Hygge. Klucz do szczęścia - Meik Wiking

Hygge to: "sztuka stwarzania atmosfery intymności i ciepło na sercu, ale też zero zmartwień, poczucie ukojenia, przytulne tete-a-tete i moje ulubione kakao przy świecach" pisze Meik Wiking, dyrektor instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze. "Hygge to raczej odpowiedni nastrój - dodaje autor - i coś, czego się doświadcza. To przebywanie z ludźmi, których się kocha. To dom. Poczucie, że jesteśmy bezpieczni, chronieni przed światem, że możemy spokojnie opuścić gardę (...)
Hygge to ciepłe przytłumione światło, które tworzy atmosferę.

Hygge. Klucz do szczęścia czytam już drugi raz i nie wiem, czy jej po prostu sobie nie sprawię na własność, bo dobrze mnie nastraja i skłania, może nawet nieświadomie, do zachowań pro hygge. Bo hygge to celebrowanie małych chwil z rodziną, wspólne gotowanie, które uwielbiam, granie w planszówki, albo po prostu siedzenie w ciszy i "bycie" ze sobą. Nasze czasy sprzyjają izolacji, czy tego chcemy, czy nie. Każdy, nawet w domowym zaciszu wpatrzony jest w ekran a to tabletu, a to monitora, a to komórki. A hygge to właśnie takie przewartościowanie, wyciszenie, zwolnienie tempa - i odnalezienie w tym szczęścia.

Wiking wymienia, że do prawdziwego duńskiego hygge potrzebne są między innymi świece, lub przynajmniej odpowiednio przytłumione światło. Nic tak nie stwarza klimatu ciepła i przytulności jak świece lub dające rozproszone światło tealighty w miłym dla oka świeczniczku. Szczytem marzeń jest kominek, w którym powoli buzuje ogień, a z bierwion strzelają wesoło drobne iskierki. Dlatego na spacery najchętniej wybieramy się z mężem po zmroku w czasie zimy; śnieg chrzęści pod stopami, mróz szczypie w policzki, ale kiedy przyjdzie się do domu można się napić aromatycznego grzanego wina i pogrzać cztery litery przy kominku - to chyba najprzyjemniejsze chwile w roku!

Hygge to także towarzystwo; niemal każdy ma taki swój prywatny krąg znajomych, z którymi czuje się wyśmienicie, z którymi pasjami może gadać o pierdołach, grać w monopoly i urządzać pikniki. Tacy znajomi to jakby druga rodzina. 

Hygge można "uprawiać" również w samotności. Myślę, że nikt nie jest tak bardzo hygge jak mole książkowe; praktykujemy hygge podczas lektury, opatuleni w ciepłe koce, z kubkiem czegoś dobrego na podorędziu i kotem na kolanach. Uwielbiam soboty; jak co rano przygotowuję kawę w kawiarce, ale inaczej niż w tygodniu, kiedy goni mnie czas, w soboty wyleguję się z książką przez godzinkę lub dwie. Porządek i zakupy mogą poczekać, a po całym zwariowanym tygodniu dobrze mieć kilka chwil dla siebie, ot tak, choćby sobie tylko deczko poleniuchować w piżamie. A jeśli do tego dodam maślaną bułeczkę na śniadanie, albo moje ukochane makaroniki, to wykradłam chwilkę Nieba ;)

Wiking formułuje także swoisty dekalog hygge: 
  1. Atmosfera (Włącz [przytłumione] światło.)
  2. Tu i teraz (Bądź tu i teraz, wyłącz komórkę.)
  3. Przyjemności (Kawa, czekolada, ciasteczka, cukierki! Jeszcze! Jeszcze! Jeszcze!)
  4. Równość (Nie ja tylko my. Dzielcie się obowiązkami i czasem antenowym.)
  5. Wdzięczność (Bądź otwarty. Może tak jest najlepiej.)
  6. Harmonia (Rywalizacja jest niepotrzebna. Lubimy cię. Nie przechwalaj się swoimi osiągnięciami.)
  7. Komfort (Poczuj się dobrze. Zrób sobie przerwę. Odpręż się.)
  8. Spokój (Żadnych dramatów. O polityce porozmawiamy innym razem.)
  9. Bycie razem (Nawiązuj relacje i snuj opowieści. "Pamiętasz, jak...")
  10. Schronienie (To jest twoje plemię. Twoje bezpieczne miejsce.)

Najlepiej sobie wydrukować i nosić, przypiąć na lodówce, albo wkleić do bujo. I jeszcze taka mnie mała refleksja naszła, że żyć hygge to dochrapać się na starość kurzych łapek od uśmiechu, a nie kącików ust skierowanych w dół. Warto sobie poczytać Hygge. Klucz do szczęścia. Chociaż po to, żeby sobie przypomnieć, że to my sami jesteśmy panami swoich chwil. Może również życzliwiej spojrzymy na pochmurne jesienne dni i postaramy się je odczarować odrobina magii hygge?

