Wieloryby i ćmy - Szczepan Twardoch

Otwierające Dzienniki Twardocha stwierdzenie o maleńkim bodhim, którego widzi w swoim nowo narodzonym synu mnie ujęło. Ujęło mnie tak bardzo i nałożyło się na to, co widziałam w moim maleństwie, że tym mnie Twardoch kupił. I resztę Wielorybów i ciem czytałam bardzo nieobiektywnie.
źródło: lubimyczytac.pl
Fragmenty "gdybalne" są również takie bardzo "moje". Podoba mi się również to "ustawienie", to Twardochowe podejście do świata, że powinniśmy raczej patrzeć w swój talerz, że sprawy globalne, owszem, ale trzeba się zajmować tym, co ma się pod nosem. Wielokrotnie autor wypowiada - nie obchodzi mnie to. I to jest zdrowe - w czasach realityshowów, wywnętrzania się w przeróżnych pudelkach, tego podglądactwa, można iść w poprzek tego mainstreamu i nie interesować się, nie pytać. Ale obserwować, notować, spostrzegać. Dobrze jest mieć swoje przekonania, ale nie machać nimi nachalnie wszystkim przed oczami.  Twardoch zainteresowany jest swoim życiem, rodziną, przyjaciółmi, literaturą Máraiego i Eliadego, licznymi peregrynacjami (jako zagorzały domator mam dyskomfort kiedy czytam o dalekich podróżach, a takich tu nie brak).

Wieloryby i ćmy pełne są filozoficznej głębi, ale uważam, że to bardziej eseje o samym sobie niż dziennik, ale nie mówię tego złośliwie; te zapiski są jakby wyrwane z czasu, wyabstrahowane z kalendarza. Daty są podane tylko rocznie, więc zakres jest niby 2007-2015, ale autor sięga również we wspomnieniach do czasów wcześniejszych. Dzienniki są również - takie odniosłam wrażenie - taką rozgrzewką, czy raczej treningami pomiędzy pisaniem powieści.

Nie wiem, skąd te słowa oburzenia, że za młody, by pisać dzienniki, że za młody, by pisać tak dobrze, że się promuje, że to, że to, że tamto. Przecież nie broda zdobi filozofa! Czytałam w zeszłym tygodniu wywiad z Twardochem (jakie fajne uczucie wiedzieć, jaki ktoś ma głos i czytać sobie wywiad właściwym głosem) i niestety zjechałam na komentarze. Również się dziwię opiniom na LC, z których przeważają słowa takie jak "nuda", "lans", "grafomański banał". Nie rozumiem. Jasne, że każdy czyta "po swojemu", ale odniosłam dziwne wrażenie, że wypada krytykować Twardocha, bo tak, bo mu się "udało", a "my" nie lubimy, jak się komuś "udaje". Na szczęście w Rybniku, gdzie mieszkam Twardoch jest lubianym i cenionym twórcą, jak i chyba na całym Śląsku. Bo - parafrazując irlandzkie powiedzenie (a może angielskie, nie pamiętam) - możesz wyrwać Twardocha ze Śląska, ale nie wyrwiesz Śląska z Twardocha.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...