Cormoran Strike prowadzi śledztwo

Kiedy gruchnęła wiadomość, że nikomu nieznany pisarz, debiutant mający na koncie dość błyskotliwą, ale kiepsko stojącą w kolejce po laur bestselleru książkę Robert Galbraith*, to znana wszystkim "matka" Harry'ego Pottera, wcale mnie to nie zdziwiło. Wielu pisarzy, by oddzielić swoje wymyślone uniwersa przybiera inne pseudonimy, jak choćby nasz Joe Alex, który jest alter ego Macieja Słomczyńskiego.
Choć od wydania pierwszej powieści, Wołania Kukułki, minęły trzy lata, jakoś nie paliłam się do tej lektury. A szkoda, bo to bardzo dobra powieść! Podobnie jak w przypadku polecanej przez czytelniczkę Wyspy klucz - sięgnęłam po Galbraitha przez gorące zapewnienia, że mi się to na pewno spodoba.

Cormoran Strike, zwalisty i włochaty jak niedźwiedź grizzly, weteran wojenny z deficytem prawej nogi, prowadzi cienko przędącą agencję detektywistyczną w centrum Londynu. Pewnego dnia jego życie zmienia się za sprawą dwu kobiet, Charlotte, z którą po 16 latach definitywnie się rozstaje oraz Robin, sekretarką z biura Tymczasowe Rozwiązanie. Ten sam dzień przyniósł ze sobą również coś innego - ważnego klienta, który na zawsze zmieni oblicze biura.
Wołanie Kukułki to nie tylko sprytnie pomyślany kryminał, ale także pstryczek w nos dla mediów i świata show bussinesu - śledztwo dotyczy śmierci supermodelki i obnaża zachłanny światek mody i interesów.

W osiem miesięcy po rozwiązaniu zagadki tajemniczej śmierci Luli Landry, w biurze zjawia się niepozorna kobieta w średnim wieku, bezskutecznie poszukująca swojego męża, znanego awangardowego pisarza, który zaginął wraz z ostatnią niewydaną skandalizującą powieścią Bombyx Mori (Jedwabnik). Biuro, po tym jak Strike pojawiał się na pierwszych stronach gazet, zostało zasypane ofertami ofertami śledzenia niewiernych kochanek i wiarołomnych mężów, więc Cormoran z wielką chęcią podejmuje się misji zwrócenia kobiecie męża. Klimat powieści jest zbliżony do Morderstw w Midsomer i kryminałów Agathy Christie, a Galbraith tym razem nie oszczędza światka wydawniczego. Sama zagadka kryminalna jest... dość oczywista i domyśliłam się kto zabił, kiedy Galbraith wprowadził tę osobę "na scenę".
 
Trzecie spotkanie ze Strikiem i jego dzielną partnerką to Żniwa Zła. Ta część jest bardzo mroczna, a czytelnik dostaje nie lata orzech do zgryzienia, ponieważ podejrzanych jest aż trzech. Zniknął (niestety) klimat powieści lekkich detektywistycznych, a w zamian mamy brutalny dreszczowiec z elementem "mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet". Galbraith świetnie dobrał soundtrack - morderca ma fioła na punkcie zespołu Blue Öyster Cult.

Wielkim zaskoczeniem dla mnie było, że imię Cormoran nie pochodzi od nadwodnego ptaka (po angielsku cormorant), tylko od olbrzyma z kornwalijskiej legendy. W każdym razie ładnie by pasowało - Robin (rudzik), Cormoran i Kukułka. 
Jeżeli czytaliście Harry'ego Pottera pamiętacie częste cytowanie Proroka Codziennego - i w Strike'u mamy częste wyimki z prasy wplecione w intrygę. Jeżeli rozdawałabym plusy i minusy to minus (ale taki maleńki) za wyświechtany trick z wizytówką w pierwszej części, a duży, ale to ogromny plus za postać Robin - to silna, mądra i oryginalna bohaterka. Powieści Galbraitha bardzo polecam, bo to naprawdę dobrze napisane książki i widać w nich warsztat szlifowany przez lata. 

Niedawno gruchnęła informacja, że Rowling jest w pisarskim ciągu i obiecuje nam dwie nowe powieści, w tym jedną o Cormoranie. A BBC wyczuwając pismo nosem już kręci serial, na który fani czekają (w rolę detektywa wciela się Tom Burke, a Robin będzie grała Holliday Grainger).
 



* będę się trzymała męskiej formy i w poście będę pisała o TYM Galbraithcie, nie o JK Rowling.

Małe podsumowanko 2016 roku

Jestem krótko przed finiszem 71-go tytułu* w tym roku. W piątek będzie ostatni w tym roku recenzyjny post. (* zdecydowałam książki kilkutomowe traktować jako jedno dzieło, o ile jak w przypadku Harry'ego Pottera, czy Władcy Pierścieni kolejne tomy nie noszą innych tytułów). 

Z końcem zeszłego roku zrobiłam sobie listę, której całkiem nieźle się trzymałam... tak do marca może. Ale i tak jest nieźle - dużo książek mi przybyło i zaczęłam je czytać od razu. Zupełnie nieprzewidzianie sięgnęłam po HP (kolejne czytanie), i ogólnie po fantastykę - wspomnianego Tolkiena, Gaimana, Beagla, Butchera. Choć pierwsza połowa roku zdecydowanie obfitowała w non-fiction: dzienniki, reportaże, eseje (właśnie! to mi przypomina o bardzo zaległej Susan Sontag!).
W 2016 nie obyło się bez "nieoczywistych"

Klasyka w tym roku miała swoje pięć minut w postaci Cichego Donu (tak, tak, też zaległy), Wharton, Dickensa, a także Noblistów: Lewisa, Tagore'a i Lagerlof. Świętowałam rok Sienkiewiczowski (Listy z Afryki). Zadziwiająco dużo przeczytałam kryminałów. A generalnie własnych książek przeczytałam 59 (pozostałe były pożyczone). Trzy razy sięgnęłam po modne książki i trzy razy doznałam rozczarowania.  Sięgnęłam po 15 Polaków (w tym dwa razy po Jacka Dehnela), a trzy razy czytałam po angielsku.
W przyszłym roku czeka zaległa recenzja Cichego Donu


Zdecydowanie najlepsze książki, które czytałam w tym roku to Dziewczyna z portretu, Niezłomny i wszystko Susan Sontag. Niesamowicie uśmiałam się przy Arystokratkach (czekam na spotkanie z autorem i trzecią część :)

Na koniec roku  - dzięki Agnes - odkryłam kaligrafię, a moje niezorganizowanie ma szansę zostać ujarzmione w 2017 roku dzięki bullet journal.
Zestaw do ćwiczeń

Muzycznie 2016 pozostawał w klimatach radiowej Dwójki, BBC 3 i nowo odkrytego RTE Lyric, ale miałam od czasu do czasu ochotę na Audioslave, czy Hole. Filmowo również dużo się działo, szczególnie w pierwszej połowie roku. Obecnie wracam do filmów już widzianych, a których ścieżki dźwiękowe stale mi towarzyszą: Źródło, Atlas Chmur, Tylko kochankowie przeżyją, Pachnidło (kocham tę muzykę!). 