Tulipanowa gorączka - Deborah Moggach

Znana z takich powieści jak Hotel Marigold czy Huśtawka Deborah Moggach zabiera nas w malowniczą podróż do XVII-wiecznej Holandii. Zmysły czytelników wypełnione są kolorami, dźwiękami, zapachami. Po raz pierwszy wydana w 1999 roku od razu zyskała ogromną rzeszę fanów, nic więc dziwnego, że prędzej czy później musiała zostać zekranizowana.

Cornelis Sandvoort, dobrze sytuowany amsterdamczyk pragnie unieśmiertelnić na portrecie siebie i swoją młodziutką śliczną żonę, Sophię. Do tej pracy wynajmują Jana Van Loosa, malarza nie stroniącego od flirtów z klientkami. Rzecz oczywista młodzi nawiązują romans za plecami Cornelisa. Jednakże Tulipanowa gorączka, nie jest typowym romansem - ważny jest w powieści również aspekt psychologiczny i wydźwięk moralny; czy za cenę kłamstw i oszustw Sophia może stać się wolną i uciec spod kurateli niekochanego małżonka? Czy ma prawo go nie kochać i pójść za głosem serca wybierając malarza, nawet poświęcając dotychczasowe życie w luksusie? 


Powieść może poszczycić się również wspaniałymi postaciami drugoplanowymi, jak Maria, służąca Sophii, oraz jej narzeczony, Willem, a także niefrasobliwy sługa Jana, Gerrit. Niekiedy ich losy przypominały mi fatum, które prześladowało większość postaci powieści Thomasa Hardy'ego, niezawiniony traf, qui pro quo i nieszczęście obejmuje nie jedną, lecz kilka osób. Choć powieść niewątpliwie skupia się na Sophii, możemy również poznać historię Cornelisa, co niewątpliwie ociepla jego wizerunek "starego męża" - może się starzeję, ale zrobiło się się żal Cornelisa i wydał mi się sympatyczniejszy niż para zakochanych.

Wielkim atutem powieści jest przedstawienie założeń naszpikowanego symbolami malarstwa złotego wieku. Moggach daje nam wykład historii sztuki i robi to, moim zdaniem, wyśmienicie. Każdy element obrazu mistrzów flamandzkich niesie przesłanie, które miało ukazywać przemijanie ludzkiego losu. Niezwykle ciekawie dobrane jest również tło historyczne, którego głównym akcentem jest spekulacja cebulkami tulipanów; handel tulipanami zaczął się w 1634 roku, by przejść w niemal histerię - spekulowali dosłownie wszyscy, niektórzy dorabiali się spektakularnych fortun, inni tracili majątek życia. "Tulipanowa gorączka" trwała trzy lata aż do krachu sztucznie pompowanych cen cebulek. Możemy się jedynie domyślać, że dla Amsterdamu oznaczało to tyle, ile krach na Wallstreet.

Jan Davidszoon Heen, Wazon z kwiatami, 1660 rok. źródło: wikipedia.org

Z wypiekami na twarzy śledziłam rozwój wypadków. Wątki się zagęszczały, a intryga stawała się niezwykle napięta, w momencie największego zwrotu akcji dosłownie złapałam się za głowę! Czułam się jakbym czytała najlepszy z kryminałów. Książkę pochłonęłam w jeden wieczór; zarwałam pół nocy żeby dokończyć, tak silne emocje we mnie obudziła. A prawdę mówiąc nieco wzbraniałam się przed Tulipanową gorączką, bo przeważnie stronię od romansów, ale skoro ekranizacja na dniach wchodzi do kin, wiadomo, że najpierw trzeba sięgnąć po oryginał, żeby potem ewentualnie kręcić nosem.

Do kina wybieram się w przyszłym tygodniu i już nie mogę się doczekać, bo zapowiedź zrobiła na mnie dobre wrażenie - lubię filmy wysmakowane plastycznie, a Justina Chadwicka na taki właśnie wygląda.

Malwina, czyli Domyślność serca - Maria Wirtemberska

Maria Wirtemberska z Czartoryskich (1768-1854) była córką Izabeli Czartoryskiej, założycielki pierwszego w Polsce muzeum mieszczącego się w jej rodzinnych w Puławach, autorki poradników z zakresu pielęgnacji i aranżacji ogrodów. Było więc kwestią czasu, kiedy wychowana w kulturalnej atmosferze Maria weźmie pióro do ręki. Dość wcześnie wydana za mąż, bo w wieku lat 16, małżeństwo miała nieudane, które po niespełna dziesięciu latach pożycia zostało rozwiązane. Po przeprowadzce do Warszawy Maria prowadziła salonik literacki, a także z powodzeniem publikowała własne utwory. 

