Blogowo-filmowo (z irlandzkim akcentem)

źródło: Filmweb.pl
Pod koniec zeszłego roku obejrzałam (w domowym zaciszu) film Locke. Monodram ze świetnym (naprawdę wybitnym!) Tomem Hardym. Niby nic: facet jedzie autostradą i cały czas rozmawia przez komórkę. Ale! Jesteśmy świadkami dramatu – nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, powiem tylko, że tym filmem Hardy udowodnił, że jest świetnym aktorem, który wiele potrafi. Cały czas miałam wrażenie, że jadę razem z Ivanem Lockiem; złapałam się na tym, że zaciskam pięści ze strachu, żeby cała jazda nie skończyła się na balustradzie, lub pod tirem pędzącym po autostradzie. Film naprawdę polecam.
Hardy’ego oglądałam również we wchodzącym dziś na ekrany polskich kin filmie Zjawa. Wszyscy żartują z biednego Leo i jego upragnionego Oscara, ale trzymam za DiCaprio kciuki i jeśli nie on, to chyba nikt nie zasługuje na tę nagrodę (w tym roku przynajmniej).
źródło: Filmweb.pl
Zjawa (The Revenant) jest filmem surowym, brutalnym, ale i doskonałym, nietypowym. Reżyser, Alejandro González Iñárritu, od pierwszych minut wprowadza nas w bezlitosny świat początku XIX-go wieku na rubieżach Stanów Zjednoczonych. Sytuacja wówczas była trudna – Amerykanie walczyli z Francuzami, a plemiona indiańskie walczyły miedzy sobą sprzymierzając się to z jedną to z druga stroną ogólnokrajowego konfliktu. Traperzy pragnąc się dorobić wyruszali na długie i arcytrudne wyprawy, jak w tym przypadku po zwierzęce skóry, na które był ogromny popyt. Jak wspomniałam film zaczyna się krwawo i słyszałam opinie, że film absolutnie nie jest dla kobiet, z czym raczę się nie zgodzić. Jednakże historia jest tak niezwykle podana, że nawet trzymając się za usta, kuląc się na kinowym fotelu – nie można odlepić oczu od ekranu! Nie chcę zdradzać za dużo z fabuły, ale jeśli nie wybieracie się do kin, to robicie duży błąd – ten film po prostu trzeba zobaczyć!
źródło: Filmweb.pl
To był film do przeżywania, film emocjonalny, a czystą rozrywkę zapewnią nam oczywiście Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy. Ręka w górę kto był? Akurat film wypadł na czas mojej utraty głosu, więc wyobraźcie sobie jak wychodziłam z Imaxa i nie mogłam wydać z siebie ani krzty głosu! A chciało mi się krzyczeć „jessss, jupi, hurra, łuhu!”. Han mówi „Chewie, we’re home” i mam wrażenie, że tak też czuje się większość fanów, bo nawiązań, do starych dobrych Gwiezdnych Wojen jest mnóstwo. Plus nowe postacie – Rey (enigmatyczna, ale od razu wzbudzająca naszą sympatię), dupowaty „przebudzony” eks-szturmowiec Finn, Poe Dameron (uroczy jak nie wiem co Oscar Isaac), oraz „kradnący” film BB-8. Dostajemy również nowych złoli: Kylo Ren, zapatrzony w Vadera (nie do końca zły?) przywódca Nowego Porządku (First Order), Generał Hux, faszysta i bezpardonowy ideowiec Porządku, oraz tajemniczy holograficzny  Snoke, który jest faktycznym przywódcą. Nie wiem czemu cały internet się nabija z Kylo Rena; dla mnie jest przekonywający i bardzo ludzki. W każdym razie – niech mnie ktoś zahibernuje i odmrozi w 2017 na kolejna część, bo już nie mogę się doczekać.
źródło: Filmweb.pl
Niezłomny jest filmem starszym (2014 r.), nakręconym na podstawie biografii amerykańskiego biegacza Louisa Zamperini. W czasie II wojny światowej jego samolot został zestrzelony; wraz z pilotem, Russellem "Philem" Phillipsem 47 dni dryfowali po oceanie, a potem trafili do japońskiej niewoli. Film jest wstrząsający i moim zdaniem mocno niedoceniany. Angelina Jolie, reżyser filmu, wykazała się niezwykłym talentem i już czekam na kolejny film w jej reżyserii. Nie unikała mocnych scen, przez co widz aż przestaje wierzyć, że jeden człowiek jest w stanie tyle wytrzymać! A jednak – Zamperini przeżył wojnę i wrócił do Stanów, a także – jako wiekowy pan biegł ze zniczem olimpijskim!
źródło: Filmweb.pl
Dwa ostatnie filmy cechuje spokój, kameralność, ale i pewna doza goryczy. Brooklyn, na podstawie książkiColma Toiblina wchodzi co prawda do kin pod koniec lutego (szkoda, że nie na walentynki…), ale warto pomyśleć o tym ślicznym (szczególnie wizualnie) filmie. O fabule pisałam przy okazji recenzji książki, a film jest jej wierną adaptacją. Jestem zakochana w sukienkach, które nosi Ronan, a także w jej samej, szczególnie od kiedy zagrała Agathę z koszyczkiem z warkoczy (moja ulubiona fryzura!) w Hotelu Budapest. Śmiało stawiam na nią w oscarowym wyścigu. Niedawno oglądałam fragment show Ellen DeGeneres i zapisałam sobie jak powinno się wymawiać jej imię: Saoirse wymawia się… Sorszja.
Zostając w irlandzkim klimacie jeszcze słów kilka o Klubie Jimmy’ego Kena Loacha. Jest to przejmujący dramat o dobru i małym, wrednym złu, które czai się w osobie miejscowego proboszcza. Plus sytuacja polityczna i socjalna w przedwojennej, niepodległej już Irlandii. Koniecznie obejrzyjcie.

