Celebrujemy Światowy Dzień Książki

W ubiegłym tygodniu na całym świecie organizowano najrozmaitsze imprezy książkowe. Były rabaty, wymiany, festiwale, głośne czytanie, i tym podobne. 23-go moja filia biblioteki zorganizowała Książkowe Swap Party; każdy mógł przynieść książkę i wziąć coś, co wpadło mu w oko. Impreza cieszyła się dużym powodzeniem, wobec czego następnego dnia zorganizowane zostały niewielkie poprawiny (książki można było wymienić już nie pod baldachimem, a wewnątrz budynku). 

Czytelniczki filii nr 4 wymieniają książki

W sobotę pojechaliśmy na kolejna wymianę, tym razem do Zabrza, gdzie dziewczyny ze Śląskich Blogerów Książkowych zorganizowały wymiankę w Księgarni Victoria. Wreszcie zdobyłam upragniony egzemplarz Pokuty, a Mały wziął komiksy z Kaczorem Donaldem.
Lubię takie imprezy, na których można spotkać znajomych, rozmawiać przez półtorej godziny z nieznajomym o książkach (i o życiu), upolować coś fajnego do poczytania. No i zjeść szarlotkę z lodami, jak Sal Paradis podczas podróży po Stanach...

Wymiana w księgarni Victoria w Zabrzu

Dekameron - Giovanni Boccaccio

Kolejny raz sięgam po klasykę literatury pięknej. W tym miesiącu zapoznałam się z Don Kichotem, co pociągnęło za sobą naturalną konsekwencję - Dekameron. Dekameron dosłownie znaczy dziesięć dni (gr. deka hemeron),  jest fikcyjnym zapisem odosobnienia czasu zarazy (1348 rok) dziesięciu osób snujących po dziesięć opowieści każde. Opowiadania piętnują skąpstwo, hipokryzję, chciwość, gnuśność. Potężnie obrywa się obłudnym mnichom i lubieżnym mniszkom.  Nie brak pokrzepiających opowieści o odmianie losu, a także o nieszczęśliwych miłościach. Niektóre rzewne, inne rubaszne, czy umoralniające - cała gama tematów, zebrana w setkę - a właściwie w sto jeden powiastek, ponieważ historia dziesięciorga uciekinierów z morowej Florencji również jest dość ciekawą historią. Każdemu dniu przyświeca inna myśl przewodnia. Zbiór opowiadań powstał w XIV wieku (Giovanni Boccaccio żył w latach 1313-1375), a napisane było nie po łacinie, jak to było powszechnie przyjęte, a w języku włoskim. Co ciekawe, pierwszy datowany druk książki jest o wiek późniejszy. W XVI wieku Dekameron trafił na indeks ksiąg zakazanych.
Pierwszy przekład wyszedł spod pióra Władysława Ordona - pseudonim Wł. Szansera, młodego poety, który większość dojrzałego życia spędził z zakładzie dla obłąkanych - we Lwowie w 1874 roku. Kolejnym tłumaczem, który podjął się przełożyć dzieło Boccaccia był Paweł Chmielowski, a tomy wyszły we Lwowie w latach 20-stych ubiegłego wieku. W 1955 roku doczekaliśmy się wydania PIWowskiego w tłumaczeniu Edwarda Boyé*, a przedmową Mieczysława Brahmera. Wydanie to było zaopatrzone w ryciny Augustina de Zani, które pierwotnie ukazały się w wydaniu włoskim w 1518 roku. To samo wydanie, ale przejrzane i poprawione przez Krzysztofa Żaboklickiego wydał niedawno Świat Książki (2005 r.)


W tłumaczeniu Boyé'a roi się od archaizmów: łacno (łatwo), lza (można), krom (prócz), siła (wiele). I tak zdanie: krom tego siła jeszcze prawił o prawości i niewinności nieboszczyka, można czytać: prócz tego wiele jeszcze mówił o uczciwości umarłego. Myślę, że w wypadku literatury tak dawnej język użyty przez tłumacza pasuje doskonale. Mam nadzieję, że żaden geniusz translatorski nie wpadnie na pomysł nowego tłumaczenia i nie zmasakruje Dekameronu nazywając go Dziesięciodniowcem.

