Autostopem przez galaktykę - Douglas Adams

Jeżeli akurat skończyliście czytać masakrujący reportaż z Syrii, żmudną powieść psychologiczną, lub podręcznik do księgowości, ta lektura jest dla Was! Totalnie niewymagająca, ale zabawna i krótka. Autostopem przez galaktykę czyta się tak szybko, mniej więcej tyle ile trwa lot statkiem kosmicznym z nieprawdopodobnym napędem ;) 

https://www.instagram.com/p/Ba3RdPQgOT_/?taken-by=setnastrona

Zapewne wiele osób kojarzy film z zabawnym facecikiem w szlafroku, który przez większość czasu pytał, gdzie tu się można napić herbaty? Kilka lat temu (dokładnie 12!) na ekrany kin weszła swobodna ekranizacja pierwszej części cyklu Douglasa Adamsa, o kilkorgu podróżnikach w przestrzeni kosmicznej, których w zasadzie nic ze sobą nie łączy, poza oczywiście okolicznościami.

Autostopem przez galaktykę drwi z literatury science-fiction, filozofii, polityki, słowem – ze wszystkiego, co ważne i wzniosłe. A humor jest swoiście brytyjski, totalnie abstrakcyjny, zarazem inteligentny, i powinien trafić w gusta fanów Monty Pythona (dla którego pisał skecze) Doctora Who (do którego zdarzało mu się pisywać scenariusze) i Flana O’Briana (Trzeci policjant). Ale daje również dość trzeźwo brzmiącą w każdych okolicznościach radę – nie panikuj!

Poza tym Autostopem przez galaktykę trafiło do kalendarza świąt nietypowych; 25 maja Brytyjczycy obchodzą Dzień Ręcznika – ręcznik w podróżach międzyplanetarnych odgrywa dużą rolę i ma wiele praktycznych zastosowań, bez ręcznika nawet mowy nie ma o kosmicznych podróżach autostopem! – jest to hołd fanów dla twórcy tej niebanalnej historyjki. Nawiasem mówiąc cykl powstał w późnych latach 70-tych jako radiowy serial i już wtedy zapowiadał się na kultowy. 

Polecam. Tak na szybko, do przeczytania w pociągu relacji Poznań-Koluszki, czy kiedy siedzicie na korytarzu podczas, kiedy wasze dziecko ma zajęcia z judo/szachów/chińskiego/baletu, itp.

Dwór cierni i róż / Dwór mgieł i furii - Sarah J. Maas

Poszerzania horyzontów czytelniczych odcinek drugi, zarazem ostatni. Jak już zapowiedziałam, zabrałam się za współczesną młodzieżówkę fantasy. Liczyłam na bezbolesne wejście w świat magicznych istot, okraszone odrobiną romansu, a dostałam naprawdę źle napisany zjadacz czasu. Tym bardziej doceniam spójne, mądre uniwersum, które podarowała światu J. K. Rowling.

Wstrzeliłam się w jakąś ogólnoświatową modę na Sarah J. Maas. 90% bookstagramowiczów ma na swoim koncie te niesamowicie fotogeniczne okładki (ja również!), ale po dobrnięciu do końca drugiego tomu [Dwór mgieł i furii] jakoś nie mam ochoty aranżować fotek tomu trzeciego. Ale do rzeczy, przecież nie okładka jest najważniejsza, a fabuła.


Część pierwsza, Dwór Cierni i Róż wpisuje się w modny nurt retellingu, czyli odczytania klasycznych opowieści na nowo. Mamy tu „Piękną”, która za złamanie odwiecznego traktatu zostaje zmuszona do zamieszkania z „Bestią”, ów okazuje się niezwykle uroczym (i bogatym) arystokratą z wysokiego rodu istot lepszych niż ludzie. I uwierzcie mi, ja naprawdę lubię takie historie – jednym z moich ulubionych filmów jest Towarzystwo wilków Neila Jordana, czyli na nowo opowiedziana historia Czerwonego Kapturka. Historia wykreowana przez Maas jest dobra, ale…

Ale w książkach roi się od licznych zgrzytających anachronizmów, powtórzeń, a Feyra jako główna bohaterka, zupełnie nic z siebie nie daje, nie reprezentuje sobą kompletnie żadnych wartości, do tego zachowuje się dziecinnie. Postacie Fae i innych stworzeń osadzonych w tym uniwersum mają strasznie ograniczone horyzonty myślowe; dysponując całą wiecznością można zyskać nieograniczoną wiedzę (Tylko kochankowie przeżyją), a nie myśleć tylko i wyłącznie o jedzeniu i seksie bez zobowiązań.


