Polscy terroryści - Wojciech Lada

W książce Polscy terroryści Wojciech Lada dowodzi, że lata rozbioru, to nie tylko walka w powstaniach, ani knucie w zaciszu paryskich hoteli. To walka partyzancka, niekiedy "poniżej pasa", a w konspirację byli zaangażowani ludzie, którzy w późniejszych latach wiedli prym w polityce Rzeczypospolitej. W samym tylko 1906 roku "Polacy dokonali 1245 zamachów terrorystycznych, z czego połowa na instytucje rządowe, pozostałe zaś na wybranych przedstawicieli carskiego aparatu władzy. Atakowano również instytucje mające związek z pieniędzmi, by w ten sposób sfinansować grubsze, ważniejsze akcje. Napadano - jak na dzikim zachodzie - na pociągi przewożące gotówkę, zastraszano i wymuszano, a także podkładano ładunki domowej roboty, nie mające czasem nic wspólnego z profesjonalnymi bombami.
Lada opisuje późniejszych oficjeli, i tak o Marszałku Piłsudskim pisze, że był "naiwnym wizjonerem (...) nie miał ducha terrorysty i myślał raczej o przyszłych powstaniach". Dlatego szkolił partyjne (PPS) bojówki pod kątem przyszłej armii, przekazując swoim podopiecznym miedzy innymi podstawy musztry.
Mamy także - zapomniane już dzisiaj - zbrojne akcje z użyciem ówczesnych "komandosów", jak ta w Rogowie z 8 listopada 1906 roku, kiedy to PPSowcy nie ponieśli żadnego uszczerbku w swoich szeregach, a brało wówczas udział w akcji 49 osób. Akcja w Rogowie była jedną z największych, oraz najlepiej zorganizowanych po 1863 roku. Przytacza Lada średnio udany zamach na pociąg w Bezdanach; co prawda uzyskano w ten sposób fundusze na dalszą walkę, ale ledwo pokryła ona wydatki. 
Próbowano również "walczyć" na własną rękę; tysiące proletariuszy pod sztandarem walki z uciskiem zajmowało się wymuszeniami na własne konto. Większość uzbrojona w kradzioną lub kupowaną nielegalnie broń napadała na cywili w oczekiwaniu łatwego zysku. 
Temat książki robi duże wrażenie; jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia o walkach o wolność w kategoriach bohaterstwa, męstwa, poświęcenia i do głów większości z nas nie przyszłoby, że mamy swoich Michaelów Collinsów, bo po prawdzie nie widzę różnicy w postępowaniu PPSowców i IRA. Czytelnik dostaje szereg relacji, tekstów źródłowych, oraz sporo zdjęć i rycin.
P.S. Gratuluję grafikom - książka ma bajeczną okładkę, na która można patrzeć godzinami.

Winyl i spółka - Joy Division



Love will tear us apart. Jedna z najważniejszych piosenek ubiegłego stulecia. Sztandarowy utwór brytyjskiego zespołu działającego zaledwie kilka lat, a który miał niebagatelny wpływ na rozwój muzyki. Styl Joy Division określany jest często jako mroczny, zimny, dogłębnie pesymistyczny.
Dzisiaj mija dokładnie 35 rocznica tragicznej śmierci wokalisty JD, Iana Curtisa. Gdyby żył, miałby 59 lat. Wspaniały poeta, charyzmatyczny wokalista, nieszczęśliwy człowiek, który popełnił samobójstwo w wieku zaledwie 24 lat...


Dla mnie Joy Division, oprócz The Cure, jest jednym z najważniejszych zespołów wszech czasów. Nie pamiętam, kiedy usłyszałam po raz pierwszy wypomniany powyżej kawałek, ale pamiętam wrażenie, jakie na mnie zrobił. W gliwickim Elvisie kupiłam płytę (Substance) i chociaż nie mam odtwarzacza cd, jest to jeden z krążków, których nie wyniosłam na strych. Nie potrafiłabym. A w zeszłym roku dostałam krążek winylowy, z którym się nie rozstaję.

