The Harrogate Secret - Catherine Cookson

Raz na jakiś czas "bierze mnie" na czytanie w oryginale. Zaczęło się oczywiście od Thomasa Hardy'ego. Bardzo chciałam zaznajomić się z pięknem języka jego powieści. Oczywiście tłumaczenia są doskonałe, ale nie ma to jak przeczytać to, co autor napisał, co myślał, nieomal słyszeć jego głos. 
Na portalu aukcyjnym od pewnego czasu zaopatruję się w książki, których nie przetłumaczono, a które koniecznie muszę przeczytać. I tak w zeszłym roku przeczytałam doskonałą autobiografię Tommy'ego Steele'a (Bermondsey Boy: Memories of a Forgotten World), na półce czeka (i patrzy z wyrzutem) A Pair of Blue Eyes wspomnianego Thomasa H. A wczoraj skończyłam The Harrogate Secret autorstwa Catherine Cookson.
Catherine Cookson w Polsce prawie nieznana na Wyspach lokuje się wysoko na szczytach list bestsellerów. Autorka celowała w romansach historyczno-przygodowych. Jej trylogia o Tilly Trotter rozeszła się w nakładzie setek tysięcy egzemplarzy. U nas można było jedynie obejrzeć miniserial o przygodach tej rezolutnej dziewczyny. W Polsce można przeczytać zaledwie kilka z... blisko setki jej powieści. I, niestety, muszę to powiedzieć, tłumaczone są źle i po łebkach. Miałam okazję czytać w języku polskim jej Córkę Pastora i głęboko mnie rozczarowała, co było, myślę, spowodowane tłumaczeniem. Choć być może akurat trafiłam na jedną ze słabszych powieści autorki.

Moje pierwsze spotkanie z The Harrogate Secret odbyło się za pośrednictwem TVP2; lubię filmy kostiumowe, więc ten - pełen intryg i niesamowitości - stał się jednym z moich ulubionych. Oczywiście kupiłam go na dvd (wydanie dodawane do Daily Mail). 
Powieść od pierwszych stron bardzo mi przypadła do gustu. Choć ilość archaizmów i skrótów deczko mnie przeraziły (Ta', missis. Me ma'll say ta an' all.), zaczęłam robić notatki i od razu było mi łatwiej;)
Historia jest naprawdę niesamowita; zaczyna się w 1843 roku, kiedy dziesięcioletni Freddie, pochodzący z wielodzietnej ubogiej, ale kochającej się rodziny, jest świadkiem narodzin Belle. Freddie jest gońcem, który akurat tej feralnej nocy udał się do The Towers do niejakiego Gallaghera, szaleńca i narkomana... Następnie akcja przenosi się dwa lata później, kiedy Freddie ratuje maleńką Belle z rąk owego szaleńca. Od tej pory Freddie jest opiekunem Belle, która wyrasta na piękną pannę. 
Oczywiście nic nie jest takie proste, na jakie wygląda: jest jeszcze Maggie, która bierze chłopaka pod swoje skrzydła, jest Marcel, skrywający swój wielki sekret, oraz skradzione diamenty! Mamy prawego młodziana, pannę w opałach, sprzymierzeńców, którzy gotowi są w każdej chwili pomóc Freddiemu, oraz zło, które czai się w The Towers, a które - jak można się domyślać - zostanie zwyciężone!
Powieść ma około 400 stron (zależy od wydania, moje ma 384 strony). Czyta się ją szybko. Postacie są pełnowymiarowe, dialogi zabawne i bardzo prawdziwe. Tylko koniec mnie trochę znużył, bo tak się sprawy napiętrzyły, że filmowy koniec wydaje mi się troszkę właściwszy. Za jakiś czas znów wrócę do tej historii - może w książce, może na dvd, ale wrócę na pewno.

