Fangirl - Rainbow Rowell

W ramach poszerzania horyzontów czytelniczych sięgnęłam po polecaną przez wielu czytelników powieść z gatunku new adult (czy jak kto woli young adult), Fangirl. Nie jestem fanką powieści obyczajowych w ogóle, a z podgatunkiem dla młodych dorosłych do tej pory nie miałam do czynienia.

Bliźniaczki Cath i Wren rozpoczynają naukę w koledżu; do tej pory nierozłączne, w nowej szkole zaczęły się od siebie oddalać. Zamknięta w sobie, stroniąca od ludzi Cath całym sercem poświęca się fanfikowi o nastoletnim czarodzieju, Simonie Snow; natomiast Wren chcąca zapoznać jak największą liczbę osób, wpada w towarzystwo imprezowo-alkoholowe. 


Jestem w wieku średnio zaawansowanym i Fangirl była dla mnie pretekstem do wspominania czasu studiów – dla mnie było to najpiękniejsze pięć lat życia i zawsze ten czas będę wspominała jako nie tylko czas przyjaźni, ale i czas rozwoju osobistego. Nie bardzo potrafiłam się wczuć w skórę bliźniaczek – jedna rzuca się na głęboką wodę alkoholizmu, druga olewa szansę, którą daje jej wykładowczyni. Prócz perypetii sercowych i wkrętów fanfikowych brakuje mi tu rzetelnej nauki. Wiem, że to nudne, ale powiedzmy sobie szczerze, na studiach przede wszystkim zakuwamy (-liśmy).

Nie mam porównania z podobnymi powieściami tego typu (nie czytałam na przykład żadnego Greena, chociaż chciałabym sięgnąć po najnowszą Turtles all the way down), więc raczej nie powinnam oceniać czegoś, nie podchodzącego pod mój obszar zainteresowań. Ale Fangirl czyta się niezmiernie szybko i bezboleśnie. Myślę, że czytelnicy w wieku lat 16-23 będą zachwyceni. Szczególnie ci, którzy są szczerymi fanami przygód pewnego nastoletniego czarodzieja ;)

Pewnie Was zaskoczę – do tej pory dałam się raczej poznać jako miłośniczka klasyki, lub polskich kryminałów retro, a tu kolejna niespodzianka: zaczęłam pierwszą w moim czytelniczym życiu serię fantasy dla starszych nastolatek (nie ja wymyślam klasyfikację, w naszej bibliotece seria stoi w przedziale IV/F), jaką, pewnie się domyślacie, szczególnie jak śledzicie mój instagram :)

Spotkanie autorskie z Adamem Wajrakiem

Piątek 13-go należał do jednych z najbardziej zapracowanych, przynajmniej dla mnie. Byłam gospodarzem wymiany książkowej, z której niemal za sprawa teleportacji przeniosłam się do UM na spotkanie z cyklu Aleksandra Klich zaprasza. W zeszłym miesiącu gościem pani Oli był Wojciech Orliński, dziennikarz, felietonista i autor znakomitej biografii Stanisława Lema, a spotkanie odbyło się w niezwykle klimatycznej neogotyckiej scenerii byłego szpitala, w tak zwanej Strefie Juliusza. 


Tym razem zapewne ze względu na pogodę (o 17-18 jest już zbyt chłodno, żeby korzystać z leżaków) spotkanie przeniesiono do sali konferencyjnej UM, która okazała się niemal zbyt mała (sic!) by pomieścić wszystkich chętnych.

To było jedno z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie spotkań: wzięliśmy ze sobą naszą ulubiona książeczkę przyrodniczą (Zwierzęta Wajraka), z której nieraz korzystaliśmy by coś sprawdzić do szkoły; w zeszłym roku ku swojemu ogromnemu zdziwieniu odkryłam czytankę o wilkach w podręczniku do II klasy, której autorem był właśnie Adam Wajrak!

Jak już napisałam, sala była wypełniona po brzegi (myśmy się rozlokowali na parapecie). Miło było również widzieć tyle dziecięcych buź wpatrzonych w prelegenta. Zwłaszcza, że okazją do spotkania było wydanie drugiej części komiksu przyrodniczego noszącego tytuł Nieumarły las


Po pokazie slajdów i wykładzie na temat różnic między uporządkowanym lasem, a dziką „rozczochraną” puszczą, dorosła część audytorium dopytywała o sprawy Rozpudy i Puszczy Białowieskiej. Na wszystkie pytania pan Adam odpowiadał naprawdę wyczerpująco, nierzadko przytaczając anegdotki z życia blisko puszczy. Pytania z wiadomych względów zeszły również na tematy polityczne.

Po miłym i niezwykle długim spotkaniu przyszedł czas na podpisywanie książek. Pan Adam słynie z tego, że i zamieni kilka słów i coś naszkicuje. I tak było i tym razem. Szczególnie tym faktem były ucieszone dzieciaki, które szturmem rzuciły się na pana Adama.

Mój synek wyszedł ze spotkania zachwycony – długo wszystkim opowiadał, że ma swój pierwszy autograf autora w książce! I jako jabłko, które padło niedaleko jabłoni, już czeka na spotkanie z panem Michałem Rusinkiem, które odbędzie się 23 października w ramach Rybnickich Dni Literatury.

Labirynt duchów - Carlos Ruiz Zafón

Od pierwszego wydania Cienia wiatru minęło 16 lat. Od tamtej chwili dla wielu czytelników na całym świecie zaczęła się cudowna, magiczna, tajemnicza podróż pod nazwą Cmentarz Zapomnianych Książek. Wielkim tegorocznym wydarzeniem wydawniczym stało się ukazanie się własnie czwartego, zamykającego serię tomu. Na ten moment z niecierpliwością czekali fani w całej Polsce, a za sprawą nieszablonowej akcji wydawnictwa Muza setkom wiernych fanów Zafóna udało się dostać upragniony egzemplarz w unikatowej cenie symbolicznej złotówki!

Również wzięłam udział w akcji i jeszcze przed otwarciem wyznaczonej księgarni ustawiłam się w ogonku (kiedy przyszłam pod księgarnianą witryną czekał już młody mężczyzna). Byłam druga. Za mną ustawiła się jeszcze dziewczyna o soczyście rudych włosach i listonoszce z herbem Gryffindoru. Byłam dumna, że i mnie się udało wziąć udział w takiej fajnej akcji, że dla mnie też wystarczyło i że mogę się pochwalić egzemplarzem wymarzonej książki!


Niemal od razu przeniosłam się w świat Barcelony końca lat 50-tych. Wróciłam do mojej ukochanej księgarni Sempere i synowie, jeszcze raz na kartach książki odnalazłam moich przyjaciół - Daniela, Beę, a przede wszystkim Fermína Romero de Torresa. Kiedy tylko pojawił się Fermín mimowolnie zaczęłam się uśmiechać - nie sposób nie pokochać tej szalonej gaduły, tego mistrza szermierki słownej i ciętej riposty - dołączył do mojego prywatnego panteonu, gdzie zadomowili się już Gabriel Oak, Atticus Finch i doktor Ravic.