W 2007 roku na ekrany kin wszedł doskonały film biograficzny o Curtisie z Samem Riley'em w roli głównej, Control. Reżyser, Anton Corbijn, bazował na wspomnieniach żony artysty, Deborah. Wyszedł surowy w formie, doskonały plastycznie i - oczywiście - muzycznie film. Książka, oprócz biografii Curtisa, zawiera również zdjęcia, niektóre bardzo prywatne, a także teksty piosenek i ich tłumaczenia. Moje wydanie pochodzi z okresu wejścia do kin filmu, ale pierwsze wydanie, które miałam okazję pożyczyć od znajomego zostało wydane w 1997 roku.
Na koniec utwór. Wybrałam jeden z moich ulubionych, okraszony ekstatycznym tańcem Curtisa.

Objazd - Błaga Dimitrowa

Naszym życiem rządzi przypadek. A może jest coś więcej, jakaś dziwna celowość w pozornym bezładzie chwil? Zagapiłam się, wysiadłam przystanek dalej, a do miejsca przesiadki miałam kilka przecznic dalej, niż pierwotnie zakładał plan. Ale gdybym wysiadła tam, gdzie zamierzałam, nie spotkałabym dawno nie widzianej przyjaciółki. Niesamowite, odświeżające spotkanie!
Przypadek, a może chichot losu sprawił, że akurat tego dnia - będąc w podróży - czytałam Objazd Błagi Dimitrowej. Bojan, inżynier po czterdziestce przypadkiem (?) zmuszony jest jechać objazdem do Sofii. W drodze spotyka Nedę, której nie widział siedemnaście lat. Łączyło ich silne uczucie, które w chwili spotkania daje o sobie znać. Powieść Dimitrowej jest pisana pięknym, onirycznym, poetyckim językiem, a całość skonstruowana jest niezwykle misternie: z dziesięciu dni, które spędzili ze sobą Neda i Bojan będąc studentami zwykła sprzeczka "urwała" jeden dzień - na "odpracowanie go" czekali niemal dwie dekady. Jeśli byłabym pisarką, strasznie bym zazdrościła Dimitrowej pomysłu na bohaterów: on, inżynier, buduje nowe miasta, jego strzała czasu wymierzona jest w przyszłość; ona, historyk, archeolog, odkopuje pozostałości starych miast sprzed wieków. 
Narracja prowadzona jest w drugiej osobie. To dość niezwykłe, ponieważ utarło się, że ta pierwszoosobowa i trzecioosobowa są najlepsze. A Objazd tylko na tym zyskuje - Neda jest kimś w rodzaju wszechwiedzącego narratora, zarazem bohaterki; to ona wspomina, ona pokazuje nam owe dziesięć dni jak również ten jeden "rezerwowy". 
Pierwszy raz czytałam powieść pisarki bułgarskiej. Ba! Nawet nie znałam dotychczas tego nazwiska. A okazuje się, że w naszym kraju Dimitrowa nie była tak kompletnie anonimowa. Tłumaczka Pana Tadeusza i wierszy Szymborskiej (mąż Dimitrowej, Jordan Wasilew mówi o przyjaźni obu pań), bojowniczka o wolność w swojej ojczyźnie, w 1991 została wybrana do Zgromadzenia Narodowego, została nawet wiceprezydent! Dimitrowa zaintrygowała mnie swoją postacią, a Objazd pozostawił niedosyt - mam wielką ochotę sięgnąć po wiersze jak i inne powieści autorki. 

Wspomnienia Dimitrowej o Szymborskiej: TU 
Film Objazd na podstawie powieści: TU
Książka bierze udział w wyzwaniu Czytamy Książki Nieoczywiste.

