Excentrycy - Włodzimierz Kowalewski

Paweł Huelle o powieści Włodzimierza Kowalewskiego Excentrycy napisał: „Nie czytałem lepszej powieści o czasach PRL-u. Dowcipna, błyskotliwa, niezwykle precyzyjnie skomponowana. Żadnych rozliczeń. Mistrzowska ironia. I akcja, która wciąga narkotycznie. Polecałem i polecam tę książkę wszystkim, którzy cenią świetną literaturę”. I z tą opinią można się zgodzić w stu procentach. Excentrycy to swingująca opowieść o przyjaźni, optymizmie w obliczu przeciwności losu oraz miłości do muzyki.

źródło: LubimyCzytac.pl

Ciechocinek, druga połowa lat 50-tych ubiegłego wieku. Wanda, samotna dentystka spodziewa się przyjazdu brata Fabiana. Puzonista, który pływał na transatlantyku w przededniu wybuchu II wojny światowej wraca po niemal dwudziestu latach spędzonych w Wielkiej Brytanii. Niewielki zapyziały pensjonacik pani Bayerowej, w której mieszka rodzeństwo naraz zaczyna przypominać jaskinię Ali Baby z dobrami reglamentowanymi, które są niedostępne dla szarego obywatela. Fabian swoim wrodzonym optymizmem także tchnie życie w nocny światek chłodnego Ciechocinka, ponieważ za sprawą zadziwiających zbiegów okoliczności udaje mu się stworzyć jazz band z prawdziwego zdarzenia. Opowieść jest okraszona naprawdę potężną porcją wspaniałej muzyki. Jestem wychowana na jazzie, zwłaszcza na swingu i podczas czytania przesłuchiwałam najważniejsze jazzowe orkiestry, a szczególnie w głowie dźwięczały mi ukochane utwory Glenna Millera, Benny’ego Goodmana, Woody’ego Hermana, czy Duke’a Ellingtona.

„Swing niczego nie naśladuje, z niczym się nie kojarzy! Może być szaleństwem, ale nie jest to szaleństwo desperata walącego głową w mur, może być sentymentalny, ale nie jest to łzawa, romantyczna ckliwość! Ma w sobie wieczorne tchnienie oceanu, świeżość cytryny, deszcz chłodnej bryzy na rozpalonej skórze, a jego wzruszenia nie są wzruszeniami z literatury ani z realnego życia. To zupełnie osobna kraina!”

Jak się tę swingującą powieść czyta? Koło 50-tej strony miałam chwile zwątpienia, chyba dlatego, że nie mogłam się doczekać jazz bandu! Ale kiedy pojawił się Fabian emanujący niemal słonecznym blaskiem ruszyłam z kopyta i w takt When the saints go marching in dotarłam do ostatniej strony. Teraz czekam na film, którego jeszcze nie obejrzałam, ale na który mam wielką ochotę.

Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych urzędu bezpieczeństwa - Piotr Lipiński

Powojenna historia Polski jest usłana ciemnymi plamami. Państwo przypominało momentami uroborosa, węża zjadającego własny ogon. W 1947 roku, tuż po zakończeniu II wojny światowej władzę przejęli komuniści poprzez sfałszowanie wyborów parlamentarnych. O tamtej chwili zaczął się terror trwający do odwilży, która nastąpiła dopiero po śmierci Stalina sześć lat później. Wtedy to zaczęły się masowe aresztowania osób powiązanych z Armią Krajową, a wkrótce i wszystkich, którzy mogli nie spodobać się nowej władzy. "Centrum zła - pisze Piotr Lipiński - w komunistycznej Polsce to Komitet Centralny partii. A jego zbrojne ramię - Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego." Autor reportażu stawia również pytanie o celowość aresztowań: "Dlaczego <<uczciwi>> komuniści też trafiali do więzień? Partia przypominała psychicznie chorego człowieka, któremu wydaje się, że wszyscy go śledzą. Komuniści wciąż nawoływali do <<wzmagania czujności>>. Na zebraniach w zakładach pracy kolejni ludzie składali samokrytyki. Świat ideologicznej walki oderwał się tak bardzo od rzeczywistości, że można było uwierzyć w winę każdego."
źródło: LubimyCzytac.pl

W areszcie nie tylko bito więźniów, ale i używano wobec nich wymyślnych tortur, wśród których "łagodną" był konwejer - tortura niespania. Nierzadko przesłuchiwany umierał pobity do nieprzytomności. Inni znikali bez śladu zastrzeleni po krótkim "procesie". "Słuchając tych opowieści, czytając dokumenty z lat stalinizmu, odkrywałem, że ta historia jest nieodłączną częścią tworzącej się właśnie nowej demokratycznej III Rzeczypospolitej. Rozliczenie się z czasami komunizmu podzieliło społeczeństwo i polityków. Rozgorzał spór, czy po latach należy karać ludzi w podeszłym wieku, takich jak Adam Humer." - pisze Lipiński.

