenon

Pamiętacie jeszcze tę serię? W Klubie srebrnego klucza wydawane były w formie kieszonkowej kryminały, z których lwią część zajmowały takie tuzy literatury detektywistycznej, jak Agatha Christie, Dashiell Hammett, czy Georges Simoenon. I właśnie ostatnio w moje ręce trafiła niewielka, leciutka książeczka tego ostatniego. Tajemnica komisarza Maigreta stanowi  58 tom serii (sic!) liczącej ponad setkę powieści i opowiadań. Simenon był jak widać płodnym pisarzem. 
Georges Simenon był pisarzem belgijskim (dokładnie był Walończykiem), piszącym w języku francuskim. W wieku dziewiętnastym roku życia przeniósł się do Paryża, następnie do Lozanny, gdzie zmarł w 1989 roku.
Serię o komisarzu Maigrecie rozpoczyna powieść Maigret i goście z Europy Wschodniej (Pietr Le Letton), która ukazała się w roku 1929.
Tajemnica komisarza Maigreta jest klasycznym kryminałem, w którym śledztwo znajduje się na pierwszym miejscu. Podobnie jak w Dniu Szakala Forsytha (który chyba nieco bazuje na cyklu Simenona) wspaniale widać pracę całego wydziału, oraz współpracujących z policjantami lekarzy. Policja krok po kroku znajduje wskazówki, przesłuchuje świadków, by wreszcie bez fajerwerków aresztować winnego (bo w dobrym kryminale nie ma wątpliwości, że winny jest winny!).
Myślę, że nie ma sensu streszczać fabuły, bo kryminały tego typu pisane są według wypracowanego przez lata schematu. Nie należę do fanów kryminałów skandynawskich, nie przepadam za jatką na kartach powieści, za to właśnie jeśli sięgam po sensację, to wybieram klasyków. Z pewnością na tej jednej książce Simenona nie poprzestanę.

Książka przeczytana na wyzwanie: CZYTAMY KSIĄŻKI NIEOCZYWISTE



Follow on Bloglovin

Przebudzenie - Kate Chopin

Dwieście postów temu chwaliłam się kolekcją Kolibrów, wśród których od dawna czekała na mnie niepozorna książeczka w błękitnej okładce. Przebudzenie Kate Chopin powstało pod koniec XIX-go wieku, dokładnie w 1899 roku, a wydane zostało w St. Louis, gdzie Chopin przeprowadziła się po śmierci męża.
Powieść obyczajowa, dość swobodna jak na owe czasy, dziś trąci myszką i wydaje się łagodna jak dobranocka. Piękna Edna Pontellier jest znudzona swoim zaaranżowanym małżeństwem. Akurat wraz z małżonkiem bawi w kurorcie, gdzie zaprzyjaźnia się z bawidamkiem, Robertem Lebrunem. Pod koniec wakacji w Ednie "budzi się" uczucie, co pociąga za sobą "przebudzenie" z jałowości jej egzystencji. 
Choć postać Edny momentami przypomina Panią Bovary, ma również w sobie coś z Anny Kareniny, a nawet z balzakowskiej Kobiety trzydziestoletniej, to jednak nie potrafiła wzbudzić mojej sympatii. Wydała mi się egzaltowana i złapałam się na tym, że nie wiem, czego więcej, prócz Roberta mogłaby chcieć - tu odwołam się do mojej poprzedniej oceny Shirley, gdzie kobiety pragnęły od życia czegoś więcej niż tylko mężczyzny!
Choć powieść pisana była pod koniec XIX-go wieku jej akcja rozgrywa się w latach pięćdziesiątych tegoż wieku; natrafiłam tu na niespójność, otóż wspomniany jest spis telefonów St. Louis, a wynalazek telefonu datuje się na lata 70-te, nie mówiąc o powszechności wynalazku. Za to przypadły mi do gustu wspomniane przez autorkę obszerne kieszenie, do których mieści się cała robótka.
Nie chcąc zdradzać zbyt dużo z fabuły powiem tylko, że jest przewidywalna i bardzo jednowymiarowa; Chopin sama nie wierzy w szczęście bohaterki i - być może zgodnie z ówczesną literacką modą dość konwencjonalnie kończy powieść. 
Na okładce przeczytałam, że powieść "czaruje subtelnym portretem psychologicznym bohaterki", chociaż mnie do gustu nie przypadła, jestem pewna, że część z Was zainteresuje z pewnością. 

