Jak czytam? Czytelnicze refleksje po lekturze "Książki o czytaniu" Justyny Sobolewskiej

Czytając Justyny Sobolewskiej "Książkę o czytaniu" co i rusz nachodziły mnie refleksje: jak czytam? jakim jestem czytelnikiem? dlaczego podoba mi się to, a tamto już nie? Książeczkę połknęłam dosłownie na raz, po dość długim książkowym kacu, a potem się posypało, Sobolewska otworzyła mi książkowy worek i w tydzień przeczytałam siedem książek! Niedawno autorka gościła w Rybniku i miałam okazję posłuchać o jej rodzinnym księgozbiorze i osobistych doświadczeniach z czytaniem. Sobolewska natchnęła mnie i postanowiłam wyjść z czytelniczego cienia i opowiedzieć jak czytam.

Pani Justyna Sobolewska z wizytą w PiMBP w Rybniku

Nie lubię czytać na dworze, bo mi zbyt jasno, a wiatr wpycha mi niesforne włosy do nosa, oczy i ust. Ale uwielbiam akcje czytelnicze w plenerze, takie jak Rybnik Czyta! Czytam praktycznie wszędzie: w komunikacji miejskiej, w kolejkach, a kiedy kupowałam Przekrój (jeszcze tygodnik i jeszcze krakowski), zaczynałam czytać idąc. Tylko na jednej jedynej drodze nie potrafię czytać, bo telepie jak szalone i nie widzę liter. Mama czasem czyta mi co fajniejsze fragmenty i dzięki niej sięgnęłam po serię o Arystokratce na zamku Kostka, a także po serię o komisarzu Becku (ostatnio przeczytałam Zamknięty pokój i nie mogę przestać chichotać jak sobie przypomnę próbę sforsowania drzwi do mieszkania podejrzanych). Niekiedy dzwonimy do siebie z pytaniem, która co ma, bo dzielimy się w znacznej mierze księgozbiorem. I tak znalazłam maminego DeMello, którego upierałam się, że nie mam i wzięłam jeszcze jednego z wymiany (i w rezultacie miałam dwa).

Książki nałogowo zbieram. Znoszę do domu jak bezdomne zwierzątka. Tak, boję się o wytrzymałość stropu. Podczas tąpnięcia (mieszkam na Śląsku) byłam stuprocentowo pewna, że dom się wali przez mój księgozbiór. Kiedyś w przedpokoju miałam szafkę na odkurzacz i słoiki, ale wykręciłam z niej drzwiczki i wsadziłam książki. Dziś (zbyt mała) szafka została zastąpiona przestronnym regałem. Łóżko to bezapelacyjnie moja strefa komfortu. Mam tu wszystko, czego mi potrzeba - lampkę, kącik na kubek (przeważnie jest to kawa, której smak po prostu kocham i po południu często wybieram kawę bezkofeinową). Do czytania lubię pogryzać coś dobrego, obojętnie: makaroniki, chrupki kukurydziane, czekoladę. Za to toaleta jest jedynym pomieszczeniem w całym domu, pozbawionym książek (choć zdarza mi się relaksować z książką w wannie) i tu zgadzam się z Jerzym Pilchem, że to nie jest odpowiednie miejsce do trzymania książek.


Od wielu lat uczęszczam (z przerwami) na DKK i najbardziej mnie dziwi, że każdy pamięta coś innego, jakbyśmy każdy z członków czytał zupełnie inną książkę!

Uwielbiam powieści czytane w radio. Moje ulubione to oczywiście wspominana wielokrotnie Kobieta z prowincji czytana przez znakomitą Ewę Dałkowską, Królowa Margot (byłam jeszcze narzeczoną i często jeździłam do Adama autobusem po drodze słuchając niekiedy strasznie szuszczącego radia) czytana przez Andrzeja Ferenca, oraz trójkowa adaptacja Niani w Nowym Jorku w interpretacji Joanny Brodzik.

Przeważnie czytam w ciszy, choć cały dzień może u mnie lecieć dwójka z radioli lub jakaś płyta (gramofonowa off course).

Jak układam książki? Staram się autorami. Ale i wydawnictwami. I seriami. Ale na środkowej półce środkowego regału stoją moi ukochani: Hardy, Woolf, Austen, Shafak, Murakami, Dehnel, do niedawna Roddy Doyle, ale wypchnęła go Gaskell. Z lewej starocie. Karaktery i Czarne mam osobno. Dalej Rosjanie i Francuzi. Zbieram Fiedlera i Hemingwaya, a także nowe wydania mojego ukochanego Steinbecka. Literaturę obozową i wspomnienia z gett trzymam osobno. Znalazło się na moich półkach dużo filozofii, którą oboje z mężem studiowaliśmy, a także mężowy survival i s-f. Nie mogę się oprzeć serii BN, a spis Kolibrów nosze stale przy sobie, tak na wszelki wypadek, bo je zbieram i strasznie chciałabym "zebrać je wszystkie". Szczerze? Marzy mi się układ księgozbioru według UKD, ale to wymaga miejsca, którym niestety nie dysponuję.

Kiedy widzę na półce dziurę po książce, jestem podenerwowana i od razu zwalam winę na domowników, bo ktoś wziął bez pytania i nie odłożył. To zawsze jestem ja - wyciągam coś do czytania i nie pamiętam o tym. Mam regał wstydu, choć teraz się wszystko wymieszało i została po prostu "długa lista książek do przeczytania", która się wydłuża i wydłuża w nieskończoność. I cały czas dochodzą nowe pozycje, a bo to ktoś coś polecił, bo wyszło coś fajnego, bo wznowili.

Zakładki. Uwielbiam te ładne, kolorowe, skądś, z wakacji, od koleżanki, etc., ale przeważnie zakładam przypadkowymi papierkami. Ostatnio front opakowania od czekolady Wiener melange, ale zdarza się chustka higieniczna (nieużyta!), papierek po cukierku, żółta karteczka, paragon, bilet, widokówka, kartka z kalendarza, itp. Dlatego fajnie, że niektóre książki mają tasiemki!
Zdjęcie mojego autorstwa

Pisanie po książkach. Tak, ale delikatnie ołówkiem, o ile to moja własna książka. Przeważnie nalepiam karteczki indeksujące, ale kiedy mam podkreślić tylko kilka zdań, czy zapisać coś na marginesie, wolę ołówek. Żadnych tam odblaskowych zakreślaczy! Często przepisuję cytaty do zeszytu.

Właściwie mogę tak wyliczać w nieskończoność – że kiedy zacznę książkę, to muszę doczytać przynajmniej do pełnego rozdziału, albo jak już „zaskoczy” i poczujemy do siebie miętę, do setnej strony; że wolę najpierw przeczytać książkę, a potem obejrzeć ekranizację, ale często jest odwrotnie, bo mnie ekranizacja bądź serial zaciekawi. Za to nie czytam blurbów, opisów i recenzji ani filmów ani książek, które naprawdę chcę przeczytać, by sama wyrobić zdanie o nich.