W gruncie rzeczy i na to przymknęłabym oczy, jednakże (aż mam ochotę wykrzyczeć to z siebie): to nie jest wartościowe, ani dobre, ani dobrze napisane! Maas ma naprawdę świetne pomysły, ale nie umie ich zrealizować. Użytkownicy czytelniczych portali społecznościowych ferujący gwiazdkami, czy serduszkami, już orzekli, że trylogia Dworów to wiekopomne arcydzieło i naprawdę szkoda mi tych czytelników, bo gdzieś tam, na bibliotecznych/księgarskich półkach czają się miriady dobrze napisanych powieści, po które trzeba tylko wyciągnąć rękę. Wtedy być może komuś spadną klapki z oczu i zrozumie, że król jest nagi…

Przeczucie - Tetsuya Honda

Literatura japońska kojarzy mi się z postmodernizmem i realizmem magicznym w wykonaniu Murakamiego, efemerycznym realizmem Kawabaty, trudnymi pytaniami Oe, nowoczesnością silnie sprzężona z tradycją. Pierwszy raz sięgnęłam po japoński kryminał i zdaje się, że to jedyny taki na naszym rynku wydawniczym.

A powieść kryminalna ma się w Japonii znakomicie. Boom na ten gatunek wybuchł bezpośrednio po II wojnie światowej, kiedy nastąpiła fala amerykanizacji Japonii. Z początku Japończycy bazowali na tłumaczeniach Chandlera, czy Hammetta, ale szybko stało się jasne, że dysponują rodzinnymi twórcami, wcale nie gorszymi niż Amerykanie.


Pierwszym uznanym twórcą tego gatunku, a zarazem założycielem Japońskiego Klubu Powieści Detektywistycznej był Edogawa Rampo. W Japonii kryminały wyewoluowały w dość specyficzne formy – jedne nasycone powojennym socrealizmem, inne silnie ocierają się o erotykę, a niektórzy twórcy czerpią z rodzimych legend, nasycając thriller elementami fantastycznymi.

Przeczucie Tetsuyi Hondy to pierwsza część cyklu o komisarz Reiko Himekawie, która w samej Japonii doczekała się sprzedaży 4 miliony egzemplarzy, kanwą dwóch (sic!) seriali, oraz filmów telewizyjnego i kinowego. Mroczny thriller, osnuty wokół owianego złą sławą darknetu, czyli piekielnego zakamarka internetu, gdzie użytkownik znajdzie to, co normalnego człowieka przyprawia o zawał serca.

Autor wydaje się niezwykle skrupulatny, czego dowodzą wielostronicowe opisy odpraw. Japońska policja jest silnie zhierarchizowana, nie ma w niej miejsca na jakiekolwiek odstępstwa od przyjętego protokołu. Jednocześnie widać również ciężką atmosferę w pracy pod kierunkiem młodej kobiety, której nie szczędzi się epitetów typu „głupia gąska, dziecina, królewna, kretynka”, a to i tak tylko najbardziej eufemistyczne z wyzwisk. Kompetencje Reiko są podważane na każdym kroku; Japonia to nadal społeczeństwo patriarchalne, gdzie od kobiet oczekuje się nie wspinaczki po szczeblach kariery, a zamążpójścia i układnego dokładania szczap do domowego ogniska.

Jako się rzekło, Przeczucie otwiera większy cykl. Jestem ciekawa, czy wydawnictwo pójdzie za ciosem i zaproponuje polskim czytelnikom kolejne części (razem 7 powieści i zbiorów opowiadań).

Fangirl - Rainbow Rowell

W ramach poszerzania horyzontów czytelniczych sięgnęłam po polecaną przez wielu czytelników powieść z gatunku new adult (czy jak kto woli young adult), Fangirl. Nie jestem fanką powieści obyczajowych w ogóle, a z podgatunkiem dla młodych dorosłych do tej pory nie miałam do czynienia.

Bliźniaczki Cath i Wren rozpoczynają naukę w koledżu; do tej pory nierozłączne, w nowej szkole zaczęły się od siebie oddalać. Zamknięta w sobie, stroniąca od ludzi Cath całym sercem poświęca się fanfikowi o nastoletnim czarodzieju, Simonie Snow; natomiast Wren chcąca zapoznać jak największą liczbę osób, wpada w towarzystwo imprezowo-alkoholowe. 


Jestem w wieku średnio zaawansowanym i Fangirl była dla mnie pretekstem do wspominania czasu studiów – dla mnie było to najpiękniejsze pięć lat życia i zawsze ten czas będę wspominała jako nie tylko czas przyjaźni, ale i czas rozwoju osobistego. Nie bardzo potrafiłam się wczuć w skórę bliźniaczek – jedna rzuca się na głęboką wodę alkoholizmu, druga olewa szansę, którą daje jej wykładowczyni. Prócz perypetii sercowych i wkrętów fanfikowych brakuje mi tu rzetelnej nauki. Wiem, że to nudne, ale powiedzmy sobie szczerze, na studiach przede wszystkim zakuwamy (-liśmy).