Bractwo Bang Bang - Greg Marinovich, João Silva

W listopadzie ubiegłego roku natknęłam się na film o południowoafrykańskich fotoreporterach wydarzeniowych Bractwo Bang Bang. Obiecałam sobie wówczas, że kiedy tylko będę miała okazje - sięgnę po wspomnienia Marinovicha i Silvy. Książka została przełożona przez specjalistę od tamtych, trudnych  rejonów świata - Wojciecha Jagielskiego, który swoje przemyślenia dotyczące przemian w RPA zawarł w repotrażu Wypalanie traw
Marinovich pisze*: "nigdy czegoś takiego nie było, nigdy nie było takiego bractwa. I nigdy nie było też tak, że tylko my czterej byliśmy członkami tej swoistej sekty kultu światłoczułych. Było nas kilkunastu, którzy relacjonowaliśmy zamieszki trwające od uwolnienia Nelsona Mandeli z więzienia aż do pierwszych, w pełni wolnych wyborów". Dla przypomnienia - mówimy o okresie pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy kończył się w RPA apartheid. Dalej fotoreporter opowiada o krwawych zamieszkach, które prowokowała głównie Zuluska Inkatha. Zginęło wówczas wielu mieszkańców Soweto niezależnie od wieku, czy płci, głównie z plemion nie-zuluskich, takich jak Nguni, Pondo czy Khosa, z których wywodził się między innymi Mandela, oraz zdobywca Pokojowej Nagrody Nobla, Desmond Tutu. Marinovitch opisuje genezę powstania słynnego zdjęcia z mężczyzną-żywą pochodnią, za które dostał nagrodę Pulitzera. Miał świadomość, że fotografuje coś nieprzeciętnie ważnego, ale i jednocześnie śmiertelnie groźnego. 
Bang Bang to także Ken Oosterbroek, który zginął w zamieszkach w Thokozie w 1994 roku (Marinovich został wtedy ranny), oraz kolejny zdobywca Pulitzera - Kevin Carter. Carter wywołał niesamowite kontrowersje zdjęciem małej Sudanki umierającej z głodu. Za dzieckiem, które nie ma siły ustać na własnych nogach czai się sęp (TU). Carter "nawet nie próbował pomóc dziecku - czy to znaczy, że nie zdał testu na człowieczeństwo?" Jednocześnie w obronie przyjaciela autor wspomina o rozmowie z pracownikiem organizacji dobroczynnej, który "ze swojego doświadczenia wiedział, że [dziecko] mogło zostać tam pozostawione na chwilę przez matkę i że ta mała dziewczynka najprawdopodobniej nadal żyje." Marinovich jednak wspomina (w książce ten wątek przewija się dość często), że kiedy tylko można było komuś pomóc, któreś z fotoreporterów, oraz Heidi, jego ówczesna narzeczona, natychmiast wkraczali do akcji. Przywołuje sytuacje z ogarniętego ostrzałami Kabulu, kiedy Silva z premedytacją poniechał zrobienia zdjęcia, by pomóc umierającemu chłopcu. Myślę, że autorzy doskonale zdają sobie sprawę z etykietki sępów, żywiących się ludzką krwią, a podając takie przykłady człowieczeństwa i zachowania fair play obalają ten niechlubny mit. "W ciągu lat wielokrotnie przerywaliśmy fotografowanie, żeby zawieźć bojowników lub cywili do szpitala - często tylko my dysponowaliśmy samochodem." Ze słów autorów można również wyczytać swoiste poczucie misji - fotoreporterzy wydarzeniowi, czy wojenni nie tylko dokumentują, ale i posyłają obraz dalej. Dzięki nim mamy świadomość co się dzieje w odległych rejonach świata. Przybliża nam to całą złożoność obrazu geopolitycznego naszego rozległego uniwersum. "Nasze fotografie sprawiały być może, że czytelnicy dostrzegali, iż w innych częściach świata inni ludzie walczą o życie. Gdyby nie nasze zdjęcia, być może nigdy by się o tym nie dowiedzieli."
Dużym plusem są dołączone fotografie, niektóre są niezwykle wymowne i szokujące. Autorzy dają nam również pogląd o pracy fotografa w czasach przedcyfrowych. A chcący sobie przypomnieć historię RPA na końcu książki znajdzie kalendarium najważniejszych wydarzeń.

* chociaż książka jest wspólnym dziełem Marinovicha i Silvy, całość jest pisana z perspektywy tego pierwszego.