Jestem również niezmiernie ciekawa Waszych czytelniczych przyzwyczajeń, obiecuję, że nie będę krzyczała, jak ktoś zagina rogi ;)

Dziennik z podróży do Rosji - John Steinbeck, Robert Capa

W 1947 roku Amerykanie literat, John Steinbeck oraz fotoreporter wojenny, Robert Capa udali się ze swoistą rewizytą do kraju Ilji Ilfa i Eugeniusza Pietrowa. Choć to oczywiście czysty przypadek postanowiłam zestawić obie podróże, co z kulturowego punktu widzenia można odczytać symbolicznie. 
Po wojnie coraz bardziej nasilały się nastroje antysowieckie, a powtarzane plotki o mającej nastać kolejnej wielkiej wojnie podsycane były przez opiniotwórcze dzienniki a także zwykłych mieszkańców Ameryki. Wszyscy skupieni byli na polityce i domniemaniach co do poczynań Stalina, a "nikt nie pisze o rzeczach, które interesują nas najbardziej - zaznacza Steinbeck - Jak ubierają się Rosjanie? Co jadają na kolację? Czy urządzają przyjęcia? Jaka jest tamtejsza kuchnia? (...) Pomyśleliśmy, że dobrze by było dowiedzieć się tego wszystkiego, sfotografować to." Ponadto autor pisze o niezrozumiałej dolegliwości, która trapi obie strony: "Odkryliśmy, że tysiące ludzi cierpi na coś w rodzaju ostrej moskwofobii - stanu, którego objawami była wiara w każdy absurd i ignorowanie faktów. Oczywiście, w swoim czasie uświadomiliśmy sobie, że Rosjanie cierpią na odmianę tej samej choroby, waszyngtonofobię."
źródło zdjęcia: LubimyCzytac.pl

Powstał plan podróży po Związku Radzieckim, który o dziwo dla zainteresowanych zaczął się klarować. I tak uzbrojony po zęby w aparaty, tysiące rolek klisz fotograficznych i stosowne fotograficzne utensylia Robert Capa, oraz zaopatrzony jedynie w literackie zdolności i ryzę papieru John Steinbeck pojawili się w Moskwie. I tu od razu zaczęły się piętrzyć niewielkie, ale dokuczliwe przeszkody, bowiem John Newman, który miał przygotować w Rosji wszystko na przyjazd wycieczki, depesz nie otrzymał, ponieważ gościł na targach futrzarskich. Steinbeck i Capa zmuszeni byli więc "wprosić się" do apartamentu korespondenta, bu nie spać na ulicy. I co niedopuszczalne w kodeksie korespondentów, wyżłopali Newmanowi whiskey.

Podróżnikom została przydzielona tłumaczka, Swietłana, "porządna dziewczyna", ubierająca się zgodnie z ówcześnie panującą stonowaną modą, nie stosująca na ogół makijażu i ostentacji w wyglądzie. Panowie od razu przemianowali ją na Sweet Lanę. Skoro wycieczka miała być objazdowa, jak to sobie obaj podróżnicy zaplanowali, zaczęto od zwiedzania Moskwy; Steinbeck porównuje jej czyste ulice i równe chodniki z tymi, które widział przed ponad dekadą. Zadziwiły go setki nowych budynków mieszkalnych, postawione na miejsce niegdysiejszych obskurnych chatynek. Jednak da się zauważyć pomnikomanię i wszechobecną stalinomanię. Pozwolenia, biurokracja (połączona ze schizofreniczną podejrzliwością) posunięta do granic absurdu - od zamówień w lokalu gastronomicznym, do pozwolenia na fotografowanie, czy opuszczenie Moskwy. Steinbeck narzeka, że więcej spędzają z Capą w pokoju, niż gdziekolwiek indziej.

Kijów jest nazywany spichlerzem ZSRR; w czasie wojny zniszczony w takim samym stopniu jak nasza Warszawa, równie jak ona podnosi się po wojnie z kolan, choć znacznie wolniej. Przy odbudowie miasta pracują przymusowo jeńcy niemieccy; to ci sami żołnierze, którzy rujnowali miasto jeszcze kilka lat temu. Mieszkańcy miasta myślą o przyszłości, jak każdy w Związku Radzieckim: "Chyba nikt nie czerpie takiej energii z nadziei , jak Rosjanie", nieustannie myślą o tym, co dobrego może przynieść przyszłość.

Podczas wizyty w jednej z ukraińskich wiosek, w której właśnie odbywają się żniwa, spotykają Wandę Wasilewską, polską poetkę i działaczkę komunistyczną, i jej męża Aleksandra Korniejczuka, ukraińskiego pisarza. Wieś jawi się dostatnio, a ludzie wyglądają na szczęśliwych. Steinbeck sam zastanawia się nad tym, jaki obraz powojennej Rosji mu zaproponowano i dochodzi do wniosku, że Rosja wyciąga najlepszą zastawę, by należycie przyjąć zagranicznych gości, by pokazać się z najlepszej strony. "Owszem, było to coś w rodzaju przedstawienia. Mieszkańcy wioski chcieli się pokazać z jak najlepszej strony. Nie inaczej niż farmer z Kansas podejmujący swoich gości." Całości obrazka dopełniła malownicza Gruzja, której urokowi podróżni nie mogli się oprzeć.

Dziennik z podróży do Rosji obfituje także w arcyzabawne perypetie samych podróżników; Steinbeck pisze o "wszystkomającym" szwajcarskim scyzoryku, który nabyli specjalnie na tę eskapadę, a z tysiąca funkcji ostrz i możliwości technicznych wynalazku korzystali jedynie z funkcji... krojenia kiełbasy. Uśmiałam się kiedy czytałam o fotoreporterze kradnącym nałogowo książki kolegom, nawet kiedy byli w trakcie czytania. Także rozdział, w którym to Capa przejmuje pióro i skarży się na Steinbecka (oczywiście z przymrużeniem oka) jest uroczy i sporo wnosi do wiedzy o prywatnym życiu pisarza.

Właściwie spodziewałam się po Dziennikach dość smętnego obrazu powojennej Rosji, a dostałam barwną relacje w naprawdę dobrym stylu (o to byłam spokojna) i z zabawnymi momentami (na które liczyłam, znając pióro Steinbecka). Nie raził mnie optymizm książki, wręcz przeciwnie, wierzę, że pomimo całej politycznej sieczki tamtych czasów, to były czasy nadziei, przecież skończyła się w wojna, która już nigdy miała się nie powtórzyć.

Ameryka jednopietrowa [1937 r.] - Ilja Ilf, Eugeniusz Pietrow

W drugiej połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku, niemalże w przededniu wybuchu II wojny światowej, dwaj niepozorni literaci w okularach w rogowych oprawach wypłynęli promem "Normandia" z Hawru do Nowego Jorku. Tymi literatami byli znani z arcyzabawnej komedii 12 krzeseł, Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow. Ameryka jednopiętrowa jest zapisem wielkiej podróży po Stanach Zjednoczonych, opisem ówczesnego stylu życia i ciekawostek, nie tylko z perspektywy Rosjan, ale z perspektywy Europejczyków w ogóle. 

Wiele zdań w wydanej w 1937 roku książce zdaje się być nadal aktualnych: "Nowy Jork nie należy do miast, w których można chodzić powoli. Ludzie nie chodzą tutaj, lecz biegają kłusem". Jedząc w miejscowych restauracjach poczynili kolejną obserwację, a otóż, iż Amerykanie również w pośpiechu jedzą, a właściwie "zaopatrują się w pokarmy, jak motor zaopatruje się w benzynę". 


Nowy Jork - odniosłam wrażenie - onieśmielił autorów i przyprawił o palpitację serc, choć bardzo starali się tego nie okazywać w swoim reportażu. Zwłaszcza ciekawie skomentowali rzęsiste oświetlenie ulicy Broadway: "Ma się po prostu wrażenie, iż zapalenie jeszcze jednej choćby lampki spowodowałoby jakąś świetlną katastrofę, która zniszczyłaby wszystko dookoła. Na szczęście jednak lampki takiej nie ma gdzie wetknąć."

Zdumiała autorów także nędza w tym tak bogatym skądinąd społeczeństwie; niezmiernie gorzki był rozdział poświęcony noclegowni Armii Zbawienia. Dość nieoczekiwanie Ilf i Pietrow zabawili również w czynnym wówczas jeszcze więzieniu Sing-Sing. W ogóle korzystali na 100% z rozrywek, które im gorąco polecano, albowiem udali się i na galę boksu oraz na wrestling - w największej i najsłynniejszej wówczas sali widowiskowej, Medison Square Garden, a także obejrzeli szumnie oklaskiwaną burleskę, która zrobiła na nich żałosne wrażenie "zmechanizowanej, że wydaje się produktem seryjnej fabryki". Jedynie rodeo przypadło im do gustu, choć nie bardzo wiem czemu. 