Nie mam porównania z podobnymi powieściami tego typu (nie czytałam na przykład żadnego Greena, chociaż chciałabym sięgnąć po najnowszą Turtles all the way down), więc raczej nie powinnam oceniać czegoś, nie podchodzącego pod mój obszar zainteresowań. Ale Fangirl czyta się niezmiernie szybko i bezboleśnie. Myślę, że czytelnicy w wieku lat 16-23 będą zachwyceni. Szczególnie ci, którzy są szczerymi fanami przygód pewnego nastoletniego czarodzieja ;)

Pewnie Was zaskoczę – do tej pory dałam się raczej poznać jako miłośniczka klasyki, lub polskich kryminałów retro, a tu kolejna niespodzianka: zaczęłam pierwszą w moim czytelniczym życiu serię fantasy dla starszych nastolatek (nie ja wymyślam klasyfikację, w naszej bibliotece seria stoi w przedziale IV/F), jaką, pewnie się domyślacie, szczególnie jak śledzicie mój instagram :)

Spotkanie autorskie z Adamem Wajrakiem

Piątek 13-go należał do jednych z najbardziej zapracowanych, przynajmniej dla mnie. Byłam gospodarzem wymiany książkowej, z której niemal za sprawa teleportacji przeniosłam się do UM na spotkanie z cyklu Aleksandra Klich zaprasza. W zeszłym miesiącu gościem pani Oli był Wojciech Orliński, dziennikarz, felietonista i autor znakomitej biografii Stanisława Lema, a spotkanie odbyło się w niezwykle klimatycznej neogotyckiej scenerii byłego szpitala, w tak zwanej Strefie Juliusza. 


Tym razem zapewne ze względu na pogodę (o 17-18 jest już zbyt chłodno, żeby korzystać z leżaków) spotkanie przeniesiono do sali konferencyjnej UM, która okazała się niemal zbyt mała (sic!) by pomieścić wszystkich chętnych.

To było jedno z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie spotkań: wzięliśmy ze sobą naszą ulubiona książeczkę przyrodniczą (Zwierzęta Wajraka), z której nieraz korzystaliśmy by coś sprawdzić do szkoły; w zeszłym roku ku swojemu ogromnemu zdziwieniu odkryłam czytankę o wilkach w podręczniku do II klasy, której autorem był właśnie Adam Wajrak!

Jak już napisałam, sala była wypełniona po brzegi (myśmy się rozlokowali na parapecie). Miło było również widzieć tyle dziecięcych buź wpatrzonych w prelegenta. Zwłaszcza, że okazją do spotkania było wydanie drugiej części komiksu przyrodniczego noszącego tytuł Nieumarły las


Po pokazie slajdów i wykładzie na temat różnic między uporządkowanym lasem, a dziką „rozczochraną” puszczą, dorosła część audytorium dopytywała o sprawy Rozpudy i Puszczy Białowieskiej. Na wszystkie pytania pan Adam odpowiadał naprawdę wyczerpująco, nierzadko przytaczając anegdotki z życia blisko puszczy. Pytania z wiadomych względów zeszły również na tematy polityczne.

Po miłym i niezwykle długim spotkaniu przyszedł czas na podpisywanie książek. Pan Adam słynie z tego, że i zamieni kilka słów i coś naszkicuje. I tak było i tym razem. Szczególnie tym faktem były ucieszone dzieciaki, które szturmem rzuciły się na pana Adama.

Mój synek wyszedł ze spotkania zachwycony – długo wszystkim opowiadał, że ma swój pierwszy autograf autora w książce! I jako jabłko, które padło niedaleko jabłoni, już czeka na spotkanie z panem Michałem Rusinkiem, które odbędzie się 23 października w ramach Rybnickich Dni Literatury.

Labirynt duchów - Carlos Ruiz Zafón

Od pierwszego wydania Cienia wiatru minęło 16 lat. Od tamtej chwili dla wielu czytelników na całym świecie zaczęła się cudowna, magiczna, tajemnicza podróż pod nazwą Cmentarz Zapomnianych Książek. Wielkim tegorocznym wydarzeniem wydawniczym stało się ukazanie się własnie czwartego, zamykającego serię tomu. Na ten moment z niecierpliwością czekali fani w całej Polsce, a za sprawą nieszablonowej akcji wydawnictwa Muza setkom wiernych fanów Zafóna udało się dostać upragniony egzemplarz w unikatowej cenie symbolicznej złotówki!

Również wzięłam udział w akcji i jeszcze przed otwarciem wyznaczonej księgarni ustawiłam się w ogonku (kiedy przyszłam pod księgarnianą witryną czekał już młody mężczyzna). Byłam druga. Za mną ustawiła się jeszcze dziewczyna o soczyście rudych włosach i listonoszce z herbem Gryffindoru. Byłam dumna, że i mnie się udało wziąć udział w takiej fajnej akcji, że dla mnie też wystarczyło i że mogę się pochwalić egzemplarzem wymarzonej książki!


Niemal od razu przeniosłam się w świat Barcelony końca lat 50-tych. Wróciłam do mojej ukochanej księgarni Sempere i synowie, jeszcze raz na kartach książki odnalazłam moich przyjaciół - Daniela, Beę, a przede wszystkim Fermína Romero de Torresa. Kiedy tylko pojawił się Fermín mimowolnie zaczęłam się uśmiechać - nie sposób nie pokochać tej szalonej gaduły, tego mistrza szermierki słownej i ciętej riposty - dołączył do mojego prywatnego panteonu, gdzie zadomowili się już Gabriel Oak, Atticus Finch i doktor Ravic.