* moje wydanie pochodzi z 1957 roku, jest wydaniem II i jest jak większość dwutomowe (zdarzają się trzytomowe, oraz skróty dla młodzieży)

Okładki introligatorskie


Książka to towar. Tomy, które bierzemy do ręki są w większości pomyślane, jako taki sam wyrób, jak buty, meble, czy mikser. Brzmi strasznie, ale zastanówmy się nad pewną sprawą.
Mole książkowe kochają książki jak własne dzieci. Potrafimy mieć po kilka wydań ukochanej książki i ciężko nam stwierdzić, czy mamy za duży księgozbiór, czy zbyt małe mieszkanie. Ale wiele ludzi, nawet tych, którzy czytają, kupują książki, cierpi na coś w rodzaju klęski urodzaju. Może to ten zalew literatury, ale jeśli się głębiej zastanowić, to sto lat temu książki można było kupić za grosze na żydowskim straganie, można je było dostać jako załącznik do periodyku, itd.
Co się stało, że książek się nie szanuje, że antykwariusz wyrzuca literaturę „nieschodzącą” do kontenera, a książki „po dziadku” lądują w kuble z obierkami po kartoflach i potłuczonym czajniczku do herbaty? Już nikt nie oddaje starszych egzemplarzy do introligatora, bo można na allegro kupić sobie podmiankę za złotek, lub dwa. Ale wiele książek jest unikatowych. Nie tylko dlatego, że tytuły nie są wznawiane, a egzemplarze „zaczytane” i usuwane z bibliotek – niektóre tytuły są unikatowe, bo w większości zostały zniszczone w czasie wojny, a potem, jako bezwartościowe – zostały unicestwione.
Mam wiele książek w okładkach introligatorskich. Lubię je. Ich dotyk, to specyficzne ciepło tektury w marmurek. Jestem totalnym freakiem i wolę brązowy papier z odciśniętymi śladami boków czcionek, niż biały papier i druk komputerowy. Takie książki są tanie, za darmo, praktycznie leżą na ulicy, chociaż – paradoksalnie – coraz trudniej je dostać w antykwariatach, nierzadko celujących w książkach nowych.
Jakieś pięć lat temu dostałam Pele zwycięzcę. Okładki były w opłakanym stanie. Niestety, cena, którą zaśpiewał specjalista zwaliła mnie z nóg: za oprawę czterech tomów zapłaciłabym równą stówkę. Teoretycznie wartość okładek przewyższyłaby wartość tekstu. Owszem, cenię pracę, którą wykona dla mnie fachowiec, ale myślę, że może te pięćdziesiąt lat temu musiało się bardziej opłacać ratowanie książek przed zniszczeniem.  

Chata wuja Toma - Harriet Beecher Stowe

Absolutna klasyka amerykańskiej i światowej literatury. Ckliwa, umoralniająca powiastka o ciemiężonych Murzynach, czy traktat o niesprawiedliwości społecznej i wielkiej sile wiary i odwagi? Połowa XIX wieku. Na dostatniej plantacji w stanie Kentucky, zarządzanej przez dobrego pana Shelby, w domku z otoczaków żyje niewolnik Tom wraz z małżonką i trójką "drobiazgu". Shelby dobrze traktuje swoich ludzi, ale - w czasie kryzysu, do którego doprowadziła jego lekkomyślność, nie waha się sprzedać zaufanego niewolnika i dziecko pokojówki swojej żony. O ile młodej kobiecie udaje się zbiec przed handlarzem niewolników, o tyle Tom przyjmuje los na barki i na licytacji niewolników dostaje nowego pana.
Poruszająca powieść opisująca nieludzkie traktowanie niewolników nie skupia się jednak na tym, na czym kino o tej samej tematyce, nie epatuje scenami chłostanych (jak w serialu Północ-Południe, czy 12 Years Slave), choć w powieści nie brakuje mocnych opisów: moim zdaniem głównym motywem jest traktowanie ludzi zniewolonych, czy zwierząt pozbawionych uczuć, nie tęskniących za członkami rodziny, którzy trafiali nierzadko do innych plantacji. 


