5 stron internetowych o literaturze, od których zaczynam dzień

Wielu z Was zaczyna ranek podobnie jak ja - poranna kawa i prasówka. Mam takie swoje ulubione strony, na które wchodzę niemal codziennie, inne (aktualizowane co kilka dni) odwiedzam sporadycznie, ale jestem im wierna. Interesują mnie nowe trendy w literaturze, podziwiam okładki zagranicznych powieści, a także czytam wywiady z interesującymi osobowościami ze świata literatury.

  1. Lubimy Czytać - konto założyłam kilka lat temu i zakotwiczyłam tam swoją wirtualną biblioteczkę. Pomaga mi nie tylko grupować przeczytane książki, lub te, które chcę przeczytać w przyszłości, ale i dostarcza najświeższych informacji, porad i felietonów (chociaż akurat felietony mają nierówny poziom). Alternatywą dla LC jest Goodreads, gdzie również mam konto. 
  2. Booklips - jest to portal na który często wchodzę na poczytać o nowinkach. Przed zmianami wchodziłam często na zakładkę Kultura na stronach Polskiego Radia, ale obecna strona nie jest specjalnie czytelna, choć paradoksalnie charakteryzuje się przejrzystym układem.
  3. The Guardian - mój bez wątpienia najukochańszy dostawca literackich świeżynek. Nie ma chyba dnia, żebym nie weszła na zakładkę books internetowego wydania The Guardian. Mają podstrony na poezję, literaturę faktu, lit. piękną, uwielbiam ich wywiady i artykuły o pisarzach. Warto poświęcić chwilę, by powchodzić na inne zakładki, na których znaleźć można wciągające artykuły - choć długie, świetnie się je czyta. Uwielbiam ich strefę czytelnika, w której można znaleźć fotografie z całego świata. 
  4. BBC Culture - mój drugi zagraniczny faworyt, choć jest tu nieco mniej treści niż na stronach TG można trafić na świetne artykuły, choć moim zdaniem po ostatnich zmianach spadły na "treściwości". 
  5. ShortList.com - polecam zakładkę books na tej stronie, szczególnie ciekawostki, zestawienia, piktografiki i zwięzłe recenzje.  

Powyższe strony mam w zakładkach od dawna. Trzymam się ich, jak kiedyś Przekroju. Może w przyszłości odkryję coś jeszcze, może powstanie jakaś polska strona, która dorówna The Guardianowi? Nie wymieniłam wielu podstron popularnych polskich dzienników, choć na wielu platformach można znaleźć prawdziwe perełki, których ma się rozumieć będę wypatrywała. Podzielcie się koniecznie swoimi faworytami.

Potargowo #3

O tym, że jadę na targi przypomniało mi się dopiero we czwartek. Miałam jechać z grupą z pracy, jak przed rokiem. W sobotę z samego rana (o 6:30) sprawdzałam, gdzie co jest, bo nie wydrukowałam sobie planu (na szczęście potem znalazłam w tagrowej gazetce). Rok temu miałam wydruk z pozaznaczanymi stoiskami, a i tak potem szłam na żywioł. 


Miałam kupić dwie książki i Wesołego Ryjka dla synka, a stanęło na kilkukilogramowym stosie, który w trzech siatkach skutecznie unieruchamiał mi nogi podczas jazdy busikiem. 
Tuż po wejściu skierowałyśmy się - nasza silna grupa bibliotekarek - do stoiska WL i grzecznie ustawiwszy się w ogonku do Twardocha czekałyśmy na swoją kolej do podpisu Wielorybów i ciem. Potem rozeszłyśmy się każda w swoją stronę spotykając się od czasu do czasu w tłumie zwiedzających. 

Szczepan Twardoch podpisuje mój egzemplarz Wielorybów i ciem
Udało mi się dotrzeć do Media Rodziny, gdzie dla Władka kupiłam kolejnego Wesołego Ryjka (Wesoły Ryjek i zima) i kalendarz z Panem Kuleczką na 2016 rok. Następne na moim celowniku było wyd. Karakter - i mam swój egzemplarz Jak przestałem kochać design. Właściwie powinnam już wtedy opuścić halę EXPO, bo z każdą minutą coraz bardziej uszczuplałam zapasy gotówki. Ale - co tam, targi są raz w roku! Dalej kupiłam najnowszego Murakamiego, Mężczyźni bez kobiet, a potem zawiesiłam się na stoisku z niszową literaturą czeską, słowacką, itp. Akurat jestem w trakcje czytania Śmierci pięknych saren, i pani niemal wepchnęła mi (a ja się nie broniłam) Kronikę pewnego miasta (Prevelakisa), oraz zeszłorocznego Jaroslava Rudiša - czytałam jego świetną książkę Koniec punku w Helsinkach, a chociaż Ciszy w Pradze nie miałam na liście - przeczytam z wielką chęcią. 