No dobrze, ale jak się czyta Labirynt duchów? - z pewnością zapytacie. Czyta się z wypiekami na twarzy, szybko, choć liczy sobie niemal 900 stron. Powieść jest jak zwykle skrzyżowaniem dreszczowca, obyczajowo-społecznej intrygi osadzonej w realiach powojennej Hiszpanii oraz ukłonem w stronę klasyki literatury. Przecudne są dialogi - są akurat takie, jakich czytelnik pragnie: niczym nie przypominają współczesnych dialogów, szybkich i pobieżnych jak gra w pingponga, są raczej jak stary dobry chińczyk, czy warcaby - jeśli już miałabym podążać tą analogią.

Oczywiście Zafón wprowadza nową postać, Alicję Gris. Alicja jest kobietą tajemniczą, złamaną wojną domową i trudnym dzieciństwem, ale zarazem silną postacią, która nie boi się nikogo i niczego. Wiedzie nas przez labirynt tajemniczej historii, która nareszcie znajdzie swój finał. Postać Gris jest także zabawą literacką, ponieważ dosłownie wpadła do historii jak jej imienniczka do króliczej nory.

Powieść jest napisana z niezwykłym rozmachem i biorąc pod uwagę poprzednie części jest jedną z najinteligentniejszych i najbardziej zdumiewających serii, która zachwyca coraz to nowych czytelników. Kiedy już się sięgnie po Zafóna, nie sposób go nie pokochać, jego soczystego stylu i niezrównanego języka. Nie sposób nie stać się jego wyznawcą i już na zawsze w sercu mieć niezatarty obraz Cmentarza Zapomnianych Książek...

Setna Strona na insta! Oraz kilka ogłoszeń

Kochani, zdecydowałam się i założyłam konto na instagramie. Oczywiście nie będziecie ogladać tam mojej buźki w tysiącach odsłon, tylko to, co mol książkowy lubi najbardziej: zdjęcia książek w różnych konfiguracjach. Bo nie wiem jak Wy, ale ja bardziej od zdjęć śmiesznych kotów w internecie wolę zdjęcia ślicznych książkowych aranżacji. Więc już jest setnostronicowy bookstagram! Zapraszam wszystkich z kontem do śledzenie. ---> @setnastrona


Nowego Zafona skończyłam wczoraj i dzisiaj miała się ukazać notatka, ale źle się czułam, więc zostawmy to na jutro lub pojutrze. 

Jeszcze dziś wszystkich Rybniczan i mieszkańców okolicy zapraszam na książkową wymianę zorganizowaną przez Śląskich Blogerów Ksiażkowych i filię nr 4 PiMBP. Wymiana odbywa się na Paruszowcu w budynku byłej poczty, tzw. Magicznej Silesii. 



Jak skończymy się wymieniać, to informuję, że w Urzędzie Miasta o 17-tej odbędzie się spotkanie z Adamem Wajrakiem. 
Jeżeli zdążę, będzie relacja. 

Mock/ Mock. Ludzkie zoo - Marek Krajewski

Zacznę tak: Krajewskiego biorę w ciemno. Lubię ten brudny świat jak z obrazów Otto Dixa, gdzie główne role odgrywają panienki lekkich obyczajów i tani mafiozi. Zbrodnie popełniane w szemranych zaułkach... Może dlatego tak dobrze mi się czyta o takim świecie, bo mój świat jest syty i zadbany. I dlatego też sięgam po kryminały, jak inni po horrory. Choć przyznam, że przez bardzo specyficzną prozę pierwsze spotkanie z Krajewskim zaliczyć mogę do niezbyt udanych, za to kolejne spotkania z powieściami tego autora odbyłam już jako fanka.



Akcja Mocka zaczyna się w Waszyngtonie w 1947 roku, a więc po II wojnie światowej, wtedy poznajemy kolejne wcielenie Eberharda - funkcjonariusz amerykańskiego wywiadu. Sprawa dotyczy tak zwanej Hali Stulecia we Wrocławiu (obiekt zaliczony dziś w poczet światowego dziedzictwa UNESCO); introspekcja przenosi nas do lat 1912 i 1913, kiedy to mają miejsca tajemnicze morderstwa. Tak zaczyna się nowa seria o "młodym Mocku", czyli tomy pokazujące początki kariery Eberharda Mocka we wrocławskiej policji. Ebi zaczyna w policji obyczajowej, jednak ten niesłychanie ambitny i dociekliwy glina aspiruje do policji kryminalnej. Policjant-filolog znany z poprzednich części nadal tropi bandytów metodami konwencjonalnymi i niekonwencjonalnymi.

Krajewski puszcza oko do czytelników igrając z legendami miejskimi ― czarny powóz jest przedwojennym odpowiednikiem słynnej czarnej wołgi, która miała porywać chłopców. Autor daje nam również wykład o przed-hitlerowskim antysemityzmie, Związku Wszechniemieckim, a także misteriach masońskich; dużo uwagi poświęca oczywiście pięknu architektury, jej proporcjom i znaczeniu tychże. Ma się rozumieć nie brakuje i tym razem erotycznych popisów Mocka, oraz pięknych kobiet gotowych przyjąć jurnego stróża prawa.

