Mock. Pojedynek 📚 KONKURS 📚

Kochani, serdecznie zapraszam do wzięcia udziału w KONKURSIE na fp Setnej Strony!
Wystarczy wejść na POST KONKURSOWY i odpowiedzieć na pytanie.


Fundatorem nagrody w postaci jednego egzemplarza książki "Mock. Pojedynek" Marka Krajewskiego jest Wydawnictwo Znak.

Organizatorem konkursu jest blog Setna Strona, administrator fanpage’a facebookowego Setna Strona – blog literacki.

1. Konkurs trwa od 18 września 2018 do 23 września 2018 do godziny 23:59.
2. Zadaniem konkursowym jest odpowiedź na pytanie "Dlaczego to ja powinienem/powinnam otrzymać książkę Mock. Pojedynek" i wpisanie jej w komentarzu na fanpage'u bloga Setna Strona pod postem konkursowym.
3. W konkursie może wziąć udział każdy, kto a) posiada konto na fb, b) spełni warunki podane w punkcie 2 regulaminu.
4. Najlepszą odpowiedź wyłoni redakcja bloga Setna Strona. 
5. O wygranej poinformuję na profilu facebookowym Setna Strona w terminie nie późniejszym, niż do 26 września 2018 r.
6. Zwycięzca będzie oznaczony lub wymieniony w poście pokonkursowym, który jest równoznaczny z wyłonieniem zwycięzcy. 
7. Zwycięzca powinien podać w wiadomości prywatnej dane do wysyłki nie później niż do dnia 30 września 2018 r. 
8. Nagrodę wysyłam jedynie na teren Rzeczypospolitej Polskiej nie później niż do 5 października 2018 roku. Koszt wysyłki pokrywa redakcja bloga Setna Strona. 
9. Reklamacji i odwołań nie uwzględnia się.

POWODZENIA!

Mock. Pojedynek - Marek Krajewski

Nic tak nie cieszy czytelnika jak kontynuacja ulubionej serii. Marek Krajewski na szczęście jest pisarzem dość płodnym i na nowego Mocka nie kazał nam długo czekać – kolejna odsłona przygód ‘młodego Ebiego’ ukazała się zaledwie po roku oczekiwania. 

 

Myślę, że osoby autora przedstawiać nie trzeba, ale dla przypomnienia dodam, że Marek Krajewski jest autorem kryminałów retro usytuowanych w przedwojennym Wrocławiu (seria z Eberhardem Mockiem) oraz Lwowie (seria z Popielskim). Obie serie łączy specyficzny klimat tanich spelun, półświatka i brutalnych mordów. Krajewski jest prekursorem coraz popularniejszego nurtu w literaturze kryminalnej, do której dołączyli Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński (jako Maryla Szymiczkowa), Konrad Lewandowski, Marcin Wroński, Joanna Szwechłowicz, i wielu innych.  

Mock. Pojedynek jest trzecią odsłoną nowej serii o Eberhardzie Mocku. Akcja przenosi nas do 1905 roku, kiedy młody Ebi zasiada w uniwersyteckich ławach, by szlifować tłumaczenia łacińskich klasyków. Jednakże porywczy i nieustępliwy charakter, a także bezkompromisowość i niebanalna inteligencja sprawią, że marzenia o karierze Eberharda jako licealnego łacinnika zostaną pogrzebane.  


Marek Krajewski „renderuje” świat przedwojennego Wrocławia z faktycznych „cegiełek” – jestem pod wrażeniem nie tylko znakomitego pióra pisarza, tego jak stopniuje napięcie, ale przede wszystkim jak wykreował świat, w którym żyją bohaterowie, z niemal fotograficznymi detalami. 


Tym razem Mock znajduje się w centrum spisku mającego na celu wyeliminowanie konkurentów z posady na uniwersytecie i obsadzenie ideowo słusznymi (nad)ludźmi katedry. Choć sama intryga jest dość przewidywalna, to za ogromny plus poczytuję panu Krajewskiemu wyeksponowanie wątku przemiany Mocka-studenta w Mocka-policjanta. Katalizatorem przemian bohatera jest jego mentor, prywatny detektyw, który wprowadza młodzieńca w przedwojenną wersję „dark netu”. 


Mnie, przyznam szczerze, proza Krajewskiego „kupuje” z książki na książkę coraz bardziej. Nie miałam pojęcia o tym, że przełom XIX i XX wieku był istnym el dorado pojedynkowiczów, oraz wszelkiej maści bractw uniwersyteckich, obecnych dziś już tylko w krajach anglosaskich. W powieści brak plot twistów; Mock ma swój klimat, który opiera się na wiarygodności bohaterów, nie na karkołomności fabuły. Momentami odnosiłam wrażenie, że wręcz wątek kryminalny schodzi na dalszy plan, by uwypuklić przemianę duchową Ebiego, takie swoiste „umarł Gustaw i narodził się Konrad”. Niemniej jednak, nie zawaham się użyć wytartego frazesu: książkę czyta się jednym tchem.  Już teraz czekam na kolejne tomy, a w międzyczasie sięgnę po nieprzeczytane dotychczas przeze mnie powieści z serii.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie Wydawnictwu ZNAK.

P.S. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak mogę między moich czytelników rozlosować jeden egzemplarz książki. Tym razem zdecydowałam się na mini-konkurs na FB - jeśli jesteście zainteresowani, zapraszam na facebook.com/setnastrona

The Harrogate Secret - Catherine Cookson

Catherine Cookson w Polsce prawie nieznana, na Wyspach Brytyjskich lokuje się wysoko na szczytach list bestsellerów. Autorka celowała (zmarła w 1998 roku w wieku ponad 90 lat) w romansach historyczno-przygodowych. Jej trylogia o Tilly Trotter rozeszła się w nakładzie setek tysięcy egzemplarzy. U nas można było jedynie obejrzeć miniserial o przygodach tej rezolutnej dziewczyny. W Polsce można przeczytać zaledwie kilka z... blisko setki jej powieści. I, niestety, muszę to powiedzieć, tłumaczone są źle i po łebkach. Miałam okazję czytać w języku polskim jej Córkę Pastora i głęboko mnie rozczarowała, co było, myślę, spowodowane tłumaczeniem. Choć być może akurat trafiłam na jedną ze słabszych powieści autorki.



Moje pierwsze spotkanie z The Harrogate Secret odbyło się za pośrednictwem TVP2; lubię filmy kostiumowe, więc ten - pełen intryg i z pełnokrwistymi bohaterami - stał się jednym z moich ulubionych. Oczywiście kupiłam go na dvd (wydanie dodawane do Daily Mail).

Powieść od pierwszych stron bardzo mi przypadła do gustu. Choć ilość archaizmów i skrótów deczko mnie przeraziły (Ta', missis. Me ma'll say ta an' all.), zaczęłam robić notatki i od razu było mi łatwiej;)

Historia jest naprawdę niesamowita; zaczyna się w 1843 roku, kiedy dziesięcioletni Freddie, pochodzący z wielodzietnej ubogiej, ale kochającej się rodziny, jest świadkiem narodzin Belle. Freddie jest gońcem, który akurat tej feralnej nocy udał się do The Towers do niejakiego Gallaghera, szaleńca i narkomana... Następnie akcja przenosi się dwa lata później, kiedy Freddie ratuje maleńką Belle z rąk owego szaleńca. Od tej pory Freddie jest opiekunem Belle, która wyrasta na piękną pannę.


Oczywiście nic nie jest takie proste, na jakie wygląda: jest jeszcze przedsiębiorcza i niezalezna Maggie, która bierze chłopaka pod swoje skrzydła, jest przystojny panicz Marcel, skrywający swój wielki sekret, oraz skradzione diamenty! Mamy prawego młodziana, pannę w opałach, sprzymierzeńców, którzy gotowi są w każdej chwili pomóc Freddiemu, oraz zło, które czai się w The Towers, a które - jak można się domyślać - zostanie zwyciężone!

Powieść ma około 400 stron (zależy od wydania, moje ma 384 strony). Czyta się ją szybko. Postacie są pełnowymiarowe, dialogi zabawne i bardzo prawdziwe. Tylko koniec mnie trochę znużył, bo tak się sprawy napiętrzyły, że filmowy koniec wydaje mi się troszkę właściwszy. Za jakiś czas znów wrócę do tej historii - może w książce, może na dvd, ale wrócę na pewno.

Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek - Mary Ann Shaffer, Annie Barrows

Lubię od czasu do czasu sięgnąć po lekkie czytadełko, szczególnie w klimacie „Nie oddam zamku”. Jestem świeżo po króciutkiej powieści epistolarnej o koszmarnej nazwie „Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek”. Już na etapie pierwszych rozdziałów wiedziałam, że trafiłam na książkę-bezę: słodkie niby-nic. 


