NTLive, oraz filmowo hurtowo

Hamlet z Beneductem Cumberbatchem był wspaniałym przeżyciem, które jako widz jednego z gliwickich kin dzieliłam z tysiącami ludzi na całym świecie. Transmitowana na żywo z Barbican Theatre sztuka Shakespeare'a była jedną z cyklu National Theatre Live, teatrów "na ekranie" (jak nasz Teatr Telewizji -  m.in. Boska i jednoaktówki Fredry mogliśmy oglądać, co prawda na małym ekranie, ale na żywo). Historia NTL sięga 2009 roku, a pierwszym przedstawieniem puszczonym w eter była Fedra Racine'a z Helen Mirren w  roki głównej. Największymi hitami NTL okazały się właśnie wspomniany przeze mnie Hamlet (wspominany chyba przy każdej okazji, bo do dziś zbieram szczękę z podłogi!), Frankenstein z Cumberbatchem i Jonnym  Lee Millerem, Widok z mostu z Markiem Strongiem, War Horse, oraz dwa inne dramaty Shakespeare'a: Król  LearKoriolan.  Na tym ostatnim nie mogło mnie zabraknać. W roli wojowniczego Rzymianina wystąpił niesamowity w tej roli Tom Hiddlestone. Równie wspaniały był Mark Gatiss w roli Agryppy. Oszczędna, ale niezmiernie wymowna scenografia przydawała przedstawieniu dynamizmu; dużą rolę odgrywają także kostiumy nawiązujące do epoki, w której rozgrywa się akcja - nie są to jednak koturnowe stroje, a ich nowoczesna interpretacja. To samo mogę powiedzieć o Hamlecie - młody książę Danii paradował w koszulce z Davidem Bowie, ale nie kłóciło się to ani na moment z całokształtem dramatu, a wręcz przeciwnie, przydawało mu świeżości. Do tego podziwiałam doskonałą grę sławnego Brytyjczyka - i już wiem, skąd się wziął jego fenomen - Cumberbatch jest po prostu cholernie dobrym aktorem!
Genialny plakat Hamleta (źródło: http://ntlive.nationaltheatre.org.uk/productions/ntlout10-hamlet)

Na obu seansach byłam w Amoku i czekałam na zapowiedziana na ekranie Jane Eyre, niestety, z zakładek zniknął NTLive, a ja mam niedosyt po tak rozbudzonym apetycie!