Mock. Ludzkie zoo to podróż w głąb piekła ludzkich dewiacji. Punktem wyjścia powieści jest niesławny rozdział wrocławskiego zoo, a mianowicie urządzanie pokazów, których główną atrakcją byli Afrykańczycy. Za sprawą swojej narzeczonej (sic!) Marii, Mock trafia na trop szajki sutenerów z piekła rodem. Więcej nie zdradzę. Jednak jak się można domyślać, kolejny raz kariera Mocka wisi na włosku, a zdrowie zostaje poważnie nadwątlone. Fabuła obu powieści jest zgrabnie pomyślana. 

Świetne okładki nowej serii z Eberhardem Mockiem! Wielkie brawa dla grafika! 

Wiem, że Marek Krajewski cyzeluje swoje książki i dba o jak największą wiarygodność, co można odczuć; zawsze czytam różnego rodzaju posłowia, czy od autora, zwracam wtedy uwagę na podziękowania skierowane do osób faktycznie zaangażowanych w projekt, które czuwały nad detalami, by fabuła, że tak powiem eufemistycznie, się kleiła.

Już czekam na kolejne tomy serii (ach, ten 2018! będzie nowa Szczupaczyńska i nowy Mock!, a kto wie, może i Departament Q?), a w międzyczasie będę się posiłkowała starszymi, nieczytanymi jeszcze przeze mnie tomami.

30 dni z książką - podsumowanie września

We wrześniu na facebooku bawiliście się ze mną w odpowiedzi na 30 książkowych pytań. Zachęcam do przekazania łańcuszka, a także do odpowiadania na pytania u siebie na blogu, oraz w komentarzach tu, na dole pod postem. 


Dzień 1. Twoja ulubiona książka: 
Moją "jedną-jedyną" jest Z dala od zgiełku tłumu Thomasa Hardy. Nieodmiennie od wielu wielu lat jestem zakochana w tej powieści i co jakiś czas powtarzam lekturę. Mam na półce polskie wydanie (to starsze, pachnące, PIWowskie), a także jedno kieszonkowe brytyjskie i jedno wiekowe, wydane jeszcze za życia Hardy'ego.

Dzień 2. Książka, którą lubisz najmniej: 
I tu mam problem, bo od kiedy wybieram to, co lubię, przeważnie trafiam na książki niezłe (choć ostatnio zdarzyły się dwa, trzy wyjątki), ale z lektur szkolnych niezmiernie męczyło mnie Przedwiośnie. Co dziwne, na tak mało lubianą lekturę, niespodziewanie dużo z niej pamiętam! Być może czas odczarować Żeromskiego i sięgnąć raz jeszcze po nielubiany utwór? A jak to u Was z tymi nielubianymi książkami? 

Dzień 3. Książka, która cię kompletnie zaskoczyła: 
W tym roku zostałam dosłownie zmasakrowana Małym życiem Yanagihary. Powieść zaczyna się jak konwencjonalna kronika przyjaźni czwórki mężczyzn będących u progu dorosłości, by przejść w pełną traumy opowieść, która dosłownie łamie serce. Historia dzieje się jakby poza czasem, co czyni ją bardzo uniwersalną. Przyjaźń i poświęcenie pozostają na pierwszym planie. Ale powieść dotyczy wielu ważnych współczesnych wątków, takich jak wstyd, trauma z dzieciństwa, walka z własnym ciałem. Przyznam, że bardzo przeżyłam tę książkę. Nie potrafiłam sięgnąć dosłownie po nic. Yanagihara mną po prostu wstrząsnęła. Polecam ją ze szczerego serca, ale i ostrzegam, że to będzie najbardziej traumatyczna beletrystyka, jaką przeczytałam.

Dzień 4. Książka, która przypomina ci dom
Hm... chyba większość przeczytanych w domu, co dziwne, od razu do głowy przyszedł mi dom rodzinny, rodzice czytający w drugim pokoju, a ja u siebie, owinięta kocykiem w ulubionym fotelu. Co czytałam? Klasykę, przede wszystkim. Hardy, Stein, Stendhal, Tołstoj, i nigdy niedokończona seria W poszukiwaniu straconego czasu... 

Dzień 5. Książka non-fiction, która polecasz: 
Pierwsza myśl to Bractwo Bang Bang Grega Marinovicha i João Silvy. Jest to relacja południowoafrykańskich fotoreporterów zamieszanych w konflikty etniczne w RPA. Rzecz robi naprawdę ogromne wrażenie. Polecam również film fabularny nakręcony na podstawie książki.

 Dzień 6. Książka, przy której płaczesz:
Khaled Hosseini wydał jak do tej pory jedynie trzy powieści, ale wszystkie trzy przepłakałam jak szalona. Szczególnie łzy wyciskała mi historia z Tysiąca wspaniałych słońc... 

