Slow life. Zwolnij i zacznij żyć - Joanna Glogaza

Slow life. Zwolnij i zacznij żyć to książka dla osób poszukujących "własnego ja", swojego prywatnego rytmu życia, oraz chcących celebrować codzienność. 


Autorka popularnego i dobrze przyjętego poradnika Slow fashion. Modowa rewolucja, Joanna Glogaza, tym razem odpowiada na pytanie czym jest slow life? "Czerpie z założeń minimalizmu, ale nie każdy wyznawca slow life to minimalista. To nie jest nowy pomysł na życie, jednak w związku z narastającą potrzebą zmiany na nowo zyskuje popularność. Wiele w nim wpływów starożytnych filozofii, stoicyzmu i epikureizmu, dzieli też podstawowe wartości z największymi religiami świata. Zakłada, że prowadzenie harmonijnego, szczęśliwego życia w zgodzie ze sobą ma zbawienny wpływ nie tylko na nas, ale i na nasze otoczenie. To jest styl życia, w którym stawiamy na jakość, nie na ilość." Troszkę jestem zawiedziona, że zabrakło szerszego omówienia tych "elementów przejętych", ale Glogaza bardzo często podpiera się autorytetami, np. Richardem Feynmanem [fizyk noblista], czy Joshuą Fieldsem Millburnem ["jeden z najbardziej znanych orędowników minimalizmu"]. Książka zawiera również wywiady z "ludźmi z pasją" - ta część niestety zrobiła na mnie wrażenie upchanej przypadkowo.

"Slow life - czytamy dalej - to celebracja indywidualności. To zachęta do zatrzymania się, spojrzenia w głąb siebie i odkrycia, co leży w naszej naturze, co chcemy dać światu, jak chcielibyśmy być zapamiętani." Autorka chciała poprzeć założenia zawarte w książce swoim życiem, ale momentami miałam wrażenie, że powinna jej nadać tytuł "Tajemnica mojego sukcesu. Autobiografia". 

Autorka radzi nam zwolnić tempo życia, zastanowić się nad sobą. Bardzo ważne jest wyznaczanie sobie celów, jeżeli ktoś lubi robić listy, to powinien postępować wedle instrukcji autorki - w książka zawiera krótkie ćwiczenia.

Również kluczowym słowem są "priorytety" - ale priorytety mają to do siebie, że lubią się zmieniać z czasem. I wcale nie uważam rodziny czy posiadania dziecka za odfajkowywanie pozycji z listy oraz wyrzeczenia (strona 87), a także tego, że praca na etacie to złooo (strona 91). Autorce zdarzył się również zabawny kiks: "Jeżeli uwielbiasz robić na drutach, dziergaj w samolocie (...)" - przypominam, że na pokładzie samolotu w bagażu podręcznym nie można mieć nawet pilniczka do paznokci, ale na druty ochrona przymknie oko?

Myślę, że ta książka może inspirować, ale ja po prostu nie jestem jej targetem - Slow Life. Zwolnij i zacznij żyć adresowana jest do dziewczyn przed trzydziestką, które po skończeniu studiów zaczynają swoją ścieżkę kariery w korpo, mogą manifestować na każdym kroku swoje JA; jakoś nie zauważyłam w tym wszystkim pokory wobec świata, która jest istotna w filozofii slow life.

Ale książkę polecam. Polecam osobom młodym, świeżo po studiach, lub studiującym. Jeżeli ktoś po raz pierwszy sięga po ten temat może poczuć ogromną satysfakcję z tej książki. Autorka jest elokwentna, ma dobre pióro, ładnie się to czyta. Joanna Glogaza udziela wielu porad, które adresowane są do zaczynających karierę, szukających związków - sama jest na takim etapie i pisze z doświadczenia. Być może przyjdzie kiedyś czas na Slow Parenting? "Jeśli [książka] zainspiruję choć jedną osobę, zachęci do zmiany jakiegoś drobnego wycinka życia na lepsze albo po prostu humor czy podniesienie na duchu, będę wiedziała, że było warto."