Masy osób, z którymi zawarli znajomość na bankietach i koktajlach pewnie sami nie potrafiliby zliczyć. Każdy z nowych znajomych polecał podróżnych kolejnym, a ci zaś swoim znajomym. Tak też zawarli znajomość z bawiącym przejazdem w Nowym Yorku Hemingwayem oraz znanym w Rosji Johnem Dos Passosem, z którym spędzili sporo czasu zwiedzając miasto.

Że Ameryka to nie tylko Nowy Jork nie trzeba nikogo przekonywać, więc dwaj rosyjscy śmiałkowie udali się w podróż samochodem wgłąb kraju. W towarzystwie młodego małżeństwa, państwa Adamsów, wyruszyli Fordem z drugiej ręki po drogach Ameryki - tu również tłok i ruch niezwyczajny, do którego panowie nie byli przyzwyczajeni. Jednak w tym bezmiarze dzikiego pędu znaleźli oazę spokoju w postaci stacji "gazolinowej" z uprzejmym "service'em".

Dlaczego Ameryka "jednopiętrowa"? Wyjechawszy z Wielkiego Jabłka większość podróży upływa podróżnikom na mijaniu niewielkich miasteczek, bezbarwnych i zdawałoby się i powielonych jak od kalki: z główna ulicą nazwaną nieodmiennie Main Street; "Jeżeli wjazdowi do pierwszego małego miasteczka towarzyszy pewne wzruszenie, wywołane oczekiwaniem na coś nowego, to w drugim miasteczku uczucie to stygnie, w trzecim ustępuje miejsca zdziwieniu, w czwartym - ironicznemu uśmieszkowi, a w piątym, siedemnastym, osiemdziesiątym szóstym i sto pięćdziesiątym - zamienia się w zupełną obojętność (...)"


Jak się podróż zakończyła - nie umiem powiedzieć - tom skończył się w połowie! Czy Ameryka nieznana tychże autorów jest kontynuacją Ameryki jednopiętrowej? Czy nagłe pogorszenie się zdrowia Ilfa i w rezultacie jego śmierć w 1937 roku przerwała plany podróżnikom na tyle skutecznie, że uniemożliwiła dokończenie reportażu? Mam poważny niedosyt, ale znikąd informacji na kluczowe pytanie: i co było co dalej?!

Hm, tak to jest, jak się czyta osiemdziesięcioletnie książki. Ale jak się tu takiej oprzeć? Pachnie tak ślicznie, kusi twardą oprawą, zalotnie ukazuje pieczątki dawnych właścicieli, wypożyczalni i czytelni; "Ameryka jednopiętrowa", przekład autoryzowany Zofii Maliniak, Warszawa, Wydawnictwo Współczesne, numer 2383 Wypożyczalni Książek "Nowa Książka", mieszczącej się we Lwowie przy ulicy Kopernika 33...

Żyj jak rolnik. 100 sposobów jak żyć w zgodzie z naturą - Niklas Kampargard

Większość ludzi właśnie szlifuje formę na lato, a ci bardziej przezorni - myślą już o zimie! Jak być samowystarczalnym i żyć blisko natury, a także jak zaopatrzyć domową spiżarnię i piwnicę podpowiada w książce Żyj jak rolnik Niklas Kampargard. Autor sam wychował się w niewielkim, malowniczo położonym gospodarstwie, więc wiedzę czerpie z doświadczenia swojego i swojej rodziny.


Żyj jak rolnik to bogato ilustrowane kompendium wiedzy, które pozwoli na samodzielne prowadzenie gospodarstwa domowego, podzielone jest na sto mikro-rozdziałów ułożonych tematycznie: Zieloni dobroczyńcy oprowadzeniu zrównoważonego ogrodu pozbawionego chemii, a pełnego dobroczynnych roślin, z których można uzyskać domowe leki na różne dolegliwości; rozdział Zwierzęta w gospodarstwie dotyczy wyboru i opieki nad podstawowymi zwierzętami gospodarskimi, Mięso na talerzu opisuje własnoręczny ubój, obróbkę mięsa i skóry, a także rękodzieło kaletnicze. Owoce i warzywa - ten rozdział zajmuje się pielęgnacją roślin, zwłaszcza drzew owocowych, wyborem i uprawą krzewów, ale co najciekawsze, sposobem przechowywania płodów lata w postaci "babcinych" soków, musów itp. Rozdział ten naturalnie przechodzi w kolejny pod tytułem Uprawa, z którego czerpiemy informację o zbieraniu nasion, uprawie roślin w przydomowej szklarni i ochronie roślin bez użycia szkodliwych pestycydów. Każdy się zgodzi, że ogród żeby żył potrzebuje owadów, a jak chronić te pomocne, a bronić dostępu niszczycielom upraw dowiemy się z rozdziału Naturalny ogród. Kolejne rozdziały: Planowanie i budowa, Budynki gospodarcze, Dawne metody oraz Prąd i pojazdy nastawione są na techniczną stronę funkcjonowania farmerskiego domu. Dowiemy się nie tylko jak przygotować drzewo na zimę, ale i jak funkcjonuje i czy się opłaca zainwestować we własne źródło zasilania w postaci na przykład turbiny wiatrowej, czy paneli słonecznych. 


Żyj jak rolnik jest nie tylko książką dla "ludzi ciekawych wszystkiego", ale i dla tych, szczególnie młodych osób, które zdecydowały się na zamieszkanie we własnym domu, prowadzenie mini-gospodarstwa z własnym warzywniakiem i owocami, z których można robić na zimę soki dla dziecka, czy z zielononóżkami dającymi jajka eko. To bardzo pozytywny trend, który warto propagować. I choć książka jedynie zarysowuje wiele problemów i sygnalizuje kierunek, to warto zwrócić na nią uwagę, ponieważ w prosty i przystępny dla laika sposób tłumaczy wiedzę, która powoli bezpowrotnie zanika.

Ta książka niezmiernie przypadła do gustu mojemu mężowi, który - oprócz survivalu - pasjonuje się poradami gospodarskimi i dla majsterkowiczów. Mnie zaciekawiły zwłaszcza porady dotyczące uprawy ogrodu, przechowywania zbiorów (świetny pomysł z próżniowym pakowaniem owoców i przechowywaniem ich w zamrażalce - takie maszyny do próżniowego pakowania oglądaliśmy niedawno na targach i zrobiły na nas pozytywne wrażenie), i pozbywaniu się ślimaków, które - nie wybaczę im nigdy! - zeżarły moją rzodkiewkę do imentu.

Za możliwość zdobycia wiedzy dziękuję wydawnictwu Edipresse.

Światowy Dzień Książki - vintage zdjęcia książek

Z okazji Światowego Dnia Książki chciałam Wam zaprezentować fotografie mojego autorstwa. Zdjęcia można oglądać na mini-wystawie w Czytelni PiMBP w Rybniku. 







 To tyle w oczekiwaniu na nowy "pisany" post. Chyba już do tradycji należy, że w kwietniu mam zastój i jestem o krok od zawieszenia blogerskiej działalności. Ale - większość głosów jest jednak za tym, żebym kontynuowała pisanie o książkach, szczególnie o #vintagebooks, starych książkach, mojej miłości do nich. 
Jestem jeszcze "winna" jeden wpis recenzencki, który - mam nadzieję, ukażę się w przyszłym tygodniu. Mam za sobą kilka niezłych książek, być może o dwóch skrobnę kilka słów. Majówka zapowiada mi się również książkowo, ale o tym w przyszły weekend. 
Miłej niedzieli, Kochani!