Dom tęsknot - Piotr Adamczyk

Rzadko sięgam po nową beletrystykę, a jeszcze rzadziej po polską nową beletrystykę. Książkę poleciła mi (i pożyczyła) koleżanka z pracy. -Weź, - powiedziała, - spodoba ci się na sto procent. Nie czytałam innych recenzji, nie czytałam nawet słów z okładki. Poszłam na żywioł.
Dom tęsknot wciągnął mnie od pierwszych stron. Napisana żywym językiem, gładko się toczy. I nim się człowiek spostrzeże - książka przeczytana. Wrocławska kamienica, niczym ta na Złotej w Warszawie, skupia mieszkańców z przeszłością; matka głównego bohatera, Piotrka, jest Niemką, która jakimś cudem nie została wysiedlona, ojciec jest przesiedleńcem ze wschodniej wsi, jest i lwowski profesor, piękna Wieczne Potępienie wodzi mężczyzn na pokuszenie (wyobrażałam ją sobie jako podobną do Kaliny Jędrusik), cieć Smok z rozmiłowaną w świętych obrazach żoną, siostra Immakulata, która choć do zakonu już nie należy, dalej przywdziewa habit... A zmieniające się epoki niczym na fotograficznej kliszy, widać na sztandarach, wielokroć prutych i przehaftowywanych.
Bohater dorasta na naszych oczach, a lokatorzy podążają tropem kielicha Lutra, mitycznego skarbu, który miał posłużyć hitlerowskiej propagandzie. Całość jest sentymentalna (w dobrym tego słowa znaczeniu), zabawna, niekiedy poetycka (kiedy Adamczyk pisze o miłości), mądra i ekscytująca. Może wyświechtanym frazesem będzie, kiedy powiem, że bohaterowie Adamczyka to postacie z krwi i kości, ale tak jest w istocie. 
Niedawno czytałam nową powieść Pawła Huelle, która ma z Domem tęsknot bardzo zbieżne watki: tu Breslauerzy, tam Kaszubi, tu Niemka, która została w Polsce, tam również. Tu i tam tajemnica, tam dom jednorodzinny, do którego w czasach powojennych dokwaterowywano, tu secesyjna kamienica z mieszkaniami dzielonymi przez nowych decydentów. Tyle, że odniosłam wrażenie, że Huelle chce zawrzeć wszystko w jednej powieści (moim zdaniem zupełnie nieudany był wątek sadystycznego Francuza i jego pamiętnik, nie kleiło mi się to z wątkiem Szczurołapa, który uważam za najlepszy). Adamczyk jest konsekwentny, nie uprawia sztuki dla sztuki, a siłą rażenia mogłabym go porównać do... Zafona. Wiem, jestem nudna z tym Zafonem, ale dla mnie to taki papierek lakmusowy współczesnej pop-beletrystyki. 
Jestem bardzo ciekawa poprzedniej powieści Adamczyka. I oczywiście, już nie mogę się doczekać kolejnej.

Witamy w czytelniczym raju

W poniedziałek odwiedziliśmy czytelnicze piekło. Jako czyściec chciałam wskazać wszystkie nieprzeczytane książki... ale pomyślałam, że to chyba część raju. A jak wygląda czytelniczy raj?

1. Ulubiona księgarnia zawsze sprzedaje Ci książki z rabatem, w bibliotece jest mnóstwo nowości jeszcze pachnących drukarnią, a na wyprzedażach udaje Ci się upolować prawdziwe cudeńka. 

PiMBP w Rybniku

2. Twój ulubiony pisarz zapowiada kolejny tom fenomenalnej serii, za którą przepadasz.

Zafon zapowiedział kolejny tom serii!

3. Zawsze masz czas, by czytać.

4. W czytelniczym raju książki są szyte, w twardych okładkach, nierzadko z zakładkami z tasiemki i obwolutami. 

5. Trafiasz na najpiękniejsze okładki, jakie mogły kiedykolwiek powstać.


6. Zawsze pod ręką masz ulubiony notatnik, pióro i ulubioną zakładkę, która nigdy się nie gubi (to samo z okularami, które zawsze okazują się być na miejscu!).

7. Ekranizacja jest tak dobra jak książka, na podstawie której powstała.

8. Trafiasz na tłumacza-geniusza.

9. Klasyka jest pięknie ilustrowana.

10. Udaje Ci się zdobyć komplet klasycznych dzieł ulubionego pisarza/poety.

11. Spotykasz autora, który daje Ci autograf, lub przeprowadzasz z nim wywiad - wszystko w miłej atmosferze.

12. Kupujesz "zremasterowane" książeczki, które uwielbiałeś w dzieciństwie.

13. Jeździsz na książkowe eventy i spotykasz przyjaciół, takich samych książkowych wariatów jak Ty:)
Zdjęcie ze spotkania Śląskich Blogerów Książkowych w Gliwicach

Piekło czytelnika

Drogi Czytelniku, właśnie umarłeś i trafiłeś do piekła. A takie czytelnicze piekło wygląda tak: 