No dobrze, ale jak się czyta Labirynt duchów? - z pewnością zapytacie. Czyta się z wypiekami na twarzy, szybko, choć liczy sobie niemal 900 stron. Powieść jest jak zwykle skrzyżowaniem dreszczowca, obyczajowo-społecznej intrygi osadzonej w realiach powojennej Hiszpanii oraz ukłonem w stronę klasyki literatury. Przecudne są dialogi - są akurat takie, jakich czytelnik pragnie: niczym nie przypominają współczesnych dialogów, szybkich i pobieżnych jak gra w pingponga, są raczej jak stary dobry chińczyk, czy warcaby - jeśli już miałabym podążać tą analogią.

Oczywiście Zafón wprowadza nową postać, Alicję Gris. Alicja jest kobietą tajemniczą, złamaną wojną domową i trudnym dzieciństwem, ale zarazem silną postacią, która nie boi się nikogo i niczego. Wiedzie nas przez labirynt tajemniczej historii, która nareszcie znajdzie swój finał. Postać Gris jest także zabawą literacką, ponieważ dosłownie wpadła do historii jak jej imienniczka do króliczej nory.

Powieść jest napisana z niezwykłym rozmachem i biorąc pod uwagę poprzednie części jest jedną z najinteligentniejszych i najbardziej zdumiewających serii, która zachwyca coraz to nowych czytelników. Kiedy już się sięgnie po Zafóna, nie sposób go nie pokochać, jego soczystego stylu i niezrównanego języka. Nie sposób nie stać się jego wyznawcą i już na zawsze w sercu mieć niezatarty obraz Cmentarza Zapomnianych Książek...

Setna Strona na insta! Oraz kilka ogłoszeń

Kochani, zdecydowałam się i założyłam konto na instagramie. Oczywiście nie będziecie ogladać tam mojej buźki w tysiącach odsłon, tylko to, co mol książkowy lubi najbardziej: zdjęcia książek w różnych konfiguracjach. Bo nie wiem jak Wy, ale ja bardziej od zdjęć śmiesznych kotów w internecie wolę zdjęcia ślicznych książkowych aranżacji. Więc już jest setnostronicowy bookstagram! Zapraszam wszystkich z kontem do śledzenie. ---> @setnastrona


Nowego Zafona skończyłam wczoraj i dzisiaj miała się ukazać notatka, ale źle się czułam, więc zostawmy to na jutro lub pojutrze. 

Jeszcze dziś wszystkich Rybniczan i mieszkańców okolicy zapraszam na książkową wymianę zorganizowaną przez Śląskich Blogerów Ksiażkowych i filię nr 4 PiMBP. Wymiana odbywa się na Paruszowcu w budynku byłej poczty, tzw. Magicznej Silesii. 



Jak skończymy się wymieniać, to informuję, że w Urzędzie Miasta o 17-tej odbędzie się spotkanie z Adamem Wajrakiem. 
Jeżeli zdążę, będzie relacja. 

48.Rybnickie Dni Literatury 2017

Jak co roku jesienią Rybnik zamienia się w literacką stolicę kultury. Przed nami spotkania autorskie, wernisaże, koncerty oraz spektakle. Będziemy mieli okazję poznać również laureata Górnośląskiej Nagrody Literackiej „Juliusz”.
Na większość imprez wstęp wolny.

 

Program Rybnickich Dni Literatury 

11 - 23 października 2017

11.10. środa
g. 17.00 Otwarcie wystawy malarstwa Piotra Pilawy „O podwórku serca… w świecie Piotra Pilawy” - wykład Jacka Kurka - Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Rybniku. Wstęp wolny.

13.10. Piątek
18.00 Wernisaż wystawy malarstwa Ryszarda Kalamarza, oprawa muzyczna Kosma & Mislaw - Galeria Sztuki Teatru Ziemi Rybnickiej. Wstęp wolny.

14.10. Sobota
17.00 Spotkanie z autorami książek nominowanych do Górnośląskiej Nagrody Literackiej „Juliusz”, moderator Monika Glosowitz - Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Rybniku. Wstęp wolny.

15.10. Niedziela
17.00 Oficjalna Inauguracja 48.Rybnickich Dni Literatury 2017, Gala Górnośląskiej Nagrody Literackiej „Juliusz” - prowadzenie Mirosław Neinert. Widowisko artystyczno - literackie „NieDoSłownie” – Awangarda wczoraj i dziś, w wykonaniu rybnickich grup artystycznych i znanych rybniczan, w reż. I. Karwot. Zabawa Słowem, Formą, Przestrzenią. Awangarda wczoraj i dziś. Mrożek, Witkacy, Schulz, Różewicz, Krasicki, czyli wielcy twórcy we współczesnych odsłonach. Teatr „RONDO”, Studio Tańca VIVERO, Teatr „GUZICZEK”, Teatr „TARA-BUM” - sala widowiskowa Teatru Ziemi Rybnickiej. Wstęp wolny.

16.10. Poniedziałek
17.00 Spotkanie z laureatem Górnośląskiej Nagrody Literackiej „Juliusz”, moderator Monika Glosowitz - Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Rybniku. Wstęp wolny.

19.00 Maudie, reż. Aisling Walsh, Dyskusyjny Klub Filmowy - sala widowiskowa Teatru Ziemi Rybnickiej.

17.10. Wtorek
17.00 Spotkanie autorskie z Małgorzatą Czyńską, moderator Anna Piontek - Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Rybniku. Wstęp wolny.

18.00 Wręczenie nagrody Honorowej Złotej Lampki Górniczej oraz Koncert symfoniczny „Brahms, Kilar, Górecki” w ramach V Festiwalu „U źródeł sławy” im. H.M. Góreckiego. Wystąpią Filharmonia Rybnicka pod dyr. Mirosława Jacka Błaszczyka. Sala widowiskowa Teatru Ziemi Rybnickiej. Bilety: 30 zł, 20 zł ulgowy (młodzież, studenci, seniorzy).

18.10. Środa
17.00 Spotkanie autorskie z Filipem Springerem, moderator Adrian Chorębała - Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Rybniku. Wstęp wolny.

19.00 Koncert Zespołu „Świetliki” - sala widowiskowa Teatru Ziemi Rybnickiej. Bilety 30 zł w przedsprzedaży do 30.09 i 40 zł od 1.10.

19.10. Czwartek 
17.00 Spotkanie autorskie z Alojzym Lysko, moderator Zbigniew Kadłubek - Halo Rybnik! Wstęp wolny.

19.00 Echa Podziemia Kontrkultury - komentarz do rzeczywistości Mariana Lecha Bednarka. W programie: spektakl „Kolejka Zusowska- Sen Autora”, wiersze, esejo-felietony, poezja wizualna – rysunki. Sala widowiskowa Teatru Ziemi Rybnickiej. Bilety: 10 zł

20.10. Piątek
17.00 Spotkanie autorskie z Dorotą Masłowską, moderator Ewa Niewiadomska - Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Rybniku. Wstęp wolny.

19.00 Spotkanie poetyckie „Gość plus Ktoś” – Lesław Nowara, Leszek Sobeczko, moderator Ewa Witke - Halo Rybnik! Wstęp wolny.