Chatę wuja Toma proponuje się dziś młodzieży, można ją znaleźć ze szpetnymi rycinami i w "dziecięcych" okładkach. Ja mam to szczęście, że w moje ręce trafiła książka stara, w okładce introligatorskiej (śmiało mogę napisać trollskiej, bo mam dość dużo tak obłożonych książek, przez co jak już raz odłożyłam Chatę, nie umiałam jej przez dwa dni znaleźć). Moje wydanie pochodzi z 1947 roku, a ukazało się nakładem znanej polskiej oficyny Gebethner i Wolff. Jeśli chodzi o tłumaczenie, to nawet BN nie pomogła, ale nie jest to ani Tuwim/Stawiński, ani Stampf'l - moje wydanie jest czternastym z kolei, więc powstało przed wojną. Ponadto egzemplarz zawiera cztery eleganckie ryciny, dość klasyczne w formie.

Harriet Beecher Stowe urodziła się w 1811 roku w Litchfield w stanie Connecticut jako córka pastora (również wyszła za pastora i pastorami byli jej synowie). Bardzo szybko zaczęła pisywać do prasy opowiadania. Pracowała również jako nauczycielka, ale jej wielką pasją był ruch abolicjonistyczny a także walka o prawa kobiet; od 1851 roku w magazynie National Era zaczęła się ukazywać cyklicznie najsłynniejsza, lecz nie jedyna jej powieść. Zmarła w wieku 85 lat, doczekawszy ziszczenia idei o którą walczyła (niewolnictwo w Stanach Zjednoczonych zostało ostatecznie zniesione w konsekwencji Wojny Secesyjnej, a usankcjonowane Proklamacją Emancypacji w 1863 r.)

Książka wzięta pod uwagę na wyzwanie 

Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy - Miguel de Cervantes Saavedra



"Jak to możliwe, abyś tak długo ze mną wędrując nie pojął, że wszystkie sprawy błędnych rycerzy wydają się złudzeniem, głupstwem  i szaleństwem i że wszystkie idą na opak. A to nie dlatego, aby takimi były, lecz przez to, że między nami plącze się zgraja czarowników, którzy wszystkie nasze sprawy odmieniają i zniekształcają i wedle woli swej obracają zależnie od tego, czy nam sprzyjają, czy też na zgubę naszą dybią." 

Zakochany w romansach rycerskich podstarzały szlachcic-idealista postanawia wyruszyć na poszukiwanie przygód jako błędny rycerz. Odżegnywany przez wszystkich od rozumu, okładany razami przez większość napotkanych indywiduów, w tym przez uwolnionych przez niego zbójców, przemierza drogi i bezdroża na hiszpańskim odpowiedniku Naszej Szkapy - Rozynandzie. Don Kichot z Manczy, Rycerz Smętnego Oblicza za damę swego serca wziął niepiśmienną wieśniaczkę, która w jego nieskończonej fantazji jest nadobną damą, Dulcyneą z Toboso. I jak każdy szanujący się rycerz, posiada i giermka, który nie raz zostaje wymłócony za swojego pana - którzy nie zna wierności Sancho Pansy?
Błędny rycerz, taki szesnastowieczny Kick-Ass w zbroi wykonanej domowym sposobem wyrusza pomagać uciśnionym, sam pakując się raz po raz w tarapaty. Przemyślny szlachcic Don Kichote  z Manczy to nie tylko historia idealisty, czy też wariata, który walczy z wiatrakami - to plejada zacnych postaci o pogmatwanych, nierzadko miłosnych historiach. Każdy tu traci zmysły z miłości, również z miłości zdolny jest do poświęceń. W powieści również wiele jest wątków autobiograficznych, jak choćby historia niewolnika wiezionego przez Maurów.
Ponadto, że historia jest warta przeczytania, pełna humoru i dopracowana narracyjnie, jest też kopalnią filozoficznych cytatów, którymi przerzucając się giermek i jego pan: "nie masz pamięci, której czas by nie strawił, ani boleści, której  śmierć nie zakończy", "człek nie jest nad drugiego wyższy, jeżeli więcej niż inny nie zdziała".
Autor jednej z najbardziej znanych powieści świata, Miguel de Cervantes Saavedra, urodził się jako drobny szlachcic w 1547 roku w jednym z maleńkich, malowniczych miasteczek Kastylii. Zapatrzony w widowiska teatralne od najmłodszych lat przejawiał zdolności humanistyczne; będąc młodzieńcem uczęszczał na zajęcia Studium Madryckiego, gdzie zapoznał się z filozofią Erazma z Rotterdamu. Mniej więcej również wtedy wyszły spod jego pióra pierwsze wprawki literackie, jak zgadzają się krytycy, mierne. Rodzina przyszłego wielkiego literata klepie biedę, a młody Miguel musi szukać sobie intratnego zajęcia. Wybór jego pada na... wojsko. Dla humanisty, w dodatku o optymistycznym usposobieniu nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - Cervantes zwiedza Włochy, chłonie swobodna atmosferę pięknego kraju. Jednakże jesienią 1575 roku (Cervantes ma 28 lat) korsarze barbarejscy biorą go do niewoli - w Algierze spędza pięć lat, po których rodzina i przyjaciele wykupują nieszczęśnika z rąk Maurów. (Już sam życiorys pisarza jest niesamowity!) Po powrocie do kraju próbuje pisać, z różnym skutkiem. Jego dramaty są raczej dobrze przyjmowane, ale szybko odchodziły w niepamięć. 


