Opętanie - A. S. Byatt

Pomijając tytuł, który przywodzi na myśl czerwonego harlequina, powieść A. S. Byatt jest dziełem, jakie czytelnik kocha - wielowątkowa intryga, zagadka z tajemnicą rodzinną w tle, dramat miłosny i komedia romantyczna, autorka także wyszydza układy i układziki w światku akademickim brytyjskich uniwersytetów. Opętanie jest powieścią nagrodzoną Bookerem, i słusznie, bo czaruje - czytając do poduszki nie mogłam poprzestać na końcu rozdziału i musiałam czytać dalej!
A. S. Byatt pochodzi z literackiej rodziny z Sheffield - jej siostrami są autorka Margaret Drabble, oraz historyk sztuki Helen Langdon (w wywiadach Byatt przyznała się, że nie czyta powieści siostry). Pierwszą wydaną powieścią Byatt była The Shadow of the sun opowiadająca historię zdominowanej przez ojca młodej kobiety. W kolejnej - The Game - odniosła się do relacji z siostrą kreśląc portrety współzawodniczących kobiet. Poza licznymi przykładami literatury pięknej, Byatt jest autorką artykułów z zakresu krytyki literackiej, miedzy innymi o Iris Murdoch, która wywarła na pisarkę niebagatelny wpływ jako jej mentorka i przyjaciółka. Byatt pisuje także opowiadania, oraz baśnie. Od roku 1999 autorka może się poszczycić tytułem Damy.
Jej najsłynniejsza powieść Opętanie, opowiada dwie równoległe historie miłości. Młody, niezbyt ambitny doktorant, Roland Mitchell znajduje przypadkiem brudnopis listu miłosnego dziewiętnastowiecznego poety, Randolpha Henry'ego Asha. Chociaż Ash jest postacią fikcyjną, tak samo jak Christabel La Motte, poetka, oraz adresatka listu, Byatt serwuje nam wspaniały wybór poezji obojgu wyimaginowanych autorów. Wiersze te są tak piękne, że miałam ochotę je przepisać do zeszytu - zgodne z wiktoriańskim stylem, przesycone duchem mistycyzmu, odwołujące się do mitologii i podań ludowych. 
Książka, jak już wspomniałam - jest świetna, pochłania bez reszty i przyprawia o wypieki na twarzy. Literaccy detektywi rozwiązują niesamowitą zagadkę, której tropy idą od listu do pamiętnika, od pamiętnika, do kolejnego listu, itd aż do finału, w którym aż wstrzymałam oddech (w przenośni oczywiście). A po piętach depcze im - niczym szpieg z krainy Deszczowców - amerykański profesor chcący pozyskać artefakty związane z Ashem do swojej kolekcji. 
Nie byłabym sobą, gdybym od razu nie skonfrontowała powieści z filmem. W 2002 roku nakręcono Opętanie z Aaronem Eckhartem (Mitchell), Gwyneth Paltrow (Bailey), Jeremym Northamem (Ash) i Jennifer Ehle (La Motte). Film, jak film; książka była taka pełna, proponowała czytelnikowi erudycyjną grę, a film tak się prześliznął po fabule, jak po lodowisku... To, co w książce zajmowało rozdział, w filmie trwało chwilkę i było ledwie naznaczone. No, ale cóż, film rządzi się innymi prawami. Ale aktorsko jest wspaniale, szczególnie przypadła mi do gustu para wiktoriańska. 
Bardzo bym chciała mieć własny egzemplarz. Ale z większym drukiem. Tak wydany jak równie ekscytujące dzieła Zafona. Teraz będę polowała na Anioły i owady Antonii Susan Byatt.

Opowiadacze

Po lekturze opowiadań Etgara Kereta złapałam się na stwierdzeniu, że nie lubię opowiadań. Nie dokończyłam jeszcze myśli i już miałam poważne wątpliwości, co do prawdziwości stwierdzenia. Ależ ja bardzo lubię opowiadania!


Opowiadanie ma być długie – taki stawiam warunek. Ma być „o czymś”, oraz cechować się spójnością logiczną i językową. Niestety, coraz częściej trafiam na jakieś szkice, wygłupy, słowna papkę na dwie strony. Nie tędy droga. Może jestem poważnie skażona klasyką, ale waśnie takie opowiadania lubię czytać.

Dość przekornie, bo od ekranizacji zaczęła się moja przygoda z Rudyardem Kiplingiem. Mając kilka lat zakochałam się w bohaterskim ichneumonie Rikki Tikki Tavim. Naturalnie po filmie (nie była to kreskówka, a film z prawdziwymi zwierzętami!) sięgnęłam po całą Księgę dżungli, którą po prostu pokochałam.