Książka przeczytana na wyzwanie: CZYTAMY KSIĄŻKI NIEOCZYWISTE


Follow on Bloglovin

Shirley - Charlotte Brontë

Do wspaniałych powieści sióstr Brontë wracam regularnie. Już dawno za mną są Vilette, Agnes Grey, Wichrowe wzgórza, czy Jane Eyre. Korzystając z nowych wydań sięgnęłam po nigdy nie publikowaną w naszym kraju Shirley. Na okładce można natrafić na wielce krzywdzący "wyciąg" z powieści, który sprowadza się tylko i wyłącznie do strefy miłosnej. Owszem, miłość jest tam obecna, ale dla mnie Shirley to traktat o silnej kobiecości, która w XIX-stym wieku musiała się przebijać, byśmy w XX-stym wieku zbierały plony zasiane przez Jane Austen i siostry Brontë.
Kobiety, uwięzione w konwenansach nie miały zbyt wiele do powiedzenia, zwłaszcza w 1811 roku, kiedy rozgrywa się akcja powieści Charlotty Brontë. [O siostrach pisałam obszernie przy okazji Agnes Gray TU.] Pamiętamy z powieści Austen, że kobiety wtedy nie mogły dziedziczyć; jednakże z braku męskiego spadkobiercy, Shirley Keeldar odziedziczyła pokaźny majątek, o który stara się niejeden kawaler (zauważcie - kobieta nie jest brana pod uwagę, jedynie jej wiano!) Shirley jest młoda, zrównoważona i pewna siebie. Pragnie sama decydować o swoim losie i z determinacją dąży do szczęścia: - Tego, za którego wyjdę za mąż - mówi Shirley - zdecydowana jestem szanować, podziwiać i kochać. W odpowiedzi słyszy: - Niedorzeczność! To niestosowne - to nie przystoi kobiecie!  
Również Caroline Helstone, bratanica pastora, z którą Shirley jest blisko zaprzyjaźniona zauważa, że mężczyźni mają zajęcie, pracę i "ważne sprawy", a kobiety często czują się niepotrzebne - żadnej doczesnej przyjemności, prócz niepożytecznego składania wizyt, i żadnej nadziei na to, że kiedyś spotka je coś lepszego. Panny na wydaniu odarte są z godności, bowiem odbywa się swoisty targ, który ma jedynie na celu ukrócić ich panieństwo. Liczy się kto ile ma dochodu i ile wniesie w posagu. Brontë odmalowuje portrety starych panien, które znajdują sens życia w charytatywności, pomocy bliźnim, i w swoim staropanieństwie są jeśli nie szczęśliwe, to przynajmniej zadowolone. Wspomina się również o guwernantkach i guwernerach, których los był ciężki z uwagi na brak przynależności zarówno do "państwa" jak i do "służby". Odnajdujemy również znajome, wspomniane przeze mnie nazwisko, zapożyczone z powieści młodszej siostry.
Shirley to również wspaniały obraz postępu, który hamowany i tak ogarnął całą Anglię;  Robert Moor próbuje sprowadzić nowe maszyny do przędzalni, ale robotnicy boją się, że odbierze im to pracę i wolą spalić przędzalnię niż iść z duchem postępu. Ta część skojarzyła mi się z Ziemią obiecaną i... Nocami i dniami, gdzie Bogumił Niechcic próbował wprowadzić udogodnienia na polach, przy czym napotkał opór chłopów. 
Miłość. Wreszcie dotarliśmy i do niej. Miłość dziewiętnastowieczna jest niewypowiedziana, nie ma w niej zuchwałości, konwenanse niejedną zabiły, ale mimo to, kiedy jest odwzajemniona - jest piękna. Każde pojawienie się w pobliżu obiektu westchnień, przypadkowe zasłyszenie nazwiska ukochanego, dotknięcie dłoni (sic!) wywołuje w zakochanym spazm radości! Miłość ta jest wytrwała i wzniosła. Charlotte Brontë tłumaczy w jaki sposób można umrzeć z miłości - sprawa jest dość prosta: zakochany bez wzajemności ulega pogorszeniu nastroju, to z kolei niesie spadek odporności i podatność na wszelkiej maści febry (grypy, zapalenia, przeziębienia), które wtedy były dość śmiertelne z racji słabo rozwiniętej medycyny. Taka właśnie miłość dotyka obie panny, a jedną niemal przyprawia o śmierć.
Oczywiście nie będę zdradzała szczegółów, choć powiedziałam już dość dużo o przesłaniu powieści. Choć całość czytało się dobrze i wynotowałam sobie kilka ciekawostek, koniec przypomina finał Ślubów panieńskich.
Na zakończenie jeszcze jeden cytat:
Mężczyźni chyba wierzą, że umysły kobiet przypominają umysły dzieci (...) Gdyby mężczyźni potrafili nas widzieć takimi, jakimi jesteśmy, byliby zdumieni. Nie patrzą na nas w prawdziwym świetle i wyolbrzymiają zarówno nasze dobro, jak i złe cechy. Ich dobra kobieta to osobliwe, nierealne stworzenie - na wpół lalka, na wpół anioł. Ich zła kobieta to zawsze skończony demon. Jakże się zachwycają tymi wytworami swojej własnej wyobraźni, czcząc bohaterkę takiego to wiersza, czy takiej to powieści, myśląc jaka jest cudowna i boska. Być może i cudowna i boska, ale często też sztuczna jak róża zdobiąca moją najlepszą kapotkę. Gdybym powiedziała im wszystko, co na ten temat myślę, gdybym przedstawiła swą szczerą opinię na temat pierwszorzędnych żeńskich postaci w pewnych pierwszorzędnych utworach, w ciągu pół godziny leżałabym martwa pod kopcem rzucanych z zemsty kamieni. 

Follow on Bloglovin

Panie z Cranford - Elizabeth Gaskell

Panie z Cranford autorstwa Elizabeth Gaskell są jedną z tych przyjemnych powieści, które mimo iż chciałoby się czytać dłużej, czyta się jednym tchem. To pierwsza powieść tej autorki, po jaką sięgnęłam, ale zaręczam uroczyście, że nie ostatnia!
Elizabeth Stevenson urodziła się w 1810 roku, jako jedno z ośmiorga dzieci Elizabeth Holland oraz pastora kościoła unitariańskiego, Williama Stevensona. W wieku dwóch lat maleńka Lizzie straciła matkę, ale ojciec ożenił się ponownie; dziewczynka zamieszkała z ciotką mieszkającą w Knutsford, które Elizabeth opisze wiele lat później jako Cranford.
W wieki 22 lat poślubiła - a jakże - pastora kościoła unitariańskiego, Williama Gaskella. Gaskellowie prowadzili tak zwany dom otwarty, przyjmując na proszonych kolacjach między innymi Charlesa Dickensa, Johna Ruskina (znany krytyk sztuki), autorkę Chaty wuja Toma Harriet Beecher Stowe. Do legendy przeszła jej przyjaźń z inną, kultową dziś pisarką - Charlotte Brontë, której biografię pióra Gaskell uważa się za jedną z najlepszych.
Pierwszą opublikowaną powieścią Gaskell była wydana w 1848 roku Mary Barton. Trzy lata później ukazało się Cranford.
Centralną postacią, jednocześnie najbardziej rozbrajającą dobrotliwością jest panna Matty Jenkins, której absolutnym przeciwieństwem jest zasadnicza i aż do przesady drobiazgowa siostra, Deborah. Społeczność małego, sielskiego Cranford stanowią głównie kobiety, częściej stare panny niż mężatki, nierzadko wdowy w wieku więcej niż średnim.
Powieść Pannie z Cranford składa się z ułożonych mniej lub więcej chronologicznie anegdotek i opowiadanek o mieszkańcach miasteczka. Cranford zmienia się za sprawą kolei (choć jeszcze jej nie ma w mieście wszyscy rwą włosy z głowy, co będzie, kiedy nastąpi w Cranford epoka pary!), wymierają filary społeczności, ale przyjaźń i dobro pozostają głównymi wartościami, którymi kierują się mieszkańcy.
To, co przykuwa największą uwagę, to swobodna narracja, zabawne qui pro quo (pamiętna la cage dla papugi!), oraz ciepło które płynie z każdej strony powieści.
Oczywiście od razu na myśl przychodzi porównanie z serialem BBC. Otóż serial składa się z 7 odcinków, napisanych na podstawie trzech powieści Gaskell; poznajemy tu wielu nowych bohaterów, dochodzą również nowe wątki. Oczywiście, jak to BBC ma w zwyczaju - czujemy klimat lat 40-stych XIX-go wieku (chociaż nie mam wehikułu czasu tak właśnie musiał wyglądać tamten okres!), zatrudniono również doskonałych aktorów wcielających się w wiktorian. Już choćby samo wspomnienie Dame Judi Dench, Imeldy Stauton, czy Michaela Gambona robi wrażenie.
Będziecie się śmiać oglądając niektóre sceny (niezapomniany widok biednej krówki w ...), będziecie również płakać gorącymi łzami; chociaż wiadomo, że śmierć wówczas była powszechna łzy same cisną się do oczu.
Powieść Gaskel również daje niezwykłe świadectwo epoki - co wypadało, a co nie, czym częstowano gości, jak funkcjonowały sklepy i jak bardzo podzielone było społeczeństwo brytyjskie XIX-go wieku. O ile historie Dickensa o miastach pełnych zła i brudu zna (lub powinien znać) każdy, o tyle maleńkie miasteczka, nieskażone pędem cywilizacji doczekały się niewielu portretów. A ten, myślę, jest jednym z najlepszych.
Follow on Bloglovin

