Baron Münchhausen - Gotfryd August Bürger [1927r.]

Patologiczny kłamca, którego nazwisko przeszło do historii i jest synonimem bujd na resorach - Baron Hieronymus Carl Friedrich von Münchhausen jest postacią historyczną, ale od dwóch niemal stuleci jego postać sprzęgła się z niestworzonymi anegdotkami, które snuł (całkiem poważnie) w kręgach znajomych. Münchhausen, żyjący w latach 1720-1797 był niemieckim oficerem, i podróżnikiem, a służył miedzy innymi w armii rosyjskiej.

Jego przygody opowiadane z ust do ust zostały spisane najpierw anonimowo, i kolejno rozszerzane przez Rudolfa Raspe (jak przeczytałam we wstępie był on archeologiem i geologiem), następnie Gotfryda Augusta Bürgera - właśnie wydanie oparte na Bürgerze mam w swojej kolekcji. Jest to niezbyt obszerna książeczka (całe sto stron!), w której "Pan baron opowiada o swych przygodach" w Rosji (w tym w Polsce), a także o wyprawach morskich.

Humor zawarty w książeczce jest tak niedorzeczny, że mojemu dziecku, moim zdaniem słusznie zresztą, przyszły na myśl skojarzenia z grupą Monty Pythona; abstrakcyjne są sytuacje na polowaniu, kiedy baron nicuje gołą ręką wilka, albo wówczas, kiedy "uwalnia" lisa od jego futra, a "rozebrane" zwierze po prostu ucieka. Ale najsławniejszą blagą Münchhausena jest jego lot na armatnich kulach, kiedy to jako szpieg chce się zakraść do obozu wroga, ale w połowie drogi się rozmyśla i "łapie" kulę z przeciwnej strony. Cała zresztą książeczka dosłownie naszpikowana jest podobnymi bajeczkami.

W 1989 roku na ekrany kin wszedł brytyjsko-niemiecki film Przygody barona Munchausena z gwiazdorską obsadą, będący luźną ekranizacją anegdot o sławnym szlachcicu; barona zagrał wybitny filmowy i teatralny aktor John Neville, dalej w obsadzie znaleźli się Oliver Reed, a także Robin Williams i Uma Turman. O Monty Pythonie wspomniałam nieprzypadkowo, ponieważ to właśnie Terry Gilliam jest twórca filmu, a w produkcji pojawił się także Eric Idle.

Książeczka jest zabawna, krótka, i chyba na twarzy największego nawet ponuraka wywoła uśmiech. Choć moje wydanie pochodzi z 1927 roku, to nie jest unikatem, ponieważ kilka lat temu pojawiło się wznowienie. Polecam, ot na kocyk, na plażę, na piknik, w każdym razie na wakacje.

Potępienie Paganiniego - Anatolij Winogradow

Beletryzowana biografia jednego z największych skrzypków wszech czasów, Niccola Paganiniego została wydana w 1936 roku. Anatolij Winogradow, rosyjski historyk i kierownik Biblioteki Państwowej ZSRR im. Lenina jest autorem powieści Trzy barwy czasu, oraz rysów historycznych o braciach Turgieniew, Stendhalu oraz Byronie. Jednakże najbardziej jego znaną powieścią jest Potępienie Paganiniego, wznawiane w Polsce wielokrotnie. Powieści Winogradowa były wielokrotnie krytykowane za błędy faktograficzne, a sam pisarz zginął w 1946 roku w wieku 58 lat popełniając samobójstwo, raniąc żonę oraz pasierba.
Moje wydanie (tzn. jedno z wydań, które posiadałam, bo do niedawna miałam dwa) pochodzi z 1959 roku, a zostało wydane nakładem PIW.

Od pierwszych stron coś mi w powieści nie grało. Nie umiałam powiedzieć, co dokładnie. Ale po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że styl budowania zdań przypomina mi nieznośnie relację z piłkarskiego meczu. Krótkie, opisowe zdania, tchną suchością i cierpkością. Podczytałam również co nieco o genialnym skrzypku i jak na biografię, Winogradow zostawił sobie sporą dowolność, jak na przykład w czasie, kiedy Paganini zniknął na kilka lat, podczas których odbywał karę więzienia, Winogradow obdarował go romansem i cichym życiem ogrodnika. Winogradow pisze o polskim skrzypku, Duranowskim, który zmarł w więzieniu, a złośliwa plotka miała świadczyć o Włochu. Prawdopodobnie autor posiłkował się hagiografią Juliusa Schottky'ego, co wyszło jednak powieści na dobre - wspaniale opisana jest technika genialnego skrzypka i jej wydźwięk u publiczności.

Wątek karbonaryzmu wydaje się również wymuszony i poprowadzony dość chaotycznie. Szkoda wielka, bo prócz perypetii Paganiniego czytelnik miał szansę na wspaniałe tło historyczne.
W otoczeniu kompotu z porzeczek i groszku z ogrodu :)

Co do samego Niccolo Paganiniego jego geniusz po trosze wynikał z predyspozycji genetycznych - prawdopodobnie jego wygląd zewnętrzny (był często porównywany do diabła przez chudą ciemną twarz z wydatnym nosem, oraz niezwykłej długości palce) spowodowany był zespołem Marfana. Wpływ na wczesne wejście Niccola w świat muzyki miał również despotyczny ojciec, który w tresurze dziecka upatrywał źródło zysku. Ale przede wszystkim Paganini był wielkim eksperymentatorem, który przez lata ulepszał technikę gry poprzez niemal naukowe podejście do instrumentu.

Do Potępienia miałam, przyznam się szczerze dwa podejścia, jedno nieudane w wakacje 2006 roku, i jedno udane - w wakacje 2017. Niestety, Winogradow mnie specjalnie nie urzekł. Nie twierdzę, że była to strata czasu, ale czytałam lepsze biografie beletryzowane; pierwszy lepszy przykład to "Autor, autor" Davida Lodge'a.

Quo Vadis - Henryk Sienkiewicz [wydanie z 1924r.]

Hollywoodzką ekranizację Quo Vadis z 1951 roku znam niemal na pamięć, bo - oprócz Za horyzontem - to był mój ulubiony film na wideo (kiedy jeszcze oglądało się filmy na wideo). Długo szukałam wydania książki, które by mnie zadowoliło, aż w zeszłym roku z gliwickim antykwariacie, do którego mam słabość, nabyłam przedwojenny egzemplarz wydawnictwa Gebethner & Wolff.

