Kryminalne tango!

To już moje trzecie spotkanie z Departamentem Q. Jak już pisałam, seria wciągnęła mnie tak bardzo, ze postanowiłam przeczytać ją hurtem. Niestety, Wybawienie jest jak dotąd ostatnią przetłumaczoną na język polski powieścią Jussi Adler-Olsena, ale - czekam na trzy kolejne. Na luty 2016 roku jest zaplanowana premiera kolejnej części filmowego cyklu z Nikolajem Lie Kaasem w roli Mørcka.
Kryminał nie odbiega od dwu poprzednich, jest równie rzetelny, dobrze napisany i wciągający. I tym razem mamy do czynienia ze zbrodnią z przeszłości, która ma swoją straszną kontynuację. Głównym czarnym charakterem jest psychopata porywający dzieci. Więcej oczywiście nie zdradzę. W każdym razie ponad 500 stron czyta się raz-dwa.
Musze się przyznać, że śledzę również "historię" Assada, za którą moim zdaniem kryje się jakaś tajemnica.
Tak się jakoś składa, że czerwiec upływa mi pod znakiem kryminału; przypadkiem natrafiłam na serial True Detective z Matthew McConaugheyem i Woody Harrelsonem w roli śledczych. Abstrahując - serial ma niesamowitą czołówkę, która jest jedną z najpiękniejszych, oprócz czołówki Dra Hausa i pierwszego sezonu American Horror Story. Sam serial jest wciągająca mieszanki mrocznych odcinków Archiwum X (czy bardziej Milenium) z Twin Peaks. Chociaż deczko przeszkadza mi wątek rodzinno-obyczajowy. O ile Harrelsona ceniłam zawsze (serio), to z McConaugheyem miałam problem: nie lubię cukierkowych lowelasów. Jednak od Dallas Buyers Club z aktorem coś się stało (schudł i "nabrał talentu"?) i otrzymuje same genialne role, w których pokazuje, na co naprawdę go stać. Chyba podobnie było z Seanem Pennem, który od ról w Rzece tajemnic i Obywatelu Milku wreszcie jest brany "na poważnie".
Przede mną dwa ostatnie odcinki serii, a po niej kolejna seria, która właśnie się zaczęła. Szkoda, że nie ma - jak na razie - kolejnych tomów o Departamencie Q, bo chętnie zabrałabym je na wakacje.
Fotografia własna, inspirowana serialem True Detective