Alchemia - Zdzisław Zwoźniak

Dzisiaj sięgnę po książkę, którą przeczytałam kilka razy, którą cytowałam wielokrotnie i mam zamiar wrócić jeszcze kiedyś. Alchemia Zdzisława Zwoźniaka jest bowiem małą perełką naukową, którą każdy ciekawy świata powinien znać. Niestety, książeczka jest trudno dostępna, bo wydana została w 1978 roku.
Alchemia ma grecko-arabski rodowód. Samo słowo wywodzi się od arabskiego al-chimija, które jest zlepkiem greckich słów al-, oraz χυμεία, chymeia, które znaczy tyle, co "łączyć". Najstarsze zapiski alchemiczne pochodzą z III-go wieku ne. Jednym z najbardziej znanych jest księga z VII w. zwana Wrota pieca, która zawiera opis urządzenia całego laboratorium alchemicznego, a także opisy metali, ich związki z żywiołami, planetami i ich właściwości. „Alchemicy średniowiecznie - pisze Zdzisław Zwoźniak - wywodzili swój rodowód od staroegipskiego króla, kapłana, a może nawet boga - Hermesa Trismegistosa, czyli Hermesa Trzykroć-Wielkiego. Był on twórcą Królewskiej sztuki - khmei, a zarazem - pierwszym jej adeptem”. Gdy Aleksander Wielki kazał otworzyć sarkofag alchemika, znalazł w nim szmaragdową tablicę zawierającą „przepis” na „robienie Słońca”, czyli złota.
Wnętrze pracowni alchemicznej
Alchemia jest nie tylko poszukiwaniem kamienia filozoficznego, nieśmiertelności, czy złota, ale złotego środka. Jest metaforą poszukiwania doskonałości etycznej. Celem Morienusa Romanusa, zwanego Pustelnikiem z Jerozolimy była przemiana ludzkich serc; złoto, które, wedle legendy miał wytwarzać rozdawał ubogim, a eliksir wiecznego życia podarował sułtanowi Egiptu pod warunkiem, że przyjmie wiarę Chrześcijańską.
Oczywiście Pustelnik jest jedynie wyjątkiem, bowiem wielu poszukiwaczy gubi zachłanność. Edward Kelley, który rzekomo kupił kamień filozoficzny od pewnego szynkarza (sic!) „pracował” bezskutecznie nad przemianą bezwartościowego metalu w złoto na dworze Rudolfa II w Pradze. Podobnie było w przypadku Gregora Honauera, który obiecał „zdobyć” kilkaset kilogramów kruszcu, wyciągnąwszy uprzednio z kieszeni władcy odpowiednią, dość okrągłą sumkę.
Najsłynniejszym polskim alchemikiem był Michał Sędziwój, którego na nieszczęście sława obiegła całą Europę; Sędziwój został uprowadzony przez hrabiego morawskiego, który chciał zmusić alchemika do pracy nad złotem.
Tablica szmaragdowa
Przez lata narastały legendy wokół alchemii. Zajmowali się nią zarówno Arabowie, gnostycy, jak i zwykli szarlatani. Żyjący w XII wieku mnich imieniem Teofil podał przepis na sporządzenie Hiszpańskiego złota. Przepis był naturalnie dość skomplikowany, a wymagał min. ludzkiej krwi, miedzi, oraz... proszku bazyliszkowego. Zachował się również przepis na wykonanie złota z... jaj.
Jednakże wielu alchemików pod wpływem długiego, mądrego życia mogło na łożu śmierci przyznać, że „ścigało błędne ogniki”. Takiego zdania był wspomniany już Michał Sędziwój, oraz Bernard z Padwy, który po z kupką sześćdziesięciu latach poszukiwań doszedł do wniosku, że odkrył prawdziwą tajemnicę istnienia: liczy się zadowolenie z własnego losu.
Schyłek alchemii nastał wraz z rozwojem nauk, takich jak biologia, czy chemia, która bezpośrednio się z alchemii wywodzi.
Książka Zdzisława Zwoźniaka nasycona jest treścią. Bardzo dobre, naukowe opracowanie tematu może się przydać do poszerzenia wiedzy, a także do pisania prac semestralnych, jak w moim przypadku.

Ilustracje pochodzą z Wikipedii i objęte są licencją CC.

Follow on Bloglovin

Imiona - Navarre Scott Momaday

Cieniutka, niepozorna książka upchana pomiędzy Molonay i Mongera na bibliotecznej półce. Czekała na mnie. I z przyjemnością wzięłam ją do ręki. 
Autor, Navarre Scott Momaday jest 7/8 krwi indiańskiej, najwięcej jego przodków pochodziło z plemion Cherokee oraz Kiowa, o których zachowała się wspaniała legenda: Indianie Kiowa przychodzili na świat jeden po drugim przez wydrążony pień. Było ich bardzo dużo, ale nie wszyscy wydostali się na zewnątrz. Jedna kobieta o ciele nabrzmiałym dzieckiem utknęła w pniu. Potem nikt już nie mógł się przez niego przedostać i dlatego Kiowa jest takim niewielkim plemieniem. Rozejrzeli się dokoła i zobaczyli świat. radzi byli, że widzą tyle rzeczy. Nazwali siebie Kwuda - to znaczy "wychodzący".
Rodzicami autora byli pisarka Natachee i malarz Alfred Momaday. Wychował się w pueblo (specyficzna indiańska wioska), gdzie jego rodzice przez dłuższy czas uczyli w szkole. 
Momaday uzyskał tytuł doktora na Uniwersytecie Stanforda. Jego debiutancka powieść Dom utkany ze świtu została nagrodzona nagrodą Pulitzera w 1969 r., i uznaje się ją za przełomową w Native American Renaissance (Odrodzenie Rdzennych Amerykanów - termin ukuty przez krytyka Kennetha Lincolna), którzy chcieli uwidocznić swoja indiańską dumę za pomocą literatury pięknej. W Imionach wspomniana zostaje także książka będąca "pierwszą jaskółką" NAR - Śmiejący się chłopak (powieść o plemieniu Nawaho) autorstwa Olivera Le Farge'a, która również została nagrodzona Pulitzerem, tyle, że w 1930 roku.
Imiona jest książką wspomnieniową, w której autor sięga do dzieciństwa, a także szeroko poza nie, do korzeni, opisując swoich indiańskich i europejskich przodków. Podzielona na kilka części przynosi nie tylko drzewo genealogiczne Momadaya, ale i quasi-poetycką wędrówkę przez dzieciństwo, dorastanie, gdzie wrażenia mieszają się ze wspomnieniami, ocierając się momentami o strumień świadomości. Wychowany na indiańskich klechdach i literaturze anglosaskiej jako pierwsze wspomnienie zachował w pamięci pewien szczególny widok: gorący deszcz chłostający ziemię, przebiegające po niebie błyskawice i przeciwburzowa piwnica, do której tyle razy schodziłem z matką, kiedy byłem bardzo mały. Dla mnie to małe pomieszczenie w ziemi jest miejscem niezapomnianym. po tych wszystkich latach, które minęły, widzę moja matkę, jak siedząc tam na niskiej wąskiej ławce czyta przy świetle lampy, co drga na jej twarzy i na glinianych ścianach.
Szczególne wrażenie robi opis festynu w Jemez, na który zjeżdżały się wozy Indian Nawaho, na którym odbywały się targ, tańce, a który był także okazją do świętowania całymi rodzinami. 
Książka jest opatrzona wieloma zdjęciami, które na nieszczęście są ziarniste i czarno-białe. Jednak co nieco widać; na fotografiach z dzieciństwa Momaday wygląda jak maleńki Azjata. Nie tylko ja odniosłam takie wrażenie, bo jak sam wspomina, wiele osób pytało go z jakiej części Azji pochodzi (na co odpowiadał "z Mongolii"). Zdjęcie wykorzystane na okładce polskiego wydania również pochodzi z albumu rodzinnego, a przedstawia rodziców Momadaya jeszcze przed ich ślubem na początku lat 30-stych ubiegłego wieku. 
Cieszę się, że wynalazłam tę książkę, bo warto było na nią trafić. Chociaż spodziewałam się czegoś bardziej egzotycznego, odkryłam, że wiele wspomnień innych artystów (i nie tylko) jest w miarę do siebie zbliżonych; bezpieczne dzieciństwo wśród wielkiej rodziny, psoty, szkoła, społeczność lokalna, wojna światowa, której tylko dalekie echa dochodziły do małego chłopca mieszkającego na peryferiach.
Polecam Imiona, chociażby z czystej ciekawości, chęci odkrywania nowych czytelniczych lądów. Kiedy będę miała okazję, sięgnę po Dom utkany ze świtu. Czytał ktoś? 