Chcąc sobie przedłużyć przyjemność (Hiddlestone) sięgnęłam po Crimson Peak (Wzgórze krwi???); na ten film cieszyłam się od dawna. Jeszcze krążące po sieci zdjęcie stylowo ubranych Wiktorian upewniło mnie w przekonaniu, że film zdobędzie moje serce. Jednak srodze się zawiodłam. A powodów jest kilka. Pierwszy powód to Mia Wasikowski, której drętwe "aktorstwo" potrafi położyć każdy niemal film (dziwne, że Jane Eyre ogląda mi się tak dobrze) od wysmakowanego stylistycznie Stokera do nowego Guillermo del Toro. Po drugie - przyznaję się bez bicia: nienawidzę bufiastych rękawów, a w zestawieniu z niezbyt długą szyją głównej bohaterki sprawiały wrażenie, że Mia pozbawiona jest szyi i na wielkich ramionach osadzona jest niewielka, rozkopana główka. Trzy: o ile sam pomysł jest świetny i sensacyjny, o tyle [spoiler!] duchy i potwory z kadzi z... czymś, to totalne przegięcie. [koniec spoilera] No i ta irytująca dziura w dachu... Albo kręcimy fajną wiktoriańską sensację, albo pakujemy do filmu duchy; poczułam się jakbym jadła czekoladę z musztardą - coś tu do czegoś nie pasowało. Reżysera odsyłam do Szeptów i Kobiety w czerni. Niestety, minusy przesłoniły mi plusy: Tom Hiddlestone jest oczywiście jednym z wielkich plusów filmu, drugim jest prerafaelicka kreacja czarnowłosej (sic!) Jessici Chastain (oglądałam ją niedawno w Interstellarze i Marsjaninie i zaczynam ją bardzo lubić). Dużym plusem jest także gra Charliego Hunnama, Brytyjczyka znanego z amerykańskiego serialu Synowie Anarchii.
Jak najszybciej musiałam pozbyć się niemiłego wrażenia, i raz jeszcze sięgnęłam po doskonały film Tylko kochankowie przeżyją. Część akcji dzieje się w niemal doszczętnie opuszczonym Detroit, a część w Tangerze. Tanger to bardzo atrakcyjna lokalizacja, o czym wiedzą również twórcy nowego Bonda; jedna ze scen rozgrywa się in the middle of nowhere, jak u Paula Bowlesa.
źródło: Filmweb.pl
Spectre rozpoczyna się od pięknej jednoujeciowej sceny barwnego meksykańskiego korowodu z okazji święta zmarłych. O ile otwierająca scena jest dosłownie przepyszna, dalej dostajemy Bonda, który lubi sobie ułatwiać życie - dziwnie "zbudowane" elementy dachu zaaranżowane jako schodki dla agenta, który nie ma już ochoty na parkur.
Nowa "dziewczyna Bonda", o której wszędzie tak strasznie głośno (Monica Bellucci) gra może w trzech scenach, natomiast "prawdziwą" dziewczyną Bonda jest tym razem Léa Seydoux; gra kobietę silną, niezależną i do tego imponuje Bondowi umiejętnością samoobrony. Ciesze się, że Q. (Ben Wishaw) dostał więcej czasu na ekranie, bo jego postać kradnie serca! A M. (Ralph Fiennes) jeszcze raz dowodzi, że jest "równym gościem", na którym można polegać. Listę protagonistów zamykają Moneypenny (Naomie Harris) i Bill Tanner (sympatyczny Rory Kinnear). Mamy również Bad Assów - Franza Oberhausera (gra go ostatnio eksploatowany do niemożliwości Christoph Waltz), C. (genialny Moriarty - Andrew Scott), oraz jako "cyngiel" a la pamiętny Góra z GOT, Hinx (w tej roli Dave Bautista, znany ze Strażników galaktyki).
O ile C. jawi się jako rewolucjonista, ideowiec, przez co wiarygodny i groźny, o tyle Oberhauser dokonujący zemsty na głównym bohaterze zachowuje się jak przedszkolak i całkiem traci wiarygodność. Całość jednak jest, że się tak wyrażę - niezachwianie Bondowska, tak, że nie ma na co narzekać i fani serii będą zachwyceni.
źródło: Filmweb.pl
Żeby zniwelować testosteron epatujący z Bonda wybrałam się na Sufrażystkę. O Jezu, obsada marzenie! No bo kogo tu nie ma? Jest i Meryl Streep (wymieniana jako główna gwiazda filmu - sic!), i Helena Bohnam-Carter, a także Carey Mulligan, Brendan Gleeson, Anne-Marie Duff, Ben Whishaw, oraz Romola Garai (która uwielbiam od czasu czteroodcinkowej Emmy). Historia jest poruszająca, wyciskająca łzy bólu i goryczy, a do tego prawdziwa, a dramat rozgrywający się na torze wyścigowym jest wydarzeniem historycznym, o którym pisały ogólnoświatowe media.
Trochę się bałam, że dostaniemy ładny, kolorowy i do bólu ckliwy obrazek, ale przez większość filmu serce mi waliło jak oszalałe, tak bardzo przejmowałam się losem bohaterek. A Mulligan, o której pisałam wielokrotnie chyba zaczyna być jedną z moich ulubionych aktorek. Chociaż to może efekt tego, że tak często zostaje obsadzana (chociaż w przypadku Keiry Knightley to nie działa; dalej jej nie lubię).
Na co czekam? Oczywiście na to samo, co 90% kinomanów na całym świecie: na Gwiezdne Wojny! Jestem pozytywnie nastawiona do Zjawy z DiCaprio (może tym razem, Leo...), ciekawie wygląda również Victor Frankenstein z McAvoyem i Radcliffem. A jeszcze tej jesieni czeka mnie maraton Fassbendera. Ale o tym następnym razem...

Dekameron - nowe wydanie

Nie tak dawno temu, bodajże latem, pisałam o Dekameronie Giovanniego Boccaccia. Zaprezentowałam Wam wówczas jeden z dwu tomów, które miałam na półce. Do tej pory nie udało mi się dokupić drugiego tomu (niezniszczonego, z okładką o tym samym odcieniu płótna). 
Tej jesieni na sklepowe półki trafiło jednotomowe wydanie Dekameronu. Wydawnictwo MG specjalizuje się w klasyce - do tej pory mieliśmy okazje zapoznać się z ponownie wydanym Proustem, Tyrmandem, czy do tej pory nie wydawanymi powieściami sióstr Brontë (w zeszłym roku miałam okazję czytać Agnes Grey).


Bardzo się cieszę, ze zostawiono dotychczasowe tłumaczenie Edwarda Boyé, oraz oryginalne, XVI-wieczne ryciny Augustina de Zani, które znamy z poprzednich wydań. Dużym plusem wydania są przypisy od razu pod tekstem, a nie jak do tej pory na końcu książki.