Podsumowanie marca

Przeważnie nie robię podsumowań, ale jeśli już jakieś robię, to obejmuje ono cały miesiąc;) W marcu ukazał się tylko jeden post; byłam zajęta tyloma sprawami, że nawet moje czytanie uległo spowolnieniu, na co również miał wpływ jęczmień, który trudno się leczył, i migrena, która mnie wyautowała na kilka dni.

Ale od początku.
Spotkanie autorskie z Evženem Bočkiem

10 marca miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w spotkaniu autorskim z Evženem Bočkiem, autorem Ostatniej arystokratki i Arystokratki w ukropie. Spotkanie było częścią polskiego "tourne" pisarza, a zjawił się w Rybniku na zaproszenie Dyskusyjnego Klubu Książki. Audytorium wypełnione było po brzegi, a publiczność reagowała żywiołowo; niekiedy obywało się bez tłumacza (który jest także wydawcą Bočka), ponieważ część Rybniczan może się poszczycić znajomością języka czeskiego. Autor wyznał, że wstawał o 4 rano (jest kasztelanem na zamku, będącego pierwowzorem Kostki) i pisał 2 strony, następnego dnia wstawał o 4 rano i zmazywał ¾ tego, co uprzednio napisał – taki żmudny proces trwał osiem lat. Właściwie tylko tyle udało mi się zapisać, bo ryczałam ze śmiechu, kiedy autor opowiadał o pracy na zamku, o tym, jak udało mu się sprzedać pierwsze 1500 egzemplarzy Arystokratki, itp.
Sala wypełniona niema po brzegi

15 marca odbyło się spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki. Tym razem omawianą lektura było Małe życie Hanyi Yanagihary. Powieść zaczyna się jak konwencjonalna kronika przyjaźni czwórki mężczyzn będących u progu dorosłości, by przejść w pełną traumy opowieść, która dosłownie łamie serce. Historia dzieje się jakby poza czasem, co czyni ją bardzo uniwersalną. Przyjaźń i poświęcenie pozostają na pierwszym planie. Ale powieść dotyczy wielu ważnych współczesnych wątków, takich jak wstyd, trauma z dzieciństwa, walka z własnym ciałem. Przyznam, że bardzo przeżyłam tę książkę. Nie potrafiłam sięgnąć dosłownie po nic. Yanagihara mną po prostu wstrząsnęła. Polecam ją ze szczerego serca, ale i ostrzegam, że to będzie najbardziej traumatyczna beletrystyka, jaką przeczytacie.

Po Małym życiu dałam radę przebrnąć jedynie przez appendix do Szkarłatnego płatkaJabłko. Michel Faber powraca do świata wiktoriańskich rynsztoków, ale próżno tu szukać odpowiedzi na pytanie, co się stało z bohaterkami Szkarłatnego płatka. Opowiadania skonstruowane są w ten sposób, by odsłonić jedynie rąbek tajemnicy, ale jeśli powieść zrobiła na Was wrażenie, nie zawiedziecie się na Jabłku.

Zaczęłam czytać Traktat o łuskaniu fasoli, ale po kilku stronach musiałam odłożyć (wrócę do niego po tym, co czytam teraz), zabrałam się także za Guguły, które będziemy omawiać na kwietniowym DKK. Zaczęłam oglądać SS-GB z Samem Rileyem (którego uwielbiam od czasu Control – do tego stopnia, że nawet przebrnęłam przez Dumę i uprzedzenie i zombie!). Serial całkiem niezły, ale nie wytrzymuje porównania z Człowiekiem z wysokiego zamku, czy filmem Vaterland z 1994 roku. Oczywiście automatycznie sięgnęłam po literacki pierwowzór Lena Deightona, który jest równie niespieszny (sic!) co serialowa fabuła. 

Powiedz przyjacielu i wejdź, czyli Dzień czytania Tolkiena w F4

W marcu odbyło się także dużo wydarzeń bibliotecznych również w naszej filii; obchodziliśmy dzień św. Patryka, oraz Dzień Głośnego Czytania Tolkiena. Musze się jeszcze pochwalić i zaprosić Was do czytelni PiMBP, gdzie można obejrzeć mikro-wystawę moich książkowych fotografii.
Zdjęcie mojego autorstwa, które można zobaczyć w czytelni PiMBP w Rybniku

Plany na kwiecień? Zabrać się ostro za nadrabianie lektur! A Rybniczan i mieszkańców okolicznych miejscowości zapraszam na kolejne spotkanie z cyklu Rybnik Czyta. Tym razem spotykamy się w CieKawej na Sobieskiego w niedzielę w samo południe. Chyba wezmę ze sobą Myśliwskiego:)

10 kobiet pióra, które przetarły szlak dzisiejszym pisarkom [część 1]

Z okazji Miedzynarodowego Dnia Kobiet chciałam przybliżyć dziesięć sylwetek niezwykłych kobiet pióra, które dzisiejszym pisarkom przetarły szlak. Nie było łatwo – pisarstwo kobiet postrzegane było jako niedorzeczność, miła fanaberia, zbywano te literackie próby pobłażliwymi komentarzami. Jednak coś się z tego urodziło, coś wielkiego i dobrego. Choć dzisiaj część owych pisarek jest zapomniana, a nazwiska znane są jedynie badaczom literatury, to warto je sobie przypomnieć. 
Dziś proponuję dziesiątkę pisarek zagranicznych - nie było łatwo wyłuskać dziesiątki spośród wielu wielu piszących kobiet. Już przy okazji Kobiety w czasach katedr pisałam o francuskiej pisarce epoki średniowiecza Christine de Pisan, a podobnych Christine było w całej Europie (i Azji - warto wspomnieć o Murasaki Shikibu, japońskiej pisarce sprzed blisko tysiąca lat!) wiele. 
Za tydzień zapraszam na dziesiątkę polskich pisarek, o których warto pamiętać.

Elizabeth Carter (1717 - 1806), poetka, pisarka, tłumaczka, członkini słynnych sawantek (Bluestocking), kręgu skupionego wokół Elizabeth Montagu. Tłumaczyła miedzy innymi Epikteta, co przyniosło jej sławę i majątek - szacuje się, że na tłumaczeniu zarobiła okrągła sumkę 1000 £ z subskrypcji. 
Elizabeth Carter, portret pędzla John Fayram; źródło: wikipedia


Elizabeth Montagu (1718 - 1800) była nie tylko pisarka, ale i reformatorką społeczną, mecenasem sztuki oraz współzałożycielką Bluestockings. Zaangażowana w życie społeczne i intelektualne dzięki intratnemu małżeństwu stała się jedną z najbogatszych kobiet swojej epoki - dzięki swojej fortunie mogła między innymi wspierać promocję literatury szkockiej. Prowadziła sławny "salon" - spotkania w domowym zaciszu, na którym bywały znane literackie osobistości. Montagu była nie tylko promotorką wielu pisarzy, ale i sama zajmowała się pisaniem. Do najważniejszych jej dzieł należą Dialogi zmarłych (Dialogues of the Dead) oraz An Essay on the Writings and Genius of Shakespeare - wielka obrona Szekspira przed atakiem francuskich dramaturgów, między innymi Voltaire'a. Pozostawiła także pokaźny zbiór listów. 

Manuskrypt An Essay on the Writings and Genius of Shakespeare; źródło: wikipedia

Hannah More (1745 – 1833) to nie tylko pisarka, ale i wybitna pedagog, oraz hojna filantropka. Wyemancypowana i wykształcona wiodła prym wśród ówczesnej bohemy literackiej Londynu. Należała do koła Bluestocking (na terenach Polski w XIX wieku działało koło Entuzjastek, o których pisałam przy okazji omawiania Wspomnień Pauliny Wilkońskiej), naukową organizacją zrzeszająca kobiety, do której należała m.in. wybitna matematyk Ada Lovelace. Jest autorką wielu umoralniających dramatów opartych na motywach z ewangelii. 