Tak Humer jak i inni oskarżeni nie mieli przedwojennej, ani nawet wojennej przeszłości. Przeważnie robotnicy, rzemieślnicy, chłopi, wyłuskani z aktywu błyskawicznie robili karierę poprzez swoją brutalność i ślepą podległość ideologii zła. "Kiedy Humer demaskował i propagował, jego powojenne ofiary prowadziły prawdziwą walkę przeciwko okupantowi. Stanisław Skalski strącał niemieckie myśliwce, Maria Hattowska była łączniczką AK, Mariana Gołębiewskiego zrzucono do Polski jako cichociemnego". W latach 90-tych doprowadzono do głośnego procesu oprawców z czasów stalinowskich, emerytowanych oficerów MBP, wśród których znalazł się oficer śledczy w stopniu pułkownika, Adam Humer. "Wiadomo (...), że [oskarżeni] niczego nie żałowali. I że nadal byli wobec siebie lojalni. Żaden nie powiedział, że któryś z jego współtowarzyszy bił lub kazał bić." Prokurator Stefan Szustakiewicz nazwał oskarżonych "trybunami brutalnego aparatu powojennego bezprawia".

Władysław Bartoszewski po procesie powiedział: "Fakt, że doprowadzono wreszcie do wyroku, ma znaczenie historyczne. Opinia publiczna i wszyscy pokrzywdzeni w czasach stalinowskich uzyskali potwierdzenie, że możliwe jest moralne zadośćuczynienie. Dla ludzi władzy jest to ostrzeżenie, że wszelkie jej nadużycie może być nawet po latach ukarane, choć gdyby proces odbywał się wcześniej, potwierdzonych i udowodnionych zarzutów mogłoby być znacznie więcej. Najważniejszy jest wyrok, a czasowe odstąpienie od wykonania go ma wymiar humanitarny, choć nad zbrodniarzami hitlerowskimi nikt się przecież nie litował, nawet gdy byli w sile wieku."

W 1982 roku powstał bezprecedensowy film w historii polskiej kinematografii, a mianowicie dramat psychologiczny Ryszarda Bugajskiego "Przesłuchanie" z Krystyną Jandą w roli głównej. Film dawał wgląd w instrumenty aparatu opresji, zarazem rozdrapywał niezabliźnione rany. W 2015 roku na ekrany kin wszedł fabularyzowany dokument o rotmistrzu Pileckim skazanym na śmierć w sfingowanym procesie w 1948 roku. Za dwa miesiące premierę ma film o podobnej tematyce - "Wyklęty" - choć tym razem mamy do czynienia z walką dobra ze złem, niż z banalnością samego zła.

Skromne czytelnicze plany na 2017

No tak, plany mam naprawdę spore. Już w zeszłym roku stworzyłam listę, której trzymałam się w miarę rzetelnie, ale nie dałam rady wyczytać wszystkiego, bo doszło dużo książek nowych i kilka pożyczonych. Akurat teraz czytam coś na DKK, czego nie uwzględniłam wcześniej na liście. Potem sięgnę po Szkarłatny płatek i biały Fabera. Mam zamiar kontynuować wyczytywanie II wojny światowej i zapasów niebeletrystycznych. Z literatury pięknej sporo zaznaczyłam klasyki i niewiele literatury współczesnej, ale za to koniecznie muszę wreszcie sięgnąć po Drogę i zaległą Şafak i Morrison. Jak widać, dwie pozycje już skreśliłam. Ile wyszło? Raptem 70 pozycji. Za niecały rok wrócę do tego wpisu, do listy, i zobaczę, ile dałam radę przeczytać, ile pozycji odkreśliłam. A więc - do dzieła :)
  1. 40 zasad miłości - Elif Şafak
  2. A pair of blue eyes - Thomas Hardy 
  3. Archipelag GUŁag - Aleksander Sołżenicyn
  4. Bękart ze Stambułu - Elif Şafak 
  5. Blaszany bębenek - Günter Grass
  6. Bóg rzeczy małych - Arundhati Roy 
  7. Bracia Karamazow - Fiodor Dostojewski 
  8. Chłopi - Władysław Stanisław Reymont 
  9. Ciemne oblicze - Wasilij W. Rozanow 
  10. Ciężkie czasy - Charles Dickens 
  11. Co dalej, szary człowieku? - Hans Fallada 
  12. Czarna wołga - Przemysław Semczuk 
  13. Das Album - Piotr Strzałkowski 
  14. Doktor Żywago - Borys Pasternak 
  15. Droga - Cormac McCarthy 
  16. Droga artysty - Julia Cameron 
  17. Druga płeć - Simone de Beauvoir 
  18. Dzieci Arbatu - Anatolij Rybakow 
  19. Dziennik Anny Frank   
  20. Dzienniki - Anais Nin 
  21. Ewangelia według Piłata - Eric-Emmanuel Schmitt 
  22. Indyjska wiosna Uny - Rumer Godden 
  23. Inny świat - Gustaw Herling-Grudziński 
  24. Izrael oswojony - Ela Sidi 
  25. Kasztanek. Perła - John Steinbeck 
  26. Każdy umiera w samotności - Hans Fallada 
  27. Kobieta w bieli - Wilkie Collins 
  28. Kobiety, które zawładnęły Europą - Jean des Cars 
  29. Kronika małomiasteczkowego cmentarza - Isidora Sekulić 
  30. Listy - Joyce 
  31. Listy - Kafka 
  32. Listy - Puszkin 
  33. Listy - Rilke 
  34. Matka - Maksym Gorki 
  35. Mistrz - Colm Toibin 
  36. Na nieludzkiej ziemi - Józef Czapski 
  37. Na Zachodzie bez zmian - Erich Maria Remarque 
  38. Noc i dzień - Virginia Woolf 
  39. Odczuwanie architektury - Steen Eiler Rasmussen 
  40. Pamiętnik Mary Berg 
  41. Peregryn Pickle - Tobias Smollett 
  42. Podróż w świat - Virginia Woolf 
  43. Potępienie Paganiniego - Anatolij Winogradow 
  44. Profesor - Charlotte Brontë 
  45. Profesor Stoner - John Williams 
  46. Quo Vadis - Henryk Sienkiewicz 
  47. Rowerem i pieszo... - Kazimierz Nowak 
  48. Ruth - Elizabeth Gaskell 
  49. Sen Brunona - Iris Murdoch 
  50. Siedemnaście mgnień wiosny - Julian Siemionow 
  51. Sophie's Choice - William Styron 
  52. Sufi - Elif Şafak 
  53. Szkarłatny płatek i biały - Michel Faber
  54. Śladami Steinbecka - Geert Mak 
  55. Targowisko próżności - William Makepeace Thackeray 
  56. The Trumpet-Major - Thomas Hardy 
  57. Umiłowana - Toni Morrison 
  58. Warszawskie małe ojczyzny - Olgierd Budrewicz 
  59. Wielcy zapomniani. Polacy, którzy zmienili świat - Marek Borucki 
  60. Witajcie w ciężkich czasach - Doctorow 
  61. Wojna i pokój - Lew Tołstoj 
  62. Zabić Lincolna - Martin Dugard, Bill O'Reilly 
  63. Zachować swój świat - Nadine Gordimer 
  64. Zapach kwiatów i śmierci - Nadine Gordimer 
  65. Zestaw do śmierci - Susan Sontag (nie mam) 
  66. Życie Charlotte Brontë - Elizabeth Gaskell
  67. Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL - Filip Springer 
  68. - 70 3x Jurgen Thorwald [Stulecie chirurgów, Godzina detektywów, Stulecie detektywów]