Maria Wirtemberska, pastel Ludwika Marteau, 1780 r. źródło: wikipedia.pl

Malwina, czyli Domyślność serca jest nazywana pierwszą polską powieścią obyczajowo-psychologiczną. Jak można przeczytać we wstępie do wydania z 1978 roku "wbrew (...) fabularnemu kształtowi romansu (...) odczytujemy dziś Malwinę przede wszystkim jako powieść poświęconą analizie skomplikowanych zjawisk psychicznych towarzyszących rozczarowaniu i zobojętnieniu na miłość." Romans zaczyna się dość klasycznie - młoda zamożna i niezwykle urodziwa bohaterka zostaje wyratowana z pożaru przez tajemniczego Ludomira, który z miejsca zdobywa serce dziewczyny. Tajemnica Ludomirowi tak ciąży, że ten postanawia uciec nie narażając siebie i ukochanej na hańbę. Jednakże po kilku miesiącach ich drogi znów się krzyżują. Ludomir zupełnie nie przypomina Malwinie ukochanego z Krzewina. 


Powieść pisana jest żywym stylem, choć motywy są - dziś wydawałoby się - oklepane, ale w czasach kiedy powieść została wydana, a było to w 1816 roku, musiała zaskakiwać zwrotami akcji. Wirtemberska zdumiewa bezpośredniością i odwagą w ukazywaniu uczuć i myśli bohaterki. Rozdział zatytułowany Kwesta swoją filozoficzną wymową mógłby służyć jako osobne opowiadanie (Malwina kwestując po domach warszawskich trafia na różne typy osobowości). Rozwiązanie jest jednak niestety niewiarygodne, ale pogodne i optymistyczne. Jednakże - uwaga na przedmowę do wydania z PIWu z 1978 roku, bo zawiera ogromny SPOILER, który odebrał mi znaczną część przyjemności z lektury. 


Myślę, że Malwina nie ustępuje powieściom tworzącej w tej samej epoce Jane Austen. Wspominane przeze mnie wydanie jest ostatnim do tej pory; ukazało się niemal 40 lat temu, a w zeszłym roku powieść świętowała dwustulecie wydania - ten moment przegapili wydawcy, a szkoda i to wielka, bo Malwina pięknie uzupełniałaby dajmy na to serię Angielski Ogród. Warto również wspomnieć, że Malwinę tłumaczono na francuski, rosyjski, a także na angielski. Polecam tę lekturę wszystkim, którym nieobce są klimaty Austen, Gaskell, itp., ponieważ jest naprawdę zaskakująco dobra i ciężko mi uwierzyć w to, że jest tak mało znana. Jeżeli zachęciłam kogoś do przeczytania, to można powieść znaleźć on-line na tej stronie.

Co od września na Setnej Stronie?

Kalendarze szkolne zaczynają się 1-go września, u mnie również – podświadomie – klarują się blogowe postanowienia i plany. Pisuję średnio raz na tydzień, więc postów w miesiącu pojawi się około czterech, przeważnie publikuje je w poniedziałki o 9-tej. Oprócz cyklu #VintageBooks, czyli promocja literackich staruszek, w zanadrzu mam kilka książek świeższych i kilka tematów okołoliterackich, które będzie można znaleźć pod tagiem kolumnista. Obiecuje także bardzo zaległe Polecanki.

Już teraz zapraszam na cykl Sapere aude!, który [mam taka nadzieję] będzie pojawiał się regularnie raz w miesiącu. Będę proponowała książki z pogranicza filozofii, historii oraz nauk społecznych, których wybór będzie czysto subiektywny. Waham się nad powrotem cyklu Z pamiętnika czytelnika (książki z nie-bieżącego czytania), a także kusi pisanie o książkach dziecięcych. Być może czas również wrócić do Blogowo-filmowo? Ostatnio w kinach i na płytach sporo nowości wartych polecenia.

Zapraszam także do wyzwania na fanpage’u Setnej Strony; zabawa potrwa cały miesiąc, oczywiście można dołączyć w każdej chwili. 


A już w poniedziałek zaproponuje książkę naprawdę wiekową, choć w nowym wydaniu, która stylem i formą nie ustępuje evergreenom Jane Austen.

We dworze - John Galsworthy [1931 r.]

John Galsworthy, brytyjski powieściopisarz oraz dramaturg, jest laureatem literackiej Nagrody Nobla za rok 1932, którą otrzymał za „wielką sztukę prozatorską której szczytem jest „Saga rodu Forsyte’ów”. Uznany za krytykę mieszczaństwa epoki wiktoriańskiej wielotomowy utwór stał się w krótkim czasie klasykiem, który wywindował autora na literacki piedestał, na którym Galsworthy utrzymuje się do dziś.