Powieść zaczęła się obiecująco – jest rok 1946, mieszkaniec Guernsey, farmer Dawsey Adams zaczyna korespondencję z pisarką Juliet Ashton, a pretekstem do tego jest egzemplarz książki Charlesa Lamba, który niegdyś do pisarki należał. Moje skojarzenia z „Charing Cross 84” były oczywiste, więc uznałam, że bohaterowie są w średnim wieku. Ale im głębiej w las, tym bardziej książka odchodziła od moich oczekiwań i szła w bardzo przewidywalną stronę. 

Powieść nie jest jednak zła, bo i język jest strawny i postacie zachęcające. Jednak całość – jak beza; słodkie, lekkie i mało treściwe! Wszyscy są dobrzy, odważni i przyjaźni (nawet okupujący Wyspy Normandzkie Niemcy), a wątek miłosny jest przewidywalny i – moim zdaniem – nie potrzebny. Nie wiem, co w tej powieści jest, ale kiedy czytałam ją przed snem, dawałam radę tylko kilka, kilkanaście stron, bo mnie Stowarzyszenie regularnie usypiało. 

Film na podstawie powieści miał premierę zaledwie kilkanaście dni temu. W rolach głównych Lily James oraz Michiel Huisman. To nie jest zbyt wymagający film, ale na sierpniowe niedzielne popołudnie wprost idealny. Szkoda, że nie wszystkie wątki zmieszczono (listy O. F. O'F. W. W.), ale na pocieszenie dostałam Toma Courtenay’a oraz Penelope Wilton, których aktorstwo przedkładam nad młodsze pokolenie. 

Czy to znaczy, że się zawiodłam? Hm, chyba jednak nie, ponieważ nie liczyłam na nic więcej niż miłą, niewymagającą rozrywkę. W sumie może nie była aż tak lekka, skoro poruszała temat Ravensbrück? Jednak lektura pozostawia spoty niedosyt, który prosi się o zaspokojenie – ale czym? 

Książkę wzięłam z wymiany książkowej i chyba znów puszczę ją w obieg. A nuż trafi na swojego czytelnik?

Mural w Ustroniu

Mam dla Was dzisiaj coś pięknego: biblioteczny mural z Ustronia. Malowidło znajduje się na elewacji MBP w Ustroniu. Robi wielkie wrażenie, szczególnie że zajmuje dużą powierzchnię. Liczy aż 500 m kw. Pracowało nad nim sześcioro artystów, a przedstawia m.in. wnętrze biblioteki w Dublinie. Mural został odsłonięty w 2011 roku.
Biblioteka znajduje się blisko Rynku. A sam mural usytuowany jest z prawej strony budynku.
Jeśli wybieracie się w okolice Wisły, koniecznie odwiedźcie Ustroń.






„Kirke” Madeline Miller

Bez wahania „Kirke” można zaliczyć do światowych bestsellerów 2018 roku. Prócz chodliwego tematu, jakim jest reinterpretacja mitologii, a także zgrabnej narracji, na sprzedaż wpłynął moim zdaniem również fakt, że książka obdarzona jest jedną z najpiękniejszych okładek, jakie do tej pory zaproponowano czytelnikom.


Amerykańska pisarka, Madeline Miller zadebiutowała w 2011 roku powieścią „Achilles. W pułapce przeznaczenia” (The Song of Achilles), opowiadającą o miłości między Achillesem a Patroklosem na tle wojny trojańskiej. Powieść zdobyła prestiżową nagrodę Orange (Women’s Prize for Fiction - przyznawaną corocznie za powieść anglojęzyczną, której autorką jest kobieta). Miller jest absolwentką Uniwersytetu Browna (Prividence, USA), gdzie ukończyła filologię klasyczną. Uczy łaciny i greki.

„Kirke” jest drugą powieścią Miller, i jak widać autorka nie wyszła poza swój obszar zainteresowań, dzięki czemu ma szansę stać się szeroko rozpoznawalną prozaiczką czerpiącą garściami z mitologii i literatury antyku, zwłaszcza, że w 2013 roku wydała opowiadanie Galatea również oparte na motywach mitologicznych.


„Kirke” jest napisaną z rozmachem opowieścią o najmłodszej córce boga słońca, Heliosa i nimfy, Perseidy, potężnej czarodziejce, którą czytelnik zna z mitu o Odyseuszu; to właśnie ona zaklęła niesubordynowanych towarzyszy króla w wieprze. Jednak powieść nie skupia się wyłącznie na jednym wątku. Mamy tu wielopoziomową narrację o walce z przeciwnościami losu, poszukiwaniu własnego „ja”, niezależności w świecie determinacji, oraz poświęceniu. Ale główny nacisk Miller kładzie na wyzwalanie się z patriarchalnych zapędów bogów i tytanów (a co za tym idzie również ludzi). Nimfy traktowane są jak żywe zabawki, które można brać i nie ponosić konsekwencji, również bogini, czy tytanka nie jest w pełni panią własnego losu i jest tylko dodatkiem do mężczyzny lub trybikiem w maszynie przeznaczenia, odgrywając we własnych wątkach role epizodyczne.

Autorka proponuje reinterpretację motywów mitologicznych, która opiera się na odbarwianiu pobudek, które kierowały bohaterami. Nadaje znanym postaciom nowe rysy charakterologiczne, dodaje przesłanki, motywacje, oraz zmienia perspektywy oglądu pewnych wydarzeń, jak w przypadku Telegonosa i jego niefortunnego spotkania z ojcem.

Utwór Miller narracją oraz stylem przypomina wydaną kilka lat temu głośną powieścią „Penelopiada” Margaret Atwood. „Penelopiada” czerpie z homeryckiego mitu o Odyseuszu, ukazując go w oryginalny a zarazem przewrotny sposób. I w powieści Atwood i w „Kirke” głównymi bohaterkami, a zarazem narratorkami są żeńskie postaci z tego samego mitu, których portrety psychologiczna skonstruowano bardzo przekonywająco, a realia życia obfitują w ograniczenia, jakich próżno doszukiwać się w przypadku męskich bohaterów. Mimo mitologicznej dekoracji, obie książki traktują o pozycję kobiet w świecie nam współczesnym.


Kirke mimo iż jest boginią, nie jest superbohaterką, a bliżej jej do istot ludzkich. Brak jej waleczności i niezależności Wonder Woman (księżniczka Diana z rodu Amazonek, która z komiksów przygodowych urosła do rangi symbolu). W niektórych momentach miałam wrażenie, że Miller zawiodła intuicja i Kirke staje się bezwolna, zmęczona i pogodzona z losem. Kirke jest bardzo ludzka, co szczególnie widać w części poświęconej macierzyństwu. Odważna, co udowodniła sprzeciwiając się potężnej Atenie, lecz niepewna siebie. Jej przemiana wydaje się mimo wszystko niepełna.

Moje subiektywne odczucia podczas czytania „Kirke” wahały się od zauroczenia potencjałem bohaterki, po irytację na dość jednostajną narrację. Liczyłam, że Kirke „zatrzęsie” światem bogów i tytanów, że stanie się symbolem niezależności i walki. Jednak Miller zamiast ponadczasowej heroiny dała czytelnikom niezobowiązujący wakacyjny hit.

Edward Burne-Jones "Napój Kirke", 1869 r. źródło: wikipedia.pl


„Jane” Florence L. Barclay [1927 r.]

Na magazynowej wyprzedaży znalazłam bezimienną książkę w introligatorskiej oprawie. Nie mogłam jej nie kupić, zwłaszcza, że była tańsza niż tabliczka czekolady (całe dwa złote). Bezimienna, bo brak jej było karty tytułowej, oraz czegokolwiek, co wskazywałoby tytuł i autora. Potraktowałam to jako wyzwanie i już po kilku chwilach udało mi się ustalić, że to „Jane” (oryg. „The Rosary” - różaniec) autorstwa Florence L. Barclay, oryginalnie wydana w roku 1909. Mój egzemplarz należał do jednego z sześciu wydań; jest ono z pewnością przedwojenne, bo pisownia wskazuje na tekst niepoprawiony, taki sprzed reformy języka polskiego w 1936 roku.


[1 wydanie – 1918, 2 wydanie – 1919, 3 wydanie – 1920, 4 wydanie - ?, 5 wydanie - 1927, 6 wydanie - 1948. Celuję w 5 wydanie, bo powojenne ma 301 stron, a moje ma 414.] 

Autorką powieści jest angielska pisarka, znana z romansów i opowiadań, Florence Louisa Barclay (2 XII 1862 – 10 III 1921). Napisała jedenaście powieści, także zekranizowanej w 1921 roku „The Mistress of Shenstone”.
Florence L. Barclay (źródło: wikipedia)


O jej życiu wiadomo niewiele. W 1881 r. Florence Charlesworth poślubiła pastora Charlesa W. Barclaya. Urodziła ośmioro dzieci. Była głęboko religijna, co miało odzwierciedlenie w jej pracach, które powstawały w czasie, kiedy choroba przykuła ją do łóżka na długie miesiące.