Plany? Lista książek wisi na blogu - chociaż najpierw przeczytam wypożyczone (Szkarłatny płatek i biały, Noc, Bicia nie trzeba było ich uczyć). Listę filmów mam w notatniku i będę sukcesywnie w miarę możliwości odkreślała. Czekam również na kilka premier kinowych (Łowca androidów 2049) i refleks dystrybutorów (Alone in Berlin - na podstawie książki Każdy umiera w samotności, i Mistrz na podstawie biografii Henry'ego Jamesa pióra Colma Toiblina). 
A z premier książkowych najbardziej nie mogę się doczekać nowego Zafona!
 
I oby ten nadchodzący, 2017, był lepszy od odchodzącego...

Przekrój!

Kochani, lepszego prezentu gwiazdkowego nie można sobie było wymarzyć! Wrócił stary dobry Przekrój. Inteligentne pismo dla kulturalnych ludzi z poczuciem humoru, nad którym unosi się dobry duch Mariana Eile. Po tym jak kilka lat temu dokonano mordu na tygodniku i gwałtem porwano go do stolicy stali czytelnicy pozostali ze złamanym sercem i... z niczym do czytania. I choć zreanimowane pismo wydawane jest nadal w Warszawie, duchem (i duszą) nadal pozostaje w grodzie Kraka. 

Nowy numer kwartalnika Przekrój już w sprzedaży.

Zaledwie kilka dni temu dowiedziałam się z Dwójki (moje źródło informacji wszelakich), że będzie nowy numer Przekroju, który nawiązuje do tradycyjnych, wydawanych w Krakowie numerów. Tym razem będzie on kwartalnikiem. Jak w nocie "od wydawcy" pisze redaktor naczelny Tomek Niewiadomski "poszukiwania pomysłu na nową formułę rozpoczęliśmy od porządkowania i przeglądania dawnych publikacji. To była podpowiedź, co robić dalej. Przesiąknęliśmy atmosfera pisma (...)". Praca nad pismem trwała ponad dwa lata! I to widać - widać i czuć atmosferę, która wydawała się nie do odtworzenia. 

Co jest w piśmie i dlaczego tak wysoko skaczę z radości? Otóż jak każdy czytelnik wie, czytanie Przekroju zaczynamy od profesora Filutka, czyli od ostatniej strony. Mamy tak i O Wacusiu i humor zeszytów szkolnych i inne Rozmaitości. 

Kultowa ostatnia strona z Rozmaitościami
Potem zaczynamy już czytać "normalnie", czyli od deski do deski: informacje ze świata, z kraju, ciekawostki - wszystko polane specyficznym lekkim sosem; świetnie napisane felietony, między innymi Andy Rottenberg, długie artykuły - wreszcie coś do czytania, a nie tylko "przelecenia"! No i oczywiście "stałe fragmenty gry", takie jak krzyżówki, Myśli ludzi wielkich, średnich oraz psa Fafika, To i owo, Savoir vivre. 

W numerze dużo ciekawych i długich artykułów.

Szata graficzna nie zawiedzie czytelników krakowskiego Przekroju - mnóstwo Mrożka, Lengrena, charakterystyczne rysuneczki, ramki, zmiana kroju i wielkości czcionek, no i charakterystyczna rączka. Są i oczywiście nowi graficy, którzy świetnie wyczuwają klimat pisma. 

Grafika jak za dawnych dobrych lat!

Kwartalnik Przekrój to niezwykle udany mariaż starego z nowym. Na takie pismo czekalim-śmy. A teraz przepraszam, idę czytać dalej :)

Front burzowy - Jim Butcher

Na fali zainteresowania przygodami czarodziejów (Harry Potter) zabrałam się za długo odkładaną serię Akta Harry'ego Dresdena Jima Butchera. Parę ładnych lat temu oglądałam serial oparty na serii, który zachęcił nas do kupienia książek - mąż przeczytał je od razu, a ja zwlekałam. 

żródło: LubimyCzytac.pl

Front burzowy to klasyczne urban fantasy o magu detektywie wplątanym w zagadkowe morderstwa; Dresden lawiruje między światem niemagów, czyli zwyczajnych ludzi i niesamowitych stworzeń: tworzy pułapkę na elfy, mieszka z duchem powietrznym Bobem zamkniętym w spreparowanej czaszce, spotyka się z wampirzycą prowadzącą dom publiczny. Czytelnik zostaje także wprowadzony w reguły rządzące światem Dresdena - porządku strzeże Biała Rada, a 7 skodyfikowanych praw nie daje furtki chcącym nadużyć mocy. Ze strony niemagów na straży porządku stoi policjantka Karrin Murphy, która darzy Harry'ego zaufaniem, chyba jako jedyna w policyjnym światku. 

Pomysł jest naprawdę przedni i byłam skłonna prześledzić cała serię - choć Butcher wydał kilkanaście książek, w Polsce ukazało się na razie 9. Dresden, trochę stylizowany na Chandlerowskiego Marlowa, wydaje się podobnie cyniczny i sponiewierany życiem, tak samo wiąże koniec z końcem oczekując na kolejne zlecenie od klienta, bo jako prywatny detektyw-mag, powiedzmy szczerze, nie ma zbyt wielu ofert. 

Butcher oferuje całe uniwersum złożone z duchów, wampirów, demonów, wilkołaków, etc., systematyzuje i tłumaczy. I wszystko byłoby dobrze, gdyby... Butcher potrafił pisać. Niestety powieść pisana jest w pierwszej osobie i czytelnicy muszą znosić smędzenie Dresdena. Miejscami autor piekielnie przynudza, przez co cała akcja zwalnia jak pociąg towarowy przed przejazdem. Może Rowling i Gaiman mnie zbyt rozpieścili, żebym doceniła Akta Harry'ego Dresdena; w każdym razie o ile może wrócę kiedyś do serialu, to do książek raczej nie. 

Polki, które zadziwiły świat - Joanna Puchalska

Polki, które zadziwiły świat to 13 portretów mniej znanych, a wartych przypomnienia życiorysów kobiet, które swoją odwagą i determinacją pokonały przeciwności losu. Można wyodrębnić dwa nurty, którymi autorka, Joanna Puchalska kierowała się przy wyborze historii – pierwszy to kobiety czasów wojny, kurierki, łączniczki, żołnierki, więźniarki, drugi nurt skupia się na czasach pokoju, gdzie kreatywność kobiet nie ma granic. 
źródło: LubimyCzytac.pl


Pełne anegdotek i ciekawych, niekiedy mało znanych faktów historycznych rozdziały poszeregowane są chronologicznie. Puchalska zaczyna od dzielnej Anny Doroty Chrzanowskiej, uczestniczącej czynnie w obronie twierdzy Tremblownia (1675 rok). Porównuje małżeństwo Chrzanowskich do postaci Michała i Basi Wołodyjowskich. W dalszej części książki natrafiamy na życiorys Anny Henryki Pustowujtówny, żołnierza powstania styczniowego, adiutant Mariana Langiewicza, która dzielnie znosiła znoje życia w kamaszach. Jej sława obiegła ówczesną Europę – jej fotografie w mundurze wystawiano w witrynach, a gazety z wywiadami sprzedawały się na pniu. 