1. Serie wydawane są w różnych wielkościach:

2. Wśród twardych okładek zawsze znajdziesz jedną w miękkiej:





3. Trzeci tom trylogii wydany jest w innej stylistyce niż dwa poprzednie:




4. Albo masz pierwszą i trzecią część, bo drugiej nie można nigdzie kupić!:

5. Przypisy - jeśli w ogóle są, znajdują się na końcu książki:

6. Udaje ci się zdobyć tylko jeden z dwu tomów:

7. Twój ulubiony pisarz(pisarka), w którym pokładałeś/łaś nadzieje przestaje pisać, albo z niewiadomych przyczyn w Twoim kraju nie wydadzą jego/jej nowej powieści:

8. Okładki wyglądają tak:
albo tak:

9. Literki są naprawdę maleńkie:

10. Okładki i strony są klejone, a nie szyte:

11. Ludzie robią to:
albo (o zgrozo!) to: (dla nich jest oddzielny krąg piekielny!)

12. W drukarni zrobią Ci to:

13. Tłumaczenie jest tak złe, że zmienia sens powieści, a ekranizacji nie da się oglądać nie obgryzając ze złości paznokci.
14. Wydawca zmusi Cię do zakupu książki ulubionego autora zmieniając tytuł powieści: TU.

15. Do tego w zasięgu ręki nie znajdziesz żadnej zakładki, ani długopisu/kartki, kiedy chcesz zapisać jakiś cytat.

Ale spokojnie, to tylko sen. We środę zabiorę Cię, Czytelniku do Nieba!

W drodze - Jack Kerouac

Mityczne lata 50-te ze swoimi domkami szeregowymi na bogatych przedmieściach, złote lata amerykańskiej prosperity były odpowiedzią na lata kryzysu lat 30-stych, oraz wojenne zaciskanie pasa. Ten lukrowany torcik, ten obrazek schizofrenicznej szczęśliwości miał jednak wiele rys. nie każdy chciał lub mógł uczestniczyć w celebrowaniu tego nowego, pięknego świata idealnego. Stąd takie teksty, jak pełne bólu studium depresji w Szklanym kloszu (data wydania 1963 r.), oraz wytykające bezcelowość ludzkiej egzystencji W drodze (wydana w 1957 roku).
W pierwszej, rzucającej się w oczy warstwie zawarł Kerouac obserwacje poczynione podczas licznych włóczęg po Stanach. Ważnym składnikiem dzieła jest doskonała muzyka z Milesem Davisem, Theloniousem Monkiem, czy Charlim Parkerem na czele, która leczy pokancerowane dusze bohaterów. Clou powieści jednak nie stanowią - moim zdaniem - benzedrynowe odloty, jak to zapowiada blurb, a miałkość życia niepotrafiących się dostosować do uniformu powszechnej szczęśliwości młodych ludzi. 
Kerouac pisze: "Czyż nie jest tak, że człowiek zaczyna życie jako urocze dziecko, które wierzy święcie we wszystko pod dachem swojego ojca? A potem nastaje dzień laodycejski, kiedy dowiadujesz się, że jesteś marny, nieszczęśliwy, biedny, ślepy, nagi, i z tą wizją upiornego, udręczonego ducha idziesz drżąc cały przez koszmarne życie". Stąd droga, droga będąca alegorią życia, droga bez celu, podróże bez destynacji, podejmowanie chaotycznie, by tylko móc zająć czymś umył i ciało. 
Utarła się etykietka powtarzana jak mantra, że W drodze jest "sztandarowym dziełem ruchu Beat Generaton", pokolenia dziś nierozumianego, zapomnianego, do którego doczepiono łatkę napuszonego ekscentryzmu. Rozszyfrowano bohaterów z imienia i nazwiska, a życie dopisało ciąg dalszy do ich curriculum vitea. W muzeum w San Francisco można obejrzeć zwój, przypominający manuskrypty z Qumran. Jednak ponadczasowość powieści tkwi w jej przesłaniu - droga to życie, a im bardziej świadomy jesteś, tym bardziej nieszczęśliwy. Spostrzeżenia poczynione przez autora w Meksyku, gdzie spotyka "szczęśliwych" Indian nie zaznajomionych z "dobrodziejstwami" cywilizacji jednoznacznie potwierdzają tę tezę. Zmiekczaczami twardej, frustrującej rzeczywistości są muzyka, seks, benzedryna. A zastanówmy się nad naszym pokoleniem - jesteśmy czcicielami mediów, śmiesznych kotów z you tuba, jesteśmy "wydawaczami kasy" na - w gruncie rzeczy - nie przydatne pierdoły. Nikt na poważnie nie podejmuje tematu sensu życia, bo nie chcemy traktować go zbyt serio (być może przeraża nas to, a jak głosi hasło z Joe Monster: "powaga zabija powoli"). Jest ci źle? idź na zakupy, poklikaj ze znajomymi na facebooku, wyrusz w drogę... Jednocześnie Kerouac nie daje odpowiedzi na pytanie "jak żyć?". Sal, alter ego pisarza, narrator powieści, sam tego nie wie, nawet nie próbuje zmienić życia na lepsze, bo tak naprawdę w tej materii nic się nie da zrobić. Zostaną tylko nasze selfie, na których będziemy happy: "Uprzytomniłem sobie, że pewnego dnia nasze dzieci będą oglądać te wszystkie [nasze] zdjęcia ze zdumieniem, przekonane, że ich rodzice wiedli gładkie, uporządkowane, ustabilizowane-tak-jak-na-zdjęciu życie, że wstawali rano, aby kroczyć dumnie chodnikami życia, i nigdy nawet nie będą podejrzewać łachmaniarskiego szaleństwa i burzliwości naszych faktycznych żywiołów, naszej faktycznej nocy, tego piekła, bezsensownej, koszmarnej drogi. Wszystko to w pustce bez końca i bez początku. Żałosne przejawy ignorancji."
*   *   *
W 2012 roku powstała ekranizacja powieści z Samem Riley'em (boski jako Ian Curtis w Control), "Synem Flynna" oraz kochanicą wampirów. Mimo obsady i naprawdę cudownych zdjęć - nie polecam tej płytkiej szmiry. Jeżeli ktoś chce poczuć klimat powieści proponuję sięgnąć po Inside Llewelyn Davis - choć zamiast bopu jest folk, blisko obrazowi do powieści Kerouaca.

