Droga artysty - Julia Cameron

Amerykanie uwielbiają kursy samodoskonalące i poradniki. Odkrywają duchowość za sprawą różnej maści guru, nie ważne czy religijnego, czy new age'owego. Po kilku zaledwie zdaniach kursu Droga artysty włączył się mój wrodzony sceptyk, a brwi unosiły się coraz wyżej. Nie, moja kreatywność nie ma nic wspólnego z wybaczaniem sobie, czy innym, i szczerze, nie szukam duchowego przewodnika chcąc na przykład lepiej rysować. Niechybnie minęłam się z Drogą artysty Julii Cameron.
źródło: Goodreads.com

Kurs Cameron podzielony jest na 12 tygodni, podczas których kursanci raczej mają przejść katharsis, niż nauczyć się czegoś pożytecznego. Ważną częścią kursu jest poznawanie siebie przez pisanie (codziennie) trzech stron pamiętnika oraz tak zwanych "randek z artystą" (wewnętrznym) - akurat to do mnie przemówiło, bo zamysł jest taki, żeby coś zrobić dla naszego wewnętrznego artysty, czy to obejrzeć film, czy kupić flamastry w sklepiku.

Cameron wysnuwa teorię o artyście-cieniu, który mieszka w większości z nas. To artysta zdominowany przez szarą rzeczywistość, który poświęca swoją kreatywność w imię kreatywności innych, np. osoba po ASP zamiast samemu tworzyć pracuje jako arteterapeuta. Ale czy to źle? Czy wszyscy od razu mamy rzucać pracę i w stu procentach oddawać się sztuce? A co z talentem?

Ta książka nie dała mi nic. Nie potrzebne mi są afirmacje. Miałam nadzieję, że Cameron podpowie mi jak wpadać na dobre pomysły, skąd czerpać inspiracje, czy jakie praktyczne ćwiczenia można wykonać, by być bardziej pomysłowym. Coś takiego również przydałoby mi się w pracy - niedawno na szkoleniu usłyszałam, że bibliotekarze są jedną z najbardziej kreatywnych grup zawodowych. Prawda, projekty, warsztaty, eventy zmuszają nas do ciągłego podnoszenia sobie (i innym) poprzeczki. Niestety, Cameron nie dość, że nie daje gotowych odpowiedzi, to nie daje nawet cienia namiaru na odpowiedź na pytanie "jak być bardziej kreatywnym". Szkoda.

No i chyba, choć to dopiero drugi tydzień stycznia, mam pretendenta do prywatnego gniota roku. Naprawdę starałam się wyłowić z Cameron coś, co pozwoli mi rozwinąć skrzydła i wspiąć się na wyżyny kreatywności, ale za pustosłowiem i pseudopsychologicznym natchnionym słowotokiem autorki nie stoi nic. Niedawno obejrzałam film Whiplash. W niecałe dwie godziny dowiedziałam się więcej o "drodze artysty" z tego genialnego filmu, niż z całej książki Cameron. Film oczywiście serdecznie polecam. 

6 komentarzy:

  1. Niestety i takie pozycje się trafiają. Będę omijać te książkę szerokim łukiem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, wiesz, to moje czysto subiektywne odczucie. Wielu osobom przemeblowała w głowie. Ale u mnie - nie podziałała.

      Usuń
  2. Dobrze, że od początku nie miałam ochoty na tą pozycję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja miałam okrutną chęć, nawet zażyczyłam sobie na urodziny. No i yyy ;)

      Usuń
  3. Widzisz, a ja bardzo byłam zadowolona z tej książki. Oczywiście pominęłam całą warstwę "duchowości", ale porobiłam sobie większość ćwiczeń, które pomagają pogodzić się ze swoimi zmorami i myślę, że tylko dzięki tej książce, a raczej pracy z tą książką zaczęłam inaczej patrzeć na moje malowanie. I niestety - kreatywność to łatwość wymyślania różnych rzeczy, a dla mnie sposób Julii Cameron by codziennie pisać 3 strony to właśnie recepta na kreatywność. Po instrukcje jak wcielać swoje pomysły w życie sięgam do innych źródeł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja od lat piszę dziennik, tak że z trzema stronami problemu nie mam ;)
      Tak, widziałam u Ciebie książkę i wiem, że się o niej dobrze wyrażałaś. I wiem, że malujesz :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...