Droga artysty - Julia Cameron

Amerykanie uwielbiają kursy samodoskonalące i poradniki. Odkrywają duchowość za sprawą różnej maści guru, nie ważne czy religijnego, czy new age'owego. Po kilku zaledwie zdaniach kursu Droga artysty włączył się mój wrodzony sceptyk, a brwi unosiły się coraz wyżej. Nie, moja kreatywność nie ma nic wspólnego z wybaczaniem sobie, czy innym, i szczerze, nie szukam duchowego przewodnika chcąc na przykład lepiej rysować. Niechybnie minęłam się z Drogą artysty Julii Cameron.
źródło: Goodreads.com

Kurs Cameron podzielony jest na 12 tygodni, podczas których kursanci raczej mają przejść katharsis, niż nauczyć się czegoś pożytecznego. Ważną częścią kursu jest poznawanie siebie przez pisanie (codziennie) trzech stron pamiętnika oraz tak zwanych "randek z artystą" (wewnętrznym) - akurat to do mnie przemówiło, bo zamysł jest taki, żeby coś zrobić dla naszego wewnętrznego artysty, czy to obejrzeć film, czy kupić flamastry w sklepiku.

Cameron wysnuwa teorię o artyście-cieniu, który mieszka w większości z nas. To artysta zdominowany przez szarą rzeczywistość, który poświęca swoją kreatywność w imię kreatywności innych, np. osoba po ASP zamiast samemu tworzyć pracuje jako arteterapeuta. Ale czy to źle? Czy wszyscy od razu mamy rzucać pracę i w stu procentach oddawać się sztuce? A co z talentem?

Ta książka nie dała mi nic. Nie potrzebne mi są afirmacje. Miałam nadzieję, że Cameron podpowie mi jak wpadać na dobre pomysły, skąd czerpać inspiracje, czy jakie praktyczne ćwiczenia można wykonać, by być bardziej pomysłowym. Coś takiego również przydałoby mi się w pracy - niedawno na szkoleniu usłyszałam, że bibliotekarze są jedną z najbardziej kreatywnych grup zawodowych. Prawda, projekty, warsztaty, eventy zmuszają nas do ciągłego podnoszenia sobie (i innym) poprzeczki. Niestety, Cameron nie dość, że nie daje gotowych odpowiedzi, to nie daje nawet cienia namiaru na odpowiedź na pytanie "jak być bardziej kreatywnym". Szkoda.

No i chyba, choć to dopiero drugi tydzień stycznia, mam pretendenta do prywatnego gniota roku. Naprawdę starałam się wyłowić z Cameron coś, co pozwoli mi rozwinąć skrzydła i wspiąć się na wyżyny kreatywności, ale za pustosłowiem i pseudopsychologicznym natchnionym słowotokiem autorki nie stoi nic. Niedawno obejrzałam film Whiplash. W niecałe dwie godziny dowiedziałam się więcej o "drodze artysty" z tego genialnego filmu, niż z całej książki Cameron. Film oczywiście serdecznie polecam. 