Na sam koniec zostawiłam sobie małe podsumowanie. W czterech z powyższych filmów grał jeden, bardzo specyficzny (serce bije mi mocniej, a na policzkach występuje rumieniec) aktor. W Irish Timesie znalazłam artykuł w którym Donald Clarke dowodzi, że to rok Domhnalla Gleesona, bowiem gra w czterech z nominowanych produkcji. Sam aktor jest zdania, że nikt oglądając go w roli Generała Huxa (Przebudzenie Mocy) nie rozpozna go w kapitanie Andrew Henrym w Zjawie. Pisałam o Gleesonie przy okazji filmów Ex Machina (Caleb) (film nominowany za najlepszy scenariusz oryginalny) oraz About A Time (Tim) oraz Anny Kareniny (Konstanty Lewin). Potterhead znają go jako najstarszego Weasleya – wtedy i ja go poznałam i od razu przypadł mi do gustu. W Niezłomnym zagrał Phila (przefarbowano jego rude włosy na jasny blond) i mimo, że Gleeson jest szczupły z natury (nie podał się do ojca, Brendana Gleesona, chociaż na kilku zdjęciach są bardzo podobni!), ale w japońskiej niewoli wyglądał jak szkielet powleczony skórą! Myślę, że o ile rola Jima Farrela w Brooklynie potwierdziła jego renomę jako „prostodusznego, miłego faceta”, to Zjawa i Przebudzenie Mocy były czymś zgoła innym, trudniejszym aktorsko wyzwaniem, któremu sprostał we wspaniały sposób. Bardzo podoba mi się jego podejście do „sławy”: pozostaje skromnym człowiekiem, który ostatnie czego by chciał, to być sławnym… Jakiś czas temu trafiłam na fajny artykuł (boskie zdjęcia!) o tym młodym aktorze, który polecam, a także na krótki filmik, jak wymawia się jego imię (Domhnall jak słowo „tonal” z niemym gaelickim „m” i oczywiście niemym „h”). 



Wieloryby i ćmy - Szczepan Twardoch

Otwierające Dzienniki Twardocha stwierdzenie o maleńkim bodhim, którego widzi w swoim nowo narodzonym synu mnie ujęło. Ujęło mnie tak bardzo i nałożyło się na to, co widziałam w moim maleństwie, że tym mnie Twardoch kupił. I resztę Wielorybów i ciem czytałam bardzo nieobiektywnie.
źródło: lubimyczytac.pl
Fragmenty "gdybalne" są również takie bardzo "moje". Podoba mi się również to "ustawienie", to Twardochowe podejście do świata, że powinniśmy raczej patrzeć w swój talerz, że sprawy globalne, owszem, ale trzeba się zajmować tym, co ma się pod nosem. Wielokrotnie autor wypowiada - nie obchodzi mnie to. I to jest zdrowe - w czasach realityshowów, wywnętrzania się w przeróżnych pudelkach, tego podglądactwa, można iść w poprzek tego mainstreamu i nie interesować się, nie pytać. Ale obserwować, notować, spostrzegać. Dobrze jest mieć swoje przekonania, ale nie machać nimi nachalnie wszystkim przed oczami.  Twardoch zainteresowany jest swoim życiem, rodziną, przyjaciółmi, literaturą Máraiego i Eliadego, licznymi peregrynacjami (jako zagorzały domator mam dyskomfort kiedy czytam o dalekich podróżach, a takich tu nie brak).

Wieloryby i ćmy pełne są filozoficznej głębi, ale uważam, że to bardziej eseje o samym sobie niż dziennik, ale nie mówię tego złośliwie; te zapiski są jakby wyrwane z czasu, wyabstrahowane z kalendarza. Daty są podane tylko rocznie, więc zakres jest niby 2007-2015, ale autor sięga również we wspomnieniach do czasów wcześniejszych. Dzienniki są również - takie odniosłam wrażenie - taką rozgrzewką, czy raczej treningami pomiędzy pisaniem powieści.