Anna Henryka Pustowójtówna w mundurze powstańczym 1863. źródło: wikipedia.org

Janina Lewandowska, jest kolejną kobietą o niezłomnym charakterze – córka generała Józefa Dowbora-Muśnickiego chciała występować na kabaretowych scenach, ale los sprawił, że porzuciła karierę sceniczna na rzecz… lotnictwa. Potrafiła nie tylko pilotować samolot, ale także skakała ze spadochronem. W sierpniu 1939 dostała kartę mobilizacyjną; wzięta do niewoli niedługo potem przetrzymywana była w obozie w Kozielsku. Jest jedyną kobietą straconą przez NKWD w Katyniu. Jej młodszą siostrę rozstrzelano w Palmirach.

W 1718 przyszła na świat Salomea Regina z Rusieckich Pilsztynowa, lekarka i okulistka lecząca między innymi kobiety z haremu sułtana. Rozdział opiera się po części na pamiętnikach zostawioną przez panią doktor, w których „swobodną polszczyzną” opisywała swoje przygody, które zwrotami akcji przyprawiają o zawrót głowy i są niemalże gotowym scenariuszem do filmu!

Inną kobietą nauki jest wymieniona przez Puchalską Alicja Dorabialska, pierwsza kobieta profesor na Uniwersytecie Lwowskim. Jej inspiracją było życie i praca Marii Skłodowskiej-Curie, u której odbywała staż. Od najmłodszych lat przejawiała niezwykły głód wiedzy i niezłomny charakter. W czasie okupacji udzielała się w tajnych kompletach, ucząc miedzy innymi sławnego z książki Kamińskiego „Zośkę”.


Izabela Czartoryska, portret pędzla Aleksandra Roslina z 1774 roku, źródło: wikipedia.org

Warto zwrócić uwagę na życiorys Izabeli z Flemmingów Czartoryskiej, której lata życia przypadają na czasy rokoka i oświecenia. Była założycielką pierwszego w Polsce muzeum, ochoczo urządzała przedstawienia i żywe obrazy, w których brała udział. Opublikowała szereg poradników dotyczących pielęgnacji ogrodu i urządzaniu wnętrz, dbała również o dobro i edukację okolicznych mieszkańców zakładając szkołę powszechną i zawodową. Izabela Czartoryska jest przykładem kobiety mądrej i niezależnej. Można powiedzieć, że jej spuściznę kontynuowała córka, Maria Wirtemberska, sławna pisarka ówczesnej Polski.

W Polkach, które zadziwiły świat znajdziemy równie pasjonujące życiorysy Wandy Ossowskiej, kurierki i łączniczki związanej z konspiracyjnym podziemiem Lwowa, Haliny Konopackiej, sławnej medalistki olimpijskiej w lekkoatletyce, Beaty Obertyńskiej, poetki i więźniarki łagru, Cezarii Iljin-Szymańskiej, powstańca i architekt, związanej przez całe życie z Warszawą, która po wojnie pomagała odbudować, a także malarki Marii Anto, znanej niestety bardziej za granicą niż w Polsce, co mogło być spowodowane jej działalnością antypartyjną.

Chociaż brakuje mi w zestawieniu Modrzejewskiej, Sendlerowej czy Negri rozumiem i popieram decyzję Puchalskiej, by uhonorować mniej znane bohaterki. Ich losy stanowią piękny obraz kobiecej siły, determinacji i niezłomności, które warto naśladować.

Podcast audycji z radiowej Dwójki Niewolnicy i spadochrony, czyli losy odważnych Polek (wywiad z Joanną Puchalską)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Muza.

Taki klimat

Przyszedł czas kocyka, parującej herbaty pitej z ulubionego kubka i czytania ulubionych książek. Zdecydowanie nie jestem „zimową” osobą. O wiele bardziej lubię złota polską jesień, czy wiosnę z tym specyficznym zapachem obudzonej wegetacji i świergotem ptaków. No, ale zimę przeżyć trzeba, nawet jeżeli się ma ochotę zakopać w kołdrę jak jakiś suseł, czy borsuk.
Moje ulubione miejsce spacerów - las usytuowany nieopodal domu

Jako, że idzie koniec roku, domyka się wszystkie projekty, robi podsumowania, bilanse. Czas pędzi jak na złamanie karku. A ja mam ochotę wyhamować, grać z dzieckiem w szachy, przeczytać wszystkie części Harry’ego Pottera, i słuchać swingu i Debussy'ego. HP czytam po raz (+ raz słuchałam audiobooków oczywiście), jestem w połowie mojej ulubionej części, czyli Księcia półkrwi; w sobotę do pociągu wzięłam ponad dziewięćsetstronicowy Zakon Feniksa;) Chyba tylko to na razie mi „wchodzi”, idzie szybko i cieszy. 

HP w twardej oprawie "dla dorosłych";)

Odkryłam też coś nowego, na co pewnie przewalę pół wypłaty;) No cóż, jak się odkrywa coś, co chce się robić i co daje dużo satysfakcji, to trzeba się tego trzymać. To chyba przepis na znielubiona porę roku. Otoczyć się ludźmi, których się lubi, rzeczami, które cieszą i robić to, co się lubi najbardziej.

[Ze słownikiem], czyli jak zacząć czytać po angielsku?

Chcecie zacząć czytać w obcym języku, ale nie wiecie, od czego zacząć? Obawiacie się, czy sobie poradzicie? Wydawnictwo [Ze słownikiem] wypuściło serię klasyki brytyjskiej, które pomoże Wam uporać się co trudniejszymi słówkami i zwrotami.


Czytanie w oryginale ma swoje niewątpliwe plusy - pozwala obcować z pięknem języka, którego dopiero się uczymy, lub który szlifujemy. Nasycony idiomami i zwrotami, których znaczenie możemy poznać w praktyce. 


Jak zbudowana jest książka wydawnictwa [Ze słownikiem]? Oprócz oryginalnego tekstu mamy trzy słowniczki:
  • Słownik najczęściej występujących i najprostszych słów w danej publikacji. Znajomość słownictwa z tego słownika pozwala na zrozumienie 70-80 % treści książki.
  • Podręczny słownik na marginesie każdej strony – zawiera wszystkie nowe słowa, które nie zostały ujęte w słowniku najczęściej występujących słów.
  • Kompletny słownik wszystkich słów i form, które wystąpiły w danej publikacji pozwala na odnalezienie nieznanego słowa jeżeli czytelnik zapomniał wcześniej wyjaśnionego znaczenia.*
 Font użyty w tekście jest dobry do czytania, nie męczy wzroku mi pozwala ogarnąć wzrokiem tekst.




