Header Image

Mock/ Mock. Ludzkie zoo - Marek Krajewski

Zacznę tak: Krajewskiego biorę w ciemno. Lubię ten brudny świat jak z obrazów Otto Dixa, gdzie główne role odgrywają panienki lekkich obyczajów i tani mafiozi. Zbrodnie popełniane w szemranych zaułkach... Może dlatego tak dobrze mi się czyta o takim świecie, bo mój świat jest syty i zadbany. I dlatego też sięgam po kryminały, jak inni po horrory. Choć przyznam, że przez bardzo specyficzną prozę pierwsze spotkanie z Krajewskim zaliczyć mogę do niezbyt udanych, za to kolejne spotkania z powieściami tego autora odbyłam już jako fanka.



Akcja Mocka zaczyna się w Waszyngtonie w 1947 roku, a więc po II wojnie światowej, wtedy poznajemy kolejne wcielenie Eberharda - funkcjonariusz amerykańskiego wywiadu. Sprawa dotyczy tak zwanej Hali Stulecia we Wrocławiu (obiekt zaliczony dziś w poczet światowego dziedzictwa UNESCO); introspekcja przenosi nas do lat 1912 i 1913, kiedy to mają miejsca tajemnicze morderstwa. Tak zaczyna się nowa seria o "młodym Mocku", czyli tomy pokazujące początki kariery Eberharda Mocka we wrocławskiej policji. Ebi zaczyna w policji obyczajowej, jednak ten niesłychanie ambitny i dociekliwy glina aspiruje do policji kryminalnej. Policjant-filolog znany z poprzednich części nadal tropi bandytów metodami konwencjonalnymi i niekonwencjonalnymi.

Krajewski puszcza oko do czytelników igrając z legendami miejskimi ― czarny powóz jest przedwojennym odpowiednikiem słynnej czarnej wołgi, która miała porywać chłopców. Autor daje nam również wykład o przed-hitlerowskim antysemityzmie, Związku Wszechniemieckim, a także misteriach masońskich; dużo uwagi poświęca oczywiście pięknu architektury, jej proporcjom i znaczeniu tychże. Ma się rozumieć nie brakuje i tym razem erotycznych popisów Mocka, oraz pięknych kobiet gotowych przyjąć jurnego stróża prawa.

Mock. Ludzkie zoo to podróż w głąb piekła ludzkich dewiacji. Punktem wyjścia powieści jest niesławny rozdział wrocławskiego zoo, a mianowicie urządzanie pokazów, których główną atrakcją byli Afrykańczycy. Za sprawą swojej narzeczonej (sic!) Marii, Mock trafia na trop szajki sutenerów z piekła rodem. Więcej nie zdradzę. Jednak jak się można domyślać, kolejny raz kariera Mocka wisi na włosku, a zdrowie zostaje poważnie nadwątlone. Fabuła obu powieści jest zgrabnie pomyślana. 

Świetne okładki nowej serii z Eberhardem Mockiem! Wielkie brawa dla grafika! 

Wiem, że Marek Krajewski cyzeluje swoje książki i dba o jak największą wiarygodność, co można odczuć; zawsze czytam różnego rodzaju posłowia, czy od autora, zwracam wtedy uwagę na podziękowania skierowane do osób faktycznie zaangażowanych w projekt, które czuwały nad detalami, by fabuła, że tak powiem eufemistycznie, się kleiła.

Już czekam na kolejne tomy serii (ach, ten 2018! będzie nowa Szczupaczyńska i nowy Mock!, a kto wie, może i Departament Q?), a w międzyczasie będę się posiłkowała starszymi, nieczytanymi jeszcze przeze mnie tomami.

Profesor - Charlotte Brontë

Powieść Charlotte Brontë Profesor była pierwszą powieścią napisaną przez autorkę; odrzucona przez wydawnictwa ostatecznie doczekała się publikacji dopiero po śmierci Brontë. Podobnie jak Villette, powstała jako dalekie echo wyprawy do Brukseli, którą Charlotte odbyła wraz z Emily w roku 1842. Siostry miały objąć posady nauczycielek – Charlotte miała uczyć angielskiego, a Emily – muzyki. W tym samy jednak roku zmarła ciotka sióstr, Elizabeth Branwell, co wymusiło ich natychmiastowy powrót do Haworth. Jednakże odważna Charlotte zdecydowała się wrócić do Brukseli, ale z dala od rodziny wytrzymała jedynie rok.
Portret Charlotte Brontë wykonany przez George Richmond, źródło: wikipedia.org

Swoje osobiste sądy i obserwacje Charlotte tym razem włożyła w usta młodego mężczyzny, Williama Crimswortha. Profesor jest powieścią absolutnie aktualną, podobnie jak Agnes Grey Anny Brontë dotyczy nie tylko relacji międzyludzkich, co daje obraz zatrudnienia w wiktoriańskiej Anglii. Crimsworth znosi upokorzenia i zniewagi przyrodniego brata, Edwarda, który zgodził się przyjąć go na posadę w firmie w jednym z przemysłowych miast północy. Jednakże szybko okazuje się, jakim brat jest tyranem, nie tylko w stosunku do młodego Williama, ale i innych podwładnych. Zachęcony przez znajomego, pana Hunsdena, młodzieniec wyrusza do Brukseli, by tam zarabiać na utrzymanie ucząc na pensji.

Jak nietrudno się domyślić William jest alter ego samej pisarki. Oczywiście czytelnik otrzymuje także receptę na udany związek, jakim jest spotkanie nie tylko dwóch serc, co dwóch umysłów podobnych do siebie. Niestety, tu dostrzegłam minus powieści: teraz już wiem, czemu koniec bajek zazwyczaj brzmi „i żyli długo i szczęśliwie” – ponieważ, kiedy się pół książki czyta, jak to postaciom się dobrze układa, to owszem, miło ze strony autora (autorki), że nie znęca się nad postaciami, ale to strasznie nudne. Miło jest poczuć dreszczyk, „czy on ją pokocha?, czy ona go zechce?”, ale kiedy już emocje opadną, robi się monotonnie. Wiem, prawdopodobnie wychodzi ze mnie maruda, ale pierwsza część powieści naprawdę mi się podobała, gorzej z częścią „małżeńska”, gdzie wystarczyłby mały epilog. 
Źródło: lubimyCzytac.pl

Profesor jest powieścią nierówną, ale miłośnicy gatunku będą zachwyceni (ja byłam, naprawdę!) kolejną pozycją z dorobku Charlotte Brontë. Mimo wszystko wolę sięgnąć po klasykę i nieco ponarzekać, niż sięgać po powieści współczesne. Być może właśnie ze względu na realia życia dziewiętnastowiecznej Europy, które niezmiernie mnie ciekawią.

Reminiscencje morderstw z Ratcliff Highway (Golem z Limehouse Petera Ackroyda i Morderstwo jako dzieło sztuki Davida Morrella)

Książkę Golem z Limehouse Petera Ackroyda czytałam kilka ładnych lat temu. Mimo mieszanych uczuć ucieszyłam się na myśl o ekranizacji, szczególnie iż rolę inspektora Johna Kildare'a powierzono Billowi Nighy. Jednakże już mniej więcej w połowie seansu wróciły do mnie uczucia, które wywołał tekst literacki - chaos, skrótowość, lekki zawód. Książkę czytałam widocznie w erze przed-internetowej (przynajmniej dla mnie musiała to być era analogowa), bo nie kojarzę googlowania morderstw, które rzeczywiście miały miejsce w wiktoriańskim Londynie. Golem z Limehouse jest inspirowany prawdziwymi wydarzeniami, a morderca jest niejako kontynuatorem rzeczywistego sprawcy. 