We dworze Johna Galsworthy; Towarzystwo Wydawnicze "Rój", Warszawa 1931 r.

We dworze (pierwsze wydanie pochodzi z 1907 roku) ma jednak w sobie niewiele z Sagi, choć jej wydanie pokrywa się wydaniem początkowych części pierwszej Trylogii. W tytułowym dworze należącym do pana Horacego Pendyce'a bogaci posiadacze ziemscy spędzając chwile, wśród których głównymi uciechami są uświęcone tradycją polowania na lisy, oraz wieczorki w szerokim gronie wytwornego do obłędu towarzystwa. Pierwsze pięćdziesiąt stron to opis bokobrodów różnej maści i jakości, a ledwie ledwie zarysowana charakterystyka postaci; jak gdyby Galsworthy'ego nie interesowało życie wewnętrzne wymyślonych przezeń postaci, a jedynie opis wyglądu, który po którymś już powtórzeniu, nuży potwornie.

„Z wyglądu pan Pendyce należał raczej do starej szkoły. Prosty i ruchliwy, nosił rzadkie bokobrody, a przed kilku laty zapuścił sobie także zwisające wąsy, ostatnio nieco szpakowate. Nosił szerokie krawaty i surduty z długimi połami. Nie palił.” Jak widać fragment przypomina opis inwentarza, niestety większość powieści utrzymana jest w podobnym stylu.

Trzeba przyznać, że książka jest wyjątkowo fotogeniczna

Jednakże intuicyjnie chwytam - mam nadzieję - zamysł autora, który jako krytyk obyczajowości poprzedniej epoki nie stronił od wytykania wad jej społeczeństwa, jałowości żywotów utracjuszy oraz ich bezrozumnych rozrywek. Galsworthy żył w czasach większej swobody obyczajów oraz wyzwolenia kobiet spod jarzma konwenansów i prawa nastawionego na męską część populacji. We dworze ustawione pod tym właśnie kątem daje dziś ledwie refleks, który przed stu laty musiał być potężną strugą światła.

Wewnątrz dedykacja z okazji imienin. 

Profesorowa Szczupaczyńska na tropie!

Profesorowa Szczupaczyńska to mariaż charyzmy Barbary Niechcic z przenikliwością detektywa Colombo. Do tego zabawa konwencją i postaci znane z podręczników historii - oto jak można scharakteryzować nową serię kryminalną pióra Maryli Szymiczkowej, czyli duetu Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego.

Pierwsza odsłona cyklu: Tajemnica Domu Helclów wciąga czytelnika w wir intrygi kryminalnej, która prowadzi do najwyższych oficjeli w mieście, a także wiedzie w odmęty XIX-wiecznej historii. Drugi tom: Rozdarta kurtyna jest niemal traktatem o zemście, a także wykładem o moralności ówczesnej Galicji. Najprawdopodobniej latem przyszłego roku możemy się spodziewać trzeciego tomu przygód błyskotliwej pani detektyw. 


Zofia Szczupaczyńska narodziła się z fascynacji przedwojennymi "mrożącymi krew w żyłach" wydarzeniami opisywanymi na łamach periodyku o nazwie Tajny Detektyw. Na bloga, w którym możemy czytać co smaczniejsze kąski z prasy, nazwanego po gazetowym antenacie również Tajny Detektyw, natrafiłam kilka lat temu kompletnym przypadkiem; zapał autora i autentyczna chęć podzielenia się z czytelnikami wyszperanymi informacjami zaintrygowały mnie - pitawal i kronika kryminalna sprzed niemal stu lat, oto, co oferował Detektyw. Nie miałam pojęcia, że za projektem stoi, i skrzętnie artykuły z gazet wycina właśnie Jacek Dehnel, jeden z moich ulubionych polskich autorów (o czym wielokrotnie pisałam). 

Główna bohaterka, Zofia Szczupaczyńska, to bogata mieszczanka, jakby wyjęta rodem z powieści Zapolskiej. Rozwiązując zagadki tajemniczych morderstw musi przestrzegać konwenansów, a szczególnie przed mężem zachowywać pozory; nie wychodząc z roli przykładnej pani domu potrafi zaaranżować spotkanie z przebrzmiałą kurtyzaną, lub śledzić ważny trop jednocześnie przygotowując tony powideł sławnych śliwkowych. Jej prawą ręką i protagonistką jest wierna służąca Franciszka, która zwłaszcza w drugiej części odgrywa niebagatelną rolę. 