Do tej pory, nie licząc nowel czytanych w szkole, oraz Listów z Afryki, które szczerze mnie oczarowały, nie przeczytałam ani jednej powieści Sienkiewicza. Więc czas najwyższy nadrobić stracony czas i poświęcić temu wielkiemu pisarzowi należytą uwagę. Quo Vadis od pierwszych stron dosłownie przeniosło mnie w inną czasoprzestrzeń - miałam wrażenie, że nie czytam powieści, powiedzmy w miarę współczesnego nam pisarza, a kronikę spisywaną przez Rzymianina. Mnogość i różnorodność typowo rzymskim obyczajów, znajomość nomenklatury (ubiory, architektura, wnętrza, etc), sprawiała że powieść ożyła, a losy patrycjuszy zdawały się tym bardziej prawdziwe.



Quo vadis z początku, jak większość ówczesnych powieści była wydawana w odcinkach w warszawskim periodyku, Gazecie Polskiej w latach 1895-96, już rok później ukazała się w formie kodeksu na rynku wydawniczym. Powieść z czasów Nerona była największym sukcesem Sienkiewicza i już w pierwszych latach po ukazaniu się została przetłumaczona na pięćdziesiąt siedem języków; powieść była również wielokrotnie ekranizowana oraz przenoszona na deski teatrów. Jej niebywały sukces przypieczętował przyznanie Sienkiewiczowi w 1905 roku literacką nagrodę Nobla, którą otrzymał za całokształt twórczości.
Pochodnie Nerona, Henryk Siemiradzki, 1877 r. źródło: wikipedia.pl

Choć Quo Vadis jest z pozoru opowieścią o wielkiej miłości Marka Winicjusza, rzymskiego patrycjusza i żołnierza do zakładniczki rzymskiej, ślicznej ligijki Kalliny (Ligowie zamieszkiwali między innymi tereny przedsłowiańskiej Polski), to tło historyczne oraz mnogość autentycznych postaci nadaje powieści rys epicki. Także symbolika postaci, oraz scen może wydawać się na pierwszy rzut oka nieoczywista, jednak skojarzenie walki Ursusa (olbrzyma o gołębim sercu) będącego również jak Kallina Ligiem, z turem germańskim ma wydźwięk wręcz proroczy. Znaczący jest także dualizm pomiędzy przemianą Winicjusza w chrześcijanina, oraz upadkiem arbitra elegancji, Petroniusza, symbolizującego starych bogów. Pięknie nakreślone są także postaci św. św. Apostołów Piotra i Pawła - święty Piotr, od którego tchnie miłosierdzie boże dodaje otuchy męczonym chrześcijanom i daje nadzieję na wybawienie. Postacią dość ważną dla akcji, a w filmach niestety pomijaną jest oszust, pseudofilozof, Grek Chilon Chilonides, który dla pieniędzy i zaszczytów wydaje chrześcijan na śmierć, ale pod wspływem grozy igrzysk nawraca się i odkupuje winy ochrzczony przez samego Apostoła. Neron zaś opisany przez Sienkiewicza jest mało utalentowanym artystą o gargantuicznych aspiracjach, oraz tyranem i szaleńcem, wyżynającym w pień nawet zaufanych popleczników, którzy nie przyklaskiwali jego pieśniom jak należy.
Pocztówka ze sceną z „Quo Vadis”: „Ligia porzuca dom Aulusa”, Domenico Mastroianni, 1913r. źródło: wikipedia.pl

Kilka słów o prawdziwych wydarzeniach opisanych w powieści: w 64 roku n.e. Rzym rzeczywiście spłonął. Był to jeden z najdotkliwszych pożarów jaki dotąd opanował Wieczne Miasto. O podpalenie lud oskarżył Nerona, panującego wówczas bezlitosnego cezara, a ten chcąc się oczyścić z zarzutów skierował podejrzenia na nielegalną sektę, szerzącą się wówczas wśród wszystkich warstw społecznych, szczególnie zaś wśród niewolników i rzemieślników. Rozpoczęły się masowe prześladowania chrześcijan, którzy według Tacyta ginęli rzucani na pożarcie zwierzętom oraz krzyżowani i paleni. Jednakże ten holokaust odbywał się nie jak powszechnie się uważa w słynnym, stojącym po dziś dzień koloseum, a w cyrku Nerona, będącą jednym z wielu podobnych aren Rzymu (samo koloseum zbudowane zostało przez Flawiuszów kilka lat po śmierci tyrana).
Apostoł Piotr i Ligia, Piotr Stachiewicz, 1938, źródło: wikipedia.it

W zeszłym roku Quo Vadis zostało przypomniane podczas Narodowego Czytania. Z tej okazji dałam w mój egzemplarz przybić okolicznościową pieczęć. Po Powieści z czasów Nerona mam ochotę co jakiś czas dawkować sobie Sienkiewicza. 

Jak czytam? Czytelnicze refleksje po lekturze "Książki o czytaniu" Justyny Sobolewskiej

Czytając Justyny Sobolewskiej "Książkę o czytaniu" co i rusz nachodziły mnie refleksje: jak czytam? jakim jestem czytelnikiem? dlaczego podoba mi się to, a tamto już nie? Książeczkę połknęłam dosłownie na raz, po dość długim książkowym kacu, a potem się posypało, Sobolewska otworzyła mi książkowy worek i w tydzień przeczytałam siedem książek! Niedawno autorka gościła w Rybniku i miałam okazję posłuchać o jej rodzinnym księgozbiorze i osobistych doświadczeniach z czytaniem. Sobolewska natchnęła mnie i postanowiłam wyjść z czytelniczego cienia i opowiedzieć jak czytam.

