Spotkanie ze Zbigniewem Pawlakiem - Piękne miasto Biesłan

Zbigniew Pawlak podpisuje książkę dla czytelniczki
Wczoraj wieczorem miałam okazję być na spotkaniu ze współautorem książki Piękne miasto Biesłan, panem Zbigniewem Pawlakiem. Spotkanie odbywało się w sali Powiatowej i Miejskiej Biblioteki w Rybniku i chociaż 45 Dni Literatury już za nami, spotkanie zorganizowane przez stowarzyszenie Azylant było niezwykle emocjonalnym "zakończeniem sezonu".
Zaczęło się od wykładów na temat Biesłanu; Pawlak ma bogate doświadczenie ze względu na liczne podróże Jedwabnym szlakiem. W Kazachstanie mieszkał na początku lat 90-tych, dostrzegał analogię między budzącą się narodowością Kazachów, a Polaków w porozbiorowej Polsce.
Kiedy wrócił z rodziną na stałe do Polski w 2004 wydarzyła się tragedia. Nagle w niewielkim Kaukaskim miasteczku, które liczyło około 35 tysięcy ludzi terroryści poważyli się podnieść rękę na to, co najświętsze – na dzieci.  1-go września 2004 roku oczy całego świata skierowane zostały na Biesłan. Ten dzień, pierwszy dzień szkoły, był świętem, które Pawlak porównuje do dnia pierwszej komunii – Dzień Wiedzy, kiedy bierze się wolne, żeby obejrzeć przygotowywane przez całe wakacje występy, świętować w gronie najbliższych, przyjaciół i znajomych.
Początkowo władze podawały liczbę 250 zakładników, w co okoliczna ludność nie mogła uwierzyć. Następnie liczba ta wzrosła o sto. Prawda jest jednak taka, że do szkoły numer 1, największej szkoły w Biesłanie, prócz uczniów szli także ich rodzice, młodsze dzieci, które nie szły w tym dniu do przedszkola, dziadkowie, krewni. W zatłoczonej sali gimnastycznej znajdowało się ponad tysiąc osób. Po trzech dniach gorączki (nikt nie był przygotowany na podobny scenariusz, nikt nie wiedział, co robić, nawet sami porywacze! – Pawlak opowiadał o dwóch szahidkach, które nie mogąc znieść myśli o wysadzeniu kobiet i dzieci, wysadziły się w innym pokoju, oddalonym od sali) nastąpiło najgorsze – nie wiadomo co spowodowało wybuch, oszaleli terroryści strzelali do uciekających dzieci, zapanował chaos, piekło… Zginęły 334 osoby, większość to dzieci, ale byli wśród nich i rodzice, nauczyciele, a także kilkoro młodych żołnierzy zasłaniających własnymi piersiami (bez kamizelek kuloodpornych!) uciekające dzieci przed karabinem maszynowym obsługiwanym przez zdesperowanego terrorystę.
„Od tamtego dnia – mówi Pawlak – miasto się podzieliło”. Zostali ci, co przeżyli i ci, których tam nie było. Ci, którzy przeżyli mogli liczyć na pomoc finansową, (w miasteczku jest spore bezrobocie), ale są okaleczeni psychicznie, dzieci straciły dzieciństwo i nie pomogą im nowe piłki, czy liczne rowery wysyłane na otarcie łez. Rodzice stracili dzieci, które po dziesięciu latach od tragedii przestają przychodzić do nich w snach…
Jak żyje Biesłan dziś? Czy to społeczeństwo otrząśnie się kiedykolwiek z tej strasznej tragedii? Zbigniew Pawlak jeździ z odczytami, spotkaniami takimi jak to do szkół (przed spotkaniem w bibliotece był w dwu rybnickich szkołach). „Kiedy pytam o największy zamach terrorystyczny, ludzie odpowiadają 11 września”, mówi i dodaje od razu, że ta tragedia była większa, straszniejsza. Wysuwa wniosek, że już się zaciera, że nie pamiętamy. Nie mogę się z tym zgodzić. Pamiętam doskonale, jak w domu mieliśmy oczy przyklejone do ekranu i z zaciśniętymi pięściami oglądaliśmy ten trzydniowy koszmar, który skończył się niewyobrażalnym piekłem.
Na sali przeważały kobiety, w większości matki. Dwa niezwykle silnie emocjonalnie obrazy sprawiły, że ciszę można było kroić nożem; tu i ówdzie tylko któraś z nas pociągała nosem, nie miesząc łez w oczach. Jednym z tych momentów był film przedstawiający rysowaną na piasku historię Biesłanu, którą tak pięknie wykonała Tetiana Galitsyna. Drugi film to była pieśń dzieci śpiewających o bólu i pamięci, ilustrowana zdjęciami, niekiedy drastycznymi, pokazującymi cały koszmar tego zdarzenia.
Jakby dla kontrastu pokazywał Pawlak slajdy z przygotowywania osetyńskich pieragów, takich placków, które są na Kaukazie wszechobecne. Podaje się je gościom, bierze się do pracy na drugie śniadanie, są jak to ujął prelegent – jak u nas kebab. Zwrócił uwagę na to, że pieragów zawsze musi być trzy: symbolizują słońce, ziemię i to, co pod ziemią. Zmarłym piecze się po dwa, bo zmarły nie potrzebuje słońca…