Dziennik - Anne Frank

"Nigdy nie uwięrzę, że wojna jest dziełem jedynie wielkich ludzi, rządu i kapitalistów. O nie, mały człowiek robi to równie chętnie, inaczej narody już dawno by się przeciwko temu zbuntowały! W ludziach jest teraz żądza niszczenia, żądza zabijania, mordowania i wściekłości i tak długo, jak długo cała ludzkość, bez wyjątku, nie przejdzie wielkiej metamorfozy, wojna będzie szaleć, wszystko, co zostało zbudowane, zasadzone i co urosło, zostanie ścięte i zniszczone, żeby potem zacząć od nowa." 

źródło: LubimyCzytac.pl

Jedną z najważniejszych książek XX-go wieku jest Dziennik Anne Frank. Jest świadectwem zniewolenia człowieka, a także pomnikiem wystawionym każdemu dziecku, które zginęło w czasie II wojny światowej i każdego innego konfliktu na świecie. Taki dziennik mógłby powstać także dziś, w odległej Syrii, i pewnie nie jeden powstaje, pełen bólu i niezrozumienia dla konfliktu.

Na trzynaste urodziny Anne, uczennica żydowskiego gimnazjum w Amsterdamie, dostaje piękny kajecik w czerwono-biała kratę. Ten zeszyt będzie jej od tej pory służył za najwierniejszą powiernicę, którą obdarzy imieniem Kitty.

Najbardziej uderzające jet to, że te wspomnienia, pełne adoratorów, koleżanek, niesnasek rodzinnych, są takie ponadczasowe i mogłyby powstać pod każdą szerokością geograficzną i w każdym czasie. Anne jest, jak każda nastolatka w jej wieku, ciekawa swojej fizyczności, spraw seksu. Ma niesamowity głód wiedzy, książki wprost pożera, pracuje nad sobą, dużo się uczy, zwłaszcza historii i języków. Pisze liczne opowiadania. A pióro ma dobre, jak na tak młodą osobę.
Anne Frank. 1940 rok. Fotograf nieznany. Źródło: Wikipedia.org (domena publiczna)

W oficynie fabryki, którą niegdyś zarządzał Otto Frank, ukrywa się osiem osób. Co i rusz dochodzi do starć, do tego przebija się niezgoda na linii Anne-matka (którą Anne nazywa Musia). Anne w pamiętniku jest szczera, rezolutna, ale i w miarę dorastania coraz bardziej zwrócona do swojego wnętrza. Marzy, że w przyszłości zostanie dziennikarką, a kto wie, może pisarką? Wielkość Dziennika polega na tym, że reprezentuje wszystkie niespełnione marzenia i przerwane życiorysy dzieci pomordowanych w czasie wojny.

Z początku czasu ukrywania się nie jest tak źle, to przecież miała być sytuacja tymczasowa. Anne pisze: "Jak nam tu dobrze, jak dobrze i spokojnie. Nie musielibyśmy się w ogóle przejmować tą całą nędzą, gdybyśmy się nie obawiali o wszystkich tych, którzy byli nam tacy drodzy, a którym nie możemy już pomóc. Źle się czuję, że leżę w ciepłym łóżku, podczas gdy moje najukochańsze przyjaciółki są gdzieś na zewnątrz, popychane albo przewracane." Jednakże w miarę upływu czasu jest coraz gorzej: z radia BBC dochodzą głosy o gazowaniu Żydów w Auschwitz, a upragnione wyswobodzenie nie nadchodzi.

"Bywam często przygnębiona, ale nigdy zrozpaczona (...)" - z Dziennika bije jej optymizm i wiara w przyszłość, która nie nadejdzie. Anne i jej siostra, Margot umrą na tyfus w 1945 w KL Bergen-Belsen. A z całej ukrywającej się ósemki przeżyje jedynie ojciec Anne, Otoo, który zaopiekował się spuścizną po swojej utalentowanej córce. W 1957 powstała Fundacja Anne Frank, która wspiera działanie na rzecz dzieci w rejonach dotkniętych konfliktami i zagrożonych ubóstwem.

Bullet Journal [moje początki]

Bullet Journal został wymyślony przez młodego Amerykanina, Rydera Carrolla. To system łączący agendę, zestaw list i nawyków, a okraszony indywidualnym stylem wykreowanym przez użytkownika. 
Wszystkie hasła zapisuje się w jak najprostszej formie, by stworzyć jak najbardziej czytelny i zrozumiały dziennik. 
 
Staram się być osoba zorganizowaną, co wcale nie jest łatwe, bo nie leży to w mojej naturze. Ale walczę z nieogarstwem i na tym froncie mogę się pochwalić dużymi postępami. Żeby przypieczętować moją wiktorię założyłam bujo, czyli bullet journal, który jest czymś więcej niż agenda.
W moim BuJo oczywiście nie mogło zabraknąć półki z książkami ;)

Kiedy po raz pierwszy trafiłam na bujo (pozwólcie, że używała skrótu) odrzuciło mnie – przecież to nie dla mnie, nie prowadzę biznesów, nie gonię ze spotkania na spotkanie! Ale koniec zeszłego roku był tak intensywny, tak obfitował w spotkania, kursy, rozmaite sprawy do załatwienia, że posiłkowałam się lista robioną an hoc na karteczkach, albo na wolnym miejscu w moim "zeszycie do wszystkiego". Wybawienie przyszło w ostatniej chwili: na fb mignęło mi bujo w wersji kreatywnej (nie biznesowej) i tym razem pomysł podbił moje serce.