Książka wygrzebana specjalnie na wyzwanie


Follow on Bloglovin

Gra anioła - Carlos Ruiz Zafón

Gra Anioła na powrót przeniosła mnie do dawnej Barcelony Carlosa Ruiza Zafona. Druga część cyklu o Cmentarzu Zaginionych Książek rozgrywa się w przedwojennej scenerii zaułków, opuszczonych willi i placów miasta Gaudiego.
Tym razem głównym bohaterem jest David Martin, młody powieściopisarz uwikłany w tajemniczą intrygę. Martin od najmłodszych lat zafascynowany był słowem pisanym, nic dziwnego, że sam sięgnął po pióro i stał się jednym z najbardziej rozpoznawanych pisarzy Barcelony. Ojciec nie był skąpy i mimo biedy, w której żyliśmy, starał się dawać mi jakieś drobne, bym mógł, jak inne dzieciaki z sąsiedztwa kupić sobie słodycze. Był pewien, że wydaję je na dropsy z lukrecji, pestki i cukierki, ale ja chowałem je w puszce po kawie i kiedy odłożyłem pesetę lub więcej, biegłem kupić książkę. Najbardziej lubiłem księgarnię Sempere i Synowie na ulicy Santa Ana. Te pachnące starym papierem i kurzem pomieszczenia były moim sanktuarium i schronieniem. 
Jakież było moje zdziwienie, kiedy przeczytałam przedostatnie zdanie i rozpoznałam tę księgarenkę; tak się bowiem w uniwersum Zafona dzieje, że przenikają się światy postaci i spotykamy Sempere młodszego, który, jak można się domyślać będzie ojcem Daniela Sempere, bohatera poprzedniej części cyklu.  
Gra Anioła jest powieścią na wskroś gotycką. Mamy tu szereg frenetycznych motywów: nawiedziony dom "z wieżyczką", diabolicznego pryncypała-wydawcę Andreasa Corellego, tajemnicze zbrodnie, nadprzyrodzone i niewytłumaczalne incydenty, wreszcie szaleństwo, które prowadzi do samobójstwa...
Powieść liczy sobie przeszło sześćset stron, które czyta się niezwykle szybko. Niestety, powieść nie jest aż tak wybitna jak Cień wiatru, niemniej jednak mam zamiar sięgnąć po Więźnia nieba, czyli trzecią część cyklu. 



Ulisses z Bagdadu - Éric-Emmanuel Schmitt

Gorzkie spojrzenie na zachodnią cywilizację. Ulisses z Bagdadu to pisana z perspektywy Irakijczyka opowieść, w której Schmitt wytyka największe błędy Europejczyków w stosunku do nie-Europejczyków. Saad Saad, wykształcony młody Arab z dnia na dzień traci wszystko, czym przypomina bardziej biblijnego Hioba niż mitologicznego Ulissesa. Z Odyseuszem dzieli trudy wędrówki - nie jako bohater wojenny, lecz jako uchodźca; Saad spotyka doktor Kirke, tajemnicze Syreny, a także jednookiego olbrzyma, któremu przedstawia się, a jakże, jako Nikt. Jednak, czy dane bohaterowi dotrzeć bezpiecznie do jego własnej Itaki, którą tutaj „gra” Anglia (Anglia to moje miejsce. Nie wiem, dlaczego. Z pewnością to wina Agathy Christie)? Czy znękany uchodźca znajdzie ukojenie w ramionach Penelopy-Leili?
Powieść zaczyna się dialogami ojca z młodym Saadem, utrzymanymi w konwencji "wschodnich mądrości", co myślę, jest takim swoistym puszczeniem oka do czytelnika, takim "chcecie bajki, oto bajka", jakbyśmy oczekiwali tego łyku egzotyki w postaci filozoficznego języka wykształconych Arabów (np.: kurzajki to kwiaty, którym zagubione dusze każą zakwitnąć na skórze). Jednak w miarę jak akcja się rozwija, czytelnik obserwuje zmieniający się świat. Irak objęty embargiem pogrąża się w matni biedy, co jeszcze bardziej pogłębione zostaje chaosem, który nastał po odsunięciu od władzy Saddama Husseina. Ludzie Zachodu wyzwolili Irak spod jarzma dyktatora, krytykowali późniejszy bałagan, nie czuli się zań odpowiedzialni, wręcz uważali, że to była nasza wina, wina Irakijczyków, którzy nie są zdolni wykorzystać wolność podarowaną nam, Arabom, wybuchowym dzikusom, nie umiejącym się dogadać między sobą.
Eric Emmanuel-Schmitt w powieści porusza problemy, które w środkach masowego przekazu zostają jedynie zaznaczone: dziwnie patrzeć na Europę z perspektywy nielegalnego przybysza z Afryki, z perspektywy rozbitka, „towaru” na pace ciężarówki. Autor obnaża również bezduszność przepisów, które zamiast służyć ludziom, przeczą zasadom humanizmu.
Ulisses z Bagdadu to książka mądra, dająca czytelnikowi spojrzenie z innej perspektywy na samego siebie, oraz na to, co dzieje się na bliskim wschodzie i Afryce. W wydźwięku przypomina Chłopca z latawcem; oba kraje – Afganistan i Irak pogrążone są od wielu lat w konfliktach, podobnie jak i Syria, Libia, Egipt.
Książkę przeczytałam w jeden wieczór, a jej zakończenie złamało mi serce. To już któraś z kolej książka tego autora, którą jestem zachwycona; niedawno przeczytałam Małżeństwo we troje, o którym niedługo opowiem. Najbardziej mnie cieszy, że ani jeden akapit mnie nie rozczarował, a tego najbardziej się obawiam u pisarza, który choć raz mnie sobą zachwyci. A Schmitt zachwycić potrafi, oj, potrafi…  


