Jak czytam? Czytelnicze refleksje po lekturze "Książki o czytaniu" Justyny Sobolewskiej

Czytając Justyny Sobolewskiej "Książkę o czytaniu" co i rusz nachodziły mnie refleksje: jak czytam? jakim jestem czytelnikiem? dlaczego podoba mi się to, a tamto już nie? Książeczkę połknęłam dosłownie na raz, po dość długim książkowym kacu, a potem się posypało, Sobolewska otworzyła mi książkowy worek i w tydzień przeczytałam siedem książek! Niedawno autorka gościła w Rybniku i miałam okazję posłuchać o jej rodzinnym księgozbiorze i osobistych doświadczeniach z czytaniem. Sobolewska natchnęła mnie i postanowiłam wyjść z czytelniczego cienia i opowiedzieć jak czytam.

Pani Justyna Sobolewska z wizytą w PiMBP w Rybniku

Nie lubię czytać na dworze, bo mi zbyt jasno, a wiatr wpycha mi niesforne włosy do nosa, oczy i ust. Ale uwielbiam akcje czytelnicze w plenerze, takie jak Rybnik Czyta! Czytam praktycznie wszędzie: w komunikacji miejskiej, w kolejkach, a kiedy kupowałam Przekrój (jeszcze tygodnik i jeszcze krakowski), zaczynałam czytać idąc. Tylko na jednej jedynej drodze nie potrafię czytać, bo telepie jak szalone i nie widzę liter. Mama czasem czyta mi co fajniejsze fragmenty i dzięki niej sięgnęłam po serię o Arystokratce na zamku Kostka, a także po serię o komisarzu Becku (ostatnio przeczytałam Zamknięty pokój i nie mogę przestać chichotać jak sobie przypomnę próbę sforsowania drzwi do mieszkania podejrzanych). Niekiedy dzwonimy do siebie z pytaniem, która co ma, bo dzielimy się w znacznej mierze księgozbiorem. I tak znalazłam maminego DeMello, którego upierałam się, że nie mam i wzięłam jeszcze jednego z wymiany (i w rezultacie miałam dwa).

Książki nałogowo zbieram. Znoszę do domu jak bezdomne zwierzątka. Tak, boję się o wytrzymałość stropu. Podczas tąpnięcia (mieszkam na Śląsku) byłam stuprocentowo pewna, że dom się wali przez mój księgozbiór. Kiedyś w przedpokoju miałam szafkę na odkurzacz i słoiki, ale wykręciłam z niej drzwiczki i wsadziłam książki. Dziś (zbyt mała) szafka została zastąpiona przestronnym regałem. Łóżko to bezapelacyjnie moja strefa komfortu. Mam tu wszystko, czego mi potrzeba - lampkę, kącik na kubek (przeważnie jest to kawa, której smak po prostu kocham i po południu często wybieram kawę bezkofeinową). Do czytania lubię pogryzać coś dobrego, obojętnie: makaroniki, chrupki kukurydziane, czekoladę. Za to toaleta jest jedynym pomieszczeniem w całym domu, pozbawionym książek (choć zdarza mi się relaksować z książką w wannie) i tu zgadzam się z Jerzym Pilchem, że to nie jest odpowiednie miejsce do trzymania książek.


Od wielu lat uczęszczam (z przerwami) na DKK i najbardziej mnie dziwi, że każdy pamięta coś innego, jakbyśmy każdy z członków czytał zupełnie inną książkę!

Uwielbiam powieści czytane w radio. Moje ulubione to oczywiście wspominana wielokrotnie Kobieta z prowincji czytana przez znakomitą Ewę Dałkowską, Królowa Margot (byłam jeszcze narzeczoną i często jeździłam do Adama autobusem po drodze słuchając niekiedy strasznie szuszczącego radia) czytana przez Andrzeja Ferenca, oraz trójkowa adaptacja Niani w Nowym Jorku w interpretacji Joanny Brodzik.

Przeważnie czytam w ciszy, choć cały dzień może u mnie lecieć dwójka z radioli lub jakaś płyta (gramofonowa off course).

