Header Image

Brzemię rzeczy utraconych - Kiran Desai

Brzemię rzeczy utraconych to powieść wielowątkowa, wielowarstwowa, napisana językiem tak plastycznym, że czujemy go wszystkimi zmysłami. Kiran Desai w swojej drugiej powieści (jej debiut to Zadyma w dzikim sadzie) opisuje losy kilku barwnych postaci z Kalimpondu, niewielkiej miejscowości leżącej u podnóża Kanczendzongi. Koniec lat 80-tych, w regionie wybuchają zamieszki na tle narodowościowym. Na tle tego całego zamieszania toczy się normalne życie. Dziewczyna zakochuje się w korepetytorze, staruszek pieści swojego pieska, a stary kucharz czeka na listy od syna, pracującego za granicą. Jednak na postaciach prędzej czy później dostrzeżemy rysy - staruszek, emerytowany sędzia, okaże się człowiekiem bez serca, Sai, wnuczka sędziego pokarze egoizm (nastolatki), Gjan, korepetytor, z pozoru mądry student, okaże się niewdzięczny i małostkowy. W powieści nic nie jest jednoznaczne, postacie są bardzo ludzkie, a świat - zwyczajny.
Brzemię... to także opowieść o emigracji. O tym, jak ciężko jest się zaaklimatyzować, jak ciężko wrócić. Utrata korzeni spowodowana wyjazdem jest trwała. Obserwacje Desai na temat emigracji zarobkowej są bardzo aktualne, nieomal cyniczne, trafne. Książkę jeszcze przetrawiam, myślę nad nią. Wracam cały czas do tego czy owego fragmentu. Świetną recenzję napisała Iza z bloga Book-erka.blogspot.com. Szkoda, że egzemplarz musiałam zwrócić (książkę przeczytałam na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki), bo tak rozważam, czy nie kupić własnego. Na pewno sięgnę po debiut Desai.
Wczoraj kupiłam tę Safak, o której wspominałam. Przeczytałam "na spróbówkę" Do Czytelnika i już wiem, że mi się spodoba. Agnes Grey nie było (sic!); ale ja to jednak durna, rozkojarzona baba jestem, bo najpierw poprosiłam o Jane Eyre. Ale potem się zreflektowałam. Wracając do Brzemienia rzeczy utraconych - to doskonała lektura, dla tych, którzy pragną od książki czegoś więcej, niż chwilowego zapomnienia. Do prozy Desai trzeba się ustosunkować, bo nie pozostawia obojętnym. To nie jest książka do autobusu. Ale na długie wieczory przy zachodzącym na pomarańczowo słońcu.
I jeszcze tak na marginesie dodam, że za tę książkę Desai otrzymała Booker Prize, najbardziej prestiżową nagrodę literacką Wielkiej Brytanii (przyznawana od 1969 roku za książki w języku angielskim). Moim skromnym zdaniem, całkowicie zasłużenie. [pełna lista nagrodzonych]