Czytamy książki nieoczywiste - podsumowanie kwietnia i zaproszenie na maj

Choć na rynku wydawniczym aż roi się od nowości, jednak sięgamy z takich czy innych względów po książki starsze. W kwietniu w wyzwaniu uczestniczyło siedem osób. Przeczytałyśmy razem dziesięć książek nieoczywistych.

A książka nieoczywista to taka, która:
  • jest nieobecna lub prawie-nieobecna na portalach typu BiblioNETka, czy LubimyCzytać - bądźcie pierwszymi, którzy ją zrecenzują!
  • jest dawno niewypożyczana z biblioteki i już-już niemal zubytkowana,
  • wygrzebana na pchlim targu, antykwariacie, strychowych wykopkach u dziadka, lub wciśnięta z kąt Waszych półek, i wydawałoby się, że nikt jej już nie przeczyta,
  • wydanie jest tak stare, że nie ma okładki, w rękach się rozpada, a nazwisko autora za Chiny Ludowe nic Wam nie mówi,
  • książka jest nieoczywiste DLA WAS, czyli - jeżeli zawsze czytacie romanse, obyczajówki itp. nagle sięgacie po biografię piłkarza, albo Grę o Tron. Nazwijmy tę książkę - nieoczywistą z BONUSEM, dla odróżnienia od staroci.

Więcej o wyzwaniu w zakładce na górze strony.
Zapraszam również na stronę FB wyzwania i dziękuję za liczne polubienia.

A teraz wasz propozycje:
Anna:
Pokład Joanny - Gustaw Morcinek

Procella:
Papierowy bandyta - Janusz Duni

Martyna Sz.:
Dwa lata wakacji - Juliusz Verne


Natanna
Kot - Georges Simenon 

Kruszkin
Dźwięk fletu - Sergio Pitol

Lotta:
"Książka rysunkowa o ewolucji do najoczywistszych nie należy, więc daję z czystym sumieniem"
Tak się wszystko zaczęło - Jonathan Lindström

Setna Strona:
Dekameron - Giovanni Boccaccio

Chata Wuja Toma:

Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy - Miguel de Cervantes Saavedra 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...