Przypisy tam, gdzie być powinny, czyli pod tekstem

Ryciny Augustina de Zani
Cieszy mnie również forma - jednotomowe wydanie, choć duże i sprawiające wrażenie nieporęcznego jest w istocie lekkie, a szycie i twarda okładka - przepiękna! - gwarantują nam, że książka przetrwa więcej niż jednego czytania.

Rozpadający się drugi tom wydania z lat 8-tych
Do tej pory najpopularniejsze były wydania z lat 50-tych (dobre jakościowo), oraz to z lat 80-tych, które dosłownie sypie się w rękach. Więc bardzo cieszy mnie inicjatywa wydawnictwa, by wznawiać ponadczasowa światową klasykę.


Na tle starszych wydań nowy Dekameron prezentuje się naprawdę imponująco.

Chciałam Was jeszcze bardzo serdecznie zaprosić do czytania portalu Życie i Pasje, w którym znajdziecie mnóstwo ciekawych tematów, a tworzą je fantastyczne dziewczyny z Klaudią Maksą na czele!


Polona - najlepsza strona z zasobami cyfrowymi

Na Polonę natrafiłam kilka lat temu. Przypadkiem. I od razu ten portal Biblioteki Narodowej zdobył moje serce. Polona udostępnia literaturę, nuty, mapy, druki ulotne, gazety i fotografie sprzed lat. Posiada wygodny, intuicyjny interface, dzięki czemu łatwo i sprawnie możemy odszukać pożądane przez nas treści. Lwia cześć jest objęta domena publiczną (wolno zwielokrotniać, zmieniać i rozpowszechniać oraz wykonywać utwór, nawet w celach komercyjnych, bez konieczności pytania o zgodę). 

Na stronie głównej znajdziemy zarówno pojedyncze dzieła, jak i kolekcje, które możemy eksplorować. Kolekcje to ułożone tematycznie zcyfryzowane książki, albumy, ryciny, itp. 
Przerzucając zakładkę na "Biblioteka" możemy sami przeszukać portal; do dyspozycji mamy możliwość wyszukiwania po nazwie, oraz typie dokumentu.

Zachęcam do logowania się na portalu, mamy wówczas możliwość zapisywania "swoich" zbiorów przez klikanie w ikonkę gwiazdki. 

Polona oferuje możliwość czytania książek on-line (za darmo). Możemy tekst dowolnie powiększać, dostajemy również informacje o tekście - o prawach autorskich, autorze, etc. Niestety nie da się pobrać całości, np. książki, ale można zapisać pojedynczy skan. 

Polona oferuje naprawdę duże zasoby; w "Moich zbiorach" mam wiekowe książki kucharskie, XIX-wieczne ryciny z modą, albumy fotograficzne, podręczniki do nauki fotografowania z początków tej dziedziny, a także kilka powieści, dramatów, oraz podręczniki dla XIX-wiecznych dam pełne dobrych rad, jak robić toniki do twarzy, jakie kolory koronek pasują do sukien, i ile sztuk garderoby powinna mieć młoda mężatka w 1880 roku.

Nowości (z lamusa, owczywiście)

Lubię takie chwile, kiedy serce podskakuje z radości, że oto odnaleziony został kawałek Raju. W zeszły piątek umówiłam się do kina; do seansu zostało około dwu godzin, więc bezcelowo spacerowaliśmy po mieście. Oczywiście, jak to się zdarza molom książkowym, prędzej czy później nogi same niosą w okolice antykwariatu bądź księgarni. I nas ma się rozumieć również zniosło. 
Oglądam nowości, półkę z filozofią, ładnie wyeksponowane judaica, tu kuszą biografie, a tam kokieteryjnie spozierają albumy. I nagle mąż mnie woła, wskazując taki kąciczek ze starociami. Aż mi się oczy zaświeciły z radości! Nie wiedziałam od czego zacząć, bo półek było dość dużo i chętnie obejrzałabym wszyściutko. I nawet weszłam na drabinkę, a normalnie nogi by mi się trzęsły, bo ja i wysokości to zupełnie inna inkrzość

Wyszperałam najpierw W pustyni i w puszczy z 1917 roku, wydanie trzecie nakładem Gebethnera i Wolffa, tom XXXVII Pism Sienkiewicza. Stan bardzo dobry, pobiblioteczna. Mam inne wydania, ale nie tak ładne jak to.



Potem w natłoku Mickiewiczów, Słowackich i Krasińskich, oraz podręczników do zoologii, czy geografii natrafiłam na Dzieła Williama Szekspira (wolę zapis oryginalny nazwiska genialnego Anglika), Tom V - Dramaty Fantastyczne; Sen nocy letniej, Opowieść zimowa, oraz Burza. Nakładem Księgarni Polskiej, Lwów, 1895r. Stan niemal idealny, ale brakuje kilku ostatnich stron. 