źródło: lubimyczytac.pl

Wiosną tego roku miałam przyjemność czytać inny tekst literacki inspirowany wydarzeniami z Ratcliff Highway, a mianowicie Morderstwo jako dzieło sztuki Davida Morrella. W rozwiązanie zagadki kryminalnej wmieszano samego opiumistę, czyli Thomasa de Quincy, znanego myśliciela i eseistę, który zasłynął z opisania pierwszych morderstw (z 1811 roku) w dziele O morderstwie jako jednej ze sztuk pięknych [On Murder Considered as one of the Fine Arts (1827 rok wydania)]. Morrell mnie zachwycił swoją drobiazgowością, szeroko zakrojonym reaserchem oraz doskonale poprowadzoną intrygą. Ucieszyłam się, że jest to pierwsza część serii, ale moja radość nie trwała długo, ponieważ jak to z polskimi wydawcami bywa - pozostałych części serii ni słychu ni widu... 

źródło: lubimyczytac.pl

Wydarzenia na Ratcliff Highway miały miejsce w 1811 roku. Morderca uderzył pod osłona nocy - ofiarami byli sklepikarz Timothy Marr, jego żona, Celia, 14-miesięczne niemowlę, praktykant James Gowan oraz służąca. Ciosy zadano młotkiem, używanym przez marynarzy. Kolejne morderstwa zostały dokonane dwanaście dni później, a ofiarą padł John Williamson. Policja dzięki zeznaniom właściciela gospody, niejakiego pana Vermilloe natrafiła na ślad niejakiego Johna Williamsa, którego wkrótce aresztowano i jednoznacznie osądzono jako sprawcę zbrodni. Oczywiście jednoznacznych dowodów nie znaleziono, być może jeżeli nawet Williams dokonał tej rzezi nie dział sam.

szkic z ówczesnej gazety - źródło: wikipedia

Jak widać sprawa Ratcliffe Highway z 1811 roku działa na wyobraźnię twórców - ósmy odcinek serialu Morderca z Whitechapel również przypomniał tę zbrodnię sprzed lat. Więcej o sprawie możecie przeczytać tu.

Wracając do obu powieści, sugeruję sięgnąć raczej po Morrella. Znany z szeregu powieści sensacyjnych, napisał naprawdę wciągający kryminał, pełen detali, które sprawiają, że czytelnik niemal czuje smród londyńskich rynsztoków. Golem z Limehouse, mam wrażenie, nie jest tak dopracowany, jedynie operuje klimatem ni to horroru, ni to kryminału; Ackroyd jest znanym biografem (na swoim koncie ma m.in. biografię Ezry Pounda, Dickensa, T.S. Elliota, a także... Londynu) oraz krytykiem literackim związanym ze środowiskiem Uniwersytetu Yale, być może bardziej chciał oddać hołd swojemu ukochanemu miastu, niż pokłonić się ofiarom sprzed dwustu lat. 



Grażdanin N.N. Życie codzienne w ZSRR - Andrzej Goworski, Marta Panas-Goworska

Grażdanin N. N., obywatel nomen nescio, everyman. Takiego właśnie rosyjskiego typowego obywatela, czy może raczej towarzysza, próbują przybliżyć autorzy reportażu, Andrzej Goworski i Marta Panas-Goworska.

źródło okładki: lubimyczytac.pl

Książka w zamyśle ma ukazywać zwyczajne życie w Związku Radzieckim na przestrzeni kilku dekad. Rozdziały ułożone są wedle osi ludzkiego życia – od najmłodszych lat, poprzez okres studiów, pracy aż do późnej starości. Mamy tu i kukiełkowe umoralniające dobranocki, które z budżetowej antenowej zapchajdziury wyrosły na kultową konkurencję Muppetów; są młodzieżowe domy wczasowe i historię małej orędowniczki pokoju z czasów zimnej wojny, Samanthy Smith. Wiele miejsca poświęcają autorzy kobiecie radzieckiej – donieckie szachcioreczki, czyli górniczki dołowe wzbudzają od razu sympatię i podziw. Wyrabiające 500 % normy, drążyły przodek kilofami, kiedy mężczyźni ginęli setkami na wielkiej wojnie ojczyźnianej. Ostatnie rozdziały poświęcone są rosyjskim niesławnym domom opieki oraz systemowi walki z alkoholizmem (jak ze statystyk można wywnioskować, całkiem nieskuteczny to system).

Chociaż Grażdanin dość mi się podobał, bo jest zgrabnie napisany, to mam trzy poważne zarzuty do tego reportażu: po pierwsze, liczyłam na odrobinę więcej zwyczajnego życia, rozumiem przez to, cytując Steinbecka z przedmowy Dziennika z podróży do Rosji "nikt nie pisze o rzeczach, które interesują nas najbardziej: Jak ubierają się Rosjanie? Co jadają na kolację? Czy urządzają przyjęcia? Jaka jest tamtejsza kuchnia?”. Drugi zarzut to zupełnie moim zdaniem niepotrzebne opowiadanka będące prologiem do każdego rozdziału. Trzeci zarzut jest chyba najbardziej poważny. Każdy rozdział został opatrzony wybraną literaturą, składającą się w większości z… linków do forów internetowych i blogów! Reportaż został więc niechybnie napisany bez wychodzenia z domu! Dosłownie każdy, kto operuje językiem rosyjskim mógłby sobie wyłuskać z wypowiedzi internautów to, co ujęte jest w formę kodeksu!

Państwo Gaworscy na swoim koncie mają jeszcze książkę Naukowcy spod czerwonej gwiazdy będącą sentymentalnym ukłonem w stronę rosyjskiej nauki. Zważywszy na anegdoty, którymi obrosła radziecka nauka jestem jednak skłonna sięgnąć po te pozycję.

Hygge. Klucz do szczęścia - Meik Wiking

Hygge to: "sztuka stwarzania atmosfery intymności i ciepło na sercu, ale też zero zmartwień, poczucie ukojenia, przytulne tete-a-tete i moje ulubione kakao przy świecach" pisze Meik Wiking, dyrektor instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze. "Hygge to raczej odpowiedni nastrój - dodaje autor - i coś, czego się doświadcza. To przebywanie z ludźmi, których się kocha. To dom. Poczucie, że jesteśmy bezpieczni, chronieni przed światem, że możemy spokojnie opuścić gardę (...)
Hygge to ciepłe przytłumione światło, które tworzy atmosferę.

