Header Image

Mały bies - Fiodor Sołogub


Mały bies jest książką stosunkowo słabo znaną w naszym kraju. Paradoksalnie na Goodreads znalazłam kilkanaście wydań anglojęzycznych, a w Polsce ukazały się zaledwie dwa (PIW, 1973r. oraz Ateneum, 1916r). To przejmujące studium psychologiczne powstało pod koniec wieku dziewiętnastego, a drukiem wyszło w 1905 roku, i jest najbardziej znaną powieścią rosyjskiego poety i dramaturga, Fiodora Sołoguba. 
Ardalion Pieriedonow, nauczyciel gimnazjalny, jest osobą małostkową, nielubianą, ale o wielkich, nieuzasadnionych ambicjach - pragnie on awansować na inspektora szkolnego, ale tylko, by zrobić znajomym na złość. Jego charakter doskonale oddaje pewien cytat: "Kiedy przechodził koło prosto stojącego i czystego słupa, miał ochotę go wykrzywić albo zapaskudzić. Śmiał się radośnie, kiedy coś przy nim brudzono. Gardził czysto umytymi gimnazjalistami i dokuczał im. Nazywał ich czyścioszkami. Niechluje byli dla niego bardziej zrozumiali. Nie miał ulubionych przedmiotów, nikogo nie kochał, dlatego też przyroda mogła oddziaływać na jego uczucia w jednym tylko kierunku - przytłaczająco. Tak samo jak spotkania z ludźmi - zwłaszcza z obcymi i nieznajomymi, którym nie można było powiedzieć jakiegoś grubiaństwa. Być szczęśliwym oznaczało dla niego nic nie robić i zamknąwszy się przed światem dogadzać swemu żołądkowi."


Stopniowo pogrążający się w rojeniach Pieriedonow popada w coraz większą paranoję, co skutkuje tragedią. Nieobliczalny, lekceważony nauczyciel nawet na dobrą sprawę nie działa świadomie, co raczej jego czyny są następstwem całej serii "wybryków", zarówno samego bohatera, jak i jego znajomych. Nie wzbudza on jednak naszego współczucia, jedynie odrazę. 
Długo polowałam na Małego biesa. Czasami się zdarza, że książka lub fama o niej, trafia do nas ogródkiem. I tak było w moim przypadku. Książkę polecił mi kolega ponad dekadę temu, a on sam dowiedział się o niej z wywiadu z ulubionym muzykiem. I myślę, ze niezły gust ma ten muzyk...

Książka przeczytana w ramach wyzwania  

P.S. Pewnie zauważyliście coraz dłuższe przerwy między postami? Ostatnio przez internety  przetoczyła się dyskusja na temat rozwoju blogów książkowych. Jeśli ma się kilkuletni staż siłą rzeczy coś tam się zmienia. U mnie wyewoluowało w stronę stricte książkową, u niektórych wytrącił się osad w postaci lajfstajlu, a jeszcze inni znaleźli niszę z fantastyką, czy pozycjami dziecięcymi. Oprócz kilku książek w miarę nowych (na przykład przeczytanych na wyzwanie 12 książek na 2015 rok) Setna strona będzie promowała ramoty z odzysku, takie jak ten niemal nieznany Sołogub. Następny - książkowy - wpis będzie o tym, co zrobił mi Zafon... (odsyłam do teksu, który podziałał na mnie najmocniej w tej dyskusji: http://instrumentysamotnosci.blogspot.com/2015/03/co-zrobiy-ci-ksiazki.html) A potem będzie coś bardzo nieoczywistego...

Dreszcz 2. Faceci w czerni - Jakub Ćwiek

źródło: LubimyCzytać.pl
Poprzedniego Dreszcza czytałam, kiedy mój synek był chory - potrzebowałam niezobowiązującej lektury, która by mnie odstresowała. Drugiego Dreszcza czytałam... również kiedy mój synek był chory...
Żulowaty superbohater w ramonesce nadal szwenda się ulicami Katowic rozprawiając się z lokalnymi bandytami. Tym razem trafiają się zombiaki, które atakują Ligotę, a także kolejny "wampir" z Sosnowca. W skład ekipy wspomagającej Zwierzchowskiego wchodzą: Alojz, ubarwiający ślaską godką dialogi emeryt górniczy, Benjamin, młody anglik, który jest tym, kim Alfred dla Batmana, Ekumen, taki Mr Stitch pozszywany z relikwii "cudownych" świętych, no i oczywiście Zawisza Czarny wymachujący swoją wielką... tonfą. Klimat rodem z KickAssa, spora dawka (czarnego) humoru, spora doza rock'n'rolla. Plus za śmichy-chichy z PKP, oraz za przestrogę, jak nie wychowywać dzieci.
Co jeszcze mogę dodać? Nie wiem, jak w innych cyklach, ale w Dreszczu Ćwiek trochę gubi wątki, skacze z kwiatka na kwiatek, coś tam urywa, gdzieś błądzi. Mam nadzieję, że "w tym szaleństwie jest metoda" i w trójce - bo to oczywiste, że trzeci tom powstanie - doczekamy się paru rozwinięć i wyjaśnień. Mam tylko żal do autora o Benjamina... bez spoilerowania, ale - kto przeczyta ten się dowie...