Follow on Bloglovin

Potargowo

Kiedy pojawiła się możliwość wyjazdu na Targi Książki do Krakowa, nie wahałam się ani chwili. Jechałam zorganizowaną grupą, więc miałam dość ograniczony czas, niemniej jednak udało mi się "odhaczyć" najważniejsze punkty w sobotnim kalendarzu targów.
Przed wejściem była niesamowita kolejka - a ponoć Polacy nie czytają książek! Dwie olbrzymie hale - Wisła i Dunaj, oddzielone są złączką z salami Wiedeń A i Wiedeń B (w W. A o 13-stej odbywało się spotkanie blogerów, do którego "włożyłam głowę" na chwilę dosłownie na chwilkę). Hale robią wrażenie, są przestronne, wysokie, ale przy tej powodzi zwiedzających było i tak tłoczno. 


Wydrukowałam sobie wcześniej plan zaznaczając interesujące mnie stoiska i spotkania autorskie, na których chciałam być. Udało mi się (z fajnymi rabatami) kupić Sens życia (kolejną po Dziwnych zwierzętach i Innej podroży część o Mrówkojadzie i Orzesznicy), zdobyłam upatrzoną Susan Sontag, złapałam Angoli. Nie udało mi się ustrzelić dwu innych książek; jedna prawdopodobnie była wydana zbyt dawno temu, drugiej nie umiałam znaleźć (wydawnictwo Albatros nie miało stoiska?).
Widziałam wiele znanych twarzy: ojca Leona Knabita, Agnieszkę Tyszkę, Wojciecha Cejrowskiego, mignął mi Miłoszewski. Od 12-stej Paulina Wilk podpisywała Znaki szczególne, które bardzo chciałam zdobyć właśnie z autografem. Co prawda z panią Pauliną zamieniłam kilka zdań, ale okazała się miłą, rozmowną osobą. Muszę się pochwalić zdjęciem:
Z lewej Paulina Wilk, po prawej - c'est moi
Niestety, nie udało mi się być na spotkaniu z Dehnelem (promował Matkę Makrynę), nie zdobyłam również tomiku Krzysztofa Siwczyka (a chciałam mu pogratulować nagrody Kościelskich i zdobyć autograf), ominął mnie również Twardoch. 
Za to zrobiłyśmy sobie spacer po jesiennym Krakowie. W Cafe Choco ogrzałyśmy się przy ciepłej kawie, zajadając przepyszny sernik. Na rynku jak zwykle tłum turystów, gołębie i stragany z kwiatami. Może to bliskość czakramu, bo przyjechałam zmęczona, ale niesamowicie pozytywnie naładowana. 
Co do samych targów, to hale były tak ogromne, że nie do ogarnięcia jednego dnia. Żeby tak spędzić na każdym ze stoisk przynajmniej piętnaście minut, to musiał by mieć człowiek dwa tygodnie;) O niektórych wydawnictwach w ogóle nie słyszałam. Z tego co wiem, prawdopodobnie kręciło się po halach wielu moich znajomych, w tym wielu blogerów, ale przyuważyłam tylko jedną blogerkę i jednego znajomego ze studiów. 
Byliście? Jakie macie wrażenia? Duże te Wasze stosy? 