Kiedy miałam naście lat do moich ulubionych pisarzy należał również Edgar Allan Poe, którego twórczość również poznałam dzięki telewizji. Dawno temu tv puszczała Hammerfilmy z niezapomnianym Vincentem Price’em. Do dzisiaj ciarki mnie przechodzą, kiedy pomyślę o Dziwnym przypadku Pana Waldemara. Ma się rozumieć kiedy tylko zdobyłam egzemplarz Opowieści Nadzwyczajnych, pożarłam je na miejscu (nocą!). Opowiadania mam w tłumaczeniu Leśmiana, co jeszcze potęguje ich niesamowitość.

Zaczytywałam się w powieściach i opowiadaniach Henry’ego Jamesa. Dla mnie jest niekwestionowanym królem opowiadań. Owszem, można mu zarzucić monotematyczność: wszystkie jego opowiadania rozgrywają się wśród bogatych Amerykanów zwiedzających Kontynent, ale sam język oraz tematy poruszane w opowiadaniach są godne polecenia.

W tym samym czasie czytałam opowiadania Williama Somerseta Maughama. Maugham podróżował po Dalekim Wschodzie, którym był urzeczony – jego psychologiczne opowiadania rozgrywają się właśnie w większości w malowniczych zakątkach Chin, czy innych równie egzotycznych zakątkach.

24 godziny z życia kobiety Stefana Zweiga stawiam bardzo wysoko w rankingu najlepszych zbiorów opowiadań. Zafascynowany Freudem tworzył bogate duchowo opowieści o skomplikowanych ludzkich losach. Prócz tytułowego opowiadania, polecam Nowelę szachową. Sięgnijcie, proszę, po PIWowski tomik, w którym jest aż dziewięć opowiadań – niektóre wydania zawierają zaledwie trzy.

Popełniłabym ogromny błąd, jeślibym nie wspomniała o Antonie Czechowie. Jest w jego opowiadaniach jakaś mądrość, sentymentalizm, prostota. Równocześnie są wysublimowane, i mimo pogody - smutne. Dama z pieskiem, czy tomik siedmiu opowiadań Baby (Seria z Kolibrem) nie zostawiają czytelnika obojętnym.

O mały włos zapomniałabym również o Erneście Hemingwayu. Samotność myśliwego opisuje z taką precyzją, że choć pisane prostym językiem, czytelnik niemal ma wrażenie, że towarzyszy w wędrówkach bohaterowi. Kawa gotowana na ognisku pachnie, woda ze strumienia jest przyjemnie zimna, a gałęzie delikatnie smagają nasze ciała, kiedy razem z myśliwym przemierzamy las. Jestem przeciwna polowaniom, ale Hemingway po prostu urzeka.

Wielu jest genialnych „opowiadaczy”, choćby wspomnieć Jamesa Joyce’a, Kurta Vonneguta jr, czy Stephena Kinga (chociaż nie należę do miłośników mistrza horroru, uwielbiam jego Balladę o celnym strzale), lub choćby Jeffrey Archer, którego opowiadanka kryminalne tak miło mi się słuchało na audiobookach w czasie anginy.