Pani Justyna Sobolewska z wizytą w PiMBP w Rybniku

Nie lubię czytać na dworze, bo mi zbyt jasno, a wiatr wpycha mi niesforne włosy do nosa, oczy i ust. Ale uwielbiam akcje czytelnicze w plenerze, takie jak Rybnik Czyta! Czytam praktycznie wszędzie: w komunikacji miejskiej, w kolejkach, a kiedy kupowałam Przekrój (jeszcze tygodnik i jeszcze krakowski), zaczynałam czytać idąc. Tylko na jednej jedynej drodze nie potrafię czytać, bo telepie jak szalone i nie widzę liter. Mama czasem czyta mi co fajniejsze fragmenty i dzięki niej sięgnęłam po serię o Arystokratce na zamku Kostka, a także po serię o komisarzu Becku (ostatnio przeczytałam Zamknięty pokój i nie mogę przestać chichotać jak sobie przypomnę próbę sforsowania drzwi do mieszkania podejrzanych). Niekiedy dzwonimy do siebie z pytaniem, która co ma, bo dzielimy się w znacznej mierze księgozbiorem. I tak znalazłam maminego DeMello, którego upierałam się, że nie mam i wzięłam jeszcze jednego z wymiany (i w rezultacie miałam dwa).

Książki nałogowo zbieram. Znoszę do domu jak bezdomne zwierzątka. Tak, boję się o wytrzymałość stropu. Podczas tąpnięcia (mieszkam na Śląsku) byłam stuprocentowo pewna, że dom się wali przez mój księgozbiór. Kiedyś w przedpokoju miałam szafkę na odkurzacz i słoiki, ale wykręciłam z niej drzwiczki i wsadziłam książki. Dziś (zbyt mała) szafka została zastąpiona przestronnym regałem. Łóżko to bezapelacyjnie moja strefa komfortu. Mam tu wszystko, czego mi potrzeba - lampkę, kącik na kubek (przeważnie jest to kawa, której smak po prostu kocham i po południu często wybieram kawę bezkofeinową). Do czytania lubię pogryzać coś dobrego, obojętnie: makaroniki, chrupki kukurydziane, czekoladę. Za to toaleta jest jedynym pomieszczeniem w całym domu, pozbawionym książek (choć zdarza mi się relaksować z książką w wannie) i tu zgadzam się z Jerzym Pilchem, że to nie jest odpowiednie miejsce do trzymania książek.


Od wielu lat uczęszczam (z przerwami) na DKK i najbardziej mnie dziwi, że każdy pamięta coś innego, jakbyśmy każdy z członków czytał zupełnie inną książkę!

Uwielbiam powieści czytane w radio. Moje ulubione to oczywiście wspominana wielokrotnie Kobieta z prowincji czytana przez znakomitą Ewę Dałkowską, Królowa Margot (byłam jeszcze narzeczoną i często jeździłam do Adama autobusem po drodze słuchając niekiedy strasznie szuszczącego radia) czytana przez Andrzeja Ferenca, oraz trójkowa adaptacja Niani w Nowym Jorku w interpretacji Joanny Brodzik.

Przeważnie czytam w ciszy, choć cały dzień może u mnie lecieć dwójka z radioli lub jakaś płyta (gramofonowa off course).

Jak układam książki? Staram się autorami. Ale i wydawnictwami. I seriami. Ale na środkowej półce środkowego regału stoją moi ukochani: Hardy, Woolf, Austen, Shafak, Murakami, Dehnel, do niedawna Roddy Doyle, ale wypchnęła go Gaskell. Z lewej starocie. Karaktery i Czarne mam osobno. Dalej Rosjanie i Francuzi. Zbieram Fiedlera i Hemingwaya, a także nowe wydania mojego ukochanego Steinbecka. Literaturę obozową i wspomnienia z gett trzymam osobno. Znalazło się na moich półkach dużo filozofii, którą oboje z mężem studiowaliśmy, a także mężowy survival i s-f. Nie mogę się oprzeć serii BN, a spis Kolibrów nosze stale przy sobie, tak na wszelki wypadek, bo je zbieram i strasznie chciałabym "zebrać je wszystkie". Szczerze? Marzy mi się układ księgozbioru według UKD, ale to wymaga miejsca, którym niestety nie dysponuję.

Kiedy widzę na półce dziurę po książce, jestem podenerwowana i od razu zwalam winę na domowników, bo ktoś wziął bez pytania i nie odłożył. To zawsze jestem ja - wyciągam coś do czytania i nie pamiętam o tym. Mam regał wstydu, choć teraz się wszystko wymieszało i została po prostu "długa lista książek do przeczytania", która się wydłuża i wydłuża w nieskończoność. I cały czas dochodzą nowe pozycje, a bo to ktoś coś polecił, bo wyszło coś fajnego, bo wznowili.

Zakładki. Uwielbiam te ładne, kolorowe, skądś, z wakacji, od koleżanki, etc., ale przeważnie zakładam przypadkowymi papierkami. Ostatnio front opakowania od czekolady Wiener melange, ale zdarza się chustka higieniczna (nieużyta!), papierek po cukierku, żółta karteczka, paragon, bilet, widokówka, kartka z kalendarza, itp. Dlatego fajnie, że niektóre książki mają tasiemki!
Zdjęcie mojego autorstwa

Pisanie po książkach. Tak, ale delikatnie ołówkiem, o ile to moja własna książka. Przeważnie nalepiam karteczki indeksujące, ale kiedy mam podkreślić tylko kilka zdań, czy zapisać coś na marginesie, wolę ołówek. Żadnych tam odblaskowych zakreślaczy! Często przepisuję cytaty do zeszytu.

Właściwie mogę tak wyliczać w nieskończoność – że kiedy zacznę książkę, to muszę doczytać przynajmniej do pełnego rozdziału, albo jak już „zaskoczy” i poczujemy do siebie miętę, do setnej strony; że wolę najpierw przeczytać książkę, a potem obejrzeć ekranizację, ale często jest odwrotnie, bo mnie ekranizacja bądź serial zaciekawi. Za to nie czytam blurbów, opisów i recenzji ani filmów ani książek, które naprawdę chcę przeczytać, by sama wyrobić zdanie o nich.