Hygge. Klucz do szczęścia czytam już drugi raz i nie wiem, czy jej po prostu sobie nie sprawię na własność, bo dobrze mnie nastraja i skłania, może nawet nieświadomie, do zachowań pro hygge. Bo hygge to celebrowanie małych chwil z rodziną, wspólne gotowanie, które uwielbiam, granie w planszówki, albo po prostu siedzenie w ciszy i "bycie" ze sobą. Nasze czasy sprzyjają izolacji, czy tego chcemy, czy nie. Każdy, nawet w domowym zaciszu wpatrzony jest w ekran a to tabletu, a to monitora, a to komórki. A hygge to właśnie takie przewartościowanie, wyciszenie, zwolnienie tempa - i odnalezienie w tym szczęścia.

Wiking wymienia, że do prawdziwego duńskiego hygge potrzebne są między innymi świece, lub przynajmniej odpowiednio przytłumione światło. Nic tak nie stwarza klimatu ciepła i przytulności jak świece lub dające rozproszone światło tealighty w miłym dla oka świeczniczku. Szczytem marzeń jest kominek, w którym powoli buzuje ogień, a z bierwion strzelają wesoło drobne iskierki. Dlatego na spacery najchętniej wybieramy się z mężem po zmroku w czasie zimy; śnieg chrzęści pod stopami, mróz szczypie w policzki, ale kiedy przyjdzie się do domu można się napić aromatycznego grzanego wina i pogrzać cztery litery przy kominku - to chyba najprzyjemniejsze chwile w roku!

Hygge to także towarzystwo; niemal każdy ma taki swój prywatny krąg znajomych, z którymi czuje się wyśmienicie, z którymi pasjami może gadać o pierdołach, grać w monopoly i urządzać pikniki. Tacy znajomi to jakby druga rodzina. 

Hygge można "uprawiać" również w samotności. Myślę, że nikt nie jest tak bardzo hygge jak mole książkowe; praktykujemy hygge podczas lektury, opatuleni w ciepłe koce, z kubkiem czegoś dobrego na podorędziu i kotem na kolanach. Uwielbiam soboty; jak co rano przygotowuję kawę w kawiarce, ale inaczej niż w tygodniu, kiedy goni mnie czas, w soboty wyleguję się z książką przez godzinkę lub dwie. Porządek i zakupy mogą poczekać, a po całym zwariowanym tygodniu dobrze mieć kilka chwil dla siebie, ot tak, choćby sobie tylko deczko poleniuchować w piżamie. A jeśli do tego dodam maślaną bułeczkę na śniadanie, albo moje ukochane makaroniki, to wykradłam chwilkę Nieba ;)

Wiking formułuje także swoisty dekalog hygge: 
  1. Atmosfera (Włącz [przytłumione] światło.)
  2. Tu i teraz (Bądź tu i teraz, wyłącz komórkę.)
  3. Przyjemności (Kawa, czekolada, ciasteczka, cukierki! Jeszcze! Jeszcze! Jeszcze!)
  4. Równość (Nie ja tylko my. Dzielcie się obowiązkami i czasem antenowym.)
  5. Wdzięczność (Bądź otwarty. Może tak jest najlepiej.)
  6. Harmonia (Rywalizacja jest niepotrzebna. Lubimy cię. Nie przechwalaj się swoimi osiągnięciami.)
  7. Komfort (Poczuj się dobrze. Zrób sobie przerwę. Odpręż się.)
  8. Spokój (Żadnych dramatów. O polityce porozmawiamy innym razem.)
  9. Bycie razem (Nawiązuj relacje i snuj opowieści. "Pamiętasz, jak...")
  10. Schronienie (To jest twoje plemię. Twoje bezpieczne miejsce.)

Najlepiej sobie wydrukować i nosić, przypiąć na lodówce, albo wkleić do bujo. I jeszcze taka mnie mała refleksja naszła, że żyć hygge to dochrapać się na starość kurzych łapek od uśmiechu, a nie kącików ust skierowanych w dół. Warto sobie poczytać Hygge. Klucz do szczęścia. Chociaż po to, żeby sobie przypomnieć, że to my sami jesteśmy panami swoich chwil. Może również życzliwiej spojrzymy na pochmurne jesienne dni i postaramy się je odczarować odrobina magii hygge?

Tulipanowa gorączka - Deborah Moggach

Znana z takich powieści jak Hotel Marigold czy Huśtawka Deborah Moggach zabiera nas w malowniczą podróż do XVII-wiecznej Holandii. Zmysły czytelników wypełnione są kolorami, dźwiękami, zapachami. Po raz pierwszy wydana w 1999 roku od razu zyskała ogromną rzeszę fanów, nic więc dziwnego, że prędzej czy później musiała zostać zekranizowana.

Cornelis Sandvoort, dobrze sytuowany amsterdamczyk pragnie unieśmiertelnić na portrecie siebie i swoją młodziutką śliczną żonę, Sophię. Do tej pracy wynajmują Jana Van Loosa, malarza nie stroniącego od flirtów z klientkami. Rzecz oczywista młodzi nawiązują romans za plecami Cornelisa. Jednakże Tulipanowa gorączka, nie jest typowym romansem - ważny jest w powieści również aspekt psychologiczny i wydźwięk moralny; czy za cenę kłamstw i oszustw Sophia może stać się wolną i uciec spod kurateli niekochanego małżonka? Czy ma prawo go nie kochać i pójść za głosem serca wybierając malarza, nawet poświęcając dotychczasowe życie w luksusie? 


Powieść może poszczycić się również wspaniałymi postaciami drugoplanowymi, jak Maria, służąca Sophii, oraz jej narzeczony, Willem, a także niefrasobliwy sługa Jana, Gerrit. Niekiedy ich losy przypominały mi fatum, które prześladowało większość postaci powieści Thomasa Hardy'ego, niezawiniony traf, qui pro quo i nieszczęście obejmuje nie jedną, lecz kilka osób. Choć powieść niewątpliwie skupia się na Sophii, możemy również poznać historię Cornelisa, co niewątpliwie ociepla jego wizerunek "starego męża" - może się starzeję, ale zrobiło się się żal Cornelisa i wydał mi się sympatyczniejszy niż para zakochanych.

Wielkim atutem powieści jest przedstawienie założeń naszpikowanego symbolami malarstwa złotego wieku. Moggach daje nam wykład historii sztuki i robi to, moim zdaniem, wyśmienicie. Każdy element obrazu mistrzów flamandzkich niesie przesłanie, które miało ukazywać przemijanie ludzkiego losu. Niezwykle ciekawie dobrane jest również tło historyczne, którego głównym akcentem jest spekulacja cebulkami tulipanów; handel tulipanami zaczął się w 1634 roku, by przejść w niemal histerię - spekulowali dosłownie wszyscy, niektórzy dorabiali się spektakularnych fortun, inni tracili majątek życia. "Tulipanowa gorączka" trwała trzy lata aż do krachu sztucznie pompowanych cen cebulek. Możemy się jedynie domyślać, że dla Amsterdamu oznaczało to tyle, ile krach na Wallstreet.

Jan Davidszoon Heen, Wazon z kwiatami, 1660 rok. źródło: wikipedia.org

Z wypiekami na twarzy śledziłam rozwój wypadków. Wątki się zagęszczały, a intryga stawała się niezwykle napięta, w momencie największego zwrotu akcji dosłownie złapałam się za głowę! Czułam się jakbym czytała najlepszy z kryminałów. Książkę pochłonęłam w jeden wieczór; zarwałam pół nocy żeby dokończyć, tak silne emocje we mnie obudziła. A prawdę mówiąc nieco wzbraniałam się przed Tulipanową gorączką, bo przeważnie stronię od romansów, ale skoro ekranizacja na dniach wchodzi do kin, wiadomo, że najpierw trzeba sięgnąć po oryginał, żeby potem ewentualnie kręcić nosem.

