Header Image

Moje wspomnienia o życiu towarzyskiem w Warszawie - Paulina Wilkońska

Trzytomowe wydanie Moich wspomnień o życiu towarzystkiem w Warszawie Pauliny Wilkońskiej wchodzi w skład Biblioteki Dzieł Wyborowych, o której pisałam przy okazji Listów do przyszłej narzeczonej. Pierwotnie memuary były wydane w 1871 roku w Poznaniu. Paulina Wilkońska, literatka, związana luźno z kołem Entuzjastek (pierwsza polska grupa działająca na rzecz zwiększenia głosu kobiet w życiu społecznym i kulturalnym) skupionej wokół Narcyzy Żmichowskiej. Wilkońska jest autorką blisko czterdziestu powieści dydaktycznych, już dziś jak większość dziewiętnastowiecznej prozy zapomnianych. Co ciekawe, w przedmowie do Wspomnień z 1907 roku Zdzisław Dębicki znęca się nad autorką dowodząc, iż powieści jej były „pisane pospiesznie, bez śladów jakiejkolwiek myśli artystycznej w założeniu i wykonaniu”, a dalej cytuje prof. hr. Tarnowskiego, który uważa je za „śmiertelnie nudne i oklepane”. Jakie by jednak nie były, został nam wspaniały tom, w którym zawarte są szczegóły życia w latach 50-tych dziewiętnastego stulecia. 

Biblioteka Dzieł Wyborowych wraz z cennikiem

Książka jest podzielona na rozdziały według domów otwartych, które chętnie i często przyjmowały gości. Bawiono się w licznym gronie (niektóre cotygodniowe spotkania były okazją do zgromadzenia blisko stu osób!), grano w gierylasa, preferansa, wista; urządzano teatr amatorski, bawiono się w wirujące stoliki, wirujące ekierki (sic!); jedzono ciasta, „bułeczki obłożone szynką lub pieczenią, pączki, sucharki”, a pito herbatę i wino; cygara palono punktualnie o 12-stej, a nad ranem podawano kawę. ”Schodzono się zwykle dopiero około godziny dziesiątej, – pisze Wilkońska – a wielu przybywało i później.” Spotkanie kończyło się kiedy szarzał świt.

Wspomnienia są także zapisem lat terroru; po 1848 roku nasiliły się represje, ludzie z błahych przyczyn byli brani do cytadeli, wywożeni na Sybir. Mąż Pauliny Wilkońskiej, August, także literat, również nie uniknął więzienia. Ciekawostkę może stanowić fakt, iż po śmierci cara Mikołaja I Romanowa szlachta polska miała obowiązek nosić żałobę!

Dowiedziałam się również, że wówczas język francuski był niemodny „nie to, co przed pół wiekiem” – a do dobrego tonu należało pisanie po polsku: wiadomo, każdy z utęsknieniem upatrywał końca niewoli i nadziei na odzyskanie niepodległości. Co ciekawe, wcale ta niechęć do francuszczyzny nie koliduje z licznymi dialogami wypowiadanymi właśnie w tym języku.


Równie imponujący jest spis literatów, z którymi w salonikach Warszawy zetknęła się autorka, a gros których stanowiły kobiety, takie jak Anna Nakwaska, czy Deotyma. Ta ostatnia była córką Niny Łuszczewskiej, która prowadziła jeden z saloników literackich, a który jak pisze Wilkońska stanowił „prawdziwą chlubę Warszawy”. Deotyma, pamiętna autorka Panienki z okienka była szczególnie dobra w tzw. improwizacjach, które polegały na układaniu ad hoc wiersza do zadanego tematu.


Jak już napisałam we wstępie, jest to wydanie trzytomowe. Do dnia dzisiejszego ukazały się tylko trzy wydania, w tym jedno w PIW w 1959 roku, opracowane przez Zofię Lewinównę, pod redakcją Juliusza W. Gomulickiego. Szczerze polecam Wspomnienia jako zapis życia, o którym czyta się jedynie w podręcznikach, czy w Mickiewiczowskich Dziadach. 

Kroje pisma, fonty, czcionki

Każdy spotkał się z tak zwanym znormalizowanym maszynopisem. Znaczy to nie mniej nie więcej, że w czasach kiedy używamy komputera zamiast maszyny do pisania proszą nas o używanie fontu Times New Roman, wielkości Cycero (12) i odstępie pojedynczym. Wydawnictwa życzą sobie wielokrotność arkusza wydawniczego (40 000 znaków), czyli wielokrotność 22 stron znormalizowanego maszynopisu.

Jeżeli chodzi o stopnie pisma, edytory tekstu bazują na Systemie PostScript, który jest zbliżony do Systemu Didota (stosowany na kontynencie) oraz Systemu Pica stosowanego w krajach anglosaskich), choć ich miary nie są równe. Poniżej tabela z Systemem Didota, który był zgodny z Polską Normą. 