Wieniedikt Jerofiejew razy dwa

No, jakże to tak można leżeć w trumnie? Tak po prostu, zwyczajnie leżeć?
Żeby chociaż czymś przykryli... Bo inaczej ja przecież mogę się zdradzić. Mimo woli drgnie ręka albo... jeszcze coś innego.
A położyli mnie jakby dla śmiechu. Położyli i czekają, aż się czymś zdradzę... Westchnę albo poruszę...
Nawet oczu nie wolno otworzyć... Otworzę - a oni stoją i patrzą...
Umarłemu, na ten przykład, wszystko wolno... Umarły może leżeć z otwartymi oczami. I tak nikogo nie zobaczy. Pewnie mu się zdaje, że nikt na niego nie patrzy. Dlatego się nie wstydzi... I oczy zamknąć - może... Nawet wypada, żeby umarły w trumnie cały czas zamykał oczy...
"Obywatele! To nie będziecie się śmiać, jeśli na was popatrzę? Co?"
Dziwne, dlaczego wszyscy milczą... Pewnie myślą, że naprawdę jestem nieżywy, a tymczasem ja po prostu udaję takiego... rozmownego... Jakby mi rzeczywiście głównie o to chodziło - odstawiać takie numery i zabawiać ich...
"Obywatele! A ja pomimo wszystko otworzę!
I popatrzę na was! To dla was będzie nawet interesujące. Umarły, a patrzy... Hi, hi... Będziecie parskać śmiechem w chusteczki. A potem pójdziecie i wszystkim będziecie opowiadać: «Umarły, a patrzy... »"
Teraz już na pewno będą mówić, że umarłem: oczy otworzyłem, ale i tak nic nie widzę. Zupełnie inaczej niż w ciemnościach. Jeśli w ciemnościach dobrze wytężyć wzrok, to na początku zwyczajnie widać kontury... A potem już nawet twarze można dostrzec. Rozpoznać tych, których kiedyś się już widziało. Mrugniesz albo kopniesz... A tu nie tylko konturów, ale i samej ciemności... Samej ciemności nie widać.
Bywa, że człowiek obudzi się, otwiera oczy - a nie widzi... Ale przecież tak bywa we śnie... A ja nawet nie zamierzam spać. Dobrze wiem, że na mnie patrzą...
"Obywatele! A co, jeśli się przewrócę na drugi bok? I w ogóle - będę się przewracać, śpiewać pieśni rewolucyjne, krzyczeć będę... Przecież się wtedy odwrócicie? Tak?"
Śmieją się... Pewnie z "rewolucyjnych pieśni" się śmieją... Niepotrzebnie to powiedziałem... Nawet samemu mi głupio. Trzeba było powiedzieć coś mądrzejszego, żeby sobie pomyśleli: "Taki mądry, a leży w trumnie. To znaczy, że umarł".
A przecież to bardzo trudne. Leżeć w trumnie, czuć, że się oślepło - i mówić mądre rzeczy. To bardzo trudne.
"Wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie, i światłość wiekuista niechaj świeci duszy zmarłego sługi twojego! Obywatele! Nie myślcie, że ja wierzę w brodatego Boga! Bóg jest wszędzie prawdziwy i jedyny...!"
Proszę, jaka ze mnie cwana gapa.
"A w to, co powiedziałem do tej pory - temu nie wierzcie. Wszystko z niewiedzy mojej, z braku pomyślunku Dlatego, że mi tu obco, nie przywykłem jeszcze. W powietrzu jakby zapach kuchni. I wszyscy się patrzą... Straszno mi... "
Naprawdę mi straszno.
"Obywatele! Jeśli jest wśród was chociażby jeden ślepiec - to on mnie zrozumie. Okropnie kocham ślepych! Jeszcze w dzieciństwie chciałem, żeby wszyscy byli ślepi, żeby wszyscy mieli zamknięte powieki... A jeśli u kogokolwiek gałka oczna rozsuwa powieki, należy to uznać za złośliwy nowotwór i pomóc człowiekowi...
Tfu, co za bzdury opowiadam!
Czuję nawet, że zaczynam się czerwienić. Dziwne przyzwyczajenie! Kiedy zaczynam się rumienić, czerwienieję coraz bardziej i bardziej. I już żadną zimną krwią nie potrafię się powstrzymać...
Niechby mnie czymś przykryli... Bo inaczej mogą przecież pomyśleć: "Najwyraźniej udaje, przecież umarli się nie czerwienią". Chociaż całunem, czy jak...
"Obywatele! Przykrylibyście mnie czymś, bo przecież widzicie, że purpurowieję i rumienię się..."
A pod całunem nawet kichać wolno.
"No to lepiej na mnie nie patrzeć... wieczne odpoczywanie..."
Zapiski psychopaty Wieniedikt Jerofiejew

Spójrzcie: z prawej, pod oknem siedzi dwóch facetów. Jeden tępak w waciaku i drugi, starszy mądrala w gabardynie. I proszę bardzo, nikogo się nie wstydzą, nalewają i piją. Rąk nie załamują, na platformie nie biegają. Tępak łyka, stęka i powiada: "O, kurwa, ale dobrze poszła!" A mądrala pije i mówi: "Tran-cen-den-talnie!" A głos ma odświętny. Tępak zakąsza i powiada: "Zagry-ychę mamy dzisiaj po byku! Zagrycha typu jak cię mogę." A mądrala żuje i mówi: "Ta-a-ak...Trans-cen-den- talnie!"
Moskwa-Pietuszki Wieniedikt Jerofiejew

Komu przypadły do gustu cytaty - polecam, zakocha się w Jerofiejewie. Komu do gustu nie przemówiły - sięgać nie powinien.

- Potrafię panią uszczęśliwić...

- Potrafię panią uszczęśliwić - mówił spoza krzaku wpatrzony w kark odwróconej od niego dziewczyny. - Za rok lub dwa miałaby pani pianino; teraz żony farmerów coraz częściej kupują sobie pianina, a jeszcze zacznę pilnie wprawiać się w grze na flecie, abyśmy wieczorami mogli grywać razem.

- Owszem, to by mi się podobało.

- Kupiłbym za dziesięć funtów taka lekka bryczuszkę do wyjazdu na targ; mielibyśmy ładne kwiaty i drób, to jest kury i koguty, gdyż uważam, że są pożyteczne - mówił lawirując pomiędzy poezją i prozą.

- Bardzo by mi się to podobało.

- ...i pod szkłem grządkę ogórków, jak prawdziwi państwo.

- Tak, tak...

- A po ślubie dalibyśmy do gazety ogłoszenie w rubryce matrymonialnej.

- Ach, to byłoby wspaniale!

- ...a w łóżeczkach dzieci, jedno w drugie sami chłopcy. A zaś w domu, przy ognisku, co spojrzę, to zobaczę panią, a pani, co spojrzy, to zobaczy mnie.

- Zaraz, zaraz, proszę być przyzwoitym.

(...) Gabriel nie przestawał wpatrywać się w czerwone jagody głogu tak uporczywie, że w przyszłości dzika róża stała się dla niego niejako symbolem miłosnych oświadczyn.