Do kina wybieram się w przyszłym tygodniu i już nie mogę się doczekać, bo zapowiedź zrobiła na mnie dobre wrażenie - lubię filmy wysmakowane plastycznie, a Justina Chadwicka na taki właśnie wygląda.

Malwina, czyli Domyślność serca - Maria Wirtemberska

Maria Wirtemberska z Czartoryskich (1768-1854) była córką Izabeli Czartoryskiej, założycielki pierwszego w Polsce muzeum mieszczącego się w jej rodzinnych w Puławach, autorki poradników z zakresu pielęgnacji i aranżacji ogrodów. Było więc kwestią czasu, kiedy wychowana w kulturalnej atmosferze Maria weźmie pióro do ręki. Dość wcześnie wydana za mąż, bo w wieku lat 16, małżeństwo miała nieudane, które po niespełna dziesięciu latach pożycia zostało rozwiązane. Po przeprowadzce do Warszawy Maria prowadziła salonik literacki, a także z powodzeniem publikowała własne utwory. 

Maria Wirtemberska, pastel Ludwika Marteau, 1780 r. źródło: wikipedia.pl

Malwina, czyli Domyślność serca jest nazywana pierwszą polską powieścią obyczajowo-psychologiczną. Jak można przeczytać we wstępie do wydania z 1978 roku "wbrew (...) fabularnemu kształtowi romansu (...) odczytujemy dziś Malwinę przede wszystkim jako powieść poświęconą analizie skomplikowanych zjawisk psychicznych towarzyszących rozczarowaniu i zobojętnieniu na miłość." Romans zaczyna się dość klasycznie - młoda zamożna i niezwykle urodziwa bohaterka zostaje wyratowana z pożaru przez tajemniczego Ludomira, który z miejsca zdobywa serce dziewczyny. Tajemnica Ludomirowi tak ciąży, że ten postanawia uciec nie narażając siebie i ukochanej na hańbę. Jednakże po kilku miesiącach ich drogi znów się krzyżują. Ludomir zupełnie nie przypomina Malwinie ukochanego z Krzewina. 


Powieść pisana jest żywym stylem, choć motywy są - dziś wydawałoby się - oklepane, ale w czasach kiedy powieść została wydana, a było to w 1816 roku, musiała zaskakiwać zwrotami akcji. Wirtemberska zdumiewa bezpośredniością i odwagą w ukazywaniu uczuć i myśli bohaterki. Rozdział zatytułowany Kwesta swoją filozoficzną wymową mógłby służyć jako osobne opowiadanie (Malwina kwestując po domach warszawskich trafia na różne typy osobowości). Rozwiązanie jest jednak niestety niewiarygodne, ale pogodne i optymistyczne. Jednakże - uwaga na przedmowę do wydania z PIWu z 1978 roku, bo zawiera ogromny SPOILER, który odebrał mi znaczną część przyjemności z lektury. 


Myślę, że Malwina nie ustępuje powieściom tworzącej w tej samej epoce Jane Austen. Wspominane przeze mnie wydanie jest ostatnim do tej pory; ukazało się niemal 40 lat temu, a w zeszłym roku powieść świętowała dwustulecie wydania - ten moment przegapili wydawcy, a szkoda i to wielka, bo Malwina pięknie uzupełniałaby dajmy na to serię Angielski Ogród. Warto również wspomnieć, że Malwinę tłumaczono na francuski, rosyjski, a także na angielski. Polecam tę lekturę wszystkim, którym nieobce są klimaty Austen, Gaskell, itp., ponieważ jest naprawdę zaskakująco dobra i ciężko mi uwierzyć w to, że jest tak mało znana. Jeżeli zachęciłam kogoś do przeczytania, to można powieść znaleźć on-line na tej stronie.

We dworze - John Galsworthy [1931 r.]

John Galsworthy, brytyjski powieściopisarz oraz dramaturg, jest laureatem literackiej Nagrody Nobla za rok 1932, którą otrzymał za „wielką sztukę prozatorską której szczytem jest „Saga rodu Forsyte’ów”. Uznany za krytykę mieszczaństwa epoki wiktoriańskiej wielotomowy utwór stał się w krótkim czasie klasykiem, który wywindował autora na literacki piedestał, na którym Galsworthy utrzymuje się do dziś.

We dworze Johna Galsworthy; Towarzystwo Wydawnicze "Rój", Warszawa 1931 r.

We dworze (pierwsze wydanie pochodzi z 1907 roku) ma jednak w sobie niewiele z Sagi, choć jej wydanie pokrywa się wydaniem początkowych części pierwszej Trylogii. W tytułowym dworze należącym do pana Horacego Pendyce'a bogaci posiadacze ziemscy spędzając chwile, wśród których głównymi uciechami są uświęcone tradycją polowania na lisy, oraz wieczorki w szerokim gronie wytwornego do obłędu towarzystwa. Pierwsze pięćdziesiąt stron to opis bokobrodów różnej maści i jakości, a ledwie ledwie zarysowana charakterystyka postaci; jak gdyby Galsworthy'ego nie interesowało życie wewnętrzne wymyślonych przezeń postaci, a jedynie opis wyglądu, który po którymś już powtórzeniu, nuży potwornie.

„Z wyglądu pan Pendyce należał raczej do starej szkoły. Prosty i ruchliwy, nosił rzadkie bokobrody, a przed kilku laty zapuścił sobie także zwisające wąsy, ostatnio nieco szpakowate. Nosił szerokie krawaty i surduty z długimi połami. Nie palił.” Jak widać fragment przypomina opis inwentarza, niestety większość powieści utrzymana jest w podobnym stylu.

Trzeba przyznać, że książka jest wyjątkowo fotogeniczna

Jednakże intuicyjnie chwytam - mam nadzieję - zamysł autora, który jako krytyk obyczajowości poprzedniej epoki nie stronił od wytykania wad jej społeczeństwa, jałowości żywotów utracjuszy oraz ich bezrozumnych rozrywek. Galsworthy żył w czasach większej swobody obyczajów oraz wyzwolenia kobiet spod jarzma konwenansów i prawa nastawionego na męską część populacji. We dworze ustawione pod tym właśnie kątem daje dziś ledwie refleks, który przed stu laty musiał być potężną strugą światła.

Wewnątrz dedykacja z okazji imienin. 

Profesorowa Szczupaczyńska na tropie!

Profesorowa Szczupaczyńska to mariaż charyzmy Barbary Niechcic z przenikliwością detektywa Colombo. Do tego zabawa konwencją i postaci znane z podręczników historii - oto jak można scharakteryzować nową serię kryminalną pióra Maryli Szymiczkowej, czyli duetu Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego.

Pierwsza odsłona cyklu: Tajemnica Domu Helclów wciąga czytelnika w wir intrygi kryminalnej, która prowadzi do najwyższych oficjeli w mieście, a także wiedzie w odmęty XIX-wiecznej historii. Drugi tom: Rozdarta kurtyna jest niemal traktatem o zemście, a także wykładem o moralności ówczesnej Galicji. Najprawdopodobniej latem przyszłego roku możemy się spodziewać trzeciego tomu przygód błyskotliwej pani detektyw. 