Kobieta z prowincji - Waldemar Siemiński

Dziś będę Was zachęcała do sięgnięcia po niewielką, ale ważną książę. Na samą historię Kobiety z prowincji trafiłam ponad dwie dekady temu, kiedy późnym wieczorem trafiłam na powieść w odcinkach czytaną przez wspaniałą Ewę Dałkowską. Czekałam na kolejny odcinek z wypiekami na twarzy, jak czeka się na ulubiony serial. Aktorka wcielała się w postać niemłodej kobiety z małego miasteczka ze środkowej Polski. Wspominała całe swoje życie cofając się do lat dzieciństwa. 
Siemiński napisał Kobietę z prowincji pod koniec lat 70-tych. Nie wzięła się ona jednak z wyobraźni autora, a z życia, bowiem są to wspomnienia ciotki Siemińskiego, sześćdziesięciosiedmioletniej Anny z domu  Głowackiej, urodzonej i wychowanej w Kazimierzu Dolnym, który w powieści nosi nazwę Laźmierz. Zapisy zarejestrowane na taśmie magnetofonowej zostały zredagowane, następnie fragmentami zamieszczane w Regionach w 1980 roku. Tematem zainteresował się reżyser Andrzej Barański, który do roli Andzi zaangażował właśnie Ewę Dałkowską, znaną widzom do tej pory choćby z głównej roli w Sprawie Gorgonowej. W 1984 roku powstał kameralny film opowiadający o prostej, lecz niezłomnej kobiecie, której całe życie było podporządkowane pracy. 
W 1987 roku nakładem Czytelnika wyszła powieść Siemińskiego. 
Po Kobietę sięgnęłam drugi raz. Pierwszy dawno temu, zdaje się, zaraz po obejrzeniu filmu. Dziwnymi torami idą ludzkie myśli - poniekąd Matka Makryna swoja narracją przypomniała mi o Andzi i od razu zapragnęłam przeczytać powieść raz jeszcze. 
Narracja prowadzona jest stylem gawędowym, słuchamy wspomnień starej, steranej życiem nikomu niepotrzebnej kobiety, która jak wół harowała przez całe życie. Andzia żyła z maszyny do szycia, stare szmatki przerabiała na porządne fatałaszki i sprzedawała na handelku. Zbierała chmiel, odkładając każdy grosiczek na dzieci. Ze wspomnień wyłania się obraz biedy małego miasteczka, nędznego losu maluczkich, a także grozy wojny - najlepsza przyjaciółka Andzi, Siejwa była jedną z setek zamordowanych Laźmierzańskich Żydów. Motyw zamążpójścia każdej w pięciu Głowacczanek przypomina historię córek Tewjego Mleczarza z powieści Szolema Alejchema - żadna nie "zrobiła partii", i jako wdowy lub żony pijaków żyją zwyczajnym życiem szarego człowieka. 
Gorąco Was namawiam do sięgnięcia po Kobietę z prowincji. O filmie i samej bohaterce możecie posłuchać z ust odtwórczyni głównej roli - TU
Tę piękną powieść przeczytałam w ramach wyzwania

Droga do zapomnienia - Eric Lomax

"Celem Japończyków było zamknięcie nas w dolnych kręgach piekła". Te mocne słowa wyszły spod pióra Erica Lomaxa, oficera łączności wziętego do japońskiej niewoli w czasie drugiej wojny światowej. Historia Lomaxa stała się sławna w 2012 roku, kiedy do kin weszła uładzona adaptacja jego wspomnień. Jednak - choć film był przejmujący i dobrze zagrany, nie oddaje całego okrucieństwa, z którym zetknął się Anglik.
Eric Lomax od dzieciństwa rozmiłowany był w pociągach i już jako nastolatek znał nazwy i modele wszystkich lokomotyw, rozstaw torów, ciekawostki dotyczące kolei, a swój wolny czas spędzał na licznych wycieczkach w celu odkrywania starych, opuszczonych torów, czy przyjrzenia się z bliska jakiemuś ciekawemu "okazowi". Prócz tego - jak całe przedwojenne pokolenie, zbierał znaczki, etykiety zapałczane, piwne, oraz karty z papierosowych paczek (przed wojną w Polsce również można było takie dostać). Bardzo szybko znalazł pracę na poczcie, gdzie zarabiał na utrzymanie jego ojciec. Jednak karierę w urzędzie przerwała druga wojna światowa. W niedługim czasie Lomax został wysłany na wschód. Złe decyzje wojskowych zaowocowały klęska na froncie wschodnim i długoletnią, okupioną cierpieniem tysięcy żołnierzy niewolą. Japończycy nie respektowali konwencji genewskiej traktując jeńców jak darmową siłę roboczą, a ich warunki życia były porównywalne z tymi, panującymi w obozach koncentracyjnych. Okrucieństwem porównywalnym z Gestapo zwłaszcza cechowała się Kempeitai (japońska żandarmeria wojskowa). Lomax jako podejrzany o spisek był wielokrotnie torturowany, a następnie zesłany do więzienia wojskowego - tu przeżywał dalszy ciąg mąk piekielnych. 
Po wyzwoleniu wrócił do Wielkiej Brytanii. Właściwie można powiedzieć, że wróciło jego ciało, ponieważ umysł nadal borykał się z traumą. Jak funkcjonować w społeczeństwie mając złamaną psychikę? Czytając Railway man, bo taki angielski tytuł noszą te wspomnienia, można odnieść wrażenie, że nie może być aż tak źle, skoro w niektórych momentach autor pozwala sobie na humor, a tortury opisywane są jakby z pozycji suchego obserwatora - nic bardziej mylnego; Lomax, kiedy już się przełamał i zaczął mówić o swojej traumie, trafił na kochającą kobietę, która starała się go rozumieć, a także zachęciła do spotkania ze specjalistami badającymi traumę ludzi, którzy bili torturowani. Przez szereg lat uczył się "oswajać" wspomnienia.
Droga do zapomnienia stawia również ważkie pytania - czy tak skrzywdzony człowiek jest w stanie wybaczyć swoim oprawcom? Jakie jest pojmowanie winy wśród samych Japończyków? Wiele powiedziano o frontach europejskich za czasów drugiej wojny światowej, niewiele jest jednak świadectw krwawych wydarzeń na terenach Dalekiego Wschodu. Pół wieku temu na ekrany kin wszedł dramat wojenny Most na rzece Kwai - jak zauważył sam Lomax, film nie oddaje nawet części prawdy, bo nie było tam tak dobrze odżywionych więźniów...

Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta - Anna Arno



W szkole podstawowej uczyłam się wiersza „Pieśń o żołnierzach z Westerplatte”. Prócz „Alarmu dla miasta Warszawy” (Słonimski) i „Minucie ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej” (Szymborska) zapadł mi w pamięć wiersz o zupełnie innej, nie związanej z patriotyzmem tematyce. Jak w piosence powtarzał się refren o zaczarowanej dorożce, zaczarowanym dorożkarzu i zaczarowanym koniu. Nagle odkryłam inny, liryczny świat, w którym rymy nie musiały sławić wydarzenia z historii Polski, a przenosiły czytelnika w świat fantazji. Coś takiego przeżyłam jeszcze przy okazji „Ballad i Romansów” oraz onirycznych wierszy Leśmiana. Później, kiedy odkryłam dla siebie Przekrój (mówię o świadomym czytaniu prasy) stwierdziłam, że to ta sama duchowa kraina Konstantego Ildefonsa, która odkryłam przy okazji Zaczarowanej dorożki (tu biję się w pierś, bo przez lata przechowywałam skrót wiersza, który wyrwałam z podręcznika do polskiego!). Potem naturalnie były i „Listy z fiołkiem” i „Serwus, Madonna”, które rozpadają się z zaczytania, oraz wycinane przeze mnie „Teatrzyki Zielona Gęś”. Mimo iż przygoda Gałczyńskiego z Przekrojem była stosunkowo niedługa, bo zaledwie parę lat, to humor poety ze stylem krakowskiego pisma jest nierozerwalny.
Po biografię Zielonego Konstantego sięgnęłam z prostej przyczyny – w lutym na spotkaniu DKK będziemy tę książkę omawiać. Nie miałam jej w planach, ale i nie wzbraniałam się przed nią. Nie sposób przecież nie znać życiorysu ulubionego poety, a uzupełnienie obrazu zawsze mile widziane! Nie zawiodłam się, jak to było w przypadku biografii Grzebałkowskiej o księdzu Twardowskim. Tym razem odczuwałam prawdziwą przyjemność podczas lektury.
Niebezpieczny poeta jest obszernym i wyczerpującym curriculum vitae jednego z najważniejszych poetów ubiegłego wieku. Autorka biografii, historyk sztuki Anna Arno, absolwentka Institute of Fine Arts (New York University), analizuje życie poety poprzez obszerne fragmenty jego wierszy, oraz wypowiedzi zarówno samego Gałczyńskiego, jak i jego rodziny i znajomych, wśród których znaleźli się najważniejsi literaci minionej epoki, tacy jak Putrament, Waldorff, czy niedawno zmarły Jerzy Andrzejewski.
Antysemita, alkoholik, oportunista sławiący stalinizm, czy ofiara systemu (jego poezję potępiono jako zbyt burżuazyjna jak na czasy kultury szytej „pod” prostego robotnika), niesamowicie utalentowany i płodny liryk? Fakt, że Gałczyński nie wypierał się, że pisze dla pieniędzy, ale mam wrażenie, że jest jednym z niewielu przykładów talentu totalnego, dla którego apanaże są jedynie pretekstem do nałogowego  przelewania myśli na papier. Ja w tej biografii nie widzę biografki; niestety, dziś jest to nagminne, dlatego miałam nieodparte wrażenie, że czytam książkę napisaną przez kogoś o wiele starszego, ze starej dobrej szkoły pisania biografii, a nie książek typu jak-JA-to-widzę. Arno nie zajmuje żadnego stanowiska w „krytycznych” momentach; oddaje głos innym, i tak po opublikowaniu „Poematu dla zdrajcy” o ucieczce Miłosza z kraju, czytamy wypowiedź  Jana Lechonia o „zbydlęceniu się” Gałczyńskiego. Resentymenty w literackim światku nieraz dochodzą do głosu i zdziwiłby się ten, kto spodziewa się układnych, uduchowionych wieszczy.
Autorka odnosi twórczość do życia prywatnego Gałczyńskiego, do jego przeżyć, obsesji, marzeń. Każdy wers ma swoje realne uzasadnienie, nic nie jest wyrwane z próżni. Przedwojenne liryki kontrastują z powojennymi panegirykami ku czci robotnic, wojna usypia talent Konstantego (przez sześć lat powstało zaledwie siedem wierszy!), a po epizodach z kochankami poeta wraca do swojej Srebrnej Natalii i tworzy jeden z najpiękniejszych wierszy miłośnych jakie powstały (Rozmowa liryczna).
Mam wrażenie, że mimo epizodu z faszystowskim pismem prosto z mostu, mimo hymnów ku czci nowego systemu, Gałczyńskiego nie sposób „znielubić”. To jeden z poetów wnoszących jakiś wyjęty z ram czasu urok, a humor Teatrzyku nie traci na wartości mimo tego, że autor pisał go w zupełnie innych realiach.