Myślę, że czytanie książek [Ze słownikiem] może być świetnym ćwiczeniem w nauce języka angielskiego, które pozwoli nie tylko zrozumieć ten język, ale i lepiej nim operować na co dzień. Do tego łączymy przyjemne z pożytecznym - oddajemy się lekturze dla przyjemności za razem ucząc się. Osoby, które dopiero zaczynają swoją przygodę z nauką angielskiego bez problemu odnajdą się w tak skonstruowanych książkach i odkryją przyjemność obcowania z tekstem oryginalnym.


Za możliwość podszlifowania języka angielskiego dziękuję wydawnictwu [Ze słownikiem].

* ze strony Wydawnictwa

Dziewczyna z pociągu - Paula Hawkins

Dziewczyna z pociągu jest wspaniałym produktem marketingowym, ale bardzo średnim thrillerem. Hawkins mówi o naszej kondycji, jako społeczeństwa, nie ważne, że rzecz dzieje się w Wielkiej Brytanii, bo przemoc wobec kobiet, przemoc domowa jest poważnym problemem na całym świecie. 

źródło: LubimyCzytac.pl

Alkoholiczka Rachel po rozwodzie z Tomem pomieszkuje u przyjaciółki. Rano, jak zwykle wybiera się do pracy pociągiem ósma cztery… z tym, że nie pracuje już od jakiegoś czasu. U kobiety pogłębia się depresja, kiedy widzi swoją następczynie, Annę z dzieckiem. Z dzieckiem, którego nie mogła dać Tomowi. Równocześnie zza okna wagonu obserwuje parę idealną, i ogrzewa się w blasku ich idealnego życia. Jednakże pozory mylą i nic nie jest takie, jakie się wydaje. Dochodzi do tragedii i tylko Rachel mogłaby pomóc, gdyby nie zaniki pamięci.

Historia jest dość prosta. Mamy raczej do czynienia z dramatem kameralnym niż kryminalnym. Może czytałoby się to dobrze, ale język jest prosty jak dla sześciolatka i od pierwszych stron właściwie można się domyślić, co się wydarzy. Rachel jest wykreowana na bohaterkę złamaną, doświadczoną, która ma odbić się od dna, odegrać ważną rolę, ale jest irytująca i natrętna jak końska mucha; ma prawo być słaba, przecież jej przeżycia każdego uczyniłyby słabym, ale jakoś nie mogłam się zmusić, by jej współczuć.

Filmu jeszcze nie widziałam, ale zamierzam. Lubię Emily Blunt i jestem ciekawa, czy ożywiła postać Rachel.

Policjanci. Za cenę życia - Rafał Pasztelański, Joanna Pasztelańska [recenzja mojego męża]

Dzisiaj zapraszam do lektury recenzji gościnnej, autorstwa mojego męża. 

Służba w Policji jest nie mniej niebezpiecznym zawodem niż służba wojskowa. Została utworzona 6 kwietnia 1990 roku. Coraz więcej funkcjonariuszy ginie na służbie, a liczba ta przekracza już liczbę poległych żołnierzy.
źródło: LubimyCzytac.pl

Policjanci. Za cenę życia to dziewięć historii opisujących życie i śmierć dwunastu policjantów odbywających służbę po transformacji w 1989 roku. Jeśli spodziewacie się pościgów i emocjonujących akcji policji – jak to obiecuje blurb - to raczej ich w Policjantach nie znajdziecie. Każdy rozdział jest podzielony na historię życia oraz epilogu po śmierci każdego funkcjonariusza, które poznajemy z opisów rodziny, przyjaciół i współpracowników. Jak dla mnie jest to najsłabsza część książki przypominająca telewizyjne dramy z opisami walki z systemem, rodziną czy kochanką męża.

Z fragmentów opisujących wydarzenia, które doprowadziły do śmierci policjantów wyłania się obraz Polski lat 90-tych, kraju w którym Policja straciła wcześniejszy respekt, którym szczyciła się jej poprzedniczka, Milicja. W latach 90-tych pospolity bandyta mógł mieć pistolet maszynowy, podczas gdy policjant dysponował sześciostrzałowym P-64, a wszystkie braki w wyposażeniu łatało się dopiero po tragedii, do której nieuchronnie musiało dojść.

Książka doskonale pokazuje realia pracy polskiej policji, jej procedury i problemy, które funkcjonariusze muszą pokonywać, by działać sprawnie. Oczywiście w książce nie mogło zabraknąć sławnej akcji w Magdalence z 2003 roku, kiedy to z rąk podwarszawskich mafiosów uzbrojonych po zęby zginęło dwóch antyterrorystów, a siedmiu zostało rannych. Dopiero wówczas zaczęto zwracać uwagę na niedobory sprzętu i braki w wyszkoleniu funkcjonariuszy.

Rafał Pasztelański, współautor książki jest znanym dziennikarzem kryminalnym, opisującym działania polskich gangsterów. Joanna Pasztelańska jest reporterką związaną z Dziennikiem Gazeta Prawną, oraz takimi periodykami jak Wiedza i Życie, Fokus, Wysokie Obcasy, czy Wprost.

Wyspa klucz - Małgorzata Szejnert

Rodzinna legenda głosi, że wuj Poldek stracił w Ameryce nogę. To zawsze była dla mnie przestroga przed tramwajami, bo – prawdopodobnie przez gapiostwo – noga utkwiła mu w szynach, a tramwaj ją skutecznie amputował. Ale za sprawą Wyspy klucz Małgorzaty Szejnert zaczęłam patrzeć na wuja Poldka zupełnie inaczej – jakiej trzeba odwagi i samozaparcia by płynąć do Ameryki na początku ubiegłego wieku!

Przez niemal wiek imigranci chcący zacząć nowe życie w Stanach Zjednoczonych zmuszeni byli przechodzić żmudne kontrole na wyspie Ellis. Wysepka początkowo miała niewiele ponad trzy akry, a jej nazwa pochodzi od nazwiska jednego z właścicieli: Samuel Ellis kupił ten kawałek piachu w 1773 i prawdę mówiąc sam nie wiedział, co miałby z tym zrobić. Teren ten pierwotnie należał do Indian z plemienia Lenni Lenape, a nazywali ją wyspą mew, lub później wyspą ostryg. Kiedy indziej zaś do wyspy przylgnęła etykietka wyspy wisielców, ponieważ wieszano na niej piratów.