  
Follow on Bloglovin

45 Rybnickie Dni Literatury - wybrane spotkania autorskie (na których miałam okazje być:)

W tym roku miałam okazje uczestniczyć w trzech fantastycznych spotkaniach z trzema różnymi osobowościami, a także – niejako na deser – wybrałam  się do teatru. A wszystko w ramach 45 Rybnickich  Dni Literatury.
Profesor Jerzy Bralczyk i prowadząca spotkanie pani wicedyrektor biblioteki, Stanisława Adamek
13 października w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece odbyło się spotkanie z Jerzym Bralczykiem, językoznawcą i autorem wielu publikacji (nie tylko z zakresu językoznawstwa, ale i polityki, czy mediów). Bralczyk często żartował, łączył elokwencję z humorem. Przytaczał ciekawe anegdotki; miedzy innymi dowiedziałam się,  że w Panu Tadeuszu dwa razy występuje słowo „wziąść”, a także – zapytany o slang młodzieżowy dowiódł, że słowo „spoko” zostało użyte pierwszy raz blisko sto lat temu przez… Pierwszą Brygadę. Profesor mówił również o tym, że językoznawca skupia się na tym, jaką język powinien pełnić funkcję, jak powinno się mówić, a nie jak się mówi – a to naszego gościa interesuje najbardziej. Zwracał uwagę na to, że ubożeje nam mowa, ale nie język – co wchodzi do języka, to w nim zostaje, ale za to ubożeje słownictwo, chociaż co dzień uczymy się nowych słów (specjalistycznych, okazjonalnych, zapożyczeń). Zwrócił również naszą uwagę na specyfikę języka polskiego i jego odrębność w stosunku do innych języków, na przykładzie mediów społecznościowych i nieadekwatności kalek językowych: angielskie „lubię to” (like) – Polakowi najpierw coś się podoba, potem dopiero może zdecydować, czy to lubi. Bralczyk zinterpretował także najsłynniejsze polskie zdania: Polacy nie gęsi, swój język mają - nie czyj: - gęsi, nie że nie jesteśmy gęśmi; pierwsze polskie zdanie brzmiące daj ać ja pobruszę zostało wypowiedziane prawdopodobnie przez Czecha, a stricte polskie zdania zapisane przez Jana Długosza brzmią: gorze się nam stało, oraz biegajcie, biegajcie! – jak zauważył Bralczyk nie jest to zbyt korzystny początek. Odniosłam momentami wrażenie, że profesor skłania się ku subiektywizmowi językowemu.
Oczywiście rozmowa zeszła również na temat książek Bralczyka. Opowiadał o ostatniej książce – Wszystko zależy od przyimka, na która składa się rozmowa trzech znakomitych językoznawców: oprócz Jerzego Bralczyka z Jerzym Sosnowskim dyskutują Andrzej Makowski i Jan Miodek. Równocześnie został wydany bogato ilustrowany album Jeść!!!, na okładce której znajduje się Franc Fischer („koneser dobrego jedzenia”, literat, filozof i… pierwowzór pana Kleksa). Gość zdradził również najbliższe plany wydawnicze - kolejna książka będzie o zwierzętach lasach i pól, a następna napisana wspólnie z Michałem Ogórkiem o imionach.
Jedno z pytań od publiczności dotyczyło prywatnej kolekcji Panów Tadeuszów, których Jerzy Bralczyk ma około 300 egzemplarzy. Niektóre to prawdziwe perełki wydawnicze, najbardziej jednak nasz gość ceni sobie przepisane odręcznie egzemplarze z XIX wieku, z których jeden jest okraszony dopiskiem „przebrzydłe Kielce”.
Jacek Hugo-Bader