Zofia Szczupaczyńska narodziła się z fascynacji przedwojennymi "mrożącymi krew w żyłach" wydarzeniami opisywanymi na łamach periodyku o nazwie Tajny Detektyw. Na bloga, w którym możemy czytać co smaczniejsze kąski z prasy, nazwanego po gazetowym antenacie również Tajny Detektyw, natrafiłam kilka lat temu kompletnym przypadkiem; zapał autora i autentyczna chęć podzielenia się z czytelnikami wyszperanymi informacjami zaintrygowały mnie - pitawal i kronika kryminalna sprzed niemal stu lat, oto, co oferował Detektyw. Nie miałam pojęcia, że za projektem stoi, i skrzętnie artykuły z gazet wycina właśnie Jacek Dehnel, jeden z moich ulubionych polskich autorów (o czym wielokrotnie pisałam). 

Główna bohaterka, Zofia Szczupaczyńska, to bogata mieszczanka, jakby wyjęta rodem z powieści Zapolskiej. Rozwiązując zagadki tajemniczych morderstw musi przestrzegać konwenansów, a szczególnie przed mężem zachowywać pozory; nie wychodząc z roli przykładnej pani domu potrafi zaaranżować spotkanie z przebrzmiałą kurtyzaną, lub śledzić ważny trop jednocześnie przygotowując tony powideł sławnych śliwkowych. Jej prawą ręką i protagonistką jest wierna służąca Franciszka, która zwłaszcza w drugiej części odgrywa niebagatelną rolę. 


Całość to zabawna gra konwencją, pastisz powieści kryminalnych, co mnie cieszy z autentycznie wdzięczną bohaterką. Odrobina nostalgii za dawnym sznytem, którą daje się wyczuć u autorów, oraz bogato, choć bez upiększającego filtru pokazany świat fin de siecle'u, są niewątpliwymi atutami obu dotychczas wydanych powieści, a wprost najeżony archaizmami język dodaje soczystości powieściom. Z prawdziwym utęsknieniem moje czytelnicze serduszko czeka na kolejny tom.

Baron Münchhausen - Gotfryd August Bürger [1927r.]

Patologiczny kłamca, którego nazwisko przeszło do historii i jest synonimem bujd na resorach - Baron Hieronymus Carl Friedrich von Münchhausen jest postacią historyczną, ale od dwóch niemal stuleci jego postać sprzęgła się z niestworzonymi anegdotkami, które snuł (całkiem poważnie) w kręgach znajomych. Münchhausen, żyjący w latach 1720-1797 był niemieckim oficerem, i podróżnikiem, a służył miedzy innymi w armii rosyjskiej.

Jego przygody opowiadane z ust do ust zostały spisane najpierw anonimowo, i kolejno rozszerzane przez Rudolfa Raspe (jak przeczytałam we wstępie był on archeologiem i geologiem), następnie Gotfryda Augusta Bürgera - właśnie wydanie oparte na Bürgerze mam w swojej kolekcji. Jest to niezbyt obszerna książeczka (całe sto stron!), w której "Pan baron opowiada o swych przygodach" w Rosji (w tym w Polsce), a także o wyprawach morskich.

Humor zawarty w książeczce jest tak niedorzeczny, że mojemu dziecku, moim zdaniem słusznie zresztą, przyszły na myśl skojarzenia z grupą Monty Pythona; abstrakcyjne są sytuacje na polowaniu, kiedy baron nicuje gołą ręką wilka, albo wówczas, kiedy "uwalnia" lisa od jego futra, a "rozebrane" zwierze po prostu ucieka. Ale najsławniejszą blagą Münchhausena jest jego lot na armatnich kulach, kiedy to jako szpieg chce się zakraść do obozu wroga, ale w połowie drogi się rozmyśla i "łapie" kulę z przeciwnej strony. Cała zresztą książeczka dosłownie naszpikowana jest podobnymi bajeczkami.

W 1989 roku na ekrany kin wszedł brytyjsko-niemiecki film Przygody barona Munchausena z gwiazdorską obsadą, będący luźną ekranizacją anegdot o sławnym szlachcicu; barona zagrał wybitny filmowy i teatralny aktor John Neville, dalej w obsadzie znaleźli się Oliver Reed, a także Robin Williams i Uma Turman. O Monty Pythonie wspomniałam nieprzypadkowo, ponieważ to właśnie Terry Gilliam jest twórca filmu, a w produkcji pojawił się także Eric Idle.

Książeczka jest zabawna, krótka, i chyba na twarzy największego nawet ponuraka wywoła uśmiech. Choć moje wydanie pochodzi z 1927 roku, to nie jest unikatem, ponieważ kilka lat temu pojawiło się wznowienie. Polecam, ot na kocyk, na plażę, na piknik, w każdym razie na wakacje.

Potępienie Paganiniego - Anatolij Winogradow

Beletryzowana biografia jednego z największych skrzypków wszech czasów, Niccola Paganiniego została wydana w 1936 roku. Anatolij Winogradow, rosyjski historyk i kierownik Biblioteki Państwowej ZSRR im. Lenina jest autorem powieści Trzy barwy czasu, oraz rysów historycznych o braciach Turgieniew, Stendhalu oraz Byronie. Jednakże najbardziej jego znaną powieścią jest Potępienie Paganiniego, wznawiane w Polsce wielokrotnie. Powieści Winogradowa były wielokrotnie krytykowane za błędy faktograficzne, a sam pisarz zginął w 1946 roku w wieku 58 lat popełniając samobójstwo, raniąc żonę oraz pasierba.
Moje wydanie (tzn. jedno z wydań, które posiadałam, bo do niedawna miałam dwa) pochodzi z 1959 roku, a zostało wydane nakładem PIW.

Od pierwszych stron coś mi w powieści nie grało. Nie umiałam powiedzieć, co dokładnie. Ale po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że styl budowania zdań przypomina mi nieznośnie relację z piłkarskiego meczu. Krótkie, opisowe zdania, tchną suchością i cierpkością. Podczytałam również co nieco o genialnym skrzypku i jak na biografię, Winogradow zostawił sobie sporą dowolność, jak na przykład w czasie, kiedy Paganini zniknął na kilka lat, podczas których odbywał karę więzienia, Winogradow obdarował go romansem i cichym życiem ogrodnika. Winogradow pisze o polskim skrzypku, Duranowskim, który zmarł w więzieniu, a złośliwa plotka miała świadczyć o Włochu. Prawdopodobnie autor posiłkował się hagiografią Juliusa Schottky'ego, co wyszło jednak powieści na dobre - wspaniale opisana jest technika genialnego skrzypka i jej wydźwięk u publiczności.