Zdobyłam również eseje o architekturze, Figury niemożliwe, i nowy, śliczniutki zeszycik firmy Santoro. Mężowi przywiozłam ciężkie tomiszcze o Survivalu (Jak przeżyć w każdych warunkach), a naprawdę rzutem na taśmę zgarnęłam egzemplarz Charlotte z podpisem Foenkinosa - jego Delikatność naprawdę mnie ujęła i w brodę bym sobie pluła, gdybym przepuściła taka okazję.
Moje tegoroczne targowe zdobycze :)

O 13-stej zaczęła się część dla blogerów i dzięki temu miałam okazję spotkać się z wieloma z Was. Niestety, nie mogłam być ani na spotkaniu nieformalnym, ani zostać po Złotej Zakładce, ale myślę, że w przyszłym roku będę miała nieco więcej czasu. A ze spotkania blogerów przywiozłam w targowej lnianej torbie Johna Williamsa Profesora Stonera, oraz Richarda Kinga Dywizjon 303, opracowanie historyczne o polskim dywizjonie RAFu.

Rozdanie Złotej Zakładki oraz nagrody dla Blogera Roku

Przeczytałam dzisiaj opinię, że targi zamiast być festiwalem są bazarkiem. No, targi to targi, a festiwal literatury to festiwal literatury i chyba te dwa wydarzenia różnią się znacznie. Tłok był niemiłosierny a każdy wynosił siaty książek i to chyba dobrze świadczy o Polakach, bo mówi się, że nie czytamy. Chociaż obita i niemal zadeptana - wyszłam z targów szczęśliwa.
Najmilej było spotkać Was, innych blogerów, miłośników literatury, ludzi zakręconych na punkcie szczególnie polskich autorów, ludzi z pasją. I mam nadzieję, że będziemy się widzieli za dwa tygodnie w Katowicach.
 

Slow reading - czytanie kontemplacyjne, książki dla przyjemności, celebrowanie czytania

W pogoni za zmieniającymi się jak w kalejdoskopie nowościami tracimy kontemplacyjny charakter czytania. Masówka ze sklepowych witryn zmieniana jest częściej niż powinna, a wydawnictwa prześcigają się w coraz szybszym wydawaniu powieściowej konfekcji.

Każdy czyta w swoim tempie i tyle książek, ile sam zechce. Jasne, zgadzam się, ale w pewnym momencie odniosłam wrażenie, że zaczynam brać udział w wyścigu – kto więcej przeczyta, kto zgarnie więcej nowości ze współprac? Nie chce być źle zrozumiana, bo nie potępiam tu nikogo, jeśli cieszą Was liczne współprace, a Wasze półki uginają się od nowości pachnących drukiem – dobrze dla Was. Ale mnie coś w takim czytaniu gniotło, uwierało. Mój kolejny post będzie dotyczył książek nowych, książek, które ostatnio zrobiły na mnie wrażenie, ale już następny będzie powrotem do przeszłości. Gniecie mnie także czytanie kilku książek na raz. Niekiedy nie da się tego uniknąć, ale dla mnie to zło wcielone, bo zamiast koncentrować się na jednej historii, zawieszam się na kilku.

Mimo iż dotarła do mnie "moda" slow (slow life, slow fashion, slow reading), nie nią się sugeruję, lecz swoim czytelniczym "nosem". Dlatego miedzy innymi stawiam na „półkowniki”, które gromadzę z wielka namiętnością. Książki z duszą. Owszem, zarzuci mi ktoś, że i te moje starowinki były kiedyś nowościami. Tak, ale o ile wydawało się mniej, jakość literatury i wydań bywała (owszem, nie zawsze, o czym również pisuję) lepsza. Kiedyś po książki ustawiały się kolejki, książki szanowano, a teraz można je kupić za przeproszeniem w warzywniaku. W wielu przypadkach nie mogę się doszukać w stopce nakładu książki, a o erracie – choć niekiedy potrzebna i pożądana – można pomarzyć. Klejone powieścidła rozchodzą się przy pierwszym czytaniu (szczególnie widać to w bibliotekach!), ale kogo to obchodzi, przecież nie żal książki za 9,99…