„Jane”, druga powieść Barclay stała się wielkim sukcesem, co zaowocowało tłumaczeniami na osiem języków, a także dała asumpt do nakręcenia aż pięciu (!) filmów. Powieść znalazła się również na szczycie bestsellerów New York Timesa w 1910 roku. Dwadzieścia pięć lat później czasopismo Sunday Circle wydawało „Jane” w odcinkach, a w 1926 roku wybitny francuski dramaturg Alexandre Bisson dokonał jej adaptacji scenicznej.

Powieść opowiada o miłości Jane Champion i Gartha Dalmaina. Oboje pochodzą z brytyjskich wyższych sfer, ale jak to bywa w romansach, nic nie jest tak proste, jak się wydaje. „Jane Champion miała lat trzydzieści. Ktoś powiedział o niej, że była to doskonale piękna kobieta w brzydkiej skórze”. Nic dziwnego, że nie mogła uwierzyć w wyznania miłości młodego malarza, Gartha, który słynął z portretów najpiękniejszych kobiet Wielkiej Brytanii.

Powieść przypomina nieco dziewiętnastowieczną operetkę. Mamy tu małe incognito, mamy łamiący serce wypadek, oraz wiele dowodów miłości z obu stron. Bohaterka przywodzi na myśl Jane Eyre. A to, z czym musi się zmierzyć, sytuację pana Rochestera.

I język i styl są archaiczne. Niemniej książkę czytało mi się dobrze. Książkę czytałam na wakacjach. Być może gdybym miała wybór odłożyłabym ją nie skończywszy? No, ale skoro ją tachałam przez całą Polskę, to już przeczytałam (i jak podkreślam – nie bez przyjemności).

Nie chciałam, żeby Jane była apatyczna i bezwolna, i życzyłam jej remedium na miłość w postaci samorealizacji. Bohaterka okazała się całkiem sympatyczna i odważna, za co jestem wdzięczna autorce. Garth za to zupełnie mnie nie ujął swoim mazgajstwem w obliczu tragedii. Czy książka powinna doczekać się wznowienia? Niekoniecznie. Na swój sposób jest strasznie naiwna i nie przetrwała próby czasu, choć wiem, że w rodzimej Wielkiej Brytanii znajduje zwolenników do dziś.

Tytuł oryginału brzmi „Różaniec” i nawiązuje do kilkakrotnie przewijającej się w czasie akcji powieści pieśni „Różaniec wspomnień”. Dlaczego nie wydano w Polsce powieści pod oryginalnym tytułem? Być może wydawca obawiał się mylenia z popularnymi wydawnictwami katolickimi, opatrzonymi tytułami Różańca.

Mój bookstagram

Wróciłam! Na razie tylko na Insta. Moje pozostałe social media odpoczywają, jak trzecie pole w trójpolówce. Mam jakieś pomysły, zalążki, nic spektakularnego, ale kiedy zdecyduję się wrócić do blogowania, podam Wam nowy, świeży materiał. 

Na razie szaleję na Instagramie ;) Tu też zrobiłam pauzę, ale robienie zdjęć - mam nadzieję - idzie mi coraz lepiej. Jest trochę starszego materiału, ale jest i najnowszy, który, tak myślę, odróżnia się od tego sprzed roku, czy dwóch. Zapraszam do odwiedzania: https://www.instagram.com/setnastrona/




Podsumowanie marca [3/2018]

Kochani, przede wszystkim przyjmijcie serdeczne życzenia świąteczne. Dużo zdrowia, szczęścia i czasu na świetne lektury. 

W marcu zaliczyłam mniej więcej dziesięć lektur. Mniej więcej, bo dwie jeszcze czytam.

Skończyłam doskonałą Hardą. Jestem pod ogromnym wrażeniem pióra Elżbiety Cherezińskiej, jej wiedzy i wyobraźni. Z niecierpliwością czekam na Królową, którą już zamówiłam.

Czuły barbarzyńca. Jakie to było dobre! Jest w pisarstwie Hrabala coś takiego, co skrobie po dnie duszy, czasem drapnie mocniej, czasem połaskocze, ale nie pozostawia obojętnym. I śmieszno i straszno, ale zawsze wyśmienicie.

Kronika zapowiedzianej śmierci. Kolejna wspaniała, doskonała, genialna! lektura marca. Połknięte jednym tchem opowiadanie Marqueza, które nie pozostawia obojętnym. Akcja znakomicie poprowadzona aż do feralnego, zapowiadanego finału.

Arystokratka na koniu. Wiadomo - cały wieczór chichotania i wybuchów śmiechu.

Sekretne życie krów. No, troszkę rozczarowanie, ale krowy są takimi wdzięcznymi zwierzętami, że mogę o nich czytać cokolwiek, nawet ulotkę wystawy bydła rogatego i nierogacizny ;)

17 marca było jedno z moich ulubionych świąt, które spędzam (jak zwykle) z uchem przy RTE Lyrics. Chciałam wrzucić posta o książce Dublin. Miasto nieodkryte, ale... to nie jest dobra książka... To był ogromny zawód. Książka o niczym. Nieciekawie napisana. Nie widzę w tym Dublinu, tylko ścieki, zaułki może i ciekawe, ale dla autora. Czy ktoś chciałby przeczytać książkę, o dajmy na to Rybniku, czy Gliwicach z perspektywy - a w tej piaskownicy zgubiłam kiedyś grabki, a tu znalazłam pieniążek?

Elegia dla bidoków. Nie podobała mi się.

Zaczęłam, jak już zaznaczyłam na początku dwie książki. Jedną z nich będę czytała pewnie rok, bo mam w PDFie, a na komputerze źle mi się czyta. To Tęcza Grawitacji, kultowa powieść Thomasa Pynchona (nawiasem mówiąc cena papierowego wydania dochodzi do jakichś kuriozalnych rozmiarów na portalach aukcyjnych!).

No i zostały dwie książki: Sekretne życie drzew i Walden. Waldena jeszcze doczytuję i jestem tak zakochana, że obiecałam sobie przy najbliższej okazji sprawić własny egzemplarz. Sekretne życie drzew doskonale się splotło w moim lekturowym grafiku z Waldenem i wyszedł mi piękny, ekologiczno-filozoficzny melanż. O Waldenie pewnie kiedyś napiszę, ale chciałabym go przeczytać raz jeszcze (tak, wiem, przecież właśnie czytam!). Serię Wohllebena polecam każdemu, szczególnie młodzieży. I ja skłaniam się do zdania, że powinna być to lektura obowiązkowa w szkole. Otwiera oczy i uczy empatii.

Robótkowo - powstała szydełkowa torba na książki (i inne fajne rzeczy ;)

Kochani Czytelnicy! Pewnie zauważyliście straszną posuchę na Setnej Stronie. Coraz mniej udzielam się i tu, w "moim" miejscu i na portalach społecznościowych. Blog od jakiegoś czasu jest w zawieszeniu. Nie zamykam go, nie likwiduję, bo te wszystkie lata wiele dla mnie znaczą. Kiedyś z pewnością wrócę z nową energią, z pomysłami, ale - mam wrażenie, że się zaczynam powtarzać, piszę jedno i to samo, do tego coraz mniej. Około 1 dnia każdego miesiąca możecie się spodziewać podsumowania, jak dotychczas, ale na razie się wstrzymam z nowymi recenzjami (poza jedną w przyszłym tygodniu zaległą recenzją). Chodzą mi po głowie większe artykuły, ale muszę wszystko przetrawić, a każdy temat opracować tip-top. Więc kiedy będę miała coś do powiedzenia, to się ujawnię. Na razie - Setna Strona będzie milczeć. Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, za czytanie moich opinii oraz podsuwanie tytułów wartych przeczytania. Do widzenia ❤❤❤

Harda - Elżbieta Cherezińska

Tytułem wstępu tylko jedno zdanie: absolutnie fenomenalna powieść historyczna! 


źródło: LubimyCzytac.pl

Główna bohaterką jest Świętosława, córka Mieszka I-go i Dobrawy, siostra Bolesława Chrobrego. Z racji charakteru zwana Hardą, a po wyjściu za mąż Sigridą Storradą (mocną w słowach). Choć o Świętosławie/Sigridzie powstawały legendy, nic tu nie jest pewne, ponieważ niemal brak historycznych źródeł pisanych z tego okresu.

"Harda" opowiada współczesnym, soczystym językiem o świecie sprzed tysiąca lat. Postaci historyczne mieszają się z wykreowanymi wyłącznie w wyobraźni autorki – i te pierwsze i te drugie zostały ożywione w plastyczny sposób.  