Zdało egzamin planowanie: moje pierwsze kroki skierowałam na Pinterest, gdzie nacieszyłam oczy pomysłami kreatywnych stron z listami, rysunkami, planerami, trackerami, etc. Nie potrzebny mi tracker snu, ani wypitych szklanek wody, ale już wagi i ćwiczeń tak. Zaczęłam spisywać pomysły i z chaosu i nadmiaru zaczęło się coś dobrego kształtować. Nie kupowałam nowego zeszytu, bo w tym, który używam (i bardzo lubię jego gładkie strony) pisze się doskonale. Wszystkie zapiski i tabele robione są piórem wiecznym.
Wszystko rozrysowane, a pierwszy tydzień już niemal zapisany.

Na pierwszej stronie mam kalendarz na cały rok. Jest „przeszczepiony” ze starego kapownika. Oczywiście mam indeks stron, które numeruję (choć znam już układ na pamięć) i klucz – nad tym jeszcze pracuję i chyba zredukuję wszystko do kwadratów, albo kółek. No i zaczyna się właściwy bujo: cele i rzeczy do zrobienia, lista przeczytanych książek (do kolorowania, a co!), książki do kupienia i kupione, książkowe eventy, okołoliterackie i wydawnicze, wyzwania, robótki, kursy i szkolenia, a także urlopy, bo nigdy nie mogę się „pochytać” ile mi zostało dni, dalej sklepy i adresy (internetowe), wishlista i inspiracje, pomysły na posty, zakupy (ale takie większe, typu „ręczniki do łazienki dla gości”, czy „komplet lnianych serwetek na 12 osób”), słówka i zwroty z angielskiego, ciekawe słówka w rodzimym języku, kino i teatr (dalej mam filmy w tv i na dvd). Kalendarz: tu mam podział na miesiące i co każdego miesiąca mnie „ściga”. I zaczyna się styczeń: tracker z codziennym pomiarem wagi i ćwiczeniami, najważniejsze sprawy rozpisane dziennie (z podziałem na tygodnie), listy zakupów, posiłki i przekąski, notatki, social media. Styl mam dość prosty. Nie doodlam po kartkach, nie używam taśm washi, ale czasem wkleję jakąś grafikę (w tym przypadku powycinane z jakiejś zdobycznej Wróżki). Moje bujo pewnie będzie ewoluowało, ale jestem zadowolona z pierwszych dni użytkowania. 

Rady dla chcących założyć bujo?
  • Pooglądaj inspirujące zdjęcia na pintereście, blogach, Instagramie,
  • Spisz na osobnej kartce, co chcesz zamieścić u siebie, co będzie Ci naprawdę potrzebne: inaczej będzie wyglądał bujo studentki, a inaczej pracującej mamy,
  • Tabele i rysunki próbę najpierw ołówkiem, potem czymś na stałe,
  • To Twój bujo i nie potrzeba niczego kopiować na siłę, Twój bujo ma służyć Tobie.

Maus. Opowieść ocalałego ― Art Spiegelman

Maus to kontrowersyjna opowieść graficzna autorstwa Arta Spiegelmana. Spiegelman w latach 70-tych związany z komiksem undergroundowym pracował miedzy innymi dla The New Yorkera. W 1992 otrzymał nagrodę specjalną Pulitzera (Special Citations) za niniejszy komiks. 

źródło: LubimyCzytac.pl

Dlaczego Maus jest taki kontrowersyjny, a jednocześnie kultowy? Komiks, do tej pory sztuka niezbyt poważna osiągnęła zupełnie inny poziom - ten krok milowy można porównać do Z zimną krwią, reportażu Trumana Capote, który zwykłe doniesienia reporterskie wywindował do poziomu sztuki. Opowieść graficzna o ocalałym z Holokaustu zdobyła uznanie nie tylko odbiorców, ale i krytyki. Kilka lat temu sukces Maus powtórzyła opowieść graficzna Persepolis irańskiej autorki Marjane Satrapi.

Choć w komiksie postacie są zantropomorfizowanymi zwierzętami (Żydów przedstawił Spiegelman jako myszy, Niemców jako Koty, Francuzów jako żaby, Amerykanów jako psy, a Polaków jako świnie) opowieść jest jak najbardziej szczera i prawdziwa. Okrutne wydarzenia, których doświadcza Władek, ociec Artiego pokrywa się z relacjami innych świadków zagłady. Holokaust przez lata był ogromnym tabu - dopiero niedawno mogły powstać choćby takie filmy jak Życie jest piękne Benigniego, czy Pociąg życia. Maus wpisuje się dokładnie w ten sam nurt, a kto wie, czy nie on go spowodował.
Fragment komiksu "Maus. Opowieść ocalałego"

Historię życia Władka Szpigelmana poznajemy dzięki opowieściom, które snuje nagabywany przez swojego dorosłego już syna, rysownika. Władek daje się poznać jako małostkowy, kłótliwy dusigrosz. Relacje pomiędzy mężczyznami są trudne, nacechowane niedomówieniami, zadawnionymi konfliktami, cieniem kładzie się na nich również samobójcza śmierć matki Artiego, również ocalałej z Holokaustu Andzi. Komiks jest bardzo oszczędny - czarno-biały, z grubą kreską, jakby rysowany w pośpiechu, niezmiernie sugestywny. Artie próbuje zrozumieć ojca, czuje potrzebę opowiedzenia jego historii, a jednocześnie nie sili się na tanią psychoanalizę, nie podsuwa odpowiedzi na zadawane pytania.