Najbardziej rozpowszechnione są 8, 10 oraz 12. Nazwa tej ostatniej, Cycero, pochodzi od pierwszych wydanych drukiem mów Cycerona, które złożono właśnie 12-stką. Nazwa Missal pochodzi od mszałów. Nazwa Nonparel, czyli niezrównany, unikatowy nawiązuje do trudności przy odlewaniu tak drobnych czcionek; Brylant i Diament to najmniejsze czcionki, których nazwy podkreślają rzadkość występowania. Nazwa Garmond nadana została dla uczczenia francuskiego drukarza, który opracował nowy typ kroju antykwy.
Jeżeli mówimy o krojach pisma, nie używamy nazwy czcionka – czcionka to metalowy lub dawniej drewniany klocek, służący do odbijania pojedynczego znaku/litery.

Muzeum drukarstwa w Cieszynie


W krojach pisma ze względu na podział na duże/małe litery wyróżniamy MAJUSKUŁĘ, czyli wersaliki, minuskułę, czyli pismo tekstowe (małe, normalnej wielkości litery), oraz Kapitaliki. Ze względu na układ względem środka mamy antykwę, czyli pismo proste, oraz kursywę. Pisma dzielimy również na Szeryfowe, czyli z kreskami kończącymi litery, oraz bezszeryfowe. 
W latach 60-70-tych bardzo popularna była Silesia (nie ma nic wspólnego z dzisiejszą Silesianą). Równie popularna była Candida oraz Baltica. Dziś książki składa się komputerowo; fajnie, jak w stopce jest podany font oraz papier, na którym książka została wydrukowana. 
Co do fontów, można sobie pościągać (darmowo i legalnie) bardzo fajne wzory - są fonty stylizowane, pisanka, ogromny wybór fantazyjnych, na przykład TU jest ogromny wybór. Wystarczy rozpakować paczkę i zawartość przerzucić pod windows/fonts. I od razu używając edytora tekstu można pisać wybranym krojem. 

Książkowe ABC

Druga część anatomii książki. Dziś kilka haseł encyklopedycznych ilustrowanych przykładami.

Addenda – wszelkie dodatki znajdujące się w książce, takie jak appendix (dołączony do książki tekst uzupełniający), paralipomena (krótkie dodatki odautorskie), parerga (utwory uboczne, uzupełniające dzieło zasadnicze), skorowidz, załącznik, aneks.

Asterysk - * - oznaczenie w tekście odsyłacza do hasła, bądź przypisu.

Errata – tabelka, niekiedy wlepiona (doklejka), z wykazem błędów (literówek) drukarskich, dostrzeżonych po wydrukowaniu.
errata do tomu I-go w zamieszczona w tomie II-gim

Ex libris, ekslibris – znak własnościowy w postaci spersonalizowanej miniatury opatrzony nazwiskiem posiadacza, bądź nazwą instytucji.
Ex libris

Faksymile, facsimile (łac. fac simile – czyń podobnie)– odbitka własnoręcznego podpisu np. twórcy. Dawniej wierna odbitka (np. miedziorytnicza) nawet całych stron pisanych odręcznie (autograf).
Faksymile podpisu Tomasza Manna

Glosa – ręczny dopisek wyjaśniający lub komentujący wyraz lub zwrot w tekście, objaśnienie.
Przykład glosy

Indeks – skorowidz, spis pomocniczy, np. zawierający zestawienie dat (kalendarium), spis osobowy (ułożony alfabetycznie) nazwisk występujących w tekście, itp.

Inicjał – ozdobna, niekiedy iluminowana pierwsza litera tekstu, pierwszy inicjał datuje się na V wiek.
Ozdobny inicjał

ISBN – International Standard Book Number, międzynarodowy znormalizowany numer książki, 13-cyfrowy numer książki, utworzony w Wielkiej Brytanii w 1966 roku, w Polsce nadawany od 1970 roku jako 10-cyfrowy (prefix 978 wprowadzono w 1997 r.). Dla czasopism ISSN. Numer ISBN jest wydawany bezpłatnie, co ciekawe, książka z tym numerem jest obłożona 5% vatem, a bez niego aż 23%!
978 [prefix]-83[kraj]-04[wydawnictwo]-01898[numer publikacji]-5[suma kontrolna]

Kieszeń książki – trójkątny kawałek papieru na trzeciej stronie okładki przeznaczony na przechowywanie map, ilustracji, tabel, lub w przypadku drugiej strony okładki na kartę biblioteczną.
Kieszeń książki (na kartę biblioteczną)

Marginalia – noty na marginesach, np. zaznaczające ważne ustępy tekstu (ostatnio rozpowszechnione w opracowaniach lektur).
Marginalia

Sygnet wydawcy – znak lub godło wydawcy/drukarni, niekiedy zawiera dewizę; pierwszy sygnet powstał w 1462 roku na Psałterzu Mogunckim.
Przedwojenne sygnety wydawców

Stychometria – numeracja wierszy np. w dramatach, rzadziej w prozie.
Stychometria

Winieta – ornament roślinny, początkowo wić winna (stąd nazwa); wykształciły się także bordiura (winieta ramkowa), frontyspis (winieta tytułowa), przerywnik (miedzy kolumnami), en tete (winietka w nagłówku), finalik (winietka na końcu książki), cul-de-lampe (drobniejsza forma finalika)
Przerywnik