Wschód - Andrzej Stasiuk

Czy można opisywać podróż sentymentalną, nie ocierając się o kicz, ani o łzawość? Andrzej Stasiuk w swojej najnowszej książce pokazuje, że można. W nazwie "Wschód" autor zmieścił wszystko, co może się kojarzyć z tym kierunkiem, od nazw geograficznych do mentalności. Zaczyna od siebie, od rodziny, od przeszczepionych ze wsi do wielkiego molocha, jakim jest stolica. Pamięcią sięga do czasów, kiedy podczas wyjazdów do rodziny stał w pegieerowskich kolejkach za chlebem, kiedy komunizm otaczał go jak powietrze, kiedy nie było alternatywy. "Gdy już byłem na świecie, - pisze Stasiuk - nigdy nie słyszałem, by w domu rozmawiało się o komunizmie, albo Rosjanach. Panowała geopolityczna cisza. Nie było o czym dyskutować. I matka, i ojciec opuścili swoje wsie w ramach wielkiej wędrówki ludów. Zostali wywiedzeni z domu niewoli. Z krainy piachu, głodu i gnoju. Z terytorium wzgardy. Ze wschodu na zachód. matka trzydzieści kilometrów, ojciec sto dwadzieścia. Ponieważ życie było gdzie indziej. Ze wschodu na zachód. Z chamskiej wsi do pańskiego miasta. Żeby zapomnieć o niewolniczym dziedzictwie i żeby nosić buty. Na zachód, do stolicy, która patriotyczny zryw zmienił w szkielet i trzeba go było od nowa wypełnić ludzkim mięsem. Powstańcy, Hitler i komunizm pozwoliły im zdobyć metropolię. Nie doszli jednak do centrum. Zatrzymali się na przedmieściach, tak jak większość plebejskiej konkwisty. Ale o tym się nie mówiło. Nic dodać nic ująć. Sprawiedliwość dziejowego szabru."
Tytułowy wschód, to wschód doświadczony przez autora, pomacany, posmakowany, wywąchany. W miarę czytania zagłębiamy się coraz dalej w wędrówce, docieramy do Czyty, dalej, na niemal niezbadane tereny, gdzie turysta to okaz nie tyle rzadki, co niemal nieznany. Tam Stasiuk czuje się jak u siebie. Kiedy matka proponuje wyjazd na Zachód, syn żachnął się, że przecież tam nie ma nic ciekawego. Za to wschód, gdzie ludzie mentalnie są jeszcze silnie w poprzedniej epoce ma w sobie coś swojskiego, coś co trzeba łapać, póki jest, co samo się przyswaja, przez osmozę. I nie chodzi tu o politykę, bo od jej uprawiania autor się odżegnuje - Stasiuk buduje w swoich książkach raczej skansen ze wspomnień, łapie nitki babiego lata rozpadającej się przeszłości. Myślę, że jak "Znaki szczególne" Pauliny Wilk są manifestem wspomnień trzydziestolatków, tak we "Wschodzie" odnajdą się dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie.

Trębacz z Samarkandy - Ksawery Pruszyński

Cienka jak zeszyt czwartoklasisty książka w czarnej, nieciekawej okładce skrywa trzy opowiadania. Tytułowe - Trębacz z Samarkandy, Różaniec z granatów, oraz Gwiazda wytrwałości. Sięgnęłam po ten tytuł zaciekawiona Samarkandą, która słynie z przecudnych zabytków. Domyślałam się, że samo miasto będzie tylko pretekstem dla snucia jakiejś historii i tak było rzeczywiście. Każdy Polak zna zapewne legendę o Lajkoniku; otóż Ksawery Pruszyński przytacza legendę pasującą do naszej jak ulał - opisywaną przez potomków Tatarów, którzy ongiś próbowali napaść na Kraków.
Dwa pozostałe opowiadania zostały zekranizowane w latach 70-tych. Różaniec z granatów jest historią o ironii losu i wojnie w Hiszpanii. W Gwieździe wytrwałości obecny jest element nadprzyrodzony, troszkę może oklepany, ale polany sosem patriotycznym. Ogólnie wszystkie trzy nowelki cechuje duże nasycenie wspomnień wojskowych z czasów drugiej wojny światowej. Pomimo iż wydanie, którym dysponuje moja biblioteka pochodzi z 1983 roku, opowiadania były napisane zaraz po wojnie, "na świeżo".

Ksawery Pruszyński w latach poprzedzających II wojnę światową, oraz w czasie jej trwania nazywany był "księciem reportażu". Sam Ryszard Kapuściński wypowiadał się o nim w superlatywach. Urodzony w 1907 roku w rodzinnym majątku na Wołyniu, Pruszyński dał się poznać jako znakomity reportażysta, publicysta oraz korespondent wojenny, obecny na frontach zarówno wojny w Hiszpanii, jak i światowej. Ponoć nie ustępował talentowi Hemingwayowi. Po 1945 roku  jako jeden z pierwszych wrócił z wojennej tułaczki do Polski, by od razu zająć się dyplomacją. Jednakże jego postawa była wielokrotnie krytykowana - z jednej strony jako kosmopolita był uważany przez stalinistów jako element niepożądany, z drugiej strony jako gorliwy patriota, pożyteczny dla nowego systemu humanista, pisarz, który z poduszczenia Jerzego Borejszy stanął w szranki o formowanie nowego, komunistycznego człowieka. Krytykowany był również przez Jana Lechonia, który nie mógł wybaczyć Pruszyńskiemu sprzeniewierzenie się ideałom wolnościowym i zaprzedanie się komunistom.

Będąc u szczytu kariery, w wieku 47 lat publicysta zginął tragicznie w strasznym wypadku samochodowym, który do dziś budzi wiele kontrowersji (obecne są tu teorie spiskowe o morderstwie na zlecenie Londynu); na niemal pustej drodze auto Pruszyńskiego zderzyło się czołowo z ośmiotomową ciężarówką. Jak było naprawdę - do dziś nie wiadomo.

Spuścizna Pruszyńskiego jednak jest stale obecna w kulturze Polski: w latach 1988-1999 przez Polski PEN Club przyznawana była nagroda im. Ksawerego Pruszyńskiego (ufundowana przez brata pisarza), nagrodzeni zostali między innymi Jan Nowak-Jeziorański, Teresa Torańska, Hanna Krall, Małgorzata Szejnert. Potomkowie Pruszyńskiego nie zostali bezimienni - syn, Stanisław, przez wiele lat pracował jako żurnalista największych kanadyjskich gazet, był także współpracownikiem Radia Wolna Europa, drugi syn, Aleksander został kandydatem na prezydenta Białorusi.

Pruszyński wydał kilkanaście książek o tematyce reportażowej, jego opowiadania zebrane są w kilka tomików, rozsiane są również po wielu antologiach, w tym w dwutomowej Antologii polskiego reportażu.

Linkografia: 