Troszkę żałuję, że nie mogę znów tam pojechać już teraz i pobuszować nieskrępowanie przez kilka godzin, bo wróciłabym obładowana wiekowymi tomami. Ale wrócę tam, jak nie w listopadzie, to w grudniu. I z pewnością znów coś znajdę. 


Śmierć pięknych saren - Ota Pavel

Przyznaję się bez bicia, że sięgnęłam po Śmierć pięknych saren z rekomendacji Mariusza Szczygła, tyle razy słyszałam, jak zachwala tę książkę, że musiałam się na własne oczy przekonać, czy warto. No więc: warto!
Przedwczoraj pisałam o  tym specyficznym wspólnym rysie czeskich opowiadań i powieści. Jest taka piosenka Nohavicy przybliżona niedawno przez Artura Andrusa - Cieszyńska (Těšínská) - która jest dla mnie taką kwintesencją czeskiej filozofii. Śmiech przez łzy, nostalgia, uprzejmość i ten niezwykły optymizm: nawet o rzeczach strasznych mówi się w sposób subtelny i melancholijny, nigdy tonem cierpiętniczym, nie ma rozliczania, czy walenia czytelnika dosadnymi obrazami po głowie.

I takie są również opowiadania Oty Pavla - Śmierć pięknych saren i zawarte w tym samym tomie Jak spotkałem się z rybami. Piękne, nieco tęskne nowele autobiograficzne o świecie, który przeminął, o dzieciństwie, młodości przerwanej wojną oraz dorastaniu przypadającym na powojenny, wcale nie aż tak wesoły czas. Jednak nawet kiedy Pavel pisze o wojnie - znajduje w tym coś pozytywnego, jak anegdota ze stawem i stróżem (uwielbiam to opowiadanie!). I oczywiście takie domowe smaczki - czy wiecie, co to jest pumperdentlich? "Jest to podobno coś takiego - pisze Pavel - jakby szła piękna dama w sukni balowej lub fantastycznym futrze i wszystkim gały na wierzch wychodzą, a  ona na raz wdepnie w gówno."

Może i ignorantka ze mnie (ale w sumie skąd miałam wiedzieć?), ale wypożyczając książkę bardzo się zdziwiłam okładką. No bo przecież karpie to nie sarny! Ale spokojnie - już po pierwszych zdaniach doszłam do wniosku, że okładka jest jak najbardziej prawidłowa, a Pavel pisze o rybach (Śmierć pięknych saren to określenie psa-kłusownika). Ale myliłby się ten, kto czytałby książkę tylko na tym rybnym poziomie; to traktat o ludzkiej naturze, przyrodzie, miejscu w świecie, jak w opowiadaniach Hemingwaya, które pozornie traktują o polowaniu.

Na pisarstwo Oty Pavla wpływ z pewnością miała przebyta przez niego choroba psychiczna (Pavel był korespondentem sportowym i podczas w igrzysk Insbrucku przeżył ciężki epizod psychotyczny); pisać zaczął w ramach kuracji. A jego przemyślenia dotyczą czegoś ponadczasowego. Pavel pisze pięknie. Po prostu jego język zachwyca, na przykład kiedy opisuje słońce: "Dopiero słońce przywróciło nam dobry humor. Można powiedzieć, że słońce jest często wielką żółtą pigułką od niebiańskich psychiatrów, która rozpędza smutek i wytwarza różowy nastrój. Słońce działa niekiedy skuteczniej niż szwajcarskie proszki noveril czy amerykański aventyl HCl. Słońce jest także żółtym ręcznikiem frotte, który nas samoczynnie wyciera do sucha. Słońce również dostaje się nam do krwi, by ogrzać nasze serca, kiedy są zimne jak psi nochal." I co, piękne, prawda? 


Nie mogłam sobie odmówić umieszczenia Cieszyńskiej, ale chyba zgodzicie się ze mną, że niesamowicie pasuje klimatem.

Zbyt głośna samotność Bohumil Hrabal

Właściwie gdyby nie książki do stu stron, które ostatnio prezentowałam, chyba nie zwróciłabym uwagi na Zbyt głośną samotność Bohumila Hrabala. Jest w tej książce coś ciepłego, a jednocześnie smutnego. Jakiś złamany los, ale i pogodna akceptacja. 