Nie wiem, skąd te słowa oburzenia, że za młody, by pisać dzienniki, że za młody, by pisać tak dobrze, że się promuje, że to, że to, że tamto. Przecież nie broda zdobi filozofa! Czytałam w zeszłym tygodniu wywiad z Twardochem (jakie fajne uczucie wiedzieć, jaki ktoś ma głos i czytać sobie wywiad właściwym głosem) i niestety zjechałam na komentarze. Również się dziwię opiniom na LC, z których przeważają słowa takie jak "nuda", "lans", "grafomański banał". Nie rozumiem. Jasne, że każdy czyta "po swojemu", ale odniosłam dziwne wrażenie, że wypada krytykować Twardocha, bo tak, bo mu się "udało", a "my" nie lubimy, jak się komuś "udaje". Na szczęście w Rybniku, gdzie mieszkam Twardoch jest lubianym i cenionym twórcą, jak i chyba na całym Śląsku. Bo - parafrazując irlandzkie powiedzenie (a może angielskie, nie pamiętam) - możesz wyrwać Twardocha ze Śląska, ale nie wyrwiesz Śląska z Twardocha.  

Dziennik. Pięć zeszytów z łódzkiego getta - Dawid Sierakowiak

Z czasów Holokaustu zostało wiele prywatnych zapisków, z których większość „przeżyła” swoich twórców. Nie tylko Anna Frank pisała dziennik, ale po tę popularna formę sięgało wówczas wielu ludzi; z warszawskiego getta zapiski pozostawił Janusz Korczak. W języku polskim przeczytać można także Dziennik Mary Berg, która jako jedna z nielicznych przeżyła getto.

O Dzienniku Dawida Sierakowiaka dowiedziałam się z… Teleekspressu. Wiedziałam, że muszę go przeczytać. Myślę, że trzeba czytać takie rzeczy, żeby jak to się mówi, „dać świadectwo”, żeby śmierć tych milionów ludzkich istnień nie powtórzyła się… 
 
Żródło: LubimyCzytac.pl
„Dziennik zawiera osobiste notatki – historię niszczenia w czasie Zagłady najbardziej szlachetnych aspektów ludzkiej natury – aspiracji intelektualnych, twórczych, miłości rodzinnej czy zachwytów nad przyrodą – przez najbardziej potworne żądze, którymi potrafią się kierować ludzie: znęcanie się nad innymi, wyzyskiwanie, prześladowanie, mordowanie.” – pisze we Wprowadzeniu Alan Adelson. 

„Fakt, że pięć zeszytów Dawida w ogóle się zachowało, mimo zagłady autora, jego rodziny i żydowskiej społeczności, to dar dla potomności – forma tryumfu nad ich przedwczesną śmiercią”
Dziennik zaczyna się latem 1939 roku; wakacje w Krościenku nad Dunajcem obfitują w piesze wycieczki, a wieczorami chłopcy śpiewają piosenki i odgrywają własnoręcznie wymyślone skecze. Powoli trwają przygotowania do kolejnego roku szkolnego. Dawid czyta klasykę, uczy się języków, jest niezwykle ambitnym uczniem; choć ma jedynie piętnaście lat, styl jego zapisek wskazuje na dojrzałość i można wnioskować, że gdyby nie wojna mógł być wielkim literatem, bo w tym kierunku podążał jego młody umysł.

Zachowały się zapiski z początku wojny, ale niestety nie z czasów przesiedlenia do getta. Coraz większe sankcje nałożone na Żydów dziwią chłopaka i budzą chęć odwetu – niejednokrotnie pisze o zemście, która czeka oprawców, kiedy wszystko się skończy. Naziści posuwają się z każdym dniem coraz dalej: „pomysłowość sadyzmu nie zna granic”. Zeszyt pierwszy kończy się na 31 grudnia 1939 roku, kiedy jeszcze każdy ma nadzieję, na rychły koniec wojny.

Zeszyt drugi „przeskakuje” (nie odnaleziono zeszytu z roku 1940 i pierwszej połowy 1941 roku) do czasu kiedy rodzina Sierakowiaków już „przywykła” do życia w Litzmannstadt Ghetto. Warunki panujące tutaj urągają człowieczeństwu, ale świadczą nie o Żydach, a o ich oprawcach. Każdy robi co może, by przeżyć.

Dawid nadal uczy się w szkole, gdzie dostaje przydziałową zupę; jedzenie na kartki, bony, przydziały w miarę upływu czasu kurczą się coraz bardziej, codzienna racja jest sposobem na przetrwanie, choć dla organizmu to za mało – ludzie zaczynają umierać z głodu, szerzy się gruźlica, świąd. Niekiedy dochodzi do paradoksu: mimo odłożonych pieniędzy (tak zwane „chaimki”, nazywane przez Dawida rm – Raichsmark, wewnętrzna waluta getta), nie można kupić jedzenia, bo go po prostu nie ma! Kiedy szkołę zamykają, Dawid pracuje przy szyciu elementów mundurów, ale nadal zachłannie czyta, uczy się, pisze wiersze i tłumaczy.