Autor książki "Slow Reading", John Miedema powiedział kiedyś, że "jeżeli pragniesz głębszych doznań podczas czytania, jeżeli chcesz zagłębić się w poglądy autora by wymieszać z nimi własne przekonania, musisz czytać powoli" (cytat za The Guardian). Stopniowo zwracam się w stronę odnajdywania większej radości z książek, czytania z większym zrozumieniem, z momentem na zastanowienie się, przeanalizowanie treści i znaczeń. Nawet nie wiedziałam, że już dawno ukuto na ten sposób czytania nawet wyrażenie: deep reading. Głębokie wczytywanie się w treść, przeżywanie jej w celu zwiększenia doznań. Możecie się śmiać, ale w dobie smsów, piktografik i szybkiego przelatywania nagłówków i blurbów taki powrót do korzeni ma sens! Owszem, "postępu" nie zatrzymam, ale stosuję taki bierny opór, np. poprzez czytanie artykułów od deski do deski, czytanie Waszych postów, analizowaniu czytanej książki. Może nie za każdym razem doznam epifanii, ale więcej zapamiętam, może częściej się będę zakochiwała w czytanej książce?

Zauważyliście, że rzadziej pojawiają się wpisy. Chociaż ze szkodą dla statystyk (sic!) zdecydowałam, nie będę czytała książek tylko po to, by zmieścić się w kilka dni tylko dlatego, żeby coś pojawiło się „w porze najlepszej czytalności”. Żal mi, że kilka naprawdę świetnych rzeczy „przeleciałam”. Tak ostatnio, przy okazji odświeżania sobie Mistrza i Małgorzaty (w radiowej Dwójce możemy słuchać niesamowitej w interpretacji marka Kondrata) pomyślałam, że tę powieść (a także inne, Stendhala,  Prousta, rosyjskich klasyków, brytyjskich) czytałam dłużej niż czytam teraz, ale dogłębniej – jakbym żuła każde zdanie dwadzieścia pięć razy przed połknięciem. To dziwne, bo każdą wolną chwilę spędzałam przy książce (albo dobrym kinie). Prawdopodobnie teraz nie sięgnęłabym po Joyce’a, a kiedyś – po dwu nieudanych próbach – odnalazłam w nim głęboki sens, starałam się zrozumieć ile się da, choć nie było to łatwe. Może dlatego porzuciłam Salmana Rushdiego i jakoś odwróciłam się od Umberto Eco? Bo nie sposób ich przeczytać w jeden wieczór…

Książki do stu stron (film)

Zapraszam dzisiaj na mój pierwszy film. Czytelnik zadał mi niezłe zadanie domowe: książki do stu stron. Postanowiłam więc działać i wyszperałam kilka wartościowych pozycji.
Rozgadałam się na całe piętnaście minut. Jak wyszło, ocenicie sami.


Po pogrzebie - Agatha Christie



W latach 30-stych ubiegłego wieku S.S Van Dine opublikował wykładnię praw rządzących  przyzwoitą powieścią kryminalną. Van Dine doskonale wiedział o czym pisze, bowiem był autorem szeregu kryminałów detektywistycznych z gatunku hardboiled (cyniczny bohater poruszający się w mrocznym półświatku). Wedle wytycznych przestępcą nie powinien być ani detektyw, ani żaden z policjantów na służbie, detektyw do rozwiązania powinien dojść drogą dedukcji mając do dyspozycji takie same dane jakie czytelnik, a zbrodnie powinny być popełniane na tle osobistym. Wytyczne Van Dine’a zostały przyjęte jako obowiązujące zasady w Klubie Detektywów, czyli zrzeszeniu pisarzy specjalizujących się w prozie detektywistycznej. 

Mój najnowszy nabytek - Christie w oryginale.

Wedle dyrektyw Van Dine’a pisała również królowa kryminału, Agatha Christie. Choć oprócz powieści kryminalnych na swoim koncie ma także i prozę obyczajową, to z tych pierwszych jest doskonale znana czytelnikom na całym świecie. Spod jej pióra na przestrzeni ponad pięćdziesięciu lat wyszło około stu powieści i opowiadań o charyzmatycznym Belgu z wąsikiem, pannie Murple rozwiązującej zagadki na sielskiej angielskiej wsi, oraz o kilkorgu innych detektywach z przypadku, jak choćby pojawiający się w pięciu powieściach Tommy i Tuppence Beresfordowie.
Niedawno odbyła się kolejna edycja Tygodnia Zakazanych Książek i jako ciekawostkę warto dodać, iż w latach stalinizmu książki Christie były przez cenzurę PRL zakazane.  

