Header Image

Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya - Jacek Dehnel

Francisco Goya y Lucientes urodził się 1746 roku w małej miejscowości leżącej w Aragonii. Czytać i pisać uczyli go miejscowi zakonnicy. Dwa razy podchodził do egzaminów do Królewskiej Akademii Sztuki; dwa razy został odrzucony. Z Madrytu rezygnuje na rzecz Parmy - tam udaje mu się zdobyć wyróżnienie i uzyskuje uprawnienia mistrza. Odtąd jego kariera nabiera rozpędu. Maluje koronowane głowy, jego płótna uważane są za wspaniałe, opływa w dostatek. Ale to, co daje mu sławę i napędza karierę, jest jednocześnie jego przekleństwem. Żona, Josefa, rodzi martwe dzieci, wiele razy poroniła - to wpływ ołowiu zawarty w bieli, która pokrywa pyłem, jak śmiercionośny kurz, cały dom, wchodzi do zakamarków ciała i zabija wszystkie dzieci Goi. Stary Goya jest jak Saturn zjadający własne potomstwo... Josefa rodzi kolejne dziecko, Javiera - jedyny, który przeżywa tę "rzeź". Będzie jedyną nadzieją starzejącego się mistrza. Francisco szkoli syna na równego sobie. Jednak Javier rozczarowuje ojca tak bardzo, że stary, głuchy mistrz, zaczyna nienawidzić syna.
Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya Jacka Dehnela to zapis dramatu rodzinnego, rozgrywającego się między ojcem, synem i wnukiem Goya. Kryje się tu fantastyczna, rodzinna tajemnica. Im dłużej szukałem w historii tej rodziny, tym paskudniejsze, boleśniejsze rzeczy wychodziły na wierzch. Pierwszy raz pisałem książkę opartą na postaci historycznej, pierwszy raz zdarzyło mi się, że wiadomości, które odnajdywałem składały się od razu w jedno z tym, co sam pisałem.* Saturn to powieść wciągająca i magnetyczna. Nie tylko przybliża portret wielkiego artysty, ale ukazuje bolesną prawdę - ojciec-mistrz pokładający płonne nadzieje w synu-nieudaczniku, bezgraniczny podziw wnuka dla dziadka i brak szacunku do ojca. Saturn to także malarstwo: Czarne obrazy zdobiące niegdyś ściany Domu Głuchego (Quinta del Sordo) zostały przeniesione na płótno, a dom ostatecznie zburzono (dziś znajduje się tu stacja metra, zwana Goya). Malowidła są wstrząsające, jak senny koszmar, wręcz przytłaczające. Znany historyk sztuki, Jan Białostocki o malowidłach mówi: Żywość i sugestywność tych zjaw sprawia niekiedy wrażenie, że wymknęły się one kontroli twórcy, są to straszne majaki, nad którymi nie panuje jego świadomość.**
Po Saturna sięgnąć na prawdę warto. Sugestywność i bogactwo języka jest najlepszym dowodem na to, że polskie pisarstwo radzi sobie nie gorzej niż światowe. Dehnel zrobił na mnie ogromne wrażenie. Teraz mogę sięgnąć po (odkładaną) Lalę. Jeszcze tylko dodam, że Jacek Dehnel będzie gościem Rybnickich Dni Literatury. Szczegóły przekażę wkrótce.


* cytat za http://www.polskieradio.pl/24/289/Artykul/328942/
** Wielcy malarze; Nr 77, Goya, s. 24


Królowa Wiktoria - Mariusz Misztal

Od lat jestem wierną słuchaczką audycji "Klub ludzi ciekawych wszystkiego". W moim ulubionym cyklu "Kobiety na tronach świata" prezentowana była sylwetka królowej Wiktorii. Ta, panująca 64 lata (zmarła mając blisko 82 lata) władczyni, rządziła imperium, w którym nigdy nie zachodzi słońce wywarła wpływ na losy świata tak bezpośrednio jak i pośrednio (prawdopodobnie mutacja genu odpowiedzialnego za hemofilię zaczęła się u królowej, co pośrednio doprowadziło do upadku carskiej Rosji).
Lektura tej biografii przyniosła mi wiele przyjemności - Misztal bardzo wnikliwie opisuje każdy aspekt życia królowej, jej dojście do władzy, układy ze zmieniającymi się przez lata rządami, lata szczęśliwego małżeństwa, kolejne ciąże, relacje z dziećmi, a w końcu lata żałoby po ukochanym Albercie. Dostajemy przejrzysty portret kobiety pełnej życia, namiętnej, inteligentnej, ale i egoistycznej. Misztal opisuje również sytuację na świecie w całym XIX wieku; wojna krymska, niepokoje w Indiach, polityczne sojusze między dworami Europy. Za czasów Wiktorii zaszło wiele zmian społecznych - wprowadzono obowiązek szkolny dla dzieci, uznano związki zawodowe, utworzono pierwsze biblioteki publiczne, etc. W "Królowej Wiktorii" możemy przeczytać o postaciach, które wywarły wspływ na swoją epokę, między innymi o Florence Nightingale, czy Benjaminie Disraelim, ale i o osobach prawie już dziś zapomnianych, jak Roger Fenton, czy Mary Seacole. To jedna z najlepiej napisanych i najbardziej wyczerpujących biografii, jakie czytałam. Zresztą, noblesse oblige - książkę wydał Zakład Narodowy im. Ossolińskich.