Fragment komiksu "Maus. Opowieść ocalałego"

W Polsce kontrowersje wywołało umieszczenie Polaków jako świń. Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy się obrażać, bo dieta Polaków (niewegetarian) w większości składa się właśnie z tych pożytecznych i mądrych zwierząt (według danych GUS dotyczących bilansowego spożycia żywności, w latach 1999-2014 konsumpcja mięsa w Polsce wyniosła 73,9 kg na osobę, w tym 41 kg to wieprzowina, do tego dochodzą żelatyna i tłuszcz wieprzowy). Sam autor nie zgadza się z zarzutami odwołując się do Miss Piggy i Porgy'ego, nieporadnego, ale sympatycznego jąkały z Looney Toones.

Dla mnie uderzające było to, że każdy kto pomógł Władkowi, czy Andzi robił to za korzyść materialną. Może tak rzeczywiście było w ich przypadku, ale jest masa doniesień o bezinteresownej pomocy Polaków, zagrożonych przecież śmiercią za ukrywanie Żydów (zabijano całe rodziny, łącznie z małymi dziećmi).

Noc - Elie Wiesel

Nigdy nie zapomnę tej nocy, pierwszej nocy spędzonej w obozie, która zmieniła moje życie w mroczne, zaryglowane więzienie.
Nigdy nie zapomnę tego dymu.
Nigdy nie zapomnę drobnych twarzyczek dzieci, których ciała zamieniały się na moich oczach w kłęby dymu pod milczącym niebem.
Nigdy nie zapomnę płomieni, które strawiły doszczętnie moją wiarę.
Nigdy nie zapomnę tej nocnej ciszy, która odebrała mi na wieku chęć do życia.
Nigdy nie zapomnę tych chwil, które zabiły mego Boga i moją duszę, ani obróconych wniwecz marzeń.
Nigdy tego wszystkiego nie zapomnę, choćbym miał żyć długo jak sam Bóg. Nigdy.

Półtora kilometra od mojego domu, w lesie przy torach stoi krzyż ogrodzony niewielkim płotem. Nieco dalej postawiono sugestywny kamienny pomnik i tablicę. Na cmentarzu nieopodal jest zbiorowa mogiła z nazwiskami lub samymi numerami, a tuż przy wjeździe do kompleksu rekreacyjnego stoi obelisk, przy którym harcerze raz do roku składają wieńce. Wszystko to ku czci zapędzonych na śmierć w styczniu 1945, u schyłku wojny. 

Być może to jest mimowolnym powodem, że właśnie w styczniu sięgam po literaturę Holokaustu. Holokaust, z greckiego holókaustos – „spalony w całości”, odnosi się do ofiary całopalenia i ma konotacje religijne (dla porównania termin Szoa, który z hebrajskiego znaczy „całkowita zagłada” nie posiada wydźwięku religijnego.) 

źródło: LubimyCzytac.pl
Wspomnienia zatytułowane Noc Eliego Wiesela, nagrodzonego pokojową Nagrodą Nobla w 1986 roku przeczytałam w ostatni dzień ubiegłego roku. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że pisarz odszedł niecałe pół roku wcześniej. Przeżył i spisał swoje traumatyczne wspomnienia, by „świadczyć w imieniu ofiar”, bo „zapomnienie to zagrożenie i zniewaga”. 

Wiesel pisze we wstępie, że „wojna, którą Hitler i jego wspólnicy wytoczyli Żydom, wymierzona była także w żydowską religię, kulturę, tradycję, czyli w żydowską pamięć”. Naziści systematycznie wyniszczyli większość europejskich Żydów, oraz część Słowian (Polaków, rosyjskich więźniów wojennych), Romów, także elitę naukową, duchownych… 

„Tylko ci, którzy przeżyli Auschwitz, wiedza, co naprawdę to słowo znaczy. Inni nigdy się tego nie dowiedzą. Ale może przynajmniej spróbują to pojąć?” Kiedy na początku wojny do niewielkiego miasteczka Sighet na Węgrzech wraca cudem ocalały Mosze Stróż, nikt nie dawał wiary jego makabrycznym doniesieniom. Życie toczy się dalej – jest ciężko, przecież trwa wojna – ale nikt tu nikogo nie zabija. Nawet kiedy Naziści wkraczają do Węgier panuje względny spokój. Jednakże w miarę upływu czasu rozgrywa się „wyścig ze śmiercią” – przemoc eskaluje niezmiernie szybko: zakazy, nakazy, getto, wreszcie wysiedlenia równoznaczne z wyjazdem w zaplombowanym, przeładowanym bydlęcym wagonie do obozu koncentracyjnego. 