Winieta w formie finalika
Winieta ramkowa

Żywa pagina – powtarzający się u góry strony skrócony tytuł dzieła, bądź nazwisko autora, lub tytuł rozdziału
Żywa pagina

Proweniencja książki

Wiekowe książki, pełne pieczątek, numerów kaligrafowanych  brązowym atramentem, niektóre opatrzone imiennymi pieczątkami z prywatnych biblioteczek, inne jedynie podpisane zamaszystym pismem. W swoich zbiorach posiadam nawet dwie książki opatrzone ex librisami. Takie znaki własnościowe są dla badaczy bardzo ważne, szczególnie na książkach rzadkich (cymeliach). Proweniencja książki (z łaciny provenire - "pochodzić od") to jej rodowód, losy, które udokumentowane są znakami własnościowymi. Do takich znaków należą nie tylko pieczątki i ekslibrisy, ale i dedykacje. 
Poniżej najciekawsze pieczątki i wlepki, które znalazłam na półkach.

Z księgozbioru Biblioteki Ruchomej Gebethnera i Wolffa

Regulamin wypożyczeń Księgarni Nowości w Tarnopolu

Czytelnia Ewangelicka w Hażlachu (Śląsk Cieszyński)

Wypożyczalnia Książek "Lektor Krakowski", oddział Instytutu wydawniczego zał. w 1914 r we Lwowie



Wypożyczalnia książek "Nowa Książka", Lwów.

Księgarnia "Renaissance" Stanisławów

Pieczątki biblioteki przyzakładowej

Regulamin wypożyczeń

Kolejne pieczątki biblioteki przyzakładowej

Towarzystwo Czytelni Ludowych - Koło Rybnik (TCL działało w latach 1895-1939 przy sklepie papierniczym F. Mrówca)

Ta sama książka, co powyżej, zaopatrzona w nowszą pieczątkę Biblioteki Miejskiej

Oprawiła firma I. Morcinek i P. Przegendza z Rybnika

Książka wycofana z biblioteki, widoczny ślad po kartce z pieczątkami z datą wypożyczeń

Książka z historią

Najwyższe standardy obsługi klienta

Książka Jima Pokera była bezpłatnym dodatkiem dla prenumeratorów Wiarusa, pisma żołnierzy polskich
Księgarnia katolicka Goerlicha i Cocha z Wrocławia (Breslau)

Elmer Gantry - Sinclair Lewis

Elmer Gantry to zjadliwa satyra na obłudne środowisko małomiasteczkowych amerykańskich duszpasterzy. Od wydania tej głośnej powieści Sinclaira Lewisa minęło niemal sto lat, ale poruszana problematyka jest ponadczasowa, choć może nie ma takiej siły rażenia jak w 1927 roku. Jeżeli tytuł wydaje się znajomy, to spieszę donieść, że ekranizacja z 1960 roku przyniosła znakomitemu Burtowi Lancasterowi Oscara.

Sinclair Lewis przyszedł na świat w 1885 roku jako najmłodszy z trójki pociech doktora Edwin J. Lewis i Emmy Kermott Lewis, która obumarła dzieci w 1891 roku. W rodzinnym domu Lewisa w Sauk Centre, w stanie Minnesota, znajduje się muzeum poświęcone pisarzowi. Drobny, niepozorny, nieładny, nie znajdował w oczach ojca uznania, lecz szybko zachwycił środowisko niewątpliwym talentem literackim wynikającym z daru wnikliwej obserwacji. W czasie studiów w Yale publikował opowiadania oraz wiersze. Pierwszą powieścią Lewisa jest utrzymana w stylu science-fiction Przejażdżka samolotem (wydana w 1912r.). O uwielbieniu dla G. H. Wellsa może świadczyć nie tylko wybór tematu dla debiutu, ale i to, że synowi nadał imię Wells (Wells Lewis zginął w czasie II wojny światowej). 
Sinclair Lewis, 1930r. źródło: Wikimedia.org
Choć pisał bezustannie i wydawał regularnie powieści, największy sukces odniósł krytyczną w stosunku do zaściankowości małych miasteczek Główną ulicą (1920r.). Kolejne powieści, Babbit oraz Arrowsmith ugruntowały pozycję Lewisa jako kongenialnego pisarza młodego pokolenia. Do tego Lewis był niepokorny: odmówił przyjęcia nagrody Pulitzera! 
W roku 1930 został laureatem Literackiej Nagrody Nobla, za „szlachetnie podniosłą i różnorodną poezję, która zawsze wyróżniała się świeżością natchnienia i rzadko spotykaną czystością ducha”*

Elmer Gantry to satyryczne i demaskujące bigoterię spojrzenie na światek religijnych kongregacji. Tytułowy bohater obdarzony stentorowym głosem, charyzmą i niezwykłym wręcz talentem do wygłaszania płomiennych kazań jest zarazem skłonnym do bitki i do wypitki, ganiającym za spódniczkami płytkim narcyzem o moralności wielkości brudu za małym paznokciem. Lewis demitologizuje bukoliczne maleńkie miasteczka, przewodników duchowych w których upatruje hipokrytów, a także odsłania kulisy wielkich karier pastorów, wśród których są i kobiety. Powieść znalazła się oczywiście z racji krytykowanego tematu na cenzurowanym (powieść trafiła na purytańską listę Banned in Boston).