"Wielki Gatsby", reż. Baz Luhrmann

Gdyby Wokulski urodził się w Ameryce, byłby Gatsbym. 
Na tę ekranizację czekałam blisko rok, od czasu pierwszego teasera. 
Najnowsza produkcja reżysera Romeo+Julia, określanego najdłuższym teledyskiem w historii kinematografii, oraz wystawnego Moulin Rouge! I właśnie do tego drugiego nawiązuje Wielki Gatsby; blichtr, szyk, muzyka, istne targowisko próżności! Reżyser proponuje widzom blisko dwie i pół godziny niezwykle kolorowego świata, wprost nierealnego. Pierwsza godzina to feeria barw, parada błyszczących sukien, strusich piór, szampana lejącego się strumieniami; druga część to klasyczny melodramat, w którym główny bohater zmierza do klęski.
Widzowie, którzy nie są zaznajomieni z wcześniejszymi dokonaniami reżysera mogą zostać porażeni nieprawdziwością świata, który został wykreowany. Być może ci, którzy mają w pamięci Roberta Redforda znienawidzą DiCaprio za tę rolę;)
Moje odczucia? Podobał mi się. Cieszę się, że się na niego wybrałam. Dostałam świetne widowisko, wspaniałych aktorów, porządny kawał nowoczesnej muzyki, o którą zadbał Jay-Z (nawet pleciono Błękitną Rapsodię Gershwina). Wszystko znakomicie nakręcone; jakościowo był to jeden z najlepiej nakręconych filmów, na jakich byłam w kinie. 
Wasze odczucia? 

Dżuma w Breslau - Marek Krajewski

Biorę udział w wyzwaniu Trójka E-pik. Kiedy przeczytałam, że 1/3 wyzwania jest przeczytanie kryminały polskiego autora moim pierwszym skojarzeniem był Marek Krajewski. Do tej pory czytałam Liczby Charona, oraz Głowę Minotaura. I ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, oba kryminały przypadły mi do gustu. Mimo wszechobecnych dziwek, pijaków i smrodu wprost bijącego z kart powieści, fabuła jest bardzo wciągająca. 
Głównym bohaterem Dżumy w Breslau jest Eberhard Mock. Przyzwyczaiłam się do komisarza Popielskiego, ale obaj mają bardzo pokrewne charaktery i... zainteresowania. Wrocław Krajewskiego jest odmalowany tak sugestywnie, że pewnej nocy aż miałam sen o strasznym wrocławskim zaułku...
Fabuły nie będę zdradzała, mam wrażenie, że część z Was już dawno pochłonęła serię o Mocku i zagryzła Popielskim. 
I jeszcze wrócę do mojego "obsadzania" ról: zdecydowanie Mockiem musiałby być Marek Kondrat. Tak bardzo pasuje mi do roli, że aż go sobie wyobrażałam czytając.

Okładkę znalazłam na stronie: http://www.renaud-bray.com/home.aspx
Lubię "obce" okładki, więc nie zanudzam Was polską, w zamian - francuska.

Ta książka bierze udział w Majowa Trójce E-pik [kryminał polskiego autora (mężczyzny)]

Spotkanie autorskie z Mariuszem Szczygłem, oraz Nikdo nic nievi, czyli czeski wieczór w bibliotece

Rybnik jest dość specyficznym miastem, stojącym w rozkroku między Czechami a Polską. Sama nazwa, którą tłumaczy się jako staw rybny, zaczerpnięta jest właśnie z języka czeskiego. Naturalnym więc jest, że my i nasi południowi sąsiedzi powinniśmy mieć się, że tak powiem, ku sobie.
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Rybniku zorganizowała Czeską noc, podczas której mogliśmy napić się czeskiej herbatki, podjeść czekoladę Studencką zagryzając kultowymi Lentilkami, oraz zapoznać się szerzej z kulturą tego pięknego kraju, czy to z przymrużeniem oka (amatorski teatrzyk z rybnickiej Ligoty przedstawił bajkę o Rozbójniku Rumcajsie), czy to lirycznie (Tadeusz Kolorz z towarzyszeniem żeńskich głosów należących do Magdy, Pauliny i Zuzi wykonywał utwory z repertuaru Jaromira Nohavicy). 