Pod koniec XIX-go wieku Ellis Island stała się wrotami do raju Stanów Zjednoczonych. To tu działał ośrodek przyjmowania imigrantów. W miarę upływu czasu wyspa rozrastała się; powstawały na niej kolejne obiekty, takie jak dormitorium, wielooddziałowy szpital, a także niewielki park. Jednakże to, co miało działać jak dobrze naoliwiona maszyna zaczęło szwankować – ośrodek miał na celu selekcję uchodźców w celu odsiania elementu niepożądanego: w czasach międzywojennych emigrant mógł być odesłany nie tylko z powodu podejrzenia o chorobę zakaźną, taką jak gruźlica czy jaglica, czy niemoralnego prowadzenia, ale i podejrzenia o przynależność do ugrupowań socjalistycznych. Wprowadzono również przepis o zakazie wjazdu osób, które nie mają dziesięciu dolarów na utrzymanie i ewentualna podróż (niekiedy było to ustawowe pięć dolarów); również odmawiano wjazdu robotnikom kontraktowym, oraz… Chińczykom.
Imigranci w kolejce do badań i przesłuchań, 1904 r. źródło: wikipedia.org

Reportaż Małgorzaty Szejnert jest również poświęcony pamięci osób, które pracowały na wyspie: z wielkim oddaniem i dla dobra przypływających do Ameryki komisarzy wyspy, szeregowych pracowników, matron (żeńska pomoc, dziś można by powiedzieć, że to pewnego rodzaju wolontariuszki, czy pracownice socjalne), wśród których znaleźli się między innymi John. B. Weber, William Williams, czy Robert Watchorn. Jednym z zatrudnionych na wyspie był Fiorello la Guardia, późniejszy wieloletni senator, którego imieniem nazwano port lotniczy. Do dziś możemy oglądać przewspaniałe fotografie wykonane przez Augustusa Shermana; jego dorobek jak na ćwierć wieku pracy na Ellis jest zaskakująco niewielki, bo zaledwie dwieście pięćdziesiąt zdjęć. Ale zachwycają one klimatem i są niezwykłym dokumentem etnograficznym; widać na nich nowo przybyłych wystrojonych w niedzielne ubrania podróżnych, większość ma na sobie stroje ludowe, które już niedługo ustąpią miejsca miejskim sukienkom i ubraniom roboczym.
Przybycie na Ellis, ok. 1908 (zdjęcie wykonane przez Lewisa Hine'a), domena publiczna, źródło; wikipedia.org

Wyspa Ellis musiała widzieć wiele bólu, ale i wiele szczęścia – połączone po latach rozłąki rodziny, jak rodzina Jagielskich: Józef Jagielski na przełomie wieków pisał do żony by do niego dołączyła; niektórzy już zadomowieni dawali listownie rady, co zabrać i jak się zachować, wysyłali szyfkarty, które podobnie jak list do Franciszki Jagielskiej nigdy nie dotarły, bo korespondencję zatrzymywała carska cenzura. Jednakże Franciszka dołączyła do Józefa po ponad dwudziestu latach rozłąki, kiedy ich dzieci dorosły i usamodzielniły się. „W latach 1892-1954 do portu nowojorskiego – pisze Szejnert – przypłynęło ponad szesnaście milionów sześciuset imigrantów (…) Ponad sześciuset dziesięciu tysiącom odmówiono wstępu do Stanów Zjednoczonych.” Jak wiele rodzin rozdzielono, jak wiele marzeń podeptano?

Nie wiem, jak ułożyły się losy wuja Poldka, prócz rodzinnej anegdotki nie zostało nic, co by zaświadczało o jego życiu, podejrzewam że ze znaczną częścią imigrantów chcących śnić amerykański sen jest podobnie. Po ośrodku na wyspie Ellis pozostało muzeum, pełne artefaktów z życia pomiędzy światami: starym, europejskim, i tym nowym, przepojonym niekiedy płonnymi nadziejami.

Zaśpiewaj mi książkę, czyli o piosenkach inspirowanych literaturą

Literatura inspiruje! I to nie tylko filmowców. Muzycy również czerpią po książkowe klimaty, które dają im impuls do napisania świetnych piosenek. Literatura, szczególnie poezja od zawsze była kojarzona z muzyką, wystarczy wspomnieć pieśni romantyczne do słów najwybitniejszych poetów. Pop i rock również korzystają poprzez to, że tekściarze sięgają po literaturę. Gdyby nie te inspiracje nie mielibyśmy takich świetnych piosenek jak:

Postać z Dickensowskiego Davida Copperfielda, Uriah Heep stała się nazwą brytyjskiego prekursora heavy metalu. Podobnie jak słynny zespół The Doors zaczerpnął nazwę z Drzwi percepcji wspomnianego już Aldousa Huxleya. Widać w latach 60/70 kapele zakładali ludzie oczytani - John Kay postanowił nazwać grupę Steppenwoolf po Wilku stepowym Hessego. Jeżeli nazwa Veruca Salt z czymś się Wam kojarzy, to spieszę donieść, że to nie tylko nazwa brytyjskiej grupy muzycznej, ale i postać z Charliego i fabryki czekolady. Camus nie tylko inspirował Obcym - Upadek dał nazwę brytyjskiej kapeli post-punkowej The Fall. Kultowa formacja Marillion zapożyczyła nazwę z Tolkienowskiego Silmarillionu. Mechaniczną pomarańczą Anthony'ego Burgessa inspirowali się Moloko (młodzieżowe słowo określające mleko) oraz zapomniana grupa z lat 80-tych Heaven 17 (nazwa wspominanej w powieści grupy muzycznej). 
Oczywiście takich odniesień jest mnóstwo i można prowadzić obszerne badania nad wpływem literatury na muzykę. A może macie jakieś swoje ulubione piosenki inspirowane powieściami?

Ethan Frome - Edith Wharton

Nowela amerykańskiej pisarki Edith Wharton to klasyczny melodramat o miłosnym trójkącie. Akcja rozgrywa się na początku XX-go wieku w małym miasteczku Starkfield w stanie Massachusetts. Tytułowy Ethan Frome jest okaleczonym mężczyzną w średnim wieku, którego poznajemy oczami przybysza z miasta, inżyniera, który ze strzępków rozmów, odprysków wspomnień miejscowych rysuje sobie obraz tajemniczego mężczyzny. Dowiaduje się niewiele: wiele lat temu zdarzył się jakiś potworny wypadek, z którego From wyszedł chromy na ciele i na duchu. Ale From nie jest upośledzony; choć odpowiada monosylabami i stroni od ludzi (z wzajemnością), to wykazuje cechy człowieka inteligentnego, ba, nawet można podejrzewać, że wykształconego. I tak też było w rzeczywistości. Akcja opowiadania przenosi nas płynnie w czasy sprzed tajemniczego wypadku, niemal ćwierć wieku wcześniej, kiedy to Ethan Frome, były student inżynierii żyje na rodzinnej farmie z niedomagającą żoną Zeeną. Zeenie w gospodarstwie pomaga Mattie Silver, młodziutka i pełna życia kuzynka. Ethan odnajduje w niej nie tylko witalność, której brak jego cierpiącej z urojenia żonie, ale i serce, którego Zeena zdaje się być pozbawiona. 