Moja kolekcja powieści Christie. Wśród nich moja ulubiona - Tajemnica bladego konia.

W tym roku przypada 125 rocznica urodzin sławnej pisarki. Ja również przyłączyłam się do obchodów i sięgnęłam po absolutny klasyk – Po pogrzebie (After the funeral). Historia jest na pozór banalna: na stypie nestora rodu najmłodsza, niewidziana od dwudziestu lat siostra nieboszczyka rzuca cień podejrzenia na rzekomo naturalne jego zejście z tego łez padołu. Następnego dnia owa siostra o niepohamowanym języku ginie w tajemniczych okolicznościach. Sprawę bada, z początku samodzielnie, rodzinny prawnik, jednakże okoliczności są na tyle niejasne, że o wyjaśnienie zagadki poproszony zostaje sam legendarny Hercules Poirot.
Myślałam, że po tylu Agathach dam radę zgadnąć kto jest mordercą, ale znowu zostałam wykiwana. I kolejny raz złapałam się na palnięciu się w czoło, mrucząc jednocześnie: przecież to było oczywiste! 
Różne wydania A. Christie - stare z jamnikiem, oraz nowe.
Książkę czytałam w oryginale. Osobom uczącym się języka angielskiego polecam czytanie powieści, zwłaszcza kryminałów właśnie, ponieważ w odróżnieniu od przesyconej archaizmami klasyki ten gatunek pisany jest prostym językiem.
Oczywiście jak i inne książki o Poirocie i ta została sfilmowana (genialny David Suchet w tej roli!), a jedna z pomniejszych rólek (George Abernethie) gra święcący obecnie triumfy Michael Fassbender.

Rodzina Thibault - Roger Martin du Gard




Mam taka półkę, (właściwie dwie, no, trzy, ok, cały regał) która mieści książki z początku dwudziestego wieku. Nie są to wprawdzie białe kruki, o które pobiliby się bibliofile z wypchanym portfelem, ale mam kolekcję kilku powieści, podręczników, poradników, które niekiedy służą mi za eksponaty w czasie wystaw w mojej filii. Część mojego zbioru jest wycofana z nieistniejących już bibliotek przyzakładowych, lub została wygrzebana na pchlim targu. Interesuje mnie zwłaszcza jaki przez ostatnie dziesięciolecia sytuacja geopolityczna miała wpływ na wydawanie książek - co ciekawe, niektóre książki choć czytane wiele razy nadal trzymają fason, a niektóre "nowe", klejone, robione na łapu-capu rozpadają się przy pierwszym, drugim czytaniu. No i nie ukrywam faktu, że LUBIĘ MIEĆ książki. Lubię na nie patrzeć, oglądać, wąchać je (wiem, wiem, pewnie dostanę gruźlicy, albo jakiejś innej strasznej choroby od starego papieru; tak, wiem, nie powinnam tego lekceważyć). Ale książki służą przede wszystkim czytaniu. Więc przy okazji „książkowego spisu powszechnego” (zostały mi jeszcze cztery wypchane po brzegi regały, więc na razie nie pytajcie, ile mam książek) każdą książkę do czytania „na cito” zaznaczyłam małą karteczką samoprzylepną (nigdy nie mogę zapamiętać, jak się taka karteluszka nazywa).
Nie jestem przekonana, czy ma powstać jakiś nowy cykl – w końcu chyba już dosyć rozwarstwiania się i powtarzania, bo przecież te brązowe tomy są bardzo nieoczywiste. Pierwszą książką, po którą sięgnęłam już w zeszłym roku była Dama Kameliowa. Takie niepozorne kieszonkowe wydanie z lat 20-stych. Pisałam również o Chacie wuja Toma, które mam w starym wydaniu – co prawda z 1947 roku, ale książka jest wydana przez Gebethnera i Woolfa. Dziś chciałam napisać o Szarym zeszycie Rogera Martina du Garda.