Następnego dnia udałam się na kolejne spotkanie autorskie. Przyznam, że czekałam na nie z wypiekami od momentu, w którym się dowiedziałam, że na Dniach Literatury zagości Jacek Hugo-Bader. Ten człowiek to wulkan energii! Biega maratony, zjeździł Rosję jak kraj długi i szeroki, nie boi się nowych wyzwań, nie cierpi stagnacji. Gość zrezygnował z mikrofonu na rzecz swobodnej artykulacji (i gestykulacji). Hugo-Bader opowiadał o swoich początkach, kiedy to został przyjęty na stanowisko dziennikarza newsowego w Wyborczej, ale – jak sam dodał - pisał zbyt długie teksty, więc został „zesłany” do działu reportażu. Padło pytanie od publiczności: dlaczego Rosja? Hugo-Bader stwierdził, że samo tak wyszło, ponieważ redaktor naczelny Dużego Formatu, zlecił mu napisanie o Michaile Kałasznikowie (reportaż ukazał się później w książce W rajskiej dolinie wśród zielska). Reportaż okazał się bardzo dobry, jednak po latach, już jako doświadczony reportażysta sam sobie wytknął błąd w tym tekście. „Ten tekst jest błahy – mówi Hugo-Bader - nie wszedłem w duszę tego człowieka, nie dobrałem się do tego, co w nim siedzi”. Brak doświadczenia wytknęła mu także ikona współczesnego reportażu, Hanna Krall.
Ta historia skłoniła gościa do podzielenia się z publicznością tajnikami pracy reportażysty: dobry reportażysta ma w rezerwie drugi temat, bo pierwszy może nie wypalić; rozmówcy nie można przypierać do ściany, ale rozmawiać, nie oceniać swojego bohatera. Reportażysta ma obowiązek pomagać bohaterowi mówić; liczy się szczerość, należy wyjaśnić rozmówcy powód, dla którego to z nim się rozmawia, czego się od rozmówcy oczekuje, absolutnie nie wolno kłamać, szczerość za szczerość, należy samemu mówić, żeby pokazać bohaterowi jak ma mówić, jak otworzyć duszę.
Padło wówczas wspaniałe stwierdzenie: „bohater o pojemności 48-godzinnej”; na dyktafonie można zmieścić całe ludzkie życie. „Najbardziej interesuje mnie tajemnica z dna ludzkiej duszy, – mówił dalej Hugo-Bader - krzywdy, świństwa, zdrady, których nie chcesz pokazać, tego mi nikt nie opowie, jeśli nie opowie całej reszty, wchodzi się w ludzki los coraz głębiej, aż dusza zaczyna boleć.” Mimo wszystko autor szanuje prywatność, jeśli coś ma zostać między nim a rozmówcą, zostaje między nimi. Chociażby coś miało większą moc i miało odmalować charakter człowieka.
Jak sam przyznaje zawadza mu praca na etat. Woli pisać książki. Następne będą reportaże o rosyjskich elitach, co się dzieje w ich głowach, ich brak genu buntu. Zacznie w Krasnojarsku, w samym środku Rosji. „Temat za który się biorę musi mnie chwycić za gardło, musi wzbudzić mój entuzjazm” - mówi. Od 25 lat opisuje upadek imperium.
Na pytanie, co mu nie wyszło odpowiedział, że nie spotkał Tiereszkowej, z którą bardzo chciał się spotkać, w zamian napisał piękny reportaż o jej dublerkach.
Opowiadał także o szamanach (wspaniałe reportaże w Białej Gorączce), a także o najnowszej książce Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak.
Ksiądz Arkadiusz Wuwer oraz ksiądz profesor Jerzy Szymik

Ostatnie ze spotkań autorskich, na których miałam okazje być odbyło się w piątek 17-go. Ksiądz profesor Jerzy Szymik opowiadał o najnowszym tomie wierszy Hilasterion. Ten grecki wyraz odnosi się do wieka arki przymierza, która kapłani polewali krwią złożonych w ofierze zwierząt. W Nowym Testamencie takim Hilasterionem jest Jezus. Pisane z pozycji celibatariusza wiersze opowiadają o miłości, pięknie ulotnych chwil, koncentrują się na rzeczach prostych, podstawowych, na ludziach i relacjach między nimi, a wszystko uchwycone przez pryzmat wiary.  „Żeby piękno słowa prowadziło ku życiu” – mówił ksiądz profesor, dodaje przy okazji o głównym przesłaniu swojej poezji, w której stara się uchwycić to, „w jaki sposób Bóg nam pomaga radzić sobie z codzienną krwawicą”. Jako duchowny, który świadomie podążył za swoim powołaniem może się poszczycić: „Nie jestem akwizytorem lipnego towaru”.
Nie obyło się bez interpretacji wierszy, które czytał sam autor (wzruszający wiersz dla raz spotkanej w rzymskiej trattorii pary), a zaproszony specjalnie na tę okazję zespół Ola i przyjaciele wykonał subtelne pieśni do słów księdza.
Na zakończenie jeszcze jeden cytat ze spotkania: „Nic większego się człowiekowi przydarzyć nie może na tym świecie niż miłość”.