Od pierwszych stron powieści wkraczamy w świat europejskiej polityki, swoistej "gry o trony". Moim zdaniem wątek miłosny jest drugorzędny, a właśnie owa polityka i roszady na szczytach władzy są w powieści wiodące. Sigrida ukształtowana przez Cherezińską jest niezwykle ambitna, mądra i twarda. Była nie tylko matka królów, co bezkompromisową królową. 

Elżbieta Cherezińska opierała się głównie na kronikach oraz sagach skandynawskich, resztę dopisała jej pomysłowość, dlatego losy bohaterów przedstawione są tak sugestywnie i spójnie. Można powiedzieć, że autorka przeprowadziła swoistą renowację i z rozprysków historii i legend poskładała z powodzeniem niezwykły fresk.

Podsumowanie lutego [2/2018]

Po obfitym styczniu luty przyniósł zastój. Koniec miesiąca miałam totalnie wykreślony z kalendarza z powodu grypy, więc i początek marca nie należy do najlepszych. 


Jednak udało mi się co nieco przeczytać: zaliczyłam wielką podróż do krainy dzieciństwa w postaci odświeżenia sobie komiksowej serii „Ekspedycja”. 
Jako dziecko znałam na pamięć część pierwszą i trzecią sagi o wysłannikach z planety Des. Moją wielką bohaterką była stanowcza, inteligentna i waleczna Ais. Gdybym bawiła się w cosplay to właśnie jej żółty kombinezon wybrałabym najchętniej. 

Kilka lat temu pojawiła się jednotomowa reedycja kultowego komiksu. Oczywiście spełniłam moje dziecięce marzenie i sprawiłam sobie ten tom. O ile początek przypominałam sobie z rozrzewnieniem, to nie miałam pojęcia o przygodach zawartych w pozostałych częściach. Moja kochana Ais zostaje zastąpiona Aister, a całość kończy się konkluzją, że to nie ludzi Wielki Mózg wybrał na rasę rządzącą Ziemią... 

Za to totalnym rozczarowaniem byli „Amerykańscy Bogowie”. Owszem, pomysł świetny, ale z wykonaniem gorzej – ponad pół tysiąca stron kiepskiej literatury, z kiepskimi bohaterami i kiepska fabułą. Nie kupuję tego, chociaż to przecież Gaiman. 

Przeczytałam również okrzykniętą arcydziełem powieść litewskiej autorski Kristiny Sabauskaite „Silva rerum”. Choć to, przyznam, bardzo dobra rzecz, nie było mi z nią zbyt wygodnie i były chwile, kiedy chciałam porzucić lekturę. 

Miałam okazję przeczytać także "Cienie". Więcej o powieści i spotkaniu autorskim z Wojciechem Chmielarzem możecie przeczytać we wcześniejszym poście. 

Zdecydowanym faworytem lutego była niewielka objętościowo książka Chucka Palahniuka "Fight Club – Podziemny krąg". Uwielbiam film i nie potrafię powiedzieć, czemu tak późno zabrałam się za lekturę. Wspaniała, niesamowicie zabawna powieść postmodernistyczna łamiąca wszelkie reguły. Tylko troszkę zaczęłam zazdrościć dziecku, że za kilka lat odkryje film/książkę, a ja ją już znam i mnie nie zaskoczy. 

Filmowo za to skupiłam się na kryminałach. Pewnie za sprawą powtórek serialu z Poirotem i "Morderstwem w Orient Ekspressie". Zaliczyłam dwa odcinki serii z komisarzem Maigretem (w roli śledczego Rowan Atkinson), a także ekranizację sztuki J. B. Priestleya "Wizyta inspektora".
Teraz oglądam bardzo dobry serial s-f/szpiegowski "Counterpart". W roli głównej znakomity J.K Simmons. 

Rozwijałam się także kulinarnie, ale nie będę Was zanudzała przepisami na pierogi z soczewicą, czy domową pizzę. 

Plany na marzec? Skończyć "Hardą", wyczytać biblioteczne książki, nadrobić filmowe zaległości. Bo to dość dziwne, że mam mnóstwo filmów na płytach, których jeszcze nie miałam okazji oglądać, a siedzę przy "Zakochanej Jane", "Żonach i córkach" i "Dumie i uprzedzeniu". No, ale jak w tym bon mocie z Rejsu o piosenkach, które lubimy, bo je znamy…

Spotkanie z autorem „Cieni”, Wojciechem Chmielarzem

We wtorek gościem rybnickiej biblioteki był autor kryminałów, Wojciech Chmielarz. Pisarz odpowiadał na pytania odnośnie najnowszej książki „Cienie”, które są piątą odsłoną cyklu o komisarzu Mortce. Przygotowując się do pytań przeczytałam wszystkie dostępne wywiady i opinie, i zwróciłam uwagę na to, że już teraz mówi się o tym, że „Cienie” mogą być jednym z lepszych kryminałów bieżącego roku. Sama podzielam to zdanie, bo mimo objętości, przeczytałam „Cienie” niemal jednym tchem. 

Pan Wojciech Chmielarz i ja w roli moderatorki spotkania. Zdjęcie: https://www.biblioteka.rybnik.pl/

„Cienie” ujawniają sieć powiązań stołecznych policjantów z gangsterami. Akcja powieści rozgrywa się co prawda kilka lat temu i choć zamyka wątki z dotychczasowych części cyklu, doskonale można się w niej odnaleźć nawet bez znajomości poprzednich "odcinków'. Choć autor przyznał, że to na razie koniec serii z Jakubem Mortką, to jednak nie przekreśla tej postaci.  

Czytając „Cienie” zwróciłam uwagę na zaburzenie zwyczajowego policyjnego tandemu: Mortka i jego partner, Kochan, raczej ścierają się ze sobą, rywalizują, bardziej byłabym skłonna uczynić Suchą (moja faworytka), dość oryginalną policjantkę, partnerką głównego bohatera. Także intryga kryminalna niby od początku była oczywista, ale w miarę czytania autor przeczołgał nas (czytelników) po zakamarkach drugiego dna. Chociaż jest to moje pierwsze spotkanie z Mortką, już teraz obiecuję sobie sięgnąć po wcześniejsze części, a z racji tego, że jestem urodzoną gliwiczanką, nie mogę nie przeczytać także i pozostałych powieści. 

Autor zagadnięty o cykl gliwicki odpowiedział, że Dawid Wolski pojawi się jeszcze tylko raz, bo formuła z „najgorszym detektywem w Polsce” powoli się wyczerpuje – „ta postać nie rozwija się”, więc nie ma czego zaoferować czytelnikom. 
A już w maju ma się ukazać kryminał psychologiczny, której oś fabuły będzie skupiała się wokół zaginięcia nastolatki.

Kryminały ukazujące się na naszym rynku wydawniczym są w większości pisane skrupulatnie, ponadto dotykają wielu ważnych kwestii, na czym nie traci warstwa czysto rozrywkowa. Według pana Wojciecha kryminał jest spadkobiercą literatury wagonowej, co nie znaczy, że ma być pisany sztampowo i bez dobrego researchu. Być może waśnie w kryminale tkwi ratunek przed upadkiem czytelnictwa w Polsce. 

Padły również pytania o inne gatunki literackie, jak w przypadku „Królowej głodu” (postapokaliptyczne fantasy, wydane kilka lat temu), jednak autor dobrze czuje się w konwencji kryminału. 


Chmielarz opowiadał także o pracy u Piotra Niemczyka, byłego szefa UOPu, stykał się wówczas zawodowo z byłymi policjantami, agentami służb specjalnych, co miało późniejszy wpływ na fabułę i klimat powieści. 

Niemal równocześnie z „Cieniami” ukazała się reedycja „Podpalacza”. Jednakże ze względu na prawa, nie można na razie mówić o wznowieniu wcześniejszych powieści w nowej szacie graficznej. 

Oczywiście nie zabrakło pytań ze strony publiczności, między innymi o inspiracje, ulubionych twórców kryminałów (tu padły nazwiska Anny Kańtoch oraz Zygmunta Miłoszewskiego), a także o „dzień pracy pisarza”. 

Po spotkaniu, już niejako za kulisami zawiązała się rozmowa odnośnie spadku czytelnictwa i wpływie lektur na ten opłakany stan. Podzielam zdanie pana Wojciecha, że dzieci i młodzież odrabiają istną pańszczyznę sięgając z musu po literaturę archaiczną, w większości niezrozumiałą i nieatrakcyjną. Ale to już temat na zupełnie inną dyskusję…

Za możliwość lektury najnowszej powieści Wojciecha Chmielarza dziękuję 

Babciu, dziadku... Jak to wtedy było?