Kolabo-song - Jean Mazarin

Tę książkę wygrzebałam przy okazji porządków na bibliotecznych półkach. ot, taki mały przegląd, po którym wyniosłam cały stosik. Książką Mazarina biorę udział w wyzwaniu Czytamy książki nieoczywiste, bo świetnie się do niego nadaje. Kolabo-song jest opisem środowiska kolaboracyjnego we Francji w czasie II wojny światowej. Niestety, czytając miałam wrażenie, że wszyscy Francuzi popierali rząd Vichy i jako oportuniści cieszyli się, że nie muszą walczyć. Mazarin nie sięga zbyt głęboko do podziemia, ot, kilka razy słyszymy wyzwisko pod adresem kochanki Niemca.
Bohaterka jest Laura Santenac. Młoda pretensjonalna kobieta bez moralności, żona lekarza-dziwkarza, która z nudów wydaje w ręce gestapo swoją pokojówkę, ukrywającą się pod fałszywym nazwiskiem Rozę Goldenberg. Przy okazji, niejako w skutek "sprzedaży wiązanej" pozbywa się również (niechcący?) znienawidzonego męża.
Laura pod wpływem znajomej, Kamili, nawiązuje relacje z towarzyskim skolaborowanym światkiem francuskiej socjety, która bawi się w najlepsze i wcina tonami pasztet strasburski jakby wojny nie było.
Plejada bardziej lub mniej niemoralnych postaci.
I pomyśleć, że w tym samym, szpitalu, w którym operował Edmund Santenac, mąż Laury, mógł operować Ravic...
Niestety, książkę oceniam dość surowo, bo spodziewałam się, że mnie porwie. Nie stało się tak jednak w skutek dość uciążliwej, jednostajnej fabuły. Gdyby autor zatrzymał się na śmierci męża Laury wyszłoby świetne opowiadanie. Niemniej jednak polecam frankofilom i miłośnikom historii wojennych.

Follow on Bloglovin

W krainie czarów - Sylwia Chutnik

O tej książce usłyszałam w audycji "Z najwyższej półki". Prowadzący, Michał Nogaś, tak potrafi zachęcać, że mam ochotę pędzić na złamanie karku do księgarni i kupować, kupować, kupować. Ostatnio coś tam mieliśmy załatwić w mieście i przy okazji wstąpiliśmy do Orbity "tak tylko pooglądać". No, nie będę się chwaliła stosikiem (pochwaliłam się na facebooku), grunt, że jedną ze zgarniętych pozycji była najnowsza książka Sylwii Chutnik, W krainie czarów.
Opowiadania, antybajka, rozliczanie z 25 latami wolności. Nawet słyszałam, że to miał być taki rodzaj polemiki ze Znakami szczególnymi Pauliny Wilk (przyznam się bez bicia, że jeszcze nie czytałam). 
Nie będę streszczała wszystkich opowiadań, są nierówne i skompletowane raczej przypadkowo: kilka opowiadań o Śląsku (a raczej o Zagłębiu), Powstanie warszawskie, pocztówki z dzisiejszej warszawy. Kraina rozczarowania, w której wiecznie utyskująca na wszystko Anna musi się opiekować zdziecinniałą matką (jedno z najlepszych opowiadań w zbiorze), ponadpięćdziesięcioletnia prostytutka barwnym językiem (nie mylić z "wulgarnym") opowiada o całym swoim życiu, rodzeństwo nafaszerowane historiami z czasów Powstania, które opowiada im babcia gubi się w nawiedzonej piwnicy. Te opowiadania z pewnością zapadną w pamięć, jak również opowieść o dziewczynie, która po rozmowie kwalifikacyjnej próbuje "wziąć się za siebie", wylaszczyć, ale "nic z tego, proszę pana w budce z warzywami. Jak sobie człowiek ułoży choćby zarys scenariusza, to mu nogę urywa, walec go przejeżdża, samolot bombarduje. To mu kradną w biały dzień głowę z dupą i jeszcze spuszczą w toalecie*". Zapada w pamięć, odrobinę przewrotne Przeszkadzały o niedoszłym księdzu, oraz lekko erotyczne Niewinne czarodziejki, czy smutne opowiadanie Dancing.
Bohaterowie Chutnik są samotni, zgorzkniali, rozczarowali, prawdziwi. Autorka dostrzega detale, których się na ogół nie zauważa. Ubiera je potem w niemal poetycką a otoczkę: metro mieli tłum, zgrzytają tramwaje**.  Wynotowałabym więcej takich smaczków, ale nie miałam ołówka pod ręką. Jedno opowiadanie jest słabe. Jest napisane nie wiadomo po co. Na końcu jest rys słuchowiska. Dobrego słuchowiska, które warto byłoby rozszerzyć i puścić w radio. Nawet jakoś udało mi się podstawić twarze, głosy. Matkę zagrałaby Stenka, Polę, sąsiadkę z góry Ina Benita. Tak, wiem, że anachronicznie i nieprawdopodobnie, ale to moja wersja napisanego przez Chutnik tekstu. Chyba taki mały komplement na koniec wyszedł, że coś się dzieje dalej z tekstem w głowie czytelnika, że pobudza.

* s. 98
** s. 106
Follow on Bloglovin

Julian Ochorowicz - naukowiec od duchów i... telewizora

J. Ochorowicz. fot. J. Mieczkowski
Udoskonalił telefon, niemal wynalazł telewizor, był prekursorem użycia hipnozy w leczeniu chorób, a zjawiska paranormalne chciał badać w sposób naukowy. Julian Ochorowicz był prawdziwym człowiekiem renesansu, który na skutek złej prasy rodzimych środowisk naukowych został napiętnowany jako szarlatan. 

 POZYTYWISTA-MESMERYSTA 

Urodził się 23 lutego 1850 roku w Radzyminie. Wychowywany był od piątego roku życia przez charyzmatyczną matkę, w Warszawie będącej wówczas pod zaborem rosyjskim. Młoda wdowa, Jadwiga z Sumińskich była jedną z pierwszych polskich emancypantek. Po 1863 w skutek zaostrzonych represji ze strony władz Ochorowiczowie wyjechali do dalekiego Lublina, gdzie Julian kontynuował naukę w gimnazjum. To właśnie tam poznał Aleksandra Świętochłowskiego, oraz Aleksandra Głowackiego, późniejszego Bolesława Prusa, który w powieści Lalka odmalował szkolnego kolegę w osobie naukowca Ochockiego. Od najmłodszych lat Ochorowicz zafascynowany był nauką Franza Antona Mesmera o magnetyzmie zwierzęcym, z Warszawy „wyniósł” rzekome zdolności mediumiczne. Także przyjaciele z gimnazjum mieli na niego niebagatelny wpływ jako przyszli prekursorzy nowego prądu jakim był pozytywizm. Ambitny młody człowiek o imponującej inteligencji mając w zanadrzu metody naukowe chciał stworzyć podstawy nowoczesnej psychologii. Zaczął studia na Wydziale Filologiczno-Historycznym, który wkrótce porzuciła na rzecz Wydziału Przyrodniczego, gdzie studiował psychologię. Wiele wówczas publikował, głównie pod nazwiskiem Julian Mohort. 