Kulminacją wieczoru było spotkanie autorskie z Mariuszem Szczygłem, dziennikarzem, repotrażystą, wielkim czechofilem i autorem kilku książek poświęconych naszym południowym sąsiadom. Po 19-tej z małym poślizgiem zjawił się długo wyczekiwany gość. Aula pękała w szwach. Moderatorem spotkania była Anna Piontek. Pierwsze pytanie dotyczyło oczywiście początków fascynacji Czechami, na co gość ze swadą zaczął opowiadać o swoich przygotowaniach do wywiadu z Heleną Vondráčková, przyznając przy tym, że dla laika język czeski jest śmieszny (sama odnoszę czasami wrażenie czytając słownik, że ktoś mnie w konia robi z tymi wszystkimi zahlastanymi fistulkami i dachowymi obsrańcami). A naukę języka zaczął tłumacząc teksty czeskich wykonawców. Następnie opowiedział o początkach pracy nad reportażami: Wydawało mi się, że pisze na różne ciekawe tematy. Dobieram tematy tak, żebym się dowiedział czegoś o sobie, pisząc o kimś piszę o sobie. A będąc reporterem można znaleźć za miedzą egzotyczny kraj. Zapytany o laicyzację kraju wysunął tezę, że Czesi to naród pragmatyczny, kwestionujący, wątpiący, sceptyczny, a my, Polacy znamy odpowiedź na każde pytanie, bo daje nam je religia. Religijność przedstawiona w Zrób Sobie Raj to poszukiwanie duchowości; kiedy zapytałem Czecha, jak się panu żyje jako niewierzącemu? To tak jakbym pytał Włocha, jak się panu żyje jako brunetowi? 
Zapytany o zawód dziennikarza, który uprawia od 27 lat, odpowiada, że sam woli o sobie mówić, że jest  reporterem, bo słowo dziennikarz ma pejoratywne konotacje związane z tabloidyzacją tego zawodu, a pisarz to według Szczygła słowo na wyrost, którego używa tylko podczas wizyt w Czechach. 
Szczygieł przyznał się do fascynacji Smetaną i Janáčkiem, ale o czeskim muzycznym narodowym skarbie mówił: Ja lubię aranż, ja lubię jazz, Nohavica to nie moja grupa krwi. Okazuje się, że autor nie gustuje również w czeskim napoju narodowym - piwie: Wolę wino morawskie - i dodaje - Piwo wprawia w stan błogiej obojętności. 
Gość zdradził również szczegóły kolejnej książki, tym razem tylko w części poświęconej Czechom. Nie mam będzie zestawieniem dwunastu historii o utracie, czy to osób, czy przedmiotów. Jak i inne reportaże Szczygła ma mieć swój ukryty wymiar; zamysłem autora jest, by czytelnik snuł refleksje na własny temat. Sam stara się dostrzec w opisywanej historii inny aspekt niż czytelnik, by zaskoczyć nieoczywistością historii.
W części przeznaczonej na pytania publiczności dowiedzieliśmy się o tym jak czarownica reportażu, Hanna Krall, mentorka i mistrzyni Szczygła, konstruktywnie krytykowała jego pierwsze próbki, oraz, że według niego Zamek Kafki jest najbardziej uniwersalną powieścią wszech czasów.
Po zakończeniu spotkania autor długo podpisywał książki, wymieniając przy tym z każdym przynajmniej kilka zdań.
Wieczór udał się znakomicie; w życiu tak się nie wyśmiałam jak na spotkaniu z Mariuszem Szczygłem - autor wprost zasypywał publiczność anegdotkami i z właściwym sobie humorem odpowiadał na każde pytanie. Szczygieł robi naprawdę bardzo dobre wrażenie; pogodny, uśmiechnięty, chętny i otwarty. To była prawdziwa przyjemność uczestniczyć w tym spotkaniu. 
zdj. 1 - Czeski bufet
zdj. 2 - Tadeusz Kolorz wykonujący utwór z repertuaru Jaromira Nohavicy
zdj. 3 - Mariusz Szczygieł odpowiadający na pytania publiczności
 