Roger Martin du Gard jest laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 1937. W uzasadnieniu komisji można przeczytać, iż uhonorowano go za „siłę artystyczną i prawdę w przedstawieniu człowieka, a także najbardziej odczuwalnych problemów współczesnego życia”*. Szary zeszyt, oraz zamieszczone w tym samym tomie dwie części Pokuty są początkowymi częściami wielotomowej Rodziny Thibault. Cykl opowiada o braciach – Jakubie (w starym wydaniu imię bohatera zostało przetłumaczone jako Jacek) i młodym lekarzu Antonim, ich despotycznym ojcu, Oskarze Thibault, który wyczekuje wysokiego odznaczenia (ten motyw w literaturze francuskiej pojawia się dość często), przyjacielu, Danielu de Fontanin, oraz bliższej i dalszej rodzinie, a czas który powieść obejmuje to niemal dwie pierwsze dekady ubiegłego wieku. U du Garda obecne są miłość (spełniona lub wzgardzona), pożądanie, oraz wielka polityka; Jakub angażuje się w ruch socjalistyczny, a z rozdziałów obejmujących czasy wielkiej wojny i te tuż po niej wyraźnie znać antywojenne nastroje Francuzów. Jest taka główna cecha powieści francuskich (nie, nie monumentalność, chociaż…) i jest nią niewątpliwie postawienie moralności - bądź dwuznacznej moralność bohatera - na pierwszym planie. Bez wstydu obnażają francuscy pisarze zakłamanie epoki, niesprawiedliwość względem słabszych, a to wszystko na przykładzie skomplikowanych relacji bohaterów.


Ze zdziwieniem odkryłam, że ta niepozorna książeczka ma ciąg dalszy. Rodzina Thibault wyszła w czterech tomach (maczkiem!) w Czytelniku pod koniec lat 80-tych. Były jeszcze starsze wydania, do których się dokopałam w bibliotecznych magazynach, ale są zdekompletowane i tłumaczone przez kilku różnych tłumaczy. 
Taka przedwojenna powieść, jeszcze sprzed reformy językowej z 1936 roku może być dla dzisiejszego czytelnika trudna w odbiorze. Dziwić może pisownia wielu wyrazów (hygjena, w naszem domu, bibljoteka, poprostu, etc.), ale warto sięgnąć choćby z ciekawości po taką "ramotkę". 
Co do samej powieści, owszem, zaintrygowała mnie, ale raczej do niej nie wrócę. Irytowali mnie bohaterowie, zwłaszcza Jakub/Jacek, który sprawiał bardzo niesympatyczne wrażenie i jako postać nie dawał się lubić, choć "w skali Mildred" (okropnie irytująca bohaterka W niewoli uczuć) dostałby ode mnie 8/10.

Teraz jestem w trakcie czytania trzech książek równocześnie. To do mnie nie podobne. Na tapecie mam Noblistę, książkę na DKK oraz powieść do poduszki. We czwartek kolejne "sprawozdanie" ze spotkania autorskiego, a w kolejny poniedziałek - kryminał!

*[źródło cytatu:Wikipedia]

Spotkanie autorskie ze Sławomirem Koperem

Wczoraj odbyło się kolejne z serii spotkań autorskich z okazji 46 Rybnickich Dni Literatury. Tym razem zaproszony został Sławomir Koper, autor popularnych opracowań o dwudziestoleciu międzywojennym i PRLu. Autor podzielił się z czytelnikami wieloma anegdotkami zarówno z własnego życia, jak i z życia opisywanych przez siebie postaci.
Koper zaczął od wspomnień o odmowach; kiedy zajął się pisarstwem (pierwsza książka dotyczyła świata antycznego) jedenaście wydawnictw wystosowało odmowne maile "zasłaniając się" napiętym planem wydawniczym. Jednakże po jakimś czasie udało się autorowi zainteresować sobą wydawnictwo Bellona. Dziś współpracuje także z wydawnictwem Czerwone i Czarne, które zapewnia mu profesjonalnych reasercherów. Koper wspomina, że pierwsza jego publikacja została wydana w 3 tysiącach egzemplarzy, ale trafiwszy na Krakowskie Targi Książki rozeszła się tak błyskawicznie, że natychmiast zdecydowano o dodruku. 