Pelle Zwycięzca T1 - Martin Andersen Nexø

Słodko-gorzka, klasyczna opowieść o dorastaniu, która zdaje się być rozwinięciem przysłowia "biednemu wiatr w oczy". Przełom XIX i XX wieku, podstarzały wdowiec Lasse i jego synek, Pelle wyruszają ze Szwecji, która wówczas jest biednym krajem, na Bornholm w poszukiwaniu lepszego życia. Lasse zapamiętał Danię jako krainę mlekiem i miodem płynącą, ale pracując przed laty w tym kraju był młodszy i silniejszy. Powieść zaczyna się niemal rozdzierającą serce sceną, kiedy wozacy podbierają robotników wprost ze statku, a na samym końcu zostaje dwójka biedaków, których nikt nie chce. Lasse jest bowiem za stary - zdaniem poszukujących siły roboczej, Pelle - za mały. 
Wreszcie trafiają na dziwną farmę, gdzie lądują na samym dole hierarchii, nie tylko jako niewykwalifikowani robotnicy, ale i jako cudzoziemcy. Na wsi przewija się cała plejada barwnych postaci, od dziedzica-cudzołożnika Kongstrupa, poprzez jego zawodzącą po nocach małżonkę, do husmenów i fornali, z których tylko nieliczni okazują naszym bohaterom dobroć (Karna, Gustaw, niedorozwinięty pastuszek Rud).
Wśród obcych Pelle poznaje zasady rządzące światem, kłamstwa i hipokryzję, dodam, nie tylko dorosłych. "Wszyscy ludzie zatem mają dwa języki, tylko tata Lasse ma jeden". Bowiem stary Lasse, może mało charyzmatyczny, jest ciepły i serdeczny, dba o swoje późne dziecko osierocone przez ukochaną Bengtę. Ta ojcowska miłość jest bardzo mocna i myślę, że to jeden z najpiękniejszych przykładów rodzicielskiej miłości ujętej na kartach powieści w ogóle. 
Choć Pelle jest powieścią liczącą sobie ponad sto lat, w naszym kraju ukazała się zaledwie dwa razy - na krótko przed wybuchem II wojny światowej (1937r.) i niemal od razu po niej (1949r.). Mnie udało się akurat zdobyć wydanie z lat 40stych, z poszarpanymi brzegami, które są śladem samodzielnego rozcinania. Na karcie tytułowej dostajemy informacje, że "z upoważnienia autora przełożył Józef Mondschein". Mondschein był socjalistycznym działaczem i publicystą, tłumaczył między innymi z angielskiego, rosyjskiego, duńskiego. To właśnie Mondshein najpierw za sprawą powieści Ditta, a następnie tłumacząc Pellego propagował w naszym kraju Martina Andersena Nexø. 
W 1987 roku na ekrany kin weszła ekranizacja pierwszego tomu (moim zdaniem na tyle spójnego, ze z powodzeniem można było uczynić ten krok) ze wspaniałym Maxem von Sydowem w roli Lassego. Von Sydow urodził się do tej roli i kiedy miałabym wymienić jego najważniejsze dokonania, zaczęłabym od roli Lassego. I film i książka emanują spokojem, pozwalają się wyciszyć i podumać nad ciężkim żywotem taniej siły roboczej, emigrantów zarobkowych, a także nad własnym charakterem. Co ważne, Nexø unika patosu, epickości, czy ckliwości - wszystko jest wyważone. 
Pierwszy tom kończy się przygotowaniem Pellego - już nastolatka - do miasta w poszukiwaniu pracy. "Na wsi szacowano człowieka podług ilości koszul" - a w mieście trzeba było "pokazywać na zewnątrz, co się ma najlepszego [do ubrania]".
Z ciekawostek jeszcze dodam, że z książki wynika, że dziś - 26.06 są imieniny Pelagiusza, czyli Pellego. A pod koniec XIX wieku skandynawskie guziki miały nie cztery, a pięć dziurek.
Opisując kolejny tom nie omieszkam zaprezentować biografię autora, co dziś pominęłam z rozmysłem.
Zobacz również:
Pelle Zwycięzca Tom 2
Pelle Zwycięzca Tom 3
Pelle Zwycięzca Tom 4

Trochę włóczki i litery ułożone w kryminał

Czyli - Wspólne dzierganie i czytanie. Bardzo mi się podoba akcja Maknety, która zachęca czytelniczki do dzielenia się tym, co mają na robótkowym warsztacie, a robótkowiczki, co aktualnie czytają. 
U mnie, jak widać poszły w ruch granny squares. Na razie mam 22, z czego zblokowane (pierwszy raz w życiu!) 16. Przede mną jeszcze dziesięć, a potem jeszcze tylko 400, o ile dobrze wyliczyłam. Staram się od razu chować nitki, więc idzie trochę wolniej. 

Czytam kolejną część kryminały o Departamencie Q. W sumie przesunęła się przez to moja Nieoczywista, której jest... cztery tomy. Ale postaram się wrzucić jeszcze w tym tygodniu wrażenia z pierwszego tomu.

A kiedy nie dłubię i nie czytam, nadrabiam zaległości serialowe; akurat zaczęłam pierwszą serię True Detective. Mam raczej pozytywne wrażenia po dwóch pierwszych odcinkach.Słyszałam jeszcze dużo dobrego o serialu Jonathan Strange & Mr Norrell, ale na razie lecę z listy "do obejrzenia", więc pewnie trochę to potrwa.