Książka przeczytana w ramach wyzwania 

Ostatni dzień w życiu Vallego Hedmana - Per Gunnar Evander

W poniedziałek 23 listopada 1970 roku zmarli: Encik Yusof bin Ishak, singapurski dziennikarz, polityk, prezydent Singapuru (ur. 1910), Giancarlo Cornaggia-Medici, włoski szpadzista (ur. 1904), oraz mistrz blacharski Valfrid „Valle” Hedman (ur. 1918). O ile dwa pierwsze nazwiska wpisały się w annałach historii, o tyle ostatnie nazwisko nic nikomu nie powie. Nawet, gdyby Hedman był realnie żyjąca osobą, nie tylko postacią z powieści Pera Gunnara Evandera.
Valle Hedman prowadził niewielką rodzinną firmę blacharską, przyjmująca coraz mniej ofert. Starszy, schorowany mężczyzna miał, owszem problemy ze zdrowiem, ale nic nie zapowiadało, że 23 listopada będzie ostatnim dniem jego życia. Jak w tym dniu ułożą się jego relacje z żoną i z pracownikami -  Lennartem Norinem i Knutem Perssonem? „Ta powieść – pisze Evander – w warstwie pierwszej mówi tylko o nieszczęśliwym wypadku, jaki zdarzył się blacharzowi w jego pod wieloma względami bardzo odpowiedzialnej pracy. Komplikuje nieco sytuację, ze ten blacharz ma własne przedsiębiorstwo – bo było moim zamiarem przedstawić śmiertelna walkę o istnienie małych warsztatów rzemieślniczych w Szwecji. Mam nadzieję, że i na drugiej, a nawet na wielu innych płaszczyznach, coś się tu dzieje. Rozstrzygnięcie, czy tak jest, należy do czytelnika.”
A myślę, że dzieje się sporo – chociaż od pierwszej strony jesteśmy uprzedzeni o wypadku, któremu ulega Hedman, napięcie stopniowane jest po mistrzowsku, bo mimo słów świadków zdarzenia, będących jak gdyby zapisem przesłuchania, do końca mamy nadzieję – wbrew zdrowemu rozsądkowi, że jednak nie zdarzy się nic złego.  Relacja prowadzona jest niemal reportażowo, bezosobowo, bez wartościowania. Evander pisze w sposób dość suchy, beznamiętny, jednak czytelnik głęboko wnika w psychikę bohaterów.
Ta niewielka książeczka wpadła mi w ręce w zeszłą środę. To jedna z wycofanych z biblioteki książek, które były wystawione w koszu „za darmo”. Wzięłam ją ze względu na moje wcześniejsze zetknięcie się z pisarstwem szwedzkiego autora. Per Gunnar Evander urodził się w 1933 roku. Przez lata pracował jako nauczyciel. Jest jednym z najbardziej płodnych szwedzkich pisarzy - debiutował w 1965 roku, a głównym motywem jego dzieł jest zwykły człowiek, z jego porażkami, rodzinnymi zaszłościami, słabościami. Tak było i w przypadku „Poniedziałków z Fanny”, gdzie miłość skazana była na porażkę, a relacje z ojcem bohatera pozostały niewyjaśnione. W Polsce jest to autor niemal nieznany, ale jeśli gdzieś uda Wam się dostać „Poniedziałki”, czy „Ostatni dzień”, to koniecznie sięgnijcie. 
Książka przeczytana w ramach wyzwania

Pamiętniki - Zofia Tołstoj

Mówi się, że mężczyzna jest głową rodziny, ale to kobieta jest szyją, która tą głową kręci. Lew Tołstoj był niewątpliwie geniuszem, ale to Zofia, jego żona była odpowiedzialna za całe zaplecze, łącznie z gospodarstwem, przepisywaniem powieści, artykułów pamiętników męża. Całe życie prowadziła zapiski,  których wybór możemy czytać.

Tom zaczyna się wspomnieniem krótkiego narzeczeństwa osiemnastoletniej Zofii Bers i trzydziestoczteroletniego, uznanego już wówczas pisarza. "Lew Nikołajewicz - pisze Zofia - przedstawił świetnie ceremonię naszego ślubu w powieści Anna Karenina, opisując ślub Lewina i Kitty. Odtworzył również plastycznie zewnętrzną stronę ceremonii i cały proces psychologiczny, odbywający się w duszy Lewina."


Zapiski pochodzą z lat 1862-1910. Męża nazywa w nich zdrobniale Lewoczka; z początku narzekała na brak miłości z jego strony, pod koniec większość wpisów dotyczy jego stanu zdrowia, a także zatargu Zofii z Czertkowem. Bardzo dużo miejsca w zapiskach poświęca dzieciom, których urodziła Lowoczce trzynaścioro. Po śmierci ukochanego synka, Waniczki (to drugi synek Zofii, który zmarł w dziecięctwie - pierwszy to Andriusza) nie pisała dziennika przez ponad dwa lata! Przejmujące są te fragmenty, kiedy czytamy jak Zofia opiekowała się chorującymi, gorączkującymi dziećmi, a strach o ukochanych jest niemal namacalny. Co równie smutne, jej córki, Tania i Masza, rodziły martwe dzieci. Być może dlatego, że była panią na włościach, w której chłopi pokładali nadzieję, stała się kimś w rodzaju lekarki: "Przychodzi do mnie mnóstwo chorych. Przy pomocy Fłorińskiego leczę wszystkich, ale co za męka duchowa  - czasem ta niemozność zrozumienia, na czym polega choroba i w jaki sposób pomóc!"
To Zofia decydowała o majątku, trzymała domową "kiesę", Lewoczka wysłał ją do rozsądzenia sporu z chłopami, którzy nielegalnie wycięli brzozy. Przez te wszystkie lata małżeństwa ta mądra, silna kobieta trzymała w ryzach gospodarstwo, była elementem spajającym rodzinę, nawet kiedy wszystkie dzieci pozakładały rodziny. Chociaż z jej zapisków wynika, że poświęcała się dzieciom bez reszty - to ona była ich pierwszą nauczycielką, doglądała ich w zdrowiu i w chorobie, szyła ubranka i bieliznę, zawsze czuła się lekceważona, szczególnie kiedy dzieci zaczęły dorastać i wykazywać wyjątkowo utracjuszowskie skłonności. Pisze: "Często się zastanawiam, czemu nie jestem kochana, skoro ja ich wszystkich tak bardzo kocham."
Zofia całe życie szukała bezwarunkowej akceptacji ze strony męża. Z jednej strony narzekała na swój los: "Ale nam, żonom, potrzebna jest nie s ł a w a  mężów, lecz ich czułość.", z drugiej strony akceptowała swoje położenie, a małżeństwo z wielkim człowiekiem napawało ją dumą. "Rocznica ślubu, od 36 lat jestem żoną lwa Nikołajewicza - i nie jesteśmy dziś razem. Smutne, że w ogóle między nami nie ma takiej wspólnoty, jakiej bym chciała. Ileż było z mojej strony prób nawiązania łączności duchowej! Nasz związek jest trwały, ale nie na tym na czym bym chciała. Nie narzekam, dobre i to, że tak się o mnie troszczy, tak zazdrośnie mnie strzeże, tak się boi mnie utracić. Zresztą niepotrzebnie - kogokolwiek bym pokochała, nikogo na świecie nie mogłabym nawet p o r ó w n y w a ć  z moim mężem. Zbyt wiele miejsca zajmował przez całe życie w mym sercu."
Lew Tołstoj zmarł na stacji Astapowo otoczony kultem swych wyznawców. Zofia, skłócona z nim, ale zawsze oddana przeżyła go o dziewięć lat. Nie podejmuję się oceniania ich burzliwego małżeństwa, ale Pamiętniki ukazały mi kulisy życia domowego jednego z najwybitniejszych pisarzy.
Jako dopełnienie życiorysu pary proponuję film Ostatnia stacja z 2009 roku z Christopherem Plummerem w roli  Tołstoja i charyzmatyczną Helen Mirren w roli Zofii. Film opowiada o ostatnim roku z życia pisarza, a także obrazuje zwady małżeństwa, które nie może bez siebie żyć.