Jestem również niezmiernie ciekawa Waszych czytelniczych przyzwyczajeń, obiecuję, że nie będę krzyczała, jak ktoś zagina rogi ;)

Dziennik z podróży do Rosji - John Steinbeck, Robert Capa

W 1947 roku Amerykanie literat, John Steinbeck oraz fotoreporter wojenny, Robert Capa udali się ze swoistą rewizytą do kraju Ilji Ilfa i Eugeniusza Pietrowa. Choć to oczywiście czysty przypadek postanowiłam zestawić obie podróże, co z kulturowego punktu widzenia można odczytać symbolicznie. 
Po wojnie coraz bardziej nasilały się nastroje antysowieckie, a powtarzane plotki o mającej nastać kolejnej wielkiej wojnie podsycane były przez opiniotwórcze dzienniki a także zwykłych mieszkańców Ameryki. Wszyscy skupieni byli na polityce i domniemaniach co do poczynań Stalina, a "nikt nie pisze o rzeczach, które interesują nas najbardziej - zaznacza Steinbeck - Jak ubierają się Rosjanie? Co jadają na kolację? Czy urządzają przyjęcia? Jaka jest tamtejsza kuchnia? (...) Pomyśleliśmy, że dobrze by było dowiedzieć się tego wszystkiego, sfotografować to." Ponadto autor pisze o niezrozumiałej dolegliwości, która trapi obie strony: "Odkryliśmy, że tysiące ludzi cierpi na coś w rodzaju ostrej moskwofobii - stanu, którego objawami była wiara w każdy absurd i ignorowanie faktów. Oczywiście, w swoim czasie uświadomiliśmy sobie, że Rosjanie cierpią na odmianę tej samej choroby, waszyngtonofobię."
źródło zdjęcia: LubimyCzytac.pl

Powstał plan podróży po Związku Radzieckim, który o dziwo dla zainteresowanych zaczął się klarować. I tak uzbrojony po zęby w aparaty, tysiące rolek klisz fotograficznych i stosowne fotograficzne utensylia Robert Capa, oraz zaopatrzony jedynie w literackie zdolności i ryzę papieru John Steinbeck pojawili się w Moskwie. I tu od razu zaczęły się piętrzyć niewielkie, ale dokuczliwe przeszkody, bowiem John Newman, który miał przygotować w Rosji wszystko na przyjazd wycieczki, depesz nie otrzymał, ponieważ gościł na targach futrzarskich. Steinbeck i Capa zmuszeni byli więc "wprosić się" do apartamentu korespondenta, bu nie spać na ulicy. I co niedopuszczalne w kodeksie korespondentów, wyżłopali Newmanowi whiskey.

Podróżnikom została przydzielona tłumaczka, Swietłana, "porządna dziewczyna", ubierająca się zgodnie z ówcześnie panującą stonowaną modą, nie stosująca na ogół makijażu i ostentacji w wyglądzie. Panowie od razu przemianowali ją na Sweet Lanę. Skoro wycieczka miała być objazdowa, jak to sobie obaj podróżnicy zaplanowali, zaczęto od zwiedzania Moskwy; Steinbeck porównuje jej czyste ulice i równe chodniki z tymi, które widział przed ponad dekadą. Zadziwiły go setki nowych budynków mieszkalnych, postawione na miejsce niegdysiejszych obskurnych chatynek. Jednak da się zauważyć pomnikomanię i wszechobecną stalinomanię. Pozwolenia, biurokracja (połączona ze schizofreniczną podejrzliwością) posunięta do granic absurdu - od zamówień w lokalu gastronomicznym, do pozwolenia na fotografowanie, czy opuszczenie Moskwy. Steinbeck narzeka, że więcej spędzają z Capą w pokoju, niż gdziekolwiek indziej.

Kijów jest nazywany spichlerzem ZSRR; w czasie wojny zniszczony w takim samym stopniu jak nasza Warszawa, równie jak ona podnosi się po wojnie z kolan, choć znacznie wolniej. Przy odbudowie miasta pracują przymusowo jeńcy niemieccy; to ci sami żołnierze, którzy rujnowali miasto jeszcze kilka lat temu. Mieszkańcy miasta myślą o przyszłości, jak każdy w Związku Radzieckim: "Chyba nikt nie czerpie takiej energii z nadziei , jak Rosjanie", nieustannie myślą o tym, co dobrego może przynieść przyszłość.

Podczas wizyty w jednej z ukraińskich wiosek, w której właśnie odbywają się żniwa, spotykają Wandę Wasilewską, polską poetkę i działaczkę komunistyczną, i jej męża Aleksandra Korniejczuka, ukraińskiego pisarza. Wieś jawi się dostatnio, a ludzie wyglądają na szczęśliwych. Steinbeck sam zastanawia się nad tym, jaki obraz powojennej Rosji mu zaproponowano i dochodzi do wniosku, że Rosja wyciąga najlepszą zastawę, by należycie przyjąć zagranicznych gości, by pokazać się z najlepszej strony. "Owszem, było to coś w rodzaju przedstawienia. Mieszkańcy wioski chcieli się pokazać z jak najlepszej strony. Nie inaczej niż farmer z Kansas podejmujący swoich gości." Całości obrazka dopełniła malownicza Gruzja, której urokowi podróżni nie mogli się oprzeć.

Dziennik z podróży do Rosji obfituje także w arcyzabawne perypetie samych podróżników; Steinbeck pisze o "wszystkomającym" szwajcarskim scyzoryku, który nabyli specjalnie na tę eskapadę, a z tysiąca funkcji ostrz i możliwości technicznych wynalazku korzystali jedynie z funkcji... krojenia kiełbasy. Uśmiałam się kiedy czytałam o fotoreporterze kradnącym nałogowo książki kolegom, nawet kiedy byli w trakcie czytania. Także rozdział, w którym to Capa przejmuje pióro i skarży się na Steinbecka (oczywiście z przymrużeniem oka) jest uroczy i sporo wnosi do wiedzy o prywatnym życiu pisarza.

Właściwie spodziewałam się po Dziennikach dość smętnego obrazu powojennej Rosji, a dostałam barwną relacje w naprawdę dobrym stylu (o to byłam spokojna) i z zabawnymi momentami (na które liczyłam, znając pióro Steinbecka). Nie raził mnie optymizm książki, wręcz przeciwnie, wierzę, że pomimo całej politycznej sieczki tamtych czasów, to były czasy nadziei, przecież skończyła się w wojna, która już nigdy miała się nie powtórzyć.