Dość odpowiadał mi sarkastyczny humor oraz wartkie tempo wydarzeń. Pomiędzy kaznodziejstwem Gantry'ego, a czasami, kiedy był trzeciorzędnym komiwojażerem natrafiłam na arcyciekawy i aktualny fragment o... coachingu! Elmer pod wpływem pani Evans Riddle, prekursorki new age, zaczyna wygłaszać wykłady o sile woli w iście nowoczesnym stylu! Lecz pomimo wszystkich niewątpliwych zalet tej powieści (humor, prowokacja, dysputy teologiczne), czytanie Sinclaira Lewisa jest jak wycieczka rowerowa. W deszczu. Pod górę. Z pękniętym łańcuchem. Pierwsze 100 stron super; kolejne 300 - niepotrzebne... Może to wina jednowymiarowych postaci, chociaż rozumiem, czemu miały służyć, to jednak brak w nich innych aspektów i niuansów. Na półce mam jeszcze opowiadania Lewisa i z pewnością kiedyś po nie sięgnę.
* za Wikipedia. pl

Młode lwy - Irwin Shaw

Kiedy skończyłam czytać Młode lwy, siedziałam dobre piętnaście minut z książkowym kacem i smutną miną - dawno żadna książka nie zrobiła na mnie takiego w rażenia. W ujęciu Irwina Shaw wojna zmienia marzycieli w cyników, skromne nauczycielki w dziwki, a małomiasteczkowych przedsiębiorców pogrzebowych w psychopatycznych oficerów pastwiących się nad swoimi podopiecznymi niczym rozwrzeszczany sierżant Hartman w Kubrickowskim Full Metal Jacket


Urodzony w 1913 roku Shaw trafił do wojska w czasie II wojny światowej jako korespondent wojenny. Perypetie bohaterów najsłynniejszej jego powieści są po części oparte na doświadczeniach młodego literata; stacjonował w Afryce, jak książkowy Diestl, oraz w okupowanej Francji. Młode lwy to społeczno-obyczajowy dramat wojenny, w którym przeplatają się losy kilkorga bohaterów: wspomnianego już przeze mnie sierżanta Christiana Diestla (w filmie z 1958 roku awansowanego do stopnia porucznika!), który przed wojną pracował jako instruktor narciarstwa; szeregowca Michaela Whitacre'a, reżysera teatralnego i bon vivanta (w filmie wykorzystano talent wokalny Deana Martina i zmieniono profesję Whitacre'a na piosenkarza); oraz szeregowca Noego Ackermana, Żyda i mola książkowego.

Wojna zmienia charakter mężczyzn, wyzwala najgorsze i najlepsze cechy, które ukryte pod werniksem codzienności w czasie pokoju nie dają o sobie znać. Jak powiedział porucznik Hardenburg, przełożony Diestla: "Wojna najbardziej urzeka rodzaj ludzki, bo najdokładniej odpowiada dominującym cechom człowieka: samolubstwu i zamiłowaniu do grabieży". Widać to jaskrawo na przykładzie okupantów i okupowanych, prowadzących nielegalne interesy. 

Mit kompanii, w której za kolegę oddałoby się życie, również cierpi - żołnierze są źle przeszkoleni (Michael narzeka na nieprzydatne szkolenia o chorobach wenerycznych, których musieli żołnierze wysłuchiwać zamiast praktycznie szkolić się w walce, czy tropieniu), obóz szkoleniowy przypomina raczej kolonię karną, gdzie respekt trzeba zdobywać pięściami, a poziomem antysemityzmu nie ustępuje hitlerowskim Niemcom. I choć zawiązują się przyjaźnie, bywają ulotne i nietrwałe, a każdy dba o własny interes i przeżycie, nawet za cenę poświęcenia życia podwładnych. 


Młode lwy to powieść gorzka, pozbawia złudzeń co do tego, jak wojna wyglądała naprawdę; brud, smród niemytych tygodniami ciał, braki w uzbrojeniu, bezwzględność i wyrachowanie, które popłacają. Także podczas wyzwalania obozu heflingowie (więźniowie hitlerowskich obozów koncentracyjnych) mszczą się na swoich prześladowcach bezwzględnie i okrutnie - nie ma tu miejsca na odkupienie i przebaczenie. 

Mój egzemplarz składa się z trzech tomów wydanych w serii "Biblioteka powszechna" (seria wydawana wspólnie przez różne wydawnictwa) w 1963 roku, ale bez trudu znajdziecie nowsze, bowiem wydań tej powieści ukazało się sporo. Książkę naprawdę polecam gorąco, zwłaszcza osobom, które znają film; jest tu dużo rozbieżności i konfrontując oba dzieła fukałam na scenariusz najpewniej tak, jak Shaw, któremu film nie przypadł do gustu; choć niewątpliwie jest godny uwagi i znakomicie zagrany (Brando, Martin, Clift), to jednak warto sięgnąć po książkowy pierwowzór.