Dzień 7. Książka, przez którą trudno przebrnąć: 
Mam taką, zabierałam się za nią kilka razy, w tym raz na DKK. Kupiłam własny egzemplarz, który stoi na półce i zerka z wyrzutem: Łaskawe Jonathana Littella, czyli fikcyjne wspomnienia oficera SS, książka bardzo brutalna, dziwna i przytłaczająca objętościowo. Kiedyś skończę, obiecuję... 

Dzień 8. Książka, która nie jest bestsellerem, a powinna nim być:
Moim zdaniem, niedawno czytana przeze mnie Malwina powinna być szerzej znana, niż jedynie studentom polonistyki. Szkoda, że powieść nie ustępująca zagranicznym z tego samego okresu jest niemal zupełnie zapomniana. 

Dzień 9. Książka wielokrotnie przez ciebie czytana: 
Są książki, do których wraca się wielokrotnie. I ja mam takie - oczywiście wracam regularnie do Thomasa Hardy, ale co kilka lat w czasie wakacji lubię sobie odświeżyć Trzech panów w łódce (nie licząc psa). Owszem, znam te anegdotki na pamięć, ale zawsze mnie bawią :) Jakie lektury lubicie sobie powtórzyć?

Dzień 10. Pierwsza, samodzielnie przeczytaną książkę:
Chociaż minęło wiele lat pamiętam twarde strony książeczki W lesie biało. To była wielka przygoda, samodzielnie przeczytać CAŁĄ książkę! I jaką dumą mnie to napawało! Moje dziecko samodzielnie czytało już zupełnie inne książki, z serii Czytam sobie. Polecam wszystkim dzieciakom uczącym się czytać i szlifującym czytanie 

Dzień 11. Książka, dzięki której zaraziłaś się czytaniem:
Miałam 12-13 lat, kiedy mama podsunęła mi Godzinę pąsowej róży. To była bomba! Może dlatego, że bohaterką była dziewczynka w moim wieku? Do tej pory większość lektur skupiała się na chłopakach, jak w moim ukochanym Szatanie z siódmej klasy, czy Lessie, wróć. I to chyba była pierwsza książka czytana nie-pod-kołdrą 

Dzień 12. Ulubiony cytat, który mógłby posłużyć za motto: 
"Panowanie nad chwilą jest panowaniem nad całym życiem" - Marie von Ebner-Eschenbach 

"Kiedy przeczytam nową książkę, to tak jakbym znalazł nowego przyjaciela, a gdy przeczytam książkę, którą już czytałem - to tak jakbym spotkał się ze starym przyjacielem." - przysłowie chińskie

"Piękno samo w sobie (...) [to] piękno wieczne, które nie powstaje ani nie ginie, i nie rozwija się, ani nie więdnie, ani nie jest z jednej strony piękne, a z drugiej szpetne, ani raz tylko takie, a drugi raz odmienne. (...) Piękno samo w sobie niezmienne [jest] i wieczne, a wszystkie inne przedmioty piękne uczestniczą w nim jakoś w ten sposób, że podczas gdy same powstają i giną, ono ani się pełniejszym nie staje, ani uboższym, ani go żadna w ogóle zmiana nie dotyka." - Platon "Uczta" 

I ostatnie (choć mogę wymieniać cytatów bez liku:) 

- Jak się nazywasz? 
- Aleksy Zorba. Nazywają mnie też "Piekarska Szufla", bo jestem długi i chudy i mam czaszkę spłaszczoną jak placek. Nazywają mnie jeszcze "Passa Tempo", ponieważ swego czasu sprzedawałem palone ziarna dyni. Mówią też o mnie "Zaraza", gdyż podobno, jak się tylko gdzieś pojawię i zacznę swoje sztuczki, wszystko schodzi na psy. Mam jeszcze inne przydomki, ale o tym kiedy indziej..." - Nikos Kazantzakis - "Grek Zorba"

Dzień 13: Najukochańsza lektura z dzieciństwa:
Na któreś urodziny dostałam 101 dalmatyńczyków Dodie Smith. Od razu zaczęłam czytać z wypiekami na twarzy! Do tej pory książka jest zaczytana, bo nie tylko kilka razy do niej wracałam, ale i przerysowywałam ilustracje. Tej książki nigdy, przenigdy nie oddam, bo jest w niej dedykacja od taty... 

Dzień 14. Książka idealna na jesienne wieczory:
Coś Normana Daviesa. 

Dzień 15 Ulubiona książka traktująca o obcych kulturach:
Przyznam, że mam z tym problem, bo nie potrafię wymienić żadnego tytułu, ale uwielbiam czytać o Irlandii i Japonii. W ogóle bardzo lubię poznawać inne kultury, nowe światy, obyczaje... 

Dzień 16. Książka, która powinna się znaleźć na obowiązkowej liście lektur: 
Czarodzieje mogą wszystko - Dariusz Chwiejczak 

Dzień 17. Książka, dzięki której zmieniłeś zdanie na jakiś temat: 
Myślę, że wszystkie filozoficzne, na przykład Hannah Arendt, Pascal, Marek Aureliusz, itp. 