Hannah More, pędzla H.W. Pickersgilla, źródło: wikipedia

Frances Burney [Madame d'Arblay] (1752 - 1840), najbardziej znana jako pamiętnikarka o ciętym dowcipie i trafnym zmyśle obserwacji ludzkiej natury. Pisała od najmłodszych lat. Zasłynęła powieściami Evelina, Cecylia, Camilla oraz Wędrowiec. Evelina to powieść epistolarna będąca krokiem milowym w powieści obyczajowej - opisuje siedemnastoletnią bohaterkę, szykującą się do zamążpójścia. W czasach, kiedy tworzyła stawiana była w jednym rzędzie z Austen oraz Tackerayem; po śmierci większe zainteresowanie zyskały właśnie pamiętniki, w których ze swadą opisywała rolę kobiet w patriarchalnym świecie. 

Fanny Burney, portret pędzla Edwarda Francisa Burney'a; źródło: wikipedia


Elizabeth Inchbald (1753 – 1821) jako dziecko cierpiała na wadę wymowy, czego źródła badacze doszukują się w traumatycznych wydarzeniach z dzieciństwa. W wieku 18 lat wyjechała do Londynu do brata, który stawiał na scenie pierwsze kroki; młodziutka Elizabeth również spróbowała życia w świetle rampy, ku zdumieniu otoczenia okazała się znakomitą aktorką. Wyszła za mąż za dwa razy starszego doświadczonego aktora Josepha Inchnalda. Po śmierci męża grała jeszcze kilkanaście lat. Pisała właściwie przez całe życie, ale jej największy sukces przyszedł ze sztuką Lovers' Vows w 1798 roku - tę samą, która grają postacie w powieści Jane Austen Mansfield Park. Jej pisarstwo, choć dziś może nieco zapomniane, na Wyspach Brytyjskich uchodzi za ważny głos w sprawie emancypacji kobiet. 

Elizabeth Inchbald, Samuel Freeman, 1807r.; źródło: wikipedia


Elizabeth Hamilton (1756 – 1816) wywodziła się ze Szkocji, gdzie mieszkała przez całe życie. Z początku pomagała bratu w studiach orientalistycznych i filologicznych, a po jego śmierci sama zaczęła publikować. Jest także autorką powieści The cottagers of Glenburnie, wnikliwej analizy życia chłopskiego w Szkocji. 

Portret Elizabeth Hamilton, 1812, pędzla Sir Henry'ego Raeburna; źródło: wikipedia


Maria Edgeworth (1767 – 1849) nazywana jest pierwszą irlandzką pisarką. Wywodziła się z zamożnej rodziny o korzeniach angielsko-irlandzkich. Pierwsze pięć lat życia spędziła wraz z matka w Anglii, ale po jej śmierci zamieszkała z ojcem w Edgeworthstown w Irlandii. To tam ciotka Marii, Margot podsuwa jej lektury Ann Radcliffe i Williama Goldwina, które wywierają ogromny wpływ na umysł dziewczyny. Maria jest także wszechstronnie wykształcona, do czego gorąco zachęcał ją ojciec, Richard Edgeworth. Jej pierwsze powieści będące obrazkami irlandzkiej wsi zostały dobrze przyjęte, a sama Edgeworth była wymieniana jednym tchem z takimi ówczesnymi tuzami literatury, jak Byron (który zrobił na niej nieprzyjemne wrażenie podczas spotkania, do którego doszło w Londynie), czy Scott, z którym znajomość przerodziła się w przyjaźń (korespondowali przez wiele lat). Równocześnie całe życie poświęciła na poprawę warunków ludności lokalnej. Jej wczesne utwory przesycone są nostalgią, od której coraz częściej odbiega w stronę realizmu. W jej powieściach edukacja jest kluczem do zmiany na korzyść życia jednostek oraz całego społeczeństwa. Postulowała także równe wychowanie dla dziewcząt i chłopców, oraz dostosowanie nauczania do potrzeb dziecka. 
Maria Edgeworth pędzla Johna Downmana, 1807; źródło: wikipedia


Amelia Opie (1769 – 1853) to pisarka brytyjska epoki romantyzmu. W wieku dziewiętnastu lat poślubiła malarza, Johna Opie, który gorąco zachęcał żonę do pisania. Debiutowała pod pseudonimem powieścią Niebezpieczeństwa kokieterii, ale jej pierwsza powieść wydana pod własnym nazwiskiem – Ojciec i córka – była uznana za egzaltowaną, ale kolejne powieści oraz liczne wydania wierszy doczekały się przychylnych recenzji. Utrzymywała liczne kontakty z innymi pisarzami, w tym także z Mary Wollstonecraft. Była aktywną abolicjonistką. 

Portret Amelii Opie pędzla jej małżonka, Johna Opie; źródło: wikipedia

George Sand (1804 - 1876) to pseudonim Amantine Aurore Lucile Dupin, najbardziej znanej francuskiej pisarki epoki romantyzmu. Do dziś krytycy spierają się, co było bardziej rozpoznawalne - jej pisarstwo, czy sposób bycia, obfitujący w liczne skandale (na czele z jej słynnym związkiem z Fryderykiem Chopinem). Po separacji z mężem, baronem Casimirem Dudevantem, z którym miała dwoje dzieci, zaczęła publikować powieści pod męskim pseudonimem. Związana była z gazetą-legendą le Figaro, na łamach której publikowała liczne wiersze i opowiadania. Jej wczesne powieści można zaliczyć do nurtu emancypacyjnego, w późniejszych latach zaczęła szusować w stronę mistyki. W latach 1830-1877 wydała blisko pięćdziesiąt powieści. 

George Sand, fotografię wykonał Nadar w 1864 roku; źródło: wikipedia

Nazwisko George Eliot (1819 - 1880) z pewnością jest znane dość szeroko, a to za sprawą poczytnych po dziś dzień powieści Miasteczko Middlemarch, czy Młyn nad Flossą. Eliot, czyli właściwie Mary Ann Evans, jest jedną z najbardziej znanych pisarek ery wiktoriańskiej. Wszechstronnie wykształcona szybko znalazła swoje miejsce wśród intelektualistów tamtego okresu, między innymi była przyjaciółką Darwina, Tennysona, Dickensa. W latach 50-tych XIX-go wieku wywołała niemały skandal pozostając w nieformalnym związku z krytykiem literackim, George'em Henrym Lewisem (od którego zapożyczyła imię pseudonimu literackiego). 

George Eliot sportretowana przez Fredericka Williama Burtona, 1865 rok; źródło: wikipedia


Oczywiście w zestawieniu nie umieściłam ani Jane Austen, ani sióstr Brontë, ani  Elizabeth Gaskell, ale im poświęciłam osobne posty. Specjalnie pominęłam również sławną Ann Radcliffe, o której niedługo ukaże się obszerny post. Przy okazji reaserchu do dzisiejszego postu odkryłam wiele wspaniałych kobiet, które stały w opozycji do kołtuństwa i hipokryzji, które je otaczały. Zmieniły świat tym, co sobą reprezentowały i spuścizną, którą pozostawiły po sobie.

Światło miedzy oceanami - M.L. Stedman

Pisarze to sadyści. Zsyłają na wykreowane postacie dziesięć plag egipskich i wcale im nie jest przykro! Każą podejmować salomonowe decyzje, które łamią serce – i ani nie uronią łzy nad biedną papierową duszyczką.

Dlatego też obawiałam się emocji, które wiedziałam, że wzbudzi powieść Światło miedzy oceanami. Miałam na nią ochotę od chwili, kiedy na Pintereście zobaczyłam okładkę (niefilmową – i jestem niepocieszona, że nie dostałam polskiego wydania w oryginalnej okładce). Kiedy dowiedziałam się, że kręcą film – tym bardziej chciałam przeczytać najpierw książkę. 