Żony i córki - Elizabeth Gaskell

To już trzecia powieść Elizabeth Gaskell, jaką miałam przyjemność czytać. Od pierwszej, czyli Pań z Cranford jestem zagorzałą miłośniczką tej autorki.

W Żonach i córkach brak dynamizmu, jaki mamy w Północy i Południu. Klimatem powieść bardzo zbliżona jest do wspomnianych już Pań z Cranford. I tu również mamy apologię sielskiego życia na angielskiej prowincji, gdzie konwenanse są ustalone, a środowisko podzielone na ziemian, arystokrację i kupców - tymi ostatnimi Gaskell się nie zajmuje, kładąc nacisk na wyższe warstwy społeczeństwa. Akcja powieści zaczyna się, kiedy młoda bohaterka, dwunastoletnia Molly Gibson, córka owdowiałego doktora zostaje zaproszona na przyjęcie do wielkiej posiadłości. Tu poznaje przyszłą macochę, która wywiera na dziewczynce nie najlepsze wrażenie. Gaskell opisuje nam postacie w taki sposób, że mimo wszystko nie potrafimy ich nie lubić i dla biednej pani Kirkpatrick mamy dużo zrozumienia. To samo tyczy się bodajże wszystkich postaci: są może mało realistyczne, ale czytelnik ma chęć przenieść się do Hollingfordu, wypić herbatkę z pannami Browning, pograć w karty na proszonym podwieczorku, czy zatańczyć kontredansa w pięknej sali balowej podczas balu charytatywnego. Jak widać wychodzi ze mnie totalny romantyk i miłośnik dziewiętnastowiecznych klimatów.

Podczytując zerkałam na czteroodcinkowy serial BBC. Ta stacja nigdy nie zawodzi, jeśli chodzi o miniseriale kostiumowe. Troszkę byłam zaskoczona, bo doktora Gibsona i jego żonę wyobrażałam sobie troszkę młodszych (ona bodajże nie miała czterdziestki, a on niedawno ją przekroczył - podczas kiedy Bill Paterson oraz jego równolatka Francesca Annis w chwili kręcenia serialu mieli po 54 lata). Mam również mieszane uczucia co do powierzenia roli Osborna, przystojnego, wręcz posągowego w powieści, Tomowi Hollanderowi, który posągowy nie jest. Owszem, przepadam za nim, uważam, że jest doskonałym aktorem i naprawdę udźwignął rolę, ale mimo wszytko nie potrafiłam nie parsknąć śmiechem w pierwszym momencie.

Żony i córki mają przeszło osiemset stron. Ukazywały się w prasie w odcinkach w latach 1864-66. Elizabeth Gaskell zmarła nagle w 1865 roku nie dokończywszy ostatniego rozdziału! Niemniej jednak ze wskazówek, które zostawiła można się dowiedzieć, jak chciała zakończyć powieść. Nie wiedziałam o tym dopóki nie dotarłam do owego ostatniego rozdziału - miałam wrażenie, że nagle wszystko cichnie i odpływa, jak za zasłonę, której nie można odsłonić. I mimo tych ośmiuset stron miałam ochotę na jeszcze! Bo jeszcze tyle można było napisać.

Wyjechali - W. G. Sebald

Druga wojna światowa zniszczyła cały dotychczasowy świat. Była jak fala potopu, który zabiera wszystko z niszczycielską siłą. Niedawno obiło mi się o uszy stwierdzenie, że na Zachodzie w domowych biblioteczkach pełno jest książek stuletnich i starszych, a w naszej części Europy należą one do rzadkości. Dlaczego tak jest? Jesteśmy jednym z narodów wysiedlonych z własnej historii, ściętej tuż przy samych korzeniach, których jesteśmy pozbawieni. O takich właśnie pozbawionych korzeni ludziach pisze W. G. Sebald* w książce Wyjechali (Die Ausgewanderten - niem.: Emigranci). Wspomnienia, których nikt nie odbierze, a które potrafią palić bólem nie do zniesienia, zapiski matki, która zginęła w obozie, które syn czyta ze łzami w oczach, własne, utracone życie, które staje się męką. Taka cicha rozpacz obecna jest w bohaterach czterech opowieści. Choć teoretycznie dotyczą one czterech osób, rozciągają się na ich bliskich, a także i samego pisarza, który uczestnicząc w powieści staje się jej częścią wspólną - on również wyjechał z Niemiec do Wielkiej Brytanii, w której mieszkał i wykładał literaturę na uniwersytecie w Norwich. Zmarły na skutek wypadku samochodowego w 2001 roku, zapamiętany został jako niezwykły dokumentalista życia. Nie wierzył w postronnego narratora  - jego narrator musiał być obecny, mieć określony system wartości i swoją własną historię. Proza Wyjechali naszpikowana jest licznymi zdjęciami, mającymi zaświadczać o prawdziwości opisywanej przeszłości, dzięki czemu również samego autora możemy postrzegać jako pisarza szczegółu, podobnie jak Marcela Prousta. Czytając miałam wrażenie, że jestem we śnie - nagle jesteśmy wrzuceni w historię, poruszamy się w niej, zmieniają się scenerie, zmienia się sens, sceny przechodzą w siebie.
Wyjechali jest również ważną książką o Holokauście. Nie mówi o nim wprost - historie osób, które nie uczestniczyły w zagładzie, doświadczyły ciężkiej traumy pośrednio, odarto je z rodzin, korzeni, wspomnień i całej historii. Z ich życia. Wegetują w zawieszeniu, w cieniu śmierci. Na początku II wojnę światową porównałam do fali potopu, bohaterów Sebalda można porównać do ryb, wyrzuconych tą falą na brzeg. Miele wspomnienia, jak gdyby chciał je zetrzeć na proch. "Wspomnienia (...) często wydają mi się czymś w rodzaju głupoty. Ciążą i przyprawiają o zawrót głowy, jak gdyby człowiek nie patrzył wstecz, przez tunel czasu, ale spoglądał w dół na ziemię z wielkiej wysokości, z jednej z owych wież, które giną w niebiosach".

Więcej:
Na stronie Polskiego Radia można posłuchać audycji o Sebaldzie:  http://www.polskieradio.pl/8/195/Artykul/499449,Mapy-bolu-historie-znikania-70-rocznica-urodzin-WG-Sebalda
Polecam również artykuł z New Yorkera: http://www.newyorker.com/books/page-turner/why-you-should-read-w-g-sebald

* czyt.: We Gie Zebald, dla wielu po prostu Max Sebald.