NASTĘPCA BELLA 

W latach 70-tych XIX-go wieku głośno było o wynalazku traktowanym początkowo z przymrużeniem oka. Ten wynalazek służy nam do dziś; mowa oczywiście o telefonie wynalezionym między innymi przez Alexandra Grahama Bella. Celowo używam zwrotu „między innymi”, ponieważ jak to wielki sukces – miała kilku ojców: Antonia Meucci’ego, Philippa Reisa, Elishę Greya, Bella, a także… Juliana Ochorowicza. Ochorowicz dodał do wynalazku Bella drugą membranę, dzięki czemu dźwięk był ostrzejszy i można go było przenosić na większą odległość. Dodał także niewielki generator własnej konstrukcji, który miał wytwarzać silne pole elektromagnetyczne. Badając zjawiska elektryczne i elektromagnetyczne wpadł na trop przenoszenia na odległość obrazów. Pomysł polegać miał na zmianie światła na impuls elektryczny, który przesłany na żądaną odległość zostałby ponownie zamieniony na obraz. Niestety, z przyczyn natury technicznej, oraz z powodu braku funduszy, Ochorowicz poprzestał na samej teorii; w praktyce obraz był niewyraźny, a urządzenia nie zawsze działały zgodnie z zamierzeniem. 

 HIPNOTYZER 

Jako młodzieniec Ochorowicz chwalił się umiejętnościami telepatycznymi. Ponoć miał hipnotyzować swoich znajomych podczas spotkań towarzyskich. Jako dorosły człowiek stał się prekursorem psychologii empirycznej. W Paryżu dokąd wyjechał nie znalazłszy sobie miejsca w kraju stał się wziętym i cenionym specjalistą, a także autorytetem w sprawach hipnozy, która leczył z powodzeniem między innymi depresję, nerwice i migreny. Jeszcze w latach 70-tych została opublikowana praca Ochorowicza pod tytułem Duch i mózg na temat dychotomii materii i myślenia/czucia/woli; w pracy przeczytać można szereg fascynujących spostrzeżeń na temat ludzkiego (oraz zwierzęcego) mózgu oraz psychiki ludzkiej. Wspomina tam Ochorowicz o podwójnej świadomości magnetyzowanych (ludzi), co może być zalążkiem późniejszej naukowej fascynacji zjawiskami mediumicznymi. Wkrótce został honorowym członkiem Towarzystw Badań Psychologicznych w Wielkiej Brytanii, Niemczech, na Węgrzech oraz w Stanach Zjednoczonych. W kraju jednak przylgnęła do niego etykietka dziwaka; skostniałe kręgi naukowe nie potrafiły przyjąć tak radykalnych nowinek.


WIRUJĄCE STOLIKI

Segard, Ochorowicz i Palladino, 1894r
Mając doświadczenie zarówno jako konstruktor, oraz doskonały psycholog Ochorowicz zajął się badaniem popularnych na całym tak zwanym cywilizowanym świecie mediów. Do prekursorów nowoczesnego spirytyzmu zalicza się Swedenborga, ale wówczas największy rozgłos zyskały siostry Margaretta i Kate Fox z amerykańskiego miasteczka Hydesville. W piątek 31 marca 1948 roku Kate nawiązała kontakt z duchem nawiedzającym dom jej rodziców. Wkrótce obu siostrom tak sprawnie wychodziło porozumiewanie się z duchami, że zaczęły występować na scenie ze spirytystycznymi pokazami. Jednym z teoretyków spirytyzmu był Alan Kardek. Ułożył listę 1018 pytań do duchów, które miały wyjaśnić ich naturę, świat duchowy i jego związek ze światem materialnym. Odpowiedzi duchów na te pytania umożliwiły mu napisanie i wydanie Księgi duchów, która okazała się ogromnym sukcesem. W tym dziele przedstawił doktrynę spirytyzmu: Człowiek nie składa się jedynie z materii; jest w nim składnik myślący połączony z ciałem fizycznym, które porzuca, tak jak porzuca się zniszczone ubranie, kiedy jego aktualna inkarnacja dobiega końca. Po tej dezinkarnacji, zmarli mogą porozumiewać się z żywymi bądź bezpośrednio, bądź za pośrednictwem medium w sposób widzialny i niewidzialny. Ochorowicz jako naukowiec próbował znaleźć wytłumaczenie, które zadowalałoby jego ścisły umysł. W 1893 w Tygodniku Ilustrowanym pisał mając w pamięci badanie nad niezwykłością ludzkiego mózgu: w zjawiskach tych [paranormalnych] nie ma nic nadnaturalnego, są tylko nadnormalne objawy fizjologiczne, które prędzej czy później zostaną sprowadzone do praw psychofizycznych. Wkrótce buduje urządzenie nazwane hipsoskopem badające podatność pacjenta na hipnozę, a także maszynę badającą opór elektryczny wytwarzany przez medium. Również teoria ideoplastii, która powstała pod wpływem międzynarodowej sławy medium, Eusapii Palladino, ma podstawy naukowe. Ideoplastia, - jak pisze Jerzy Prokopiuk w książce Nieba i piekła - to działanie niezbadanej energii psychicznej żywego organizmu, w obrębie którego działa prawo asocjacji ideo-organicznej, czyli prawo skojarzenia między wyobrażeniem pewnego stanu organicznego, a samym stanem organicznym. Medium jest istotą, u której w transie jedno wyobrażenie może wystąpić z wyjątkową siłą, a tracąc swoje asocjacje organiczne, odzyskuje swoje asocjacje kosmiczne. Najprościej mówiąc - medium na skutek niezwykłego oddziaływania siłą umysłu, a więc siłą niezbadanych (jeszcze) obszarów mózgu potrafi wytworzyć fizyczny skutek, np. pukającą rękę, ruch wirowy stolika, etc.
Od lat 90-tych związany był z Wisłą, gdzie kupił domki letniskowe. Nie porzucił jednak teorii naukowych, wręcz przeciwnie; na początku ubiegłego wieku odkrył niezwykle silne medium – Stanisławę Tomczykównę, której alter ego, czy też przewodnikiem była „mała Stasia”. Ochorowicz zaobserwował wówczas „personifikację fluidyczną” (nitki „fluidu” wyłaniające się z medium pod wpływem seansu), które objawiają się w głębokim śnie hipnotycznym. Jak na naukowca i wynalazcę przystało skonstruował kilkanaście przyrządów do badania promieni Xx (promieniowanie mediumiczne), aparaty fotograficzne mające utrwalić ów fluid, itp. Rzekome zdjęcie „małej Stasi” obiegło cały świat jako dowód na istnienie duchów. Ochorowicz prowadził również badania nad fotografowaniem wyobrażeń i myśli. Być może o sto lat wyprzedzał swoje czasy, ponieważ dziś prowadzi się „na poważnie” podobne badania w amerykańskich ośrodkach naukowych.
Julian Ochorowicz zmarł na atak serca w Warszawie w 1917 roku i został pochowany w rodzinnym grobie na Cmentarzu Powązkowskim. 