21.10. Sobota 
17.30 Stanisław Ignacy Witkiewicz „Metafizyka dwugłowego cielęcia”, spektakl teatralny w wykonaniu Teatru im. Witkacego z Zakopanego. Sala widowiskowa Teatru Ziemi Rybnickiej. Bilety: 65 zł w przedsprzedaży do 30.09. i 75 zł od 1.10.

21.30 Stanisław Ignacy Witkiewicz „Metafizyka dwugłowego cielęcia”, spektakl teatralny w wykonaniu Teatru im. Witkacego z Zakopanego. Sala widowiskowa Teatru Ziemi Rybnickiej. Bilety: 65 zł w przedsprzedaży do 30.09. i 75 zł od 1.10.

23.10. Poniedziałek
10.00 „W krainie słów” – spektakl dla dzieci i młodzieży w wykonaniu Dziecięcego Teatru Guziczek TZR, prelekcja Michała Rusinka o wadze słowa. Sala widowiskowa Teatru Ziemi Rybnickiej. Bilety: 1 zł

17.00 Spotkanie autorskie z Michałem Rusinkiem, moderator Danuta Daszczyk - Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Rybniku. Wstęp wolny.

[program za: http://www.teatrziemirybnickiej.pl/rybnickie-dni-literatury/48rybnickie-dni-literatury-2017.html]

Mock/ Mock. Ludzkie zoo - Marek Krajewski

Zacznę tak: Krajewskiego biorę w ciemno. Lubię ten brudny świat jak z obrazów Otto Dixa, gdzie główne role odgrywają panienki lekkich obyczajów i tani mafiozi. Zbrodnie popełniane w szemranych zaułkach... Może dlatego tak dobrze mi się czyta o takim świecie, bo mój świat jest syty i zadbany. I dlatego też sięgam po kryminały, jak inni po horrory. Choć przyznam, że przez bardzo specyficzną prozę pierwsze spotkanie z Krajewskim zaliczyć mogę do niezbyt udanych, za to kolejne spotkania z powieściami tego autora odbyłam już jako fanka.



Akcja Mocka zaczyna się w Waszyngtonie w 1947 roku, a więc po II wojnie światowej, wtedy poznajemy kolejne wcielenie Eberharda - funkcjonariusz amerykańskiego wywiadu. Sprawa dotyczy tak zwanej Hali Stulecia we Wrocławiu (obiekt zaliczony dziś w poczet światowego dziedzictwa UNESCO); introspekcja przenosi nas do lat 1912 i 1913, kiedy to mają miejsca tajemnicze morderstwa. Tak zaczyna się nowa seria o "młodym Mocku", czyli tomy pokazujące początki kariery Eberharda Mocka we wrocławskiej policji. Ebi zaczyna w policji obyczajowej, jednak ten niesłychanie ambitny i dociekliwy glina aspiruje do policji kryminalnej. Policjant-filolog znany z poprzednich części nadal tropi bandytów metodami konwencjonalnymi i niekonwencjonalnymi.

Krajewski puszcza oko do czytelników igrając z legendami miejskimi ― czarny powóz jest przedwojennym odpowiednikiem słynnej czarnej wołgi, która miała porywać chłopców. Autor daje nam również wykład o przed-hitlerowskim antysemityzmie, Związku Wszechniemieckim, a także misteriach masońskich; dużo uwagi poświęca oczywiście pięknu architektury, jej proporcjom i znaczeniu tychże. Ma się rozumieć nie brakuje i tym razem erotycznych popisów Mocka, oraz pięknych kobiet gotowych przyjąć jurnego stróża prawa.

Mock. Ludzkie zoo to podróż w głąb piekła ludzkich dewiacji. Punktem wyjścia powieści jest niesławny rozdział wrocławskiego zoo, a mianowicie urządzanie pokazów, których główną atrakcją byli Afrykańczycy. Za sprawą swojej narzeczonej (sic!) Marii, Mock trafia na trop szajki sutenerów z piekła rodem. Więcej nie zdradzę. Jednak jak się można domyślać, kolejny raz kariera Mocka wisi na włosku, a zdrowie zostaje poważnie nadwątlone. Fabuła obu powieści jest zgrabnie pomyślana. 

Świetne okładki nowej serii z Eberhardem Mockiem! Wielkie brawa dla grafika! 

Wiem, że Marek Krajewski cyzeluje swoje książki i dba o jak największą wiarygodność, co można odczuć; zawsze czytam różnego rodzaju posłowia, czy od autora, zwracam wtedy uwagę na podziękowania skierowane do osób faktycznie zaangażowanych w projekt, które czuwały nad detalami, by fabuła, że tak powiem eufemistycznie, się kleiła.

Już czekam na kolejne tomy serii (ach, ten 2018! będzie nowa Szczupaczyńska i nowy Mock!, a kto wie, może i Departament Q?), a w międzyczasie będę się posiłkowała starszymi, nieczytanymi jeszcze przeze mnie tomami.

30 dni z książką - podsumowanie września

We wrześniu na facebooku bawiliście się ze mną w odpowiedzi na 30 książkowych pytań. Zachęcam do przekazania łańcuszka, a także do odpowiadania na pytania u siebie na blogu, oraz w komentarzach tu, na dole pod postem. 


Dzień 1. Twoja ulubiona książka: 
Moją "jedną-jedyną" jest Z dala od zgiełku tłumu Thomasa Hardy. Nieodmiennie od wielu wielu lat jestem zakochana w tej powieści i co jakiś czas powtarzam lekturę. Mam na półce polskie wydanie (to starsze, pachnące, PIWowskie), a także jedno kieszonkowe brytyjskie i jedno wiekowe, wydane jeszcze za życia Hardy'ego.

Dzień 2. Książka, którą lubisz najmniej: 
I tu mam problem, bo od kiedy wybieram to, co lubię, przeważnie trafiam na książki niezłe (choć ostatnio zdarzyły się dwa, trzy wyjątki), ale z lektur szkolnych niezmiernie męczyło mnie Przedwiośnie. Co dziwne, na tak mało lubianą lekturę, niespodziewanie dużo z niej pamiętam! Być może czas odczarować Żeromskiego i sięgnąć raz jeszcze po nielubiany utwór? A jak to u Was z tymi nielubianymi książkami? 

Dzień 3. Książka, która cię kompletnie zaskoczyła: 
W tym roku zostałam dosłownie zmasakrowana Małym życiem Yanagihary. Powieść zaczyna się jak konwencjonalna kronika przyjaźni czwórki mężczyzn będących u progu dorosłości, by przejść w pełną traumy opowieść, która dosłownie łamie serce. Historia dzieje się jakby poza czasem, co czyni ją bardzo uniwersalną. Przyjaźń i poświęcenie pozostają na pierwszym planie. Ale powieść dotyczy wielu ważnych współczesnych wątków, takich jak wstyd, trauma z dzieciństwa, walka z własnym ciałem. Przyznam, że bardzo przeżyłam tę książkę. Nie potrafiłam sięgnąć dosłownie po nic. Yanagihara mną po prostu wstrząsnęła. Polecam ją ze szczerego serca, ale i ostrzegam, że to będzie najbardziej traumatyczna beletrystyka, jaką przeczytałam.