Medicus - Noah Gordon

Zachęcona entuzjastycznymi recenzjami czytelników, postanowiłam przeczytać pierwszą część trylogii o rodzinie Cole. 

Medicus Noah Gordona zaczyna się we wczesnych latach trzydziestych XI-go wieku w Londynie. Rob Cole jest najstarszym z licznego rodzeństwa, ale na skutek przykrych okoliczności dzieci szybko zostają osierocone. Ukochana siostra i młodsi bracia zostają oddani do innych rodzin na wychowanie, a Rob jedzie z wędrownym balwierzem (kuglarz i pielęgniarz w jednym - moim zdaniem najlepsza postać w książce) w objazd po Anglii. 

To oczywiście początek licznych przygód i wędrówek młodzieńca, bowiem Rob ma szczególny dar "wglądu" w ludzkie ciało, i niezadowolony ze swoich nikłych umiejętności balwierza postanawia stać się medykiem z prawdziwego zdarzenia, a w tym celu musi się udać do samego osławionego Awicenny.

Medicus jest opowieścią awanturniczą o wielkiej sile charakteru i determinacji w dążeniu do celu; Rob po licznych przeszkodach dopina swego, a w jaki sposób tego dokonał przyprawia o zawrót głowy.

Część "angielska" przypadła mi do gusty najmocniej, bo jestem miłośniczką średniowiecznych realiów, szczególnie w odniesieniu do medycyny właśnie - tu muszę wspomnieć o bracie Cadfaelu i Matthew Bartholomew, których wprost uwielbiam. I byłby się Rob Cole stał jednym z tych uwielbianych, gdyby nie liczne błędy faktograficzne, anachronizmy, a przede wszystkim obdarzenie Roba nieprawdopodobnymi przygodami, na tle których Baron Münchhausen wypada blado. Mniej więcej w połowie powieści zdałam sobie sprawę, że powinnam ją czytać jak totalną fikcję i przymknąć oko na nieścisłości, żeby nie zejść na apopleksję. Więc Medicus traktowany jak baśń podobał mi się, ale nie zachwycił. Może moje słowa wskazywałyby na to, że powieść czytało mi się źle, ale o dziwo przyniosła mi satysfakcję. Rozczarowała mnie końcówka - powrót do kraju po tak licznych perypetiach i "reszta życia" zmieściły się w rozdziale, albo dwóch.

Trafiłam również na zapowiedź filmu, ale już po trzyminutowym filmiku wiem, że się skuszę, chociaż dużo rozbieżności z książką, a Ben Kingsley w roli Awicenny zachęca mnie szczególnie.

Opętanie - A. S. Byatt

Pomijając tytuł, który przywodzi na myśl czerwonego harlequina, powieść A. S. Byatt jest dziełem, jakie czytelnik kocha - wielowątkowa intryga, zagadka z tajemnicą rodzinną w tle, dramat miłosny i komedia romantyczna, autorka także wyszydza układy i układziki w światku akademickim brytyjskich uniwersytetów. Opętanie jest powieścią nagrodzoną Bookerem, i słusznie, bo czaruje - czytając do poduszki nie mogłam poprzestać na końcu rozdziału i musiałam czytać dalej!
A. S. Byatt pochodzi z literackiej rodziny z Sheffield - jej siostrami są autorka Margaret Drabble, oraz historyk sztuki Helen Langdon (w wywiadach Byatt przyznała się, że nie czyta powieści siostry). Pierwszą wydaną powieścią Byatt była The Shadow of the sun opowiadająca historię zdominowanej przez ojca młodej kobiety. W kolejnej - The Game - odniosła się do relacji z siostrą kreśląc portrety współzawodniczących kobiet. Poza licznymi przykładami literatury pięknej, Byatt jest autorką artykułów z zakresu krytyki literackiej, miedzy innymi o Iris Murdoch, która wywarła na pisarkę niebagatelny wpływ jako jej mentorka i przyjaciółka. Byatt pisuje także opowiadania, oraz baśnie. Od roku 1999 autorka może się poszczycić tytułem Damy.
Jej najsłynniejsza powieść Opętanie, opowiada dwie równoległe historie miłości. Młody, niezbyt ambitny doktorant, Roland Mitchell znajduje przypadkiem brudnopis listu miłosnego dziewiętnastowiecznego poety, Randolpha Henry'ego Asha. Chociaż Ash jest postacią fikcyjną, tak samo jak Christabel La Motte, poetka, oraz adresatka listu, Byatt serwuje nam wspaniały wybór poezji obojgu wyimaginowanych autorów. Wiersze te są tak piękne, że miałam ochotę je przepisać do zeszytu - zgodne z wiktoriańskim stylem, przesycone duchem mistycyzmu, odwołujące się do mitologii i podań ludowych. 
Książka, jak już wspomniałam - jest świetna, pochłania bez reszty i przyprawia o wypieki na twarzy. Literaccy detektywi rozwiązują niesamowitą zagadkę, której tropy idą od listu do pamiętnika, od pamiętnika, do kolejnego listu, itd aż do finału, w którym aż wstrzymałam oddech (w przenośni oczywiście). A po piętach depcze im - niczym szpieg z krainy Deszczowców - amerykański profesor chcący pozyskać artefakty związane z Ashem do swojej kolekcji. 
Nie byłabym sobą, gdybym od razu nie skonfrontowała powieści z filmem. W 2002 roku nakręcono Opętanie z Aaronem Eckhartem (Mitchell), Gwyneth Paltrow (Bailey), Jeremym Northamem (Ash) i Jennifer Ehle (La Motte). Film, jak film; książka była taka pełna, proponowała czytelnikowi erudycyjną grę, a film tak się prześliznął po fabule, jak po lodowisku... To, co w książce zajmowało rozdział, w filmie trwało chwilkę i było ledwie naznaczone. No, ale cóż, film rządzi się innymi prawami. Ale aktorsko jest wspaniale, szczególnie przypadła mi do gustu para wiktoriańska. 
Bardzo bym chciała mieć własny egzemplarz. Ale z większym drukiem. Tak wydany jak równie ekscytujące dzieła Zafona. Teraz będę polowała na Anioły i owady Antonii Susan Byatt.

Opowiadacze

Po lekturze opowiadań Etgara Kereta złapałam się na stwierdzeniu, że nie lubię opowiadań. Nie dokończyłam jeszcze myśli i już miałam poważne wątpliwości, co do prawdziwości stwierdzenia. Ależ ja bardzo lubię opowiadania!


Opowiadanie ma być długie – taki stawiam warunek. Ma być „o czymś”, oraz cechować się spójnością logiczną i językową. Niestety, coraz częściej trafiam na jakieś szkice, wygłupy, słowna papkę na dwie strony. Nie tędy droga. Może jestem poważnie skażona klasyką, ale waśnie takie opowiadania lubię czytać.