Lewicujący chłopak obserwuje także stosunki panujące w getcie – zarządzający gettem Chaim Rumkowski rozdziela przywileje według siebie, pozwalając by garstka ludzi żyła dostatnio za cenę głodowej śmierci tysięcy.

W kolejnych zeszytach Dawid pisze, że z głodu nie może się uczyć; niemal codziennie donosi o racjach żywnościowych, wylicza ile czego przysługuje, ile kosztuje opał, gdzie można ugotować coś za pieniądze. Wszyscy niemal żyją od posiłku do posiłku: jedzenie jest tym, co rządzi ludzką wyobraźnią, dyktuje rytm życia getta. Ludzie zjadają już liście rzodkwi i łupiny od kartofli, po które pod resortowe garkuchnie ustawiają się kolejki wygłodniałych „gettowian”.

Sierakowiak jest również zorientowany w sprawach polityki, często w jego zapiskach przewija się krótkie sprawozdanie z frontów, okraszone komentarzem. Kiedy nie ma wieści, na końcu zapisu znajduje się zdanie „z polityki nic nowego”. Mieszkańcy getta byli świadomi obecnej sytuacji geopolitycznej. Równocześnie do getta napływały niedobitki z pogromów, przesiedleńcy z innych miast Rzeszy (w tym Niemcy, którym jak pisze Sierakowiak „udowodniono babkę Żydówkę”). Chorych, niedołężnych i dzieci wywozi się – nikt nie wie dokąd, ale ludzie wiedzą, jaki czeka ich los. Sierakowiak pisze, że „przy ładowaniu chorych działy się dantejskie sceny. Ludzie wiedza, że idą na śmierć. Walczyli nawet z Niemcami i siłą musiano ich wrzucać na wozy.” Siłą zabiera się także wszystkie dzieci poniżej dziesiątego roku życia.

Najbardziej wstrząsające są fragmenty, w których Dawid donosi o relacjach między domownikami; ojciec notorycznie podkrada jedzenie, wybuchają częste awantury, w tych strasznych czasach ani Dawid, ani jego siostra Natalia, ani ukochana matka nie mają oparcia w rodzinie; wkrótce matka zostaje zabrana i wywieziona, ociec umiera, a Dawid choruje coraz silniej. Piaty zeszyt jest niedokończony; prawdopodobnie część ostatnich stron posłużyła jako podpałka do pieca; trzy miesiące po ostatnim zachowanym wpisie Dawid zmarł najprawdopodobniej na zapalenie płuc.
Dziennik Dawida Sierakowiaka po raz pierwszy został wydany w latach 60-tych; wówczas wyszła edycja zawierająca jedynie dwa zeszyty. Edycja zeszłoroczna zawiera pięć cudem odnalezionych zeszytów.

Nie lubię gdybać, ale może w jakiejś alternatywnej rzeczywistości też opisuję na blogu Dziennik Dawida Sierakowiaka, ale nie chłopaka, który zmarł w Łódzkim getcie, a wielkiego pisarza, który dożył sędziwej starości.

Dziennik - Katherine Mansfield



Serię Nike pamiętam z dzieciństwa. Rodzice mieli wiele tych miniaturowych tomów i wielokrotnie się im przyglądałam, czy bawiłam się nimi. W sylwetce greckiej boginie nie widziałam kobiety bez głowy, a psa podobnego do Snoopy'ego, zwróconego wielgachnym nosem w prawo. Oczywiście kiedy podrosłam zaczęłam sięgać po Nike w celach czytelniczych. 
Dopiero rok się zaczął, a ja już czytam drugą książkę z tej starej serii; tym razem - po doskonałych opowiadaniach Willi Cather, sięgnęłam po Dziennik Katherine Mansfield. (Kiedy skończę, zabiorę się za Dziennik Sierakowiaka, a potem Twardocha - a co tam, zadzienniczę się w styczniu.)