Lodowi wojownicy



Lodowi wojownicy, Ice warriors, to polscy alpiniści, których specjalnością jest atakowanie szczytów ośmiotysięczników zimą. Zimowe wyprawy, szczególnie kiedy sportowcy wspinają się bez butli tlenowych, należą do szczególnie trudnych. Historię Ice warriors zaczęto pisać czterdzieści lat temu, kiedy to odbyła się zwycięska wyprawa na Lhotse – już wtedy zeszło z góry mniej alpinistów, niż na nią weszło… Jak widać góry, niczym jacyś mityczni bogowie dają niezwykłe szczęście, w zamian żądając krwawej ofiary.
Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak to bardzo trudna książka. Trudna, bo o trudnym temacie. Wyprawa wysokogórska została zorganizowana, by godnie pochować ciała Macieja Berbeki i Tomka Kowalskiego, którzy zdobywszy zimą szczyt Broad Peak, zostali w górach na zawsze. Decyzję o wyprawie, właściwie od razu po tragedii, podjął brat Macieja, Jacek. Jedni dowodzą, że tragedia rozegrała się, ponieważ zabrakło braterstwa liny, zrzucając całą winę na Artura Małka i – w szczególności na Adama Bieleckiego („Bielecki pognał sam, było mu za wolno”), inni tragedią obarczają samych zmarłych – zbyt starego na wyprawę Berbekę, oraz Tomka Kowalskiego, który miał kombinowane raki i któremu, najprawdopodobniej zabrakło pokory wobec gór, który „zawsze powtarzał, że jego nazwisko musi się znaleźć w encyklopedii”. Młodych alpinistów atakowano również za celebrytyzm – podczas, kiedy starci koledzy „robili swoje” bez medialnego szumu wokół siebie, młodzi wrzucali wszystkie swoje wrażenia, zdjęcia, nowiny do mediów społecznościowych.
Alpinizm jest nie tyle hobby, co sposobem życia, pomysłem na nie. Kierownik zimowej wyprawy na Broad Peak, Krzysztof Wielicki mówi o tych, którzy zostali w górach, że byli „zachłanni życia”, „potrzebowali (…) potężnych emocji, których jednego dnia mogą mieć tyle, ile inni nie uzbierają przez całe życie”. Ten sport jest zmaganiem się nie tylko z górami, z warunkami zewnętrznymi, ale i sprawdzaniem siebie: „wspinasz się, jesteś u kresu wytrzymałości, niemal umierasz ze zmęczenia, głodu, pragnienia, boli cię każdy mięsień, całe ciało, ale jesteś szczęśliwy”. Hugo-Bader pisze o górach od strony laika, człowieka spoza kręgu; może za dużo w Długim filmie samego Badera, ale podziwiam go za jego gotowość do bycia wszędzie. Oprócz forsowania „swojej prawdy” podaje również ciekawostki o chorobie górskiej, czyli deterioracji, która była przyczyną śmierci wielu alpinistów. Na śmiałków czyhają nie tylko AMS, która powoduje obrzęk płuc, czy mózgu, ale i „lawiny, spadające kamienie, załamanie pogody”, a przede wszystkim zmęczenie i limit własnych możliwości. Dzięki autorowi dowiedziałam się również ile, orientacyjnie, kosztuje taka „przyjemność”.
Hugo-Bader cytuje również niesmaczne, anonimowe wypowiedzi zamieszczane na forach – każdy stał się nagle ekspertem od alpinizmu. Gdyby media i specjalnie powołana komisja nie zrobiły z tragedii szopki medialnej, śmierć Berbeki i Kowalskiego byłyby zapisane jako kolejne śmierci w górach, które przecież tak często się zdarzają. „Raport opublikowany przez komisję jest druzgocący, ale tylko dla tych, którzy przeżyli”; Bielecki mówi wprost – „gdybym nie przeżył tej wyprawy, byłbym bohaterem”. Jaka jest prawda? Kto zawinił? Dlaczego doszło do tragedii? Myślę, że nie powinniśmy szukać winnych, nie znając się na alpinizmie, nie powinniśmy oceniać charakteru Bieleckiego, Kowalskiego, nie zwalać winy na wiek Berbeki, czy kombinowane raki Kowalskiego. Ryzyko jest wielkie, ale alpinizm należy do jednego z najbardziej ekstremalnych sportów. Powołanie komisji mającej na celu wyjaśnienie tragedii uznaję za wielkie nieporozumienie, bo krwiożercze góry połykają alpinistów garściami.
Jaka jest zatem książka Jacka Hugo-Badera? Jak już zauważyłam – dużo w niej samego autora, jego spostrzeżeń, jego wizji wyprawy i tego, co mogło się stać zimą na Broad Peak. Jednak czuję, że cytując fora, autor chce nas odwieźć od oceniania czegoś, na czym większość z nas się zwyczajnie nie zna. Jeśli o mnie chodzi, to alpinizm jest mi obcy, ale nazwiska takie jak Kukuczka, czy Rutkiewicz znam, a alpinistów, jako ludzi o niespotykanym harcie ducha darzę szacunkiem. Moim zdanie – co się zdarzyło w górach, zostaje w górach.