 

Hanti jest pakowaczem w sortowni makulatury i szmat. Co dzień od trzydziestu pięciu lat tworzy małe dziełka sztuki – niby zwyczajne zgniecione paki niepotrzebnych gazet, starych książek, papieru pakowego, ale każdy taki pakiecik zawiera starannie ułożoną książkę-perełkę usuniętą przez cenzurę, bądź opakowany jest w reprodukcję słynnego obrazu. Mężczyzna wspomina wielokrotnie, że mimo woli jest wykształcony, bowiem znosi uratowane przed zgnieceniem książki do domu, a przez te trzy i pół dekady nazbierały się tony książek, grążące w razie zawalenia zgnieceniem na śmierć. Plany emerytalne głównego bohatera krzyżuje brygada młodych robotników i ich prasa, lepsza, wydajniejsza i szybsza niż ta, na której pracuje Hanti. 

Powieść prowadzona jest w pierwszej osobie i przypomina mi to odrobinę wylewność i bezpośredniość bohaterki Kobiety z prowincji. Całość można uznać za traktat filozoficzny z rozważaniem postawy Jezusa i Lao Tse, oraz rozprawa z uwspółcześnionym mitem Syzyfa. Hantio snuje również refleksje o straconej miłości, ale jak to u Czechów bywa, rzewny charakter wynurzeń w jednej chwili zostaje zburzony anegdotką „z grubej rury”, co dobrze robi powieści nie dając jej dojść do niebezpiecznej granicy patosu i kiczu. 

Podobnie jak Pociągi pod specjalnym nadzorem były osadzone w biografii Hrabala (w czasie wojny pracował na nastawni jako dyżurny ruchu), tak i Zbyt głośna samotność zakorzeniona jest w osobistych doświadczeniach pisarza; w ramach wytrzebiania przez ówczesne władze panoszącego się intelektualizmu pisarz był zmuszony pracować fizycznie i trafił do sortowni makulatury właśnie. 

Podoba mi się to specyficznie filozoficzne podejście do życia; chociaż nie chcę generalizować, to nie sposób nie zauważyć jakiegoś wspólnego rysu czeskich powieści - nawet o rzeczach strasznych potrafią czescy pisarze opowiadać z przymrużeniem oka, jak Ota Pavel w Śmierci pięknych saren, na których recenzję zapraszam pojutrze.

Fatalne jaja / Psie serce - Michaił Bułhakow

Fatalne jaja to napisane w 1924 roku opowiadanie o czerwonych promieniach, które przemieniają żywe organizmy w mordercze potwory rządzone instynktem, przy tym portret mentalności „nowego Rosjanina”. Zachodzę w głowę, jakim cudem Fatalne jaja przeszły cenzurę? Ten króciutki utworek jest tak jawnie antysowiecki, tak groteskowo opisuje w nim Bułhakow świat porewolucyjny, że chyba tylko cudem autor nie skończył na Łubiance. Dziwi fakt, że mimo wszystko Stalin tak lubił Bułhakowa, że za jego wstawiennictwem na afisze powróciła sztuka Dni Turbinów, a także z jego polecenia Bułhakow znalazł pracę jako asystent reżysera w Teatrze Artystycznym. 
To małe dziełko s-f jest porównywane do Wellsowskiego Pokarmu bogów (książka ukazała się dwadzieścia lat wcześniej); u Wellsa para naukowców, Bensington i Redwood, przyspieszają wzrosty kurczaków. W Fatalnych jajach profesor Persikov eksperymentuje na prostych organizmach (Rok, wysłannik nowych władz, ma pomóc w wylęgu kur, więc czerwonym promieniem napromieniowuje jajka na prowincjonalnej fermie). I u Wellsa i u Bułhakowa konsekwencje eksperymentów są opłakane. 
Jeżeli ktoś aktualnie nie ma Fatalnych jaj na półce, polecam czytanie on-line, bądź ściągnięcie na czytnik z Wolnych Lektur.