Hobbit; Władca Pierścieni - J.R.R. Tolkien

"W norze pod pagórkiem mieszkał pewien Hobbit"¹ - to zdanie przyszło do głowy pewnemu profesorowi oksfordzkiemu, kiedy zmęczony sprawdzaniem egzaminów pisemnych znalazł chwilę wytchnienia oraz... pusta kartkę. Właściwie można śmiało powiedzieć, że to piękny początek wielkiej przygody.

John Ronald Reuel Tolkien od najmłodszych lat wykazywał zainteresowanie - w wieku ośmiu lat stworzył swój pierwszy język, oczywistym więc było, że młodzieniec mający naturalny dar do języków musi się poświecić lingwistyce. Jeżeli do tego jeszcze dodać miłość do wszelkich legend, eposów, czy poematów heroicznych (szczególnie ukochanego przez Tolkiena Beowulfa), a także nieograniczoną wyobraźnię, musiało powstać epickie dzieło. 



Od czasów studiów Tolkien zaczął systematyzować swój własny świat, którego legendarium zawarł w "Silmarilionie", poczytanym przez krytyków za bardzo platoński (porównywalny do dialogu "Timajos"). Pierwsza wojna światowa, podczas której stracił wielu przyjaciół naznaczyła jego sposób patrzenia na świat, ale także dała koncepcję pewnym sytuacjom oraz postaciom, jak na przykład Samowi Gamgee, który jest wzorowany na ordynansie Tolkiena. W czasie szkolenia, po którym Tolkien miał zostać wysłany na front "uczył się kombinacji nowych i starych metod komunikacji, takich jak flagi, światło, heliograf, czy Alfabet Morse'a."² Zarówno we "Władcy Pierścieni", jak i w "Hobbicie" możemy odnaleźć krajobrazy z otoczenia, w którym dorastał autor, a także te, które zrobiły na nim ogromne wrażenie, jak zwiedzany podczas wycieczki do Szwajcarii Matterhorn, który występuje w Śródziemiu pod nazwą Samotna Góra w Górach Mglistych.

W twórczości Tolkiena nie brak inspiracji legendami, podaniami, poematami a także książeczkami dla dzieci, jak na przykład "The Marvellous Land of Snergs"; a postać Gandalfa jest prawdopodobnie zapożyczona z sylwetki Liczyrzepy. Wzajemnie inspirowali się także członkowie licznych kół literackich, do których Tolkien należał i tak Lewisowskie "hnau" to "stworzenia podobne do zwierząt lub warzyw z osobistymi, ludzkimi cechami"³ zupełnie jak Tolkienowscy "Entowie".

"Charakterystyczną cechą >>Władcy Pierścieni<< jako dzieła literackiego jest jego oparcie w języku. Tolkien wykorzystuje wymyślone przez siebie języki w nazwach, ale także w obdarzonych wyobraźnią możliwościach. Język jest tłem mitologii. Inną oznaką jego literackiej wartości jest to, że Tolkienowi udało się połączyć bogactwo symbolizmu w swojej opowieści. Wyprawa, podróż, poświęcenie, ukojenie, śmierć i wiele innych symbolicznych elementów zostaje przepięknie rozwinięte w książce. Same krajobrazy, przez które idą podróżnicy, są symboliczne, sugerują nastroje, które korespondują z etapem podróży i etapem całej opowieści. Okrucieństwa podziemnego miasta Moria na przykład korespondują z duchowym odświeżeniem krainy Lorien. Te krajobrazy zawsze w pełni odzwierciedlają kierunek opowieści w książce."⁴ Co mnie najbardziej zdziwiło, to stwierdzenie samego Tolkiena w jednym z listów, mianowicie, że "Władca Pierścieni" jest to "fundamentalnie religijny i katolicki utwór". Śródziemie wydawało mi się wolnym od wszelkich religii, ale rzeczywiście walka dobra ze złem, poświęcenie, "niesienie pierścienia krzyża" dla dobra wszystkich, wreszcie zbawienie, odkupienie to motywy stricte religijne, czy może bardziej - chrześcijańskie.


W wydaniu "Hobbita", które kupiłam (z objaśnieniami i wstępem Douglasa A. Andersona) znajduje się szereg ciekawych informacji na temat źródeł pochodzenia poszczególnych postaci, motywów oraz ilustracje zarówno samego autora (chociażby i dla tychże ilustracji warto zwrócić uwagę na to wydawnictwo), jak i rysowników próbujących się z opowieścią o podroży Bilbo Bagginsa, wśród których znajdują się sławy takie jak Tove Jansson, która obdarzyła Niziołka klasycznie muminkową kreską, Chika - do wydania francuskiego z 1976 roku (przypomina kreską film Ralpha Bakshi), lub ilustracje rosyjskiego rysownika Michaiła Biełomlinskiego, w których Baggins przypomina spasionego socjalistę z rysunków satyrycznych.