Dzień 4. Książka, która przypomina ci dom
Hm... chyba większość przeczytanych w domu, co dziwne, od razu do głowy przyszedł mi dom rodzinny, rodzice czytający w drugim pokoju, a ja u siebie, owinięta kocykiem w ulubionym fotelu. Co czytałam? Klasykę, przede wszystkim. Hardy, Stein, Stendhal, Tołstoj, i nigdy niedokończona seria W poszukiwaniu straconego czasu... 

Dzień 5. Książka non-fiction, która polecasz: 
Pierwsza myśl to Bractwo Bang Bang Grega Marinovicha i João Silvy. Jest to relacja południowoafrykańskich fotoreporterów zamieszanych w konflikty etniczne w RPA. Rzecz robi naprawdę ogromne wrażenie. Polecam również film fabularny nakręcony na podstawie książki.

 Dzień 6. Książka, przy której płaczesz:
Khaled Hosseini wydał jak do tej pory jedynie trzy powieści, ale wszystkie trzy przepłakałam jak szalona. Szczególnie łzy wyciskała mi historia z Tysiąca wspaniałych słońc... 

Dzień 7. Książka, przez którą trudno przebrnąć: 
Mam taką, zabierałam się za nią kilka razy, w tym raz na DKK. Kupiłam własny egzemplarz, który stoi na półce i zerka z wyrzutem: Łaskawe Jonathana Littella, czyli fikcyjne wspomnienia oficera SS, książka bardzo brutalna, dziwna i przytłaczająca objętościowo. Kiedyś skończę, obiecuję... 

Dzień 8. Książka, która nie jest bestsellerem, a powinna nim być:
Moim zdaniem, niedawno czytana przeze mnie Malwina powinna być szerzej znana, niż jedynie studentom polonistyki. Szkoda, że powieść nie ustępująca zagranicznym z tego samego okresu jest niemal zupełnie zapomniana. 

Dzień 9. Książka wielokrotnie przez ciebie czytana: 
Są książki, do których wraca się wielokrotnie. I ja mam takie - oczywiście wracam regularnie do Thomasa Hardy, ale co kilka lat w czasie wakacji lubię sobie odświeżyć Trzech panów w łódce (nie licząc psa). Owszem, znam te anegdotki na pamięć, ale zawsze mnie bawią :) Jakie lektury lubicie sobie powtórzyć?

Dzień 10. Pierwsza, samodzielnie przeczytaną książkę:
Chociaż minęło wiele lat pamiętam twarde strony książeczki W lesie biało. To była wielka przygoda, samodzielnie przeczytać CAŁĄ książkę! I jaką dumą mnie to napawało! Moje dziecko samodzielnie czytało już zupełnie inne książki, z serii Czytam sobie. Polecam wszystkim dzieciakom uczącym się czytać i szlifującym czytanie 

Dzień 11. Książka, dzięki której zaraziłaś się czytaniem:
Miałam 12-13 lat, kiedy mama podsunęła mi Godzinę pąsowej róży. To była bomba! Może dlatego, że bohaterką była dziewczynka w moim wieku? Do tej pory większość lektur skupiała się na chłopakach, jak w moim ukochanym Szatanie z siódmej klasy, czy Lessie, wróć. I to chyba była pierwsza książka czytana nie-pod-kołdrą 

Dzień 12. Ulubiony cytat, który mógłby posłużyć za motto: 
"Panowanie nad chwilą jest panowaniem nad całym życiem" - Marie von Ebner-Eschenbach 

"Kiedy przeczytam nową książkę, to tak jakbym znalazł nowego przyjaciela, a gdy przeczytam książkę, którą już czytałem - to tak jakbym spotkał się ze starym przyjacielem." - przysłowie chińskie

"Piękno samo w sobie (...) [to] piękno wieczne, które nie powstaje ani nie ginie, i nie rozwija się, ani nie więdnie, ani nie jest z jednej strony piękne, a z drugiej szpetne, ani raz tylko takie, a drugi raz odmienne. (...) Piękno samo w sobie niezmienne [jest] i wieczne, a wszystkie inne przedmioty piękne uczestniczą w nim jakoś w ten sposób, że podczas gdy same powstają i giną, ono ani się pełniejszym nie staje, ani uboższym, ani go żadna w ogóle zmiana nie dotyka." - Platon "Uczta" 

I ostatnie (choć mogę wymieniać cytatów bez liku:) 

- Jak się nazywasz? 
- Aleksy Zorba. Nazywają mnie też "Piekarska Szufla", bo jestem długi i chudy i mam czaszkę spłaszczoną jak placek. Nazywają mnie jeszcze "Passa Tempo", ponieważ swego czasu sprzedawałem palone ziarna dyni. Mówią też o mnie "Zaraza", gdyż podobno, jak się tylko gdzieś pojawię i zacznę swoje sztuczki, wszystko schodzi na psy. Mam jeszcze inne przydomki, ale o tym kiedy indziej..." - Nikos Kazantzakis - "Grek Zorba"

Dzień 13: Najukochańsza lektura z dzieciństwa:
Na któreś urodziny dostałam 101 dalmatyńczyków Dodie Smith. Od razu zaczęłam czytać z wypiekami na twarzy! Do tej pory książka jest zaczytana, bo nie tylko kilka razy do niej wracałam, ale i przerysowywałam ilustracje. Tej książki nigdy, przenigdy nie oddam, bo jest w niej dedykacja od taty... 

Dzień 14. Książka idealna na jesienne wieczory:
Coś Normana Daviesa. 

Dzień 15 Ulubiona książka traktująca o obcych kulturach:
Przyznam, że mam z tym problem, bo nie potrafię wymienić żadnego tytułu, ale uwielbiam czytać o Irlandii i Japonii. W ogóle bardzo lubię poznawać inne kultury, nowe światy, obyczaje... 

Dzień 16. Książka, która powinna się znaleźć na obowiązkowej liście lektur: 
Czarodzieje mogą wszystko - Dariusz Chwiejczak 

Dzień 17. Książka, dzięki której zmieniłeś zdanie na jakiś temat: 
Myślę, że wszystkie filozoficzne, na przykład Hannah Arendt, Pascal, Marek Aureliusz, itp. 

Dzień 18. Książka, która tak wycieńczyła cię emocjonalnie, że musiałeś przerwać jej czytanie lub odłożyć na jakiś czas: 
Chyba wszystkie o Holokauście. Strasznie je przeżywam. 

Dzień 19. Ulubiona ekranizacja:
Od razu przyszła mi na myśl ekranizacja serii o Harrym Potterze, bo choć nieco różni się od książek (brak Irytka, brak niektórych wątków, tj. WESZ, bardzo okrojona rola Ginny), to uważam filmy za bardzo dobre. Mam też swój zestaw seriali i filmów kostiumowych, na czele z Perswazjami z 1995 roku, Emmą z Romolą Garai, uwielbiam Północ i południe na podstawie Gaskell, a także Cathrine Cookson's Secret. 

