Rzeczy, których nie wyrzuciłem - Marcin Wicha

"Rzeczy, których nie wyrzuciłem" Marcina Wichy to książka-wydarzenie. Niestety, jak w przypadku jego poprzedniej książki (Jak przestałem kochać design) i tym razem – nie było między nami chemii...

Opis książki ze strony wydawnictwa Karakter:

Co zostaje po śmierci bliskiej osoby? Przedmioty, wspomnienia, urywki zdań? Narrator porządkuje książki i rzeczy pozostawione przez zmarłą matkę. Jednocześnie rekonstruuje jej obraz – mocnej kobiety, która w peerelowskiej, a potem kapitalistycznej rzeczywistości umiała żyć wedle własnych zasad. Wyczulona na słowa, nie pozwalała sobą manipulować, w codziennej walce o szacunek – nie poddawała się. Była trudna. Była odważna. 


W tej książce nie ma sentymentalizmu – matka go nie znosiła – są za to czułość, uśmiech i próba zrozumienia losu najbliższej osoby. Jest też opowieść o tym, jak zaczyna odchodzić pierwsze powojenne pokolenie, któremu obiecywano piękne życie.


Chociaż książka składa się z trzech części, mnie się ona układała w dwie zupełnie nie pasujące do siebie: pierwsza część książki (ogólnie książka składa się z trzech części, ale ja bym wyodrębniła dwie) składa się z dywagacji nad stratą Żydowskiej Matki – tu przyszła mi na myśl Żydowska Matka z “Kompleksu Portnoya” Philipa Rotha, a druga nad jej umieraniem. Pierwsza część jest napisana wyraziście, momentami przypominała zbiór esejów (i prawdopodobnie nimi była, ponieważ autor uprawia w Rzeczach recykling i czerpie z esejów i felietonów, które już zostały opublikowane); druga część to luźne przemyślenia nad odchodzeniem matki, szpitalne poczekalnie, formalności, “ciało i krew”. I ta druga część mnie zmęczyła - godziny oczekiwania na wypis, odwiedziny przy szpitalnym łóżku, wreszcie puste łóżko.


Bez sentymentalizmu, ale i bez emocji opisywane sytuacje sprawiły, że Rzeczy tylko się ode mnie odbiły, zamiast do mnie trafić. Czegoś tu zabrakło, jakiegoś ogniwa, które spoiłoby całość i nadało jej nowej jakości. Ja wiem, że Paszport Polityki, że Nike, ale ta książka kompletnie do mnie nie trafiła.

Znajduję tę książkę mało wyrazistą. Wręcz anonimową. Choć pod warstwami rozprawiania się ze śmiercią bliskiej osoby, Wicha przemyca także treści dotyczące odmienności i wykluczenia. Choć nie jest to tematem książki i nie wynika z jej konstrukcji, a jedynie jest problemem zasygnalizowanym.

Moja opinia na temat książki "Jak przestałem kochać design" z grudnia 2015 roku: 

Bardzo nie lubię wystawiać książkom negatywnych opinii, ale tym razem bardzo się zawiodłam. Cenię wydawnictwo Karakter za wydawanie chociażby Sontag i świetnych książek o architekturze. Kupiłam Jak przestałem kochać desing, bo lubię temat projektowania, historii przedmiotów sprzężonej z rysem socjologicznym i historią, lubię architekturę. Jednak już po kilku stronach byłam niezadowolona z tego, w jakim kierunku autor, Marcin Wicha, zmierza. Jedynie ciekawe, choć strasznie chaotyczne są rozdziały poświęcone polskiej szkole plakatu. Szkoda, bo taki temat samograj, jakim jest design z poprzedniej epoki został zmarnowany. Myśli się rwą, potem znienacka Wicha wraca do porzuconego tematu, jakby ktoś mu pomieszał kartki z maszynopisem. Chaos i zdawkowość. Pogarda dla społeczeństwa, poczucie wyższości, bo tata miał deskę kreślarską, a nie - dajmy na to - pracował przy montażu fiata?

Ale żeby nie było, że absolutnie nic nie wyniosłam z lektury: niedawno porządkowałam stare gazety (mając na myśli "stare" chodzi mi o Panoramy, Wykroje i in. z lat 1947-59!!!), trawiłam wówczas na artykuł o polskim plakacie właśnie. Sepiowe zdjęcia ukazujące Starowiejskiego przy układaniu pasjansa, Świerzy na tle plakatu z Fernandelem. Krótkie wywiady z obydwoma twórcami. I gdyby nie Wicha, chyba nie zwróciłabym na ten artykulik uwagi.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.