Równie ciekawe jest, że pierwsze wydanie "Hobbita", (które ukazało się 21 września 1937) to zaledwie 1500 egzemplarzy, ale już "Drużyna Pierścienia" (29 lipca 1954), "Dwie wieże" (11 listopada 1954) oraz "Powrót Króla" (20 października 1955) to dziesięć razy tyle; ogromna popularność opowieści dla dzieci (Tolkien bowiem najpierw opowiadał "Hobbita" własnym pociechom) sprawiła, że domagano się kolejnych części przygód dzielnego Niziołka, Krasnoludów, walecznych Elfów i tajemniczego czarodzieja; "Władca Pierścieni" nie ma w sobie jednak nic z dziecięcej bajki na dobranoc i otworzyła drogę zupełnie nowemu gatunkowi literackiemu dedykowanemu dorosłemu czytelnikowi. Olbrzymim sukcesem okazały się także ekranizacje nowozelandzkiego reżysera, Petera Jacksona.


Przypisy 1-4 pochodzą z książki Colina Durieza "Tolkien; niezwykła biografia twórcy Śródziemia."

Dolina szarej rzeki - Jerzy Waldorff

Elokwentny kronikarz świata, którego już niema, wtrącający archaiczne "aliści", "jeno", czy "ongiś", zachował się Jerzy Waldorf w pamięci czytelnika przede wszystkim jako ekspert i miłośnik muzyki poważnej. Dał się poznać w szczególności jako propagator i wielki admirator Karola Szymanowskiego, ale i rzecznik odnowy cmentarza Powązkowskiego. Zakochany w przedwojennej stolicy, jej specyficznym charakterze, blichtrze i snobizmie arystokracji, w którym wzrastał, a który przez czasy powojenne został zastąpiony napływową ludnością i zniwelowany walcem komunizmu. "Warszawa, chociaż wskrzeszono zgodnie z zachowaną dokumentacją Stare i Nowe Miasto, Zamek i Trakt Królewski, wymieniła niemal całą ludność z miejskiej na przedmiejską i wiejską, również ustrój polityczny i wreszcie obyczaj tak najkompletniej, że jedynym fragmentem jej autentycznym, nawiązującym wprost do historycznej przeszłości, został stary cmentarz Powązek. Dopiero tam odnaleźć można dawne rody warszawskie, sławne z dziejów miasta nazwiska, szlachetne twarze mieszczan w nadobnych podobiznach i nawet - z epitafiów - przypomina o sobie dostojny język, którym posługiwano się przy co bardziej uroczystych okazjach, ale i też na co dzień w szanujących się domach, a który po masakrze stolicy i jej odrodzeniu zastąpili świeży mieszkańcy wulgarnym żargonem, niechlujnym gdukaniem z trybun, co dawniej były miejscem popisu krasomówców." 



Jerzy Waldorff napisał ponad dwadzieścia książek, z czego większość poruszająca temat krytyki muzycznej. Abstrahując od życia prywatnego, czy tajemnic, które do dziś nie zostały odkryte - biografia Waldorffa jest bowiem pełna rzeczy sprzecznych i nie będę się nad nią rozwodziła - chciałam polecić eseje biograficzne Dolina szarej rzeki. "Waldorfa - pisze w posłowiu Jarosław Kurski - czyta się dla języka, ciętych żartów, barwnych porównań. Ludzie z końca świata lecieli, żeby posłuchać jego radiowego felietonu. Słuchali i ryczeli ze śmiechu. On się bawił muzyką jak żongler piłeczką." Tak jest i w tym przypadku: autor ze specyficznym humorem lawiruje między ubolewaniem nad światem straconym, kiedy jako mały panicz spacerował z nianią po Ogrodzie Saskim, czy kiedy jako ułan czarował konną jazdą, a czasami powojennymi, obfitującymi w szereg komplikacji natury politycznej. Lata 50-te były dla Waldorffa-humanisty niezmiernie uciążliwe; jako aspirujący pisarz udaje się do nadmorskiej miejscowości, w której odbywa się nielegalny proceder wywozu chętnych do Szwecji; opowiadanie "Konsul Jego Królewskiej Mości" jest doskonałe i czytając oczyma wyobraźni widziałam już Teatr Telewizji na jego postawie (nie film, a właśnie teatr!). Autor był bowiem doskonałym obserwatorem, wnikliwym koneserem ludzkich zachowań, erudytą, potrafiącym przekuć nudną rekonwalescencję po operacji kolana we wnikliwy reportaż z życia pensjonariuszy szpitala oraz okazję do snucia refleksji nad własnym życiem. 
Dolina szarej rzeki nie jest książką nową, to już czwarte po 1985 roku wydanie. Gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę lekturę. Być może ktoś już teraz szuka mądrej lektury na wakacje - Waldorf nadaje się do tego znakomicie!