Zimna góra - Charles Frazier

Kiedy ekranizacja książki jest tak piękna i tak dobrze zrealizowana, do tego nasycona emocjami - ciężko sięgnąć po książkowy pierwowzór. W przypadku ekranizacji Regulaminu tłoczni win (Wbrew regułom), lub Angielskiego pacjenta miałam wielką przyjemność i oglądając film i czytając książkę. W przypadku literackiego pierwowzoru jednego z moich ulubionych filmów miałam wygórowane oczekiwania. Wzgórze nadziei, bo taki tytuł filmowi nadał polski dystrybutor, jest filmem pięknym epickim, romantycznym, smutnym i niezapomnianym. Do tego świetna rola Renée Zellweger i jedna z dwu najlepszych jakie stworzył Jude Law (druga w filmie Holiday), oraz plejada znakomitych aktorów w rolach drugoplanowych. 
Właściwie zawsze chciałam przeczytać książkę, ale dopiero teraz po nią sięgnęłam. Z prostej przyczyny:
bałam się rozczarować. Ale Frazier oczarował mnie od pierwszych stron. Zimna góra jest pięknie napisanym dramatem rozgrywającym się w czasie wojny secesyjnej na południu Stanów. Inman, żołnierz konfederatów zostaje ranny w jednej z krwawych potyczek, zamiast po zakończeniu leczenia wrócić na pole walki, dezerteruje. Jego wędrówka w rodzinne strony jest jednym z najpiękniejszych i najbardziej wartościowych obrazów jakie dostajemy we współczesnej literaturze. Przemoc, seks, głód, degradacja człowieczeństwa, ale i nadzieja, pomoc w postaci samej natury, która nieraz wychodzi na pierwszy plan.
Równolegle z wątkiem wędrówki Inmana obserwujemy przemianę jego ukochanej, Ady, z damy posiadającej tylko niepraktyczne umiejętności w pewną siebie farmerkę.
Ujęło mnie bogactwo języka, jakim posługuje się autor. Wszystkie postacie są pełnowymiarowe,mają własne historie, własne życie, charaktery. Najbardziej zapada w pamięć kobieta hodująca kozy w leśnej pustelni, oraz wychowująca niemowlaka młoda wdowa Sara, tak biedna, że je z misek wydrążonych z dyni.
Zimna góra jest zdecydowanie jednym z moich wielkich książkowych odkryć. Mam nadzieję, że uda mi się przeczytać jeszcze Trzynaście księżyców tegoż autora.

Okładki wybrałam celowo zagraniczne ze względu na bogactwo formy: polskie wydanie książki posiada okładkę filmową.

Chata - William Paul Young

Chata Williama Younga to piękna opowieść o naturze Boga, oraz naszym stosunku do Stwórcy. Historia zaczyna się jak rasowy thriller, by po jakimś czasie stać się traktatem filozoficznym. Mackenzie Phillips traci w okrutny sposób swoją sześcioletnią córeczkę, Missy. Okazuje się, że zostaje porwana przez seryjnego mordercę. Jej zakrwawione ubranko zostaje znalezione w chacie na odludziu. Gdzie jest Bóg, kiedy dochodzi do takich tragedii? Czy mamy podstawy sądzić, że celowo nie zapobiegł śmierci dziewczynki? Mackenzie zadając sobie te pytania trafia ponownie do owej zaniedbanej chaty i przenosi się w świat, w którym Bóg występuje pod postacią... starej Murzynki piekącej ciasteczka. Pod wpływem rozmów z boskimi domownikami Mackenzie zaczyna rozumieć, że "zło", to słowo, którym opisujemy nieobecność Boga, podobnie jak używamy słowa "ciemność" na określenie braku światła, albo słowa "śmierć" na określenie braku życia.*, a to, co się stało z małą Missy jest konsekwencją wolnej woli, którą niektórzy traktują jako samowolę.
Dlaczego jedni są z natury dobrzy, a inni źli? Miałam na pierwszym roku wykłady z filozofii starożytnej, nie pamiętam co dokładnie było tematem, ale prof. D. opisywał emanacje Boga - im bliżej "fali" emanacji, tym więcej dobra w stworzeniu, im dalej - tym więcej zła; w każdym razie mnie to przypomina zasięg w komórce - im dalej rutera [Boga], tym słabszy zasięg Jego mocy. Czy Bóg mógł przeciwdziałać przemocy? Czy mógł machnąć ręką i sprawić, by nie było Holokaustu, WTC, czy innych tragedii? Jesteśmy obdarzeni wolną wolą, a narzucanie swojej woli jest właśnie tym, czego miłość [Bóg] nie robi**, Bóg dodaje także: To, że z niewyobrażalnych tragedii potrafię wydobyć dobro, nie znaczy, że je reżyseruję.***
Myślę, że to dobra i mądra książka. Uczy przebaczenia... przede wszystkim sobie i Bogu. Przecież nieraz słyszy się oskarżenia pod adresem Stwórcy za to, czy inne nieszczęście.
W posłowiu przeczytałam, że autor jest w trakcie rozmów nad ekranizacją. Mam nadzieję, że twórcy zrobię film porównywalny z Między piekłem a niebem z Robinem Williamsem.