Wisienką na torcie był spektakl, który odbył się wczoraj w Teatrze Ziemi Rybnickiej. Dziecko dla odważnych na podstawie książki Leszka Talko, zinterpretowane przez małżeństwo Beata i Tomasz Schimscheinerowie znane z wielu kreacji filmowych i telewizyjnych. Lekko i z humorem poprowadzony temat wywarł na publiczności dobre wrażenie. Momentami nie można się było pohamować od śmiechu – szczególnie we fragmentach o Teletubisiach. Dwuaktówka rozpisana na duet aktorski zawierała szereg scen znanych z książki –  Beata Schimscheiner jako Pitu i jako Kudłata była doskonała, jej mimika i ekspresja rzeczywiście przypominały małe dziecko. Tomasz Schimscheiner jako tata śmieszył do łez. Jeżeli będziecie mieli możliwość, koniecznie wybierzcie się na spektakl.
To tylko wybrane atrakcje 45 Rybnickich Dni Literatury, na których udało mi się być. Oprócz wyżej opisanych spotkań autorskich odbyło się wiele koncertów, spektakli i wykładów. Było można miedzy innymi posłuchać Jacka Kurka, Tadeusza Kijonki, Oli Cieślak, która prowadziła warsztaty dla dzieci; w sobotę odbył się koncert muzyki filmowej, a do takiej małej świeckiej tradycji należy występ Michała Bajora, który znów zagościł w Rybniku.
Teraz pozostaje tylko czekać na 46 Rybnickie Dni Literatury, które już za rok!

Follow on Bloglovin

Bukareszt. Kurz i krew - Małgorzata Rejmer

źródło: LubimyCzytać.pl
Kiedy w 1989 po błyskawicznym procesie stracono Nicolae Ceaușescu i jego żonę, Elenę, miałam siedem lat. Ale pamiętam czarno-białe zdjęcia i rozjuszony, zdesperowany tłum. W książce Bukareszt. Kurz i krew Małgorzata Rejmer wraca do tego momentu, usiłując dociec co sprawiło, że lud "ugryzł rękę, które go karmiła". Ceaușesc, niedouczony syn szewca wyrósł na potęgę dzięki populizmowi i decyzjom władz partyjnych namaszczających go na stanowisko prezydenta. Za jego rządów Rumunia była sterroryzowana, sterowana ręcznie przez osoby, które cierpiały na galopującą megalomanię. I tak oto powstał Dom Ludu, czyli wprost gigantyczny Pałac Parlamentu, dla postawienia którego zrównano z ziemią jedną z najpiękniejszych dzielnic willowych Bukaresztu. Dom Ludu - pisze autorka - zawłaszczył całą południową część Bukaresztu. Zmienił ją nieodwołalnie i zniszczył. Rozerwał tkankę miasta. Gdyby tylko skończyło się na architekturze... Ale nowe społeczeństwo domagało się nowego rozdania i wszystkie dziedziny życia musiały być podporządkowane władzy. Nawet ta najintymniejsza, związana z życiem płciowym. Dekret zabraniający kobietom prawa do antykoncepcji i aborcji zmienił wszystko: stosunki między małżeństwami, sąsiadami, przyjaciółmi, między rodzicami i dziećmi. (…) Do dziś społeczeństwo nie zdążyło wyzdrowieć po tym eksperymencie, który miał budować szczęśliwe, duże rodziny, a okazał się bombą niszczącą więzi między ludźmi (…) setki tysięcy dzieci wzrastały z kompleksem niechcenia. 10 000 kobieta zmarło w wyniku nieudanych aborcji, kobiety były więzione, do więzień trafiali lekarze dokonujący aborcji, a tych dokonywali nie tylko ginekolodzy... Rozdział poświęcony tej tragedii jest jednym z najbardziej wstrząsających, obok innego, poświęconego więzieniom w Rumunii.  
Rumunia oczami Rejmer jawi się jako kraj zniszczony fizycznie, a przede wszystkim psychicznie, kraj okaleczony, który nawet kiedy się śmieje, robi to w sposób posępny; rumuński humor to humor czarny,  komedia rumuńska to wesołe pranie widza po pysku - pisze Rejmer podając przykłady w postaci tytułów takich jak Filantropica, czy Śmierć pana Lazarusa. 
Mimo iż zaczęłam od Ceaușescu, muszę przyznać, że nie on zapoczątkował to, co złe w Rumunii - był tylko nieubłaganą konsekwencją tego, co narastało w narodzie. W 2004 roku komisja Elie Wiesela opublikowała raport, w którym stwierdziła, że Rumunia, spośród wszystkich sojuszników nazistowskich Niemiec, ponosi oprócz samych Niemiec, odpowiedzialność za największy udział w eksterminacji Żydów.
Jaka naprawdę jest Rumunia, jacy są Rumuni, czy mamy prawo ich oceniać? Polecam książkę Bukareszt. Kurz i krew; Rumunia to taki duży kraj, taki nieszczęśliwy, a tak mało o nim wiemy.
Follow on Bloglovin