Tom Sherbourne nie mogąc otrząsnąć się z wojennej traumy decyduje się na samotne życie latarnika. Zakochana w milczącym mężczyźnie młodziutka Isabel decyduje się związać z nim życie – w zdrowiu i w chorobie, na dobre i na złe. Jednakże w ich cichym życiu więcej jest tych gorszych chwil: Isabel trzykrotnie spodziewa się dziecka i trzykrotnie Tom chowa na wzgórzu przedwcześnie zmarłe niedonoszone dzieci. Dwa tygodnie po ostatnim poronieniu, po którym Isabel nie potrafi się otrząsnąć, los zsyła małego "Mojżesza" – niemowlę w dryfującej łodzi u boku zmarłego mężczyzny. Małżeństwo decyduje się zatrzymać dziewczynkę.
Okładka, w której się zakochałam. Źródło: goodreads.com

Z początku irytowało mnie infantylne zachowanie Isabel, jednak po jakimś czasie nie tyle było mi jej żal, co empatycznie „trzymałam jej stronę”. Mam wrażenie, że pokazując nam najpierw historię Isabel, a nie rzeczywistej matki niemowlęcia czytelnik został zmanipulowany przez autorkę: Isabel tyle przeszła, że „należy się jej” niemowlę. Kiedy cieszymy się wraz z młodą matką, czeka nas kolejny cios – poznajemy traumatyczne wydarzenia, które sprawiły, że dziecko zostało rozdzielone biologiczną matką, która mimo upływu lat rozpacza niby australijska Niobe nad pomnikiem ku pamięci zaginionej córki.

Nie będę oceniała postępowania Toma, czy Isabel, bo decyzje są zbyt ciężkie nawet na jałowe dywagacje. Życie to nie jest bajka, a znalezione niemowlę nie jest zesłaną przez wróżkę Calineczką. Światło miedzy oceanami to soczysty dramat pełen napięcia, który wzbudza tak sprzeczne emocje, że starczyłoby na obdzielenie nimi kilku powieści. Do tego wszystko w – dla nas – egzotycznym klimacie Australii. Po przeczytaniu książki (pamiętajcie o zapasie chustek higienicznych!) polecam obejrzeć doskonały film z doborowa obsadą: Alicia Vikander w roli Isabel, Rachel Weisz jako Hannah oraz jak zwykle znakomity wyrazisty Michael Fassbender. Szczególnie piękne są zdjęcia – długie kunsztowne ujęcia wyspy, jakby rozmarzone, skąpane w złotym słońcu. 

Persepolis - Marjane Satrapi

Persepolis to opowieść o dorastaniu w cieniu irańskiej rewolucji islamskiej. Zaryzykuję stwierdzenie, że do tej pory polski czytelnik znał Iran jedynie ze wspaniałego reportażu Szachinszach Ryszarda Kapuścińskiego. Tym razem dostajemy wielowymiarową zbeletryzowaną sugestywną opowieść opowiedzianą od strony młodego człowieka wrzuconego w wir historii.

Kilkuletnia Marjane jest córką dobrze sytuowanych, zeuropeizowanych Irańczyków. Z dnia na dzień po obaleniu Rezy Pahlaviego codzienność ulega dotkliwym i nieodwracalnym zmianom. Dziewczynka nie rozumie, po co ma nosić chustę, czemu nie może uczyć się, jak dotychczas z chłopcami, i dlaczego znikają wokół ludzie, w tym ukochany wujek Anusz. Marjane dojrzewa i coraz bardziej narasta w niej bunt wobec zastanego świata; groza fanatyzmu eskaluje nie tylko do wojny z Irakiem, ale i do terroru wewnątrz państwa.

Kreska komiksu jest równie oszczędna co w przypadku Mausa - czerń i biel doskonale oddają paletę emocji głównej bohaterki; widzimy jej niepokoje, marzenia i wątpliwości. Marjane niezwykle sugestywnie opisuje zniewolenie kobiet ukrytych pod draperiami materiału; szok, kiedy Marjane dowiaduje się, że w świetle prawa nie można zabić dziewicy, dlatego wyznaczony strażnik poślubia dziewczynę, a po egzekucji państwo wysyła do domu jej rodziców symboliczny posag o równowartości 16 złotych. Satrapi ukazuje nie tylko trudny los irańskich kobiet, ale i małe przejawy buntu, takie jak makijaż, czy kosmyk włosów wystający spod obowiązkowego hidżabu. Wszystkie zachowania niezgodne z naukami Ajatollahów ścigane są przez policję religijną i karane z wszelką surowością. Dorastanie w latach 90-tych to pierwsze dżinsy, kasety magnetofonowe, czy plakaty zagranicznych grup muzycznych - w Iranie jednak zabronione przez prawo.

Powieść jest biograficznym zapisem 1:1 przeżyć Marjane, która w wieku kilkunastu lat wyemigrowała do Wiednia, by uciec od piekła wojny. Pozostawiona sama sobie, bez duchowego drogowskazu nastolatka popadła w depresję; nierozumiana i opuszczona przez żerującego na niej chłopaka ląduje na ulicy. Traf jednak znów sprowadza ją do Iranu, gdzie podejmuje studia - podobnie jak w Polsce przełomu lat 40/50 tak i w Iranie obowiązuje jedyna słuszna ideologia, która wkracza również na uniwersytety - Marjane aby zdać musi dowieść swojej religijności. 

Mimo trudnych tematów, które podejmuje autorka, dzieło to niepozbawione jest swoistego humoru i autoironii. W 2007 zrealizowano film na podstawie Persepolis, którego współtwórcą jest także sama Satrapi. Jest równie oszczędny i sugestywny, co komiksowy oryginał. Marjane Satrapi obecnie mieszka w Paryżu, jest pisarką i ilustratorką związaną między innymi z New York Timesem. A kilka dni temu gruchnęła informacja, że Satrapi wyreżyseruje film o Marii Curie-Skłodowskiej, będący ekranizacją komiksu "Radioactive: Marie & Pierre Curie. A Tale Of Love And Fallout" Lauren Redniss.

Spotkanie autorskie z Włodzimierzem Kowalewskim

W ubiegłą środę w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Rybniku odbyło się spotkanie autorskie w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki. Gościem był autor niedawno omawianych przez klubowiczów Excentryków, Włodzimierz Kowalewski. W klimat spotkania wprowadzał dyskretnie rozbrzmiewający z odtwarzacza jazz. Moderatorką spotkania była Anna Piontek, która już nieraz miała okazje egzaminować pisarzy, którzy zawitali do Rybnika.
Włodzimierz Kowalewski na spotkaniu autorskim w Rybnickiej Bibliotece

Naturalnie pierwsze pytania dotyczyły filmu, który rozsławił postać autora i jego jak dotąd najsłynniejszą powieść - jak stwierdził Włodzimierz Kowalewski, film Janusza Majewskiego to "jego wyraz artystyczny" i choć nieco odmienna od wizji autorskiej, to równie słuszna z perspektywy widza. Choć w książce rzeczywistość jest szara i stereotypowa jak dla tamtych czasów, to film jest niemal feerią barw. Zagadnięty o dobór obsady wyjawił, że takie tuzy polskiego kina jak Pszoniak, czy Zborowski pasują wręcz stuprocentowo do odgrywanych postaci; obiekcje żywił wobec aktorów pierwszoplanowych, ale i one się rozwiały pod wpływem między innymi zaangażowania i warsztatu, który prezentował Maciej Stuhr, wcielający się w rolę Fabiana Apanowicza, czy Soni Bohosiewicz jako jego siostra, Wanda.

