Blogrolle, widgety i koszulki z logo, czyli jak zmienialiśmy sie przez blisko dekadę

Po bez mała dwóch miesiącach nieobecności w blogowym światku wróciłam, że się tak wyrażę "na stare śmieci". Te sześćdziesiąt dni dało mi pewien dystans, może bardziej dystansik, czy też pozwoliło jakoś spiąć tę dekadę obecności w sieci. Nie chcę tym razem pisać o sobie, o swoim blogowaniu, nie chcę się przerzucać latami na wirtualnym karku, ale chciałabym się z Wami podzielić kilkoma obserwacjami. 


Nasz książkowo-blogowy światek (skądinąd mniej liczny niż lifestylowy, czy mniej efemeryczny niż gastronomiczny, a już z pewnością mniej dochodowy niż szafiarski) przechodził przez te kilka lat różne fazy. Większość z nas, jeśli zaczynała pisać ponad dekadę temu, robiła to nieśmiało; blogi literackie lub recenzenckie należały albo do pisarzy czy felietonistów podpiętych pod portale, albo do amatorów opowiadań on-line (żeby nie nazwać ich po prostu grafomanami). Koszmarnie zaprojektowane strony straszyły dziwnymi tabelkami robionymi w HTMLu, a migające gify przyprawiały o oczopląs, obowiązkowe nieprzydatne widgety z rybkami pląsającymi w stronę kursora - to były nasze grzechy! 
Każdy na własną rękę próbował się promować na portalach tematycznych, forach internetowych i wśród znajomych, bo ponoć to miało przynieść oczekiwane audytorium.
[Taka mała dygresja: obserwowałam wówczas liczną grupę dziergającą skupioną fanatycznie wokół jednej osoby, od której nawet wzięło nazwę forum internetowe i modliłam się w duchu, by coś takiego nie stało się z blogami książkowymi.] 

O nowych blogach dowiadywało się z blogrolla, który teraz praktycznie zniknął; kiedyś był miłym dodatkiem - obserwowało się blogi i dawało innym znać, że warto kliknąć i sprawdzić samemu. Zapewniało to ruch, o który tak bardzo zabiegamy (-liśmy?). Teraz blogrolle to już niemal przeszłość - mamy nowoczesne szablony, na których nie ma miejsca na promocję innych. Szablony często są wykonywane na zamówienie - fajnie, dzięki czemu nie ma się wrażenia, że wchodzi się na jeden i ten sam blog z brązowym tłem i nijakim nagłówkiem. Tylko niekiedy - i to nie tylko moje zdanie - ciężko odróżnić blog od portalu. Bardzo pozytywne jest to, że nasze zdjęcia z obowiązkowej okładki z LC (ok, korzystam z tego nadal) starają się aspirować do oryginalnego spojrzenia na przedstawianą księżkę, część z nas ma własne liczne obserwowane konta na Insta (tzw. bookstagram). 

Po pewnym czasie wyklarowała się nasza nisza, nisza blogów książkowych. Już można było powiedzieć, kto się czym zajmuje, kto jak pisze, u kogo można znaleźć s-f, a u kogo romanse. Wydawnictwa zaczęły to dostrzegać i nastała moda na współprace. Banerki z candy i tablice reklamowe niemal zasłoniły większość blogów, a współpraca w niektórych przypadkach szła w ilość, nie w jakość. Jak grzyby po deszczu powstawały blogi, które istniały jedynie, by ten lub inny nachapał się darmówek. Na szczęście amplituda tego zjawiska chyli się ku upadkowi, a na "rynku" zostały jedynie blogi, które już ugruntowały swoją pozycję i zaświadczyły, że współprace to tylko wisienka na torcie blogowania.

Mieliśmy także kilka większych lub mniejszych gówno-burz, które linkowane na fb gasły równie szybko, jak się rodziły. Mija również powoli moda na wszechobecne konkursy, rozdawajki i candy: biorących udział coraz mniej, a głupio żebrać o wstawienie banerka na pasku bocznym, bo szablon spięty na sztywno i pasek się rozjedzie. Mam nadzieję, że zniknie również moda na podsumowanie miesiąca, tygodnia, stosiki i inne blogowe zapchajdziury. Zauważyłam również, że większość wyzwań poumierała, choć niektóre były świetne i bardzo oryginalne (wspominam z rozrzewnieniem wyzwanie Trójka e-pik Sardegny).

Facebook. Odkryły się przed nami nowe możliwości: większość blogów ma własne zintegrowane fanpage'e, wymieniamy się linkami, spamujemy znajomych, żeby polajkowali nasze posty, na które większość i tak nie wchodzi. Coraz rzadziej również wymieniamy się opiniami - może na początku komentarze były swoistym zaproszeniem do siebie, dziś nawet jeśli się wchodzi, rzadko zostawia się po sobie znak. Może po protu ten etap mamy za sobą i skorośmy się już poznali i zaprzyjaźnili - możemy poruszać każdy inny temat (na przykład wsparcie estetyczne, szczególnie w piątkowe, dłużące się popołudnie). Niestety, w promocji blogów również przeszkadzają sami twórcy fb "ulepszając" go tak, jak zieleń miejska pielęgnuje drzewa ścinając konary do koszmarnego kikuta: płatne reklamy zabiły ruch, a skradziona "przelotka" do fanpage'a nie daje już możliwości bezproblemowego poruszania się jako podstrona (poruszamy się jako osoba - i nie sposób czegoś zalajkować jako strona). 

Ewoluowała również nasza ranga: z początku byliśmy w tej samej beczce, co pamiętniki trzynastolatek pełne mrugających gifów z kotkami. Nawet kiedyś usłyszałam, że pewna książka jest tak zła... jakby to był jakiś blog! Po pewnym czasie zostaliśmy zauważeni jako poważna siła; jesteśmy czytani nie tylko i wyłącznie przez siebie samych, ale przez ludzi szukających rzetelnych opinii o książkach. Piszą o nas w gazetach i to nie prześmiewczo, ale jako o silnej grupie, która ma coś do powiedzenia. Mamy odwagę mówić "jestem blogerem książkowym", rozdajemy własne zakładki, drukujemy sobie koszulki z logo naszych blogów, zrzeszamy się, a targi książki witają nas z otwartymi ramionami. Jestem dumna, że należę do tej blogowej rodziny (choć regularnie zdradzam książki z szydełkiem:p) i że mimo różnych przeciwności losu trzymamy się razem. Jestem ciekawa, jak blogi i blogowe środowisko będzie wyglądało za lat dziesięć, piętnaście, trzydzieści; czy to, co teraz jest nowe (no, w miarę nowe - technologia, Internet, portale społecznościowe) wyjdzie z mody, czy "władcy internetu" dodadzą nowe wspaniałości, z których chętnie będziemy korzystać?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...