Dość przekornie, bo od ekranizacji zaczęła się moja przygoda z Rudyardem Kiplingiem. Mając kilka lat zakochałam się w bohaterskim ichneumonie Rikki Tikki Tavim. Naturalnie po filmie (nie była to kreskówka, a film z prawdziwymi zwierzętami!) sięgnęłam po całą Księgę dżungli, którą po prostu pokochałam.

Kiedy miałam naście lat do moich ulubionych pisarzy należał również Edgar Allan Poe, którego twórczość również poznałam dzięki telewizji. Dawno temu tv puszczała Hammerfilmy z niezapomnianym Vincentem Price’em. Do dzisiaj ciarki mnie przechodzą, kiedy pomyślę o Dziwnym przypadku Pana Waldemara. Ma się rozumieć kiedy tylko zdobyłam egzemplarz Opowieści Nadzwyczajnych, pożarłam je na miejscu (nocą!). Opowiadania mam w tłumaczeniu Leśmiana, co jeszcze potęguje ich niesamowitość.

Zaczytywałam się w powieściach i opowiadaniach Henry’ego Jamesa. Dla mnie jest niekwestionowanym królem opowiadań. Owszem, można mu zarzucić monotematyczność: wszystkie jego opowiadania rozgrywają się wśród bogatych Amerykanów zwiedzających Kontynent, ale sam język oraz tematy poruszane w opowiadaniach są godne polecenia.

W tym samym czasie czytałam opowiadania Williama Somerseta Maughama. Maugham podróżował po Dalekim Wschodzie, którym był urzeczony – jego psychologiczne opowiadania rozgrywają się właśnie w większości w malowniczych zakątkach Chin, czy innych równie egzotycznych zakątkach.

24 godziny z życia kobiety Stefana Zweiga stawiam bardzo wysoko w rankingu najlepszych zbiorów opowiadań. Zafascynowany Freudem tworzył bogate duchowo opowieści o skomplikowanych ludzkich losach. Prócz tytułowego opowiadania, polecam Nowelę szachową. Sięgnijcie, proszę, po PIWowski tomik, w którym jest aż dziewięć opowiadań – niektóre wydania zawierają zaledwie trzy.

Popełniłabym ogromny błąd, jeślibym nie wspomniała o Antonie Czechowie. Jest w jego opowiadaniach jakaś mądrość, sentymentalizm, prostota. Równocześnie są wysublimowane, i mimo pogody - smutne. Dama z pieskiem, czy tomik siedmiu opowiadań Baby (Seria z Kolibrem) nie zostawiają czytelnika obojętnym.

O mały włos zapomniałabym również o Erneście Hemingwayu. Samotność myśliwego opisuje z taką precyzją, że choć pisane prostym językiem, czytelnik niemal ma wrażenie, że towarzyszy w wędrówkach bohaterowi. Kawa gotowana na ognisku pachnie, woda ze strumienia jest przyjemnie zimna, a gałęzie delikatnie smagają nasze ciała, kiedy razem z myśliwym przemierzamy las. Jestem przeciwna polowaniom, ale Hemingway po prostu urzeka.

Wielu jest genialnych „opowiadaczy”, choćby wspomnieć Jamesa Joyce’a, Kurta Vonneguta jr, czy Stephena Kinga (chociaż nie należę do miłośników mistrza horroru, uwielbiam jego Balladę o celnym strzale), lub choćby Jeffrey Archer, którego opowiadanka kryminalne tak miło mi się słuchało na audiobookach w czasie anginy.

Kobieta z prowincji - Waldemar Siemiński

Dziś będę Was zachęcała do sięgnięcia po niewielką, ale ważną książę. Na samą historię Kobiety z prowincji trafiłam ponad dwie dekady temu, kiedy późnym wieczorem trafiłam na powieść w odcinkach czytaną przez wspaniałą Ewę Dałkowską. Czekałam na kolejny odcinek z wypiekami na twarzy, jak czeka się na ulubiony serial. Aktorka wcielała się w postać niemłodej kobiety z małego miasteczka ze środkowej Polski. Wspominała całe swoje życie cofając się do lat dzieciństwa. 
Siemiński napisał Kobietę z prowincji pod koniec lat 70-tych. Nie wzięła się ona jednak z wyobraźni autora, a z życia, bowiem są to wspomnienia ciotki Siemińskiego, sześćdziesięciosiedmioletniej Anny z domu  Głowackiej, urodzonej i wychowanej w Kazimierzu Dolnym, który w powieści nosi nazwę Laźmierz. Zapisy zarejestrowane na taśmie magnetofonowej zostały zredagowane, następnie fragmentami zamieszczane w Regionach w 1980 roku. Tematem zainteresował się reżyser Andrzej Barański, który do roli Andzi zaangażował właśnie Ewę Dałkowską, znaną widzom do tej pory choćby z głównej roli w Sprawie Gorgonowej. W 1984 roku powstał kameralny film opowiadający o prostej, lecz niezłomnej kobiecie, której całe życie było podporządkowane pracy. 
W 1987 roku nakładem Czytelnika wyszła powieść Siemińskiego. 
Po Kobietę sięgnęłam drugi raz. Pierwszy dawno temu, zdaje się, zaraz po obejrzeniu filmu. Dziwnymi torami idą ludzkie myśli - poniekąd Matka Makryna swoja narracją przypomniała mi o Andzi i od razu zapragnęłam przeczytać powieść raz jeszcze. 
Narracja prowadzona jest stylem gawędowym, słuchamy wspomnień starej, steranej życiem nikomu niepotrzebnej kobiety, która jak wół harowała przez całe życie. Andzia żyła z maszyny do szycia, stare szmatki przerabiała na porządne fatałaszki i sprzedawała na handelku. Zbierała chmiel, odkładając każdy grosiczek na dzieci. Ze wspomnień wyłania się obraz biedy małego miasteczka, nędznego losu maluczkich, a także grozy wojny - najlepsza przyjaciółka Andzi, Siejwa była jedną z setek zamordowanych Laźmierzańskich Żydów. Motyw zamążpójścia każdej w pięciu Głowacczanek przypomina historię córek Tewjego Mleczarza z powieści Szolema Alejchema - żadna nie "zrobiła partii", i jako wdowy lub żony pijaków żyją zwyczajnym życiem szarego człowieka. 
Gorąco Was namawiam do sięgnięcia po Kobietę z prowincji. O filmie i samej bohaterce możecie posłuchać z ust odtwórczyni głównej roli - TU
Tę piękną powieść przeczytałam w ramach wyzwania