Z dala od zgiełku tłumu - Thomas Hardy



Moje życie we Francji - Julia Child

Postać ikony amerykańskiego domowego gotowania, Julię Child poznałam dzięki filmowi niedawno zmarłej Nory Ephron Julie and Julia z Amy Adams i Meryl Streep [uwielbiam ten film i mogę oglądać co tydzień;)]. Child zamieszkała we Francji wraz z mężem, Paulem, artystą i dyplomatą. W Moim życiu we Francji Child w przemiły sposób opowiada o Paryżu, Marsylii, gotowaniu, przyjaciołach, rodzinie, w końcu o pracy nad książką, o cyzelowaniu każdego przepisu, oraz o pracy nad serią programów telewizyjnych. Przepadam za wszelkiego rodzaju wspomnieniami, pamiętnikami, dziennikami, biografiami, etc., więc czytałam tę książkę z przyjemnością. Poza tym w życiu Julii Child, zdaje się, nie było skandali, burz, niesnasek, przez co książkę okraszoną poczuciem subtelnym humoru czyta się bardzo dobrze. Właściwie to takie fajne, letnie czytadełko, które z powodzeniem można wziąć do autobusu. Może trochę za dużo pisze o potrawach, których nawet wyobrazić sobie nie można, ale - ja się tam nie znam na wołowinie bourguignon.
W książce znajdują się ponadto przepiękne, klimatyczne zdjęcia autorstwa Paula, który ponoć nie rozstawał się z aparatem. Może Paul był wielkim, nieodkrytym artystą, a może to ten Paryż taki niesamowicie fotogeniczny...
Ponadto postać Child przypomina mi naszą rodzimą niegdysiejszą gwiazdę gotowania na ekranie, panią Katarzynę Pospieszalską, wielką propagatorkę kuchni egzotycznej. Mam zbiorek przepisów Pospieszalskiej. Kto wie, może powinnam kupić Mastering the Art of French Cooking?

Madame - Antoni Libera

Właściwie miałam "nosa", żeby na urodziny zażyczyć sobie Madame, bo nie zawiodłam się na Liberze. Madame jest powieścią napisaną piękna polszczyzną, którą czyta się z rozkoszą. Akcja budowana jest inteligentnie, z wyczuciem, taktownie. Ani jedna linijka nie została napisana niepotrzebnie. Libera, zdaje mi się, jest jednym z nielicznych pisarzy-dżentelmenów; w Madame nie znajdziemy rosyjskich dziwek, taniego alkoholu, czy choćby jakiegokolwiek rozdźwięku z normami społecznymi. I taką powieść właśnie chciałam przeczytać! Czy nawiązuje do literatury francuskiej? Tak, raczej tak, erudycją, językiem, bogatym słownictwem. Nie ma tu taniego sentymentalizmu, choć temat mógłby temu sprzyjać.
Powieść została napisana w latach stanu wojennego. Trzydzieści lat temu. Nie zdewaluowała się. Jej język jest świeży, a tematy w niej poruszane - są żywe.
Madame zdecydowanie jest - według mnie - najlepszą polską powieścią.
7 Lipca w ramach V Letniego Przeglądu Laboratorium Dramatu w Teatrze Na Woli odbyła się prapremiera spektaklu na podstawie powieści. Autorką adaptacji jest Maria Wojtyszko, reżyserem spektaklu jest Jakub Krofta, w roli tytułowej wystąpiła Aleksandra Bożek. Był ktoś? Widział ktoś?

I jeszcze taka mała uwaga na marginesie: książkę wydano bardzo starannie. Obwoluta, pod nią lniana okładka z wklejonym zdjęciem. Brzegi szyte, a nie klejone. Ostępy, marginesy i czcionka dobrane z wyczuciem. Dobry papier. Jednak da się wydać książkę porządnie:)

Gottland - Mariusz Szczygieł

Pamiętam, jak Szczygieł mignął mi w Teleexpressie. Kamera prześlizgnęła się po pokoju pełnym książek, a autor rozpływał się w uwielbieniu dla naszych południowych sąsiadów. No więc w książce nie widzę tej miłości, nie czuję żadnego uwielbienia. Zbiór reportaży pokazuje Czechy komunistyczne, szare, straszne. To - mam wrażenie - ten sam kraj, który został zobrazowany w Życiu na podsłuchu (tylko język inny). Jeżeli myśmy byli najweselszym barakiem w komunie, to Czesi byli jak ten szezlong (w kącie stoi i się boi). W reportażach widać jak wielka różnica jest między nami - niby Słowianie, a jacyś inni...
Fakt, książka jest napisana dobrze, nawet bardzo dobrze, chociaż na początku nie mogłam się przestawić na zdania jak z telegramu. No bo właściwie, co ja wiem o Czechach? Że Milos Forman, że Szwejk, Jablonex i oczywiście Karel Gott. I wszystko? Gottland może nie jest szczególnie wyczerpującą monografią kraju, ale Szczygieł stara się nas zaskoczyć, podrzuca takie nieoczywiste smaczki, jak historia Pochodni numer jeden i Pochodni numer dwa, albo świetnie napisaną opowieść o pomniku Stalina.
Myślę, że nie zapomnę o tej książce, tak jak pamiętam wspomnienia Camusa z wycieczki (wycieczki?) do Pragi (kminek do wszystkiego). No i chyba tylko ja nie spacerowałam po Pradze śladami Franza Kafki, ale wszystko przede mną...