35 komentarzy:

  1. Czytałam "Slow fashion" jej autorstwa i przyznam, że dzięki zastosowaniu niektórych jej wskazówek (bo na większość porad byłam oporna) udało mi się trochę uporządkować moją szafę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na mnie większe wrażenie zrobiła Madame Chic (otworzyła mi oczy!), ale pewnie dlatego, że wówczas pierwszy raz zetknęłam się z pojęciami takimi jak capsule wardrobe, czy 10 item wardrobe, ale Slow Fashion również przeczytałam i chyba do niej wrócę.

      Usuń
  2. Sądzę tak samo - książka może kogoś zainspirować, ale na pewno nie mnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety, będąc w zupełnie innym przedziale życiowym, coraz bardziej nie lubię tego całego zamieszania wokół młodych; tego wręcz nadskakiwania młodym i młodszym jako potencjalnym klientom różnorodnych usług i towarów.
    Wiadomo, to handlowa przyszłość... a starsi (emeryt/rencista) przecież nie są atrakcyjni, bo pustki w kieszeniach. Nie przemawia przeze mnie złość, zawiść, starcza złośliwość... nic z tych rzeczy. To żal i stwierdzenie faktu oklepanym tekstem "za naszych czasów tego nie było".

    To samo dotyczy książek - ciekawe, że nikomu nie chce się pisać poradników życiowych dla osób 50+, 60+. Czy tacy czytelnicy tego nie potrzebują?
    Ależ jak najbardziej potrzebują, bo też znajdują się nagle na nowych etapach życiowych. Już sam tytuł tej książki idealnie pasuje do starszego czytelnika.
    Tylko treść potrzebna jest nieco inna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, w pełni się z Tobą zgadzam - promuje się wizerunek młodego egoisty (brawo JA, itp.), nie ma miejsca na dojrzałość, bo to nie modne. Nawet filmy/książki w większości są o osobach młodych i dla młodych. Chyba tez wypadam poza target, bo znakomita część tego wszystkiego pachnie mi infantylizmem.
      W tej książce zabrakło mi takiego uniwersalnego ustawienia tematu. Może pani Glogaza za jakiś czas wróci do tematu, kto wie? A może tu właśnie jest nisza, którą trzeba by było wypełnić?

      Usuń
    2. Nie, no pokolenie 50+ miewa pieniądze, apetyt na życie, a w perspektywie emeryturę, do której chciałoby się mentalnie przygotować. Sama poszukuję porad dotyczących makijażu dla pań dojrzałych, modnych i akceptowalnych ubrań, pomysłów na utrzymanie sprawności. Chętnie też bym sięgnęła po powieść, której bohaterką jest współczesna, dojrzała kobieta. Ma takie same problemy jak ja i mogę się z nią identyfikować. I stać mnie, żeby sobie taką książkę kupić
      Gdyby tylko ktoś ją napisał i wydał.
      Minimalizm i słów life? Chętnie. Coraz trudniej mi uczestniczyć w powszechnym biegu, a w szafach coraz tłoczniej, rzeczy nabrały zwyczaju gromadzenia się i grają na wspomnieniach, sentymentach.

      Usuń
    3. Właśnie - teraz grupą docelową wszystkiego są young adult, czyli młodzi dorośli, a gdzie dojrzali? Dawno nie rzuciła mi się w oczy żadna książka poruszająca dojrzałe problemy.

      Usuń
    4. Do Pani_Wu:
      Nie wszyscy z 50+, 60+ miewają pieniądze pozwalające na dostatnie życie, bo już są na głodowej (np. nauczycielskiej) emeryturze.
      Mnie nie chodziło poradniki jak beztrosko wydawać pieniądze na ciuchy i super makijaż, ale o nieco inne tematy.
      Takie jak całkowita opieka nad schorowanymi, starymi, leżącymi rodzicami (po 80- tce), bez pomocy wysoko płatnych prywatnie fachowców, w sytuacji gdy sami mamy całą listę własnych chorób.
      Tu trzeba samemu wszystko organizować po omacku, nie mówiąc już o braku jakiegokolwiek wsparcia psychicznego.