Dzisiaj na Setnej Stronie coś nietypowego, a mianowicie - gra planszowa. Mam nadzieję rozpocząć nowy cykl, w którym raz w miesiącu będę prezentowała jakąś rodzinną planszówkę, sprawdzoną i ograną przez naszą trójkę. 
źródło: https://moidziadkowie.pl/pl/64-nowa-gra-jak-to-wtedy-bylo.html

Na pierwszy ogień idzie dość niekonwencjonalna gra międzypokoleniowa. "Babciu, dziadku... Jak to wtedy było?" to bardziej pretekst do odkrywania rodzinnych anegdotek; nie chodzi tu o zdobywanie pól, czyli cytując klasyka "nie chodzi o to by złapać króliczka". I równie dobrze obyłoby się bez planszy, bo można by grać tylko kartami. 

Na pierwszy rzut oka gra może się kojarzyć z "Kolejką", czy "Pan tu nie stał", ale to tylko wrażenie. Może dlatego, że karty zawierają podobne "retro" artykuły, jak radio tranzystorowe, gramofon Bambino, buty Relax, etc. 

Przy okazji gry nastąpiła prezentacja starych pieniędzy młodemu pokoleniu ;)

W pierwszym etapie losujemy karty i opowiadamy o skojarzeniach z nimi - dykteryjka, czy wspomnienie musi dotyczyć konkretnego przedmiotu, czy osoby z wylosowanej karty. W kolejnej rundzie pozostali gracze muszą wykazać się spostrzegawczością i wyłapać z opowieści odpowiedź na pytanie podane w zestawie kart. 

Grę wzięliśmy do babci. Grały trzy pokolenia. Niektóre wspomnienia mieliśmy oczywiście wspólne, ale i dowiedziałam się kilku nowych śmiesznostek z życia mamy i męża. Nie wiem jak Wy, ale my dość luźno traktujemy instrukcję obsługi gier i zmieniając, czy może raczej naginając reguły, przedłużaliśmy grę a przez to i przyjemność jej rozgrywania. Po grze po prostu oglądaliśmy pozostałe karty, przypominając sobie PRLowskie "skarby".

Grę bardzo serdecznie polecam. Sprawdza się zarówno w gronie przyjaciół jak i rodziny. Dobrze jest grać w więcej niż trzy osoby, a szczególnie kiedy grę rozgrywają więcej niż dwa pokolenia.


Babciu, dziadku... Jak to wtedy było? możecie kupić bezpośrednio na stronie wydawcy: 
Chociaż Dzień Babci i Dzień Dziadka już za nami, warto zapoznać się z tym tytułem, zwłaszcza w naszym zabieganym świecie, w którym zanika umiejętność rozmowy i dzielenia się wspomnieniami. 

Setna Strona poleca... Blogi #1

Chciałam Wam polecić dziś pięć świetnych blogów, na które regularnie zaglądam. Inspirują mnie, dzięki nim dopisuję kolejne tytuły do spasionej listy książek do przeczytania. Co miesiąc postaram się wymienić pięć blogów wartych przybliżenia. Jest to wybór bardzo subiektywny; poniższe blogi odwiedzam z wielką przyjemnością, czytam posty i niekiedy zostawiam jakiś ślad. To pięć naprawdę dobrze prowadzonych i mądrze pisanych kawałków internetowej przestrzeni.


Literackie Skarby Świata Całego to blog skupiony wokół literatury czeskiej. Blog bowiem wziął nazwę od tytułu jednej z książek Bohumila Hrabala, choć nie ogranicza się jedynie do sięgania po naszych południowych sąsiadów. Naia, autorka bloga, prócz znanych nazwisk takich jak Pavel, Hrabal czy proponują także mniej znane, a warte polecenia nazwiska i tytuły, które z racji wykształcenia może zaproponować (autorka bloga jest bowiem z wykształcenia bohemistka).

W Zaciszu Biblioteki to blog prowadzony przez Zbyszka Kwiatkowskiego. Zacisze proponuje czytelnikom podróż przez dwudziestowieczną klasykę literatury, z naciskiem na Chandlera, Cortazara, Lema czy Sandora Marai, oraz Nabokova. Prócz recenzji można przeczytać ciekawe cytaty, czy nawet wiersze. Lubię tam zaglądać, poczytać co Zbyszek pisze o niema zapomnianych w ferworze nowości powieściach.

Anna z bloga Przeczytałam książkę i ja mamy wiele wspólnego. Często widzę u niej tę samą pozycję, za którą się zabieram, lub która właśnie przeczytałam. Wiem, że jeżeli coś jej się spodoba, na 99% i mnie trafi w gust. Anna prowadzi wyzwanie-zabawę Stosikowe Losowanie.

Przestrzenie tekstu zwróciły moja uwagę... pięknymi, klimatycznymi fotografiami. Oczywiście zaczęłam czytać bloga Luki Rhei regularnie, by odkryć kolejną pokrewną duszę. Niedawno doszłyśmy do wniosku, że obie mamy słabość do Stasiuka. Na blogu znajdziecie wyzwanie Klasyka Horroru.

Rozkminy Hadyny to blog anglistki i miłośniczki wszystkiego co brytyjskie. Z racji wykształcenia oraz zamiłowania czyta również po angielsku. Blog skrzy się tytułami począwszy od klasyki do prozy współczesnej. Nie brak tu także dobrze podanej, szeroko rozumianej popkultury i mądrych przemyśleń.

Podsumowanie stycznia [1/2018]

Zapraszam na pierwsze na blogu podsumowanie miesiąca. Do tej pory ukazywały się jedynie roczne zestawienia, ale idąc z duchem czasu od tej pory będą się pojawiały regularnie.


Pierwszy miesiąc roku przyniósł mi niezwykłą obfitość. Przeczytałam osiem książek, a dziewiątą czytam razem z synkiem:

Światło, którego nie widać - Anthony Doerr – bardzo dobra książka, cieszę się, że mogłam zacząć rok z tak dobra prozą.

Lem. Życie nie z tej ziemi - Wojciech Orliński - książka niezła, ale chyba spodziewałam się zgodnie z tytułem czegoś "nie z tej ziemi". Niemniej pozytywnie wspominam zeszłoroczne spotkanie z panem Wojciechem, które odbyło się w rybnickim Juliuszu.

Duchowe życie zwierząt - Peter Wohlleben - świetna książka, która przedstawia aspekty inteligencji i niezwykłych zwyczajów zwierząt, które nas otaczają.

W 80 dni dookoła świata - Juliusz Verne - mamy pięknie ilustrowane wydanie z Buchmanna; ale dla mnie już na zawsze Fileas Fogg to zawsze dostojny lew, a Passepartout to zabawny chomik.

Dziecko wojny - Sara Nović - bardzo dobra rzecz.

Miasto Archipelag - Filip Springer – dobry reportaż, mam w planach jeszcze Źle urodzone.

Prostota - Brooke McAlary - inspirujący dodatek do Hygge.

Ktoś we mnie - Sarah Waters - wczoraj pisałam o tej książce. Nie wiem, czy to przez "zbliżający się" film, ale nie umie mi wyjść z głowy. W warstwie obyczajowej prędzej czy później pomyli mi się z Domem w Riverton.

Rój - Laline Paull - chyba pokuszę się o kilka słów na temat tej niezwykłej książki. Mam wrażenie, że to równie dobrze mogłaby być powieść s-f, której akcja rozgrywa się na obcej planecie wśród obcego społeczeństwa, nie koniecznie wśród pszczół.

Oprócz Verne'a (własnego) oraz Prostoty (recenzenckiej) pozostałe książki pochodziły z zasobów PiMBP.

Do moich zbiorów doszły trzy książki. Eseje Yeatsa oraz dwie pozycje Susan Sontag: Style radykalnej woli i Przeciw interpretacji (wydanie drugie, którego wreszcie się doczekałam).

W kinie byłam o dziwo tylko raz, za to z dzieckiem i na przeuroczej komedii o fajtłapowatym misiu Paddingtonie. Tym razem nie straszyła żadna taksydermistka😉 Na dvd odświeżyliśmy sobie Tintina i moje Młode od razu sięgnęło po komiksy. Daliśmy radę obejrzeć film "Pierwszy śnieg", ekranizację kryminału Jo Nesbo z Michaelem Fassbenderem. To nie jest dobry film. Nawet para głównych aktorów nie ratuje tej chały. Styczeń przyniósł nam również film s-f "What Happened to Monday", w którym siedem głównych ról gra Noomi Rapace. Pomysł dobry, wykonanie również, ale... czegoś zabrakło. Po dwóch latach wróciliśmy do serialu Człowiek z wysokiego zamku. Nie potrafiłam się odnaleźć w wielości wątków, ale kiedy już się wciągnęłam, to na dobre. Na wiosnę zapowiada się sezon trzeci, co mnie niezmiernie cieszy.