Ameryka jednopietrowa [1937 r.] - Ilja Ilf, Eugeniusz Pietrow

W drugiej połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku, niemalże w przededniu wybuchu II wojny światowej, dwaj niepozorni literaci w okularach w rogowych oprawach wypłynęli promem "Normandia" z Hawru do Nowego Jorku. Tymi literatami byli znani z arcyzabawnej komedii 12 krzeseł, Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow. Ameryka jednopiętrowa jest zapisem wielkiej podróży po Stanach Zjednoczonych, opisem ówczesnego stylu życia i ciekawostek, nie tylko z perspektywy Rosjan, ale z perspektywy Europejczyków w ogóle. 

Wiele zdań w wydanej w 1937 roku książce zdaje się być nadal aktualnych: "Nowy Jork nie należy do miast, w których można chodzić powoli. Ludzie nie chodzą tutaj, lecz biegają kłusem". Jedząc w miejscowych restauracjach poczynili kolejną obserwację, a otóż, iż Amerykanie również w pośpiechu jedzą, a właściwie "zaopatrują się w pokarmy, jak motor zaopatruje się w benzynę". 


Nowy Jork - odniosłam wrażenie - onieśmielił autorów i przyprawił o palpitację serc, choć bardzo starali się tego nie okazywać w swoim reportażu. Zwłaszcza ciekawie skomentowali rzęsiste oświetlenie ulicy Broadway: "Ma się po prostu wrażenie, iż zapalenie jeszcze jednej choćby lampki spowodowałoby jakąś świetlną katastrofę, która zniszczyłaby wszystko dookoła. Na szczęście jednak lampki takiej nie ma gdzie wetknąć."

Zdumiała autorów także nędza w tym tak bogatym skądinąd społeczeństwie; niezmiernie gorzki był rozdział poświęcony noclegowni Armii Zbawienia. Dość nieoczekiwanie Ilf i Pietrow zabawili również w czynnym wówczas jeszcze więzieniu Sing-Sing. W ogóle korzystali na 100% z rozrywek, które im gorąco polecano, albowiem udali się i na galę boksu oraz na wrestling - w największej i najsłynniejszej wówczas sali widowiskowej, Medison Square Garden, a także obejrzeli szumnie oklaskiwaną burleskę, która zrobiła na nich żałosne wrażenie "zmechanizowanej, że wydaje się produktem seryjnej fabryki". Jedynie rodeo przypadło im do gustu, choć nie bardzo wiem czemu. 


Masy osób, z którymi zawarli znajomość na bankietach i koktajlach pewnie sami nie potrafiliby zliczyć. Każdy z nowych znajomych polecał podróżnych kolejnym, a ci zaś swoim znajomym. Tak też zawarli znajomość z bawiącym przejazdem w Nowym Yorku Hemingwayem oraz znanym w Rosji Johnem Dos Passosem, z którym spędzili sporo czasu zwiedzając miasto.

Że Ameryka to nie tylko Nowy Jork nie trzeba nikogo przekonywać, więc dwaj rosyjscy śmiałkowie udali się w podróż samochodem wgłąb kraju. W towarzystwie młodego małżeństwa, państwa Adamsów, wyruszyli Fordem z drugiej ręki po drogach Ameryki - tu również tłok i ruch niezwyczajny, do którego panowie nie byli przyzwyczajeni. Jednak w tym bezmiarze dzikiego pędu znaleźli oazę spokoju w postaci stacji "gazolinowej" z uprzejmym "service'em".

Dlaczego Ameryka "jednopiętrowa"? Wyjechawszy z Wielkiego Jabłka większość podróży upływa podróżnikom na mijaniu niewielkich miasteczek, bezbarwnych i zdawałoby się i powielonych jak od kalki: z główna ulicą nazwaną nieodmiennie Main Street; "Jeżeli wjazdowi do pierwszego małego miasteczka towarzyszy pewne wzruszenie, wywołane oczekiwaniem na coś nowego, to w drugim miasteczku uczucie to stygnie, w trzecim ustępuje miejsca zdziwieniu, w czwartym - ironicznemu uśmieszkowi, a w piątym, siedemnastym, osiemdziesiątym szóstym i sto pięćdziesiątym - zamienia się w zupełną obojętność (...)"


Jak się podróż zakończyła - nie umiem powiedzieć - tom skończył się w połowie! Czy Ameryka nieznana tychże autorów jest kontynuacją Ameryki jednopiętrowej? Czy nagłe pogorszenie się zdrowia Ilfa i w rezultacie jego śmierć w 1937 roku przerwała plany podróżnikom na tyle skutecznie, że uniemożliwiła dokończenie reportażu? Mam poważny niedosyt, ale znikąd informacji na kluczowe pytanie: i co było co dalej?!

Hm, tak to jest, jak się czyta osiemdziesięcioletnie książki. Ale jak się tu takiej oprzeć? Pachnie tak ślicznie, kusi twardą oprawą, zalotnie ukazuje pieczątki dawnych właścicieli, wypożyczalni i czytelni; "Ameryka jednopiętrowa", przekład autoryzowany Zofii Maliniak, Warszawa, Wydawnictwo Współczesne, numer 2383 Wypożyczalni Książek "Nowa Książka", mieszczącej się we Lwowie przy ulicy Kopernika 33...

Żyj jak rolnik. 100 sposobów jak żyć w zgodzie z naturą - Niklas Kampargard

Większość ludzi właśnie szlifuje formę na lato, a ci bardziej przezorni - myślą już o zimie! Jak być samowystarczalnym i żyć blisko natury, a także jak zaopatrzyć domową spiżarnię i piwnicę podpowiada w książce Żyj jak rolnik Niklas Kampargard. Autor sam wychował się w niewielkim, malowniczo położonym gospodarstwie, więc wiedzę czerpie z doświadczenia swojego i swojej rodziny.