Kazuo Ishiguro - malarz świata ułudy

Kazuo Ishiguro urodził się w 1954 roku w Nagasaki. W wieku sześciu lat przeniósł się do Guildford (Surrey, Wielka Brytania), gdzie jego ojciec, oceanograf dostał pracę w Instytucie oceanograficznym. Po ukończeniu szkoły, młodu Ishiguro wiele podróżował pisząc przy tym dzienniki. W 1978 podjął studia na Uniwersytecie w Kent, gdzie uzyskał tytuł licencjata z Angielskiego (literatury angielskiej) oraz z filozofii. Następnie tytuł magistra uzyskał na Uniwersytecie Wschodniej Anglii.
Jego pierwsza powieść powstała po kursie kreatywnego pisania, na który uczęszczał. "Pejzaż w kolorze sepii" (A Pale View of Hills, 1982 r.) zwrócił uwagę zarówno krytyków, jak i czytelników. Kolejne powieści - Malarz świata ułudy (An Artist of the Floating World, 1986 r.), Okruchy dnia (The Remains of the Day, 1989) potwierdziły status Ishiguro. Ponadto Ishiguro jest także autorem powieści: "Niepocieszony" (The Unconsoled, 1995 r.), "Kiedy byliśmy sierotami" (When We Were Orphans, 2000 r.), oraz ostatnio zekranizowanej "Nie opuszczaj mnie" (Never Let Me Go, 2005 r.)
Był współtwórcą czterech utworów Stacey Kent's, a także scenariusza do filmu "Biała hrabina".

To tyle biogramu. A teraz kilka słów ode mnie. Ishiguro jest jednym z moich ulubionych pisarzy. Odkryłam go w zeszłym roku. Pierwszą książką, po którą sięgnęłam było "U schyłku dnia" (Okruchy dnia). Powieść napisana z wielkim kunsztem, bardzo miło się ją czytało. Cały czas miałam przed oczyma wspaniałą ekranizację z Hopkinsem i Thompson. Później sięgnęłam po "Malarza świata ułudy". Książka ma niesamowity klimat. Ishiguro w wywiadach mówił o inspiracji starymi filmami japońskimi (wyjechał w Japonii mając 6 lat, więc raczej pamięta klimat, niż konkret, co obecne jest w jego prozie). Na dobre rozkochał mnie powieścią "Pejzaż w kolorze sepii", co raczej tłumaczyłabym jako zamglony, czy rozmazany, zatarty, jak pamięć bohaterki. Co dziwne, paniom z mojego DKK powieść zupełnie nie przypadła do gusty, co było powodem zażartej dyskusji. Ja nie uważam, że trzeba wszystko opisywać; konstrukcja powieści polegała na ulotności i złudności pamięci/niepamięci.
Niestety kolejne książki rozczarowały mnie: reminiscencje kafkowskiego świata w powieści "Niepocieszony" drażniły mnie do tego stopnia, że porzuciłam książkę w połowie. "Kiedy byliśmy..." było średniej jakości czytadełkiem i widzę tu zbieżności z późniejszym filmem "Biała hrabina" (myślę, że akurat film miał dobry scenariusz, ale gra aktorska pozostawiała wiele do życzenia). Natomiast przez "Nie opuszczaj mnie" ledwo przebrnęłam. Już na samym początku połapałam się o co chodzi i tylko stęknęłam "znooooowu klonowanie...". (O filmie pisałam jakiś czas temu). tak więc mam nadzieję, że skoro średnio wydaje jedną książkę na pięć lat, może wyda coś, co będzie równie dobre, klimatyczne i zostanie w moim czytelniczym serduszku.