Psie serce utrzymane są w tym samym fantastycznym tonie, a okraszone tak dla Bułhakowa znamienna ironią i czarnym humorem. Przemiana psa w człowieka za sprawą przeszczepu przysadki  przypomniała mi pewien radziecki film s-f, w którym ludzką głowę przytwierdzono do maszyny. Widać filmowcy podążali tropem Bułhakowa, ale o ile w Psim sercu sprawa potraktowana została zgoła ironicznie, o tyle w filmie królowała pseudonauka.
I tu autor wyszydza porewolucyjnych towarzyszy, ich złodziejskie zapędy, nieróbstwo, nazywając np. komitet domowy hołotą. To chyba także pewien rodzaj krytyki ludzi w ogóle, ponieważ biedny uczłowieczony Szarik (a jakże!) z mądrego, nieco oportunistycznie nastawionego do świata pieska przeobraża się w zwykłego chama, który znajduje przyjaciół wśród proletariuszy i zostaje hyclem wyłapującym bezpańskie zwierzęta, którym do niedawna sam był. 
Prawdopodobnie pierwowzorem profesora Preobrażeńskiego był Siergiej Woronow, który eksperymentował na ludziach i małpach (wszczepił między innymi mężczyźnie małpie jądra),  i tak jak Preobrażeński pragnie eksperymentami odmładzać ludzi.  Rosyjscy "uczeni" próbowali również skrzyżować człowieka z małpą, a także przeszczepiać głowy międzygatunkowo, i dobrze, że w pewnym momencie zaprzestano owych eksperymentów, bo włos się jeży na głowie, dokąd mogłyby zabrnąć - o tym właśnie pisał ponad sto lat temu wspomniany już Wells w Wyspie doktora Moreau...

Strachy - Maria Ukniewska

Ze Strachami zetknęłam się przy okazji prezentowania w serii Z archiwum Filmoteki Narodowej filmu z 1938 roku z Eugeniuszem Bodo i Hanną Karwowską. Dramat utrzymany w tonie ekspresjonizmu niemieckiego porusza śmiałością tematu. Rzetelny, ale już bez „tego czegoś” jest serial telewizyjny z 1979 roku z młodziutką Izabelą Trojanowską w roli Teresy. 
Trafiłam na wzmiankę, że do wydania powieści przyczynił się w znacznej mierze Marian Hemar, któremu rękopis spodobał się na tyle, by wspierać Marię Ukniewską jako początkująca pisarkę. Ukniewska (właśc. Maria z Brejnakowskich Kuśniewiczowa), była tancerka rewiowa opisuje w swojej najsławniejszej powieści środowisko estradowe z niesławnej strony: wykorzystywanie młodych „girlsów” (tancerki tańczące w takich specyficznych szpalerach, kto oglądał choćby Halo, Szpicbródka, ten będzie wiedział), bieda przedwojennej Warszawy, psi żywot „objazdowej” rewii z prowincji (prowincją była określana reszta Polski poza Warszawą!). „Obliczała: mieszkanie trzydzieści pięć złotych, życie około dwóch złotych dziennie, „trochę” na papierosy, - więc powiedzmy, wszystko razem wszystko razem sto dwadzieścia złotych. Reszta pozostanie na ubranie, a właściwie to ubranie ma. Gdyby tak przymusić się, przypilnować, to mogłaby co miesiąc odłożyć ze sto osiemdziesiąt złotych.” Obliczeń w książce jest o wiele więcej, Teresa i jej przyjaciółka Linka liczą pieniądze na buty, swetry, jedzenie, lichy pokój wynajmowany u wścibskiej i pazernej wdowy. 
Nie istniały żadne prawa chroniące aspirujące młode tancerki, a ich środowisko było przeżarte wzajemną nienawiścią. Strachy to również gorzki romans miedzy młoda dziewczyną a starszym playboyem, główną gwiazdą teatrzyku. To również panorama obyczajów międzywojnia. W niektórych fragmentach przypomina Granicę (niestety, Strachom brak tej siły rażenia, co powieści Nałkowskiej), szczególnie objęta tabu sfera seksualności i jej konsekwencji (aborcja). 
Książkę polecam wszystkim chcącym poszerzyć swoja wiedzę na temat okresu dwudziestolecia międzywojennego, ponieważ przeważnie opracowania historyczne, bądź te quasi-historyczne skupiają się na tuzach tego okresu, nie na zwykłych zjadaczach chleba. 
Warto również dodać, że Ukniewska w czasie II wojny światowej walczyła we francuskim Ruchu Oporu, niestety, została schwytana i osadzona w Ravensbrück, a następnie w Bergen-Belsen. Wojnę przeżyła, tak samo jak jej mąż, Andrzej Kuśniewicz, prozaik, a zarazem dyplomata (stąd obecność we Francji). Ukniewska jest autorką jeszcze trzech innych powieści, ale to z na poły autobiograficznych Strachów została zapamiętana.

Tajemnice szafotu - Auguste de Villiers

W ubiegły weekend znów sięgnęłam po moje wiekowe skarby i wyłuskałam z nich niewielka objętościowo książeczkę w marmurkowej oprawie – Tajemnice szafotu: Powieść i inne opowiadania nakładem wydawnictwa LUX, Warszawa 1923r. Autorem zbiorku jest hrabia Auguste de Villiers de L'Isle-Adam (właściwie Jean-Marie-Mathias-Philippe-Auguste de Villiers de L'Isle Adam). Villiers przyszedł na świat w 1823 roku, a zakończył żywot w 1889 roku poślubiwszy na łożu śmierci swoją wieloletnią partnerkę, by móc prawomocnie objąć nazwiskiem swoje nieślubne dziecko. Z ciekawostek na temat autora znalazłam wzmiankę, że z ramienia legitymistów był kandydatem do paryskiej Rady Miejskiej w 1881 roku, a także współtworzył pismo Krzyż i szpada (La Croix et l’Épée).