Licznie przybyła publiczność była nad wyraz przychylnie nastawiona do autora; stąd pytania o umiejętność kreowania klimatu tamtych lat, który zrobił na czytelnikach niebagatelne wrażenie (lata 50-te ubiegłego wieku, które autor tak malowniczo odwzorował). Autor ma na to jedną receptę: "ważne jest wczuwanie się w czas; poza tym - jak stwierdził - to należy do zawodu pisarza, a literat, który tego nie potrafi jest słabym pisarzem." Autor kilkukrotnie podkreślał, że postacie z Excentryków miały swoje żyjące pierwowzory; i tak na przykład Fabian jest konglomeratem dwóch dziadków - autora i kolegi autora - podobnie jak pan Zuppe, o którym usłyszeliśmy niejedną anegdotkę. Książkowy Fabian wygłasza również znamienne słowa o wojnie, a właściwie wstrzymuje się od wspominków dotyczących wojennych przeżyć. Kowalewski stwierdził, że zna wielu kombatantów, którzy na działania wojenne i swój w nich udział spuścili zasłonę milczenia, dlatego Fabiana obdarował takim, a nie innym stosunkiem do wojny. Z publiczności padło również pytanie, co autor chciał "osiągnąć" Excentrykami, czemu powstała taka książka? "Chciałem pokazać, że nic, nawet najokrutniejszy system nie zdusi w człowieku cieszenia się światem."
Część licznie zgromadzonej publiczności na spotkaniu z panem Włodzimierzem Kowalewskim

Oczywiście nie mogło zabraknąć pytań o pozostałe dzieła literackie - i tak dowiedzieliśmy się, że jedno z opowiadań Olgi Tokarczuk ze zbioru "Gra na wielu bębenkach" i opowiadanie "Wieczór autorski" Kowalewskiego są dwiema stronami jednej monety - oba jako swoiste żarty literackie opowiadają o niezaistniałej wizycie Tomasza Manna w Olsztynie. Włodzimierz Kowalewski dał się poznać Rybniczanom jako wspaniały gawędziarz, dusza towarzystwa, oraz autor nie tylko jednej książki - na swoim koncie ma również antyutopię "Bóg zapłacz", opartą poniekąd na intymnych doświadczeniach samego autora. Jest to krytyka współczesnej etyki i nihilizmu, czasów, w których "moralność człowiek układa sobie sam", oraz złego oblicza kapitalizmu pokazanego od strony elit go forsujących.

Spotkanie trwało niemal półtorej godziny, a materiału do dyskusji i werwy ze strony pisarza starczyłoby na drugie tyle - Kowalewski to człowiek przeciekawy i skory do wymiany myśli z czytelnikami, raz po raz bawił publiczność dykteryjkami, a także skłonił, szczególnie starszą publiczność do nostalgicznych wspomnień z epoki swingu.

Amerykańska sielanka - Philip Roth

Amerykańska sielanka to wielowątkowa powieść jednego z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy dwudziestego wieku, Philipa Rotha. Roth z demaskatorską szczerością rozprawia się z amerykańskimi kompleksami, demontując mit arkadyjskiej krainy zatopionej falą przemian społecznych lat 60-tych. Sielanka jest pierwszą częścią tak zwanej Trylogii Amerykańskiej, będącej rozliczeniem z powojenną historia Stanów Zjednoczonych (kolejne tomy to „Wyszłam za komunistę” oraz „Ludzka skaza”).


Pretekstem do rozliczenia z amerykańskim snem lat pięćdziesiątych jest zjazd absolwentów, w którym uczestniczy pisarz Nathan Zuckerman, będący alter ego Rotha. Na zjeździe nieoczekiwanie zjawia się najlepszy przyjaciel pisarza, Jerry Levov, którego bratem był słynny Seymour „Szwed” Levov, złoty chłopiec, sportowy champion, człowiek interesu, istny Midas; Żyd-Marines, utalentowany rękawicznik, mąż Miss New Jersey. ”Dla Szweda życie rozwijało się jak kłębek puszystej włóczki” aż do momentu, kiedy w jeden poranek stracił wszystko, ponieważ jego jedyna córka wychowana pod kloszem wysadza w powietrze lokalna pocztę.

Właściwie niemal od samego początku dowiadujemy się, co zaszło. Życie nastoletniej terrorystki, która „wysadziła” idealny świat Szweda zostaje poddane wiwisekcji tak samo jak czasy, w których przyszło żyć bohaterom. Epoka powojennej prosperity przemienia się w koszmarną epokę chaosu, eskalacji przemocy będącej – o ironio! – sprzeciwem wobec wojny w Wietnamie.

Wobec Levova można wysnuć zarzuty, że jest nijaki, nie potrafi podejmować decyzji, brak mu stanowczości, czy wręcz można przypuszczać, że jest typowym amerykańskim oportunistą. Ale nie mogłam nie polubić jego postaci – być może był jedynym przyzwoitym człowiekiem, który się ostał w chaosie zamieszek, wrzasku społecznej wściekłości i spsienia obyczajów. Szwed stoi na z góry przegranej pozycji strażnika starego ładu, marzeń o dobrym, spokojnym życiu i wielkiej Ameryce.

Amerykańska sielanka to także dramat kameralny – dramat rodziny, która musi się pogodzić z tragedią; o ile rodzinie ofiary zamachu dokonanego przez Mery Levov każdy będzie współczuł, która będzie nadal istniała, choć dotknięta żałobą, to rodzina Levovów z góry skazana jest na dezintegrację pod ciężarem wynaturzonego czynu nastolatki. W Szwedzie narasta dobrze ukrywana frustracja, oraz gniew, dla którego nie ma ujścia. Żona Szweda, Dawn Levov, irlandzka ślicznotka, była pretendentka do korony Miss America inaczej radzi sobie ze stresem – dla niej czas zatrzymał się na sielance sprzed ślubu, kiedy brylowała na wybiegu i lokalnych imprezach w szarfie z tytułem Miss i diademem na głowie; skutecznie unika tabu, którym jest Mery i „życie po” Mery.

Powieść jest po mistrzowsku skomponowana – wątki przeplatają się, krzyżują, współgrają jak w dobrze skomponowanej symfonii; skłaniają do myślenia, nie pozostawiają obojętnym. Jednocześnie Roth niczym Sokrates nie pozwala nam się zakorzenić w jakimś myśleniu – musimy płynnie przejść do innego punktu widzenia, potem do kolejnego i następnego; pod tym względem Sielanka jest idealną powieścią do przepracowania na Dyskusyjnych Klubach Książki. To jedna z tych powieści, które na długo zostają z czytelnikiem. 

Powieść Philipa Rotha została w 1998 roku uhonorowana Nagrodą Pulitzera. W księgarniach właśnie ukazało się trzecie wydanie, którego okładka inspirowana jest plakatem filmowym; możemy podziwiać na ekranach kin ekranizację w reżyserii Ewana McGregora, który znakomicie oddał ducha powieści w swoim debiucie reżyserskim; McGregor zagrał również główna rolę – przyznam, że Szwed McGregora jest tak idealnie dopasowany, jakby aktor urodził się specjalnie do tej roli! Również Jennifer Connely kongenialnie wpasowuje się w rolę byłej Miss. Oczywiście polecam zasadę: najpierw książka, później film.

Za możliwość przeczytania Amerykańskiej sielanki dziękuję serdecznie

Szkarłatny płatek i biały - Michel Faber

Szkarłatny płatek i biały Michela Fabera to bezpruderyjna opowieść o losach kobiet w wiktoriańskiej Anglii. Bohaterkami są damy, prostytutki, służące, które traktowane jak sprzęty przez rządzących regułami życia społecznego mężczyzn, spychane na margines, a ich rola sprowadzała się do dostarczania takich czy innych rozrywek. Ta powieść jest echem niemego krzyku, który zastygł w gardłach miliona kobiet uwięzionych w konwenansach i prawach stworzonych przez brzydszą (lecz silniejszą fizycznie) płeć. 