W tv po raz enty oglądamy serię o Harrym Potterze. Musiałam również po raz kolejny obejrzeć "Znachora" – ten film, prawdopodobnie za sprawą cudownego Jerzego Bińczyckiego ma w sobie niezwykłe ciepło. Niestety, długo przeze mnie oczekiwany "Mock" okazał się mocno niestrawny.

Korzystałam również z dóbr współczesnej technologii, czyli... z YT, gdzie wgryzałam się w kolejne filmiki Irytującego Historyka. Polecam. Bardzo ciekawie opowiada, widać, że jest pasjonatem i jeśli macie ochotę posłuchać czegoś wartościowego, to możecie poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z jego kanałem. Również na YT można znaleźć krótkometrażówkę z Brendanem Gleesonem "Six Shooter". Zaprawiona czarnym humorem opowieść o kilkorgu podróżnych podmiejskiego pociągu.

Plany na luty?

Zaczęłam "Silva rerum", następne w kolejce są: "Słowik", "Szczygieł", "Czuły Barbarzyńca", "Kronika zapowiedzianej śmierci", "Sekretne życie drzew", "Dobry kłamca", "Stryjeńska" i "Wilki" Wajraka. 20 lutego już teraz zapraszam na spotkanie w rybnickiej Bibliotece z Wojciechem Chmielarzem.

Jeśli miałabym iść do kina to jedynie kusi "Kształt wody". Chciałabym nadrobić odkładane na święte nigdy zaległości na dvd, w tym ponoć rewelacyjny film "Mother!", oraz miedzy innymi "Makbeta", którego jeszcze nie miałam czasu obejrzeć.

Ktoś we mnie - Sarah Waters

Z pewnością podobnie jak ja, hołdujecie zasadzie „najpierw książka potem film”? Jeżeli tak, sięgnijcie śmiało po powieść Sarah Waters „Ktoś we mnie”. Zdjęcia do filmu już się rozpoczęły i nawet wyciekły pierwsze fotki z planu. Liczę na klimatyczny kameralny horror w doborowej obsadzie i mam nadzieję, że film spełni moje oczekiwania co do wizualnej strony. Spodziewam się czegoś w klimacie doskonałego moim zdaniem filmu „Szepty” (The Awakening). 

źródło: LubimyCzytac.pl

Jednakże książką jestem lekko rozczarowana. Chyba zbyt wiele spodziewałam się po tak utytułowanej autorce. Być może trafiłam na jej słabszą pozycję, więc nie skreślam jej definitywnie (chciałabym przeczytać jej sztandarowe dzieło „Muskając aksamit”). Na moje rozczarowanie wpływ miała nie sama fabuła, co niespieszna, co i rusz zwalniająca narracja, niesprecyzowana konwencja oraz irytujące cliffhangery. 

Całą historię poznajemy z ust małomiasteczkowego lekarza, doktora Faradaya, który za sprawą wizyty w podupadającym domostwie zaprzyjaźnia się z jego lokatorami. Jednakże stary dom skrywa swoje tajemnice, i jak to się często zdarza w wiekowych domostwach, sprawa ociera się o spirytyzm. Jednakże polski tytuł sugeruje, w która stronę „powinien być” skierowany języczek u wagi. 

Owszem, powieść może się podobać, szczególnie jej wątek socjologiczny, chodzi bowiem o zubożałą po II wojnie światowej angielską arystokrację; niedawni panowie w pocerowanych ubraniach roboczych zasuwają po gumnie jak nie przymierzając „jacyś chłopi”, a panie zamiast nosić perły, otulają się powycieranymi kocami, bo nie ma czym w piecach palić. Degradacja, a co za tym idzie wycofanie z życia publicznego potęguje tylko wrażenie wyobcowania. 

Głównym moim zarzutem jest niezdecydowanie autorki co do konwencji. Jeżeli to ma być horror – za mało straszy, jeżeli powieść psychologiczna, to portret doktora Faradaya jest niezbyt skomplikowany. Czegoś zabrakło, choć domyślam się, że rozwiązanie miało być niejednoznaczne i zostawiać nutkę niepewności, ale dla mnie osłabiło wymowę całej powieści. I kiedy już już akcja strzela w górę fajerwerkami ektoplazmy, wszystko nagle ucicha i jesteśmy świadkami nudnawej konwersacji w zdegradowanym saloniku. 

Jak wspominałam na początku, czekam z utęsknieniem na film, w którym grają Domhnall Gleeson (doktor Faraday), Will Poulter (Roderick Ayres), Ruth Wilson (Caroline Ayres) oraz czarująca jak zwykle Charlotte Rampling (pani Ayres). Pozostaje mi jedynie nadzieja, że polski dystrybutor nie zawiedzie (jak w przypadku „Goodby, Chrostopher Robin”.

Miasto archipelag: Polska mniejszych miast - Filip Springer

To już moje kolejne spotkanie z Filipem Springerem, reporterem, publicystą i fotografem. Od lat z kręgu jego zainteresowań nie znika architektura, szczególnie jej liczne kurioza, jak Stonehenge ze snopków siana, czy prowincjonalne hotele budowane w stylu "przepysznym". 


Na jednym ze spotkań, autor skonstatował, że nie jest w stanie zmienić przestrzeni, ani pojmowania architektury przez społeczeństwo, może jedynie punktować co bardziej widoczne spaczenia.

Z racji specyficznego tematu, Springer ociera się także o ważne aspekty socjologiczne, szczególnie widoczne w przypadku książki "Źle urodzone", gdzie wpisał się w nurt przewartościowania pewnych pojęć interesujących generację obecnych czterdziestolatków. 

Tak było i w przypadku Miasta Archipelagu, gdzie esej architektoniczny spotyka się z reportażem socjologicznym. "Rozpocząłem podróż, tak jak trzeba, od mapy", pisze Springer we wstępie. Mapa jest dość specyficzna, bo leciwa, przedstawiająca zapomniane dziś 49 województw. "Planując tę podróż, godzinami gapiłem się w mozaikę kolorowych plam, próbując połączyć jedną logiczną linią wszystkie te miasta, które były stolicami województw, a dziś już nimi nie są."

Tu rozpoczyna się podróż, którą autor odbywa nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie – nie jest to nasz zwyczajny czas liniowy, ale interferencja lat przedwojennych, powojennych i obecnych. Czas splata się tu jak pasma warkoczy, lub płynie jak woda: "Dajmy na to figurka słonia - ma dwieście lat. Miała pewnie kilkunastu właścicieli. I kto ma tu kogo odmierzać? Kto kogo posiada?" pyta w Lesznie właściciel antykwariatu. 

Właściwie, kiedy czytałam przypomniało mi się wielokrotnie cytowane powiedzonko o pięknym kraju i ludziach k*. U Springera jest odwrotnie, to ludzie są piękni, a kraj tak brzydki, że oczy usychają. Kilkukrotnie nawet Springer pastwi się nad Koszalinem, który byłby ładny, gdyby nie centrum. Tu nawet matka natura dokłada swoje pięć groszy, by unicestwić to szkaradztwo, jakim są miasta, o czym dobitnie świadczy historia wybuchu wody w Pile (sic!).

Za to ludzkich bohaterów Springer wybrał bardzo pozytywnych – tu każdy coś tworzy dla swojej małej ojczyzny, i jak zakochany głupiec próbuje, ile sił, by wokół było lepiej, dostatniej, przyjemniej.

Prostota; siła codziennych rytuałów - Brooke McAlary

"Boimy się tego, co odkryjemy, jeśli pozwolimy sobie na zwolnienie tempa, damy sobie czas do krytycznego namysłu nad swoimi decyzjami, otworzymy się na samopoznanie."


Otacza nas zgiełk i pośpiech. Brooke McAlary w książce "Prostota; siła codziennych rytuałów" proponuje kilka prostych tricków, by nasze życie stało się mniej zabiegane, zwrócone ku wnętrzu i bardziej wartościowe. McAlary jest autorka popularnego bloga Slow Your Home, w którym proponuje zmianę trybu życia na bardziej zrównoważony i skierowany na rodzinę i codzienne małe przyjemności.

Autorka "Prostoty" za Leo Babautą, guru minimalizmu, powtarza: "Naucz się cieszyć życiem, które przeżywasz, a okaże się ono cudowne", co bardzo przypomina definicję szczęścia według stoickiego filozofa rzymskiego z przełomu I i II wieku, Epikteta (Nie usiłuj naginać biegu wydarzeń do swojej woli, ale naginaj wolę do biegu wydarzeń, a życie upłynie ci w pomyślności).


Na bolączki codzienności McAlary proponuje praktykowanie uważności. Pokazuje jak w siedmiu prostych krokach (pięć rytuałów i dwa rytmy) odnaleźć spokój i oczyścić umysł. Przede wszystkim należy odłączać się od świata on-line, żyć bardziej analogowo, ustalić sobie codzienny harmonogram. W oczyszczaniu umysłu ma pomóc tworzenie prostych list ważności. Ogólnie autorka proponuje pisanie czegokolwiek, by wypłynęły z nas myśli i oczyściły umysł szczególnie przed wieczornym spoczynkiem oraz rano, przed zaczęciem dnia.