Nowela Ethan Frome została wydana w 1911 roku, 9 lat przed największym sukcesem Wharton, powieścią Wiek Niewinności. Edith Wharton przyszła na świat w 1862 roku, jak większość pisarek tamtego okresu pochodziła z zamożnego domu i obracała się w środowisku ówczesnej bohemy. Dość wcześnie chwyciła za pióro i już w 1887 roku zadebiutowała jako poetka. Szybko się okazało, że Wharton na poezji nie poprzestanie i oprócz opowiadań, powieści i nowel pisała książki z zakresu dekorowania domu i ogrodu, a także eseje podróżnicze. Była trzykrotnie nominowana do literackiej Nagrody Nobla, a za wspomniany już Wiek Niewinności została uhonorowana Nagrodą Pulitzera. 

Początkowo Ethan Frome była nowelką pisaną jako ćwiczenie w języku francuskim, a oparta została na prawdziwym wypadku, w którym zginęła jedna dziewczyna, a trzy pozostałe i jeden człopak odnieśli liczne rany. 


Choć nazwałam Ethana Frome'a klasycznym romansem jest to raczej gorzka opowieść o zaprzepaszczonych szansach, zmaganiu z losem i ironii ślepej fortuny. Co mnie najbardziej ujęło w książce to te maleńkie znaki znamionujące głębokie uczucie - bez słów, jedynie gesty, spojrzenia, karty powieści aż buzują od nagromadzonych uczuć. Kiedy Zeena świadoma uczucia, które Ethan żywi do Mattie chce odesłać dziewczynę, a na jej miejsce zatrudnić kogoś innego, wraz z Ethanem odczuwamy panikę, rozpacz i niemożność przezwyciężenia przeciwności losu. Całość okraszona dwiema stopami śniegu, który, jak można odnieść wrażenie, zalega również na charakterach mieszkańców czyniąc ich stoicko spokojnych, niemalże bezdusznych. Jeffrey Lilburn uważa, że to, co spotkało Mattie w konsekwencji jest alegorią okrutnego losu kobiety końca XIX-go i początku XX-go wieku. 

 W 1993 na ekrany kin wszedł film Ethan Frome z Liamem Neesonem w roli tytułowej. Choć inżyniera zastąpiono pastorem, a Mattie "przefarbowano" z szatynki na blondynkę, obraz pozostaje wierny pierwowzorowi pod względem klimatu nostalgii i smutku.

Jak zreperować zniszczoną książkę, by była jak nowa?

Jak domowym sposobem skleić naderwane strony? Z pewnością spotkaliście się z podobnym problemem: naderwana, bądź całkowicie oderwana strona książki, która darzycie sentymentem. Co zrobić w takim wypadku? 


Najprostszym rozwiązaniem byłoby sięgnięcie po taśmę klejącą, ale nie dosyć, że ma ona nieodpowiednie ph, to szpeci, więc w konsekwencji zamiast naprawić nasz zniszczony egzemplarz tylko byśmy pomnożyli straty. Spotkałam się również z nalepianiem pasków papieru – blisko, ale też pudło! – pasek nieprzezroczystego papieru całkowicie zaklei nam tekst i wygląda dosyć nieelegancko. 
Nieumiejętnie "naprawiona" książka

Ale jest łatwe rozwiązanie naszego problemu: bibułka specjalnie przeznaczona do ubytków i rozdarć. Takie taśmy można kupić w wielu sklepach specjalizujących się w produktach dla bibliotek, ale jako osoba prywatna nie miałam problemu z nabyciem bibułki, na której mi zależało. Dzisiaj możemy wybierać w mnogości artykułów do reperacji książek, w sprzedaży są dostępne produkty bezkwasowe i łatwe w użytku:
  • taśmy papierowe aktywowane wodą,
  • taśmy papierowe transparentne samoprzylepne,
  • bibułki japońskie transparentne z klejem aktywowanym termicznie,
  • taśmy tekstylne lub folie do wzmacniania grzbietów,
  • taśmy do wzmacniania wewnętrznej części książek. 

Zdecydowałam się na bibułkę japońską termo po przeczytaniu kilku wartościowych opinii. Kupiłam ją do naprawy książek naprawdę starych, niekiedy ponadstuletnich. Ale z powodzeniem można stosować je w książkach nowych. 
Mimo tego iż bibułka wymaga użycia źródła ciepła – w tym przypadku żelazko nastawione na ** z wyłączoną parą! – jest prosta w obsłudze i daje zadowalające efekty. Wystarczy przyciąć, przyłożyć, przejechać żelazkiem i gotowe! Książka uratowana! 

Transparentna bibułka do naprawy książek termo
Rozdarta książka przed reperacją i po użyciu taśmy
 

Kobieta w czasach katedr - Régine Pernoud

Francuska badaczka średniowiecza, Régine Pernoud, kultową już pozycją Kobieta w czasach katedr udowadnia, że średniowiecze było zupełnie inne niż utarte stereotypy. Jej praca rzuca światło na wiele aspektów życia społecznego i kultury średniowiecznej Europy. Wydana po raz pierwszy w 1980 roku książka (polskie wydanie 1990 r.) doczekała się kolejnych wydań i wciąż jest na liście najpoczytniejszych pozycji dotyczących średniowiecza, a także jedną z najpopularniejszych książek o historii kobiet.
Kobieta w czasach katedr - Regine Pernoud. źródło: LibimyCzytac.pl

W starożytności kobiety i niewolnicy byli traktowani jak przedmioty; ojcowie mieli prawo pozbywać się nowonarodzonego dziecka zgodnie z prawem, jeśli urodziło się wątłe lub płci żeńskiej. Kiedy chrześcijaństwo zaczynało przybierać na sile, kobiety zaczynały wyzwalać się spod hegemonii ojców zostając wybrankami Jezusa - nie była to czcza egzaltacja, tylko praktyczne podejście do życia: nie chciały, by mężczyzna narzucał im swoją wolę, nie chciały spod jurysdykcji ojca przechodzić pod nie zawsze opiekuńcze skrzydła męża - niczym rzecz.

Pernoud podkreśla emancypacyjny charakter chrześcijanizmu zaczynając stwierdzeniem niezaprzeczalnego faktu, że to kobiety właśnie, chrześcijanki, "nawracały" swoich pogańskich mężów zasiadających na tronach Europy, jak Klotylda, która "nawróciła Francję" - Chlodwig, potężny władca Franków przyjął chrześcijaństwo w około 500 roku za namową i staraniami Klotyldy.
św. Hildegarda z Bingen. źródło: wikipedia.pl

Wówczas także narodził się nowy typ kobiety: zakonnica. Rzymska wdowa, Fabiola (późniejsza święta) zaczęła prowadzić szpital, a Paula Rzymianka prowadziła klasztor kształcąc pokolenia mniszek, oczywiście w tym zestawieniu nie mogło zabraknąć świętej Hildegardy z Bingen, której kult trwa po dziś dzień. Pernoud wylicza liczne kopistki pracujące nad rękopisami, uczone, a także podkreśla koedukacyjny charakter ówczesnych przyklasztornych szkół.