Wszystkim serdecznie dziękuję za życzenia powrotu do zdrowia:) Jestem od poniedziałku na L4; po całym weekendzie w łóżku z gorączką postanowiłam iść do lekarza, bo po świętej trójcy (chlorchinaldin, polopiryna, rutinoscorbin) gorączka utrzymywała się na tym samym poziomie, a właściwie było coraz gorzej. Teraz przeszło mi na zatoki, ale dziś świętuję pierwszy dzień bez stanu podgorączkowego. Od tabletek boli mnie żołądek, od smarkania nos, a słaba jestem jak mucha na wiosnę. Dalej nie czuję smaku kawy, ale najgorsze jest to dziwne uczucie w żołądku - ni to jestem głodna, ni to boli. No i nie za bardzo mogę czytać, bo oczy mnie bolą. Idę teraz zjeść moją 'zupkę rekonwalescencyjną' (lekki krupniczek):)

Dziecko w czasie - Ian McEwan

Władek wybiera mi kolczyki, kiedy go o to poproszę. Pytam, czy to ładne, czy nie ładne, czy wziąć to, czy tamto. W bibliotece czasami pozwalam mu wybierać dla mnie książki. Ostatnio w filii nr 15 wybrał dla mnie McEwana. Dobrze - pomyślałam i wzięłam. W tym roku przeczytałam Pokutę, która zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, więc tym chętniej zabrałam się do lektury.
Dziecko w czasie to opowieść dziwna, postmodernistyczna, wciągająca. Główny bohater jest człowiekiem nieszczęśliwym - pod wpływem tragicznych wydarzeń rozsypało się jego małżeństwo, a on sam stracił sens życia. Język, którym operuje McEwan jest plastyczny i bogaty, a fabuła nieprzewidywalna (o czym świadczy znakomite zakończenie). Ta powieść jest zupełnie inna niż wspomniana przeze mnie Pokuta. Nie miałam okazji przeczytać innych powieści tego autora, ale zamierzam. Styl prowadzenia narracji oraz elementy zaburzające świat w Dziecku... przypominają mi innego brytyjskiego autora - Martina Amisa. A propos Amisa, czytam właśnie; ale nie Martina, a Kingsleya. Zawsze uważałam KA za poczciwego nudziarza. Nadal tak uważam. A jednocześnie nie przeszkadza mi to sięgać po jego prozę.
Wracając do Dziecka w czasie: zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to najlepsza powieść tego pisarza. Niemniej jednak czyta się szybko i na pewno coś tam po niej zostanie w pamięci. Może domek na drzewie, albo wizja rowerów z wiklinowymi koszami...

Agnes Grey* - Anne Brontë

Patrick Brunty, syn ubogiego irlandzkiego chłopa od najmłodszych lat wykazywał niezwykłą ambicję. W Cambridge (sic!) uzyskał stypendium, które pozwoliło mu zdobyć upragnione wykształcenie. Przyjął święcenia, zmienił nazwisko na Brontë, a małżeństwo z inteligentną córką pastora z Kornwalii pozwoliło mu na objęcie własnej parafii w Haworth. Małżeństwo było udane, lecz nie trwało długo, bo zaledwie siedem lat – Maria wydawszy na świat sześcioro dzieci, zmarła na raka w wieku 38 lat. Patrick pragnąc zapewnić dzieciom dobre wykształcenie posłał cztery najstarsze dziewczynki do szkoły z internatem. Niestety, straszne warunki, w jakich się znalazły odbiły się na zdrowiu dwu najstarszych dziewczynek – Maria i Elizabeth zmarły na gruźlicę w skutek niedożywienia i braku opieki. Przerażone Charlotte i Emily wróciły do domu. Od tamtej pory pastor zajął się kształceniem dzieci: religia, gramatyka, geografia, historia. To on zaszczepił dzieciom miłość do literatury – Szekspir, Milton, Byron, Walter Scott i in. Również zasługą Patricka była miłość całej czwórki do natury i poszanowanie dla zwierząt (co widać w twórczości sióstr). Branwell dał się poznać jako wspaniały portrecista, jednak jego nadwrażliwa, zmienna i skłonna do uzależnień natura kazała mu raz po raz niweczyć szanse na stałą posadę i sukces.
Dziewczynki od najmłodszych lat podejmowały próby literackie. Zadebiutowały wspólnie przyjmując męskie pseudonimy tomikiem poezji w 1846 roku (Poems by Currer, Ellis and Acton Bell). Następnie przyszedł czas na wydanie powieści, którą każda z sióstr pisała od lat.
Anne Brontë, przyszła na świat 17-go stycznia 1820 roku, jako najmłodsza córka Patricka i Marii. Naturalne, że tak jak siostry, w wieku dziewiętnastu lat znalazła posadę jako guwernantka w domu państwa Ingham w Mirfield. Rodzina obawiała się o jej wątłe zdrowie, lecz Anne była nieugięta. „Jej ciężkie przejścia w tym domu, wiernie opisane w powieści Agnes Grey, dają miarę upokorzeń i cierpień, jakie często musiały znosić guwernantki w zacnych skądinąd rodzinach. Na tej posadzie wytrwała osiem miesięcy, po czym, mimo swej cierpliwej i obowiązkowej natury, została niechlubnie zwolniona”**. W powieści znajdujemy określenia „gehenna, jaką przechodziłam”, czy „moi mali dręczyciele”***. W Agnes Grey można również odnaleźć echa nieszczęśliwej miłości Anne. W osobie wikarego Edwarda Westona, Anne unieśmiertelniła – również wikarego - Williama Weightmana, w którym była z wzajemnością zakochana. Weightman zmarł na gruźlicę, co Anna przypłaciła długą depresją.
Żadne z rodzeństwa nie dożyło czterdziestki – Anne zmarła na gruźlicę w wieku zaledwie 29 lat. Emily pięć miesięcy po Anne odeszła w wieku 30 lat. Branwella również zabrała gruźlica (w wieki 31 lat). Charlotte żyła najdłużej – wydała jeszcze dwie powieści, wyszła za mąż za (a jakże!) wikarego, Arthura Bella Nichollsa i zmarła w połogu mając 39 lat.