Mając lat 45 święcił Villiers swój największy sukces wydawniczy: w 1883 roku światło dzienne ujrzał tom Opowieści okrutnych, którego wyborem są moje Tajemnice szafotu. Nowelki są krótkie, przesycone niesamowitością, i wyobrażam sobie, jakie mogły robić wrażenie na czytelniku te ponad sto lat temu. Szczególnie tytułowe, w którym autor dywaguje, czy po ścięciu gilotyną „pacjent” nadal jest w stanie odczuwać. Czytając miałam wrażenie, że autor garściami czerpie z Edgara Alana Poe. I miałam racje – Villiers żywo się na Amerykaninie wzorował, co jednak bardzo niechętnie przyznawał.


Opowieści okrutne wyszły w Czytelniku w latach 70-tych ubiegłego wieku, ale zaistnienie w spisie Lubimy Czytać Tajemnic szafotu świadczy o popularności autora, a przynajmniej dość dużym zachowanym nakładzie nowel z 1923 roku.

Potargowo - Śląskie Targi Książki 2015 w Katowicach

Nie mogło mnie zabraknąć na Śląskich Targach Książki w Katowicach. Po raz pierwszy odbywały się w nowym budynku - Międzynarodowym Centrum Kongresowym, a nie w Spodku, gdzie akurat trwała impreza muzyczna. I to był strzał w dziesiątkę, bowiem Centrum jest przestronne, ładne, i świetnie nadaje się do tego typu imprez. 



Tym razem jechałam z mężem - zrobiliśmy sobie wycieczkę do stolicy Górnego Śląska. Katowice pięknie się zmieniają i żal troszkę, że nie były tak ładnie "zrobione" jak studiowaliśmy. 
Pierwsze swoje kroki skierowaliśmy do stoiska Śląskich Blogerów Książkowych, u których trwała wymiana. Miałam naszykowane trzy książki, które bardzo szybko zamieniłam na Foenkinosa, Wielki smród i Tajemnicę Brokeback Mountain. Udało mi się również dostać brakujący tom AIS (Ludzie i potwory), a dla synka kupiłam komiks Adventure Time (niestety, z Gumballem, o którego pytałam jest jakiś problem licencyjny). Od razu pokupowaliśmy prezenty na gwiazdkę, oraz mikołaja (w tym Zwierzęta Wajraka, oraz Wigilię Małgorzaty, a także grę planszową o Afryce). Na spotkaniu blogerów wylosowałam jeszcze trzy książki, a jedną kupiłam na stoisku antykwarycznym. Tak więc było co nosić (śniło mi się potem, że niosłam 34 kilogramów książek!).

Mam bardzo pozytywne wrażenia ze Śląskich Targów Książki. Przede wszystkim nie było takiego szalonego ścisku jak w Krakowie. Owszem, sala była nieporównywalnie mniejsza, ale przez to może lepsza do ogarnięcia (w Krakowie po godzinie można było dostać duszności). Wstęp był darmowy, co jest, myślę, bardzo dobrym rozwiązaniem. Niestety, nie było kilku wydawnictw, z których książki chciałam pokupować, ale nie mogę narzekać na brak wyboru, bo jak już napisałam - przyjechałam obładowana. 
Pozytywnie mnie zaskoczyła ilość antykwariatów: naprawdę książki były na każdą kieszeń, bo na  jednym stoisku wyprzedawano książki po 2 złote.
Oczywiście nie mogło zabraknąć spotkań autorskich. W sumie nikogo sobie nie upatrzyłam, ale przysłuchiwałam się Michałowi Ogórkowi i przechodziłam koło Ewy Minge, która akurat podpisywała swoją książkę. 

Spotkanie z Michałem Ogórkiem

Po Targach odbyło się spotkanie blogerów. Jak w zeszłym roku w City Rock. Wzięliśmy sobie z mężem po pizzy, ale ja ledwo moją zjadłam, tak była duża; pyszna vegetariana na cienkim cieście. Co prawda na spotkaniu było mnie osób niż rok temu, ale atmosfera była bardzo miła, kameralna i sprzyjała wymianie poglądów. Do tego - jak już wspomniałam - odbyło się losowanie. 