Zabójcy bażantów - Jussi Adler-Olsen

Seria o Departamencie Q wciągnęła mnie na dobre. Po tygodniu od przeczytania Kobiety w klatce sięgnęłam po Zabójców bażantów. Wcale mi nie przeszkadzał fakt, że niedawno oglądałam ekranizację, ponieważ film jest luźno oparty na motywach powieści, jest jakby wariacją na temat, nieco uładzoną w stosunku do książkowego pierwowzoru.
Fabuła Zabójców bażantów dzieje się niemal od razu po rozwiązaniu poprzedniej sprawy. Carl Mørck, niczym Chandlerowski Marlowe rozwiązuje sprawę mroczną, trudną i sięgającą szczytów hierarchii państwowej. Układy i układziki byłych członków elitarnej szkoły toczą Danię niczym rak. "W małej Danii było tak, że jeśli miało się na kogoś haka, to ten ktoś miał w zanadrzu coś równie druzgocącego. Tak mądrze urządzono ten system. Grzeszki jednej osoby szybko przechodziły na inną, jeśli się o nich milczało. Ta bardzo praktyczna zasada sprawiła, że nikt nic o nikim nie mówi, nawet przyłapany na gorącym uczynku." 
Tym razem na biurku Mørcka ląduje sprawa brutalnego zabójstwa nastolatków - zbrodnia wygląda na dokonaną bez motywu, ale tajemnicza lista dołączona do akt sprawy pokazuje pewną prawidłowość...
Chociaż powieść bardzo kojarzy mi się z gatunkiem Hardboiled nie jest pozbawiona elementów humorystycznych. Owszem, jest to humor bardzo specyficzny i wpisujący się doskonale w kryminał, najbardziej ubawiła mnie ulica imienia Egona Olsena i wtręty takie, jak ten: 

Mimo, że - jak już wielokrotnie wspominałam - widziałam film, powieść trzyma w napięciu, które nie pozwala odstawić książki na bok. Momentami szokująca historia jest traktatem o dobru i zły, które jest coraz bardziej brutalne i z pozoru nietykalne. 
Przede mną trzecia z książek o Mørcku, Assadzie i Rose, która dołączyła do Departamentu w drugiej części, która nosi tajemniczy tytuł "Wybawienie". 

Dlaczego czytam?

Czytam od dziecka. Tak jestem wychowana, tak się "przyzwyczaiłam". Książki zawsze były dla mnie ważne. Najpierw seria "Poczytaj mi mamo", "Seria z wiewiórką", bajeczki z Naszej Księgarni (seria z kotem w butach). Służyły nie tylko do czytania, ale i do stawiania domów dla misiów, niezliczonego wertowania i nauki liter. Moja pierwsza samodzielnie przeczytana książeczka to "W lesie biało". Grube, błękitno-białe kartki, jelonek, jakaś jarzębina chyba. Nie mam, niestety tej książeczki, ale kupiłabym nawet używane wydanie, ot z sentymentu. 
Potem wypożyczane ze szkolnej biblioteki - Ania z Zielonego Wzgórza, Lassie wróć i inne, podczytywane pod kołdrą przy światełku ręcznej latarki. Miałam chwile czytelniczego buntu i - moja mama była zrozpaczona obawiając się, że nie sięgnę po książkę już nigdy-przenigdy. Ale odblokowałam się Godziną pąsowej róży i potem już nie miałam takich zastojów. 
W liceum przeczytałam większość klasyki. Nie wszystko, żeby nie było, że się snobuję - ale odkryłam piękno francuskich pisarzy, angielskich, rosyjskich, oczywiście również polskich. Sięgnęłam po dzieła, po które dziś już bym nie sięgnęła. Czytałam także wszystko z półek z lit. ang. z bibliotek, do których byłam zapisana. 