* Dziś, pozwolicie, że zamiast stricte recenzji - krótki biogram autorki.
** Wstęp do Wichrowych Wzgórz Emily Brontë, Ossolineum, 1990 r.
*** Agnes Grey - Anne Brontë, wyd. MG, 2012 r., s. 48


Książką Agnes Grey biorę udział w wyzwaniu Trójka E-pik.

Czarne mleko - Elif Şafak

Najnowsza książka tureckiej pisarki Elif Şafak traktuje o głównym życiowym wyborze wielu kobiet - kariera, albo macierzyństwo. Jaki jest los kobiet-pisarek? Na przykładzie Judyty, hipotetycznej siostry Szekspira, Şafak przeczuwa los ogółu: Cały dzień będzie upływał jej na wykonywaniu prac domowych, gotowaniu, prasowaniu, opiekowaniu się dziećmi, robieniu zakupów, wywiązywaniu się z obowiązków względem rodziny i tym podobnych(...) W rzadkich chwilach samotności pozwoli się pokonać wyczerpaniu fizycznemu albo frustracji. Jak zdoła coś napisać? Kiedy? Na poparcie tej tezy przytacza curriculum vitae Zofii Tołstoj, która poświęciła całe swoje życie (i twórczość) mężowi, jego dziełom i kilkanaściorgu dzieci. Czy zostałaby pisarką, gdyby Lew Tołstoj wspierał ją tak samo, jak ona jego?
Kobiety mogą jednocześnie sprawdzić się w roli matki i realizować zawodowo. I mogą być szczęśliwe(...) Kluczem do sukcesu jest zarządzanie czasem - stwierdza sarkastycznie autorka - Wysłać dziecko do szkoły, usmażyć dla męża doskonały omlet z dwóch jajek i łyżki masła, ubrać się w pośpiechu, wyszykować do pracy, wieczorem pędem wrócić do domu, nakryć do stołu, nakarmić dziecko, a potem zemdleć na kanapie przed telewizorem.
W taki styl życia wpasowała się Sylvia Plath - samotna matka dwójki dzieci dążąca do doskonałości we wszystkim co robiła. Swoje wiersze pisała czekając aż mleko się ugoruje, kąpiąc dzieci, czy w czasie popołudniowej przerwy na dziecięcą drzemkę. Şafak czerpie garściami z życiorysów pisarek; jak radziły sobie z wyborem, jakimi były matkami, a może jednak postawiły na literaturę? Autorka zastanawia się nad tym nie bez kozery, mianowicie - sama rozważa zostanie matką. Trochę mnie dziwi, że tak dojrzała kobieta, jeśli chodzi o tak ważną kwestię zachowuje się jak nastolatka. Powieść, tak sądzę, miała być swoistym manifestem feministycznym, ale rozdziały z miniaturowymi kobietami przeczą temu, by Şafak traktowała kobiety poważnie. Można było zachować głos wewnętrzny, ale nie halucynacje jak z Ally McBeal! Do tego Dżin (sic!) Depresji Poporodowej jak personifikacja Niskiej Samooceny Eda z Przystanku Alaska. Ale to, chwałą Bogu jedyny minus powieści.
Genialne są mini-eseje o pisarkach. Na kartach Czarnego mleka roi się od kobiet niezwyczajnych - Virginia Woolf, Anaïs Nin, Sylvia Plath, Doris Lessing, Ayn Rand, Ursula K. Le Guin, Dorothy Parker i wiele wiele innych.
Tak, powieść przypadła mi do gustu właściwie jeszcze przed tym, jak zaczęłam ją czytać. Wystarczył mi jeden fragment w radiu. Swój egzemplarz pokreśliłam; wyłowiłam mnóstwo wspaniałych cytatów, ciekawostek, niekiedy pokusiłam się o wykrzyknik. Jak napisałam powyżej - fragmenty z Calineczkami są niepotrzebne i po pewnym czasie tylko prześlizgiwałam się po nich wzrokiem. Chociaż taka maleńka Pani Sufi chyba by mi się przydała.
Ciekawe są spostrzeżenia Şafak odnośnie depresji poporodowej. To jeszcze temat tabu w naszym społeczeństwie, chociaż jak zauważyła autorka, pokolenie naszych babek, prababek potrafiło się z tym zmierzyć. Kobiety dotknięte d. p. postrzegane są jako złe matki, a czasem wręcz niebezpieczne dla siebie i dzieci. A przecież d. p. dopada kobiety różnych warstw społecznych z różnych szerokości geograficznych.
Şafak rozważa również na ile chęć zostania matką jest wrodzona, a na ile narzucona przez społeczeństwo. Czy pisarka może być dobrą matką? A jeśli weźmiemy to w szerszej perspektywie, to każdej pracującej matce coś umyka, każde dziecko może być zazdrosne o czas, który mama spędza w pracy.
Polecam. Nie tylko kobietom rzecz jasna, ale również mężczyznom. Może któregoś ruszy sumienie i złapie za odkurzacz, albo przygotuje na obiad spaghetti bolognese?