Droga do zapomnienia - Eric Lomax

"Celem Japończyków było zamknięcie nas w dolnych kręgach piekła". Te mocne słowa wyszły spod pióra Erica Lomaxa, oficera łączności wziętego do japońskiej niewoli w czasie drugiej wojny światowej. Historia Lomaxa stała się sławna w 2012 roku, kiedy do kin weszła uładzona adaptacja jego wspomnień. Jednak - choć film był przejmujący i dobrze zagrany, nie oddaje całego okrucieństwa, z którym zetknął się Anglik.
Eric Lomax od dzieciństwa rozmiłowany był w pociągach i już jako nastolatek znał nazwy i modele wszystkich lokomotyw, rozstaw torów, ciekawostki dotyczące kolei, a swój wolny czas spędzał na licznych wycieczkach w celu odkrywania starych, opuszczonych torów, czy przyjrzenia się z bliska jakiemuś ciekawemu "okazowi". Prócz tego - jak całe przedwojenne pokolenie, zbierał znaczki, etykiety zapałczane, piwne, oraz karty z papierosowych paczek (przed wojną w Polsce również można było takie dostać). Bardzo szybko znalazł pracę na poczcie, gdzie zarabiał na utrzymanie jego ojciec. Jednak karierę w urzędzie przerwała druga wojna światowa. W niedługim czasie Lomax został wysłany na wschód. Złe decyzje wojskowych zaowocowały klęska na froncie wschodnim i długoletnią, okupioną cierpieniem tysięcy żołnierzy niewolą. Japończycy nie respektowali konwencji genewskiej traktując jeńców jak darmową siłę roboczą, a ich warunki życia były porównywalne z tymi, panującymi w obozach koncentracyjnych. Okrucieństwem porównywalnym z Gestapo zwłaszcza cechowała się Kempeitai (japońska żandarmeria wojskowa). Lomax jako podejrzany o spisek był wielokrotnie torturowany, a następnie zesłany do więzienia wojskowego - tu przeżywał dalszy ciąg mąk piekielnych. 
Po wyzwoleniu wrócił do Wielkiej Brytanii. Właściwie można powiedzieć, że wróciło jego ciało, ponieważ umysł nadal borykał się z traumą. Jak funkcjonować w społeczeństwie mając złamaną psychikę? Czytając Railway man, bo taki angielski tytuł noszą te wspomnienia, można odnieść wrażenie, że nie może być aż tak źle, skoro w niektórych momentach autor pozwala sobie na humor, a tortury opisywane są jakby z pozycji suchego obserwatora - nic bardziej mylnego; Lomax, kiedy już się przełamał i zaczął mówić o swojej traumie, trafił na kochającą kobietę, która starała się go rozumieć, a także zachęciła do spotkania ze specjalistami badającymi traumę ludzi, którzy bili torturowani. Przez szereg lat uczył się "oswajać" wspomnienia.
Droga do zapomnienia stawia również ważkie pytania - czy tak skrzywdzony człowiek jest w stanie wybaczyć swoim oprawcom? Jakie jest pojmowanie winy wśród samych Japończyków? Wiele powiedziano o frontach europejskich za czasów drugiej wojny światowej, niewiele jest jednak świadectw krwawych wydarzeń na terenach Dalekiego Wschodu. Pół wieku temu na ekrany kin wszedł dramat wojenny Most na rzece Kwai - jak zauważył sam Lomax, film nie oddaje nawet części prawdy, bo nie było tam tak dobrze odżywionych więźniów...

Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta - Anna Arno

W szkole podstawowej uczyłam się wiersza „Pieśń o żołnierzach z Westerplatte”. Prócz „Alarmu dla miasta Warszawy” (Słonimski) i „Minucie ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej” (Szymborska) zapadł mi w pamięć wiersz o zupełnie innej, nie związanej z patriotyzmem tematyce. Jak w piosence powtarzał się refren o zaczarowanej dorożce, zaczarowanym dorożkarzu i zaczarowanym koniu. Nagle odkryłam inny, liryczny świat, w którym rymy nie musiały sławić wydarzenia z historii Polski, a przenosiły czytelnika w świat fantazji. Coś takiego przeżyłam jeszcze przy okazji „Ballad i Romansów” oraz onirycznych wierszy Leśmiana. Później, kiedy odkryłam dla siebie Przekrój (mówię o świadomym czytaniu prasy) stwierdziłam, że to ta sama duchowa kraina Konstantego Ildefonsa, która odkryłam przy okazji Zaczarowanej dorożki (tu biję się w pierś, bo przez lata przechowywałam skrót wiersza, który wyrwałam z podręcznika do polskiego!). Potem naturalnie były i „Listy z fiołkiem” i „Serwus, Madonna”, które rozpadają się z zaczytania, oraz wycinane przeze mnie „Teatrzyki Zielona Gęś”. Mimo iż przygoda Gałczyńskiego z Przekrojem była stosunkowo niedługa, bo zaledwie parę lat, to humor poety ze stylem krakowskiego pisma jest nierozerwalny.

Po biografię Zielonego Konstantego sięgnęłam z prostej przyczyny – w lutym na spotkaniu DKK będziemy tę książkę omawiać. Nie miałam jej w planach, ale i nie wzbraniałam się przed nią. Nie sposób przecież nie znać życiorysu ulubionego poety, a uzupełnienie obrazu zawsze mile widziane! Nie zawiodłam się, jak to było w przypadku biografii Grzebałkowskiej o księdzu Twardowskim. Tym razem odczuwałam prawdziwą przyjemność podczas lektury.

Niebezpieczny poeta jest obszernym i wyczerpującym curriculum vitae jednego z najważniejszych poetów ubiegłego wieku. Autorka biografii, historyk sztuki Anna Arno, absolwentka Institute of Fine Arts (New York University), analizuje życie poety poprzez obszerne fragmenty jego wierszy, oraz wypowiedzi zarówno samego Gałczyńskiego, jak i jego rodziny i znajomych, wśród których znaleźli się najważniejsi literaci minionej epoki, tacy jak Putrament, Waldorff, czy niedawno zmarły Jerzy Andrzejewski.

Antysemita, alkoholik, oportunista sławiący stalinizm, czy ofiara systemu (jego poezję potępiono jako zbyt burżuazyjna jak na czasy kultury szytej „pod” prostego robotnika), niesamowicie utalentowany i płodny liryk? Fakt, że Gałczyński nie wypierał się, że pisze dla pieniędzy, ale mam wrażenie, że jest jednym z niewielu przykładów talentu totalnego, dla którego apanaże są jedynie pretekstem do nałogowego  przelewania myśli na papier. Ja w tej biografii nie widzę biografki; niestety, dziś jest to nagminne, dlatego miałam nieodparte wrażenie, że czytam książkę napisaną przez kogoś o wiele starszego, ze starej dobrej szkoły pisania biografii, a nie książek typu jak-JA-to-widzę. Arno nie zajmuje żadnego stanowiska w „krytycznych” momentach; oddaje głos innym, i tak po opublikowaniu „Poematu dla zdrajcy” o ucieczce Miłosza z kraju, czytamy wypowiedź  Jana Lechonia o „zbydlęceniu się” Gałczyńskiego. Resentymenty w literackim światku nieraz dochodzą do głosu i zdziwiłby się ten, kto spodziewa się układnych, uduchowionych wieszczy.