Dzień 18. Książka, która tak wycieńczyła cię emocjonalnie, że musiałeś przerwać jej czytanie lub odłożyć na jakiś czas: 
Chyba wszystkie o Holokauście. Strasznie je przeżywam. 

Dzień 19. Ulubiona ekranizacja:
Od razu przyszła mi na myśl ekranizacja serii o Harrym Potterze, bo choć nieco różni się od książek (brak Irytka, brak niektórych wątków, tj. WESZ, bardzo okrojona rola Ginny), to uważam filmy za bardzo dobre. Mam też swój zestaw seriali i filmów kostiumowych, na czele z Perswazjami z 1995 roku, Emmą z Romolą Garai, uwielbiam Północ i południe na podstawie Gaskell, a także Cathrine Cookson's Secret. 

Dzień 20. Książka, którą byś polecił osobie o wąskich horyzontach myślowych: 
Dzień 21.Książka, która przyniosła ci wielką przyjemność, ale wstydzisz się przyznać, że ją czytałeś:
Nie wstydzę się przeczytanych książek. 

Dzień 22 – Ulubiona seria wydawnicza: 
Koliber, Angielski ogród, BN 

Dzień 23. Ulubiony romans: 
Perswazje są pięknym studium uczuć dojrzałych, pełnych rezerwy, tłumionych. Uczucia ludzi młodych wybuchają jak fajerwerki, uczucia ludzi starszych, bardziej doświadczonych są ukryte, może nawet głębsze?

Dzień 24. Książka, która okazała się jednym wielkim oszustwem: 
Buszujący w zbożu. Ile ja się w życiu nasłuchałam, że tę książkę koniecznie trzeba przeczytać. Książka-legenda, podobnie jak Skowyt, czy W drodze. A Caulfield pałęta się po Nowym Jorku, wkurza ludzi i zanudza swoją mizantropia. I tyle.

Dzień 25. Ulubiona autobiografia/biografia: 
Bermondsay Boy. Cudowna autobiografia ikony brytyjskiej kultury, Tommy'ego Steele'a. Niestety, niewydana w naszym języku.

Dzień 26. Książka, którą chciałabyś przeczytać, a jeszcze nie jest napisana:
Czekam na kolejne części serii o Cormoranie Strike'u!

Dzień 27. Książka, którą byś napisała, gdybyś umiała: 
No ma się rozumieć, że najpewniej byłby to bestseller;) Chciałabym pisać jak skrzyżowanie Virginii Woolf, Thomasa Hardy i Zafona.

Dzień 28. Książka, którą ktoś ci polecił i trafił w twój gust: 
Seria o komisarzu Becku. Wieki temu mama przeczytała mi fragment Zamkniętego pokoju - forsowanie drzwi przez nieudolny squad był tak absurdalny, że od razu zapałałam miłością do Szwedów.

Dzień 29. Autor, którego omijasz: 
Coelho, Michalak. 

Dzień 30. Autor, którego wszystkie książki czytasz: 
Hardy, Woolf, Steinbeck, Gaskell, Austen, Bronte, wszystkie opowiadania i dramaty Czechowa.

A na rynku czytam tak.

Profesor - Charlotte Brontë

Powieść Charlotte Brontë Profesor była pierwszą powieścią napisaną przez autorkę; odrzucona przez wydawnictwa ostatecznie doczekała się publikacji dopiero po śmierci Brontë. Podobnie jak Villette, powstała jako dalekie echo wyprawy do Brukseli, którą Charlotte odbyła wraz z Emily w roku 1842. Siostry miały objąć posady nauczycielek – Charlotte miała uczyć angielskiego, a Emily – muzyki. W tym samy jednak roku zmarła ciotka sióstr, Elizabeth Branwell, co wymusiło ich natychmiastowy powrót do Haworth. Jednakże odważna Charlotte zdecydowała się wrócić do Brukseli, ale z dala od rodziny wytrzymała jedynie rok.
Portret Charlotte Brontë wykonany przez George Richmond, źródło: wikipedia.org

Swoje osobiste sądy i obserwacje Charlotte tym razem włożyła w usta młodego mężczyzny, Williama Crimswortha. Profesor jest powieścią absolutnie aktualną, podobnie jak Agnes Grey Anny Brontë dotyczy nie tylko relacji międzyludzkich, co daje obraz zatrudnienia w wiktoriańskiej Anglii. Crimsworth znosi upokorzenia i zniewagi przyrodniego brata, Edwarda, który zgodził się przyjąć go na posadę w firmie w jednym z przemysłowych miast północy. Jednakże szybko okazuje się, jakim brat jest tyranem, nie tylko w stosunku do młodego Williama, ale i innych podwładnych. Zachęcony przez znajomego, pana Hunsdena, młodzieniec wyrusza do Brukseli, by tam zarabiać na utrzymanie ucząc na pensji.