Nocny lot - Antoine de Saint-Exupéry

Ostatnie dni lipca 1944 roku były upalne. Słońce złotymi refleksami oślepiało pilotów maszyn zwiadowczych. Saint-Exupéry miał się udać na kolejny, rutynowy lot. Nigdy jednak z niego nie wrócił. Jego samolot został zestrzelony. Kochał latać. Kochał tę samotność, wolność i niezmierzone przestworza. I za tę miłość oddał życie.
Antoine de Saint-Exupéry szerokiej publiczności znany jest przede wszystkim z filozoficznej przypowiastki Mały Książę. Ale największą sławę przyniosło mu opowiadanie Nocny Lot. Opisuje w nim jedna noc z życia jednostki ekspediującej pocztę na trasie z Europy do Ameryki Południowej i z powrotem. Kanwą opowieści są wspomnienia pilotów liniowych. Strach, samotność, odpowiedzialność są bohaterami tej powieści na równi z młodym pilotem, czy szefem portu lotniczego. Książa jest niewielka, ot, mieści się w damskiej torebce: ponad osiemdziesiąt stron i mały format. Ale ile w niej emocji! Ile pragnień! Nadziei! Daje się wyczuć starą szkołę pisania opowiadań. Styl zwięzły, ale paleta emocji porywa czytelnika głębią. Pozornie nic się nie dzieje. Podobnie refleksyjne były "Śniegi Kilimandżaro" Hemingwaya, czy "Los Człowieka" Szołochowa. Małe pisarskie perły. Ciężko trafić na współczesne opowiadanie tak mądre i pełne humanistycznego przekazu. Dorobek Saint-Exupéry'ego jest niewielki. Zaledwie kilka opowiadań. Filozoficzne. Myślę, że warto sięgnąć, po dzieła tak wybitnego prozaika.

Brzemię rzeczy utraconych - Kiran Desai

Brzemię rzeczy utraconych to powieść wielowątkowa, wielowarstwowa, napisana językiem tak plastycznym, że czujemy go wszystkimi zmysłami. Kiran Desai w swojej drugiej powieści (jej debiut to Zadyma w dzikim sadzie) opisuje losy kilku barwnych postaci z Kalimpondu, niewielkiej miejscowości leżącej u podnóża Kanczendzongi. Koniec lat 80-tych, w regionie wybuchają zamieszki na tle narodowościowym. Na tle tego całego zamieszania toczy się normalne życie. Dziewczyna zakochuje się w korepetytorze, staruszek pieści swojego pieska, a stary kucharz czeka na listy od syna, pracującego za granicą. Jednak na postaciach prędzej czy później dostrzeżemy rysy - staruszek, emerytowany sędzia, okaże się człowiekiem bez serca, Sai, wnuczka sędziego pokarze egoizm (nastolatki), Gjan, korepetytor, z pozoru mądry student, okaże się niewdzięczny i małostkowy. W powieści nic nie jest jednoznaczne, postacie są bardzo ludzkie, a świat - zwyczajny.
Brzemię... to także opowieść o emigracji. O tym, jak ciężko jest się zaaklimatyzować, jak ciężko wrócić. Utrata korzeni spowodowana wyjazdem jest trwała. Obserwacje Desai na temat emigracji zarobkowej są bardzo aktualne, nieomal cyniczne, trafne. Książkę jeszcze przetrawiam, myślę nad nią. Wracam cały czas do tego czy owego fragmentu. Świetną recenzję napisała Iza z bloga Book-erka.blogspot.com. Szkoda, że egzemplarz musiałam zwrócić (książkę przeczytałam na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki), bo tak rozważam, czy nie kupić własnego. Na pewno sięgnę po debiut Desai.
Wczoraj kupiłam tę Safak, o której wspominałam. Przeczytałam "na spróbówkę" Do Czytelnika i już wiem, że mi się spodoba. Agnes Grey nie było (sic!); ale ja to jednak durna, rozkojarzona baba jestem, bo najpierw poprosiłam o Jane Eyre. Ale potem się zreflektowałam. Wracając do Brzemienia rzeczy utraconych - to doskonała lektura, dla tych, którzy pragną od książki czegoś więcej, niż chwilowego zapomnienia. Do prozy Desai trzeba się ustosunkować, bo nie pozostawia obojętnym. To nie jest książka do autobusu. Ale na długie wieczory przy zachodzącym na pomarańczowo słońcu.
I jeszcze tak na marginesie dodam, że za tę książkę Desai otrzymała Booker Prize, najbardziej prestiżową nagrodę literacką Wielkiej Brytanii (przyznawana od 1969 roku za książki w języku angielskim). Moim skromnym zdaniem, całkowicie zasłużenie. [pełna lista nagrodzonych]