Całość to zabawna gra konwencją, pastisz powieści kryminalnych, co mnie cieszy z autentycznie wdzięczną bohaterką. Odrobina nostalgii za dawnym sznytem, którą daje się wyczuć u autorów, oraz bogato, choć bez upiększającego filtru pokazany świat fin de siecle'u, są niewątpliwymi atutami obu dotychczas wydanych powieści, a wprost najeżony archaizmami język dodaje soczystości powieściom. Z prawdziwym utęsknieniem moje czytelnicze serduszko czeka na kolejny tom.

Baron Münchhausen - Gotfryd August Bürger [1927r.]

Patologiczny kłamca, którego nazwisko przeszło do historii i jest synonimem bujd na resorach - Baron Hieronymus Carl Friedrich von Münchhausen jest postacią historyczną, ale od dwóch niemal stuleci jego postać sprzęgła się z niestworzonymi anegdotkami, które snuł (całkiem poważnie) w kręgach znajomych. Münchhausen, żyjący w latach 1720-1797 był niemieckim oficerem, i podróżnikiem, a służył miedzy innymi w armii rosyjskiej.

Jego przygody opowiadane z ust do ust zostały spisane najpierw anonimowo, i kolejno rozszerzane przez Rudolfa Raspe (jak przeczytałam we wstępie był on archeologiem i geologiem), następnie Gotfryda Augusta Bürgera - właśnie wydanie oparte na Bürgerze mam w swojej kolekcji. Jest to niezbyt obszerna książeczka (całe sto stron!), w której "Pan baron opowiada o swych przygodach" w Rosji (w tym w Polsce), a także o wyprawach morskich.

Humor zawarty w książeczce jest tak niedorzeczny, że mojemu dziecku, moim zdaniem słusznie zresztą, przyszły na myśl skojarzenia z grupą Monty Pythona; abstrakcyjne są sytuacje na polowaniu, kiedy baron nicuje gołą ręką wilka, albo wówczas, kiedy "uwalnia" lisa od jego futra, a "rozebrane" zwierze po prostu ucieka. Ale najsławniejszą blagą Münchhausena jest jego lot na armatnich kulach, kiedy to jako szpieg chce się zakraść do obozu wroga, ale w połowie drogi się rozmyśla i "łapie" kulę z przeciwnej strony. Cała zresztą książeczka dosłownie naszpikowana jest podobnymi bajeczkami.

W 1989 roku na ekrany kin wszedł brytyjsko-niemiecki film Przygody barona Munchausena z gwiazdorską obsadą, będący luźną ekranizacją anegdot o sławnym szlachcicu; barona zagrał wybitny filmowy i teatralny aktor John Neville, dalej w obsadzie znaleźli się Oliver Reed, a także Robin Williams i Uma Turman. O Monty Pythonie wspomniałam nieprzypadkowo, ponieważ to właśnie Terry Gilliam jest twórca filmu, a w produkcji pojawił się także Eric Idle.

Książeczka jest zabawna, krótka, i chyba na twarzy największego nawet ponuraka wywoła uśmiech. Choć moje wydanie pochodzi z 1927 roku, to nie jest unikatem, ponieważ kilka lat temu pojawiło się wznowienie. Polecam, ot na kocyk, na plażę, na piknik, w każdym razie na wakacje.

Potępienie Paganiniego - Anatolij Winogradow

Beletryzowana biografia jednego z największych skrzypków wszech czasów, Niccola Paganiniego została wydana w 1936 roku. Anatolij Winogradow, rosyjski historyk i kierownik Biblioteki Państwowej ZSRR im. Lenina jest autorem powieści Trzy barwy czasu, oraz rysów historycznych o braciach Turgieniew, Stendhalu oraz Byronie. Jednakże najbardziej jego znaną powieścią jest Potępienie Paganiniego, wznawiane w Polsce wielokrotnie. Powieści Winogradowa były wielokrotnie krytykowane za błędy faktograficzne, a sam pisarz zginął w 1946 roku w wieku 58 lat popełniając samobójstwo, raniąc żonę oraz pasierba.
Moje wydanie (tzn. jedno z wydań, które posiadałam, bo do niedawna miałam dwa) pochodzi z 1959 roku, a zostało wydane nakładem PIW.

Od pierwszych stron coś mi w powieści nie grało. Nie umiałam powiedzieć, co dokładnie. Ale po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że styl budowania zdań przypomina mi nieznośnie relację z piłkarskiego meczu. Krótkie, opisowe zdania, tchną suchością i cierpkością. Podczytałam również co nieco o genialnym skrzypku i jak na biografię, Winogradow zostawił sobie sporą dowolność, jak na przykład w czasie, kiedy Paganini zniknął na kilka lat, podczas których odbywał karę więzienia, Winogradow obdarował go romansem i cichym życiem ogrodnika. Winogradow pisze o polskim skrzypku, Duranowskim, który zmarł w więzieniu, a złośliwa plotka miała świadczyć o Włochu. Prawdopodobnie autor posiłkował się hagiografią Juliusa Schottky'ego, co wyszło jednak powieści na dobre - wspaniale opisana jest technika genialnego skrzypka i jej wydźwięk u publiczności.