Fotografia mojego autorstwa

Czytam książki, które chcę. Nikt mi nigdy nie narzucał (nie mówię o szkole, bo lektury - wiadomo) co mam czytać. Wybieram to, co lubię, lub co myślę, że mi się spodoba. Nawet na dkk czytam tylko to, co mniej więcej trafia w mój gust. 
I tak się zastanawiam - czemu czytam? Przecież robię to celowo, "po coś". Wiec zaczęłam wyliczać w myśli:
  • dla wzbogacenia słownictwa. Co oczywiście nie jest głównym motywem czytania, bo równie dobrze można by sięgnąć po prostu po słownik - ale chyba każdy czytający zgodzi się ze mną, że czytanie poszerza słownictwo, oraz
  • poszerza światopogląd - dzięki wielu książkom spojrzałam na niektóre problemy z innej strony, mój umysł otwarł się na niektóre aspekty życia. Oczywiście niebagatelną rolę odegrały moje studia, które polegały na myśleniu, czytaniu i pisaniu. Książki wyrabiają własny osąd, pozwalają spojrzeć na świat własnymi oczami.
  • książki są niesamowitą skarbnicą... dowcipu. Któż nie lubi się śmiać, lub przynajmniej zaśmiać, ale tak serdecznie, nieskrępowanie? Istnieją powieści, że tak powiem od góry do dołu naszpikowane zabawnymi sytuacjami (Trzech panów...), ale i w kryminale, czy książce obyczajowej znajdują się niekiedy śmiesznoty, które uprzyjemniają czytanie.
  • książki są również kopalnią sentencji i powiedzonek. Nie mówię tu o "kto czyta - żyje podwójnie", ale o tych wszystkich zdaniach, pozaznaczanych przez nas ołówkami, kolorowymi karteczkami, etc., które sami wybraliśmy z tego czy innego powodu.
  • dla przyjemności. Chyba nie ma większej przyjemności, niż dobra książka. Bo nie mówię o tych krótkotrwałych, jak kawa, czekolada, czy zakochanie się (nie miłość, tylko zakochanie). Po ciężkim dniu, dla odreagowania, ale i przy ładnej pogodzie leżąc na leżaku i popijając mrożoną kawę, najlepiej relaksować się z książką. 

Fakt, fikcja i fotografia albo co się zdarzyło we Freshwater

Freshwater jest trzyaktową komedią napisaną na potrzeby domowej sceny skupionej wokół środowiska artystów słynnej grupy Bloomsbury. Sztuka wyszła spod pióra Virginii Woolf, jednej z największych pisarek ubiegłego stulecia, a wystawiona została w 1935 roku. Freshwater jest nie tylko satyrą na wiktoriański styl uprawiania sztuki (bohaterami są fotografka - Cameron, malarz - Watts, oraz natchniony poeta - Tennyson), ale i hołd złożony sławnej ciotce pisarki. "Sztuka Julii Margaret Cameron - pisze we wstępie Magdalena Heydel - w interpretacji Woolf bynajmniej nie jest sentymentalno-niewinnym hobby starszej pani, przeciwnie - budzi niepokój i podniecenie; wpisuje się we wzorce epoki, ale w istocie rozsadza je od środka".
Julia Margaret Cameron (11.06.1815 - 26.01.1879 - jak widać w zeszły czwartek minęła dwusetna rocznica urodzin artystki) fotografować zaczęła dość późno, kiedy w wieku czterdziestu ośmiu lat otrzymała w prezencie od córki i zięcia pierwszy aparat fotograficzny, który prawdopodobnie wyglądała tak (klik). Cameron należała zawsze do kobiet aktywnych, a z nowego hobby potrafiła wycisnąć niezmierzone pokłady kreatywności. Na jej fotografiach roi się od onirycznych boginek z podań i legend średniowiecznej Anglii. Zafascynowana sztuką prerafaelitów wydobywała z fotografowanych postaci niezwykły żar, który czaruje do dziś. Jednakże jej metody pracy były nietypowe - posługiwała się techniką mokrej płyty kolodionowej (również Roger Fenton wykorzystywał tę metodę), która skracała czas fotografowania do kilku sekund, ale chcąc stworzyć pozory obrazowania niezwykłego, nierzeczywistego świata ustawiała dłuższy czas naświetlania, jednocześnie zwracając uwagę oglądającego na upozowane postacie pozostające w centralnej częsci fotografii. Jej prace są rozpoznawalne i wielokrotnie reprodukowane, a sama Cameron uchodzi za jedną z najważniejszych osobowości sztuki czasów wiktoriańskich. 