Dzień 20. Książka, którą byś polecił osobie o wąskich horyzontach myślowych: 
Dzień 21.Książka, która przyniosła ci wielką przyjemność, ale wstydzisz się przyznać, że ją czytałeś:
Nie wstydzę się przeczytanych książek. 

Dzień 22 – Ulubiona seria wydawnicza: 
Koliber, Angielski ogród, BN 

Dzień 23. Ulubiony romans: 
Perswazje są pięknym studium uczuć dojrzałych, pełnych rezerwy, tłumionych. Uczucia ludzi młodych wybuchają jak fajerwerki, uczucia ludzi starszych, bardziej doświadczonych są ukryte, może nawet głębsze?

Dzień 24. Książka, która okazała się jednym wielkim oszustwem: 
Buszujący w zbożu. Ile ja się w życiu nasłuchałam, że tę książkę koniecznie trzeba przeczytać. Książka-legenda, podobnie jak Skowyt, czy W drodze. A Caulfield pałęta się po Nowym Jorku, wkurza ludzi i zanudza swoją mizantropia. I tyle.

Dzień 25. Ulubiona autobiografia/biografia: 
Bermondsay Boy. Cudowna autobiografia ikony brytyjskiej kultury, Tommy'ego Steele'a. Niestety, niewydana w naszym języku.

Dzień 26. Książka, którą chciałabyś przeczytać, a jeszcze nie jest napisana:
Czekam na kolejne części serii o Cormoranie Strike'u!

Dzień 27. Książka, którą byś napisała, gdybyś umiała: 
No ma się rozumieć, że najpewniej byłby to bestseller;) Chciałabym pisać jak skrzyżowanie Virginii Woolf, Thomasa Hardy i Zafona.

Dzień 28. Książka, którą ktoś ci polecił i trafił w twój gust: 
Seria o komisarzu Becku. Wieki temu mama przeczytała mi fragment Zamkniętego pokoju - forsowanie drzwi przez nieudolny squad był tak absurdalny, że od razu zapałałam miłością do Szwedów.

Dzień 29. Autor, którego omijasz: 
Coelho, Michalak. 

Dzień 30. Autor, którego wszystkie książki czytasz: 
Hardy, Woolf, Steinbeck, Gaskell, Austen, Bronte, wszystkie opowiadania i dramaty Czechowa.

A na rynku czytam tak.

Profesor - Charlotte Brontë

Powieść Charlotte Brontë Profesor była pierwszą powieścią napisaną przez autorkę; odrzucona przez wydawnictwa ostatecznie doczekała się publikacji dopiero po śmierci Brontë. Podobnie jak Villette, powstała jako dalekie echo wyprawy do Brukseli, którą Charlotte odbyła wraz z Emily w roku 1842. Siostry miały objąć posady nauczycielek – Charlotte miała uczyć angielskiego, a Emily – muzyki. W tym samy jednak roku zmarła ciotka sióstr, Elizabeth Branwell, co wymusiło ich natychmiastowy powrót do Haworth. Jednakże odważna Charlotte zdecydowała się wrócić do Brukseli, ale z dala od rodziny wytrzymała jedynie rok.
Portret Charlotte Brontë wykonany przez George Richmond, źródło: wikipedia.org

Swoje osobiste sądy i obserwacje Charlotte tym razem włożyła w usta młodego mężczyzny, Williama Crimswortha. Profesor jest powieścią absolutnie aktualną, podobnie jak Agnes Grey Anny Brontë dotyczy nie tylko relacji międzyludzkich, co daje obraz zatrudnienia w wiktoriańskiej Anglii. Crimsworth znosi upokorzenia i zniewagi przyrodniego brata, Edwarda, który zgodził się przyjąć go na posadę w firmie w jednym z przemysłowych miast północy. Jednakże szybko okazuje się, jakim brat jest tyranem, nie tylko w stosunku do młodego Williama, ale i innych podwładnych. Zachęcony przez znajomego, pana Hunsdena, młodzieniec wyrusza do Brukseli, by tam zarabiać na utrzymanie ucząc na pensji.

Jak nietrudno się domyślić William jest alter ego samej pisarki. Oczywiście czytelnik otrzymuje także receptę na udany związek, jakim jest spotkanie nie tylko dwóch serc, co dwóch umysłów podobnych do siebie. Niestety, tu dostrzegłam minus powieści: teraz już wiem, czemu koniec bajek zazwyczaj brzmi „i żyli długo i szczęśliwie” – ponieważ, kiedy się pół książki czyta, jak to postaciom się dobrze układa, to owszem, miło ze strony autora (autorki), że nie znęca się nad postaciami, ale to strasznie nudne. Miło jest poczuć dreszczyk, „czy on ją pokocha?, czy ona go zechce?”, ale kiedy już emocje opadną, robi się monotonnie. Wiem, prawdopodobnie wychodzi ze mnie maruda, ale pierwsza część powieści naprawdę mi się podobała, gorzej z częścią „małżeńska”, gdzie wystarczyłby mały epilog. 
Źródło: lubimyCzytac.pl

Profesor jest powieścią nierówną, ale miłośnicy gatunku będą zachwyceni (ja byłam, naprawdę!) kolejną pozycją z dorobku Charlotte Brontë. Mimo wszystko wolę sięgnąć po klasykę i nieco ponarzekać, niż sięgać po powieści współczesne. Być może właśnie ze względu na realia życia dziewiętnastowiecznej Europy, które niezmiernie mnie ciekawią.

Reminiscencje morderstw z Ratcliff Highway (Golem z Limehouse Petera Ackroyda i Morderstwo jako dzieło sztuki Davida Morrella)

Książkę Golem z Limehouse Petera Ackroyda czytałam kilka ładnych lat temu. Mimo mieszanych uczuć ucieszyłam się na myśl o ekranizacji, szczególnie iż rolę inspektora Johna Kildare'a powierzono Billowi Nighy. Jednakże już mniej więcej w połowie seansu wróciły do mnie uczucia, które wywołał tekst literacki - chaos, skrótowość, lekki zawód. Książkę czytałam widocznie w erze przed-internetowej (przynajmniej dla mnie musiała to być era analogowa), bo nie kojarzę googlowania morderstw, które rzeczywiście miały miejsce w wiktoriańskim Londynie. Golem z Limehouse jest inspirowany prawdziwymi wydarzeniami, a morderca jest niejako kontynuatorem rzeczywistego sprawcy. 

źródło: lubimyczytac.pl

Wiosną tego roku miałam przyjemność czytać inny tekst literacki inspirowany wydarzeniami z Ratcliff Highway, a mianowicie Morderstwo jako dzieło sztuki Davida Morrella. W rozwiązanie zagadki kryminalnej wmieszano samego opiumistę, czyli Thomasa de Quincy, znanego myśliciela i eseistę, który zasłynął z opisania pierwszych morderstw (z 1811 roku) w dziele O morderstwie jako jednej ze sztuk pięknych [On Murder Considered as one of the Fine Arts (1827 rok wydania)]. Morrell mnie zachwycił swoją drobiazgowością, szeroko zakrojonym reaserchem oraz doskonale poprowadzoną intrygą. Ucieszyłam się, że jest to pierwsza część serii, ale moja radość nie trwała długo, ponieważ jak to z polskimi wydawcami bywa - pozostałych części serii ni słychu ni widu... 