Przygody błędnego rycerza z Manchy liczą sobie ponad czterysta lat. Pierwsza część powieści została wydana w 1605 roku, a napisana została przez Cervantesa w większości w sewilskim więzieniu (niewyjaśnione podejrzenie o morderstwo młodego szlachcica!). Drugą część sławnej powieści wydaje Cervantes równą dekadę późnej. Jak pisze w przedmowie Zygmunt Czerny "Entuzjazm publiczności niesłychany - w ciągu jedenastu lat wychodzi szesnaście wydań. Do 1950 roku naliczono 1439 wydań w najrozmaitszych językach (...) nie licząc przeróbek dla młodzieży". W ciągu kolejnych 65 lat z pewnością doliczyć się można jeszcze setki, a może i więcej, a także licznych ekranizacji, jak na przykład rzetelna, choć nieco nudnawa ekranizacja z 2000 roku z Johnem Lithgowem w roli szlachcica. 
23 kwietnie obchodzimy Międzynarodowy Dzień Książki i Praw Autorskich. W tym dniu zbiegają się daty śmierci dwu największych klasyków: Williama Shakespeare'a, oraz Cervantesa właśnie. Obaj zmarli w 1616 roku.

Więzień Nieba - Carlos Ruiz Zafón



Pod koniec grudnia zobligowałam się do wzięcia udziału w wyzwaniu 12 książek na 2015 rok. Dwanaście książek z własnej półki wreszcie będzie miało okazję doczekać się na swoją kolej. W styczniu – dla przypomnienia – lekturą miesiąca było Północ i Południe Elizabeth Gaskell, luty zarezerwowany był dla najnowszego Stasiuka. Marzec pozostawiłam dla kontynuacji serii Cmentarz zapomnianych książek Carlosa Ruiza Zafona. Cień wiatru wywarł na mnie niesamowite wrażenie. Dawno żadna książka mnie tak nie oczarowała, jak ta. Następnie przyszła kolej na Grę Anioła, gotycką kontynuację, czy też może spin off "jedynki". Więzień Nieba łączy obie poprzednie części, które moim zdaniem trzeba czytać jednak po kolei. W księgarni "Sempere i synowie" czuję się jak w domu. Zafon trzyma poziom. Postacie znane z dotychczasowych części trylogii "spotykają się" i tu. Całość przypomina zakręcone fabuły Stevena Moffata. Końcówka niemal przyprawiła mnie o zawał serca; trylogia doczeka się jednak kontynuacji, na która przyjdzie czytelnikom poczekać, być może dwa lata. Warto czekać.
Traf chciał, że powieść kupiłam w dwupaku z Księciem Parnasu. Opowiadanie nie jest zbyt długie, ale kieruje czytelnika w stronę, z której autor czerpał inspiracje, a mianowicie dotyczy najsłynniejszego hiszpańskiego pisarza wszech czasów, Miguela Cervantesa.
I jak to się często zdarza w takich wypadkach - nie było siły, musiałam sięgnąć po Przemyślnego szlachcica Don Kichota z Manchy. Jestem w połowie pierwszego tomu. Nie śpieszę się. Delektuję się.