Wieniedikt Jerofiejew razy dwa

No, jakże to tak można leżeć w trumnie? Tak po prostu, zwyczajnie leżeć?
Żeby chociaż czymś przykryli... Bo inaczej ja przecież mogę się zdradzić. Mimo woli drgnie ręka albo... jeszcze coś innego.
A położyli mnie jakby dla śmiechu. Położyli i czekają, aż się czymś zdradzę... Westchnę albo poruszę...
Nawet oczu nie wolno otworzyć... Otworzę - a oni stoją i patrzą...
Umarłemu, na ten przykład, wszystko wolno... Umarły może leżeć z otwartymi oczami. I tak nikogo nie zobaczy. Pewnie mu się zdaje, że nikt na niego nie patrzy. Dlatego się nie wstydzi... I oczy zamknąć - może... Nawet wypada, żeby umarły w trumnie cały czas zamykał oczy...
"Obywatele! To nie będziecie się śmiać, jeśli na was popatrzę? Co?"
Dziwne, dlaczego wszyscy milczą... Pewnie myślą, że naprawdę jestem nieżywy, a tymczasem ja po prostu udaję takiego... rozmownego... Jakby mi rzeczywiście głównie o to chodziło - odstawiać takie numery i zabawiać ich...
"Obywatele! A ja pomimo wszystko otworzę!
I popatrzę na was! To dla was będzie nawet interesujące. Umarły, a patrzy... Hi, hi... Będziecie parskać śmiechem w chusteczki. A potem pójdziecie i wszystkim będziecie opowiadać: «Umarły, a patrzy... »"
Teraz już na pewno będą mówić, że umarłem: oczy otworzyłem, ale i tak nic nie widzę. Zupełnie inaczej niż w ciemnościach. Jeśli w ciemnościach dobrze wytężyć wzrok, to na początku zwyczajnie widać kontury... A potem już nawet twarze można dostrzec. Rozpoznać tych, których kiedyś się już widziało. Mrugniesz albo kopniesz... A tu nie tylko konturów, ale i samej ciemności... Samej ciemności nie widać.
Bywa, że człowiek obudzi się, otwiera oczy - a nie widzi... Ale przecież tak bywa we śnie... A ja nawet nie zamierzam spać. Dobrze wiem, że na mnie patrzą...
"Obywatele! A co, jeśli się przewrócę na drugi bok? I w ogóle - będę się przewracać, śpiewać pieśni rewolucyjne, krzyczeć będę... Przecież się wtedy odwrócicie? Tak?"
Śmieją się... Pewnie z "rewolucyjnych pieśni" się śmieją... Niepotrzebnie to powiedziałem... Nawet samemu mi głupio. Trzeba było powiedzieć coś mądrzejszego, żeby sobie pomyśleli: "Taki mądry, a leży w trumnie. To znaczy, że umarł".
A przecież to bardzo trudne. Leżeć w trumnie, czuć, że się oślepło - i mówić mądre rzeczy. To bardzo trudne.
"Wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie, i światłość wiekuista niechaj świeci duszy zmarłego sługi twojego! Obywatele! Nie myślcie, że ja wierzę w brodatego Boga! Bóg jest wszędzie prawdziwy i jedyny...!"
Proszę, jaka ze mnie cwana gapa.
"A w to, co powiedziałem do tej pory - temu nie wierzcie. Wszystko z niewiedzy mojej, z braku pomyślunku Dlatego, że mi tu obco, nie przywykłem jeszcze. W powietrzu jakby zapach kuchni. I wszyscy się patrzą... Straszno mi... "
Naprawdę mi straszno.
"Obywatele! Jeśli jest wśród was chociażby jeden ślepiec - to on mnie zrozumie. Okropnie kocham ślepych! Jeszcze w dzieciństwie chciałem, żeby wszyscy byli ślepi, żeby wszyscy mieli zamknięte powieki... A jeśli u kogokolwiek gałka oczna rozsuwa powieki, należy to uznać za złośliwy nowotwór i pomóc człowiekowi...
Tfu, co za bzdury opowiadam!
Czuję nawet, że zaczynam się czerwienić. Dziwne przyzwyczajenie! Kiedy zaczynam się rumienić, czerwienieję coraz bardziej i bardziej. I już żadną zimną krwią nie potrafię się powstrzymać...
Niechby mnie czymś przykryli... Bo inaczej mogą przecież pomyśleć: "Najwyraźniej udaje, przecież umarli się nie czerwienią". Chociaż całunem, czy jak...
"Obywatele! Przykrylibyście mnie czymś, bo przecież widzicie, że purpurowieję i rumienię się..."
A pod całunem nawet kichać wolno.
"No to lepiej na mnie nie patrzeć... wieczne odpoczywanie..."
Zapiski psychopaty Wieniedikt Jerofiejew

Spójrzcie: z prawej, pod oknem siedzi dwóch facetów. Jeden tępak w waciaku i drugi, starszy mądrala w gabardynie. I proszę bardzo, nikogo się nie wstydzą, nalewają i piją. Rąk nie załamują, na platformie nie biegają. Tępak łyka, stęka i powiada: "O, kurwa, ale dobrze poszła!" A mądrala pije i mówi: "Tran-cen-den-talnie!" A głos ma odświętny. Tępak zakąsza i powiada: "Zagry-ychę mamy dzisiaj po byku! Zagrycha typu jak cię mogę." A mądrala żuje i mówi: "Ta-a-ak...Trans-cen-den- talnie!"
Moskwa-Pietuszki Wieniedikt Jerofiejew

Komu przypadły do gustu cytaty - polecam, zakocha się w Jerofiejewie. Komu do gustu nie przemówiły - sięgać nie powinien.

- Potrafię panią uszczęśliwić...

- Potrafię panią uszczęśliwić - mówił spoza krzaku wpatrzony w kark odwróconej od niego dziewczyny. - Za rok lub dwa miałaby pani pianino; teraz żony farmerów coraz częściej kupują sobie pianina, a jeszcze zacznę pilnie wprawiać się w grze na flecie, abyśmy wieczorami mogli grywać razem.

- Owszem, to by mi się podobało.

- Kupiłbym za dziesięć funtów taka lekka bryczuszkę do wyjazdu na targ; mielibyśmy ładne kwiaty i drób, to jest kury i koguty, gdyż uważam, że są pożyteczne - mówił lawirując pomiędzy poezją i prozą.