o kibicowaniu, jedzeniu i małych rzeczach, które cieszą

Wczorajszy mecz był koszmarem daltonisty - zielone i niebieskie ludziki biegające po zielonej murawie. Na naszym małym telewizorku wszystko się mega zlewało ze sobą i widziałam biegające kreseczki. Oczywiście, że kibicujemy. No, może nie od pierwszych minut, ale na okrągło biegamy na dół pożyczyć pilota do tv. O mały włos nie byłoby już ani jednego pilota, bo Wład nagle krzyczy "mam! mam pilota!" i w tej właśnie chwili, jak w zwolnionym tempie widzę jak pilot wypada z małych łapek, szybuje w powietrzu i roztrzaskuje się na drobne kawałki na posadzce. No, ale udało nam się umieścić guziczki w dziurkach. Tylko teraz wszyscy mają problem, bo przemieścił się czerwony guziczek.
Ten weekend miałam troszkę odmienny od pozostałych (bo zostałam w domu), ale i tak mnie nosiło i w sobotę pojechałam z Małym na zakupy, a w niedzielę był u nas odpust. I oczywiście w ramach hobby pookładałam wszystkie rzeczy w szafkach:)
W ogóle zaczyna mieć paranoję: Małemu przylepiło się do głowy ziarenko siemienia lnianego (nie wiem jak, po prostu się przylepiło), a ja narobiłam rabanu, że kleszcz pożera mi dziecko. W ostatnich dniach Władek ma niesamowite teksty: przeszedł na dietę chrupkowo-lodową, ale zapragnął robić grilla, ja tam się na grillowaniu znam jak pies na gwiazdach, więc zaproponowałam "udawane" bbq, na co Wład skwitował "mama, dobrze kombinujesz".
Albo spytał babci, jak się nazywa nasza ulica. No, tak i tak. A chodnik?
Albo kiedy dopiero co zaścieliłam łóżka Władek zaczął po nich namiętnie skakać, łapię się za głowę z okrzykiem "Matko!", a Władek na to "dziecko!".
Ale wracając do diety chrupkowo-lodowej: wczoraj o 20;30 Wład zażyczył sobie makaron (taki z ludzikami) i rosół. No ok, jak jesteś taki niejadek, myślę, to może sobie troszkę pojesz. No więc zeszliśmy na dół, zagotowałam rosół, makaron gotował się pół godziny, potem chłodziłam, dmuchałam, że aż się zapowietrzyłam, wreszcie podałam dziecku zupę. Władek spróbował, oblał piżamkę i stwierdził, że już nie chce, bo nie lubi być mokry. Aaaaa!
Tak jeszcze a propos jedzenia: co w tygodniu schudnę, to w weekend nadrobię. Czytam "Jedz, módl się, jedz" M. Bootha, o kulinarno-duchowych rozkoszach Indii i tak mnie na kuchnię indyjską naparło, że w piątek zrobiłam curry. Tylko mnie nie pytajcie jak to się stało, że przypaliłam rodzynki (sic!), które w rezultacie wyglądały, jak żuczki gnojarze. A z książki dowiedziałam się, że na oryginalną masalę składa się mniej więcej 30 przypraw.
Na odpuście było fantastycznie. Nie wiem, kto bardziej suszył zęby - ja, czy Władek. Dwa razy byliśmy oboje na gokartach, a raz Wład z tatą, potem dwa razy sam na ciuchci, a ja latałam w powietrzu na niesamowitej karuzeli (wgniata w fotel!). oczywiście nabyliśmy suweniry: kupiłam sobie opaskę do włosów, Adam okulary, a Władkowi kupiliśmy wózek na zakupy i brzdąkającą gitarę. Żal, że drewnianych kogucików nie ma, ale pewnie w Chinach drzew brakuje;)

Wywiad z historią - Oriana Fallaci

Wywiad... Fallaci chciałam przeczytać już od kiedy wyszła. Pamiętam, jak lata temu podczytywałam wstrząsający Inszallah. Kiedy tylko dostanę tę książkę - kupią ją bez zastanowienia. Oriana Fallaci stawiana jest za wzór dziennikarstwa. Bezkompromisowa, nieugięta, walczyła piórem dzielniej niż żołnierz karabinem. Tematy, jakie poruszała w czasie wywiadów były miarą tamtych czasów; Wywiad z historią jest zapisem dwudziestu ośmiu rozmów przeprowadzonych z ludźmi, którzy pociągali za sznurki czterdzieści lat temu. Mimo iż każdy wywiad nacechowany jest emocjami, Fallaci zadaje pytania celne, jak wytrawny szermierz. Mam wrażenie, że dziennikarka pyta o to, o co sami balibyśmy się zapytać. Jest naszym wysłannikiem. Tak sobie myślę, że ostatni reporter przez duże eR, zginął w Iraku osiem lat temu...Dla Waldemara Milewicza kamera była bronią, tak jak taśma magnetofonowa dla Fallaci. Dziś tak zwane dziennikarstwo zdominowane jest przez niedouków, którzy potrafią rozprawiać tylko o kieckach Carli Bruni, czy o tancerkach z bunga bunga. Brak mi dobrych relacji z arabskiej wiosny - dostałam krew i przemoc, zamiast polityki.
Nie chcę Wam streszczać każdego wywiadu z osobna. Cytaty zanotowałam sobie, dość gęsto zresztą, w kajeciku.
Każdy wywiad poprzedzony jest bardzo subiektywnym wprowadzeniem-sylwetką. Fallaci pisze szczerze, bez zahamowań; o Kissingerze pisze wprost: „lodowaty człowiek”, Giap wzrostem robi na dziennikarce wrażenie nieomal karła, a Golda Meir budzi bezgraniczną sympatię. Na większość wywiadów Fallaci musiała długo czekać. Każda postać została opisana bardzo wnikliwie, tak, że widzimy ją oczami dziennikarki, dzielimy jej odczucia.
Wywiad ... czyta się znakomicie. Oczywiście nie jest to lektura na jedno popołudnie (ponad 700 stron i różnorodna tematyka), ale daje do myślenia. Fallaci przybliża największe wydarzenia drugiej połowy XX wieku. Prawdę mówiąc, niektórych nazwisk nie kojarzyłam za grosz, inne były mi nieobce. Szczególne wrażenie zrobił na mnie ostatni wywiad, którego dziennikarce udzielił Aleksandros Panagulis, polityk, poeta, grecki bojownik o wolność, który został towarzyszem życia Fallaci. Panagulis został zamordowany trzy lata po udzieleniu wywiadu, wywiadu szczerego, smutnego, niepowtarzalnego.