Listy z Afryki - Henryk Sienkiewicz

Skoro 2016 rok jest ogłoszony rokiem Henryka Sienkiewicza, sięgnęłam po coś bardzo nieoczywistego i ginącego w nawale dzieł Mistrza.Listy z Afryki to niewielka książeczka, która jest jedną z 81-tomowego zbioru dzieł wydawanych nakładem Tygodnika Ilustrowanego. Książeczki były bezpłatnym dodatkiem dla prenumeratorów. Mam jedynie środkową część podzielonych na trzy tomy Listów. Na szczęście są dostępne w formie zdigitalizowanej na Polonie T1, T2, T3.
Pisma Henryka Sienkiewicza oprawione w Introligatorni S. Orgelbranda i Synów w Warszawie

W wigilię Bożego Narodzenia 1890 roku na pokładzie parowca Ravenna wyruszają z Neapolu Henryk Sienkiewicz wraz z Janem Józef Tyszkiewiczem w wielką podróż na Czarny Ląd. Sławny literat nie rozstaje się z notatnikiem, lecz Listy zamieszczone pierwotnie w Słowie, a wydane nakładem Tygodnika Ilustrowanego pisane były w większości po powrocie do kraju. Pierwsze tygodnie podróży przebiegają dość spokojnie; co ciekawe, podróżnicy obserwują zjawisko "białej wody", które jest niezwykle rzadkie. Podróżnicy podczas przejścia przez równik mają urządzone oczepiny, coś w stylu tych, jakie dziś można spotkać na koloniach letnich; mistrzem ceremonii jest "Neptun z trójzębem, w złotej koronie i z konopną brodą", by nie być wrzuconym do wanny z zimną wodą trzeba się było wykupić dziesięcioma butelkami piwa dla pomagierów bożka oceanów. Pierwszym przystankiem jest oczywiście Kair, gdzie pod nieznanym niebem podróżnicy zwiedzają piramidy nocą. 
Sfinks, rycina z książki Buch der Entdeckungen, Berlin 1898r.

Kolejnym przystankiem jest Port-Said, miasto powstałe przy budowie Kanału Sueskiego. Sienkiewicz przytacza barwne opisy kolorytu miasta, a także dalszych towarzyszy podróży, wśród których wielu jest Anglików oraz Hindusów zmierzających z przesiadkami do Kalkuty. Sienkiewicz zaczyna narzekać na o dziwo! zimno: "w Wielkim Muzeum poczerwieniały, jak mówiono, nosy wszystkim mumiom Ramzesów". Tu, mimo doskwierającego klimatu, Sienkiewicz rozkoszuje się przepysznymi kolorami targu, Murzynkami w różnobarwnych "perkalikach" (materiałach), a także mnogością owoców: "Oczy malarza zakochanego w barwach, znalazłyby na owych targowiskach rozkosz prawdziwą. Co za rozmaitość kolorów! Obok brunatnych, kosmatych kokosów, pełne świeżej, słodkiej wody objętej w śmietankowym pokrowcu, leżą potężne pęki jasno-żółtych bananów; tu połyskują fioletowe ciała oberżyn, tam kosz czerwonych, jak korale, pomidorów, nie większych od śliwek o smaku wytwornym i kwaskowatym; dalej na palmowej macie, cały stos złotych mandarynek, które gąbkowatą swą skórą zdają się wsiąkać światło słoneczne. Gdzie spojrzysz, wszędy coś nowego: to złoto-siwe ananasy, ogromne niemal jak głowy, a tanie tak, że za lichego miedziaka kilka ich dostać można; to zielone, łuskowate annony [flaszowiec], pełne we środku jakby ubitej z cukrem śmietanki; to wszędzie olbrzymie owoce, zwane małpim chlebem, w których ognistem wnętrzu siedzą czarne ziarna, jak potępieńcy w piekle." Sienkiewicz zachwyca się także nieco "terpentynowym" smakiem wszechobecnych w tych rejonach mango i karikapapai (carica papaya czyli melon).
Parowiec na Kanale Sueskim, rycina z książki Buch der Entdeckungen, Berlin 1898r.

Dalej podróż przebiega przez Zanzibar. Tu jest znacznie cieplej, bo 26° Rømera, czyli około 35° Celcjusza. 
Czytelnik dostaje ciekawą charakterystykę Somalijczyków, którzy wedle autora bardzo rysami twarzy i budową ciała przypominają Europejczyków, bardziej niż inne szczepy; są ponoć także bardziej inteligentni, lecz co za tym idzie, bardziej przebiegli. Sienkiewicz niekiedy lawiruje w opisach między patosem, czy rzewnością, a humorem. W ogóle dużo miejsca poświęca mentalności napotkanych ludów. Czyni także obserwacje na temat życia codziennego w Zanzibarze: "Próżnobyś się też, człowieku, spodziewał, że wybierając się do wnętrza Afryki, nie potrzebujesz brać z sobą fraka. Owszem, potrzebujesz, bo nad Tanganajką, Ukerewe, w Uidjidjii lub jakiejś innej miejscowości  przez piętnaście j, możesz znaleźć angielską lady, towarzyszącą mężowi gdzie pieprz rośnie." Dalej jest oczywiście opis wystawnej kolacji w stylu zupełnie europejskim - zupełnie, jakby się było w Paryżu, Warszawie, bądź jakimkolwiek innym "cywilizowanym" wedle Sienkiewicza miejscu.
 