Żyj jak rolnik to bogato ilustrowane kompendium wiedzy, które pozwoli na samodzielne prowadzenie gospodarstwa domowego, podzielone jest na sto mikro-rozdziałów ułożonych tematycznie: Zieloni dobroczyńcy oprowadzeniu zrównoważonego ogrodu pozbawionego chemii, a pełnego dobroczynnych roślin, z których można uzyskać domowe leki na różne dolegliwości; rozdział Zwierzęta w gospodarstwie dotyczy wyboru i opieki nad podstawowymi zwierzętami gospodarskimi, Mięso na talerzu opisuje własnoręczny ubój, obróbkę mięsa i skóry, a także rękodzieło kaletnicze. Owoce i warzywa - ten rozdział zajmuje się pielęgnacją roślin, zwłaszcza drzew owocowych, wyborem i uprawą krzewów, ale co najciekawsze, sposobem przechowywania płodów lata w postaci "babcinych" soków, musów itp. Rozdział ten naturalnie przechodzi w kolejny pod tytułem Uprawa, z którego czerpiemy informację o zbieraniu nasion, uprawie roślin w przydomowej szklarni i ochronie roślin bez użycia szkodliwych pestycydów. Każdy się zgodzi, że ogród żeby żył potrzebuje owadów, a jak chronić te pomocne, a bronić dostępu niszczycielom upraw dowiemy się z rozdziału Naturalny ogród. Kolejne rozdziały: Planowanie i budowa, Budynki gospodarcze, Dawne metody oraz Prąd i pojazdy nastawione są na techniczną stronę funkcjonowania farmerskiego domu. Dowiemy się nie tylko jak przygotować drzewo na zimę, ale i jak funkcjonuje i czy się opłaca zainwestować we własne źródło zasilania w postaci na przykład turbiny wiatrowej, czy paneli słonecznych. 


Żyj jak rolnik jest nie tylko książką dla "ludzi ciekawych wszystkiego", ale i dla tych, szczególnie młodych osób, które zdecydowały się na zamieszkanie we własnym domu, prowadzenie mini-gospodarstwa z własnym warzywniakiem i owocami, z których można robić na zimę soki dla dziecka, czy z zielononóżkami dającymi jajka eko. To bardzo pozytywny trend, który warto propagować. I choć książka jedynie zarysowuje wiele problemów i sygnalizuje kierunek, to warto zwrócić na nią uwagę, ponieważ w prosty i przystępny dla laika sposób tłumaczy wiedzę, która powoli bezpowrotnie zanika.

Ta książka niezmiernie przypadła do gustu mojemu mężowi, który - oprócz survivalu - pasjonuje się poradami gospodarskimi i dla majsterkowiczów. Mnie zaciekawiły zwłaszcza porady dotyczące uprawy ogrodu, przechowywania zbiorów (świetny pomysł z próżniowym pakowaniem owoców i przechowywaniem ich w zamrażalce - takie maszyny do próżniowego pakowania oglądaliśmy niedawno na targach i zrobiły na nas pozytywne wrażenie), i pozbywaniu się ślimaków, które - nie wybaczę im nigdy! - zeżarły moją rzodkiewkę do imentu.

Za możliwość zdobycia wiedzy dziękuję wydawnictwu Edipresse.

Światowy Dzień Książki - vintage zdjęcia książek

Z okazji Światowego Dnia Książki chciałam Wam zaprezentować fotografie mojego autorstwa. Zdjęcia można oglądać na mini-wystawie w Czytelni PiMBP w Rybniku. 







 To tyle w oczekiwaniu na nowy "pisany" post. Chyba już do tradycji należy, że w kwietniu mam zastój i jestem o krok od zawieszenia blogerskiej działalności. Ale - większość głosów jest jednak za tym, żebym kontynuowała pisanie o książkach, szczególnie o #vintagebooks, starych książkach, mojej miłości do nich. 
Jestem jeszcze "winna" jeden wpis recenzencki, który - mam nadzieję, ukażę się w przyszłym tygodniu. Mam za sobą kilka niezłych książek, być może o dwóch skrobnę kilka słów. Majówka zapowiada mi się również książkowo, ale o tym w przyszły weekend. 
Miłej niedzieli, Kochani!

Podsumowanie marca

Przeważnie nie robię podsumowań, ale jeśli już jakieś robię, to obejmuje ono cały miesiąc;) W marcu ukazał się tylko jeden post; byłam zajęta tyloma sprawami, że nawet moje czytanie uległo spowolnieniu, na co również miał wpływ jęczmień, który trudno się leczył, i migrena, która mnie wyautowała na kilka dni.

Ale od początku.
Spotkanie autorskie z Evženem Bočkiem

10 marca miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w spotkaniu autorskim z Evženem Bočkiem, autorem Ostatniej arystokratki i Arystokratki w ukropie. Spotkanie było częścią polskiego "tourne" pisarza, a zjawił się w Rybniku na zaproszenie Dyskusyjnego Klubu Książki. Audytorium wypełnione było po brzegi, a publiczność reagowała żywiołowo; niekiedy obywało się bez tłumacza (który jest także wydawcą Bočka), ponieważ część Rybniczan może się poszczycić znajomością języka czeskiego. Autor wyznał, że wstawał o 4 rano (jest kasztelanem na zamku, będącego pierwowzorem Kostki) i pisał 2 strony, następnego dnia wstawał o 4 rano i zmazywał ¾ tego, co uprzednio napisał – taki żmudny proces trwał osiem lat. Właściwie tylko tyle udało mi się zapisać, bo ryczałam ze śmiechu, kiedy autor opowiadał o pracy na zamku, o tym, jak udało mu się sprzedać pierwsze 1500 egzemplarzy Arystokratki, itp.
Sala wypełniona niema po brzegi

15 marca odbyło się spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki. Tym razem omawianą lektura było Małe życie Hanyi Yanagihary. Powieść zaczyna się jak konwencjonalna kronika przyjaźni czwórki mężczyzn będących u progu dorosłości, by przejść w pełną traumy opowieść, która dosłownie łamie serce. Historia dzieje się jakby poza czasem, co czyni ją bardzo uniwersalną. Przyjaźń i poświęcenie pozostają na pierwszym planie. Ale powieść dotyczy wielu ważnych współczesnych wątków, takich jak wstyd, trauma z dzieciństwa, walka z własnym ciałem. Przyznam, że bardzo przeżyłam tę książkę. Nie potrafiłam sięgnąć dosłownie po nic. Yanagihara mną po prostu wstrząsnęła. Polecam ją ze szczerego serca, ale i ostrzegam, że to będzie najbardziej traumatyczna beletrystyka, jaką przeczytacie.