Wątek karbonaryzmu wydaje się również wymuszony i poprowadzony dość chaotycznie. Szkoda wielka, bo prócz perypetii Paganiniego czytelnik miał szansę na wspaniałe tło historyczne.
W otoczeniu kompotu z porzeczek i groszku z ogrodu :)

Co do samego Niccolo Paganiniego jego geniusz po trosze wynikał z predyspozycji genetycznych - prawdopodobnie jego wygląd zewnętrzny (był często porównywany do diabła przez chudą ciemną twarz z wydatnym nosem, oraz niezwykłej długości palce) spowodowany był zespołem Marfana. Wpływ na wczesne wejście Niccola w świat muzyki miał również despotyczny ojciec, który w tresurze dziecka upatrywał źródło zysku. Ale przede wszystkim Paganini był wielkim eksperymentatorem, który przez lata ulepszał technikę gry poprzez niemal naukowe podejście do instrumentu.

Do Potępienia miałam, przyznam się szczerze dwa podejścia, jedno nieudane w wakacje 2006 roku, i jedno udane - w wakacje 2017. Niestety, Winogradow mnie specjalnie nie urzekł. Nie twierdzę, że była to strata czasu, ale czytałam lepsze biografie beletryzowane; pierwszy lepszy przykład to "Autor, autor" Davida Lodge'a.

Quo Vadis - Henryk Sienkiewicz [wydanie z 1924r.]

Hollywoodzką ekranizację Quo Vadis z 1951 roku znam niemal na pamięć, bo - oprócz Za horyzontem - to był mój ulubiony film na wideo (kiedy jeszcze oglądało się filmy na wideo). Długo szukałam wydania książki, które by mnie zadowoliło, aż w zeszłym roku z gliwickim antykwariacie, do którego mam słabość, nabyłam przedwojenny egzemplarz wydawnictwa Gebethner & Wolff.

Do tej pory, nie licząc nowel czytanych w szkole, oraz Listów z Afryki, które szczerze mnie oczarowały, nie przeczytałam ani jednej powieści Sienkiewicza. Więc czas najwyższy nadrobić stracony czas i poświęcić temu wielkiemu pisarzowi należytą uwagę. Quo Vadis od pierwszych stron dosłownie przeniosło mnie w inną czasoprzestrzeń - miałam wrażenie, że nie czytam powieści, powiedzmy w miarę współczesnego nam pisarza, a kronikę spisywaną przez Rzymianina. Mnogość i różnorodność typowo rzymskim obyczajów, znajomość nomenklatury (ubiory, architektura, wnętrza, etc), sprawiała że powieść ożyła, a losy patrycjuszy zdawały się tym bardziej prawdziwe.



Quo vadis z początku, jak większość ówczesnych powieści była wydawana w odcinkach w warszawskim periodyku, Gazecie Polskiej w latach 1895-96, już rok później ukazała się w formie kodeksu na rynku wydawniczym. Powieść z czasów Nerona była największym sukcesem Sienkiewicza i już w pierwszych latach po ukazaniu się została przetłumaczona na pięćdziesiąt siedem języków; powieść była również wielokrotnie ekranizowana oraz przenoszona na deski teatrów. Jej niebywały sukces przypieczętował przyznanie Sienkiewiczowi w 1905 roku literacką nagrodę Nobla, którą otrzymał za całokształt twórczości.
Pochodnie Nerona, Henryk Siemiradzki, 1877 r. źródło: wikipedia.pl

Choć Quo Vadis jest z pozoru opowieścią o wielkiej miłości Marka Winicjusza, rzymskiego patrycjusza i żołnierza do zakładniczki rzymskiej, ślicznej ligijki Kalliny (Ligowie zamieszkiwali między innymi tereny przedsłowiańskiej Polski), to tło historyczne oraz mnogość autentycznych postaci nadaje powieści rys epicki. Także symbolika postaci, oraz scen może wydawać się na pierwszy rzut oka nieoczywista, jednak skojarzenie walki Ursusa (olbrzyma o gołębim sercu) będącego również jak Kallina Ligiem, z turem germańskim ma wydźwięk wręcz proroczy. Znaczący jest także dualizm pomiędzy przemianą Winicjusza w chrześcijanina, oraz upadkiem arbitra elegancji, Petroniusza, symbolizującego starych bogów. Pięknie nakreślone są także postaci św. św. Apostołów Piotra i Pawła - święty Piotr, od którego tchnie miłosierdzie boże dodaje otuchy męczonym chrześcijanom i daje nadzieję na wybawienie. Postacią dość ważną dla akcji, a w filmach niestety pomijaną jest oszust, pseudofilozof, Grek Chilon Chilonides, który dla pieniędzy i zaszczytów wydaje chrześcijan na śmierć, ale pod wspływem grozy igrzysk nawraca się i odkupuje winy ochrzczony przez samego Apostoła. Neron zaś opisany przez Sienkiewicza jest mało utalentowanym artystą o gargantuicznych aspiracjach, oraz tyranem i szaleńcem, wyżynającym w pień nawet zaufanych popleczników, którzy nie przyklaskiwali jego pieśniom jak należy.
Pocztówka ze sceną z „Quo Vadis”: „Ligia porzuca dom Aulusa”, Domenico Mastroianni, 1913r. źródło: wikipedia.pl