Znaczki z pisarzami

Wczoraj pochwaliłam się, że mam spory zbiór znaczków, a wśród nich są i znaczki z literatami. Proszę bardzo, oto i one:
Michaił Sałtykow-Szczedrin, Michaił Priszwin, Fiodor Dostojewski
Rahel Varnhagen von Ense, Annette von Droste-Hülshoff, oraz znaczek z okazji Międzynarodowego Roku Książki 1972

Władysław Reymont, Henryk Sienkiewicz, Czesław Miłosz

Filozofowie: Tadeusz Kotarbiński, Hannah Arendt, Immanuel Kant

Béla Balázs, György Lukács (filozof), Bertold Brecht, Ion Luca Caragiale

Wincenty Rzymowski, Jarosław Iwaszkiewicz, Pablo Neruda

Aleksiej Nikołajewicz Tołstoj, Fiodor Dostojewski 

Thomas Hardy FDC

Thomas Hardy, First Day Cover
Połączyłam obie moje pasje - książki i zbieranie znaczków (czy ktoś jeszcze zbiera znaczki?) i po naprawdę okazyjnej cenie nabyłam pewien rarytas. Rarytas dla mnie, bo jak wiecie jestem ogromną miłośniczką Thomasa Hardy. Udało mi się kupić FDC, czyli First Day Cover (koperta pierwszego dnia obiegu, ostemplowana okolicznościową pieczątką, posiadająca znaczek). W środku jest informacja na kartoniku, że jest to wydawnictwo z okazji sto pięćdziesiątej rocznicy urodzin pisarza, a także jego krótki życiorys. 
Może - jeżeli jesteście zainteresowani, pokażę Wam inne moje rarytasiki, na przykład coś związanego z pisarzami?
Znaczek oraz pieczątka

Deszcz - Sławomir Mrożek

Ta książka znalazła się w mojej biblioteczce z powodu oprawy graficznej. Deszcz Sławomira Mrożka ilustrowany jest bowiem rycinami retro i tymi - na owe czasy, czyli lata 60-te - nowymi. A na potrzeby książki zaadaptował je Daniel Mróz, związany... a jakże - z Przekrojem. Mróz całe życie związany był z Krakowem, i jako syn dziennikarza związanego z Ilustrowanym Kurierem Codziennym, Stanisława Mroza, niejako poszedł w ślady ojca. Mróz nie tylko był wspaniałym, kreatywnym ilustratorem, ale i cenionym scenografem.
Deszcz został wydany w 1962 roku. Tomik zawiera kilkanaście opowiadań - jedne krótkie zaledwie na kilka stron, inne dłuższe. Mnie bardziej przekonują te krótsze, które uznaję za bardziej błyskotliwe. Opowiadania są niemal surrealistyczne, niektóre (Ad Astra, Nadzieja) jak gdyby wyjęte żywcem z koszmarnego quasi-rzeczywistego świata Kafki. Opatrzone są etykietką "satyra", ale za dużo w nich gorzkiego absurdu. Nacechowane jakąś groteskową wymową, czymś, co wadzi, każde spojrzeć jak na parabolę, wpatrzeć się, wczytać. 
Mrożek nie należy do moich ulubionych autorów, ale cenię jego spojrzenie - szczególnie rysunki satyryczne, oraz wspaniałe dramaty, szczególnie Emigrantów oraz Miłość na Krymie