Autorka odnosi twórczość do życia prywatnego Gałczyńskiego, do jego przeżyć, obsesji, marzeń. Każdy wers ma swoje realne uzasadnienie, nic nie jest wyrwane z próżni. Przedwojenne liryki kontrastują z powojennymi panegirykami ku czci robotnic, wojna usypia talent Konstantego (przez sześć lat powstało zaledwie siedem wierszy!), a po epizodach z kochankami poeta wraca do swojej Srebrnej Natalii i tworzy jeden z najpiękniejszych wierszy miłośnych jakie powstały (Rozmowa liryczna).

Mam wrażenie, że mimo epizodu z faszystowskim pismem prosto z mostu, mimo hymnów ku czci nowego systemu, Gałczyńskiego nie sposób „znielubić”. To jeden z poetów wnoszących jakiś wyjęty z ram czasu urok, a humor Teatrzyku nie traci na wartości mimo tego, że autor pisał go w zupełnie innych realiach.

Lodowi wojownicy

Lodowi wojownicy, Ice warriors, to polscy alpiniści, których specjalnością jest atakowanie szczytów ośmiotysięczników zimą. Zimowe wyprawy, szczególnie kiedy sportowcy wspinają się bez butli tlenowych, należą do szczególnie trudnych. Historię Ice warriors zaczęto pisać czterdzieści lat temu, kiedy to odbyła się zwycięska wyprawa na Lhotse – już wtedy zeszło z góry mniej alpinistów, niż na nią weszło… Jak widać góry, niczym jacyś mityczni bogowie dają niezwykłe szczęście, w zamian żądając krwawej ofiary.
Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak to bardzo trudna książka. Trudna, bo o trudnym temacie. Wyprawa wysokogórska została zorganizowana, by godnie pochować ciała Macieja Berbeki i Tomka Kowalskiego, którzy zdobywszy zimą szczyt Broad Peak, zostali w górach na zawsze. Decyzję o wyprawie, właściwie od razu po tragedii, podjął brat Macieja, Jacek. Jedni dowodzą, że tragedia rozegrała się, ponieważ zabrakło braterstwa liny, zrzucając całą winę na Artura Małka i – w szczególności na Adama Bieleckiego („Bielecki pognał sam, było mu za wolno”), inni tragedią obarczają samych zmarłych – zbyt starego na wyprawę Berbekę, oraz Tomka Kowalskiego, który miał kombinowane raki i któremu, najprawdopodobniej zabrakło pokory wobec gór, który „zawsze powtarzał, że jego nazwisko musi się znaleźć w encyklopedii”. Młodych alpinistów atakowano również za celebrytyzm – podczas, kiedy starci koledzy „robili swoje” bez medialnego szumu wokół siebie, młodzi wrzucali wszystkie swoje wrażenia, zdjęcia, nowiny do mediów społecznościowych.
Alpinizm jest nie tyle hobby, co sposobem życia, pomysłem na nie. Kierownik zimowej wyprawy na Broad Peak, Krzysztof Wielicki mówi o tych, którzy zostali w górach, że byli „zachłanni życia”, „potrzebowali (…) potężnych emocji, których jednego dnia mogą mieć tyle, ile inni nie uzbierają przez całe życie”. Ten sport jest zmaganiem się nie tylko z górami, z warunkami zewnętrznymi, ale i sprawdzaniem siebie: „wspinasz się, jesteś u kresu wytrzymałości, niemal umierasz ze zmęczenia, głodu, pragnienia, boli cię każdy mięsień, całe ciało, ale jesteś szczęśliwy”. Hugo-Bader pisze o górach od strony laika, człowieka spoza kręgu; może za dużo w Długim filmie samego Badera, ale podziwiam go za jego gotowość do bycia wszędzie. Oprócz forsowania „swojej prawdy” podaje również ciekawostki o chorobie górskiej, czyli deterioracji, która była przyczyną śmierci wielu alpinistów. Na śmiałków czyhają nie tylko AMS, która powoduje obrzęk płuc, czy mózgu, ale i „lawiny, spadające kamienie, załamanie pogody”, a przede wszystkim zmęczenie i limit własnych możliwości. Dzięki autorowi dowiedziałam się również ile, orientacyjnie, kosztuje taka „przyjemność”.
Hugo-Bader cytuje również niesmaczne, anonimowe wypowiedzi zamieszczane na forach – każdy stał się nagle ekspertem od alpinizmu. Gdyby media i specjalnie powołana komisja nie zrobiły z tragedii szopki medialnej, śmierć Berbeki i Kowalskiego byłyby zapisane jako kolejne śmierci w górach, które przecież tak często się zdarzają. „Raport opublikowany przez komisję jest druzgocący, ale tylko dla tych, którzy przeżyli”; Bielecki mówi wprost – „gdybym nie przeżył tej wyprawy, byłbym bohaterem”. Jaka jest prawda? Kto zawinił? Dlaczego doszło do tragedii? Myślę, że nie powinniśmy szukać winnych, nie znając się na alpinizmie, nie powinniśmy oceniać charakteru Bieleckiego, Kowalskiego, nie zwalać winy na wiek Berbeki, czy kombinowane raki Kowalskiego. Ryzyko jest wielkie, ale alpinizm należy do jednego z najbardziej ekstremalnych sportów. Powołanie komisji mającej na celu wyjaśnienie tragedii uznaję za wielkie nieporozumienie, bo krwiożercze góry połykają alpinistów garściami.
Jaka jest zatem książka Jacka Hugo-Badera? Jak już zauważyłam – dużo w niej samego autora, jego spostrzeżeń, jego wizji wyprawy i tego, co mogło się stać zimą na Broad Peak. Jednak czuję, że cytując fora, autor chce nas odwieźć od oceniania czegoś, na czym większość z nas się zwyczajnie nie zna. Jeśli o mnie chodzi, to alpinizm jest mi obcy, ale nazwiska takie jak Kukuczka, czy Rutkiewicz znam, a alpinistów, jako ludzi o niespotykanym harcie ducha darzę szacunkiem. Moim zdanie – co się zdarzyło w górach, zostaje w górach.