Najciekawsze rozdziały poświęca Pernoud życiu rodzinnemu, wyliczając niekiedy wiernie sprzęty potrzebne w średniowiecznym domostwie, pokazuje jak ubierały się chłopki, a jak mieszczanki, a jakie bajeczne toalety nosiły damy dworu. Przypomina o urządzeniach, takich jak kołowrotek czy młyn, szkło okienne, twarde mydło, komin i guziki, które dosłownie zrewolucjonizowały życie, co opatruje spostrzeżeniem, iż "w epoce feudalnej, właśnie kobieta była pierwszą użytkowniczką wszystkich tych udogodnień". 

Ówczesna kobieta ma także miejsce w życiu wspólnoty i może podejmować czynności prawne, które w późniejszych wiekach były zarezerwowane wyłącznie dla mężczyzn, a także zajmuje się zarobkowo pracą - pracują panny, wdowy, a mężatki współpracują w rodzinnych interesach. W księdze z 1297 roku jest wymienionych ponad 150 zawodów, takich jak: balwierka, prządka jedwabiu, piekarka, młynarka, bieliźniarka, kuśnierka szyjąca futra, sklepikarka, płatnerka, gobeliniarka, ale księga wylicza także introligatorkę, czy księgarkę. Warto odnotować, że Pernould wspomina także o pewnej sportsmence, która w piłce (jeu de paume) nie ma sobie równych wśród mężczyzn!
Christine de Pisan - pierwsza francuska pisarka. źródło: wikiperia.org

Część książki poświęcona jest oczywiście władczyniom oraz kobietom wpływowym feudalnej Europy, które "wcale nie starały się kopiować ani naśladować męskich wzorców". Wykształcone i pewne siebie kobiety, nawet kiedy usuwały się w cień, były poważanymi zakonnicami, których głos liczył się przy podejmowaniu ważnych decyzji.

Kiedy sprzyjające kobietom czasy katedr chyliły się ku końcowi, nastały czasy innych katedr, uniwersyteckich, wrogich kobietom przez następne pięć wieków. Kobiety nie były przyjmowane na uniwersytety, a bez dyplomu wiele z nich nie mogło leczyć, czy studiować teologii. Również literatura oświecenia stała się wybitnie antyfeministyczna z jej pamfletami na życie małżeńskie, choć przecież na przełomie XIV i XV wieku tworzyła jedna z pierwszych francuskich pisarek, Christine de Pisan.
Joanna d'Arc. 1412-1431. źródło: wikipedia.pl

Pernoud kończy książkę dwoma przykładami wybitnych kobiet swojej epoki - Katarzyny ze Sieny oraz Joanny d'Arc, której nie mogło w książce zabraknąć. Ta pierwsza została wybitnym teologiem, świętą, jedną z najbardziej wpływowych kobiet tamtego okresu. Druga z wymienionych jako młoda kobieta została stracona w groteskowym procesie mającym pokazać jedynie, że zdaniem mizoginistycznej hierarchii kościelnej kobieta nie powinna równać się z mężczyzną...

Woodside, Or Look, Listen and Learn - Caroline Hadley (1893r.)

Jedną z perełek w mojej kolekcji jest przepięknie wydana książeczka dla dzieci Woodside, or Look, Listen & Learn autorstwa Caroline Hadley. 
Woodside, or Look, Listen & Learn autorstwa Caroline Hadley.

Niestety, mimo najszczerszych wysiłków nie udało mi się ustalić nic więcej o autorce ponad to, co przeczytałam na stronie tytułowej – Hadley jest autorką „Children’s savings”, „Stories of old”, „Stories of the Apostles” i in. 


Ta klasyczna czytanka wydana została w 1887 (moje wydanie pochodzi z 1893 roku) i jak na tak wiekową książkę jest w idealnym stanie. 

Książka składa się z dziesięciu opowiadań o trójce rodzeństwa przebywających u dziadków na wsi, Woodside okraszona jest ślicznymi rycinami, których z frontyspisem jest osiem. Język użyty przez Hadley jest prosty i przyjemny i sympatycznie czyta się to – dla wprawy – na głos. 

My New Roots - Sarah Britton

Każdy, kto stara się zdrowo i dobrze odżywiać, z pewnością słyszał o chlebie zmieniającym życie - bochenek pozbawiony jest mąki, a składa się z samych ziaren - kiedy go zasmakujesz, zechcesz zmienić swoje życie, by jeść tylko taki zdrowy chleb. Blogerką, która rozsławiła ten przepis na cały świat jest Kanadyjka Sarah Britton, która od lat pokazuje czytelnikom swojego bloga zdrową alternatywę. Sarah w przedmowie wyznaje, że jako typowy mieszczuch nie znała żywności organicznej (tu: żywność wytworzona bez użycia chemii, takiej jak pestycydy i nawozy), a jedynie tę przetworzoną. Po pobycie na farmie i zakosztowaniu w dobrym jedzeniu postanowiła nie tylko zmienić swoje nawyki żywieniowe, ale i za namową swojego ówczesnego chłopaka pisać o tym. 

My New Roots to nazwa bloga Sarah, a także nazwa książki kucharskiej wydanej również w Polsce. Przyznam, że nie mogłam się jej doczekać. Obecnie - co mnie niezmiernie cieszy - mamy istny wysyp książek kucharskich z przepisami kuchni wegetariańskiej i wegańskiej. Oprócz przepisów podzielonych na pory roku, znajdziemy tu także tabele czasu namaczania ziaren, instrukcję jak hodować kiełki (pisałam o tym tu: Jak hodować kiełki), czy jak samodzielnie wykonać masło orzechowe, a także porady, jakie produkty powinny się znaleźć w "zdrowej" spiżarni. Oczywiście karteczkami indeksującymi już pozaznaczałam przepisy do wykorzystania, jak na przykład wegański tuńczyk ze słonecznika z nori, czy prosta zupa z czerwonej cebuli z soczewicą. 


Książka jest szalenie inspirująca i apetycznie wydana. Piękne zdjęcia na matowym papierze zachęcają, by zwracać uwagę na to, jak podawane są potrawy. Opisy przygotowywania dań są pisane dostępnym stylem z mnóstwem cennych porad. Książka My New Roots to pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy lubią zdrowo kucharzyć i cieszyć się pełnowartościowymi posiłkami.  

 

Harry Potter i przeklęte dziecko - J. K. Rowling

Kiedy w 2013 roku gruchnęła informacja, że w londyńskim Palace Teatre będzie wystawiana sztuka osnuta wokół uniwersum Harry'ego Pottera świat dosłownie oszalał! Dwuczęściowy westendowy spektakl został napisany przez Jacka Thorpe'a, ale temat i fabułę "podrzuciła" J. K. Rowling. Jak donosi The Independent, "w ciągu ośmiu godzin sprzedaży uprzywilejowanej rozeszło się 175 tysięcy biletów". Niektórzy zarzucali autorce pazerność z powodu dzielenia przedstawienia na dwa, inni zaś grymasili z powodu odtwórczyni roli Hermiony, ale jedno nie pozostawia złudzeń: Harry Potter i przeklęte dziecko to wyjątkowe wydarzenie! 