 Po książkę sięgnęłam na wyzwanie  

Północ i południe - Elizabeth Gaskell

O życiu Elizabeth Gaskell pisałam przy okazji refleksji po lekturze Pań z Cranford. Tym razem sięgnęłam po nieco późniejszą powieść tej autorki, a mianowicie po Północ i Południe. Okazją do sięgnięcia po niniejszą książkę było wznowienie jej przez Świat Książki w cudownej kwiatowej serii. 
Podjęty przez autorkę temat świadczy o jej emancypacji - Gaskell wzięła na warsztat dychotomię pomiędzy rolniczym, niemal sielskim Południem Anglii, a jej zindustrializowanym, ogarniętym pośpiechem Północnym zakątkiem. Autorka sankcjonuje postęp - w Cranford takim tchnieniem nowoczesności była kolej, w Północy jest to postęp przemysłowy; Gaskell w superlatywach wypowiada się o twórcy młota parowego, Jamesie Nasmithcie, którego uznaje za genialnego wynalazcę. Jednocześnie powieść jest swego rodzaju manifestem socjalistycznym, który ma na celu zwrócenie uwagi na ofiary rewolucji przemysłowej - Bessy Higgins, która od najmłodszych lat zmuszona jest do pracy fizycznej (prawo w Wielkiej Brytanii w połowie XIX-go wieku dopuszczało do pracy już dziewięcioletnie dzieci!) umiera z powodu zapylenia płuc kłaczkami bawełny, którymi przepełnione jest powietrze w gręplarni. Główny bohater, John Thornton, przemysłowiec kierujący potężną przędzalnią w przemysłowym Milton jako jeden z niewielu wprowadza udogodnienia - raczej dla zwiększenia wydajności niż ze względu na przypochlebienie się pracownikom. Za sprawą szorstkiej przyjaźni z byłym związkowcem Thornton wprowadza kolejne udogodnienia, jak na przykład jadłodajnia, które już w przyszłości staną się norma.
Jakie były prawa pracownicze, jak ciężka była praca przy krosnach - możecie zobaczyć na niezliczonych filmach dokumentalnych BBC. O Bawełnie i rewolucji, którą przyniosła możecie podejrzeć na niezwykle ciekawym programie Marka Williamsa - Industrial Revelations. Ewentualnie odsyłam do Ziemi Obiecanej Reymonta. 
Przemysław Mroczkowski w Historii Literatury Angielskiej dowodzi, że "w jej (Gaskell) widzeniu obok maszyn bogacących się przemysłowców wyrastały gromady głodujących załóg fabrycznych, ich rodzin, gnieżdżących się wtedy w norach itp. (...) pisarka wprowadziła na znaczną skalę odbicie alarmujących bolączek w świecie robotniczym, wynikłych z rozwoju uprzemysłowienia." Debiutancka jej powieść - Mary Barton wywołała konsternację krytyką skierowaną pod adresem przemysłowców, a Północ i Południe tylko utwierdziły opinię publiczną w stwierdzeniu, że zmiany są potrzebne. Jednakże powieść Gaskell nie miała siły oddziaływania tak wielkiej, by na poważnie wpłynąć na emancypacja robotników.
Północ i Południe to także (dla niektórych przede wszystkim) wspaniały romans kopiujący najlepsze wzorce, czyli - Dumę i uprzedzenie. Wspomniany przemysłowiec, John Tornton, człowiek w sile wieku, mający twarde i jasne zasady zakochuje się w młodej kobiecie z Południa, Margaret Hale. Postawa panny Hale jest dumna i niezłomna, co Thornton bierze za butę i pozę "wielkiej, światowej damy" (chociaż Hale jest córka kaznodziei, który by żyć zgodnie ze swoim sumieniem decyduje się opuścić wiejską plebanię, to Margaret wychowała się u ciotki w Londynie). Oczywiście nie będę zdradzała jak potoczy się ów romans - zachęcam do przeczytania książki, bo chociaż liczy sobie ponad 570 stron, czyta się ja lekko, a pod koniec idzie jak lawina wywołując rumieniec podniecenia "no będą ze sobą, czy nie?!".