Śmiejący się policjant - Per Wahlöö, Maj Sjöwall

Od czasu trylogii Milenium popularność kryminałów skandynawskich znacznie wzrosła. Takie nazwiska jak Camilla Läckberg, Jo Nesbø, czy Liza Marklund zna każdy czytelnik. Ale warto wspomnieć o parze autorów piszących w latach 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku. Roman om ett brott, co można przetłumaczyć jako opowieści z życia policji, rozgrywały się w Sztokholmie, a głównymi bohaterami byli Martin Beck i jego podwładni, Lennart Kollberg, Gunvald Larsson, Frederik Melander, i in. Śmiejący się policjant jest czwartą (z dziesięciu) powieścią duetu Per Wahlöö i Maj Sjöwall. Została ona nagrodzona prestiżową Nagrodą im. Edgara Allana Poe. 
Powieść zaczyna się niezwykle intrygująco: słotny listopadowy wieczór, w autobusie komunikacji miejskiej zostaje znalezionych osiem zastrzelonych osób. Wśród ofiar jest młody policjant, Åke Stenström. W pierwszej chwili detektywi nie mają punktu zaczepie. Zaczyna się żmudne policyjne śledztwo. Obserwujemy nie tylko pracę policji, ale ich wzajemne relacje nasycone ironicznym humorem, poznajemy rodziny policjantów, tło - od manifestacji przez sytuację socjalno-ekonomiczną po półświatek sztokholmski. Postacie są żywe, nieprzejaskrawione, ludzkie, których pracę można podsumować zdaniem wypowiedzianym przez Malandera:
"- Istota problemu (...) polega rzecz jasna na tej paradoksalnej sytuacji, że zawód policjanta wymaga w założeniu najwyższej inteligencji, zupełnie niezwykłych kwalifikacji psychicznych i moralnych od tych, którzy się go podejmą, a jednocześnie nie oferuje nic, co mogłoby przyciągnąć osoby o takich właściwościach".
Śmiejącego się policjanta czyta się bardzo dobrze. Zagadka kryminalna jest niebanalna, a praca policji bazuje na intelekcie i ciężkiej pracy, nie na przebłyskach geniuszu jak w przypadku prywatnych detektywów. Czekam na wydanie w czarnej serii, żeby więcej czytelników po tę powieść sięgnęło. 

Książka przeczytana w ramach wyzwania CZYTAMY KSIĄŻKI NIEOCZYWISTE


Follow on Bloglovin

Dama Kameliowa - Aleksander Dumas (syn)

Z klasycznymi powieściami jest ten problem, ze ciężko wnieść coś nowego do dyskusji na ich temat. Z pewnością większość z Was zna fabułę, ale nakreślę ją pokrótce dla tych, którzy z Damą Kameliową się nie spotkali.
Akcja powieści rozgrywa się w połowie XIX-go wieku w Paryżu. Właśnie odbywa się licytacja dóbr zmarłej na gruźlice kurtyzany, Małgorzaty Gautier. Młody narrator z czystej ciekawości postanawia przyjrzeć się jej bliżej i z czystej przekory nabywa tomik należący do zmarłej. W książce znajduje się tajemnicza dedykacja, która frapuje młodzieńca. Okazuje się, że autorem wpisu jest dawny kochanek Małgorzaty, Armand Duval... Tak zaczyna się jeden z najsłynniejszych melodramatów wszech czasów, który służył za kanwę Traviaty Verdiego, był wielokrotnie inscenizowany i ekranizowany (chociaż nie doczekaliśmy się ekranizacji prawdziwie epickiej w hollywoodzkim sensie).