W zeszły weekend, dokładnie 22 października, odbyła się polska premiera dramatu - bowiem nowa część Harry'ego Pottera to scenariusz sztuki z klasycznym podziałem na akty i sceny - ale najwytrwalsi fani nie mogąc się doczekać sięgnęli po dostępny również w naszym kraju w większości księgarni oryginał (tym razem zdecydowałam się na tłumaczenie). Z okazji premiery odbyły się liczne eventy; gry, zabawy, konkursy i przebieranki. Warto dodać, że wersja książkowa dramatu jest oparta na pierwszej wersji scenariusza teatralnego, a w Wielkiej Brytanii wydawana została w... urodziny Harry'ego, czyli 31 lipca.

Ósmą część Harry'ego kupiłam we czwartek i od razu przeczytałam, co dało mi naprawdę ogromną satysfakcję. Jasne, że wolałabym, żeby Rowling zaadaptowała sztukę tworząc z niej wersję zbeletryzowaną, ale i tak sprawiła mi - i nie tylko mi - ogromną radość z kolejnej możliwości spotkania z ukochanym światem. Nie czytałam żadnych spoilerów, nie dowiadywałam się o fabułę, bo chciałam wszystko odkryć sama. Wiedziałam jedynie, że akcja dzieje się kilkanaście lat po bitwie o Hogwart, kiedy dorasta nowe pokolenie czarodziejów.

Najbardziej zdziwiły mnie relacje Harry'ego z jego drugim synem, Albusem. To słodko-gorzki obraz więzów, jakie łączą dwie skrajnie różne jednostki; oczekiwania, którym Albus nie potrafi sprostać, oraz zaciętość dorosłego Harry'ego - moim zdaniem świetnie napisanej postaci, dojrzałej, z problemami innymi niż przy pierwszych siedmiu częściach. Gorzej napisany jest Ron, który w Przeklętym dziecku jest raczej ośmieszany, a jego zaangażowanie pomniejszone. Nie wiem, czemu tak dużą rolę napisano Drako Malfoyowi (nie cierpiałam gadziny), a tak niewielką Hermionie i Ginny. Najbladziej wypada... Sami wiecie kto. Igraszki z pewnym urządzeniem bardzo przypominają mi fabułę filmu "About a time", choć niektóre fragmenty wydaja się przerysowane i niedorzeczne (jak na przykład ucieczka z pociągu!), choć całość ma sens, bo zakładam, że nie ma osoby która sięga po Przeklęte dziecko nie znając poprzednich części.



Nie będę zdradzała fabuły, bo to zbyt dobra zabawa, choć pewnie część z Was już ma lekturę za sobą. Mam wrażenie, że ta część skierowana jest wyłącznie do osób, które już dawno zakorzeniły się w świecie czarodziejów, być może mają już własne dzieci, a w każdym razie są na tyle dojrzałe, żeby wracać do Doliny Godryka z nostalgią, niemal łezką w oku.

Slow life. Zwolnij i zacznij żyć - Joanna Glogaza

Slow life. Zwolnij i zacznij żyć to książka dla osób poszukujących "własnego ja", swojego prywatnego rytmu życia, oraz chcących celebrować codzienność. 


Autorka popularnego i dobrze przyjętego poradnika Slow fashion. Modowa rewolucja, Joanna Glogaza, tym razem odpowiada na pytanie czym jest slow life? "Czerpie z założeń minimalizmu, ale nie każdy wyznawca slow life to minimalista. To nie jest nowy pomysł na życie, jednak w związku z narastającą potrzebą zmiany na nowo zyskuje popularność. Wiele w nim wpływów starożytnych filozofii, stoicyzmu i epikureizmu, dzieli też podstawowe wartości z największymi religiami świata. Zakłada, że prowadzenie harmonijnego, szczęśliwego życia w zgodzie ze sobą ma zbawienny wpływ nie tylko na nas, ale i na nasze otoczenie. To jest styl życia, w którym stawiamy na jakość, nie na ilość." Troszkę jestem zawiedziona, że zabrakło szerszego omówienia tych "elementów przejętych", ale Glogaza bardzo często podpiera się autorytetami, np. Richardem Feynmanem [fizyk noblista], czy Joshuą Fieldsem Millburnem ["jeden z najbardziej znanych orędowników minimalizmu"]. Książka zawiera również wywiady z "ludźmi z pasją" - ta część niestety zrobiła na mnie wrażenie upchanej przypadkowo.

"Slow life - czytamy dalej - to celebracja indywidualności. To zachęta do zatrzymania się, spojrzenia w głąb siebie i odkrycia, co leży w naszej naturze, co chcemy dać światu, jak chcielibyśmy być zapamiętani." Autorka chciała poprzeć założenia zawarte w książce swoim życiem, ale momentami miałam wrażenie, że powinna jej nadać tytuł "Tajemnica mojego sukcesu. Autobiografia". 

Autorka radzi nam zwolnić tempo życia, zastanowić się nad sobą. Bardzo ważne jest wyznaczanie sobie celów, jeżeli ktoś lubi robić listy, to powinien postępować wedle instrukcji autorki - w książka zawiera krótkie ćwiczenia.

Również kluczowym słowem są "priorytety" - ale priorytety mają to do siebie, że lubią się zmieniać z czasem. I wcale nie uważam rodziny czy posiadania dziecka za odfajkowywanie pozycji z listy oraz wyrzeczenia (strona 87), a także tego, że praca na etacie to złooo (strona 91). Autorce zdarzył się również zabawny kiks: "Jeżeli uwielbiasz robić na drutach, dziergaj w samolocie (...)" - przypominam, że na pokładzie samolotu w bagażu podręcznym nie można mieć nawet pilniczka do paznokci, ale na druty ochrona przymknie oko?

Myślę, że ta książka może inspirować, ale ja po prostu nie jestem jej targetem - Slow Life. Zwolnij i zacznij żyć adresowana jest do dziewczyn przed trzydziestką, które po skończeniu studiów zaczynają swoją ścieżkę kariery w korpo, mogą manifestować na każdym kroku swoje JA; jakoś nie zauważyłam w tym wszystkim pokory wobec świata, która jest istotna w filozofii slow life.

Ale książkę polecam. Polecam osobom młodym, świeżo po studiach, lub studiującym. Jeżeli ktoś po raz pierwszy sięga po ten temat może poczuć ogromną satysfakcję z tej książki. Autorka jest elokwentna, ma dobre pióro, ładnie się to czyta. Joanna Glogaza udziela wielu porad, które adresowane są do zaczynających karierę, szukających związków - sama jest na takim etapie i pisze z doświadczenia. Być może przyjdzie kiedyś czas na Slow Parenting? "Jeśli [książka] zainspiruję choć jedną osobę, zachęci do zmiany jakiegoś drobnego wycinka życia na lepsze albo po prostu humor czy podniesienie na duchu, będę wiedziała, że było warto."

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...