Julia Margaret Cameron "I Wait" - źródło: Wikipedia
Fakt, fikcja i fotografia jest książeczką cieniutką, ale interesującą. To gratka dla koneserów pisarstwa Woolf (oprócz komedii wydanie zawiera również esej pisarki o sławnej antenatce), oraz ciekawostkę dla miłośników fotografki. Dostajemy również wstęp tłumaczki Woolf, Magdaleny Heydel, a także esej historyk sztuki, związanej z UW, Marii Poprzęckiej

Kiedy byłem dziełem sztuki - Eric-Emmanuel Schmitt

Hm... mam problem z tą książką. Niby dobra, ale jakaś nie do końca. Chyba pierwszy raz (lekko) zawiodłam się na autorze. 
O Schmicie pisałam wielokrotnie, bo autor przekonał mnie do siebie nie tylko swoją proza, ale i osobowością. Kiedy byłem dziełem sztuki  to powiastka filozoficzna, parabola o świecie sztuki, granicy człowieczeństwa, o tym, ile ludzie są skłonni oddać za blichtr, za pięć minut sławy. Schmitt nie opisuje bohatera wprost - młody chłopak pragnie targnąć się na siebie, ale przed desperackim krokiem ratuje go rzeźbiarz przeistaczając niedoszłego samobójcę w żywe dzieło sztuki - dostajemy jedynie informacje, że młodzieniec zostaje zdeformowany poprzez liczne operacje i "usprawnienia". Autor sugeruje jedynie, jak żywa rzeźba zostaje odebrana przez entuzjastów, a jak przez przeciwników owej na wskroś nowoczesnej sztuki. Owszem, sam pomysł wydaje się wspaniały, ale na krótkie opowiadanie, na etiudę, ale nie na ponaddwustrustronicowe dzieło. Postacie wydają się zbyt papierowe i jednostronnie przedstawione, nie ma światłocieni w poszczególnych charakterach, rezultatem czego jest przewidywalność i w końcu - trywialność powieści.
Jednakże nie skreślam Kiedy byłem całkowicie, a to dlatego, że naszpikowana jest trafnymi sądami dotyczącymi świata szeroko rozumianej kultury: Najpierw fotografowano cię dlatego, że byleś inny - mówi twórca do swojej rzeźby. - Teraz fotografują cię dlatego, że jesteś sławny. Popularność to zwierze, które karmi się samo sobą. (...) Sukces to zazwyczaj coś, co nie pochodzi od artysty, lecz od publiczności.

Wspólne czytanie i robótkowanie

Tym razem dołączam do zabawy z Maknetą i pokazuję robótki. Akurat te są skończone, ale jeszcze świeżutkie. 
Zebrało mnie znów na robótkowanie. Bardzo lubię szydełkować. Mam mnóstwo planów i zbieram inspirujące zdjęcia projektów, które pomagają mi się rozwijać. 
Sukienki co prawda jeszcze nie skończyłam, ale lada dzień będę finiszować. Chociaż nie wiem, czy sukienka nie zostanie ostatecznie topem. 
Synek zamówił serwetkę-dinozaura. Ale nie jakiegokolwiek, a konkretnego - allozaura. 