Jak układam książki? Staram się autorami. Ale i wydawnictwami. I seriami. Ale na środkowej półce środkowego regału stoją moi ukochani: Hardy, Woolf, Austen, Shafak, Murakami, Dehnel, do niedawna Roddy Doyle, ale wypchnęła go Gaskell. Z lewej starocie. Karaktery i Czarne mam osobno. Dalej Rosjanie i Francuzi. Zbieram Fiedlera i Hemingwaya, a także nowe wydania mojego ukochanego Steinbecka. Literaturę obozową i wspomnienia z gett trzymam osobno. Znalazło się na moich półkach dużo filozofii, którą oboje z mężem studiowaliśmy, a także mężowy survival i s-f. Nie mogę się oprzeć serii BN, a spis Kolibrów nosze stale przy sobie, tak na wszelki wypadek, bo je zbieram i strasznie chciałabym "zebrać je wszystkie". Szczerze? Marzy mi się układ księgozbioru według UKD, ale to wymaga miejsca, którym niestety nie dysponuję.

Kiedy widzę na półce dziurę po książce, jestem podenerwowana i od razu zwalam winę na domowników, bo ktoś wziął bez pytania i nie odłożył. To zawsze jestem ja - wyciągam coś do czytania i nie pamiętam o tym. Mam regał wstydu, choć teraz się wszystko wymieszało i została po prostu "długa lista książek do przeczytania", która się wydłuża i wydłuża w nieskończoność. I cały czas dochodzą nowe pozycje, a bo to ktoś coś polecił, bo wyszło coś fajnego, bo wznowili.

Zakładki. Uwielbiam te ładne, kolorowe, skądś, z wakacji, od koleżanki, etc., ale przeważnie zakładam przypadkowymi papierkami. Ostatnio front opakowania od czekolady Wiener melange, ale zdarza się chustka higieniczna (nieużyta!), papierek po cukierku, żółta karteczka, paragon, bilet, widokówka, kartka z kalendarza, itp. Dlatego fajnie, że niektóre książki mają tasiemki!
Zdjęcie mojego autorstwa

Pisanie po książkach. Tak, ale delikatnie ołówkiem, o ile to moja własna książka. Przeważnie nalepiam karteczki indeksujące, ale kiedy mam podkreślić tylko kilka zdań, czy zapisać coś na marginesie, wolę ołówek. Żadnych tam odblaskowych zakreślaczy! Często przepisuję cytaty do zeszytu.

Właściwie mogę tak wyliczać w nieskończoność – że kiedy zacznę książkę, to muszę doczytać przynajmniej do pełnego rozdziału, albo jak już „zaskoczy” i poczujemy do siebie miętę, do setnej strony; że wolę najpierw przeczytać książkę, a potem obejrzeć ekranizację, ale często jest odwrotnie, bo mnie ekranizacja bądź serial zaciekawi. Za to nie czytam blurbów, opisów i recenzji ani filmów ani książek, które naprawdę chcę przeczytać, by sama wyrobić zdanie o nich.

Jestem również niezmiernie ciekawa Waszych czytelniczych przyzwyczajeń, obiecuję, że nie będę krzyczała, jak ktoś zagina rogi ;)

Dziennik z podróży do Rosji - John Steinbeck, Robert Capa

W 1947 roku Amerykanie literat, John Steinbeck oraz fotoreporter wojenny, Robert Capa udali się ze swoistą rewizytą do kraju Ilji Ilfa i Eugeniusza Pietrowa. Choć to oczywiście czysty przypadek postanowiłam zestawić obie podróże, co z kulturowego punktu widzenia można odczytać symbolicznie. 
Po wojnie coraz bardziej nasilały się nastroje antysowieckie, a powtarzane plotki o mającej nastać kolejnej wielkiej wojnie podsycane były przez opiniotwórcze dzienniki a także zwykłych mieszkańców Ameryki. Wszyscy skupieni byli na polityce i domniemaniach co do poczynań Stalina, a "nikt nie pisze o rzeczach, które interesują nas najbardziej - zaznacza Steinbeck - Jak ubierają się Rosjanie? Co jadają na kolację? Czy urządzają przyjęcia? Jaka jest tamtejsza kuchnia? (...) Pomyśleliśmy, że dobrze by było dowiedzieć się tego wszystkiego, sfotografować to." Ponadto autor pisze o niezrozumiałej dolegliwości, która trapi obie strony: "Odkryliśmy, że tysiące ludzi cierpi na coś w rodzaju ostrej moskwofobii - stanu, którego objawami była wiara w każdy absurd i ignorowanie faktów. Oczywiście, w swoim czasie uświadomiliśmy sobie, że Rosjanie cierpią na odmianę tej samej choroby, waszyngtonofobię."
źródło zdjęcia: LubimyCzytac.pl

Powstał plan podróży po Związku Radzieckim, który o dziwo dla zainteresowanych zaczął się klarować. I tak uzbrojony po zęby w aparaty, tysiące rolek klisz fotograficznych i stosowne fotograficzne utensylia Robert Capa, oraz zaopatrzony jedynie w literackie zdolności i ryzę papieru John Steinbeck pojawili się w Moskwie. I tu od razu zaczęły się piętrzyć niewielkie, ale dokuczliwe przeszkody, bowiem John Newman, który miał przygotować w Rosji wszystko na przyjazd wycieczki, depesz nie otrzymał, ponieważ gościł na targach futrzarskich. Steinbeck i Capa zmuszeni byli więc "wprosić się" do apartamentu korespondenta, bu nie spać na ulicy. I co niedopuszczalne w kodeksie korespondentów, wyżłopali Newmanowi whiskey.