* s. 150
** s. 161
*** s. 206

Filmowo z testosteronem w roli głównej i słów kilka na temat pewnej kreskówki

Było kobieco, dziś będzie ociekało testosteronem: Jack Reacher był filmem, który z racji obsady wolałam sobie podarować. Wielkie było moje zdziwienie, kiedy w napięciu wysiedziałam od początku do końca. Na pewno wśród Was jest ktoś, kto zna literacki pierwowzór; ja zaczęłam od audiobooka, i to był błąd. Film to solidna porcja "starego dobrego kina sensacyjnego". 
Dobrym, choć nieco przeszarżowanym filmem jest nagrodzony Oscarem Hurt Locker.  Pierwsze pół godziny zachodziłam w głowę, jakim cudem sapera lekceważącego procedury nie wysadziło, albo nie stanął przed sądem wojskowym. Jeśli chodzi o fabułę myślę, że dobrze oddaje ducha walk i psychiki współczesnego żółnierza.
Duński film Polowanie z Madsem Mikkelsenem to dramat o tym, jak kłamstwo może zniszczyć komuś życie. Temat jest dość drażliwy i kontrowersyjny: nauczyciel przedszkolny zostaje oskarżony o pedofilię, co rodzi falę przemocy w stosunku do niego i jego najbliższych. Film skłania do głębokiej refleksji - jak ja bym się zachował(a) będąc rodzicem?
Ze starszych filmów, na uwagę zasługują dwa tytuły: Duchy Goi (doskonały dramat osnuty wokół wydarzeń z życia malarza i jego modelki), oraz Pająk - dziwny, schizofreniczny, niepokojący - dokładnie taki, jaki powinien być film Cronenberga. 
Totalną stratą czasu były: Gangster Squad (nieudany pastisz Nietykalnych z oszałamiająco kiepskim Goslingiem, za to trzymającym fason Pennem), Sweeney (brutalny brytyjski film o grupie policjantów), oraz Welcome to the Punch (niestety, mój ukochany McAvoy wyglądał jak gnom, a główna aktorka, która teraz robi olśniewającą karierę jest tak sztywna, jakby połknęła kij). Zdecydowanie największym rozczarowaniem była Valhalla; krew, krew, krew, przemoc, przemoc i jeszcze więcej przemocy. I tyle. Coś jak Essential Killing, tylko bez Emmanuelle Seigner.
Teraz przestroga: Jakiś czas temu byliśmy na animacji Krudowie, fajna rodzinna bajeczka ze śmiesznymi gagami, oraz przesłaniem. Przed filmem leciały zapowiedzi innych bajek (w domyśle dla szkrabów), między innymi animacji Mambo, Lula i Piraci. Wybraliśmy się na to we środę. Po 25 minutach reklam zaserwowano nam masakrę: Byłam na filmie z czterolatkiem i w połowie musieliśmy wyjść, bo dziecko trzęsło się ze strachu: małpy strzelające z kałachów?! Wielki robot czyhający na życie quasi-Kadafiego?! W dodatku widać jak trafia w te małpy i je po prostu zabija!!! Do tego humor tak niskich lotów, że gorzej być nie może; gagi nieśmieszne, nieudane i żenujące.
Na pewno (żeby zatrzeć wspomnienie) wybierzemy się na Minionki rozrabiają, drugą część Jak ukraść księżyc, a z mężem wybieramy się na Wielkiego Gatsby'ego:)