Zobacz także:
Cień Wiatru
Gra Anioła

Ex machina



źródło: Filmweb
Są filmy, na które się czeka z różnych przyczyn – ulubiony aktor, ekranizacja ukochanej książki, temat poruszany przez twórców. Mam małą obsesje na punkcie sztucznej inteligencji, samoświadomości i duchowości maszyn (sic!). Pisałam o tym w odniesieniu do postaci androida Davida z Prometeusza (TU). Tym razem nieco inaczej „ugryzę” temat.
Ex Machina jest filmem kameralnym, z zaledwie trojgiem bohaterów, przy czym każdy z nich reprezentuje inne cechy. I tak mamy Caleba, młodego, nieco nieśmiałego, miłego mężczyznę, który został wytypowany do przeprowadzenia pewnego testu. Na wyspie przypominającej tę, na której mieszka doktor Moreau, w izolacji od natury żyje Nathan, geniusz, który stworzył (lub nie) sztuczną inteligencję. Android Ava zostaje poddany testowi Turinga. Test ten  jest o tyle nierzetelny, że AI może symulować samoświadomość, by go zdać, nie koniecznie ją posiadając.
Kilka lat temu mąż pokazał mi aplikację do rozmów on-line. Algorytmy miały się dopasowywać do ludzkich odpowiedzi w ten sposób, by symulować luźną rozmowę. Sam pomysł nie jest bynajmniej nowy. W latach 60-tych ubiegłego wieku Joseph Weizenbaum, profesor Massachusetts Institute of Technology stworzył symulator psychoanalityka o nazwie Eliza, który na podstawie słów kluczowych miał za zadanie konwersować z nieświadomymi „podstępu” ludźmi.
Jednakże Ava nie jest tylko głosem. Dane dotyczące ludzkich zachowań, mimiki, oraz predyspozycji zostały zaczytane z wyszukiwarki. Jest więc albo bardzo dobrze zaprogramowana, albo rzeczywiście posiada inteligencję, zdolną do poszerzania wiedzy. Jest na tyle ludzka, że może wywoływać niepokój (ten swoisty strach przed uczłowieczonym robotem nazwany jest doliną niesamowitości, a odnosi się do badań przeprowadzonych przez japońskiego inżyniera, Masahiro Mori pod koniec lat 70-tych). Podczytywałam tematy na Filmwebie na temat filmu i muszę się zgodzić z jednym z użytkowników, że największą dozę strachu wywołał we mnie robot kolejkowy z Alternatyw 4.
Wracając do Avy – czy używa wgranych aplikacji, czy jest obdarzona świadomością? Wiele osób zarzuca twórcom filmu pogwałcenie trzech praw robotyki. Są one czymś takim, jak dziesięcioro przykazań dla człowieka. Jednakże skoro my, ludzie, obdarzeni jesteśmy wolną wolą, która nierzadko przeradza się w samowolę, czy android obdarzony świadomością nie może również lekceważyć owych przykazań? A może Ava jest doskonale zaprojektowanym szczurem laboratoryjnym, który za wszelka cenę musi znaleźć wyjście z labiryntu?
Na razie nie mamy się czego obawiać. Jesteśmy „panami” świata, chociaż wizja Alexa Garlanda nie jest tak do końca pozbawiona podstaw; japoński superkomputer „K” zasymulował sekundę ludzkiego myślenia. Zrobił to w czterdzieści minut. Czy to pierwszy krok byśmy stracili panowanie na Ziemi? Czy jak przewiduje Nathan, staniemy się tylko małpopodobnymi stworami pomiatanymi przez sztuczne istoty?
Ten bardzo dobrze zagrany thriller psychologiczny nie daje gotowych odpowiedzi. Zadaje za to mnóstwo pytań. Także o nasze bezpieczeństwo w sieci, o rolę seksualności, o feminizm; to także walka natury z tym, co sztuczne, odwieczna walka dychotomii ducha i materii.  
Na ekranie mamy okazję obejrzeć znanego z dramatu muzycznego Inside Llewyn Davis Oscara Isaaca w roli antypatycznego Nathana, w roli Avy - Alicię Vikander, młodą szwedzką aktorkę znaną z roli Kitty Szczerbackiej w najnowszej ekranizacji Anny Kareniny, a także… jej filmowego partnera z tegoż filmu (rola Konstantego Lewina), Domhnalla Gleesona. Gleesona widziałam niedawno w niezależnej produkcji Frank, oraz w jednym z odcinków serialu Czarne lustro, który również dotyczy zachwiania równowagi między tym, co ludzkie i mechaniczne.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...