Książka jest zaskakująco krótka. Wpisuje się w modny nurt minimalizmu i Slow Life. Lubię poradniki, szczególnie, jeśli są inspirujące i coś wznoszą do mojego życia. Co wniosła Prostota? Chyba utwierdziła mnie w świadomości, że moje intuicyjnie dokonywane codzienne wybory są dobre. Wole poświęcić czas na grę z dzieckiem w planszówkę niż spędzać go bezmyślnie gapiąc się w ekran komputera. Także to, że robię listy pomogło mi poukładać swoje myśli, a co za tym idzie, życie codzienne. Myślę, że "Prostota" jest dobrym uzupełnieniem Hygge, w którym zakochali się Europejczycy (ze mną włącznie).

Za możliwość przeczytania Prostoty dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Dziecko wojny - Sara Nović

Jak zmierzyć się z traumą? Najlepiej ją przepracować. A jak zmierzyć się z traumatycznymi wydarzeniami z dzieciństwa, kiedy przypadło ono na czasy krwawego konfliktu?
źródło: LubimyCzytac.pl

Z taką przeszłością musi się zmierzyć Ana, bohaterka powieści Sary Nović "Dziecko wojny". Ana Jurić, Chorwatka z Zagrzebia jako dziesięciolatka była świadkiem szybko eskalującego konfliktu na Bałkanach. "Współczesna wojna charakteryzowała się tym, że mieliśmy przywilej oglądania destrukcji naszego kraju w telewizji." Lecz szybko stało się jasne, że konflikt będzie narastał i pochłonie niejedną rodzinę. Niefortunny zbieg okoliczności przesądzi o życiu i śmierci najbliższych Any.

Dziesięć lat później Ana, już jako Amerykanka została poproszona o wystąpienie w ONZ na temat dziecięcych żołnierzy, ponieważ była jednym z takich nieletnich bojowników. Musi na nowo zmierzyć się z ranami na psychice, rozdrapać je, by zaczęły się goić. Od lat żyje jako dziecko zamerykanizowanych Włochów, i nikt nie podejrzewa, że pochodzi z Europy. Choć, jak sama pisze, ma ciemne oczy po matce, a po ojcu jasną, piegowatą cerę, przez którą rówieśnicy jeszcze w Chorwacji przezywali ją Czeszką lub Polką.

Ana do pewnego stopnia żyje normalnie, lecz jest wrażliwsza niż reszta jej otoczenia. Studiuje literaturę, przyjaźni się z profesorem, który podrzuca jej powieści innego emigranta, W. G. Sebalda, a na ścianie jego gabinetu wisi plakat z Szymborską. Jednak Ana cały czas maskuje swoja przeszłość, izolując się od głębszych relacji nawet z chłopakiem: "Nie chciałam, żeby Brian poznał Juniora [wuja]; separowałam go od całej rodziny w obawie, że wymknie im się coś o mojej przeszłości."

Lekarstwo na tę chorobę jest jedno: powrót do powojennego Zagrzebia, odnalezienie śladów przeszłości i przyjaciół rodziny, o których nie wie nawet, czy żyją.

"Dziecko wojny" jest debiutem powieściowym Sary Nović. Jest to debiut dojrzały i wyważony. Choć opisuje piekło, które wręcz przytłacza jej bohaterkę, czytelnik nie odnosi wrażenia beznadziejności sytuacji. Być może to charakter Any, która jest odważną, rezolutną dziewczynką (a później kobietą) każe nam ją z miejsca polubić i - może to zabrzmi dziwnie - dopingować ją. W książce cały konflikt pokazany jest oczami dziecka, lecz nie jest to widok naiwny.

Trzymam kciuki za dalszą karierę Sary, która działa również na rzecz niesłyszących. Polecam jej mądry artykuł dla The Guardian o byciu niesłyszącą powieściopisarką. What it's like to be a deaf novelist

Jaki jest sens blogowania? [subiektywnie]

Po ponad dekadzie blogowanie przychodzi czas refleksji. Kim jestem jako bloger, co daje mi blogowanie i w ogóle, komu to potrzebne? Co i rusz przez internet przetacza się dyskusja nad sensem blogów książkowych. Chciałabym dorzucić swoje pięć groszy.

Dlaczego bloguję? Chcę zachęcić czytelników do sięgania po bardziej wymagające lektury, pokazać alternatywę dla mainstreamu. A także pokazać, że można z powodzeniem sięgać po książki nawet stuletnie, które coraz częściej traktowane są nie jako przedmioty użytkowe, lecz jako eksponaty muzealne. Owszem, czasem i u mnie zawitają nowości, bo przecież trzeba być na bieżąco, a niekiedy – o dziwo – pojawi się coś lekkiego!

Dla kogo piszę? Statystycznie większość moich czytelników to kobiety koło trzydziestego roku życia. Ale na blogu próżno szukać typowo kobiecej prozy. Miło mi, kiedy czytają i komentują mój blog i mężczyźni, i kobiety.

Rekomendacje, recenzje czy felietony? Jak właściwie nazwać to, co uprawia 99% książkowych blogerów? Są to nasze subiektywne opinie na temat przeczytanych (bądź nie przeczytanych!) książek, które w dużej mierze opierają się na naszych dotychczasowych wyborach, a nawet przeżyciach czy marzeniach. Większość z nas nie uprawia typowej recenzentki, bo śmiem wysunąć tezę, że taka nie ma racji bytu w internecie – profesjonalne recenzje literackie są zbyt suche i hermetyczne, by dotrzeć do większej liczny osób. Nie tego szukamy na portalach; prędzej weźmiemy do ręki książkę, która poleciła nam znajoma o podobnym guście, niż zawodowy krytyk literacki piszący o kompozycji utworu i jego walorach artystycznych, dydaktycznych, etc. Dzisiejsze trendy to autentyczność i subiektywizm! Nie zrozumcie mnie źle - teksty krytycznoliterackie są nierzadko wspaniałe, ale lepiej się je czyta w wydaniu drukowanym, a nie czarujmy się, siecią rządzi pośpiech.

Czy blogi propagują czytelnictwo? Nie można potwierdzić, ani też zaprzeczyć. Nikt jeszcze nie podjął się przeprowadzenia takich badań. Ale spróbuję sama w odniesieniu do siebie odpowiedzieć na to pytanie. Od kiedy Setna Strona stała się moim książkowym poletkiem, czytam o wiele więcej. Owszem, czytam inaczej, szybciej, jakby specjalnie "pod bloga", ale też ścigam się sama ze sobą w corocznym wyzwaniu. Nie byłoby tego, gdyby nie blog (nie mylić z robieniem "na pokaz"!) Czy więc piszemy sami dla siebie? Chyba jednak nie. Jasne, że większość odwiedzających nasze blogi to inni blogerzy - szukający inspiracji, chcący skonfrontować swoje opinie z kimś innym, ale spotykam się na co dzień z nie-blogerami (wybaczcie ten potworek językowy), którzy zaglądają do blogosfery w poszukiwaniu dokładnie tego samego, co my, blogerzy! Nie komentują? Nie ma po nich śladu? Być może, ale z pewnością każdy z Was kiedyś został zaczepiony słowami "czytam pani/pana bloga".

Gdyby nie blogerzy niemal nie byłoby opinii na popularnych portalach, takich jak LC. O nowościach dowiadywalibyśmy się chyba tylko z anonsów w gazetach i wystaw księgarń.

Co mi dało blogowanie? Przede wszystkim poznałam masę dobrej literatury, której pewnie bym nie odkryła, gdyby nie rekomendacje na zaprzyjaźnionych blogach. Jednym z ważniejszych bonusów blogowania jest również możliwość poznania osób o podobnej pasji. Poznałam wspaniałych ludzi, których darzę ogromną sympatią, a także od czasu do czasu mam okazję wypić z nimi kawkę, dyskutując na tematy okołoliterackie (z takich nieformalnych spotkań wyewoluowała grupa ŚBK, a wiem, że Warszawa ma podobną grupę blogerów).

Jaka jest przyszłość blogowania? Ileż to razy zastanawiałam się, czy jednym przyciskiem nie wykasować ponad 500 postów i kilku ładnych lat pracy? Albo zawiesić bloga, niech umiera polowi zapominany w odmętach internetu? Ale nadal tu jestem. Choć - co z mojej winy raczej nie przysparza mi czytelników - nieregularnie. Czy blogowanie ogólnie ma przyszłość? A czemu nie? To nasza jedyna platforma do wypowiedzenia się w internecie. Owszem, czasem przypomina to tłum w Hyde Parku, który na postumentach wygłasza tyrady, ale ktoś tam w tym wirtualnym świecie nas jednak słucha i nierzadko odpowiada!