Jak nietrudno się domyślić William jest alter ego samej pisarki. Oczywiście czytelnik otrzymuje także receptę na udany związek, jakim jest spotkanie nie tylko dwóch serc, co dwóch umysłów podobnych do siebie. Niestety, tu dostrzegłam minus powieści: teraz już wiem, czemu koniec bajek zazwyczaj brzmi „i żyli długo i szczęśliwie” – ponieważ, kiedy się pół książki czyta, jak to postaciom się dobrze układa, to owszem, miło ze strony autora (autorki), że nie znęca się nad postaciami, ale to strasznie nudne. Miło jest poczuć dreszczyk, „czy on ją pokocha?, czy ona go zechce?”, ale kiedy już emocje opadną, robi się monotonnie. Wiem, prawdopodobnie wychodzi ze mnie maruda, ale pierwsza część powieści naprawdę mi się podobała, gorzej z częścią „małżeńska”, gdzie wystarczyłby mały epilog. 
Źródło: lubimyCzytac.pl

Profesor jest powieścią nierówną, ale miłośnicy gatunku będą zachwyceni (ja byłam, naprawdę!) kolejną pozycją z dorobku Charlotte Brontë. Mimo wszystko wolę sięgnąć po klasykę i nieco ponarzekać, niż sięgać po powieści współczesne. Być może właśnie ze względu na realia życia dziewiętnastowiecznej Europy, które niezmiernie mnie ciekawią.

Reminiscencje morderstw z Ratcliff Highway (Golem z Limehouse Petera Ackroyda i Morderstwo jako dzieło sztuki Davida Morrella)

Książkę Golem z Limehouse Petera Ackroyda czytałam kilka ładnych lat temu. Mimo mieszanych uczuć ucieszyłam się na myśl o ekranizacji, szczególnie iż rolę inspektora Johna Kildare'a powierzono Billowi Nighy. Jednakże już mniej więcej w połowie seansu wróciły do mnie uczucia, które wywołał tekst literacki - chaos, skrótowość, lekki zawód. Książkę czytałam widocznie w erze przed-internetowej (przynajmniej dla mnie musiała to być era analogowa), bo nie kojarzę googlowania morderstw, które rzeczywiście miały miejsce w wiktoriańskim Londynie. Golem z Limehouse jest inspirowany prawdziwymi wydarzeniami, a morderca jest niejako kontynuatorem rzeczywistego sprawcy. 

źródło: lubimyczytac.pl

Wiosną tego roku miałam przyjemność czytać inny tekst literacki inspirowany wydarzeniami z Ratcliff Highway, a mianowicie Morderstwo jako dzieło sztuki Davida Morrella. W rozwiązanie zagadki kryminalnej wmieszano samego opiumistę, czyli Thomasa de Quincy, znanego myśliciela i eseistę, który zasłynął z opisania pierwszych morderstw (z 1811 roku) w dziele O morderstwie jako jednej ze sztuk pięknych [On Murder Considered as one of the Fine Arts (1827 rok wydania)]. Morrell mnie zachwycił swoją drobiazgowością, szeroko zakrojonym reaserchem oraz doskonale poprowadzoną intrygą. Ucieszyłam się, że jest to pierwsza część serii, ale moja radość nie trwała długo, ponieważ jak to z polskimi wydawcami bywa - pozostałych części serii ni słychu ni widu... 

źródło: lubimyczytac.pl

Wydarzenia na Ratcliff Highway miały miejsce w 1811 roku. Morderca uderzył pod osłona nocy - ofiarami byli sklepikarz Timothy Marr, jego żona, Celia, 14-miesięczne niemowlę, praktykant James Gowan oraz służąca. Ciosy zadano młotkiem, używanym przez marynarzy. Kolejne morderstwa zostały dokonane dwanaście dni później, a ofiarą padł John Williamson. Policja dzięki zeznaniom właściciela gospody, niejakiego pana Vermilloe natrafiła na ślad niejakiego Johna Williamsa, którego wkrótce aresztowano i jednoznacznie osądzono jako sprawcę zbrodni. Oczywiście jednoznacznych dowodów nie znaleziono, być może jeżeli nawet Williams dokonał tej rzezi nie dział sam.

szkic z ówczesnej gazety - źródło: wikipedia

Jak widać sprawa Ratcliffe Highway z 1811 roku działa na wyobraźnię twórców - ósmy odcinek serialu Morderca z Whitechapel również przypomniał tę zbrodnię sprzed lat. Więcej o sprawie możecie przeczytać tu.

Wracając do obu powieści, sugeruję sięgnąć raczej po Morrella. Znany z szeregu powieści sensacyjnych, napisał naprawdę wciągający kryminał, pełen detali, które sprawiają, że czytelnik niemal czuje smród londyńskich rynsztoków. Golem z Limehouse, mam wrażenie, nie jest tak dopracowany, jedynie operuje klimatem ni to horroru, ni to kryminału; Ackroyd jest znanym biografem (na swoim koncie ma m.in. biografię Ezry Pounda, Dickensa, T.S. Elliota, a także... Londynu) oraz krytykiem literackim związanym ze środowiskiem Uniwersytetu Yale, być może bardziej chciał oddać hołd swojemu ukochanemu miastu, niż pokłonić się ofiarom sprzed dwustu lat. 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...