źródło: lubimyczytac.pl

Wydarzenia na Ratcliff Highway miały miejsce w 1811 roku. Morderca uderzył pod osłona nocy - ofiarami byli sklepikarz Timothy Marr, jego żona, Celia, 14-miesięczne niemowlę, praktykant James Gowan oraz służąca. Ciosy zadano młotkiem, używanym przez marynarzy. Kolejne morderstwa zostały dokonane dwanaście dni później, a ofiarą padł John Williamson. Policja dzięki zeznaniom właściciela gospody, niejakiego pana Vermilloe natrafiła na ślad niejakiego Johna Williamsa, którego wkrótce aresztowano i jednoznacznie osądzono jako sprawcę zbrodni. Oczywiście jednoznacznych dowodów nie znaleziono, być może jeżeli nawet Williams dokonał tej rzezi nie dział sam.

szkic z ówczesnej gazety - źródło: wikipedia

Jak widać sprawa Ratcliffe Highway z 1811 roku działa na wyobraźnię twórców - ósmy odcinek serialu Morderca z Whitechapel również przypomniał tę zbrodnię sprzed lat. Więcej o sprawie możecie przeczytać tu.

Wracając do obu powieści, sugeruję sięgnąć raczej po Morrella. Znany z szeregu powieści sensacyjnych, napisał naprawdę wciągający kryminał, pełen detali, które sprawiają, że czytelnik niemal czuje smród londyńskich rynsztoków. Golem z Limehouse, mam wrażenie, nie jest tak dopracowany, jedynie operuje klimatem ni to horroru, ni to kryminału; Ackroyd jest znanym biografem (na swoim koncie ma m.in. biografię Ezry Pounda, Dickensa, T.S. Elliota, a także... Londynu) oraz krytykiem literackim związanym ze środowiskiem Uniwersytetu Yale, być może bardziej chciał oddać hołd swojemu ukochanemu miastu, niż pokłonić się ofiarom sprzed dwustu lat. 



Grażdanin N.N. Życie codzienne w ZSRR - Andrzej Goworski, Marta Panas-Goworska

Grażdanin N. N., obywatel nomen nescio, everyman. Takiego właśnie rosyjskiego typowego obywatela, czy może raczej towarzysza, próbują przybliżyć autorzy reportażu, Andrzej Goworski i Marta Panas-Goworska.

źródło okładki: lubimyczytac.pl

Książka w zamyśle ma ukazywać zwyczajne życie w Związku Radzieckim na przestrzeni kilku dekad. Rozdziały ułożone są wedle osi ludzkiego życia – od najmłodszych lat, poprzez okres studiów, pracy aż do późnej starości. Mamy tu i kukiełkowe umoralniające dobranocki, które z budżetowej antenowej zapchajdziury wyrosły na kultową konkurencję Muppetów; są młodzieżowe domy wczasowe i historię małej orędowniczki pokoju z czasów zimnej wojny, Samanthy Smith. Wiele miejsca poświęcają autorzy kobiecie radzieckiej – donieckie szachcioreczki, czyli górniczki dołowe wzbudzają od razu sympatię i podziw. Wyrabiające 500 % normy, drążyły przodek kilofami, kiedy mężczyźni ginęli setkami na wielkiej wojnie ojczyźnianej. Ostatnie rozdziały poświęcone są rosyjskim niesławnym domom opieki oraz systemowi walki z alkoholizmem (jak ze statystyk można wywnioskować, całkiem nieskuteczny to system).

Chociaż Grażdanin dość mi się podobał, bo jest zgrabnie napisany, to mam trzy poważne zarzuty do tego reportażu: po pierwsze, liczyłam na odrobinę więcej zwyczajnego życia, rozumiem przez to, cytując Steinbecka z przedmowy Dziennika z podróży do Rosji "nikt nie pisze o rzeczach, które interesują nas najbardziej: Jak ubierają się Rosjanie? Co jadają na kolację? Czy urządzają przyjęcia? Jaka jest tamtejsza kuchnia?”. Drugi zarzut to zupełnie moim zdaniem niepotrzebne opowiadanka będące prologiem do każdego rozdziału. Trzeci zarzut jest chyba najbardziej poważny. Każdy rozdział został opatrzony wybraną literaturą, składającą się w większości z… linków do forów internetowych i blogów! Reportaż został więc niechybnie napisany bez wychodzenia z domu! Dosłownie każdy, kto operuje językiem rosyjskim mógłby sobie wyłuskać z wypowiedzi internautów to, co ujęte jest w formę kodeksu!

Państwo Gaworscy na swoim koncie mają jeszcze książkę Naukowcy spod czerwonej gwiazdy będącą sentymentalnym ukłonem w stronę rosyjskiej nauki. Zważywszy na anegdoty, którymi obrosła radziecka nauka jestem jednak skłonna sięgnąć po te pozycję.

Hygge. Klucz do szczęścia - Meik Wiking

Hygge to: "sztuka stwarzania atmosfery intymności i ciepło na sercu, ale też zero zmartwień, poczucie ukojenia, przytulne tete-a-tete i moje ulubione kakao przy świecach" pisze Meik Wiking, dyrektor instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze. "Hygge to raczej odpowiedni nastrój - dodaje autor - i coś, czego się doświadcza. To przebywanie z ludźmi, których się kocha. To dom. Poczucie, że jesteśmy bezpieczni, chronieni przed światem, że możemy spokojnie opuścić gardę (...)
Hygge to ciepłe przytłumione światło, które tworzy atmosferę.

Hygge. Klucz do szczęścia czytam już drugi raz i nie wiem, czy jej po prostu sobie nie sprawię na własność, bo dobrze mnie nastraja i skłania, może nawet nieświadomie, do zachowań pro hygge. Bo hygge to celebrowanie małych chwil z rodziną, wspólne gotowanie, które uwielbiam, granie w planszówki, albo po prostu siedzenie w ciszy i "bycie" ze sobą. Nasze czasy sprzyjają izolacji, czy tego chcemy, czy nie. Każdy, nawet w domowym zaciszu wpatrzony jest w ekran a to tabletu, a to monitora, a to komórki. A hygge to właśnie takie przewartościowanie, wyciszenie, zwolnienie tempa - i odnalezienie w tym szczęścia.

Wiking wymienia, że do prawdziwego duńskiego hygge potrzebne są między innymi świece, lub przynajmniej odpowiednio przytłumione światło. Nic tak nie stwarza klimatu ciepła i przytulności jak świece lub dające rozproszone światło tealighty w miłym dla oka świeczniczku. Szczytem marzeń jest kominek, w którym powoli buzuje ogień, a z bierwion strzelają wesoło drobne iskierki. Dlatego na spacery najchętniej wybieramy się z mężem po zmroku w czasie zimy; śnieg chrzęści pod stopami, mróz szczypie w policzki, ale kiedy przyjdzie się do domu można się napić aromatycznego grzanego wina i pogrzać cztery litery przy kominku - to chyba najprzyjemniejsze chwile w roku!