Dalej autor wspominał o swojej izolacji od światka historyków akademickich, o naśladowcach, którzy „wskoczyli” w jego niszę, o innych autorach specjalizujących się w książkach historycznych, którym zarzuca zbytnią hermetyczność i niedostosowanie do zwykłego czytelnika. Następnie podzielił się z nami planami na kolejną publikację – będzie to biografia Kalibabki, czyli słynnego Tulipana, przestępcy-uwodziciela z czasów PRLu. Młodym pisarzom udzielił także kilku rad: pisać rano, kiedy jest się nie niepokojonym, a nie w weekendy, kiedy zawsze jest coś do zrobienia, bądź wieczorem, kiedy umysł jest zmęczony, a także nie zrażać się odmowami, ponieważ „o polityce wydawniczej można by niejedno powiedzieć’. Koper chwali sobie przy wyszukiwaniu istotnych informacji biblioteki cyfrowe. Dowiedzieliśmy się także, że ludzie kultury PRLu umierają we czwartek.

Niestety nie dane mi było zostać do samego końca (wybierałam się na Marsjanina, na którego się spóźniłam, bo chciałam jak najdłużej słuchać, co Koper ma do powiedzenia), ale to chyba i lepiej, ponieważ dość luźny klimat spotkania został zdewastowany „pytaniami” od publiczności; na żywo mogliśmy poznać pojęcie „polskie piekiełko”. Oczekiwałam raczej pytań o inspiracje, a nie kłótni na tematy ideologiczne lub finansowe.
W przyszłym tygodniu wybieram się na spotkanie z Jackiem Komudą (środa), a we czwartek gościem 46 RDL będzie Ignacy Karpowicz. 


Spotkanie autorskie ze Szczepanem Twardochem

Mam taką listę pisarzy, których chciałabym spotkać przy okazji targów, czy innego literackiego wydarzenia. Na tej mojej liście do zeszłego piątku "nieodkreślony" widniał Szczepan Twardoch. Choć żyje między moimi rodzinnymi Gliwicami, a Rybnikiem, w którym mieszkam, nie miałam okazji  - aż do dziś, bowiem spotkanie ze Szczepanem Twardochem zainaugurowało 46 Rybnickie Dni Literatury. W ubiegły piątek w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej zebrał się niemały tłum. Moderatorem spotkania był redaktor miejscowego portalu, Wacław Wrana. 

Szczepan Twardoch przybył niemal punktualnie. Zaczął od przeczytania fragmentu (dotyczącego Rybnika) swojej ostatniej powieści Drach. Następnie moderator zadał pytanie o szczegółowość opisów. Autor przyznał, że rzetelność w dużej mierze zależy od dokładnego przestudiowania ksiąg, map, oraz od "osobistego rozpoznania topograficznego i rodzinnych historii". Twardoch przyznał, że bardzo lubi pracować ze starymi mapami, że sprawia mu to przyjemność, do tego jeszcze dochodzą zeszyty, pamiętniki i zapiski jak na przykład z pacyfikacji szpitala w Rybniku.
Na pytanie o nieumieszczanie tłumaczeń zdań niemieckich czy rosyjskich autor wyjaśnia ten fakt chęcią zachowania zgodności z historyczna prawdą, wedle której nie wszyscy władali wieloma językami (choć dziś lansuje się pogląd, iż na Śląsku każdy posługiwał się językami polskim i niemieckim).
Powtarzana w Drachu jak mantra fraza "to nieistotne" odnosi się i do znaczenia i do oznaczania; "Te rzeczy niczego nie symbolizują poza samymi sobą", to my nadajemy znaczenia faktom. Dalej autor filozofował  na tematy ontologiczne, oraz egzystencjalne (Twardoch studiował na Uniwersytecie Śląskim na Międzywydziałowych Indywidualnych Studiach Humanistycznych, w których skład wchodzi również filozofia).