Wątek karbonaryzmu wydaje się również wymuszony i poprowadzony dość chaotycznie. Szkoda wielka, bo prócz perypetii Paganiniego czytelnik miał szansę na wspaniałe tło historyczne.
W otoczeniu kompotu z porzeczek i groszku z ogrodu :)

Co do samego Niccolo Paganiniego jego geniusz po trosze wynikał z predyspozycji genetycznych - prawdopodobnie jego wygląd zewnętrzny (był często porównywany do diabła przez chudą ciemną twarz z wydatnym nosem, oraz niezwykłej długości palce) spowodowany był zespołem Marfana. Wpływ na wczesne wejście Niccola w świat muzyki miał również despotyczny ojciec, który w tresurze dziecka upatrywał źródło zysku. Ale przede wszystkim Paganini był wielkim eksperymentatorem, który przez lata ulepszał technikę gry poprzez niemal naukowe podejście do instrumentu.

Do Potępienia miałam, przyznam się szczerze dwa podejścia, jedno nieudane w wakacje 2006 roku, i jedno udane - w wakacje 2017. Niestety, Winogradow mnie specjalnie nie urzekł. Nie twierdzę, że była to strata czasu, ale czytałam lepsze biografie beletryzowane; pierwszy lepszy przykład to "Autor, autor" Davida Lodge'a.

Quo Vadis - Henryk Sienkiewicz [wydanie z 1924r.]

Hollywoodzką ekranizację Quo Vadis z 1951 roku znam niemal na pamięć, bo - oprócz Za horyzontem - to był mój ulubiony film na wideo (kiedy jeszcze oglądało się filmy na wideo). Długo szukałam wydania książki, które by mnie zadowoliło, aż w zeszłym roku z gliwickim antykwariacie, do którego mam słabość, nabyłam przedwojenny egzemplarz wydawnictwa Gebethner & Wolff.

Do tej pory, nie licząc nowel czytanych w szkole, oraz Listów z Afryki, które szczerze mnie oczarowały, nie przeczytałam ani jednej powieści Sienkiewicza. Więc czas najwyższy nadrobić stracony czas i poświęcić temu wielkiemu pisarzowi należytą uwagę. Quo Vadis od pierwszych stron dosłownie przeniosło mnie w inną czasoprzestrzeń - miałam wrażenie, że nie czytam powieści, powiedzmy w miarę współczesnego nam pisarza, a kronikę spisywaną przez Rzymianina. Mnogość i różnorodność typowo rzymskim obyczajów, znajomość nomenklatury (ubiory, architektura, wnętrza, etc), sprawiała że powieść ożyła, a losy patrycjuszy zdawały się tym bardziej prawdziwe.



Quo vadis z początku, jak większość ówczesnych powieści była wydawana w odcinkach w warszawskim periodyku, Gazecie Polskiej w latach 1895-96, już rok później ukazała się w formie kodeksu na rynku wydawniczym. Powieść z czasów Nerona była największym sukcesem Sienkiewicza i już w pierwszych latach po ukazaniu się została przetłumaczona na pięćdziesiąt siedem języków; powieść była również wielokrotnie ekranizowana oraz przenoszona na deski teatrów. Jej niebywały sukces przypieczętował przyznanie Sienkiewiczowi w 1905 roku literacką nagrodę Nobla, którą otrzymał za całokształt twórczości.
Pochodnie Nerona, Henryk Siemiradzki, 1877 r. źródło: wikipedia.pl

Choć Quo Vadis jest z pozoru opowieścią o wielkiej miłości Marka Winicjusza, rzymskiego patrycjusza i żołnierza do zakładniczki rzymskiej, ślicznej ligijki Kalliny (Ligowie zamieszkiwali między innymi tereny przedsłowiańskiej Polski), to tło historyczne oraz mnogość autentycznych postaci nadaje powieści rys epicki. Także symbolika postaci, oraz scen może wydawać się na pierwszy rzut oka nieoczywista, jednak skojarzenie walki Ursusa (olbrzyma o gołębim sercu) będącego również jak Kallina Ligiem, z turem germańskim ma wydźwięk wręcz proroczy. Znaczący jest także dualizm pomiędzy przemianą Winicjusza w chrześcijanina, oraz upadkiem arbitra elegancji, Petroniusza, symbolizującego starych bogów. Pięknie nakreślone są także postaci św. św. Apostołów Piotra i Pawła - święty Piotr, od którego tchnie miłosierdzie boże dodaje otuchy męczonym chrześcijanom i daje nadzieję na wybawienie. Postacią dość ważną dla akcji, a w filmach niestety pomijaną jest oszust, pseudofilozof, Grek Chilon Chilonides, który dla pieniędzy i zaszczytów wydaje chrześcijan na śmierć, ale pod wspływem grozy igrzysk nawraca się i odkupuje winy ochrzczony przez samego Apostoła. Neron zaś opisany przez Sienkiewicza jest mało utalentowanym artystą o gargantuicznych aspiracjach, oraz tyranem i szaleńcem, wyżynającym w pień nawet zaufanych popleczników, którzy nie przyklaskiwali jego pieśniom jak należy.
Pocztówka ze sceną z „Quo Vadis”: „Ligia porzuca dom Aulusa”, Domenico Mastroianni, 1913r. źródło: wikipedia.pl

Kilka słów o prawdziwych wydarzeniach opisanych w powieści: w 64 roku n.e. Rzym rzeczywiście spłonął. Był to jeden z najdotkliwszych pożarów jaki dotąd opanował Wieczne Miasto. O podpalenie lud oskarżył Nerona, panującego wówczas bezlitosnego cezara, a ten chcąc się oczyścić z zarzutów skierował podejrzenia na nielegalną sektę, szerzącą się wówczas wśród wszystkich warstw społecznych, szczególnie zaś wśród niewolników i rzemieślników. Rozpoczęły się masowe prześladowania chrześcijan, którzy według Tacyta ginęli rzucani na pożarcie zwierzętom oraz krzyżowani i paleni. Jednakże ten holokaust odbywał się nie jak powszechnie się uważa w słynnym, stojącym po dziś dzień koloseum, a w cyrku Nerona, będącą jednym z wielu podobnych aren Rzymu (samo koloseum zbudowane zostało przez Flawiuszów kilka lat po śmierci tyrana).
Apostoł Piotr i Ligia, Piotr Stachiewicz, 1938, źródło: wikipedia.it

W zeszłym roku Quo Vadis zostało przypomniane podczas Narodowego Czytania. Z tej okazji dałam w mój egzemplarz przybić okolicznościową pieczęć. Po Powieści z czasów Nerona mam ochotę co jakiś czas dawkować sobie Sienkiewicza. 