      Usuń
    5. El, nie wiem czy poradnik pomoże w takiej sytuacji, gdzie konieczne są rozwiązania systemowe. Lepiej sprawdzi się grupa wsparcia w miejscu zamieszkania, żywi ludzie, a nie papier i, jak zauważyłaś, porady na temat beztroskiego wydawania pieniędzy. Natomiast ludzie znają kogoś, kto jest w podobnej sytuacji i ta osoba może doradzić co zrobić, gdzie pójść, do kogo się zwrócić. Oprócz ścieżki urzędowej, wszędzie są ludzie - bardziej lub mniej empatyczni. Czasami nie ten pomoże, kogo jest to zadaniem, ale inny, bo więcej w nim człowieka niż urzędnika.

      Usuń
    6. El, poszukaj proszę w bibliotece - są pozycje jak opiekować się chorymi/seniorami. Myślę, że Pani Wu chodziło o tego typu porady, co w Slow Life, ale pod kątem ludzi odrobinę starszych. A żeby robić super makijaż nie potrzeba wcale ogromnych nakładów.

      Usuń
    7. Na początku sama byłam tak ogłuszona sytuacją, że nie myślałam racjonalnie i nawet nie przyszło mi do głowy szukać pomocy z zewnątrz. Teraz sytuację mam opanowaną metodą własnych prób i błędów - tylko kosztowało mnie strasznie dużo nerwów. I właściwie nie potrzebuję już pomocy (być może na razie, nie wiadomo co będzie w przyszłości).
      Odezwałam się tu w tej dyskusji tak ogólnie, bo na każdym kroku widoczne jest omijanie i zaniedbywanie tej grupy wiekowej - czy to w poradnictwie, czy w literaturze.

      Usuń
    8. W sumie może odwrócę kota ogonem, ale jako że pracuję w bibliotece to powiem, że jest wiele książek dla osób opiekujących się starszymi ludźmi, dla osób po stracie, dla kobiet po stracie dziecka, dla rodziców trudnych dzieci, itp. O tych książkach się zwyczajnie nie mówi, bo są do specjalnego przeznaczenia, a takie Slow Life są pop.

      Usuń
    9. El, przykro mi słyszeć, że spotkały Ciebie w życiu poważne problemy i nie miałaś znikąd pomocy. Cieszy, że opanowałaś sytuację.
      Pisząc o pieniądzach myślałam o tym, że pokolenie 50+, lub 60+ stać żeby kupić sobie poradnik. Ostatecznie to właśnie kieszenie tej grupy drenowane są przez młodych i to jest na przykład temat na jeden rozdział poradnika.
      Tak, miałam na myśli Slow Life dla dojrzałych, nie tylko makijaż, chociaż dlaczego nie? Fajnie jest czuć się atrakcyjnym w każdym wieku. Moja śp. Babcia, gdy w wieku 86 lat została unieruchomiona w domu, oddała mi swoje szminki. Byłam w szoku! W czasach, gdy u nas jeszcze obecność zagranicznych firm nie była powszechna, moja Babcia używała pomadek Diora! Nie, nie kupowała ich ze skromnej emerytury :) Gdyby ich nie miała, używałaby tanich, jak wszyscy. Jej szkolna koleżanka, która wyemigrowała do Kanady przysłała je w paczkach. Moja Babcia, w wieku 82 lat poleciała na miesiąc do Kanady, żeby się z nią spotkać - nie widziały się ... 70 lat! Ale miłam na myśli także rozwój duchowy, podtrzymywanie znajomości, nawiązywanie nowych, żeby nie zamykać się tylko w czterech ścianach i wyłącznie dbać o groby najbliższych. Pamiętam, że kiedyś przeraziło mnie odkrycie, że moja wykształcona i mająca mnóstwo zainteresowań - obecnie już świętej pamięci - Mama, nie mówi o niczym innym niż wizyty na cmentarzu i szczegóły dbania o grób taty. Nakłoniłam Mamę do przeprowadzenia się bliżej mnie, dzięki czemu jej zakres miejsc, w których bywała, poszerzył się, urozmaicił. Nie trzeba ponosić kosztów żeby pójść na wernisaż, zwiedzić zabytek, pospacerować po parku i pogawędzić jak przed laty, gdy ja byłam nastolatką, a Ona objaśniała mi świat. Prosiłam o radę (zawodowo poszłam w ślady mamy), a wtedy ożywała i stawała się dawną, doświadczoną nauczycielką, która pomagała mi znaleźć rozwiązanie w moich bieżących sprawach. Oglądałyśmy razem filmy i rozmawiałyśmy o nich, wspólnie martwiłyśmy się o moje dzieci, a jej wnuki. Pilnowałam, żeby robiła okresowe badania kobiece, a kiedy byłam chora, dostawałam wzruszające dowody troski w postaci świeżych bułeczek.
      Przepraszam za te wynurzenia. Ta data...

