Slow reading - czytanie kontemplacyjne, książki dla przyjemności, celebrowanie czytania

W pogoni za zmieniającymi się jak w kalejdoskopie nowościami tracimy kontemplacyjny charakter czytania. Masówka ze sklepowych witryn zmieniana jest częściej niż powinna, a wydawnictwa prześcigają się w coraz szybszym wydawaniu powieściowej konfekcji.

Każdy czyta w swoim tempie i tyle książek, ile sam zechce. Jasne, zgadzam się, ale w pewnym momencie odniosłam wrażenie, że zaczynam brać udział w wyścigu – kto więcej przeczyta, kto zgarnie więcej nowości ze współprac? Nie chce być źle zrozumiana, bo nie potępiam tu nikogo, jeśli cieszą Was liczne współprace, a Wasze półki uginają się od nowości pachnących drukiem – dobrze dla Was. Ale mnie coś w takim czytaniu gniotło, uwierało. Mój kolejny post będzie dotyczył książek nowych, książek, które ostatnio zrobiły na mnie wrażenie, ale już następny będzie powrotem do przeszłości. Gniecie mnie także czytanie kilku książek na raz. Niekiedy nie da się tego uniknąć, ale dla mnie to zło wcielone, bo zamiast koncentrować się na jednej historii, zawieszam się na kilku.

Mimo iż dotarła do mnie "moda" slow (slow life, slow fashion, slow reading), nie nią się sugeruję, lecz swoim czytelniczym "nosem". Dlatego miedzy innymi stawiam na „półkowniki”, które gromadzę z wielka namiętnością. Książki z duszą. Owszem, zarzuci mi ktoś, że i te moje starowinki były kiedyś nowościami. Tak, ale o ile wydawało się mniej, jakość literatury i wydań bywała (owszem, nie zawsze, o czym również pisuję) lepsza. Kiedyś po książki ustawiały się kolejki, książki szanowano, a teraz można je kupić za przeproszeniem w warzywniaku. W wielu przypadkach nie mogę się doszukać w stopce nakładu książki, a o erracie – choć niekiedy potrzebna i pożądana – można pomarzyć. Klejone powieścidła rozchodzą się przy pierwszym czytaniu (szczególnie widać to w bibliotekach!), ale kogo to obchodzi, przecież nie żal książki za 9,99…

Autor książki "Slow Reading", John Miedema powiedział kiedyś, że "jeżeli pragniesz głębszych doznań podczas czytania, jeżeli chcesz zagłębić się w poglądy autora by wymieszać z nimi własne przekonania, musisz czytać powoli" (cytat za The Guardian). Stopniowo zwracam się w stronę odnajdywania większej radości z książek, czytania z większym zrozumieniem, z momentem na zastanowienie się, przeanalizowanie treści i znaczeń. Nawet nie wiedziałam, że już dawno ukuto na ten sposób czytania nawet wyrażenie: deep reading. Głębokie wczytywanie się w treść, przeżywanie jej w celu zwiększenia doznań. Możecie się śmiać, ale w dobie smsów, piktografik i szybkiego przelatywania nagłówków i blurbów taki powrót do korzeni ma sens! Owszem, "postępu" nie zatrzymam, ale stosuję taki bierny opór, np. poprzez czytanie artykułów od deski do deski, czytanie Waszych postów, analizowaniu czytanej książki. Może nie za każdym razem doznam epifanii, ale więcej zapamiętam, może częściej się będę zakochiwała w czytanej książce?

Zauważyliście, że rzadziej pojawiają się wpisy. Chociaż ze szkodą dla statystyk (sic!) zdecydowałam, nie będę czytała książek tylko po to, by zmieścić się w kilka dni tylko dlatego, żeby coś pojawiło się „w porze najlepszej czytalności”. Żal mi, że kilka naprawdę świetnych rzeczy „przeleciałam”. Tak ostatnio, przy okazji odświeżania sobie Mistrza i Małgorzaty (w radiowej Dwójce możemy słuchać niesamowitej w interpretacji marka Kondrata) pomyślałam, że tę powieść (a także inne, Stendhala,  Prousta, rosyjskich klasyków, brytyjskich) czytałam dłużej niż czytam teraz, ale dogłębniej – jakbym żuła każde zdanie dwadzieścia pięć razy przed połknięciem. To dziwne, bo każdą wolną chwilę spędzałam przy książce (albo dobrym kinie). Prawdopodobnie teraz nie sięgnęłabym po Joyce’a, a kiedyś – po dwu nieudanych próbach – odnalazłam w nim głęboki sens, starałam się zrozumieć ile się da, choć nie było to łatwe. Może dlatego porzuciłam Salmana Rushdiego i jakoś odwróciłam się od Umberto Eco? Bo nie sposób ich przeczytać w jeden wieczór…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...