Na zarzut moderatora o mroczny nastrój dotychczasowych powieści autor zapewnia, że jest człowiekiem wesołym, z poczuciem humoru. Ale chcąc być wiarygodny, musi wyeksplorować pokłady ciemnych stron własnego ja. "W każdym bohaterze jest 100% autora - mówi Twardoch. - Pisarz może się odwołać jedynie do uczuć, czy emocji, które nosi w sobie." I tak dowiedzieliśmy się, że większość postaci jest oparta na żywych pierwowzorach, z wyjątkiem starego Pindura, którego autor darzy największą estymą.
Wrana odniósł się do przygany o złe traktowanie kobiet w powieści, na co Twardoch stwierdził, że "Śląskie kobiety godziły się na swój los" - ówczesne pokolenie kobiet, urodzonych na przełomie XIX i XX wieku  było ciężko doświadczonych przez życie, i o ile mężczyźni mogli się "wyżyć" na wojnie lub w powstaniu, pijąc lub hodując gołębie, o tyle kobieta miała zapewniać domowi ciepło domowego ogniska; "W tym był jakiś buddyjski spokój" - dodaje pisarz.
Zapytany o ekranizację Morfiny odpowiedział, że prace trwają, a prawdopodobnie sam reżyser (Jacek Borcuch) będzie grał główną rolę. Jeżeli chodzi o ekranizację Dracha autor "nie mówi nie". Czytelnicy zgromadzeni w sali dowiedzieli się również, że Twardoch pracuje nad nową powieścią, która będzie się rozgrywała w środowisku bokserów.
Tożsamość Śląska upatruje Twardoch w języku i pamięci, a promocja śląskości musi się odbywać "do wewnątrz". Za to nowe Muzeum Śląskie porównał raczej do skansenu dla turystów, które z prawdziwą historią Śląska nie ma nic wspólnego.
Oczywiście padło również pytanie o to, czy zna powieści Horsta Bienka? Musze powiedzieć, że czytając tego autora poczułam prawdopodobnie to samo, co Twardoch - znamy te ulice, te domy, poruszamy się po tych samych chodnikach, co postacie przez niego napisane. Można to porównać do obcowania z duchami, a właściwie z duchem miasta. Czytając Dracha natrafiłam na "charakterystyczny dom z wieżyczkami", ostatni przed parkiem na samym końcu ulicy. W niedzielę wybrałam się w tamto miejsce i sfotografowałam przypuszczalnie opisywany przez Twardocha dom.

Nie byłabym chyba sobą, gdybym nie stanęła w kolejce po autograf. I chociaż Karolina pożyczyła mi Dracha (zostało mi ostatnie 50 stron) musiałam kupić własny egzemplarz, który został sfotografowany przez wysłannika miejscowego portalu informacyjnego (mnie również "zdjął" jak robiłam zdjęcie swoim "kalkulatorem").
Spotkanie było bardzo udane. Twardoch dał się poznać od najlepszej strony - miły człowiek, który ma coś do powiedzenia. I chociaż jeszcze nie doczytałam Dracha do końca (ech, te 50 stron!) mogę powiedzieć, że powieść przypadła mi do gustu. Może to właśnie ten duch miasta sprawił, że o ile Morfina była dla mnie czymś z zupełnie innej bajki, o tyle Dracha traktuję jak opowieść niemal "na faktach", a także - na innej płaszczyźnie - przypowieść filozoficzną; "W Jakobswalde żyją sarny. Sarny nie mają imion, ale dwóm z nich nadamy jakieś, aby odróżnić je od innych saren. To takie małe oszustwo, takie samo jak te, które stosujecie, aby przekonać samych siebie, że różnicie się czymkolwiek od swoich bliźnich. Że jesteście osobni."

Czytamy książki nieoczywiste - podsumowanie września

Na półkach w zaciszu domowych biblioteczek, zalegające w magazynach bibliotek publicznych, wciśnięte w kąt antykwarycznych regałów czają się książki nieoczywiste. Pożółkłe, niemal sepiowe kartki, druk nierzadko wyblakły, odbijany jeszcze czcionkami w pachnącej metalem drukarni, czekają na jeszcze jednego czytelnika, być może tego ostatniego w ich papierowym życiu.
Kochani, sięgnijmy po takie książki. Zapraszam do wyzwania. Co miesiąc przeczytajmy choć jedną taką staruszkę-książkę. Pod tym postem zostawiajcie linki do waszych postów wyzwaniowych, chwalcie się, co udało się Wam wygrzebać z czeluści książkowych regałów, pchlich targów, ręczniaków.
Chwalcie się również starymi wydaniami, białymi krukami, rarytasami, "wykopkami", pokażcie mi swoje "nieoczywiste" wydania sławnych klasyków.  
 
Wyzwanie odbywa się cyklicznie od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. Podsumowanie jak zwykle pierwszego (z wyjątkiem listopada, kiedy z uwagi na święta przesuwam wyzwaniowego posta na trzeciego). Dziękuję za umieszczanie banera na stronach i w zakładkach.
W tym miesiącu swoimi "nieoczywistymi" lekturami podzieliły się ze mną: 
 
 
oraz 
 

Miłośnikom klasyki polecam blog Marlowa: Galeria Kongo



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...