Dziennik z podróży do Rosji - John Steinbeck, Robert Capa

W 1947 roku Amerykanie literat, John Steinbeck oraz fotoreporter wojenny, Robert Capa udali się ze swoistą rewizytą do kraju Ilji Ilfa i Eugeniusza Pietrowa. Choć to oczywiście czysty przypadek postanowiłam zestawić obie podróże, co z kulturowego punktu widzenia można odczytać symbolicznie. 
Po wojnie coraz bardziej nasilały się nastroje antysowieckie, a powtarzane plotki o mającej nastać kolejnej wielkiej wojnie podsycane były przez opiniotwórcze dzienniki a także zwykłych mieszkańców Ameryki. Wszyscy skupieni byli na polityce i domniemaniach co do poczynań Stalina, a "nikt nie pisze o rzeczach, które interesują nas najbardziej - zaznacza Steinbeck - Jak ubierają się Rosjanie? Co jadają na kolację? Czy urządzają przyjęcia? Jaka jest tamtejsza kuchnia? (...) Pomyśleliśmy, że dobrze by było dowiedzieć się tego wszystkiego, sfotografować to." Ponadto autor pisze o niezrozumiałej dolegliwości, która trapi obie strony: "Odkryliśmy, że tysiące ludzi cierpi na coś w rodzaju ostrej moskwofobii - stanu, którego objawami była wiara w każdy absurd i ignorowanie faktów. Oczywiście, w swoim czasie uświadomiliśmy sobie, że Rosjanie cierpią na odmianę tej samej choroby, waszyngtonofobię."
źródło zdjęcia: LubimyCzytac.pl

Powstał plan podróży po Związku Radzieckim, który o dziwo dla zainteresowanych zaczął się klarować. I tak uzbrojony po zęby w aparaty, tysiące rolek klisz fotograficznych i stosowne fotograficzne utensylia Robert Capa, oraz zaopatrzony jedynie w literackie zdolności i ryzę papieru John Steinbeck pojawili się w Moskwie. I tu od razu zaczęły się piętrzyć niewielkie, ale dokuczliwe przeszkody, bowiem John Newman, który miał przygotować w Rosji wszystko na przyjazd wycieczki, depesz nie otrzymał, ponieważ gościł na targach futrzarskich. Steinbeck i Capa zmuszeni byli więc "wprosić się" do apartamentu korespondenta, bu nie spać na ulicy. I co niedopuszczalne w kodeksie korespondentów, wyżłopali Newmanowi whiskey.

Podróżnikom została przydzielona tłumaczka, Swietłana, "porządna dziewczyna", ubierająca się zgodnie z ówcześnie panującą stonowaną modą, nie stosująca na ogół makijażu i ostentacji w wyglądzie. Panowie od razu przemianowali ją na Sweet Lanę. Skoro wycieczka miała być objazdowa, jak to sobie obaj podróżnicy zaplanowali, zaczęto od zwiedzania Moskwy; Steinbeck porównuje jej czyste ulice i równe chodniki z tymi, które widział przed ponad dekadą. Zadziwiły go setki nowych budynków mieszkalnych, postawione na miejsce niegdysiejszych obskurnych chatynek. Jednak da się zauważyć pomnikomanię i wszechobecną stalinomanię. Pozwolenia, biurokracja (połączona ze schizofreniczną podejrzliwością) posunięta do granic absurdu - od zamówień w lokalu gastronomicznym, do pozwolenia na fotografowanie, czy opuszczenie Moskwy. Steinbeck narzeka, że więcej spędzają z Capą w pokoju, niż gdziekolwiek indziej.

Kijów jest nazywany spichlerzem ZSRR; w czasie wojny zniszczony w takim samym stopniu jak nasza Warszawa, równie jak ona podnosi się po wojnie z kolan, choć znacznie wolniej. Przy odbudowie miasta pracują przymusowo jeńcy niemieccy; to ci sami żołnierze, którzy rujnowali miasto jeszcze kilka lat temu. Mieszkańcy miasta myślą o przyszłości, jak każdy w Związku Radzieckim: "Chyba nikt nie czerpie takiej energii z nadziei , jak Rosjanie", nieustannie myślą o tym, co dobrego może przynieść przyszłość.

Podczas wizyty w jednej z ukraińskich wiosek, w której właśnie odbywają się żniwa, spotykają Wandę Wasilewską, polską poetkę i działaczkę komunistyczną, i jej męża Aleksandra Korniejczuka, ukraińskiego pisarza. Wieś jawi się dostatnio, a ludzie wyglądają na szczęśliwych. Steinbeck sam zastanawia się nad tym, jaki obraz powojennej Rosji mu zaproponowano i dochodzi do wniosku, że Rosja wyciąga najlepszą zastawę, by należycie przyjąć zagranicznych gości, by pokazać się z najlepszej strony. "Owszem, było to coś w rodzaju przedstawienia. Mieszkańcy wioski chcieli się pokazać z jak najlepszej strony. Nie inaczej niż farmer z Kansas podejmujący swoich gości." Całości obrazka dopełniła malownicza Gruzja, której urokowi podróżni nie mogli się oprzeć.

Dziennik z podróży do Rosji obfituje także w arcyzabawne perypetie samych podróżników; Steinbeck pisze o "wszystkomającym" szwajcarskim scyzoryku, który nabyli specjalnie na tę eskapadę, a z tysiąca funkcji ostrz i możliwości technicznych wynalazku korzystali jedynie z funkcji... krojenia kiełbasy. Uśmiałam się kiedy czytałam o fotoreporterze kradnącym nałogowo książki kolegom, nawet kiedy byli w trakcie czytania. Także rozdział, w którym to Capa przejmuje pióro i skarży się na Steinbecka (oczywiście z przymrużeniem oka) jest uroczy i sporo wnosi do wiedzy o prywatnym życiu pisarza.

Właściwie spodziewałam się po Dziennikach dość smętnego obrazu powojennej Rosji, a dostałam barwną relacje w naprawdę dobrym stylu (o to byłam spokojna) i z zabawnymi momentami (na które liczyłam, znając pióro Steinbecka). Nie raził mnie optymizm książki, wręcz przeciwnie, wierzę, że pomimo całej politycznej sieczki tamtych czasów, to były czasy nadziei, przecież skończyła się w wojna, która już nigdy miała się nie powtórzyć.

Ameryka jednopietrowa [1937 r.] - Ilja Ilf, Eugeniusz Pietrow

W drugiej połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku, niemalże w przededniu wybuchu II wojny światowej, dwaj niepozorni literaci w okularach w rogowych oprawach wypłynęli promem "Normandia" z Hawru do Nowego Jorku. Tymi literatami byli znani z arcyzabawnej komedii 12 krzeseł, Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow. Ameryka jednopiętrowa jest zapisem wielkiej podróży po Stanach Zjednoczonych, opisem ówczesnego stylu życia i ciekawostek, nie tylko z perspektywy Rosjan, ale z perspektywy Europejczyków w ogóle. 

Wiele zdań w wydanej w 1937 roku książce zdaje się być nadal aktualnych: "Nowy Jork nie należy do miast, w których można chodzić powoli. Ludzie nie chodzą tutaj, lecz biegają kłusem". Jedząc w miejscowych restauracjach poczynili kolejną obserwację, a otóż, iż Amerykanie również w pośpiechu jedzą, a właściwie "zaopatrują się w pokarmy, jak motor zaopatruje się w benzynę". 


Nowy Jork - odniosłam wrażenie - onieśmielił autorów i przyprawił o palpitację serc, choć bardzo starali się tego nie okazywać w swoim reportażu. Zwłaszcza ciekawie skomentowali rzęsiste oświetlenie ulicy Broadway: "Ma się po prostu wrażenie, iż zapalenie jeszcze jednej choćby lampki spowodowałoby jakąś świetlną katastrofę, która zniszczyłaby wszystko dookoła. Na szczęście jednak lampki takiej nie ma gdzie wetknąć."