Hygge to także towarzystwo; niemal każdy ma taki swój prywatny krąg znajomych, z którymi czuje się wyśmienicie, z którymi pasjami może gadać o pierdołach, grać w monopoly i urządzać pikniki. Tacy znajomi to jakby druga rodzina. 

Hygge można "uprawiać" również w samotności. Myślę, że nikt nie jest tak bardzo hygge jak mole książkowe; praktykujemy hygge podczas lektury, opatuleni w ciepłe koce, z kubkiem czegoś dobrego na podorędziu i kotem na kolanach. Uwielbiam soboty; jak co rano przygotowuję kawę w kawiarce, ale inaczej niż w tygodniu, kiedy goni mnie czas, w soboty wyleguję się z książką przez godzinkę lub dwie. Porządek i zakupy mogą poczekać, a po całym zwariowanym tygodniu dobrze mieć kilka chwil dla siebie, ot tak, choćby sobie tylko deczko poleniuchować w piżamie. A jeśli do tego dodam maślaną bułeczkę na śniadanie, albo moje ukochane makaroniki, to wykradłam chwilkę Nieba ;)

Wiking formułuje także swoisty dekalog hygge: 
  1. Atmosfera (Włącz [przytłumione] światło.)
  2. Tu i teraz (Bądź tu i teraz, wyłącz komórkę.)
  3. Przyjemności (Kawa, czekolada, ciasteczka, cukierki! Jeszcze! Jeszcze! Jeszcze!)
  4. Równość (Nie ja tylko my. Dzielcie się obowiązkami i czasem antenowym.)
  5. Wdzięczność (Bądź otwarty. Może tak jest najlepiej.)
  6. Harmonia (Rywalizacja jest niepotrzebna. Lubimy cię. Nie przechwalaj się swoimi osiągnięciami.)
  7. Komfort (Poczuj się dobrze. Zrób sobie przerwę. Odpręż się.)
  8. Spokój (Żadnych dramatów. O polityce porozmawiamy innym razem.)
  9. Bycie razem (Nawiązuj relacje i snuj opowieści. "Pamiętasz, jak...")
  10. Schronienie (To jest twoje plemię. Twoje bezpieczne miejsce.)

Najlepiej sobie wydrukować i nosić, przypiąć na lodówce, albo wkleić do bujo. I jeszcze taka mnie mała refleksja naszła, że żyć hygge to dochrapać się na starość kurzych łapek od uśmiechu, a nie kącików ust skierowanych w dół. Warto sobie poczytać Hygge. Klucz do szczęścia. Chociaż po to, żeby sobie przypomnieć, że to my sami jesteśmy panami swoich chwil. Może również życzliwiej spojrzymy na pochmurne jesienne dni i postaramy się je odczarować odrobina magii hygge?

Tulipanowa gorączka - Deborah Moggach

Znana z takich powieści jak Hotel Marigold czy Huśtawka Deborah Moggach zabiera nas w malowniczą podróż do XVII-wiecznej Holandii. Zmysły czytelników wypełnione są kolorami, dźwiękami, zapachami. Po raz pierwszy wydana w 1999 roku od razu zyskała ogromną rzeszę fanów, nic więc dziwnego, że prędzej czy później musiała zostać zekranizowana.

Cornelis Sandvoort, dobrze sytuowany amsterdamczyk pragnie unieśmiertelnić na portrecie siebie i swoją młodziutką śliczną żonę, Sophię. Do tej pracy wynajmują Jana Van Loosa, malarza nie stroniącego od flirtów z klientkami. Rzecz oczywista młodzi nawiązują romans za plecami Cornelisa. Jednakże Tulipanowa gorączka, nie jest typowym romansem - ważny jest w powieści również aspekt psychologiczny i wydźwięk moralny; czy za cenę kłamstw i oszustw Sophia może stać się wolną i uciec spod kurateli niekochanego małżonka? Czy ma prawo go nie kochać i pójść za głosem serca wybierając malarza, nawet poświęcając dotychczasowe życie w luksusie? 


Powieść może poszczycić się również wspaniałymi postaciami drugoplanowymi, jak Maria, służąca Sophii, oraz jej narzeczony, Willem, a także niefrasobliwy sługa Jana, Gerrit. Niekiedy ich losy przypominały mi fatum, które prześladowało większość postaci powieści Thomasa Hardy'ego, niezawiniony traf, qui pro quo i nieszczęście obejmuje nie jedną, lecz kilka osób. Choć powieść niewątpliwie skupia się na Sophii, możemy również poznać historię Cornelisa, co niewątpliwie ociepla jego wizerunek "starego męża" - może się starzeję, ale zrobiło się się żal Cornelisa i wydał mi się sympatyczniejszy niż para zakochanych.

Wielkim atutem powieści jest przedstawienie założeń naszpikowanego symbolami malarstwa złotego wieku. Moggach daje nam wykład historii sztuki i robi to, moim zdaniem, wyśmienicie. Każdy element obrazu mistrzów flamandzkich niesie przesłanie, które miało ukazywać przemijanie ludzkiego losu. Niezwykle ciekawie dobrane jest również tło historyczne, którego głównym akcentem jest spekulacja cebulkami tulipanów; handel tulipanami zaczął się w 1634 roku, by przejść w niemal histerię - spekulowali dosłownie wszyscy, niektórzy dorabiali się spektakularnych fortun, inni tracili majątek życia. "Tulipanowa gorączka" trwała trzy lata aż do krachu sztucznie pompowanych cen cebulek. Możemy się jedynie domyślać, że dla Amsterdamu oznaczało to tyle, ile krach na Wallstreet.

Jan Davidszoon Heen, Wazon z kwiatami, 1660 rok. źródło: wikipedia.org

Z wypiekami na twarzy śledziłam rozwój wypadków. Wątki się zagęszczały, a intryga stawała się niezwykle napięta, w momencie największego zwrotu akcji dosłownie złapałam się za głowę! Czułam się jakbym czytała najlepszy z kryminałów. Książkę pochłonęłam w jeden wieczór; zarwałam pół nocy żeby dokończyć, tak silne emocje we mnie obudziła. A prawdę mówiąc nieco wzbraniałam się przed Tulipanową gorączką, bo przeważnie stronię od romansów, ale skoro ekranizacja na dniach wchodzi do kin, wiadomo, że najpierw trzeba sięgnąć po oryginał, żeby potem ewentualnie kręcić nosem.

Do kina wybieram się w przyszłym tygodniu i już nie mogę się doczekać, bo zapowiedź zrobiła na mnie dobre wrażenie - lubię filmy wysmakowane plastycznie, a Justina Chadwicka na taki właśnie wygląda.

Malwina, czyli Domyślność serca - Maria Wirtemberska

Maria Wirtemberska z Czartoryskich (1768-1854) była córką Izabeli Czartoryskiej, założycielki pierwszego w Polsce muzeum mieszczącego się w jej rodzinnych w Puławach, autorki poradników z zakresu pielęgnacji i aranżacji ogrodów. Było więc kwestią czasu, kiedy wychowana w kulturalnej atmosferze Maria weźmie pióro do ręki. Dość wcześnie wydana za mąż, bo w wieku lat 16, małżeństwo miała nieudane, które po niespełna dziesięciu latach pożycia zostało rozwiązane. Po przeprowadzce do Warszawy Maria prowadziła salonik literacki, a także z powodzeniem publikowała własne utwory. 