źródło: LubimyCzytac.pl

Główną myśl wyraziła dosadnie feminizująca córka doktora, pani Emmaline Fox: „Poniżanie i trywializowanie naszej płci w gazetach, powieściach, a nawet na opakowaniach najzwyklejszych produktów, przeznaczonych do domowego użytku, oto prawo. Przede wszystkim zaś prawem jest ubóstwo. Kiedy mężczyzna popada w tarapaty, pięciofuntowy banknot i nowe ubranie rychło przywracają mu szacunek. Lecz jeśli podobne nieszczęście dotknie kobietę (…) ludzie sądzą, że powinna pozostać w rynsztoku.”

Nieuświadomione damy uczone jedynie manier, robótek i francuskiego przypominały lalki z porcelanowymi twarzami, ciche i pokorne, patrzące bezmyślnie na otaczający świat. Ten rodzaj kobiet został opisany w powieści poprzez charakter Agnes, coraz głębiej popadającej w obłęd po porodzie, który był dla niej niespodzianką! Zdana na łaskę męża, podobnie jak cały domowy personel. Jest jeszcze mała Sophie, bogate dziecko, którym nikt na dobrą sprawę się nie interesuje, podrzucana bonom jak kukułcze jajo, a traktowane przez płatne opiekunki jak zbuk.
źródło: goodreads.com

Istniał również inny rodzaj kobiet, zaangażowane prekursorki feminizmu, tu sportretowane zbiorowo jako pani Fox; choć tak śmiała, spętana jednak gorsetem etykiety, szczególnie widocznej i obmierzłej kiedy dochodziły do głosu uczucia i pragnienia. To do takich jak pani Fox będzie należał przyszły wiek, w którym kobiety niemal zrównają się z pozycją mężczyzn.

Kobietą upadłą jest tu Caroline, którą „śmierć męża, a potem dziecka, pozbawiły jakiegokolwiek poczucia sensu życia, odpowiedzialności i w ogóle przyszłości”; Caroline nie skarży się na swój podły los, hołduje tymczasowości, bo wie, że nic jej w życiu nie zostało.

Jednakże główną bohaterką jest tu osiemnastoletnia prostytutka, Sugar, posiadająca pięć lat doświadczenia zawodowego. Dziewczyna za sprawa swojego intelektu oraz sprytu jest w stanie wyrwać się z „nikczemnego” zawodu. Traktowana przez bogatego kochanka niemal jak partnerka w interesach (pomaga mu rozwinąć rodzinny biznes perfumeryjny), z dnia na dzień zostaje wyrzucona na ulicę jak pies; to przecież mężczyźni rozdają karty, oni decydują o kobiecym losie.
Miniserial na podstawie książki; źródło: IMDB.com

Powieść Michela Fabera jest rewelacyjną próbą przedstawienia wiktoriańskich czasów bez pozłotki, w którą owinęły je „oficjalne” kanały. Z pozoru epoka postępu, higieny (wielkie wynalazki takie jak waterklozet powstały właśnie wówczas!), która na piedestale stawiała białogłowy, tak naprawdę pod warstwami krepdeszynu, halek i koronek ukazywała bród i niesprawiedliwość.

Podczas czytania odniosłam wrażenie, że to, co wydaje się zamierzchłą przeszłością nadal uwiera tu i ówdzie: czy nie jest tak, że kobiety nadal zarabiają mniej, że jesteśmy uznawane za gorszych kierowców, za słabsze psychicznie, a słownik nie przewiduje określeń takich jak „kierowczyni rajdowa”, czy „skoczkini narciarska”. Z racji fizycznej słabszości mężczyźni nadal atakują seksualnie kobiety. Produkty dla kobiet są droższe niż ich odpowiedniki dla mężczyzn (maszynki do golenia na przykład). No i jakie to zabawne kiedy co miesiąc kobieta przeżywa „prehistoric monster syndrome”… Ile wieków musi jeszcze upłynąć, żeby obie płci egzystowały na tych samych warunkach?

Narodowe Czytanie 2017

Kochani, mamy szansę zagłosować na lekturę, która będziemy czytać jesienią. Kancelaria Prezydenta RP już podała pozycje książek. W tym roku możemy wybierać spośród następujących tytułów: 
  • Przedwiośnie Stefana Żeromskiego,
  • Pamiątki Soplicy Henryka Rzewuskiego,
  • Beniowski Juliusza Słowackiego,
  • Wesele Stanisława Wyspiańskiego.
Jak głosować?
Do 15 lutego przesłać mail  na adres narodoweczytanie@prezydent.pl w temacie maila należy podać tytuł wybranej lektury. 

Do tej pory czytaliśmy Pana Tadeusza Adama Mickiewicza (2012 r.), dzieła Aleksandra Fredro (2013 r.), Trylogię Henryka Sienkiewicza (2014 r.), Lalkę Bolesława Prusa (2015 r.), a w zeszłym roku Quo Vadis Sienkiewicza. 

Osobiście uważam, że w powyższych propozycjach brakuje kobiecej ręki, i gdybym mogła zaproponować coś od siebie, byłyby to Noce i dnie. Z braku innej opcji zagłosowałam na Wesele, które chyba jest najbardziej pojemne i właściwe do kreatywnego wykorzystania podczas eventu.

Nie pamiętam tytułu, ale ksiażka była...

...nie, nie czerwona, ani niebieska. Prawdę mówiąc nie pamiętam okładki, chociaż coś tam mi się kołacze po bezdrożach pamięci. No i szczerze powiedziawszy to kilka tytułów, do których próbuję wrócić, ale nadaremno.

Na forum książki, w którym udzielałam się parę ładnych lat temu był osobny wątek poświęcony książkom, których tytułu (ani oczywiście autora) nie jesteśmy w stanie sobie przypomnieć. Choćby się nie wiem co wpisywało w googla - książka nadal pozostaje zasnuta mgłą zapomnienia.  


Do głowy przychodzą mi minimum dwie pozycje, czytane tak dawno temu, że zapewne w bibliotece, skąd je wzięłam zostały dawno zubytkowane. Pierwsza była azjatycka, niewielkiej objętości. Był to utwór fantastyczny o mężczyźnie, który przeszedł do innego wymiaru i zamieszkał z ludziopodobnymi stworzeniami, skąd potem miał legalne dokumenty, i gdzie zorganizował sobie życie, a potem, zapewne zapędziła się w te same góry, i powrócił do naszego wymiaru. Jego powrót był głośny i wszyscy się dziwili opowieści. Wysnuto teorię, że wszyscy zaginieni ludzie mogą "wpadać" do innego wymiaru.

Druga książka jest zgoła odmienna. Jest to historia zdaje się malarza, z czasów późnego średniowiecza. Coś bardzo podobnego do Medicusa; pamiętam opis mieszania farb do malowidła. Miałam wrażenie, że to ta sama seria co Rebisowe wydanie Pasji Artemizji, ale nie potrafiłam jej znaleźć.

W przepastnych bebechach pamięci mam jeszcze jedno ważne wspomnienie, które wywarło na mnie olbrzymie wrażenie. Tym razem film. Obejrzany, kiedy miałam zaledwie kilka lat, może ze cztery? Dramat kostiumowy, być może hiszpański, meksykański, francuski. Jedna z bohaterek, Bianka lub Blanka, w białej jak śnieg sukni z początku XX-go wieku z rozmysłem topi się w morzu. Miała kruczoczarne włosy i najpiękniejszą na świecie, ale smutną twarz. To imię nadałam ukochanej lalce, która towarzyszyła mi przez lata.

Ileż prozy, tomików wierszy, tytułów filmów nam ucieka? Blogowanie pomaga mi usystematyzować wszystkie tytuły, autorów, prywatne opinie. W internecie można sobie założyć wirtualne półki na Lubimy Czytać, czy Goodreads, ale co z niespisanymi książkami sprzed lat? Bardzo żałuję, że nie notowałam wcześniej wszystkich przeczytanych książek, choć przy zakładaniu LC większość sobie przypomniałam, choć z pewnością pominęłam wiele tytułów. Ale te dwie wymienione wcześniej książki bardzo mnie nurtują.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...