- Bardzo by mi się to podobało.

- ...i pod szkłem grządkę ogórków, jak prawdziwi państwo.

- Tak, tak...

- A po ślubie dalibyśmy do gazety ogłoszenie w rubryce matrymonialnej.

- Ach, to byłoby wspaniale!

- ...a w łóżeczkach dzieci, jedno w drugie sami chłopcy. A zaś w domu, przy ognisku, co spojrzę, to zobaczę panią, a pani, co spojrzy, to zobaczy mnie.

- Zaraz, zaraz, proszę być przyzwoitym.

(...) Gabriel nie przestawał wpatrywać się w czerwone jagody głogu tak uporczywie, że w przyszłości dzika róża stała się dla niego niejako symbolem miłosnych oświadczyn.


Z dala od zgiełku tłumu - Thomas Hardy



Moje życie we Francji - Julia Child

Postać ikony amerykańskiego domowego gotowania, Julię Child poznałam dzięki filmowi niedawno zmarłej Nory Ephron Julie and Julia z Amy Adams i Meryl Streep [uwielbiam ten film i mogę oglądać co tydzień;)]. Child zamieszkała we Francji wraz z mężem, Paulem, artystą i dyplomatą. W Moim życiu we Francji Child w przemiły sposób opowiada o Paryżu, Marsylii, gotowaniu, przyjaciołach, rodzinie, w końcu o pracy nad książką, o cyzelowaniu każdego przepisu, oraz o pracy nad serią programów telewizyjnych. Przepadam za wszelkiego rodzaju wspomnieniami, pamiętnikami, dziennikami, biografiami, etc., więc czytałam tę książkę z przyjemnością. Poza tym w życiu Julii Child, zdaje się, nie było skandali, burz, niesnasek, przez co książkę okraszoną poczuciem subtelnym humoru czyta się bardzo dobrze. Właściwie to takie fajne, letnie czytadełko, które z powodzeniem można wziąć do autobusu. Może trochę za dużo pisze o potrawach, których nawet wyobrazić sobie nie można, ale - ja się tam nie znam na wołowinie bourguignon.
W książce znajdują się ponadto przepiękne, klimatyczne zdjęcia autorstwa Paula, który ponoć nie rozstawał się z aparatem. Może Paul był wielkim, nieodkrytym artystą, a może to ten Paryż taki niesamowicie fotogeniczny...
Ponadto postać Child przypomina mi naszą rodzimą niegdysiejszą gwiazdę gotowania na ekranie, panią Katarzynę Pospieszalską, wielką propagatorkę kuchni egzotycznej. Mam zbiorek przepisów Pospieszalskiej. Kto wie, może powinnam kupić Mastering the Art of French Cooking?

Madame - Antoni Libera

Właściwie miałam "nosa", żeby na urodziny zażyczyć sobie Madame, bo nie zawiodłam się na Liberze. Madame jest powieścią napisaną piękna polszczyzną, którą czyta się z rozkoszą. Akcja budowana jest inteligentnie, z wyczuciem, taktownie. Ani jedna linijka nie została napisana niepotrzebnie. Libera, zdaje mi się, jest jednym z nielicznych pisarzy-dżentelmenów; w Madame nie znajdziemy rosyjskich dziwek, taniego alkoholu, czy choćby jakiegokolwiek rozdźwięku z normami społecznymi. I taką powieść właśnie chciałam przeczytać! Czy nawiązuje do literatury francuskiej? Tak, raczej tak, erudycją, językiem, bogatym słownictwem. Nie ma tu taniego sentymentalizmu, choć temat mógłby temu sprzyjać.
Powieść została napisana w latach stanu wojennego. Trzydzieści lat temu. Nie zdewaluowała się. Jej język jest świeży, a tematy w niej poruszane - są żywe.
Madame zdecydowanie jest - według mnie - najlepszą polską powieścią.
7 Lipca w ramach V Letniego Przeglądu Laboratorium Dramatu w Teatrze Na Woli odbyła się prapremiera spektaklu na podstawie powieści. Autorką adaptacji jest Maria Wojtyszko, reżyserem spektaklu jest Jakub Krofta, w roli tytułowej wystąpiła Aleksandra Bożek. Był ktoś? Widział ktoś?

I jeszcze taka mała uwaga na marginesie: książkę wydano bardzo starannie. Obwoluta, pod nią lniana okładka z wklejonym zdjęciem. Brzegi szyte, a nie klejone. Ostępy, marginesy i czcionka dobrane z wyczuciem. Dobry papier. Jednak da się wydać książkę porządnie:)

Gottland - Mariusz Szczygieł

Pamiętam, jak Szczygieł mignął mi w Teleexpressie. Kamera prześlizgnęła się po pokoju pełnym książek, a autor rozpływał się w uwielbieniu dla naszych południowych sąsiadów. No więc w książce nie widzę tej miłości, nie czuję żadnego uwielbienia. Zbiór reportaży pokazuje Czechy komunistyczne, szare, straszne. To - mam wrażenie - ten sam kraj, który został zobrazowany w Życiu na podsłuchu (tylko język inny). Jeżeli myśmy byli najweselszym barakiem w komunie, to Czesi byli jak ten szezlong (w kącie stoi i się boi). W reportażach widać jak wielka różnica jest między nami - niby Słowianie, a jacyś inni...
Fakt, książka jest napisana dobrze, nawet bardzo dobrze, chociaż na początku nie mogłam się przestawić na zdania jak z telegramu. No bo właściwie, co ja wiem o Czechach? Że Milos Forman, że Szwejk, Jablonex i oczywiście Karel Gott. I wszystko? Gottland może nie jest szczególnie wyczerpującą monografią kraju, ale Szczygieł stara się nas zaskoczyć, podrzuca takie nieoczywiste smaczki, jak historia Pochodni numer jeden i Pochodni numer dwa, albo świetnie napisaną opowieść o pomniku Stalina.
Myślę, że nie zapomnę o tej książce, tak jak pamiętam wspomnienia Camusa z wycieczki (wycieczki?) do Pragi (kminek do wszystkiego). No i chyba tylko ja nie spacerowałam po Pradze śladami Franza Kafki, ale wszystko przede mną...