Katherine Mansfield przyszła na świat w Nowej Zelandii w 1888 roku (zmarła zaś 9 stycznia 1923 roku, czyli niemal dokładnie 93 lata temu), ale nie mogąc znieść życia na uboczu wielkiego świata, przeniosła się do Londynu, który można powiedzieć, aż pulsował nowymi trendami w sztuce i literaturze. Pisała praktycznie od dziecka, więc naturalne, że z pisaniem właśnie postanowiła związać swoje plany zawodowe. Obracała się w kręgu modernistów, zaprzyjaźniła się z D. H. Lawrence'em, oraz Johnem Middletonem Murrym, który wkrótce został jej mężem. Zmarła w wieku lat trzydziestu pięciu na gruźlicę, która była konsekwencją chronicznego niedoleczenia i nieprawidłowego odżywiania. Z ciekawostek można dodać, że grywała epizodyczne rólki i statystowała w filmach. A Lawrence umieścił jej portret w Zakochanych Kobietach. Pamiętam również szereg wzmianek o niej w Dziennikach Woolf. 
Zbiór opowiadań Jej pierwszy bal czytałam w połowie 2013 roku. Oczarował mnie styl, ich język, zaciekawiła fabuła. Po Dziennik sięgnęłam zdaje się bardzo odruchowo i nie zawiodłam się sądząc iż życie pisarki będzie ciekawsze od jej nowel. 
Od pierwszych, prowadzonych dość nieregularnie notatek, Mansfield narzeka na stan zdrowia (reumatyzm, serce, później płuca), na brak weny (a jednak była autorką dość płodną!). Wydaje się neurastenikiem i mizantropem. Woolf kiedyś zauważyła: "Uderzyło mnie, że ona należy do typu kobiecego: wyobcowana, zdystansowana, zawsze samotna i bystro obserwująca" (Woolf uważała Mansfield za swoją przyjaciółkę, ale od czasu niepochlebnej recenzji powieści Noc i dzień można było wyczuć pęknięcia w tej przyjaźni). Mam wrażenie, że w życiu pisarki zawsze padał deszcz, więdły kwiaty i bladły kolory. Dawno nie czytałam nic bardziej przygnębiającego, ale paradoksalnie czytało mi się Dziennik wyśmienicie - wstrząsający był zwłaszcza fragment z historią kucharki, wstrząsający, bo nie zmyślony, jeśli uświadomimy sobie, że czytamy niemal reporterski zapis, doznajemy nieodpartego odczucia, że ten fragment może być wspaniałym materiałem na powieść. Bardzo ładne były fragmenty, kiedy Mansfield wspominała swoje szczęśliwe dzieciństwo; wzruszające były momenty, kiedy opłakiwała brata poległego na froncie we Francji - chcąc zachować w sercu wspomnienie o nim, dedykowała mu listy, fragmenty dziennika. Równie smutne były fragmenty, w których wyznawała, że chciałaby mieć dziecko, że je sobie wyobraża - nie skarżyła się wówczas, co tylko potęgowało ten niewyrażony żal. 


Pod względem walorów językowych mogę śmiało powiedzieć, że jestem usatysfakcjonowana, ponieważ styl Mansfield jest dobry, bardzo plastyczny, a niekiedy nawet poetycki. Może gdyby nie feralne zapalenie opłucnej w 1917 roku, które miało fatalne konsekwencje, może gdyby jej zdrowie było mocniejsze, nie patrzyłaby na życie w sposób tak jednoznacznie ponury?

Poranek Wagnerowski - Willa Cather

Z listy przeczytanych w 2016 roku mogę „odkreślić” kolejna pozycję; tym razem sięgnęłam po kupioną za 50 groszy Willę Cather. Nazwisko to nie jest obce wielbicielom talentu Trumana Capote, który wielokrotnie w wywiadach podkreślał, że Cather miała niebagatelny wpływ na jego pisarstwo, i o ile Katherine Anne Porter „jest niezwykle dobrą pisarka, o tyle Cather jest genialna”.
Tomik opowiadań Poranek Wagnerowski miałam przeczytać na listopadowe wyzwanie Maknety, ale nie umiałam go znaleźć; właściwie chciałam go wypożyczyć, ale został zubtkowany. Pech. Znalazłam go jakiś miesiąc później na… półce we własnym domu. I stał się takim tomikiem do przeczytania „na cito”.
Willa Cather urodziła się w 1873 roku w na amerykańskich „kresach”; od dzieciństwa towarzyszyły jej krajobrazy prerii, gdzie człowiek walczył nie tylko z własnymi słabościami, ale i z przeciwnościami surowej przyrody.
Cather pochodziła z wielodzietnej rodziny, ale nie była szczególnie lubiana przez liczne rodzeństwo; uciekała w świat książek, które namiętnie pochłaniała. I jako naturalna konsekwencja „spożycia” wielkiej ilości literatury, mała Willa zaczęła swoich sił pisząc opowiadania i eseje. W wieku lat dwudziestu jeden z jej esejów tak bardzo przydał do gustu wydawcom, że młoda studentka (zaczęła studia na kierunku medycznym, jednak pod wpływem głębokiego namysłu zmieniła kierunek na literaturę angielską i w 1894 roku uzyskała tytuł licencjata) zaczęła współpracę z pismem Nebraska State Journal. Od tej pory jej kariera zaczęła nabierać tempa.
Choć na koncie ma kilkanaście powieści oraz setki opowiadań (za powieść One of Ours wydaną w 1922 roku zdobyła Nagrodę Pulitzera) w Polsce jest praktycznie nieznana; do tej pory wyszły powieści Dom pana profesora, Drzewo białej morwy, Moja Antonia, Utracona, oraz Śmierć przychodzi po arcybiskupa, a także dwa zbiory opowiadań: Mój śmiertelny wróg i Poranek Wagnerowski właśnie.