Kilka słów o prawdziwych wydarzeniach opisanych w powieści: w 64 roku n.e. Rzym rzeczywiście spłonął. Był to jeden z najdotkliwszych pożarów jaki dotąd opanował Wieczne Miasto. O podpalenie lud oskarżył Nerona, panującego wówczas bezlitosnego cezara, a ten chcąc się oczyścić z zarzutów skierował podejrzenia na nielegalną sektę, szerzącą się wówczas wśród wszystkich warstw społecznych, szczególnie zaś wśród niewolników i rzemieślników. Rozpoczęły się masowe prześladowania chrześcijan, którzy według Tacyta ginęli rzucani na pożarcie zwierzętom oraz krzyżowani i paleni. Jednakże ten holokaust odbywał się nie jak powszechnie się uważa w słynnym, stojącym po dziś dzień koloseum, a w cyrku Nerona, będącą jednym z wielu podobnych aren Rzymu (samo koloseum zbudowane zostało przez Flawiuszów kilka lat po śmierci tyrana).
Apostoł Piotr i Ligia, Piotr Stachiewicz, 1938, źródło: wikipedia.it

W zeszłym roku Quo Vadis zostało przypomniane podczas Narodowego Czytania. Z tej okazji dałam w mój egzemplarz przybić okolicznościową pieczęć. Po Powieści z czasów Nerona mam ochotę co jakiś czas dawkować sobie Sienkiewicza. 

Jak czytam? Czytelnicze refleksje po lekturze "Książki o czytaniu" Justyny Sobolewskiej

Czytając Justyny Sobolewskiej "Książkę o czytaniu" co i rusz nachodziły mnie refleksje: jak czytam? jakim jestem czytelnikiem? dlaczego podoba mi się to, a tamto już nie? Książeczkę połknęłam dosłownie na raz, po dość długim książkowym kacu, a potem się posypało, Sobolewska otworzyła mi książkowy worek i w tydzień przeczytałam siedem książek! Niedawno autorka gościła w Rybniku i miałam okazję posłuchać o jej rodzinnym księgozbiorze i osobistych doświadczeniach z czytaniem. Sobolewska natchnęła mnie i postanowiłam wyjść z czytelniczego cienia i opowiedzieć jak czytam.

Pani Justyna Sobolewska z wizytą w PiMBP w Rybniku

Nie lubię czytać na dworze, bo mi zbyt jasno, a wiatr wpycha mi niesforne włosy do nosa, oczy i ust. Ale uwielbiam akcje czytelnicze w plenerze, takie jak Rybnik Czyta! Czytam praktycznie wszędzie: w komunikacji miejskiej, w kolejkach, a kiedy kupowałam Przekrój (jeszcze tygodnik i jeszcze krakowski), zaczynałam czytać idąc. Tylko na jednej jedynej drodze nie potrafię czytać, bo telepie jak szalone i nie widzę liter. Mama czasem czyta mi co fajniejsze fragmenty i dzięki niej sięgnęłam po serię o Arystokratce na zamku Kostka, a także po serię o komisarzu Becku (ostatnio przeczytałam Zamknięty pokój i nie mogę przestać chichotać jak sobie przypomnę próbę sforsowania drzwi do mieszkania podejrzanych). Niekiedy dzwonimy do siebie z pytaniem, która co ma, bo dzielimy się w znacznej mierze księgozbiorem. I tak znalazłam maminego DeMello, którego upierałam się, że nie mam i wzięłam jeszcze jednego z wymiany (i w rezultacie miałam dwa).