Za możliwość delektowania się słowem pisanym dziękuję

Zawieście czerwone latarnie - Su Tong, oraz o moich gustach

Niestety pretendent do tegorocznej nagrody Rozczarowanie Roku... Nastawiłam się na coś kobiecego, pięknego. Owszem, pierwsze opowiadanie "Żony i konkubiny" (ze względu na popularność filmu tytuł opowiadania został zmieniony) było zręcznie napisanym dramatem kobiet o różnych charakterach, zmuszonych zamieszkać razem. Niekończąca się walka o względy męża oznacza walkę o pozycję. I jak strzelba u Czechowa - stara studnia odegra wielką rolę w tragicznych losach kobiet.
Kolejne dwa opowiadania zlewają się ze sobą. Są zupełnie odmienne w stylu, jak gdyby pisał je inny autor. Uboga wieś lat 30-tych oraz 40-tych, przerażająco wulgarni wieśniacy, posiadacze, którzy nie panują nad chucią. Jakoś nie potrafiłam strawić tego języka, taki obsceniczny, brudny. Ludzie, zachowujący się jak zdziczałe psy... Nie wiem, nie tego się spodziewałam.
Teraz chciałabym coś powiedzieć o moim guście literackim. Odwiedzam od czasu do czasu blogi, których nie obserwuję. (Każdemu się zdarza, prawda?;) Zostawiłam komentarz pod postem o... o pewnej polskiej powieści. Co napisałam? Że po latach broni się, ale nie wszystkie są przecież tak ponadczasowe. Z odpowiedzi pod moim postem wyczytałam, że generalnie nie mam prawa się odzywać, bo na pewno mam zły gust. Może nie dosłownie, ale tak to odebrałam: po co się tu odzywasz, my tu mamy własne mądre kółeczko.
Otóż - tak, coś tam wiem o polskiej literaturze. Polonistką nie jestem, ale od kiedy skończyłam czytać powieści młodzieżowe, zabrałam się za kanon polski i światowy. I oprócz Herlinga Grudzińskiego i Dołęgi-Mostowicza (i Chłopów;) przeczytałam prawie wszystko, wliczając naturalnie wszystkie lektury (obowiązkowe i nieobowiązkowe), oraz poezję polską (Baczyński, Wat, mój ulubiony Gałczyński i młodsi, tacy jak Barańczak, Lipska, czy mój krajan Siwczyk) i zagraniczną (ubóstwiam WB Yeatsa). Ćwiczyłam swoje gusta na klasyce - Tołstoj, Dostojewski, Shakespeare, Standal, Prust (połowa cyklu), Joyce, Mann, Hardy, Hemingway, etc. Mam bogatą biblioteczkę, ale nie aż tak, jak niektórzy z Was. Staram się kolekcjonować książki, ale również staram się je czytać. nie interesują mnie dzieła wampirystyczne, ale jeśli jest na to zapotrzebowanie, to proszę.
Jestem już na takim etapie, że wiem, co mnie interesuje, a co nie. Moje wybory ostatnio były dość przypadkowe (prócz Ishiguro, którego naprawdę Nie opuszczaj mnie oraz niepocieszonego nie trawię, bo jego wcześniejsze powieści przyzwyczaiły mnie do innego stylu; oraz Murakamiego, w którym się zakochałam), ale staram się czytać dla przyjemności, a nie na wyścigi.
Moi ulubieni pisarze? Proszę: Joyce (którego przeczytałam - za wyjątkiem Finneganów Trenu - caluśkiego), Thomas Hardy (którego kocham za smutek i piękno języka), Virginia Woolf (którą sobie dawkuję, bo przecież więcej nie będzie), Martin Amis (postmodernista - świetny!), Robert McLiam Wilson (czekam na więcej), Roddy Doyle (ten humor!) oraz Flann O'Brien (czekam na realizację Sweeneya wśród drzew, którą zapowiadają ojciec i syn Gleesonowie).
Nie, nie pretenduję do miana autorytetu. Moje opinie są czysto subiektywne i mają zachęcić Państwa do weryfikacji. Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się obrażony. Nie chcę wyjść na małostkową. Tylko lekki szlag mnie trafia, jak mi się sugeruje nieznajomość literatury. Ma się rozumieć - nie pozjadałam wszystkich rozumów, mam duże braki, zwłaszcza w literaturze współczesnej (polskiej szczególnie, bo zraziłam się kilkoma złymi powieściami, ale pracuję nad tym, bo na oku mam Lalę), ale staram się podążać za nowościami. Ale nie mogę konkurować z fabrykami recenzji;) oczywiście nie piszę tego w pejoratywnym znaczeniu, ponieważ sama czekam na mój drugi (w życiu) egzemplarz recenzencki.
(No, daliśmy sobie po szlagu, to teraz ręka na zgodę;) Mam nadzieję, że będziecie mnie dalej czytać.

P.S. Tak, robię błędy. Nagminnie w wyrazach drugi, kłótnia, oraz pokażę;) Odkąd dostałam Wujaszka Wanię, przestałam robić byka w wyrazie wujek;D