Po Małym życiu dałam radę przebrnąć jedynie przez appendix do Szkarłatnego płatkaJabłko. Michel Faber powraca do świata wiktoriańskich rynsztoków, ale próżno tu szukać odpowiedzi na pytanie, co się stało z bohaterkami Szkarłatnego płatka. Opowiadania skonstruowane są w ten sposób, by odsłonić jedynie rąbek tajemnicy, ale jeśli powieść zrobiła na Was wrażenie, nie zawiedziecie się na Jabłku.

Zaczęłam czytać Traktat o łuskaniu fasoli, ale po kilku stronach musiałam odłożyć (wrócę do niego po tym, co czytam teraz), zabrałam się także za Guguły, które będziemy omawiać na kwietniowym DKK. Zaczęłam oglądać SS-GB z Samem Rileyem (którego uwielbiam od czasu Control – do tego stopnia, że nawet przebrnęłam przez Dumę i uprzedzenie i zombie!). Serial całkiem niezły, ale nie wytrzymuje porównania z Człowiekiem z wysokiego zamku, czy filmem Vaterland z 1994 roku. Oczywiście automatycznie sięgnęłam po literacki pierwowzór Lena Deightona, który jest równie niespieszny (sic!) co serialowa fabuła. 

Powiedz przyjacielu i wejdź, czyli Dzień czytania Tolkiena w F4

W marcu odbyło się także dużo wydarzeń bibliotecznych również w naszej filii; obchodziliśmy dzień św. Patryka, oraz Dzień Głośnego Czytania Tolkiena. Musze się jeszcze pochwalić i zaprosić Was do czytelni PiMBP, gdzie można obejrzeć mikro-wystawę moich książkowych fotografii.
Zdjęcie mojego autorstwa, które można zobaczyć w czytelni PiMBP w Rybniku

Plany na kwiecień? Zabrać się ostro za nadrabianie lektur! A Rybniczan i mieszkańców okolicznych miejscowości zapraszam na kolejne spotkanie z cyklu Rybnik Czyta. Tym razem spotykamy się w CieKawej na Sobieskiego w niedzielę w samo południe. Chyba wezmę ze sobą Myśliwskiego:)

10 kobiet pióra, które przetarły szlak dzisiejszym pisarkom [część 1]

Z okazji Miedzynarodowego Dnia Kobiet chciałam przybliżyć dziesięć sylwetek niezwykłych kobiet pióra, które dzisiejszym pisarkom przetarły szlak. Nie było łatwo – pisarstwo kobiet postrzegane było jako niedorzeczność, miła fanaberia, zbywano te literackie próby pobłażliwymi komentarzami. Jednak coś się z tego urodziło, coś wielkiego i dobrego. Choć dzisiaj część owych pisarek jest zapomniana, a nazwiska znane są jedynie badaczom literatury, to warto je sobie przypomnieć. 
Dziś proponuję dziesiątkę pisarek zagranicznych - nie było łatwo wyłuskać dziesiątki spośród wielu wielu piszących kobiet. Już przy okazji Kobiety w czasach katedr pisałam o francuskiej pisarce epoki średniowiecza Christine de Pisan, a podobnych Christine było w całej Europie (i Azji - warto wspomnieć o Murasaki Shikibu, japońskiej pisarce sprzed blisko tysiąca lat!) wiele. 
Za tydzień zapraszam na dziesiątkę polskich pisarek, o których warto pamiętać.

Elizabeth Carter (1717 - 1806), poetka, pisarka, tłumaczka, członkini słynnych sawantek (Bluestocking), kręgu skupionego wokół Elizabeth Montagu. Tłumaczyła miedzy innymi Epikteta, co przyniosło jej sławę i majątek - szacuje się, że na tłumaczeniu zarobiła okrągła sumkę 1000 £ z subskrypcji. 
Elizabeth Carter, portret pędzla John Fayram; źródło: wikipedia


Elizabeth Montagu (1718 - 1800) była nie tylko pisarka, ale i reformatorką społeczną, mecenasem sztuki oraz współzałożycielką Bluestockings. Zaangażowana w życie społeczne i intelektualne dzięki intratnemu małżeństwu stała się jedną z najbogatszych kobiet swojej epoki - dzięki swojej fortunie mogła między innymi wspierać promocję literatury szkockiej. Prowadziła sławny "salon" - spotkania w domowym zaciszu, na którym bywały znane literackie osobistości. Montagu była nie tylko promotorką wielu pisarzy, ale i sama zajmowała się pisaniem. Do najważniejszych jej dzieł należą Dialogi zmarłych (Dialogues of the Dead) oraz An Essay on the Writings and Genius of Shakespeare - wielka obrona Szekspira przed atakiem francuskich dramaturgów, między innymi Voltaire'a. Pozostawiła także pokaźny zbiór listów. 

Manuskrypt An Essay on the Writings and Genius of Shakespeare; źródło: wikipedia

Hannah More (1745 – 1833) to nie tylko pisarka, ale i wybitna pedagog, oraz hojna filantropka. Wyemancypowana i wykształcona wiodła prym wśród ówczesnej bohemy literackiej Londynu. Należała do koła Bluestocking (na terenach Polski w XIX wieku działało koło Entuzjastek, o których pisałam przy okazji omawiania Wspomnień Pauliny Wilkońskiej), naukową organizacją zrzeszająca kobiety, do której należała m.in. wybitna matematyk Ada Lovelace. Jest autorką wielu umoralniających dramatów opartych na motywach z ewangelii. 

Hannah More, pędzla H.W. Pickersgilla, źródło: wikipedia

Frances Burney [Madame d'Arblay] (1752 - 1840), najbardziej znana jako pamiętnikarka o ciętym dowcipie i trafnym zmyśle obserwacji ludzkiej natury. Pisała od najmłodszych lat. Zasłynęła powieściami Evelina, Cecylia, Camilla oraz Wędrowiec. Evelina to powieść epistolarna będąca krokiem milowym w powieści obyczajowej - opisuje siedemnastoletnią bohaterkę, szykującą się do zamążpójścia. W czasach, kiedy tworzyła stawiana była w jednym rzędzie z Austen oraz Tackerayem; po śmierci większe zainteresowanie zyskały właśnie pamiętniki, w których ze swadą opisywała rolę kobiet w patriarchalnym świecie. 