Ta chustka ma iks lat. Żal mi było pozbywać się jej, więc postanowiłam ją zrewitalizować dodając szydełkową koronkę. Jak widać - czytam właśnie Schmitta, na recenzję którego zapraszam już w piątek.

Zapraszam Pinterestowiczów do obserwowania mojej szydełkowej tablicy: 

Kobieta w klatce - Jussi Adler-Olsen

Przeczytałam coś dla mnie bardzo... nieoczywistego, a mianowicie - skandynawski kryminał. Owszem, znam Stiega Larssona, ale na tym się kończy moja znajomość tego rodzaju literatury. Jeśli kryminały - to Agatha Christie. Ale tydzień temu wybrałam się do DKFu na film Zabójcy bażantów i stwierdziłam, że dawno nie widziałam tak dobrego, rzetelnego filmu kryminalnego. Przy okazji dowiedziałam się, że Zabójcy są drugą z kolei zekranizowaną książką Adler-Olsena o Departamencie Q, a że nie miałam okazji obejrzeć "jedynki", postanowiłam ją przeczytać.
Akcja Kobiety w klatce dzieje się dwutorowo - w 2002 roku zostaje porwana piękna, młoda posłanka, Merete Lynggaard. Policja podejrzewa, że wypadła, bądź została wypchnięta z promu. W 2007 roku policjant Carl Mørck zostaje szefem nowo powstałej komórki o nazwie Departament Q, mającej zajmować się ważnymi lecz nierozwiązanymi sprawami sprzed lat. Mørck ma do pomocy jedynie uchodźcę z Syrii, Assada, którego ze złotej rączki "awansuje" na kogoś w rodzaju swojego osobistego adiutanta.

Chociaż zagadka kryminalna skonstruowana jest tak, że już po kilku rozdziałach można się domyślić, kto jest sprawcą (tak samo jak w filmie), powieść czyta się z niekłamaną przyjemnością. Assada polubiłam od razu, i choć Mørck jest dość odpychający (typowy rozwiedziony glina z ciężkim życiem osobistym i niewyparzonym językiem), i jego nie sposób nie polubić. Całość przypomina mi stare, dobre brytyjskie kryminały na czele z serialowym Taggartem.
Pewnie tak "wygląda" większość skandynawskich (akurat Adler-Olsen jest Duńczykiem) kryminałów i moje zachwyty wydają się dość dziwne, ale szczerze mnie wciągnęła ta seria i mam zamiar kontynuować moją przygodę z Departamentem Q. Poza tym lekturze oddawałam się w niezwykle przyjemnych okolicznościach przyrody: weekend, upragnione słońce, a w cieniu niewysokich drzewek leżak, a tuż obok kawa mrożona.

Czytamy książki nieoczywiste - podsumowanie maja i zaproszenie na czerwiec

Choć na rynku wydawniczym aż roi się od nowości, jednak sięgamy z takich czy innych względów po książki starsze. W kwietniu w wyzwaniu uczestniczyło siedem osób. Przeczytałyśmy razem jedenaście książek nieoczywistych.

A książka nieoczywista to taka, która:
  • jest nieobecna lub prawie-nieobecna na portalach typu BiblioNETka, czy LubimyCzytać - bądźcie pierwszymi, którzy ją zrecenzują!
  • jest dawno niewypożyczana z biblioteki i już-już niemal zubytkowana,
  • wygrzebana na pchlim targu, antykwariacie, strychowych wykopkach u dziadka, lub wciśnięta z kąt Waszych półek, i wydawałoby się, że nikt jej już nie przeczyta,
  • wydanie jest tak stare, że nie ma okładki, w rękach się rozpada, a nazwisko autora za Chiny Ludowe nic Wam nie mówi,
  • książka jest nieoczywiste DLA WAS, czyli - jeżeli zawsze czytacie romanse, obyczajówki itp. nagle sięgacie po biografię piłkarza, albo Grę o Tron. Nazwijmy tę książkę - nieoczywistą z BONUSEM, dla odróżnienia od staroci.