Aleksander Wertyński


123 lata temu w Kijowie urodził się Aleksander Wertyński. Rodzice obumarli go we wczesnym dziecięctwie, przez co stracił kontakt z siostrą przyrodnią, Nadią (spotkali się dopiero po wielu latach).
W latach szkolnych co prawda miał pierwsze kontakty z teatrem amatorskim, ale nie wspominał ich dobrze. Jako młodzieniec zasłynął recenzjami teatralnymi - opisywał między innymi występy Fiodora Szalapina. Wertyński imał się różnych prac - sprzedawał pocztówki, był korektorem w drukarni, a także księgowym w hotelu.
W roku 1910 przeniósł się do Moskwy, gdzie związał się ze środowiskiem literackim, a także debiutował w filmie w roli drugoplanowej.
Na scenie debiutował w roku 1915; fama głosi, że jego charakteryzacja (występował początkowo w rozpoznawalnym kostiumie Pierrota - smutnego clowna) była jedynym wyjściem dla nieśmiałego Aleksandra. oszczędna scenografia i czarno-biały kostium tworzyły niepowtarzalną atmosferę dla śpiewanych wierszy stylizowanych na cygańskie romanse. Pierrot stał się rozpoznawalnym znakiem scenicznym Wertyńskiego. W późniejszych latach artysta odszedł od tego wizerunku na rzecz czarnego fraka.
Porewolucyjna Rosja nie była dobrym czasem dla artystów; dla Wertyńskiego zaczęły się czasy emigracji. W latach dwudziestych występował w Polsce z teatrzykiem 'Błękitny ptak', koncertował również w Konstantynopolu, na bliskim wschodzie, w Niemczech, a przez wiele lat mieszkał w Szanghaju, gdzie było duże skupisko rosyjskiej arystokracji. Śpiewał w Hollywood dla samej Marleny Dietrich, a jego najpiękniejsze pieśni powstały w Paryżu. Cały czas jednak tęsknił do ojczyzny. Z początku robiono problemy Wertyńskiemu, ale w latach czterdziestych wrócił do Rosji, gdzie dawał koncerty czerwonoarmistom (koncerty naturalnie nadzorował cenzor...) Zmarł z powodu niewydolności serca 21 maja 1957 w hotelu „Astoria” w Leningradzie, gdzie koncertował. Jego ostatni koncert odbył się tego samego dnia w Domu Weteranów. Został pochowany w Moskwie.
Recepcja dzieł Wertyńskiego w Polsce była ogromna. W latach 20-stych był u nas prawdziwą gwiazdą, a w latach późniejszych jego melancholijne pieśni śpiewali między innymi Jonasz Kofta, Mieczysław Święcicki, oraz Olena Leonenko.
Do tej pory z tego co wiem, ukazały się w PIWie wiersze Wertyńskiego, a w Czytelniku książeczka „Podróże z pieśnią”, będąca wspomnieniami artysty (pod silnym naciskiem władz sowieckich Wertyński piętnuje w niej cały swój dotychczasowy dorobek jako burżuazyjny). Od czasu do czasu można nabyć zremasterowane albumy na cd, które rozchodzą się jak świeże bułeczki.

Spadkobiercy - Kaui Hart Hemmings

Zwykłe życie w niezwykłym miejscu.
Prosta, pozbawiona patosu historia, wciągająca od pierwszych chwil.
Równolegle z kinową premierą, do naszych księgarń trafia powieść „Spadkobiercy”, urodzonej na Hawajach Kaui Hart Hemmings. Książka od kilkunastu miesięcy nie schodzi ze szczytów list bestsellerów.
„Spadkobiercy” to kameralny dramat, rozgrywający się w bajecznych plenerach jednego z najpiękniejszych archipelagów świata. Turyści widzą to miejsce jako raj, w którym można być tylko szczęśliwym i pozbawionym trosk. Mieszkańcy natomiast widzą Hawaje, jak każde inne miejsce; tu zarabia się na życie, tu rodzą się dzieci, a starsi ludzie chorują na alzheimera...
Matt King właśnie dowiaduje się, że jego piękna żona, pozostająca w śpiączce od trzech tygodni, mówiąc kolokwialnie, nie wyjdzie z tego. Zapracowany biznesmen musi stawić czoło ojcostwu; do tej pory to na żonie i gosposi spoczywał 'urok' wychowania dwu krnąbrnych córek.
Przygotowanie do śmierci żony są dla Matta okazją do wiwisekcji rodzinnych relacji; niewygodne sprawy wyjdą na wierzch i trzeba się do tego ustosunkować.
Opowieść jest zgrabnie napisana. Styl łatwy, a od emocji aż kipi: stąd sukces. Zakończenie jest przewidywalne; po hollywoodzku tchnie optymizmem. Jedyne, co zastanawia, to płynna metamorfoza bohatera z zapracowanego prawnika w supertatę.
Jedna rzecz tylko tworzy rysę: czy bez twarzy Clooneya nie dałoby się sprzedać książki?