Zbiór Poranek Wagnerowski składa się z sześciu opowiadań, których wspólnym tematem jest powracanie, zmaganie z nieprzystosowaniem, kontrast pomiędzy (niekiedy zaściankową) prowincją a miastem, a także odwaga, by iść za głosem serca i być wiernym własnym przekonaniom. Nie przekonuje mnie nazywanie tomów opowiadań tytułem jednego z nich; powinno się wybierać coś, co cechuje je, co jest dla nich wspólne, na przykład „Czas”, bądź „Podróże pociągiem” – w każdym z opowiadań bowiem pociąg odgrywa duża rolę (lub jak kto woli - jest tematem pobocznym). To nim uciekają Klara z Nilsem (nowela Czeska dziewczyna), pociągiem wraca pani Thondike (niegdyś Knightly), która jako  przed laty w bardzo niezawiniony sposób przyczyniła się do śmierci młodej nauczycielki (Najlepsze lata). Modernistyczny malarz, Don Hedger ucieka pociągiem od swojej egzaltowanej, próżnej kochanki, śpiewaczki Eden Bower (Idę, Afrodyto!), również ucieka Paweł, który w wielkim mieście zaczyna „wreszcie” żyć, choć dogania go własna przeszłość (Sprawa Pawła); w opowiadaniu tytułowym do narratora, Clarka, przyjeżdża niegdysiejsza pianistka, od ćwierćwiecza matka dzieciom i pani (niezbyt bogatego) domu z prowincji. Clark zabiera ciotkę na koncert muzyki Wagnera i obserwuje paletę emocji malujących się na podstarzałym licu. Ostatnie opowiadanie, Pogrzeb rzeźbiarza (trumna przyjeżdża pociągiem), to gorzkie podsumowanie prowincjonalnego myślenia, które nacechowane jest ciasnymi horyzontami i sobkostwem. W ogóle prowincji się "obrywa" niejednokrotnie, jak w opowiadaniu Czeska dziewczyna, kiedy Klara od lat zakochana w Nilsie, zapytana czemu wyszła za jego brata i nie czekała aż Nils wróci, odpowiada: „[Ludzie] powiadają, że zaczynasz wychodzić z obiegu. Dlatego wychodzimy za mąż. Nie możemy znieść ich drwin”. Być może również dlatego, nie mogąc znieść małomiasteczkowego myślenia, Willa Cather większość życia spędziła w Nowym Jorku.  

Eseje wybrane - Virginia Woolf

Jednym z największych literackich wydarzeń końca zeszłego roku niewątpliwie było wydanie potężnego zbioru Esejów wybranych Virginii Woolf. Ta jedna z najważniejszych pisarek początku XX-go wieku na swoim koncie ma bowiem nie tylko wspaniałe powieści, takie jak Fale, czy Pokój Jakuba, ale znana jest także ze swojego zamiłowania do prozy eseistycznej i krytycznej. Wybór dokonany przez tłumaczkę, Magdalenę Heydel, oraz Romę Sendykę, nie opiera się na datach wydania poszczególnych esejów, a na wspólnych mianownikach, takich jak "Czytanie", "Pisanie", "Recenzowanie", a także "Kobiety", "Podróżowanie" i "Londyn", bowiem każde z tych haseł doczekało się kilkukrotnego i różnorodnego rozwinięcia. Pierwszą częścią jest "Czytanie", wybrane jak mniemam jako naturalne i pierwsze w stosunku do reszty. Woolf prowadzi nas przez swoje niezrównane, pełne zróżnicowanych wątków eseje przekazując refleksje, za którymi możemy podążyć, bądź nie - odniosłam wrażenie, że Woolf proponuje, zachęca, ale nie wymaga byśmy przyjęli jej punkt widzenia; niemniej jednak byłoby to niezmiernie mile widziane. Eseje są naszpikowane (stąd w moim egzemplarzu obecność "nieśmiertelnych" karteczek indeksujących) stwierdzeniami, które aż chce się cytować, jak na przykład fraza opisująca różnicę między poetą a prozaikiem: "Poeta przekazuje nam po prostu esencję, proza natomiast to odlew całości człowieka - i ciała, i umysłu."

źródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/270444/eseje-wybrane

Woolf snuje także rozważania na temat tego, jak czytamy książkę, jaki mamy jej odbiór. Jeżeli dana pozycja nie przypadnie nam do gustu "zawsze istnieje możliwość, że (...) nie jest nudna, lecz trudna". Proponuje, byśmy byli "surowi w osądach, porównujmy każdą książkę z największymi osiągnięciami gatunku, do jakiego należy". Lecz o wartości książki decydować ma czas; książkę bowiem trzeba przetrawić, "poczekajmy, aż opadnie pył czytania". Woolf sławi także "pasję czytania czystego i bezinteresownego", czytania dla przyjemności, nie dla nauki (rozróżnia bowiem typy czytelników-naukowców, a czytelników-pasjonatów), a "wszystko, czego nauczyliśmy się, czytając klasyków, teraz będzie nam potrzebne przy ocenie dzieł naszych współczesnych". Raz po raz odnosi się do pisarstwa Hardy'ego i Conrada i stawia je jako niedościgniony wzór. A w stosunku do współczesnych jest nieco bardziej krytyczna: o ile o Edwardianach (Wells, Bennett, Galsworthy) nie ma zbyt wysokiego mniemania, to jeszcze Georgianie (Forster, Strachey, Joyce, Eliot) pozostawiają nadzieję na przyszłość.

Dużo miejsca poświęca rozróżnianiu dobrego pisarstwa od złego i daje wskazówki jakie powinien przy komponowaniu dzieła przyjmować pisarz; musi on "nawiązać kontakt z czytelnikiem, przedstawiając mu coś, co ten rozpozna, by następnie puścić w ruch jego wyobraźnię i skłonić go do współpracy w dużo trudniejszej kwestii zbudowania zażyłości. Niezmiernie istotne jest, żeby na ten grunt wkroczyć bez wysiłku, niemal instynktownie." Sporą część twórczości literackiej Virginii Woolf zajmowała krytyka literacka oraz recenzowanie. I tu podaje nam pisarka pewne rozróżnienie między krytykiem a recenzentem: krytyk zajmuje się "przeszłością i pryncypiami", recenzent zaś - "ocenia nowe książki". O samym recenzowaniu pisze dość mgliście, ale czytelnik od razu rozpozna w poniższym zdaniu siebie: "Musimy przyznać, że jesteśmy wymagający, a także że mamy trudność z uzasadnieniem, czego właściwie wymagamy. Przy rożnych okazjach różnie formułujemy swoje pytanie. Powtarza się ono najczęściej, kiedy skończywszy czytać powieść, z westchnieniem pytamy: czy było warto?"

Ważną, jeśli nie najważniejszą nicią przewodnią w pisarstwie Woolf jest sprawa emancypacji kobiet. Nie tylko dostajemy bowiem odczyt dla London and National Society for Woman's Service, ale i pisarka podaje nam życiorysy, rzuca nazwiska mało znanych (mam wrażenie, że nie tylko dziś, ale i za czasów Woolf) kobiet bezpretensjonalnych, kobiet-naukowców, pisarek, które przetarły szlak tym dzisiejszym - jak na przykład pani Murasaki, Eleanor Ormerod, Julię Margaret Cameron, Mary Wollstonecraft, czy Margaret Cavendish.
Na potrzeby esejów podaje nam skróconą analizę kobiecego pisarstwa, i tak '"na początku XIX-go wieku powieści kobiet były w znacznej mierze autobiograficzne", sto lat później, w czasach Woolf "kobiety zaczynają analizować własną płeć", co jest nurtem kontynuowanym przez późniejsze pisarki, takie jak choćby Simon de Beauvoir, czy Ericę Jong.

Poza swoistym tryptykiem czytanie-pisanie-recenzowanie oraz sprawą kobiet, pojawiają się fascynujące eseje będące jedną wielką obserwacją współczesnego świata. Naloty na Londyn dostarczają pisarce pretekstu do snucia rozważań o kruchości życia, wędrówka pod pozorem kupienia ołówka, to wizja wieczornego miasta, jego harmonia, piękno, a także pole do popisu dla niestrudzonej wyobraźni; nawet takie z pozoru błahe zdarzenia, jak śmierć ćmy na parapecie dostarczają jej pretekstu do snucia refleksji.

Dziennik roku chrystusowego - Jacek Dehnel

1/52. Ponoć Polacy nie czytają książek. Obracam się w dwójnasób specyficznych kręgach (bo i biblioteka i książkowa blogosfera) i jestem odmiennego zdania. A że czytający biją rekordy i wyrabiają normę za nieczytających, o tym można się przekonać na wiele sposobów, wśród których jest na przykład wyzwanie