Źródłem zdjęć jest Wikipedia, zdjęcia objęte są prawem autorskim na licencji CC
1.http://pl.wikipedia.org/wiki/Julian_Ochorowicz
2.http://en.wikipedia.org/wiki/Eusapia_Palladino

Pisma Juliana Ochorowicza dostępne na stronie http://www.polona.pl/search/ab918fa0-10a1-11e4-a56b-b1c108e4af06/#
Follow on Bloglovin

Panama - Janosch

W małej chacince niedaleko rzeki żyli sobie powolutku Miś z Tygryskiem. Ale nam się dobrze powodzi - mawiał Tygrysek - mamy przecież wszystko, czego dusza zapragnie, i możemy się niczego nie bać. Zbierali grzyby, łowili ryby, a jak się któremu nie chciało wychodzić, jedli kalafior z kartofelkami prosto z ogródka. Któregoś dnia Miś znalazł w rzece skrzynkę po bananach, na której widniał napis PANAMA. Powąchał i stwierdził, że Panama, jak długa i szeroka pachnie bananami. Panama to kraj naszych marzeń. Nazajutrz obaj przyjaciele wyruszyli na wielką wędrówkę w poszukiwaniu Panamy.
Tak się zaczyna pierwsza z kilkunastu historyjek o dwu niezmiernie sympatycznych szaławiłach. 
Opowiadanka są mądre, z morałem (nie mylić z moralizatorstwem), oraz dużą dawką pociesznego humoru. 
Misia i Tygryska poznaliśmy jakieś dwa lata temu, i od tamtej pory zaprzyjaźniliśmy się z tą dwójką. Mówię my, bo to ważne przy wspólnym czytaniu, żeby rodzic też miał satysfakcje z lektury; kiedy dorosły czyta od niechcenia, dziecko od razu to wyczuje. Czcionka jest duża, wiec starsze (niż moje) dziecko może czytać sobie samo (chociaż mój synek już zaczyna fajnie składać literki i potrafi przeczytać proste wyrazy).
Tomik Panama zawiera sześć historyjek ilustrowanych przez autora. Niestety, nie są to wszystkie opowiadania jak to zapowiada tytuł, ale mamy nadzieję, na kolejne tomy. W zbiorze znajdują się - oczywiście tytułowa Panama, czyli Ach, jak cudowna jest Panama, Idziemy po skarb, Poczta dla Tygryska, Ja ciebie wyleczę, powiedział Miś, Dzień dobry, Świnko oraz Wielki bal dla Tygryska. 
Autorem niniejszych opowiadanek jest Janosch, urodzony w Zabrzu pisarz niemieckojęzyczny. Janosch, właściwie Horst Eckert, w marcu skończył 83 lata. Mieszka na Teneryfie, i mimo iż wielokrotnie wracał do ukochanego Zabrza, dziś nie pozwala mu na to stan zdrowia. W 2011 roku miasto przyznało mu tytuł honorowego obywatela. Część z Was z pewnością kojarzy Janoscha jako autora Cholonka - na poły autobiograficznej powieści przełożonej na język teatru. Młodszym czytelnikom polecamy Panamę.

Follow on Bloglovin

Roger Fenton - ojciec fotografii dokumentalnej

Rogera Fentona urodzonego w 1819 roku, śmiało można nazwać prekursorem fotografii dokumentalnej, czy wręcz reportażu wojennego. Kto wie, może gdyby żył w dzisiejszych czasach uwieczniałby Irak, Afganistan, czy... Krym. Błyskotliwa kariera pierwszego fotoreportera Zjednoczonego Królestwa trwała zaledwie dekadę, ale jako wszechstronny twórca wywarł Fenton niebagatelny wpływ na swoich następców.

 
Roger Fenton, 1852r.

PASJA PEJZAŻYSTY

Roger Fenton pochodził z zamożnej przemysłowej rodziny. Urodzony na przednówku rewolucji przemysłowej  w Manchesterze, studiował prawo, które porzucił  tuż po otrzymaniu dyplomu, by oddać się swojemu największemu marzeniu, jakim było malarstwo. Na swojej drodze spotkał uznanego pejzażystę, Gustave'a Le Graya, który okazał się piewcą nowej sztuki wymyślonej przez pana Daguerre'a. Le Gray wkrótce stał się mentorem Fentona, który również zaczął eksperymentować z nową techniką. Tworzył od końca lat 40-tych XIX-go wieku, między innymi tworząc pejzaże sielskiej Anglii oraz, co warto podkreślić, dokumentował liczne podróże. Zasłynął między innymi tym, że jako pierwszy sfotografował Egipt. Był Fenton także członkiem komisji rządowej i jako wysłannik Mission Heliographique uwiecznił dla potomnych zabytki Francji. 

ROSJA, 1852r

We wrześniu 1852 roku w swych licznych peregrynacjach dotarł do Kijowa by udokumentować otwarcie mostu nad Dnieprem. Most jak na owe czasy był nowatorskim dziełem, a powstał według planu brytyjskiego inżyniera, Charlesa Blackera Vignolesa (niestety, most został zburzony w czasie działań wojennych w latach 40-tych ubiegłego wieku).Fenton stanął wówczas przed ogromnym wyzwaniem  i podołał temu zadaniu doskonale łącząc pietyzm fotografii naukowej z pięknem fotografii artystycznej.
W 1852 roku powstała seria zdjęć, na których uwiecznione zostały zabytki i krajobrazy Kijowa, Moskwy oraz Sankt Petersburga.

"Wojenny" wóz Fentona,
ZAWÓD: REPORTER

Fama utalentowanego fotografa, którą cieszył się zasłużenie Fenton dotarła na dwór królewski. Na polecenie królowej Wiktorii i jej małżonka Alberta, artysta miał wyruszyć w śmiałą misję - miał za zadanie uwiecznianie na zdjęciach Wojny Krymskiej (1853–1856). Uzbrojony w instrukcje od księcia, Fenton miał dostęp do dowódców alianckiej armii. Dotarł na Krym w lutym 1855 roku, zabierając ze sobą 30 skrzyń materiałów zapakowanych na wóz sprzedawców wina. Na Krymie wykonał około 350 odbitek i jako pierwszy w historii mógł poszczycić się fotorelacją z frontu. Jednak dla dobra odbiorców unikał epatowania przemocą; przedmiotem zdjęć nigdy nie była walka, ani ciała zabitych. Stworzył ponadczasowy dokument, który miał dowieźć, że brytyjscy żołnierze ginęli z godnością i w słusznej sprawie. 
Jednakże ciężkie warunki sprawiły, że fotograf podupadł znacznie na zdrowiu. Po powrocie w czasie audiencji u królowej złamano protokół i ze względu na stan zdrowia, Fenton mógł siedzieć w obecności monarchini.