Pokuta - Ian McEwan

Każdemu zdarzyło się mimowolnie coś podsłuchać, podejrzeć, i wysnuć nieraz mylne wnioski. A gdyby takie z pozoru błahe zdarzenie miało niemały, destrukcyjny wpływ na czyjeś życie?
Nastoletnia Briony Tallis jest świadkiem rodzącego się romansu między starszą siostrą, Cecilią a przyjacielem rodziny, Robbym. Mylnie odczytuje to, co nie przeznaczone dla niej. Na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności dochodzi do tragedii, a przez niesłuszne oskarżenie Briony, Robby trafia do więzienia.
Powieść podzielona jest na cztery części. Pierwsza część, najdłuższa, rozgrywa się w ciągu jednej doby. Ot, mamy zjazd rodzinny, przygotowania do uroczystej kolacji, powitanie gości, sekretny romans dwójki młodych ludzi. Briony, nastolatka o zapędach literackich specjalnie z okazji powrotu brata napisała sztukę, którą chce wystawić. Jednak wydarzenia wieczoru przybierają niespodziewany obrót.
Druga część napisana jest w niemal reporterskim stylu; II wojna światowa, zmęczeni do cna żołnierze maszerują przez francuskie wsie w kierunku większego skupiska swoich wojsk. Rany, trupy, wyczerpanie fizyczne i psychiczne. Robby'ego przy życiu przytrzymuje tylko nadzieja na rychłe spotkanie z Cecilią, która czeka na niego, jak wielokrotnie pisała mu w listach.
Trzecia część dotyczy pielęgniarskiego życia Briony, która - chcąc być może odpokutować swoją dziecięcą winę - rezygnuje z kariery pisarki.
Czwarta, ostatnia część, to właściwie epilog; Briony porządkuje wszystkie sprawy przed przeprowadzką do domu opieki.
Pokuta jest książką znakomitą. Postacie są wyraziste, a ich losy - poruszające. McEwan pisze pięknie i z klasą. Szczególnie pierwsza część skojarzyła mi się ze stylem Woolf. W drugiej części dowiedziałam się, że to świadomy zabieg pisarza. Część o wojnie przypomniała mi wspomnienia z cyklu Zapiski ze współczesności. Pamiętam szczególnie jedno ze wspomnień, teraz już nie wiem czyje - opowiadająca je, jako mała dziewczynka uciekała z terenów dzisiejszej Ukrainy, UPA zaatakowało konwój, w którym znajdowała się jej rodzina. Nie wiem, co stało się z matką, ale ojca obdarto ze skóry i przywiązano do drzewa. Ona sama miała lalkę przestrzeloną do rączki... Długo po wysłuchaniu tych wspomnień nie umiałam się otrząsnąć...
Wracając do Pokuty - bardzo chętnie zobaczę film. Jeszcze chętniej sięgnę po inne książki tego pisarza.

Z rozmysłem zamieściłam zagraniczną okładkę, ponieważ nie chcę, żebyście sugerowali się filmem;)

Tysiąc wspaniałych słońc - Khaled Hosseini

Właściwie książka równie dobrze mogłaby nosić tytuł Afgańscy mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. Hosseini bardzo obrazowo opisuje trzydzieści lat z życia afgańskich kobiet. Główną bohaterką jest nieślubne dziecko, Mariam, która zostaje żoną porywczego, dwa razy starszego od siebie szewca. Drugą główną bohaterką jest Lajla, wychowana na kobietę świadomą swojej wartości...
Tysiąc wspaniałych słońc, to książka smutna, brutalna, szokująca. W tle hańby i cierpienia głównych bohaterek wyłania się obraz kraju systematycznego niszczonego przez kolejne władze. Komuniści dali kobietom prawo do nauki, ale korzystały z niego tylko kobiety z miasta. Potem kolejni watażkowie rujnowali Afganistan, aż do przejęcia władzy przez talibów, którzy odebrali kobietom resztki wolności: miały chodzić w burkach, nie mogły pracować, a po ulicach miały poruszać się tylko i wyłącznie w towarzystwie mężczyzn. Kobieta miała być niczym, kobieta była - według talibów - mniej warta niż koza. Już na samym początku Nana, matka Mariam mówi do córki: Tak jak igła kompasu zawsze wskazuje północ, tak oskarżycielski palec mężczyzny zawsze znajdzie kobietę.
Po książkę sięgnęłam na DKK. Jakoś nigdy nie ciągnęło mnie w te klimaty. Zaczęłam opornie. Ale w miarę czytania, aż przecierałam oczy ze zdumienia. To, w jaki sposób Hosseini pisze o zwykłych ludziach, o nielegalnym oglądaniu Tytanika na wideo, o chłostach i sierocińcu, dobrych i złych ludziach... Warto, warto, na prawdę trzeba przeczytać tę książkę! Na skrzydełku książki jest informacja o wcześniejszej książce tego autora; czytaliście Chłopca z latawcem? Mam wielką ochotę po nią sięgnąć.

Cieszyn; Muzeum Drukarstwa oraz Książnica Cieszyńska

Koleżanka ze studiów zorganizowała wspaniałą wycieczkę do Cieszyna. Byliśmy w Muzeum Drukarstwa, które jest jednym z obiektów na Szlaku Zabytków Techniki.

Po wizycie w muzeum poszliśmy do Książnicy Cieszyńskiej, gdzie panie oprowadzały nas pokazując przebogate zbiory; najbardziej zachwycająca była Bibliotheca Scherschnickiana:

A potem zwiedzaliśmy laboratorium, w którym prowadzi się renowację starych książek. Książnica Cieszyńska posiada jedną z najlepiej wyposażonych pracowni.

Później gościliśmy w Bibliotece, w której panie bibliotekarki opowiadały nam o akcji 'Cała Polska czyta dzieciom'.
Niestety przez arktyczne zimno zwiedziliśmy tylko jeszcze rynek i Conieco (gorąca czekolada - mniam:), ale na wiosnę wrócimy na większą wycieczkę. Miasto jest jest cudne! Przypomina Bielsko-Białą, z pięknymi ulicami i starymi budynkami. Już nie mogę się doczekać, kiedy pojedziemy wiosną we trójkę:)