I jeszcze na sam koniec. Z pewnością zauważyliście nowy szablon... i jak się Wam podoba? Tylko szczerze:)

Światło, którego nie widać - Anthony Doerr

O ile końcówka zeszłego roku przyniosła mi czytelnicze rozczarowania, o tyle 2018 rozpoczął się dla mnie od znakomitej prozy! Właściwie Światło, którego nie widać jest tak dobrą powieścią, że jeszcze ją przetrawiam.


Pisana z rozmachem przez ponad dziesięć lat najnowsza powieść amerykańskiego autora, Anthony'ego Doerra, zachwyciła czytelników na całym świecie, a także przykuła uwagę krytyki i przyniosła powieściopisarzowi prestiżową Nagrodę Pulitzera.

Historia opowiada o dwojgu młodych ludziach, niewidomej nastoletniej Francuzce oraz osieroconym niemieckim chłopaku. Bohaterowie wplątani są w wojenną machinę - ona jako uciekinierka z okupowanego Paryża, on jako żołnierz Wehrmachtu.

Marie-Laure zafascynowana powieściami Verne'a, które "pożera" czytając Braille'em, staje się powierniczką sekretu, który powierza jej mimo woli ojciec, ślusarz paryskiego muzeum, oraz konstruktor przemyślnych schowków i miniatur. Werner, wychowaniec sierocińca na pozór skazany na dożywotnią pracę w kopalni, dzięki swojemu zamiłowaniu do radioodbiorników i ich działaniu znajduje się w prestiżowej szkole, która jednak bardziej przypomina zindoktrynowaną szkołę przetrwania, gdzie "słabszy" zostaje "zadziobany" przez nastoletnich oprawców. Losy obojga krzyżują się w nadmorskiej miejscowości Saint–Malo.

Co ciekawe, młody Niemiec nie jest przedstawiony w kategoriach, które się nasuwają; świat Doerra nie jest spolaryzowany na dobrych Francuzów i złych Niemców, wręcz mogłabym rzec, że kategorie podobnego dualizmy w ogóle autora nie interesują. Jednym z ważniejszych wątków jest za to pewien unikatowy klejnot, który zgodnie z legenda niesie ze sobą klątwę.

Jednakże Doerr nie funduje czytelnikowi wyciskacza łez ani też klasycznej prozy wojennej. Powieść utrzymana jest w tonie realizmu, lecz bez zbędnej brutalizacji. Przekonuje także punkt widzenia młodych bohaterów, dla których z racji wieku wszystko jest jeszcze na poły magiczne, nieznane i wyolbrzymione.

Proza Amerykanina jest tak plastyczna, że niemal już oczyma wyobraźni widziałam filmowe ujęcia (być może to specyfika prozy naszych czasów, że autorzy celowo tworzą niemal już gotowe materiały na ekranizacje). Jestem pewna, że prędzej, czy później film powstanie i pozostaje tylko mieć nadzieje, że twórcy unikną pułapki zbędnej sentymentalizacji.

Rozmyślania - Marek Aureliusz

Na przełomie 2016 i 2017 roku miałam okazje uczestniczyć w niezwykle inspirującym kursie biblioterapii na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Poznałam na nim wspaniałe, zarażające optymizmem i kreatywnością prowadzące oraz współuczestniczki kursu przybyłe z całej Polski; wymieniałyśmy się nie tylko doświadczeniem ale także tytułami książek, które mogą być pomocne na zajęciach z biblioterapii.


Ze swojej strony zaproponowałam książkę z dziedziny filozofii. Nasycone mądrością i głębią "Rozmyślania" Marka Aureliusza. Marek Aureliusz był rzymskim cesarzem z II-go wieku. Słynął z mądrości, oraz zamiłowania do filozofii stoickiej.O genezie Rozmyślań wiadomo niewiele – prawdopodobnie były spisanymi wykładami Aureliusza, które pierwotnie nosiły nieformalny tytuł O sobie samym; domniemywa się także, że były spisane dla syna cesarza, Kommodusa (cesarza-tyrana ukazanego w filmie Gladiator).

Utrzymane w duchu myśli stoickiej "Rozmyślania" są zbiorem luźnych rozważań, pełnym mądrych sentencji, a głębia monologu wewnętrznego autora robi ogromne wrażenie. Marek Aureliusz uczy, jak żyć spokojnie, być powściągliwym, wyzbyć się zgubnej pychy i ułudy, co ma doprowadzić do dobrego życia, a także wyjaśnia wiarę w bogów, często przy tym cytując Epikteta ("Duszyczką jesteś dźwigającą trupa"), Platona i Antonina (poprzednik Marka Aureliusza na tronie, także wielki admirator filozofii stoickiej). "Nigdzie – pisze Marek Aureliusz – nie schroni się człowiek spokojniej i łatwiej, jak do duszy własnej (…). A nic innego nie nazywam spokojem, jak wewnętrzny ład."

Jak na wstępie zaznaczyłam, jest to dobra pozycja w biblioterapii, z której można czerpać garściami potrzebne maksymy, jak tę o puszczaniu złych rzeczy w niepamięć: "Usuń wyobrażenie, a usunie się i poczucie krzywdy, usuń poczucie krzywdy, a usunie się i krzywda." Dalej autor pisze: "Od tego, co sobie często wyobrażasz, zawisł twój sposób myślenia. Dusza barwi się wyobrażeniami." Spróbujmy więc myśleć ociupinkę pozytywniej, kto wie, a nóż będzie się nam lepiej żyło?Jak pokornie znosić to, co nam się przydarza, szczególnie ze strony innych? "Jeżeli to od ciebie zawisło, dlaczego to robisz? Jeżeli od kogo innego, dlaczego się gniewasz? (…) Jeżeli możesz, to go popraw. A jeśli nie możesz to popraw jego czyn. A jeśli i tego nie możesz, cóż ci pomoże gniewanie się?"

Autor ma także wiele zrozumienia dla ludzkiej natury, kiedy niemal wykrzykuje "A choćbyś pękł, nie zmieni się postępowanie ludzi", i przypomina, że "ludzie istnieją dla siebie wzajemnie. Albo ich wiec pouczaj, albo znoś".Na sam już koniec jeszcze jeden cytat z Rozmyślań "O cóż należy się starać? O to jedno: sprawiedliwy umysł, działalność pożyteczną dla ogółu i mowę niezdolną nigdy do kłamstwa, i umysł pogodnie przyjmujący to, co się dzieje, wszystko jako rzecz konieczną, jako rzecz zrozumiałą, jako to, co płynie z tego samego, co i my, początku i źródła"

Niezależny konkurs literacki na polską książkę roku 2017 – „Brakująca Litera 2017”

Kochani, zostałam poproszona o promocję niezależnego plebiscytu na najlepszą, zdaniem czytelników, polską książkę roku 2017. Konkurs organizowany jest pod adresem http://brakujaca-litera.pl/.


"Większość książkowych rankingów opiera się na ilości sprzedanych egzemplarzy, napędzanej promocją danej publikacji. Najczęściej przy współudziale liczących się na rynku Wydawnictw oraz dzięki nie zawsze obiektywnym recenzjom. Zdarza się, że z powodu braku należytego rozgłosu wiele wartościowych książek przechodzi bez echa. Bywa, że dopiero czysty przypadek sprawia, że trafiają one, często po latach, do rąk Czytelników. Dlatego mając na względzie ów smutny fakt, postanowiliśmy wcielić w życie pomysł, krążący w świecie literackim od wielu lat, i zorganizować konkurs literacki w formie rankingu, zupełnie inny i niezależny od pozostałych.

Pragniemy dać szansę KAŻDEJ polskiej publikacji wydanej w mijającym 2017 roku, nie tylko tej promowanej. Każdej, która z subiektywnych względów zapadła w serce Czytelników. Toteż zwracamy się z gorącą prośbą o czynny udział w tym nietypowym przedsięwzięciu.

Kochani! Pomóżcie zdecydować, które tytuły spod piór rodzimych twórców znajdą się w naszej konkursowej TOPowej Dziesiątce polskich książek opublikowanych w 2017 roku. Nad wyłonioną głosami czytelników TOP10 pochylą się głowy jury, które wybierze spośród nich najlepszą pozycję roku 2017.

Bardzo Was prosimy o zapoznanie się z Regulaminem oraz zaangażowanie. W zakładce Głosowanie każdy z Was może podać swoje 3 typy książki, która według Was zasługuje na wyróżnienie. Wytyczne co do zgłaszanych pozycji są tylko dwie: musi to być dzieło polskiego autora, oraz data wydania musi mieścić się pomiędzy 1 stycznia a 31 grudnia 2017 roku."*

* tekst ze strony http://brakujaca-litera.pl/.