KATALOGOWANIE

W uznaniu za swoją pracę i poświęcenie, Roger Fenton mógł się poszczycić mianem oficjalnego fotografa rodziny królewskiej. Gościł nawet w Balmoral, skąd pochodzą nieformalne, prywatne zdjęcia rodziny panującej.
Od 1853 roku królowa Wiktoria i książę Albert byli mecenasami Towarzystwa Fotograficznego. W 1854 roku Fenton dostąpił zaszczytu oprowadzania znamienitej pary na pierwszej wystawie Towarzystwa. Wiktoria nabyła wówczas 25 odbitek zdjęć Fentona z czasów wojaży po carskiej Rosji.
Wkrótce potem zlecono fotografowi przygotowanie katalogu dóbr Muzeum Brytyjskiego. Skala przedsięwzięcia była niezwykła, a przed Fentonem piętrzyły się problemy natury technicznej - jak oświetlić przedmioty by wyglądały najkorzystniej i odzwierciedlić ich piękno? Niewielkie artefakty, takie jak tabliczki asyryjskie wynosił do specjalnego, wybudowanego na dachu muzeum atelier. Zbyt ostre światło słoneczne zniwelował chowając do specjalnego pudełka z zasłonkami, pierwowzoru dzisiejszego namiotu bezcieniowego. 

Tintern Abbey
LONDYN

Po 1857 roku wrócił do fotografowania architektury i wiejskich krajobrazów. Skupił się wówczas na nadgryzionych zębem czasu opactwach, romantycznych zakątkach rodem poematów Byrona, czy Shelleya.
Koło roku 1858 w swoim londyńskim atelier wykonał ponad 150 zdjęć w stylu orientalnym - nie tyle wówczas dokumentował rzeczywistość, co tworzył jej romantyczne wizje. Fotografie Rogera Fentona z tego okresu można określić jako dojrzałe i wysublimowane. 
Z dnia na dzień w 1862 ten doskonały twórca porzucił fotografowanie. Być może na jego decyzję miały wpływ śmierć ukochanego syna, oraz kryzys ekonomiczny, który dotknął rodzinę Fentona bezpośrednio - przędzalnia, której był właścicielem nagle zbankrutowała. Nie wytrzymywał również konkurencji z fotografami-amatorami oferującymi tanie kartoniki, zamiast dobrej jakości odbitek. Wreszcie sprzedał cały swój kram i wrócił do praktyki prawniczej. Zmarł po krótkiej chorobie 8 sierpnia 1869 roku w wieku zaledwie 50 lat.

Powyższe zdjęcia pochodzą z Wikipedii i są objęte licencją CC.


Follow on Bloglovin

Podróżować jest bosko!

Z pewnością część z Was pamięta wspaniały podróżniczy cykl Pieprz i wanilia nadawany przez TVP. Nazwiska Tony'ego Halika i Elżbiety Dzikowskiej do dziś przewijają się w mediach. Od kilku lat w radiu i telewizji można śledzić poczynania Wojciecha Cejrowskiego, Beaty Pawlikowskiej oraz Martyny Wojciechowskiej. Ale nie każdy wie, że już blisko sto lat temu mieliśmy swoich podróżników, którzy na kartach książek uwieczniali swoje liczne wojaże. 
W 1926 roku dwaj świeżo upieczeni absolwenci leśnictwa Uniwersytetu Poznańskiego, Tadeusz Perkitny i Leon Mroczkiewicz wybrali się w podróż dookoła świata. Eskapada zajęła im cztery lata, podczas których aby utrzymać się przy życiu imali się różnych zajęć (między innymi pracowali oczywiście w przemyśle drzewnym). Perkitny po powrocie do kraju wydał książkę wspomnieniową z podróży Okrążmy świat raz jeszcze.
Również przed II wojną światową swoją wielką wyprawę polarną na Wyspę Niedźwiedzią  odbył Czesław Centkiewicz. Niestety, większość jego powieści mocno się zdezaktualizowała, bowiem pisarz działał na gruncie świeżo zasianego komunizmu powojennego, co miało niemały wpływ na postawy jego bohaterów. Do dziś jednak w bibliotekach można znaleźć wznowienia Anaruka, chłopca z Grenlandii.
Podróżnikiem, że się tak wyrażę pełna gębą był Arkady Fiedler; ten urodzony w 1894 roku Poznanianin przemierzył świat wzdłuż i wszerz. Szczególnie upodobał sobie Amazonię. Takie jego dzieła jak Kanada pachnąca żywica, czy Ryby śpiewają w Ukajali czytane i cytowane są do dziś. 
Warto również wspomnieć nazwisko polskiego antropologa Bronisława Malinowskiego, który zasłynął publikacją Życie seksualne dzikich. Publikacje oparł na badaniach terenowych przeprowadzonych na  Wyspach Trobriandzkich (Papua-Nowa Gwinea)w czasie I wojny światowej.
Kilka lat temu grupka śmiałków wyruszyła śladem afrykańskich wędrówek Kazimierza Nowaka, którego felietony można przeczytać w książce Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Wędrówki Nowaka, odbyte pieszo, rowerem, na wielbłądzie, pociągiem oraz czółnem, przypadają na lata 1931-1936. Na stronie poświęconej podróżnikowi znajdziecie szereg ciekawostek na temat samej wyprawy, oraz dzisiejszego jej odbioru. A TU można obejrzeć zdjęcia z wyprawy na Czarny Ląd.
Niedawno Dwójka w cyklu gawęd Głosy z przeszłości przypominała wypowiedzi Olgierda Budrewicza, znanego varsavianisty, podróżnika oraz pisarza i autora licznych scenariuszy. Budrewicz opowiadał o swojej miłości do Brazylii, licznych wojażach - odwiedził 160 krajów, z czego większość opisał na kartach swoich licznych książek. 
Z pewnością nie wymieniłam wszystkich, ale tych najbardziej znanych, najpoczytniejszych, najodważniejszych. Dziś świat stał się malutki, nie tylko za sprawą Internetu, ale i biur podroży urządzających wycieczki do najdalszych zakątków globu. Ale wyobraźcie sobie podrózować te sto, no, osiemdziesiąt lat temu, bez klimatyzacji, opcji all inclusive, opiekunów wycieczek. Potrafilibyście tak rzucić wszystko i jechać na, powiedzmy Borneo? Czy lepiej jednak w zaciszu domowych pieleszy, bądź własnym ogródku poczytać, jak inni podróżowali za (dla) nas? 

Follow my blog with Bloglovin