Kazuo Ishiguro - malarz świata ułudy

Kazuo Ishiguro urodził się w 1954 roku w Nagasaki. W wieku sześciu lat przeniósł się do Guildford (Surrey, Wielka Brytania), gdzie jego ojciec, oceanograf dostał pracę w Instytucie oceanograficznym. Po ukończeniu szkoły, młodu Ishiguro wiele podróżował pisząc przy tym dzienniki. W 1978 podjął studia na Uniwersytecie w Kent, gdzie uzyskał tytuł licencjata z Angielskiego (literatury angielskiej) oraz z filozofii. Następnie tytuł magistra uzyskał na Uniwersytecie Wschodniej Anglii.
Jego pierwsza powieść powstała po kursie kreatywnego pisania, na który uczęszczał. "Pejzaż w kolorze sepii" (A Pale View of Hills, 1982 r.) zwrócił uwagę zarówno krytyków, jak i czytelników. Kolejne powieści - Malarz świata ułudy (An Artist of the Floating World, 1986 r.), Okruchy dnia (The Remains of the Day, 1989) potwierdziły status Ishiguro. Ponadto Ishiguro jest także autorem powieści: "Niepocieszony" (The Unconsoled, 1995 r.), "Kiedy byliśmy sierotami" (When We Were Orphans, 2000 r.), oraz ostatnio zekranizowanej "Nie opuszczaj mnie" (Never Let Me Go, 2005 r.)
Był współtwórcą czterech utworów Stacey Kent's, a także scenariusza do filmu "Biała hrabina".

To tyle biogramu. A teraz kilka słów ode mnie. Ishiguro jest jednym z moich ulubionych pisarzy. Odkryłam go w zeszłym roku. Pierwszą książką, po którą sięgnęłam było "U schyłku dnia" (Okruchy dnia). Powieść napisana z wielkim kunsztem, bardzo miło się ją czytało. Cały czas miałam przed oczyma wspaniałą ekranizację z Hopkinsem i Thompson. Później sięgnęłam po "Malarza świata ułudy". Książka ma niesamowity klimat. Ishiguro w wywiadach mówił o inspiracji starymi filmami japońskimi (wyjechał w Japonii mając 6 lat, więc raczej pamięta klimat, niż konkret, co obecne jest w jego prozie). Na dobre rozkochał mnie powieścią "Pejzaż w kolorze sepii", co raczej tłumaczyłabym jako zamglony, czy rozmazany, zatarty, jak pamięć bohaterki. Co dziwne, paniom z mojego DKK powieść zupełnie nie przypadła do gusty, co było powodem zażartej dyskusji. Ja nie uważam, że trzeba wszystko opisywać; konstrukcja powieści polegała na ulotności i złudności pamięci/niepamięci.
Niestety kolejne książki rozczarowały mnie: reminiscencje kafkowskiego świata w powieści "Niepocieszony" drażniły mnie do tego stopnia, że porzuciłam książkę w połowie. "Kiedy byliśmy..." było średniej jakości czytadełkiem i widzę tu zbieżności z późniejszym filmem "Biała hrabina" (myślę, że akurat film miał dobry scenariusz, ale gra aktorska pozostawiała wiele do życzenia). Natomiast przez "Nie opuszczaj mnie" ledwo przebrnęłam. Już na samym początku połapałam się o co chodzi i tylko stęknęłam "znooooowu klonowanie...". (O filmie pisałam jakiś czas temu). tak więc mam nadzieję, że skoro średnio wydaje jedną książkę na pięć lat, może wyda coś, co będzie równie dobre, klimatyczne i zostanie w moim czytelniczym serduszku.