W 1944 roku do KL Auschwitz przybywa niemal 500 tysięcy węgierskich Żydów, wśród nich cała rodzina piętnastoletniego Eliego Wiesela. Teraz już wszyscy wierzyli w opowieści Mosze, ale mimo to, zastana rzeczywistość była nie do pojęcia przez ludzki umysł. "Aż musiałem się uszczypnąć. Czy aby na pewno żyję? Czy nie śnię? Nie byłem w stanie w to uwierzyć. Jak to możliwe, że palą ludzi, dzieci, a świat milczy? Nie, to nie może być prawda. To jakiś zły sen... Zaraz się obudzę, zerwę z bijącym sercem na równe nogi i stwierdzę, że jestem w swoim dziecięcym pokoju pośród książek...” 

Więźniowie poddawani nieustannemu terrorowi, zredukowani zostali do miski zupy i kromki chleba. Największym lękiem było zostać odsianym na przemiał, do komory. Największą nadzieją, że bliscy mogą jeszcze być wśród żywych. Śmierć była jedynie kwestią czasu. „Wszyscy dookoła płakali. Ktoś zaczął odmawiać kadisz, modlitwę za zmarłych. Nie wiem, czy w długich dziejach narodu żydowskiego zdarzyło się kiedykolwiek, by ludzie odmawiali za samych siebie kadisz.” 

Wiesel pracował z ojcem w Buna (Werke – zakłady chemiczne przy KL Auschwitz) aż do przesunięcia się frontu w kierunku obozu. W styczniu wycieńczonych do granic pojęcia więźniów skazano na długą wędrówkę w kopnym śniegu. Szacuje się, że w czasie Marszu Śmierci z KL Auschwitz zginęło nawet 15 tysięcy więźniów. Po drodze dwa tygodnie Heftlingowie spędzili w AL Gleiwitz (Arbeitslager – obóz pracy przy dzisiejszej ulicy Przewozowej), stamtąd koleją przetransportowano więźniów do Buchenwaldu. 

Noc Eliego Wiesela jest utworem zadziwiająco krótkim, ale niezwykle bogatym w treść, bardzo emocjonalnym, jednocześnie dość obiektywnym i surowym, wobec którego nie można pozostać obojętnym. Przeglądając spis lektur nie natrafiłam na Noc, choć już dawno znajduje się w szkolnym kanonie uczniów zagranicą, podobnie jak Dziennik Anny Frank. Do niedawna na liście znajdowały się Medaliony, których brak. Został jedynie Tadeusz Borowski ze wzruszającą powieścią Pożegnanie z Marią.

Cormoran Strike prowadzi śledztwo

Kiedy gruchnęła wiadomość, że nikomu nieznany pisarz, debiutant mający na koncie dość błyskotliwą, ale kiepsko stojącą w kolejce po laur bestselleru książkę Robert Galbraith*, to znana wszystkim "matka" Harry'ego Pottera, wcale mnie to nie zdziwiło. Wielu pisarzy, by oddzielić swoje wymyślone uniwersa przybiera inne pseudonimy, jak choćby nasz Joe Alex, który jest alter ego Macieja Słomczyńskiego.
Choć od wydania pierwszej powieści, Wołania Kukułki, minęły trzy lata, jakoś nie paliłam się do tej lektury. A szkoda, bo to bardzo dobra powieść! Podobnie jak w przypadku polecanej przez czytelniczkę Wyspy klucz - sięgnęłam po Galbraitha przez gorące zapewnienia, że mi się to na pewno spodoba.

Cormoran Strike, zwalisty i włochaty jak niedźwiedź grizzly, weteran wojenny z deficytem prawej nogi, prowadzi cienko przędącą agencję detektywistyczną w centrum Londynu. Pewnego dnia jego życie zmienia się za sprawą dwu kobiet, Charlotte, z którą po 16 latach definitywnie się rozstaje oraz Robin, sekretarką z biura Tymczasowe Rozwiązanie. Ten sam dzień przyniósł ze sobą również coś innego - ważnego klienta, który na zawsze zmieni oblicze biura.
Wołanie Kukułki to nie tylko sprytnie pomyślany kryminał, ale także pstryczek w nos dla mediów i świata show bussinesu - śledztwo dotyczy śmierci supermodelki i obnaża zachłanny światek mody i interesów.

W osiem miesięcy po rozwiązaniu zagadki tajemniczej śmierci Luli Landry, w biurze zjawia się niepozorna kobieta w średnim wieku, bezskutecznie poszukująca swojego męża, znanego awangardowego pisarza, który zaginął wraz z ostatnią niewydaną skandalizującą powieścią Bombyx Mori (Jedwabnik). Biuro, po tym jak Strike pojawiał się na pierwszych stronach gazet, zostało zasypane ofertami ofertami śledzenia niewiernych kochanek i wiarołomnych mężów, więc Cormoran z wielką chęcią podejmuje się misji zwrócenia kobiecie męża. Klimat powieści jest zbliżony do Morderstw w Midsomer i kryminałów Agathy Christie, a Galbraith tym razem nie oszczędza światka wydawniczego. Sama zagadka kryminalna jest... dość oczywista i domyśliłam się kto zabił, kiedy Galbraith wprowadził tę osobę "na scenę".
 