Misjonarz, rycina z książki Buch der Entdeckungen, Berlin 1898r.

We francuskiej misji na Bagamoyo (które ówcześnie było pod jurysdykcją niemiecką) udaje się podróżnikom "zmontować" karawanę pieszą wędrująca wgłąb lądu; zwierząt pociągowych się tu nie używa, bo niemal nie występują w tej części Afryki (częściowo z powodu muchy tse-tse). Przed masiką (jedna z dwu pór deszczowych) zwiedzają dzikie tereny, polują na kiboko (hipopotamy), oraz smaczne pentarki (ptaki w rodzaju naszych indyków). Znów listy nasycone są opisem dziwów przyrody, takich jak girafy (tylko raz w tekście użyte jest żyrafy), papużki nierozdzielne, a także złośliwe i wszechobecne krokodyle (mamba). Piękny jest zwłaszcza opis zwiewnych i różnorodnych motyli, które są "rozkoszą świata owadów".

Charakterystyczna ozdoba - pelele w wardze, rycina z książki Buch der Entdeckungen, Berlin 1898r.

Jeśli chodzi o wyposażenie, to całego ekwipunku z łóżkami polowymi, strzelbami, a nawet cukrem i winem jest tak wiele, że na każdego z licznego grona pagazi (tragaży?) wychodzi 30 kilogramów. Przezorni podróżnicy wyposażeni są w filtr Pasteura ("złożony z trzech rur z białej glinki, zamkniętych gumowymi pistonami i połączonych za pomocą mniejszych gumowych rurek z jednej strony flaszką, z drugiej pompką") oraz sodową wodę butelkowaną, ponieważ "kałuża [zbiornik wodny] z wodą do picia (...) trąci utopionym kotem, jest zaś barwy i gęstości czekolady."
Henryk Sienkiewicz w stroju myśliwskim, źródło: Polona.pl, domena publiczna

Najzabawniejsze są spostrzeżenia dotyczące załogi owej pieszej karawany: "Nie ubliżając sławie 365 obiadów jest rzeczą więcej niż wątpliwą, czy nasz M'sa [kucharz] pomienione dzieło czytał, albowiem talent jego kulinarny polega głównie na wrzucaniu do wody wszystkiego, co ma wydane, i następnie na mieszaniu pierwszym lepszym patykiem w tej wodzie - aż do skutku. Z trudnością także przychodzi mu odróżnić smalec od ekstraktu mlecznego Liebiga, skutkiem czego kilkakrotnie podał nam herbatę dość osobliwie przyprawioną."  
Murzyni przez Europejczyków traktowani są jak dzieci, bezwolni i podporządkowani, już nie niewolnicy, ale jeszcze nie obywatele. Misje mają za zadanie wychowywać, kształcić i ukulturalniać; narzeka się tu na zgubny wpływ Arabów, którzy nadal trzymają niewolników na plantacji "gwoździków" (tj. goździków). Niektórzy tubylcy wyglądają nader malowniczo z wszczepionymi w wargi, czy nos kawałkami drewna zwanymi pelele, lub w perukach z pawiana (co na Sienkiewiczu zrobiło ogromne wrażenie i od razu wyraził chęć zakupu takiego nakrycia głowy). 

Niewolnice przy pracy, rycina z książki Buch der Entdeckungen, Berlin 1898r.

Niestety, Sienkiewicz dostaje febry. Podczas polowania wstrząsają nim dwa ataki, a jak wieść niesie, trzeci jest śmiertelny. Wraca parowcem "Pei-Ho", którego wyczekiwał z utęskinieniem podczas pobytu w szpitalu w Bagamoyo: "Już na tydzień przed terminem prosiłem towarzysza, by zakupił bilety, mimowoli bowiem przypuszczałem, że febra nie może przyczepić się do człowieka, który już zapłacił za odwrotną drogę."
Co ciekawe, młody, wówczas 23-letni hrabia Tyszkiweicz prowadzi dziennik podróży na bieżąco, śląc do rodziny listy ilustrowane fotografiami, które namiętnie robił podczas wyprawy. Dziennik ów znajduje się w zbiorach Trockiego Muzeum Historii Zamku. 
Właściwie czytając Listy, odkryłam Sienkiewicza na nowo. Mam wielką ochotę sięgnąć po Listy z podroży po Ameryce, które ponoć są jeszcze zabawniejsze. Lubie lektury, z których można się dużo dowiedzieć - nie tylko o otaczającym nas świecie, ale i o tym, który przeminął. Dziś po budynkach kolonizatorów niemieckich w Bagamoyo zostały ruiny, nie ma już plemion ludożerczych, ale wiele ze spostrzeżeń Sienkiewicza jest aktualnych. Znalazłam również kilka nazw i słów, na które wcześniej nie udało mi się natrafić, lub znałam ich inne znaczenie, jak na przykład luciola (moja ulubiona piosenka Maanamu) są to żuki-świetliki. 

Wytłaczana okładka i grzbiet Pism Sienkiewicza.