Matka Makryna - Jacek Dehnel



Gdyby Jacek Dehnel pisał powieści w Wielkiej Brytanii już dawno byłby laureatem Bookera. W każdym razie najnowsza powieść autora Lali, Czarnych obrazów i Balzakiany zasługuje na najwyższe uznanie – i to usankcjonowane nagrodami, i – chyba dla każdego autora najwyższe, czyli uwagę czytelników.
O tym, że Dehnel ma na „tapecie” matkę Makrynę Mieczysławską wiedziałam już od jakiegoś czasu, bo na spotkaniu autorskim, na którym miałam wielką przyjemność być, autor podzielił się z nami planami na najbliższe miesiące.
Przyznam się, że o „fałszywej” matce nie słyszałam wcześniej, ale mnie jej postać zaintrygowała, a skoro jestem wielką wielbicielką prozy tego beletrysty, to ze szczególną przyjemnością sięgnęłam po jego najnowsze dzieło.
Od razu powiem, że ta książka nie jest dla każdego. Napisana niezwykle sugestywnie, naszpikowana archaizmami „spowiedź” hochsztaplerki jest pełną pasji próba zrozumienia fenomenu tej niezwykłej postaci, która przewróciła – na pewien czas - do góry nogami rozpolitykowany światek spod znaku Hôtelu Lambert.
Makryna Mieczysławska ponad sto pięćdziesiąt lat temu pojawiła się praktycznie znikąd i od razu podbiła serca i dusze Polaków. Rzekomo męczona, bita i poniewierana zakonnica, bazylianka ze „ściany wschodniej”, prześladowana przez Rosjan za to, że nie przeszła na prawosławie. Jednak prawda była zupełnie inna – i tego dowiadujemy się już na początku powieści: uboga jak mysz kościelna wdowa po rosyjskim żołnierzu, bita przez swojego wiecznie zapijaczonego małżonka, po latach tułaczki, żebraniny i życia z dnia na dzień trafia do Polaków, którym – częściowo dla wzbudzenia litości – wmawia, że jest poniewieraną bazylianką. A potem z impetem lawiny wszystko toczy się nakręcane patriotyzmem i nienawiścią do moskali. Makryna/Żydówka Julka/Irena Wińczowa  snuje swoja opowieść i tę zmyśloną, w którą coraz mocniej wierzy, i te prawdziwą, lub domniemaną przez autora. Część monologu Makryny jest oparta na cytatach z jej prawdziwych wypowiedzi zamieszczanych w pismach, broszurach oraz poemacie Słowackiego, który dał się uwieźć czarowi jej strasznej historii.  
Dehnel – bez szafowania arbitralnymi opiniami – utkał pełną życia opowieść o kobiecie z krwi i kości, która, mimo iż napisana językiem trudnym dla współczesnego czytelnika, jest zrozumiała i fascynująca.
Jak już wspomniałam na początku, jestem miłośniczką prozy Dehnela i na Matkę Makrynę  bardzo się cieszyłam. Archaizmy mnie nie przestraszyły – wręcz przeciwnie, dodały smaczku powieści (co trudniejsze słowa można znaleźć w słowniczku na końcu książki). Mam nadzieję, że ta powieść znajdzie się w zestawieniu najlepszych książek 2014 roku, bo praca autora, oraz wspaniałe wykonanie zasługują na uznanie. 


Czytamy książki nieoczywiste - podsumowanie i zaproszenie na styczniową edycję

Chociaż w ubiegłym miesiącu liczba uczestników spadła (dwie osoby), to bawimy się dalej, bo miałam od Was sygnały, że macie ochotę się bawić nadal.
Domagacie się również jasnych reguł. 

Więc książka nieoczywista to taka, która:
  • jest nieobecna lub prawie-nieobecna na portalach typu BiblioNETka, czy LubimyCzytać - bądźcie pierwszymi, którzy ją zrecenzują!
  • jest dawno niewypożyczana z biblioteki i już-już niemal zubytkowana,
  • wygrzebana na pchlim targu, antykwariacie, strychowych wykopkach u dziadka, lub wciśnięta z kąt Waszych półek, i wydawałoby się, że nikt jej już nie przeczyta,
  • wydanie jest tak stare, że nie ma okładki, w rękach się rozpada, a nazwisko autora za Chiny Ludowe nic Wam nie mówi,
  • książka jest nieoczywiste DLA WAS, czyli - jeżeli zawsze czytacie romanse, obyczajówki itp. nagle sięgacie po biografię piłkarza, albo Grę o Tron. Nazwijmy tę książkę - nieoczywistą z BONUSEM, dla odróżnienia od staroci. 
Prosiłabym o umieszczanie banerka wyzwania:) 
Zapraszam również na fejzbukowego fanpejdża wyzwania.

Nieoczywiste z grudnia są dwie:

Melania K.

ja:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...