Maria Wirtemberska, pastel Ludwika Marteau, 1780 r. źródło: wikipedia.pl

Malwina, czyli Domyślność serca jest nazywana pierwszą polską powieścią obyczajowo-psychologiczną. Jak można przeczytać we wstępie do wydania z 1978 roku "wbrew (...) fabularnemu kształtowi romansu (...) odczytujemy dziś Malwinę przede wszystkim jako powieść poświęconą analizie skomplikowanych zjawisk psychicznych towarzyszących rozczarowaniu i zobojętnieniu na miłość." Romans zaczyna się dość klasycznie - młoda zamożna i niezwykle urodziwa bohaterka zostaje wyratowana z pożaru przez tajemniczego Ludomira, który z miejsca zdobywa serce dziewczyny. Tajemnica Ludomirowi tak ciąży, że ten postanawia uciec nie narażając siebie i ukochanej na hańbę. Jednakże po kilku miesiącach ich drogi znów się krzyżują. Ludomir zupełnie nie przypomina Malwinie ukochanego z Krzewina. 


Powieść pisana jest żywym stylem, choć motywy są - dziś wydawałoby się - oklepane, ale w czasach kiedy powieść została wydana, a było to w 1816 roku, musiała zaskakiwać zwrotami akcji. Wirtemberska zdumiewa bezpośredniością i odwagą w ukazywaniu uczuć i myśli bohaterki. Rozdział zatytułowany Kwesta swoją filozoficzną wymową mógłby służyć jako osobne opowiadanie (Malwina kwestując po domach warszawskich trafia na różne typy osobowości). Rozwiązanie jest jednak niestety niewiarygodne, ale pogodne i optymistyczne. Jednakże - uwaga na przedmowę do wydania z PIWu z 1978 roku, bo zawiera ogromny SPOILER, który odebrał mi znaczną część przyjemności z lektury. 


Myślę, że Malwina nie ustępuje powieściom tworzącej w tej samej epoce Jane Austen. Wspominane przeze mnie wydanie jest ostatnim do tej pory; ukazało się niemal 40 lat temu, a w zeszłym roku powieść świętowała dwustulecie wydania - ten moment przegapili wydawcy, a szkoda i to wielka, bo Malwina pięknie uzupełniałaby dajmy na to serię Angielski Ogród. Warto również wspomnieć, że Malwinę tłumaczono na francuski, rosyjski, a także na angielski. Polecam tę lekturę wszystkim, którym nieobce są klimaty Austen, Gaskell, itp., ponieważ jest naprawdę zaskakująco dobra i ciężko mi uwierzyć w to, że jest tak mało znana. Jeżeli zachęciłam kogoś do przeczytania, to można powieść znaleźć on-line na tej stronie.

Co od września na Setnej Stronie?

Kalendarze szkolne zaczynają się 1-go września, u mnie również – podświadomie – klarują się blogowe postanowienia i plany. Pisuję średnio raz na tydzień, więc postów w miesiącu pojawi się około czterech, przeważnie publikuje je w poniedziałki o 9-tej. Oprócz cyklu #VintageBooks, czyli promocja literackich staruszek, w zanadrzu mam kilka książek świeższych i kilka tematów okołoliterackich, które będzie można znaleźć pod tagiem kolumnista. Obiecuje także bardzo zaległe Polecanki.

Już teraz zapraszam na cykl Sapere aude!, który [mam taka nadzieję] będzie pojawiał się regularnie raz w miesiącu. Będę proponowała książki z pogranicza filozofii, historii oraz nauk społecznych, których wybór będzie czysto subiektywny. Waham się nad powrotem cyklu Z pamiętnika czytelnika (książki z nie-bieżącego czytania), a także kusi pisanie o książkach dziecięcych. Być może czas również wrócić do Blogowo-filmowo? Ostatnio w kinach i na płytach sporo nowości wartych polecenia.

Zapraszam także do wyzwania na fanpage’u Setnej Strony; zabawa potrwa cały miesiąc, oczywiście można dołączyć w każdej chwili. 


A już w poniedziałek zaproponuje książkę naprawdę wiekową, choć w nowym wydaniu, która stylem i formą nie ustępuje evergreenom Jane Austen.

We dworze - John Galsworthy [1931 r.]

John Galsworthy, brytyjski powieściopisarz oraz dramaturg, jest laureatem literackiej Nagrody Nobla za rok 1932, którą otrzymał za „wielką sztukę prozatorską której szczytem jest „Saga rodu Forsyte’ów”. Uznany za krytykę mieszczaństwa epoki wiktoriańskiej wielotomowy utwór stał się w krótkim czasie klasykiem, który wywindował autora na literacki piedestał, na którym Galsworthy utrzymuje się do dziś.

We dworze Johna Galsworthy; Towarzystwo Wydawnicze "Rój", Warszawa 1931 r.

We dworze (pierwsze wydanie pochodzi z 1907 roku) ma jednak w sobie niewiele z Sagi, choć jej wydanie pokrywa się wydaniem początkowych części pierwszej Trylogii. W tytułowym dworze należącym do pana Horacego Pendyce'a bogaci posiadacze ziemscy spędzając chwile, wśród których głównymi uciechami są uświęcone tradycją polowania na lisy, oraz wieczorki w szerokim gronie wytwornego do obłędu towarzystwa. Pierwsze pięćdziesiąt stron to opis bokobrodów różnej maści i jakości, a ledwie ledwie zarysowana charakterystyka postaci; jak gdyby Galsworthy'ego nie interesowało życie wewnętrzne wymyślonych przezeń postaci, a jedynie opis wyglądu, który po którymś już powtórzeniu, nuży potwornie.

„Z wyglądu pan Pendyce należał raczej do starej szkoły. Prosty i ruchliwy, nosił rzadkie bokobrody, a przed kilku laty zapuścił sobie także zwisające wąsy, ostatnio nieco szpakowate. Nosił szerokie krawaty i surduty z długimi połami. Nie palił.” Jak widać fragment przypomina opis inwentarza, niestety większość powieści utrzymana jest w podobnym stylu.

Trzeba przyznać, że książka jest wyjątkowo fotogeniczna

Jednakże intuicyjnie chwytam - mam nadzieję - zamysł autora, który jako krytyk obyczajowości poprzedniej epoki nie stronił od wytykania wad jej społeczeństwa, jałowości żywotów utracjuszy oraz ich bezrozumnych rozrywek. Galsworthy żył w czasach większej swobody obyczajów oraz wyzwolenia kobiet spod jarzma konwenansów i prawa nastawionego na męską część populacji. We dworze ustawione pod tym właśnie kątem daje dziś ledwie refleks, który przed stu laty musiał być potężną strugą światła.

Wewnątrz dedykacja z okazji imienin. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...