Główna bohaterka, której ukochanymi kwiatami były właśnie kamelie, określana jest mianem kurtyzany. Nie jest to synonim wyrazu prostytutka, co bardzo często się słyszy; w dzisiejszych czasach można by określić tak dziewczyny piłkarzy, celebrytki spotykające się ze sławnymi mężczyznami, utrzymanki, z którymi można się pokazać w teatrze, na premierze filmu, na "ustawce" z paparazzi.  Taka "material girl" nie była w XIX-stym wieku dobrym materiałem na żonę, ale na towarzyszkę - owszem. Wręcz znamienna jest wypowiedź ojca Duvala pochwalającego wybór syna co do kochanki. I w tym znaczeniu Dama kameliowa traci swój łzawy wydźwięk na rzecz obrazu obyczajowości dziewiętnastowiecznej. Znaczący jest również fakt, że mamy do czynienia z powieścią francuską, nie angielską, czy amerykańską, gdzie taka główna bohaterka byłaby nie do przyjęcia. Taką przebrzmiałą dama kameliową jest również Odeta de Crécy ze słynnego cyklu powieściowego Marcela Prousta. 
Przemiana Małgorzaty z utrzymanki w romantyczną heroinę nie jest wcale niczym dziwnym, chociaż czytelnik nie byłby równie o niej przekonany, gdyby bohaterka nie była umierająca; czy na dłuższą metę mogłaby obejść się bez luksusów, z których miała zrezygnować w imię miłości do niezbyt bogatego dżentelmena z prowincji? Oczywiście nie odmawiam Małgorzacie prawa do miłości i nie wątpię w jej istnienie, ale czy Gautier i Duval - gdyby nie śmiertelna choroba - mogliby żyć długo i szczęśliwie?

Na zdjęciu są dwa wydania - na pierwszym planie znajduje się jeden z czterech tomików wydanych w 1924 roku, w tle wydanie z 2005-go.

Czytamy książki nieoczywiste - podsumowanie i zaproszenie na październikową edycję

Czas podsumować drugi miesiąc wyzwania CZYTAMY KSIĄŻKI NIEOCZYWISTE. W wyzwaniu wzięło udział pięć osób, przeczytałyśmy dziewięć nieoczywistych książek i z pewnością już mamy przygotowane w zanadrzu kolejne. Jak widać zrezygnowałam z "żabki" na rzecz zwykłych linków, które są bardziej przejrzyste. Odpowiadam od razu na pytanie: tak, możecie podsyłać starsze linki - niech to się stanie taką małą tradycją;)
Linki do październikowych Nieoczywistych podsyłajcie pod tym postem.
Dziękuję osobom, które mimo iż nie brały bezpośrednio udziału w wyzwaniu zamieściły banerek na stronie/blogu. Mam nadzieję, Kochani, że w październiku dołączycie.
A oto zestawienie:

El.:

Monotema: 

Aleksandra czyta: 
ja:



Na półkach w zaciszu domowych biblioteczek, zalegające w magazynach bibliotek publicznych, wciśnięte w kąt antykwarycznych regałów czają się książki nieoczywiste. Pożółkłe, niemal sepiowe kartki, druk nierzadko wyblakły, odbijany jeszcze czcionkami w pachnącej metalem drukarni, czekają na jeszcze jednego czytelnika, być może tego ostatniego w ich papierowym życiu.
Kochani, sięgnijmy po takie książki. Zapraszam do wyzwania. Co miesiąc przeczytajmy choć jedną taką staruszkę-książkę. Pod tym postem zostawiajcie linki do waszych postów wyzwaniowych, chwalcie się, co udało się Wam wygrzebać z czeluści książkowych regałów, pchlich targów, ręczniaków.

Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...