Fanny Burney, portret pędzla Edwarda Francisa Burney'a; źródło: wikipedia


Elizabeth Inchbald (1753 – 1821) jako dziecko cierpiała na wadę wymowy, czego źródła badacze doszukują się w traumatycznych wydarzeniach z dzieciństwa. W wieku 18 lat wyjechała do Londynu do brata, który stawiał na scenie pierwsze kroki; młodziutka Elizabeth również spróbowała życia w świetle rampy, ku zdumieniu otoczenia okazała się znakomitą aktorką. Wyszła za mąż za dwa razy starszego doświadczonego aktora Josepha Inchnalda. Po śmierci męża grała jeszcze kilkanaście lat. Pisała właściwie przez całe życie, ale jej największy sukces przyszedł ze sztuką Lovers' Vows w 1798 roku - tę samą, która grają postacie w powieści Jane Austen Mansfield Park. Jej pisarstwo, choć dziś może nieco zapomniane, na Wyspach Brytyjskich uchodzi za ważny głos w sprawie emancypacji kobiet. 

Elizabeth Inchbald, Samuel Freeman, 1807r.; źródło: wikipedia


Elizabeth Hamilton (1756 – 1816) wywodziła się ze Szkocji, gdzie mieszkała przez całe życie. Z początku pomagała bratu w studiach orientalistycznych i filologicznych, a po jego śmierci sama zaczęła publikować. Jest także autorką powieści The cottagers of Glenburnie, wnikliwej analizy życia chłopskiego w Szkocji. 

Portret Elizabeth Hamilton, 1812, pędzla Sir Henry'ego Raeburna; źródło: wikipedia


Maria Edgeworth (1767 – 1849) nazywana jest pierwszą irlandzką pisarką. Wywodziła się z zamożnej rodziny o korzeniach angielsko-irlandzkich. Pierwsze pięć lat życia spędziła wraz z matka w Anglii, ale po jej śmierci zamieszkała z ojcem w Edgeworthstown w Irlandii. To tam ciotka Marii, Margot podsuwa jej lektury Ann Radcliffe i Williama Goldwina, które wywierają ogromny wpływ na umysł dziewczyny. Maria jest także wszechstronnie wykształcona, do czego gorąco zachęcał ją ojciec, Richard Edgeworth. Jej pierwsze powieści będące obrazkami irlandzkiej wsi zostały dobrze przyjęte, a sama Edgeworth była wymieniana jednym tchem z takimi ówczesnymi tuzami literatury, jak Byron (który zrobił na niej nieprzyjemne wrażenie podczas spotkania, do którego doszło w Londynie), czy Scott, z którym znajomość przerodziła się w przyjaźń (korespondowali przez wiele lat). Równocześnie całe życie poświęciła na poprawę warunków ludności lokalnej. Jej wczesne utwory przesycone są nostalgią, od której coraz częściej odbiega w stronę realizmu. W jej powieściach edukacja jest kluczem do zmiany na korzyść życia jednostek oraz całego społeczeństwa. Postulowała także równe wychowanie dla dziewcząt i chłopców, oraz dostosowanie nauczania do potrzeb dziecka. 
Maria Edgeworth pędzla Johna Downmana, 1807; źródło: wikipedia


Amelia Opie (1769 – 1853) to pisarka brytyjska epoki romantyzmu. W wieku dziewiętnastu lat poślubiła malarza, Johna Opie, który gorąco zachęcał żonę do pisania. Debiutowała pod pseudonimem powieścią Niebezpieczeństwa kokieterii, ale jej pierwsza powieść wydana pod własnym nazwiskiem – Ojciec i córka – była uznana za egzaltowaną, ale kolejne powieści oraz liczne wydania wierszy doczekały się przychylnych recenzji. Utrzymywała liczne kontakty z innymi pisarzami, w tym także z Mary Wollstonecraft. Była aktywną abolicjonistką. 

Portret Amelii Opie pędzla jej małżonka, Johna Opie; źródło: wikipedia

George Sand (1804 - 1876) to pseudonim Amantine Aurore Lucile Dupin, najbardziej znanej francuskiej pisarki epoki romantyzmu. Do dziś krytycy spierają się, co było bardziej rozpoznawalne - jej pisarstwo, czy sposób bycia, obfitujący w liczne skandale (na czele z jej słynnym związkiem z Fryderykiem Chopinem). Po separacji z mężem, baronem Casimirem Dudevantem, z którym miała dwoje dzieci, zaczęła publikować powieści pod męskim pseudonimem. Związana była z gazetą-legendą le Figaro, na łamach której publikowała liczne wiersze i opowiadania. Jej wczesne powieści można zaliczyć do nurtu emancypacyjnego, w późniejszych latach zaczęła szusować w stronę mistyki. W latach 1830-1877 wydała blisko pięćdziesiąt powieści. 

George Sand, fotografię wykonał Nadar w 1864 roku; źródło: wikipedia

Nazwisko George Eliot (1819 - 1880) z pewnością jest znane dość szeroko, a to za sprawą poczytnych po dziś dzień powieści Miasteczko Middlemarch, czy Młyn nad Flossą. Eliot, czyli właściwie Mary Ann Evans, jest jedną z najbardziej znanych pisarek ery wiktoriańskiej. Wszechstronnie wykształcona szybko znalazła swoje miejsce wśród intelektualistów tamtego okresu, między innymi była przyjaciółką Darwina, Tennysona, Dickensa. W latach 50-tych XIX-go wieku wywołała niemały skandal pozostając w nieformalnym związku z krytykiem literackim, George'em Henrym Lewisem (od którego zapożyczyła imię pseudonimu literackiego). 

George Eliot sportretowana przez Fredericka Williama Burtona, 1865 rok; źródło: wikipedia


Oczywiście w zestawieniu nie umieściłam ani Jane Austen, ani sióstr Brontë, ani  Elizabeth Gaskell, ale im poświęciłam osobne posty. Specjalnie pominęłam również sławną Ann Radcliffe, o której niedługo ukaże się obszerny post. Przy okazji reaserchu do dzisiejszego postu odkryłam wiele wspaniałych kobiet, które stały w opozycji do kołtuństwa i hipokryzji, które je otaczały. Zmieniły świat tym, co sobą reprezentowały i spuścizną, którą pozostawiły po sobie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...