Zdumiała autorów także nędza w tym tak bogatym skądinąd społeczeństwie; niezmiernie gorzki był rozdział poświęcony noclegowni Armii Zbawienia. Dość nieoczekiwanie Ilf i Pietrow zabawili również w czynnym wówczas jeszcze więzieniu Sing-Sing. W ogóle korzystali na 100% z rozrywek, które im gorąco polecano, albowiem udali się i na galę boksu oraz na wrestling - w największej i najsłynniejszej wówczas sali widowiskowej, Medison Square Garden, a także obejrzeli szumnie oklaskiwaną burleskę, która zrobiła na nich żałosne wrażenie "zmechanizowanej, że wydaje się produktem seryjnej fabryki". Jedynie rodeo przypadło im do gustu, choć nie bardzo wiem czemu. 


Masy osób, z którymi zawarli znajomość na bankietach i koktajlach pewnie sami nie potrafiliby zliczyć. Każdy z nowych znajomych polecał podróżnych kolejnym, a ci zaś swoim znajomym. Tak też zawarli znajomość z bawiącym przejazdem w Nowym Yorku Hemingwayem oraz znanym w Rosji Johnem Dos Passosem, z którym spędzili sporo czasu zwiedzając miasto.

Że Ameryka to nie tylko Nowy Jork nie trzeba nikogo przekonywać, więc dwaj rosyjscy śmiałkowie udali się w podróż samochodem wgłąb kraju. W towarzystwie młodego małżeństwa, państwa Adamsów, wyruszyli Fordem z drugiej ręki po drogach Ameryki - tu również tłok i ruch niezwyczajny, do którego panowie nie byli przyzwyczajeni. Jednak w tym bezmiarze dzikiego pędu znaleźli oazę spokoju w postaci stacji "gazolinowej" z uprzejmym "service'em".

Dlaczego Ameryka "jednopiętrowa"? Wyjechawszy z Wielkiego Jabłka większość podróży upływa podróżnikom na mijaniu niewielkich miasteczek, bezbarwnych i zdawałoby się i powielonych jak od kalki: z główna ulicą nazwaną nieodmiennie Main Street; "Jeżeli wjazdowi do pierwszego małego miasteczka towarzyszy pewne wzruszenie, wywołane oczekiwaniem na coś nowego, to w drugim miasteczku uczucie to stygnie, w trzecim ustępuje miejsca zdziwieniu, w czwartym - ironicznemu uśmieszkowi, a w piątym, siedemnastym, osiemdziesiątym szóstym i sto pięćdziesiątym - zamienia się w zupełną obojętność (...)"


Jak się podróż zakończyła - nie umiem powiedzieć - tom skończył się w połowie! Czy Ameryka nieznana tychże autorów jest kontynuacją Ameryki jednopiętrowej? Czy nagłe pogorszenie się zdrowia Ilfa i w rezultacie jego śmierć w 1937 roku przerwała plany podróżnikom na tyle skutecznie, że uniemożliwiła dokończenie reportażu? Mam poważny niedosyt, ale znikąd informacji na kluczowe pytanie: i co było co dalej?!

Hm, tak to jest, jak się czyta osiemdziesięcioletnie książki. Ale jak się tu takiej oprzeć? Pachnie tak ślicznie, kusi twardą oprawą, zalotnie ukazuje pieczątki dawnych właścicieli, wypożyczalni i czytelni; "Ameryka jednopiętrowa", przekład autoryzowany Zofii Maliniak, Warszawa, Wydawnictwo Współczesne, numer 2383 Wypożyczalni Książek "Nowa Książka", mieszczącej się we Lwowie przy ulicy Kopernika 33...

Żyj jak rolnik. 100 sposobów jak żyć w zgodzie z naturą - Niklas Kampargard

Większość ludzi właśnie szlifuje formę na lato, a ci bardziej przezorni - myślą już o zimie! Jak być samowystarczalnym i żyć blisko natury, a także jak zaopatrzyć domową spiżarnię i piwnicę podpowiada w książce Żyj jak rolnik Niklas Kampargard. Autor sam wychował się w niewielkim, malowniczo położonym gospodarstwie, więc wiedzę czerpie z doświadczenia swojego i swojej rodziny.


Żyj jak rolnik to bogato ilustrowane kompendium wiedzy, które pozwoli na samodzielne prowadzenie gospodarstwa domowego, podzielone jest na sto mikro-rozdziałów ułożonych tematycznie: Zieloni dobroczyńcy oprowadzeniu zrównoważonego ogrodu pozbawionego chemii, a pełnego dobroczynnych roślin, z których można uzyskać domowe leki na różne dolegliwości; rozdział Zwierzęta w gospodarstwie dotyczy wyboru i opieki nad podstawowymi zwierzętami gospodarskimi, Mięso na talerzu opisuje własnoręczny ubój, obróbkę mięsa i skóry, a także rękodzieło kaletnicze. Owoce i warzywa - ten rozdział zajmuje się pielęgnacją roślin, zwłaszcza drzew owocowych, wyborem i uprawą krzewów, ale co najciekawsze, sposobem przechowywania płodów lata w postaci "babcinych" soków, musów itp. Rozdział ten naturalnie przechodzi w kolejny pod tytułem Uprawa, z którego czerpiemy informację o zbieraniu nasion, uprawie roślin w przydomowej szklarni i ochronie roślin bez użycia szkodliwych pestycydów. Każdy się zgodzi, że ogród żeby żył potrzebuje owadów, a jak chronić te pomocne, a bronić dostępu niszczycielom upraw dowiemy się z rozdziału Naturalny ogród. Kolejne rozdziały: Planowanie i budowa, Budynki gospodarcze, Dawne metody oraz Prąd i pojazdy nastawione są na techniczną stronę funkcjonowania farmerskiego domu. Dowiemy się nie tylko jak przygotować drzewo na zimę, ale i jak funkcjonuje i czy się opłaca zainwestować we własne źródło zasilania w postaci na przykład turbiny wiatrowej, czy paneli słonecznych. 


Żyj jak rolnik jest nie tylko książką dla "ludzi ciekawych wszystkiego", ale i dla tych, szczególnie młodych osób, które zdecydowały się na zamieszkanie we własnym domu, prowadzenie mini-gospodarstwa z własnym warzywniakiem i owocami, z których można robić na zimę soki dla dziecka, czy z zielononóżkami dającymi jajka eko. To bardzo pozytywny trend, który warto propagować. I choć książka jedynie zarysowuje wiele problemów i sygnalizuje kierunek, to warto zwrócić na nią uwagę, ponieważ w prosty i przystępny dla laika sposób tłumaczy wiedzę, która powoli bezpowrotnie zanika.

Ta książka niezmiernie przypadła do gustu mojemu mężowi, który - oprócz survivalu - pasjonuje się poradami gospodarskimi i dla majsterkowiczów. Mnie zaciekawiły zwłaszcza porady dotyczące uprawy ogrodu, przechowywania zbiorów (świetny pomysł z próżniowym pakowaniem owoców i przechowywaniem ich w zamrażalce - takie maszyny do próżniowego pakowania oglądaliśmy niedawno na targach i zrobiły na nas pozytywne wrażenie), i pozbywaniu się ślimaków, które - nie wybaczę im nigdy! - zeżarły moją rzodkiewkę do imentu.

Za możliwość zdobycia wiedzy dziękuję wydawnictwu Edipresse.