Karolina, Agnieszka, za Agnieszką siedzi zasłonięta Magda, obok niej Magda, Ania, Zuzia, Ania, Katarzyna, oraz Ania.

Ania, Archer, ja

O 19:24 mieliśmy pociąg powrotny. Grzali jak wściekli i siedziałam w krótkim rękawku. Potem krótki spacerek i byliśmy w domu. Chociaż zmęczeni, wróciliśmy oboje bardzo zadowoleni.
W sumie nie miałam aż takich "bogatych" planów na Targi, a wywiozłam chyba więcej niż z Krakowa. Teraz to już naprawdę boję się wejść na konto ;)
Moje targowe "fanty"

Stosik prezentowy

Perły z lamusa (moje prywatne skarby)

Zbieram książki. Nowe przeważnie kupuję lub dostaję, a stare trafiają do mnie w przeróżny sposób. Kiedyś po prostu wpuszczono mnie do piwnicy, po której mogłam buszować jak mysz bez kota. Lubię te ładne, zdobione złoceniami okładki, ale najbardziej marmurkowe ze zwyczajnymi brzegami. Mam sentyment do tych z naklejonymi karteluszkami bibliotecznymi, z pieczątkami, podpisami, ekslibrisami. 
Mam niewiele książek z XIX-go wieku, większość moich "staroci" jest z dwudziestolecia międzywojennego. Dziś chciałabym się z Wami podzielić moimi perełkami.


Najstarszą moją książką jest jeden z tomów Dzieł Mickiewicza. Wydany nakładem S. H. Merzbacha (Warszawa 1858 rok). Wydanie jest ocenzurowane, a więc niepełne, wykreślono  z poematu aż 398 wersów! Merzbach porozumiał się (jako pierwszy z wydawców Mickiewicza, którzy wydawali jego dzieła po śmierci) ze spadkobiercami wieszcza w sprawie praw autorskich i tantiem. Okładka mojego egzemplarza jest naruszona; dzięki temu widać wklejkę wewnątrz, która jest po rosyjsku. 

Mickiewicz i Cervantes
Posiadam również Tom IX Dzieł Shakespeare'a wydany nakładem Księgarni Polskiej we Lwowie. Tom zawiera komedie Miarka za miarkęCymbelin oraz tragedię Troilus i Kresyda. Wszystkie trzy w przekładzie Stanisława Rossowskiego (na końcu znajduje się także obszerny esej o sławnym dramaturgu). Oprawa jest twarda, niestety mój egzemplarz nie ma grzbietu, za to doskonale widać bebechy, co uważam za ciekawe, bo widać doskonałe szycie. 

Tom IX Dzieł Shakespeare'a bez grzbietu

Część książek opisywałam przy innych okazjach jak Hardy w rocznice urodzin Mistrza, czy  Cervantesowskie opowiadania przy opisywaniu Don Kichota.  
 

Czytamy książki nieoczywiste - podsumowanie października

Na półkach w zaciszu domowych biblioteczek, zalegające w magazynach bibliotek publicznych, wciśnięte w kąt antykwarycznych regałów czają się książki nieoczywiste. Pożółkłe, niemal sepiowe kartki, druk nierzadko wyblakły, odbijany jeszcze czcionkami w pachnącej metalem drukarni, czekają na jeszcze jednego czytelnika, być może tego ostatniego w ich papierowym życiu. Lub książki  całkiem nowe, ale z jakichś powodów niepopularne, nieznane, a warte przybliżenia!
Kochani, sięgnijmy po takie książki. Zapraszam do wyzwania. Co miesiąc przeczytajmy choć jedną taką nieśmiałą książkę chowającą się w kącie. Pod tym postem zostawiajcie linki do waszych postów wyzwaniowych, chwalcie się, co udało się Wam wygrzebać z czeluści książkowych regałów, pchlich targów, ręczniaków.
 
Wyzwanie odbywa się cyklicznie od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. Podsumowanie jak zwykle pierwszego (z wyjątkiem listopada, kiedy z uwagi na święta przesuwam wyzwaniowego posta na trzeciego). Dziękuję za umieszczanie banera na stronach i w zakładkach.
W tym miesiącu swoimi "nieoczywistymi" lekturami podzieliły się ze mną:
 
Aleksandra Czyta
 
 PROczyliZA
 
Z kolei ja chciałabym się z Wami podzielić moimi refleksjami na temat starego wydania Rodziny Thibault:  

I jeszcze dwa linki osób, które się nie zgłosiły, ale zaglądam na ich blogi,
i wyszperałam takie warte przybliżenia pozycje: 
O dystopiach
oraz 
Beznadziejnie Zacofany w Lekturze
 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...