      Usuń
    10. Agato - najgorszy jest pierwszy etap i fatalna postawa lekarzy i pielęgniarek w szpitalu. Niestety, wcale nie mam ochoty owijać w bawełnę - lekarze w bezduszny sposób badają aparatami, po czym bez żadnych wskazówek i porady dla rodziny po kilku dniach, jak najszybciej wypychają chorego do domu. Na swoje usilne dopytywania słyszałam tylko "nie kwalifikuje się na rehabilitację w szpitalu", "nie należy się rehabilitacja w domu". Tak właśnie działa system.
      Sama więc walczyłam o poprawę w warunkach domowych.
      A pielęgniarki i salowe! Obrażone na cały świat, że mają do czynienia z takimi pacjentami.
      Wiem, że wiele osób z tego zawodu obrazi się, albo poczuje dotkniętymi. Wiem, że są osoby dobrze pracujące, z podejściem do pacjenta itd. Ale ja trafiłam właśnie na takie i to nie pierwszy raz.

      No i w tym zamieszaniu nie pomyślałam nawet o bibliotece. Ba... nawet nie pomyślałam o internecie.

      Pani_Wu
      Absolutnie nie masz za co przepraszać, ja dziękuję Ci za te słowa i myślę podobnie.
      Ale sama nie piszę o tak prywatnych sprawach w internecie, mam jednak sporą barierę, której nie chcę przekraczać.

      Usuń
    11. El, wiem jak to jest - miałam leżącego tatę... Mama praktycznie była z tym wszystkim sama. Jeśli chodzi o lekarzy, to musiałabym kląć - i to strasznie...

      Usuń
  4. Nie wiem, w jakim wieku jest autorka, podejrzewam, że jest zbyt młoda na podjęcie takiego tematu.
    Wiem natomiast, że taką książkę (fachową, na odpowiednim poziomie, bez infantylnego szczebiotu) może napisać tylko osoba mająca taki taki sam bagaż doświadczeń życiowych, jaki mają potencjalni czytelnicy w wieku 50-60 lat.

    Podam prosty przykład - na jednym z blogów dietetycznych młoda osoba (dietetyczka z wykształcenia) wzbudziła dosłownie "śmiech na sali" swoimi szalenie mądrymi teoretycznymi wynurzeniami na temat żywienia osób starszych (takich po 80-tym roku życia). Kompletne oderwanie od rzeczywistości, brak znajomości realiów, po prostu brak życiowych obserwacji prawdziwych staruszków - ich przyzwyczajeń, zmian osobowości itd. Tylko sucha teoria.