Nagasaki - Eric Faye

Na koloniach, w akademiku, czy w pracy może się zdarzyć, że ktoś... cichaczem podpija wam sok z butelki, zjada jogurt, czy wyjada płatki śniadaniowe. Zdarza się. Ale co zrobić, kiedy jedzenie znika w tajemniczy sposób, mieszka się samemu, a lodówki nie dzieli z innymi? Paranoja? Może...
Tak zaczyna się nagrodzona Grand Prix Akademii Francuskiej powieść Erica Faye Nagasaki. Samotny starszy pan, Shimura-san, pracujący jako meteorolog, stwierdza, że jego żywność w tajemniczy sposób znika z lodówki. Czy ktoś u niego zamieszkał, czy może to duch? A może z bohaterem coś "niedobrego" się dzieje? Powieść ma niespełna sto stron, ale niesie ze sobą duży ładunek emocjonalny i moralny. Faye wspaniale wczuł się w ducha Japonii i czytając miałam wrażenie, że nie napisał tej powieści Francuz, a Japończyk. Z początku Nagasaki przypominała mi Gołębia Süskinda, ale inaczej niż w przypadku Jonathana Noela (główny bohater Gołębia), Shimura nie drażnił mnie, a intrygował. Co do stylu powieści bliżej tu zdecydowanie do takich mistrzów jak Yasunari Kawabata (Tysiąc żurawi), czy Kazuo Ishiguro (Malarz świata ułudy, Pejzaż w kolorze sepii), niż prozy stricte europejskiej. Na kartach powieści jest informacja, że Faye zaczerpnął pomysł z informacji prasowej. Nie wiem, czy to prawda, czy zabieg literacki, ale być może jeszcze raz okazuje się, że życie pisze lepsze scenariusze niż by się mogło wydawać. 

Ta książka bierze udział w Majowa Trójce E-pik [książka, która została nagrodzona/której autor został nagrodzony]

Kair. Historia pewnej kamienicy - Alaa Al Aswany

Żądze, bieda, zimna kalkulacja i fanatyzm religijny - taki podtytuł mogłaby mieć książka egipskiego pisarza Alaa Al Aswany. Wydana w 2002 roku Kair, historia pewnej kamienicy [Yacoubian Building] jest drugą powieścią w dorobku tego autora. Urodzony w 1957 roku Aswany jest synem arystokratki i prawnika. Dzieciństwo spędził w rodzinnym Kairze, gdzie skończył uniwersytet w 1980. Następnie na Uniwersytecie Illinois studiował... stomatologię. Studiował także literaturę iberyjską w Madrycie. Włada biegle kilkoma językami. Brał czynny udział w arabskiej wiośnie.
Pierwsza powieść Aswany, The Papers of Essam Abdel Aaty przeszła niemal bez echa, lecz druga rozsławiła autora na cały świat; książkę przetłumaczona na języki obce rozeszła się niemal natychmiast, a cztery lata po premierze została zekranizowana. Za Kair... dostał także wiele międzynarodowych nagród.
Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że to prosta, obyczajowa historia: kairska kamienica, która lata świetności ma dawno za sobą zaludniona jest przez mieszkańców skrywających swoje tajemnice w czterech ścianach; Zaki ad Dassuki, chociaż skończył sześćdziesiątkę wciąż szuka kobiecego ponętnego ciała, Taha, syn "gospodarza domu" pragnie z całych sił dostać się do szkoły policyjnej i ożenić się z piękną narzeczoną, a elegancki redaktor poczytnej gazety Hatim Raszid wplątuje się w kolejny burzliwy homoseksualny romans. Postaci przewijających się na kartach powieści jest oczywiście więcej, każda obdarzona życiem przez wspaniałe nakreślenie charakteru i fabuły.
Poza solidną porcją obyczajowości współczesnego Egiptu dostajemy również mały bonus - konfrontację z naszymi oczekiwaniami i stereotypami; Egipt to nie tylko luksusowe hotele, wspaniałe bazarki dla turystów i piramidy, o czym niby wiemy, ale dopiero dobra książka potrafi nam to zobrazować.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...