Recenzje, których nie napisałam.

Komentarz pod marcowym podsumowaniem unaocznił mi pewną myśl, a mianowicie - niektórych wspaniałych książek nie potrafię recenzencko ugryźć. Właściwie powinnam zamiast tego machać Wam nimi przed nosem wołając: to koniecznie trzeba przeczytać, musicie po to sięgnąć!

Cichy Don przeczytałam kilka ładnych lat temu, podobnie zresztą jak Lot nad kukułczym gniazdem. Obiecywałam i sobie, i Wam, że będą posty o tych książkach. I nie ma. Dlaczego?

Wydaje mi się, że moje zachwyty będą albo powielaniem już setki razy utartych schematów, cudzych zachwytów przejętych podświadomie, lub w najgorszym wypadku stekiem frazesów, jak choćby “wiekopomne dzieło”, “epicka opowieść”, “nie mogłam się oderwać od czytania”.

W takim razie wychodzi na to, że recenzja negatywna “pisze się sama”. I chyba coś w tym jest: wielu blogerów/recenzentów wspominało o tym, że paradoksalnie łatwiej jest napisać o książce, która nie przypadła do gusty czytającemu, niż o powieści, która wywarła na odbiorcy ogromne wrażenie.

Niestety, nie jestem psychologiem i nie przytoczę żadnego cytatu, czy badań na poparcie mojej tezy. Być może działa tutaj element obiektywności: możemy prędzej opisać obcego człowieka, jego cechy zewnętrzne i zauważone przez nas wewnętrzne, niż ukochana osobę, np. nasze dziecko, które jest przecież (każda matka to wie) najpiękniejsze i najgrzeczniejsze.

Z drugiej strony blogerzy/recenzenci często wybieramy książki nowe lub mniej znane, ponieważ możemy dodać coś nowego. Ciężko chwycić klasykę i wykrzesać nowe porównania, nowe zachwyty na czymś, co zna niemal każdy, lub jest czymś niemal kultowym. Z tego względu niemal brak recenzji np. Pana Tadeusza, czy Nad Niemnem na blogach. No i cóż można dodać, np. do Harry’ego Pottera, który był przemielony na milion sposobów?

Kiedyś Tomek z bloga "Instrumenty samotności" napisał tekst "Co zrobiły ci książki" o tendencjach w naszej blogosferze – silimy się na obiektywizm, nie piszemy o tym, w jakich okolicznościach po lekturę sięgnęliśmy, w jakim nastroju ją skończyliśmy, co po sobie zostawiła. Czyżbyśmy tak bardzo czytali po łebkach, że w nieustannej karuzeli zmieniających się nowości nie przytrafił nam się żaden samorodek?

No i... czas. Nie wiem, jak Wy, ale nieustannie wybieram: albo piszę, albo czytam, albo pracuję z dzieckiem, albo oglądam film, albo serial - albo książka, albo porządek w domu - albo kopanie w ogródku... Tych kilku popołudniowych godzin nie da się rozciągnąć, a nasze codzienne pozorne wybory i tak sprowadzają się do jednego: nie starcza nam czasu na wszystko, co sobie planujemy. Pisuję przeważnie wieczorami, by rano ukazał się na blogu post. Niekiedy (ok, przeważnie) czas, w którym mogłabym się skupić na pisaniu wyczerpującej recenzji przeznaczam na wymienione powyżej. I z powiedzmy dziesięciu zaplanowanych recenzji, wyrabiam się z góra dwiema. To samo w weekend: za każdym razem obiecuje sobie przysiąść, porobić zdjęcia, poświęcić czas na hobby, ale kiedy już mam czas, to okazuje się, że jest niedzielny wieczór!

Odnalazłam się w formule podsumowań miesięcznych. Mogę skrobnąć kilka słów o książce, wyłożyć najważniejsze - czy uznałam ją za wartą zachodu, czy nie trafiła w mój gust.

Może kiedyś będę pisała regularnie, tak ze dwa posty tygodniowo, ale na razie wybaczcie mi tę nieregularność i niedotrzymane obietnice.

10 komentarzy:

  1. Mi też zdarza się pisać nieregularnie, więc rozumiem Cię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś zdarzały mi się dwa, nawet trzy posty tygodniowo! Teraz... miesięcznie ;)

      Usuń
    2. Doskonale Cię rozumiem i przybijam piątkę. Czas biegnie nieubłaganie, trudno zdążyć z tym wszystkim, co człowiek chciałby zrobić, a najtrudniej pisze się o tych książkach, które rzuciły na kolana, a o których prawdopodobnie napisano już wszystko. Ściskam mocno i łączę się w nieregularności :)

      Usuń
    3. Dziękuję, również ściskam :)

      Usuń
  2. Recenzje książek - trudna sprawa.
    Jeśli się nie jest zawodowym recenzentem, u którego ktoś zamówił recenzję, to recenzent-amator trafia na mocno zatłoczone pole. Tuziny, może setki osób już zrecenzowały.
    Po co dodawać do tego jeszcze jedną cegiełkę?
    Wątpię żebym rzeczywiscie dokonał jakiegoś odkrycia, pozostaje chyba tylko potrzeba podzielenia się z węższym lub szerszym gronem przyjaciół swoimi wrażeniami.
    Żyję w środowisku anglojęzycznym, przeważająca większość książek, które czytam jest napisana w tym języku. Gdy szukam informacji o książce trafiam na ogół na jakąś angielską czy amerykańską stronę i na Goodreads.
    Tam są dziesiątki, setki amatorskich recenzji. Zapisałem się na tę stronę i zacząłem od oceniania książek - skala 1-5. Przez kilka lat pisałem tylko krótkie uwagi, zwracałem uwagę na elementy, których inni recenzenci nie zauwazyli lub, moim zdaniem niesłusznie, pominęli.
    W tym roku podniosłem poprzeczkę - piszę recenzje na kilkaset słów. Głowny (jedyny) motyw, to trening języka i pewnej dyscypliny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie na Goodreads zauważyłam to, co Tomek - subiektywne opinie użytkowników, czyli coś, czego u nas brak.

      Usuń
  3. Ja nie piszę recenzji tylko opisuję książki....nawet bym nie pomyślała, że jest inaczej.
    Przeczytałam post, na który się powołałaś ...interesujące rozważanie w kontekście go tego jak widział recenzję Gombrowicz.
    A "Lot nad kukułczym gniazdem " i u mnie nie doczekał się postu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nie mamy dobrego słowa na opisanie tego, co robimy w blogosferze, ale większość podchodzi pod recenzje. Długo się wahałam jakiego słowa użyć, bo czasem są to impresje, wrażenia, ale niekiedy suche fakty w formie dłuższej notatki.

      Usuń
    2. Istotne chyba jest to, że zawsze ktoś to zechce przeczytać...

      Usuń

Archiwum