Więcej o wyzwaniu w zakładce na górze strony.
Zapraszam również na stronę FB wyzwania i dziękuję za liczne polubienia.


A teraz podsumowanie:

Pani Wu:
http://zapiskinaserwetkach.blogspot.com/2015/06/kronika-vogta.html
http://zapiskinaserwetkach.blogspot.com/2015/05/kronika-hensela.html
http://zapiskinaserwetkach.blogspot.com/2015/05/jeleniogorskie-ciekawostki.html

Procella:
http://kotspinaksiazce.blogspot.com/2015/05/teraz-czytam-pierwsze-zdanie_31.html
http://kotspinaksiazce.blogspot.com/2015/05/teraz-czytam-pierwsze-zdanie_27.html

Kruszkin:
http://bookiemonster.blox.pl/2015/05/Suita-kaszubska-Reportaze-o-ziemi-i-ludziach.html
http://bookiemonster.blox.pl/2015/05/I-zawsze-smierc-jej-szybki-krok-Reynaldo-Gonzlez.html

Lotta:
http://proczyliza.blogspot.com/2015/05/bogdan-loebl-dymek-mesjasz-zwierzat.html

Agnesto:
http://agnestariusz.blogspot.com/2015/05/albatros-s-hill.html

Czarne Espresso:
http://czarneespresso.blogspot.com/2015/06/dukla-miasto-na-rubiezach.html

Setna strona:
http://setna-strona.blogspot.com/2015/05/objazd-baga-dimitrowa.html

Hardy osobisty

Bloomiści mają swój dzień 16-go czerwca, a Hardyści - 2-go. W związku z przypadającą dzisiaj rocznicą urodzin pisarza i poety, nie chcąc powtarzać biogramu (TU), postanowiłam pokazać swoją kolekcję książek Thomasa Hardy. 
Tess of the d'Urbervilles - Macmillan and Co, 1933, oprawa w imitację skóry, wklejka: cottage, w którym autor przyszedł na świat;
Far from the madding crowd - Macmillan and Co, 1924, wklejka z mapą Wessex, ten egzemplarz został wydany za życia autora!



Far from the madding crowd - Penguin Popular Classics;
A pair of blue eyes - Wordsworth Classics

Tessa d'Urberville - tł. Róża Czekańska-Heymanowa (kupiona 24 III 2006 r., ale przeczytana ok. roku 2000? ŚK, 2003)
Powrót na wrzosowisko - tł. Aldona Szpakowska, seria kieszonkowa PIW 1979, przeczytana pod ławką na logice 2003/4
Pod drzewem, pod zielonym - tł. Ewa Kołaczkowska, PIW 1957
Poezje wybrane - tł. i przedmowa Zygmunt Kubiak, 1989, żółta seria PIW
Pierwsza hrabina Wessex/ W pewnym miasteczku - tł. K. Jurasz-Dąmbska, J. Korniłłowiczowa, KIW (Koliber nr41), 1977, Z dala od zgiełku tłumu - tł. Róża Czekańska-Heymanowa, nabyte 05.05.05, PIW 1957
Juda Nieznany - kupiony 6 lipca 2004, tł. Ewa Kołaczkowska, PIW 1963
Burmistrz Casterbridge - tł. Ewa Kołaczkowska, PIW 1957
Trzytomowe wydanie rosyjskie (1988/89), w którym znajdują się powieści (Mieszkańcy lasu, Tessa, Burmistrz Casterbridge, Powrót na wrzosowisko, a także wiersze i opowiadania), okraszone ilustracjami; ponadto FDC ze znaczkiem, oraz portrecik, który wisi u mnie na ścianie.
Przy okazji przypominam - o autorze możecie przeczytać TU, o książce Z dala od zgiełku tłumu można przeczytać TU, a jej fragment TU.

P.S. Jeszcze mały komunikat - w związku z awaria internetu Nieoczywiste przekładamy na 3-go czerwca.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...