Książki nałogowo zbieram. Znoszę do domu jak bezdomne zwierzątka. Tak, boję się o wytrzymałość stropu. Podczas tąpnięcia (mieszkam na Śląsku) byłam stuprocentowo pewna, że dom się wali przez mój księgozbiór. Kiedyś w przedpokoju miałam szafkę na odkurzacz i słoiki, ale wykręciłam z niej drzwiczki i wsadziłam książki. Dziś (zbyt mała) szafka została zastąpiona przestronnym regałem. Łóżko to bezapelacyjnie moja strefa komfortu. Mam tu wszystko, czego mi potrzeba - lampkę, kącik na kubek (przeważnie jest to kawa, której smak po prostu kocham i po południu często wybieram kawę bezkofeinową). Do czytania lubię pogryzać coś dobrego, obojętnie: makaroniki, chrupki kukurydziane, czekoladę. Za to toaleta jest jedynym pomieszczeniem w całym domu, pozbawionym książek (choć zdarza mi się relaksować z książką w wannie) i tu zgadzam się z Jerzym Pilchem, że to nie jest odpowiednie miejsce do trzymania książek.


Od wielu lat uczęszczam (z przerwami) na DKK i najbardziej mnie dziwi, że każdy pamięta coś innego, jakbyśmy każdy z członków czytał zupełnie inną książkę!

Uwielbiam powieści czytane w radio. Moje ulubione to oczywiście wspominana wielokrotnie Kobieta z prowincji czytana przez znakomitą Ewę Dałkowską, Królowa Margot (byłam jeszcze narzeczoną i często jeździłam do Adama autobusem po drodze słuchając niekiedy strasznie szuszczącego radia) czytana przez Andrzeja Ferenca, oraz trójkowa adaptacja Niani w Nowym Jorku w interpretacji Joanny Brodzik.

Przeważnie czytam w ciszy, choć cały dzień może u mnie lecieć dwójka z radioli lub jakaś płyta (gramofonowa off course).

Jak układam książki? Staram się autorami. Ale i wydawnictwami. I seriami. Ale na środkowej półce środkowego regału stoją moi ukochani: Hardy, Woolf, Austen, Shafak, Murakami, Dehnel, do niedawna Roddy Doyle, ale wypchnęła go Gaskell. Z lewej starocie. Karaktery i Czarne mam osobno. Dalej Rosjanie i Francuzi. Zbieram Fiedlera i Hemingwaya, a także nowe wydania mojego ukochanego Steinbecka. Literaturę obozową i wspomnienia z gett trzymam osobno. Znalazło się na moich półkach dużo filozofii, którą oboje z mężem studiowaliśmy, a także mężowy survival i s-f. Nie mogę się oprzeć serii BN, a spis Kolibrów nosze stale przy sobie, tak na wszelki wypadek, bo je zbieram i strasznie chciałabym "zebrać je wszystkie". Szczerze? Marzy mi się układ księgozbioru według UKD, ale to wymaga miejsca, którym niestety nie dysponuję.

Kiedy widzę na półce dziurę po książce, jestem podenerwowana i od razu zwalam winę na domowników, bo ktoś wziął bez pytania i nie odłożył. To zawsze jestem ja - wyciągam coś do czytania i nie pamiętam o tym. Mam regał wstydu, choć teraz się wszystko wymieszało i została po prostu "długa lista książek do przeczytania", która się wydłuża i wydłuża w nieskończoność. I cały czas dochodzą nowe pozycje, a bo to ktoś coś polecił, bo wyszło coś fajnego, bo wznowili.

Zakładki. Uwielbiam te ładne, kolorowe, skądś, z wakacji, od koleżanki, etc., ale przeważnie zakładam przypadkowymi papierkami. Ostatnio front opakowania od czekolady Wiener melange, ale zdarza się chustka higieniczna (nieużyta!), papierek po cukierku, żółta karteczka, paragon, bilet, widokówka, kartka z kalendarza, itp. Dlatego fajnie, że niektóre książki mają tasiemki!
Zdjęcie mojego autorstwa

Pisanie po książkach. Tak, ale delikatnie ołówkiem, o ile to moja własna książka. Przeważnie nalepiam karteczki indeksujące, ale kiedy mam podkreślić tylko kilka zdań, czy zapisać coś na marginesie, wolę ołówek. Żadnych tam odblaskowych zakreślaczy! Często przepisuję cytaty do zeszytu.

Właściwie mogę tak wyliczać w nieskończoność – że kiedy zacznę książkę, to muszę doczytać przynajmniej do pełnego rozdziału, albo jak już „zaskoczy” i poczujemy do siebie miętę, do setnej strony; że wolę najpierw przeczytać książkę, a potem obejrzeć ekranizację, ale często jest odwrotnie, bo mnie ekranizacja bądź serial zaciekawi. Za to nie czytam blurbów, opisów i recenzji ani filmów ani książek, które naprawdę chcę przeczytać, by sama wyrobić zdanie o nich.

Jestem również niezmiernie ciekawa Waszych czytelniczych przyzwyczajeń, obiecuję, że nie będę krzyczała, jak ktoś zagina rogi ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...