    Dlatego nie widzę sensu w podejmowaniu takich tematów przez osoby mało doświadczone życiowo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Autorka jest osobą młodą, przed trzydziestką - i niestety, widać. Owszem odniosła sukces, opowiada o studiach, początkach kariery, ale - nie każdy odnosi karierę - gdyby to było takie proste, każdy odniósłby karierę.

      I jestem bardzo ciekawa, co ta dietetyczka powiedziała, przypomina mi to poradniki dla świeżych rodziców: (przykładowe) dziecko leży i się nie rusza, a rodzic używa fridy - NIEWYKONALNE ;)

      Usuń
    2. Nie zacytuję dokładnie, ale blogerka podawała co należy takiemu staruszkowi przygotowywać do jedzenia i tu cała lista produktów, których taka osoba nigdy w życiu nie jadła i nie chce nawet spróbować. Pierwsze z brzegu avocado.
      Głównym problemem są tutaj bardzo silne nawyki żywieniowe starych ludzi (całe życie ktoś nienawidził mleka i nie spożywał żadnych mlecznych potraw), następnie przeciwwskazania zdrowotne związane z wiekiem i przebytymi chorobami (odpadają ciężkostrawne grzyby, wzdymające kapuchy i grochy, tłuste i smażone potrawy).
      I tak po kolei eliminujemy kolejne propozycje z radosnej twórczości młodej i fachowo wykształconej blogerki.

      Co pozostaje? Naprawdę niewiele - niesmaczne papki, rozgotowane warzywa (surówki nie wszystkie wskazane) i drobiowe wędlinki. A na końcu tego łańcucha stawiamy zdrowy i teoretycznie wskazany obiadek przed osobą, dla której tak się staramy i słyszymy: "nie lubię tego, nie będę tego jeść. Daj mi zalewajkę z białą kiełbasą i schabowego, bo to mi zawsze smakowało."
      Jak w takiej sytuacji zmusić kogoś do jedzenia?

      Usuń
    3. Oj tak, nawyki żywieniowe to druga skóra - rzeczywiście, dobrze się komuś dywaguje na temat, co powinno się jeść. Szkoda, że ta pani nie zrobiła rozeznania u ludzi, do których kierowała swój program.

      Usuń
  5. Zaczęłam czytać blog tej pani. Ciekawy jest, chociaż ceny ubrań pokazywane w nim przerażają, przynajmniej mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak podglądam od czasu do czasu - niektóre rady mi się bardzo podobają, inne są nie na moją kieszeń;) Ale jeśli chodzi o modę bardziej polecam http://ubierajsieklasycznie.pl/

      Usuń
    2. To zajrzę pod ten Twój link. Oj, drogo jest, drogo....

      Usuń
    3. Ale są świetne zestawienia - dla mnie też kupno upragnionej budrysówki za 1500 złotych raczej nie wchodzi w grę, ale Maria świetnie pisze o kolorach, zestawach, itp. Poza tym nie wiem jak Ty, ale ja już dawno określiłam swój typ kolorystyczny (jestem czystą zimą) i trzymam się kolorów wybranych z palety barw. Ostatnio dokonałam nieudanego eksperymentu włosowego, ale potem użyłam henny i je przyciemniłam: od razu lepiej, tak więc jest coś w tych kolorach ;)

      Usuń
    4. Ja w sumie też mam swój typ kolorystyczny i jest to czerwień albo szary. Raczej zimne. Ale z jednym postulatem pani Gogłazy nie mogę się zgodzić: żeby powyrzucać niepotrzebne ciuchy czy buty.

      Usuń
    5. No i właśnie: wyrzuciłam za małe (34), no bo przecież "i tak nie schudnę", a tu się okazało, że jednak i teraz muszę wymienić garderobę!