Trzecie spotkanie ze Strikiem i jego dzielną partnerką to Żniwa Zła. Ta część jest bardzo mroczna, a czytelnik dostaje nie lata orzech do zgryzienia, ponieważ podejrzanych jest aż trzech. Zniknął (niestety) klimat powieści lekkich detektywistycznych, a w zamian mamy brutalny dreszczowiec z elementem "mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet". Galbraith świetnie dobrał soundtrack - morderca ma fioła na punkcie zespołu Blue Öyster Cult.

Wielkim zaskoczeniem dla mnie było, że imię Cormoran nie pochodzi od nadwodnego ptaka (po angielsku cormorant), tylko od olbrzyma z kornwalijskiej legendy. W każdym razie ładnie by pasowało - Robin (rudzik), Cormoran i Kukułka. 
Jeżeli czytaliście Harry'ego Pottera pamiętacie częste cytowanie Proroka Codziennego - i w Strike'u mamy częste wyimki z prasy wplecione w intrygę. Jeżeli rozdawałabym plusy i minusy to minus (ale taki maleńki) za wyświechtany trick z wizytówką w pierwszej części, a duży, ale to ogromny plus za postać Robin - to silna, mądra i oryginalna bohaterka. Powieści Galbraitha bardzo polecam, bo to naprawdę dobrze napisane książki i widać w nich warsztat szlifowany przez lata. 

Niedawno gruchnęła informacja, że Rowling jest w pisarskim ciągu i obiecuje nam dwie nowe powieści, w tym jedną o Cormoranie. A BBC wyczuwając pismo nosem już kręci serial, na który fani czekają (w rolę detektywa wciela się Tom Burke, a Robin będzie grała Holliday Grainger).
 



* będę się trzymała męskiej formy i w poście będę pisała o TYM Galbraithcie, nie o JK Rowling.

Małe podsumowanko 2016 roku

Jestem krótko przed finiszem 71-go tytułu* w tym roku. W piątek będzie ostatni w tym roku recenzyjny post. (* zdecydowałam książki kilkutomowe traktować jako jedno dzieło, o ile jak w przypadku Harry'ego Pottera, czy Władcy Pierścieni kolejne tomy nie noszą innych tytułów). 

Z końcem zeszłego roku zrobiłam sobie listę, której całkiem nieźle się trzymałam... tak do marca może. Ale i tak jest nieźle - dużo książek mi przybyło i zaczęłam je czytać od razu. Zupełnie nieprzewidzianie sięgnęłam po HP (kolejne czytanie), i ogólnie po fantastykę - wspomnianego Tolkiena, Gaimana, Beagla, Butchera. Choć pierwsza połowa roku zdecydowanie obfitowała w non-fiction: dzienniki, reportaże, eseje (właśnie! to mi przypomina o bardzo zaległej Susan Sontag!).
W 2016 nie obyło się bez "nieoczywistych"

Klasyka w tym roku miała swoje pięć minut w postaci Cichego Donu (tak, tak, też zaległy), Wharton, Dickensa, a także Noblistów: Lewisa, Tagore'a i Lagerlof. Świętowałam rok Sienkiewiczowski (Listy z Afryki). Zadziwiająco dużo przeczytałam kryminałów. A generalnie własnych książek przeczytałam 59 (pozostałe były pożyczone). Trzy razy sięgnęłam po modne książki i trzy razy doznałam rozczarowania.  Sięgnęłam po 15 Polaków (w tym dwa razy po Jacka Dehnela), a trzy razy czytałam po angielsku.
W przyszłym roku czeka zaległa recenzja Cichego Donu


Zdecydowanie najlepsze książki, które czytałam w tym roku to Dziewczyna z portretu, Niezłomny i wszystko Susan Sontag. Niesamowicie uśmiałam się przy Arystokratkach (czekam na spotkanie z autorem i trzecią część :)

Na koniec roku  - dzięki Agnes - odkryłam kaligrafię, a moje niezorganizowanie ma szansę zostać ujarzmione w 2017 roku dzięki bullet journal.
Zestaw do ćwiczeń

Muzycznie 2016 pozostawał w klimatach radiowej Dwójki, BBC 3 i nowo odkrytego RTE Lyric, ale miałam od czasu do czasu ochotę na Audioslave, czy Hole. Filmowo również dużo się działo, szczególnie w pierwszej połowie roku. Obecnie wracam do filmów już widzianych, a których ścieżki dźwiękowe stale mi towarzyszą: Źródło, Atlas Chmur, Tylko kochankowie przeżyją, Pachnidło (kocham tę muzykę!). 

Plany? Lista książek wisi na blogu - chociaż najpierw przeczytam wypożyczone (Szkarłatny płatek i biały, Noc, Bicia nie trzeba było ich uczyć). Listę filmów mam w notatniku i będę sukcesywnie w miarę możliwości odkreślała. Czekam również na kilka premier kinowych (Łowca androidów 2049) i refleks dystrybutorów (Alone in Berlin - na podstawie książki Każdy umiera w samotności, i Mistrz na podstawie biografii Henry'ego Jamesa pióra Colma Toiblina). 
A z premier książkowych najbardziej nie mogę się doczekać nowego Zafona!
 
I oby ten nadchodzący, 2017, był lepszy od odchodzącego...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...