Podróżnikom została przydzielona tłumaczka, Swietłana, "porządna dziewczyna", ubierająca się zgodnie z ówcześnie panującą stonowaną modą, nie stosująca na ogół makijażu i ostentacji w wyglądzie. Panowie od razu przemianowali ją na Sweet Lanę. Skoro wycieczka miała być objazdowa, jak to sobie obaj podróżnicy zaplanowali, zaczęto od zwiedzania Moskwy; Steinbeck porównuje jej czyste ulice i równe chodniki z tymi, które widział przed ponad dekadą. Zadziwiły go setki nowych budynków mieszkalnych, postawione na miejsce niegdysiejszych obskurnych chatynek. Jednak da się zauważyć pomnikomanię i wszechobecną stalinomanię. Pozwolenia, biurokracja (połączona ze schizofreniczną podejrzliwością) posunięta do granic absurdu - od zamówień w lokalu gastronomicznym, do pozwolenia na fotografowanie, czy opuszczenie Moskwy. Steinbeck narzeka, że więcej spędzają z Capą w pokoju, niż gdziekolwiek indziej.

Kijów jest nazywany spichlerzem ZSRR; w czasie wojny zniszczony w takim samym stopniu jak nasza Warszawa, równie jak ona podnosi się po wojnie z kolan, choć znacznie wolniej. Przy odbudowie miasta pracują przymusowo jeńcy niemieccy; to ci sami żołnierze, którzy rujnowali miasto jeszcze kilka lat temu. Mieszkańcy miasta myślą o przyszłości, jak każdy w Związku Radzieckim: "Chyba nikt nie czerpie takiej energii z nadziei , jak Rosjanie", nieustannie myślą o tym, co dobrego może przynieść przyszłość.

Podczas wizyty w jednej z ukraińskich wiosek, w której właśnie odbywają się żniwa, spotykają Wandę Wasilewską, polską poetkę i działaczkę komunistyczną, i jej męża Aleksandra Korniejczuka, ukraińskiego pisarza. Wieś jawi się dostatnio, a ludzie wyglądają na szczęśliwych. Steinbeck sam zastanawia się nad tym, jaki obraz powojennej Rosji mu zaproponowano i dochodzi do wniosku, że Rosja wyciąga najlepszą zastawę, by należycie przyjąć zagranicznych gości, by pokazać się z najlepszej strony. "Owszem, było to coś w rodzaju przedstawienia. Mieszkańcy wioski chcieli się pokazać z jak najlepszej strony. Nie inaczej niż farmer z Kansas podejmujący swoich gości." Całości obrazka dopełniła malownicza Gruzja, której urokowi podróżni nie mogli się oprzeć.

Dziennik z podróży do Rosji obfituje także w arcyzabawne perypetie samych podróżników; Steinbeck pisze o "wszystkomającym" szwajcarskim scyzoryku, który nabyli specjalnie na tę eskapadę, a z tysiąca funkcji ostrz i możliwości technicznych wynalazku korzystali jedynie z funkcji... krojenia kiełbasy. Uśmiałam się kiedy czytałam o fotoreporterze kradnącym nałogowo książki kolegom, nawet kiedy byli w trakcie czytania. Także rozdział, w którym to Capa przejmuje pióro i skarży się na Steinbecka (oczywiście z przymrużeniem oka) jest uroczy i sporo wnosi do wiedzy o prywatnym życiu pisarza.

Właściwie spodziewałam się po Dziennikach dość smętnego obrazu powojennej Rosji, a dostałam barwną relacje w naprawdę dobrym stylu (o to byłam spokojna) i z zabawnymi momentami (na które liczyłam, znając pióro Steinbecka). Nie raził mnie optymizm książki, wręcz przeciwnie, wierzę, że pomimo całej politycznej sieczki tamtych czasów, to były czasy nadziei, przecież skończyła się w wojna, która już nigdy miała się nie powtórzyć.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...