o kibicowaniu, jedzeniu i małych rzeczach, które cieszą

Wczorajszy mecz był koszmarem daltonisty - zielone i niebieskie ludziki biegające po zielonej murawie. Na naszym małym telewizorku wszystko się mega zlewało ze sobą i widziałam biegające kreseczki. Oczywiście, że kibicujemy. No, może nie od pierwszych minut, ale na okrągło biegamy na dół pożyczyć pilota do tv. O mały włos nie byłoby już ani jednego pilota, bo Wład nagle krzyczy "mam! mam pilota!" i w tej właśnie chwili, jak w zwolnionym tempie widzę jak pilot wypada z małych łapek, szybuje w powietrzu i roztrzaskuje się na drobne kawałki na posadzce. No, ale udało nam się umieścić guziczki w dziurkach. Tylko teraz wszyscy mają problem, bo przemieścił się czerwony guziczek.
Ten weekend miałam troszkę odmienny od pozostałych (bo zostałam w domu), ale i tak mnie nosiło i w sobotę pojechałam z Małym na zakupy, a w niedzielę był u nas odpust. I oczywiście w ramach hobby pookładałam wszystkie rzeczy w szafkach:)
W ogóle zaczyna mieć paranoję: Małemu przylepiło się do głowy ziarenko siemienia lnianego (nie wiem jak, po prostu się przylepiło), a ja narobiłam rabanu, że kleszcz pożera mi dziecko. W ostatnich dniach Władek ma niesamowite teksty: przeszedł na dietę chrupkowo-lodową, ale zapragnął robić grilla, ja tam się na grillowaniu znam jak pies na gwiazdach, więc zaproponowałam "udawane" bbq, na co Wład skwitował "mama, dobrze kombinujesz".
Albo spytał babci, jak się nazywa nasza ulica. No, tak i tak. A chodnik?
Albo kiedy dopiero co zaścieliłam łóżka Władek zaczął po nich namiętnie skakać, łapię się za głowę z okrzykiem "Matko!", a Władek na to "dziecko!".
Ale wracając do diety chrupkowo-lodowej: wczoraj o 20;30 Wład zażyczył sobie makaron (taki z ludzikami) i rosół. No ok, jak jesteś taki niejadek, myślę, to może sobie troszkę pojesz. No więc zeszliśmy na dół, zagotowałam rosół, makaron gotował się pół godziny, potem chłodziłam, dmuchałam, że aż się zapowietrzyłam, wreszcie podałam dziecku zupę. Władek spróbował, oblał piżamkę i stwierdził, że już nie chce, bo nie lubi być mokry. Aaaaa!
Tak jeszcze a propos jedzenia: co w tygodniu schudnę, to w weekend nadrobię. Czytam "Jedz, módl się, jedz" M. Bootha, o kulinarno-duchowych rozkoszach Indii i tak mnie na kuchnię indyjską naparło, że w piątek zrobiłam curry. Tylko mnie nie pytajcie jak to się stało, że przypaliłam rodzynki (sic!), które w rezultacie wyglądały, jak żuczki gnojarze. A z książki dowiedziałam się, że na oryginalną masalę składa się mniej więcej 30 przypraw.
Na odpuście było fantastycznie. Nie wiem, kto bardziej suszył zęby - ja, czy Władek. Dwa razy byliśmy oboje na gokartach, a raz Wład z tatą, potem dwa razy sam na ciuchci, a ja latałam w powietrzu na niesamowitej karuzeli (wgniata w fotel!). oczywiście nabyliśmy suweniry: kupiłam sobie opaskę do włosów, Adam okulary, a Władkowi kupiliśmy wózek na zakupy i brzdąkającą gitarę. Żal, że drewnianych kogucików nie ma, ale pewnie w Chinach drzew brakuje;)

Wywiad z historią - Oriana Fallaci

Wywiad... Fallaci chciałam przeczytać już od kiedy wyszła. Pamiętam, jak lata temu podczytywałam wstrząsający Inszallah. Kiedy tylko dostanę tę książkę - kupią ją bez zastanowienia. Oriana Fallaci stawiana jest za wzór dziennikarstwa. Bezkompromisowa, nieugięta, walczyła piórem dzielniej niż żołnierz karabinem. Tematy, jakie poruszała w czasie wywiadów były miarą tamtych czasów; Wywiad z historią jest zapisem dwudziestu ośmiu rozmów przeprowadzonych z ludźmi, którzy pociągali za sznurki czterdzieści lat temu. Mimo iż każdy wywiad nacechowany jest emocjami, Fallaci zadaje pytania celne, jak wytrawny szermierz. Mam wrażenie, że dziennikarka pyta o to, o co sami balibyśmy się zapytać. Jest naszym wysłannikiem. Tak sobie myślę, że ostatni reporter przez duże eR, zginął w Iraku osiem lat temu...Dla Waldemara Milewicza kamera była bronią, tak jak taśma magnetofonowa dla Fallaci. Dziś tak zwane dziennikarstwo zdominowane jest przez niedouków, którzy potrafią rozprawiać tylko o kieckach Carli Bruni, czy o tancerkach z bunga bunga. Brak mi dobrych relacji z arabskiej wiosny - dostałam krew i przemoc, zamiast polityki.
Nie chcę Wam streszczać każdego wywiadu z osobna. Cytaty zanotowałam sobie, dość gęsto zresztą, w kajeciku.
Każdy wywiad poprzedzony jest bardzo subiektywnym wprowadzeniem-sylwetką. Fallaci pisze szczerze, bez zahamowań; o Kissingerze pisze wprost: „lodowaty człowiek”, Giap wzrostem robi na dziennikarce wrażenie nieomal karła, a Golda Meir budzi bezgraniczną sympatię. Na większość wywiadów Fallaci musiała długo czekać. Każda postać została opisana bardzo wnikliwie, tak, że widzimy ją oczami dziennikarki, dzielimy jej odczucia.
Wywiad ... czyta się znakomicie. Oczywiście nie jest to lektura na jedno popołudnie (ponad 700 stron i różnorodna tematyka), ale daje do myślenia. Fallaci przybliża największe wydarzenia drugiej połowy XX wieku. Prawdę mówiąc, niektórych nazwisk nie kojarzyłam za grosz, inne były mi nieobce. Szczególne wrażenie zrobił na mnie ostatni wywiad, którego dziennikarce udzielił Aleksandros Panagulis, polityk, poeta, grecki bojownik o wolność, który został towarzyszem życia Fallaci. Panagulis został zamordowany trzy lata po udzieleniu wywiadu, wywiadu szczerego, smutnego, niepowtarzalnego.

Za możliwość delektowania się słowem pisanym dziękuję