      Usuń
    6. Izabelo, to gdzie gromadzisz te niepotrzebne rzeczy? I w sumie po co? Ja kiedyś stanęłam w obliczu faktu, że mam głównie ciuchy do ogródka, sprzątania i remontu, a do pracy nie bardzo co mam włożyć. Niby szafy pełne, nawet się nie domykają. Zostawiłam cześć "roboczych" do donoszenia w w/w miejscach, bawełnę przeznaczyłam na szmatki, a sztuczne wrzuciłam. Do pracy, tak czy inaczej, musiałam nabyć coś niezniszczonego (miałam czas trudności finansowych, kiedy dziura w moim bucie był mniejszym problemem niż to, że dziecko z butów wyrosło. Wybór był wiadomy)

      Usuń
    7. Mam na strychu 2 szafy. Chodzi o to, że w swojej głupocie myślę, że 'jeszcze się przyda', że moda wróci, albo z materiału zrobię coś fajnego. Ale jak zniszczone, to wyrzucam. Bawełna dobra na szmatki, czyli taka wsiąkająca wodę jest towarem deficytowym. Ale czasami zdarzają się takie koszulki.

      Usuń
  6. A na co Tobie, Adelajdo, otworzyła oczy Madame chic ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim na to, żeby stawiać na dobre rzeczy, nie na tanie, bo jak mówi stare porzekadło: tanie mięso psi jedzą. Korzystam z ładnych filiżanek, a obtłuczki wyrzuciłam, korzystam z pięknej starej porcelany (na zdjęciu!) na co dzień. Staram się próbować nowych smaków. No i przede wszystkim kiedy kupuję, to kieruję się najpierw innymi kryteriami, a na końcu dopiero ceną. Nie żebym miała w domu maszynkę do robienia pieniędzy, bo jestem bibliotekarką i właściwie wzmianki i średniej krajowej mnie deczko irytują ;) ale jeśli coś kupić to kupić dobre, żeby starczyło na dłużej. Zresztą rzadko kupuję cokolwiek, oprócz książek ;) Ale generalnie - nauczyła mnie, żeby żyć ładnie i nie bać się używać ładnych rzeczy.

      Usuń
    2. Otóż to! "Kultura" jedzenia z plastikowych lub tekturowych talerzy deprawuje nasze poczucie estetyki. Natomiast w czasach "okazji" można mieć i filiżankę i talerzyk z porcelany, nawet na dwie osoby, bo dużo kosztuje komplet na 6 osób. Do tego ładna serwetka, kwiatek w wazonie, dobra muzyka w tle i oddalamy się o lata świetlne od bylejakości.

      Usuń
    3. U mnie walczą dwa fronty: rustykalny i elegancki - bo lubię kamionkę i glinę, a z drugiej strony porcelana (ale z minimalnymi ozdobami, bo nie lubię tego nowoczesnego trendu wzornictwa do przesady). Nie cierpię tych białych talerzy z arkoroku - są w Polsce, widziałam takie same w Wiedniu i w Wielkiej Brytanii! Niestety, nie dysponuję takimi pieniędzmi, żeby stać mnie było na Rosenthala, ale wystarczy poszperać w antykach, pchlich targach, czy na allegro, a już trafi się coś satysfakcjonującego. Poza tym, część ludzi po prostu dostaje "w spadku" serwisy bądź ich fragmenty. Ja mam po babci tę filiżankę i cztery pozostałe i niestety, tylko trzy talerzyki - i szukam choć jednego więcej talerzyka.

      Usuń
    4. Arkopale i arkoroki są dobre do codziennego użytku dla niezgrabnych paluchów, a porcelanę można znaleźć pojedynczo na pchlich targach albo, jak zauważyłaś, odziedziczyć :)
      Tak, prostotę jeśli chodzi o ozdoby, też lubię. Mniej znaczy więcej :)

      Usuń
    5. Bardzo lubię jeść na takich kamionkowych talerzach wygrzebanych z angielskiego ciucheksu - są śliczne i jakoś tak lepiej na nich smakuje :)

      Usuń
    6. Nie znam kamionki angielskiej, ciekawa jej jestem. Znam tę z Bolesławca. Niektóre potrawy nabierają stylu na kamionce. Jak zjeść smażoną kiełbasę z cebulą na porcelanie, no jak? :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...