Moją pierwszą z (przynajmniej) pięćdziesięciu dwóch jest Dziennik roku chrystusowego Jacka Dehnela. Zabawne, że czytam go akurat kończąc swój rok chrystusowy; co prawda ten Dehnelowski jest sprzed dwóch lat, a mój wydarza się teraz, ale jednak taka zbieżność cieszy. Przypomina mi się, że czytając Joyce'a zrównałam się ze Stefanem Dedalusem (by ostatecznie go jednak wyprzedzić).
Jaki ten rok chrystusowy dla Dehnela był? Mam wrażenie, że reprezentatywny dla reszty jego życia; spokojny, pracowity, ot, jak rok każdego z nas. Nawet kiedy wydarzało się coś złego, jak śmierć babci Pietii, działo się coś, co niezaprzeczalnie należy do koła życia.
Niedawno czytałam dziennik Susan Sontag, pełen wyrwanych z kontekstu zapisków, urwanych myśli, list wszelakich. Dziennik Dehnela jest zgoła inny, wartko płyną chwile w czasie rozmaitych wyjazdów, autor często pisuje siedząc w pociągu. Dużo tu przemyśleń na temat religii, światka poetów polskich, społeczeństwa. Dostajemy znakomite obserwacje ludzkich charakterów, zachowań, anegdotki i dykteryjki, a także takie zupełnie na świeżo, niewystudiowane (bądź na takie miały wyglądać)  "recenzje" koncertów, obrazów, pejzaży. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu na LC wyłowiłam jedno wyrażenie opisujące "ponoć" ów dziennik: przeintelektualizowany. Nie mogę się podpisać pod takim stwierdzeniem i musiała je napisać osoba niepotrafiąca się odnaleźć w języku Dehnela (takiej osobie polecam powieści[dła] o uczuciach polskich autorek).
Na koniec jeszcze jedna taka myśl, właściwie pytanie zadawane samej sobie - czy wolę czytać coś, co było intymne, schowane do szuflady, pisane na kolanie, naprędce, czy dziennik prowadzony "specjalnie" dla czytelnika? Nie umiem na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Trzymam się (przy dziennikach wszelkiej maści) zasady, iż nie należy osądzać - czy to stylu, czy tym bardziej cudzego życia. Sama bowiem pisuję takie chaotyczne dzienniki, pełne zapisków bez związku. A może powinnam pisać dla kogoś, uważać na styl, prowadzić myśli, wątki, by nie biegały jak kury po podwórku?

Czytamy książki nieoczywiste - podsumowanie miesiąca

Na półkach w zaciszu domowych biblioteczek, zalegające w magazynach bibliotek publicznych, wciśnięte w kąt antykwarycznych regałów czają się książki nieoczywiste. Pożółkłe, niemal sepiowe kartki, druk nierzadko wyblakły, odbijany jeszcze czcionkami w pachnącej metalem drukarni, czekają na jeszcze jednego czytelnika, być może tego ostatniego w ich papierowym życiu.
Kochani, sięgnijmy po takie książki. Zapraszam do wyzwania. Co miesiąc przeczytajmy choć jedną taką staruszkę-książkę. Pod tym postem zostawiajcie linki do waszych postów wyzwaniowych, chwalcie się, co udało się Wam wygrzebać z czeluści książkowych regałów, pchlich targów, ręczniaków.

1. Wyzwanie jest comiesięczne, czyli czytamy od 1-go do ostatniego dnia każdego miesiąca.
2. Pod postem z Wyzwaniem wklejamy linki.
3. Czytamy ile chcemy i co chcemy, ale niech to nie będą nowości i książki "chodliwe", ale takie właśnie starsze, podniszczone (ale nie koniecznie), których próżno szukać na większości blogów, które niekiedy nie mają żadnej recenzji na LubimyCzytać, czy innych portalach, po które mało kto sięga, autorów na wpół zapomnianych. Dużo takich książek, każdy ma na półkach takie, które są odłożone do czytania "na kiedyś tam", sięgnijmy po nie.
Żadnych tytułów nie narzucam, roczników tym bardziej, ale niech to będą książki starsze. 
4. Podsumowanie zabawy będzie 1-go kolejnego miesiąca, tym samym zaczniemy nowy miesiąc czytania książek nieoczywistych.


Zapraszam Was również na stronę wydarzenia na fb: 


A teraz podsumowanie.  
Znalazłam bardzo ciekawe książki u Koczowniczki. Szczególnie polecam książkę "Wiosna, Emilio". Na stronie Koczowniczki można przeczytać, że "Właścicielka bloga nie ugania się za nowościami, lubi powieści psychologiczne, obyczajowe, klasykę, czasami sięga po kryminały. Nie chwali kiepskich książek, nie cierpi grafomanii." Koniecznie odwiedźcie Jej bloga Koczowniczka o książkach

Kolejnym blogiem, który polecam są Rozkminy Hadyny. Łączy nas miłość do angielskiej klasyki i awersja do małej czcionki: Charlotte Brontë "Shirley"

Zapraszam również na bloga Gosi Zielono mi, która podsumowuje wyzwania, wśród których znalazły się i nieoczywiste:) 

Mam wielką nadzieję, że w styczniu doczekam się mnóstwa linków od Was :)
Życzę Wam wszystkiego najlepszego i najksiążkowszego w 2016 roku!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...